Pałac z lusterkami - Anna Pasikowska - ebook
Wydawca: Walkowska Wydawnictwo Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 408 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pałac z lusterkami - Anna Pasikowska

Czy przypadkowe spotkanie może odmienić całe życie? Czy jedna – być może niezbyt rozsądna – decyzja może uruchomić lawinę zdarzeń, które odwrócą los wielu ludzi? Honorata, bohaterka powieści, pewnego dnia wsiada do pociągu relacji Warszawa-Szczecin. Do jej przedziału wchodzi mężczyzna i siada po przeciwnej stronie. Ona, zajęta myślami o swoim niełatwym życiu, nie ma ochoty na jakąkolwiek rozmowę, ale on widząc łzy spływające po jej policzkach nie daje za wygraną i powoduje, że kobieta zaczyna opowiadać mu swoją historię. Powierzyła mu swoje rozterki bo wzbudzał zaufanie, bo wiedziała, że za kilka godzin każde z nich pójdzie w swoją stronę. Pomyliła się. Pociąg do którego wsiadła zawiózł ją zupełnie gdzie indziej. Nieoczekiwanie jej życie zaczęło toczyć się jakby w innym wymiarze…

Opinie o ebooku Pałac z lusterkami - Anna Pasikowska

Fragment ebooka Pałac z lusterkami - Anna Pasikowska






Anna Pasikowska


PAŁAC z LUSTERKAMI





Copyright © by Anna Pasikowska

Copyright © for this edition by Walkowska Wydawnictwo / JEŻ

All rights reserved

Wszelkie prawa zastrzeżone

Fotografie na okładce: Szymon Jeż

Korekta: Krystyna Pawlikowska

Projekt okładki: Marta Walkowska-Jeż

Opracowanie graficzne, skład, przygotowanie e-booka: Adrian Łaskarzewski

ISBN 978-83-61805-37-3

Wydanie II (e-book) 2012,
na podstawie wydania I Szczecin 2010

Walkowska Wydawnictwo / JEŻ

ul. Falskiego 29/8, 70-733 Szczecin

www.walkowska.pl

Powieść ta jest fikcją. Zbieżność nazwisk postaci powieści z osobami żyjącymi bądź zmarłymi jest niezamierzona.












Mateuszowi, Ksaweremu, Natalii – moim dzieciom


1

Po szybie pędzącego pociągu spływały krople deszczu rozdmuchiwane siłą pędu maszyny. W zalanym wodą oknie odbijała się twarz kobiety patrzącej tępo przed siebie i wyglądającej jak lalka, której ktoś wyłączył baterię. Nie poruszała żadną częścią ciała, nie było widać, że oddycha, jej powieki były prawie nieruchome. Gdyby nie fakt, że na jej kolanach leżała kilkuletnia dziewczynka, można by odnieść wrażenie, że ktoś umieścił w przedziale manekina, żeby inni pasażerowie nie czuli się samotnie.

Siedzący po przekątnej mężczyzna na początku nie zwracał na kobietę uwagi, jednak kiedy po godzinie jazdy zauważył, że obie współpasażerki ani drgnęły, zaczął wątpić, czy w ogóle są żywe. Nie chcąc burzyć ich spokoju, zajął się czytaniem, od czasu do czasu zerkając w stronę matki i córki – z jakichś powodów relacja ich obu była dla niego oczywista. Nie widział, jak wsiadły do ekspresu, ponieważ on sam podróż z Warszawy do Szczecina rozpoczął dopiero w Kutnie.

Mijała kolejna godzina, mężczyzna był coraz bardziej zaniepokojony, bo sytuacja w przedziale ani na jotę nie zmieniła się. Dziewczynka ciągle spała, a kobieta nadal siedziała nieruchomo i patrzyła w okno nic niewidzącym wzrokiem. Jednak w pewnym momencie po policzku widocznym dla mężczyzny siedzącego w drugim końcu przedziału zaczęła płynąć łza. Jednocześnie dziewczynka poruszyła się i odwróciła główkę z burzą kręconych blond włosków. Kobieta wreszcie przestała patrzeć pustym wzrokiem w szybę i pogłaskała małą. Schyliła głowę i wtedy mężczyzna zauważył, że na drugim policzku również pojawiła się łza. Po chwili wszystko wróciło do stanu sprzed kilku minut, z tą tylko różnicą, że łzy spływające po twarzy młodej, atrakcyjnej kobiety już nie były pojedyncze.

– Przepraszam bardzo, czy pani dobrze się czuje? – zaniepokojony mężczyzna postanowił zareagować.

Współpasażerka, jakby nie słysząc pytania, zaczęła nerwowo szukać czegoś w torebce. Po chwili zamknęła ją i dość głośno położyła na stoliku.

– Czy mógłbym pani w czymś pomóc? – znowu zapytał, siadając jednocześnie naprzeciw nieznajomej. Czuł, że powinien coś zrobić. Kobieta bardzo nieufnie spojrzała na towarzysza podróży. On wyjął z kieszeni paczkę chusteczek i podał jej.

– Proszę wytrzeć łzy i spojrzeć w lustro. Całkowicie rozmazał się pani makijaż – zdecydował się na tę uwagę, bo wiedział, jak bardzo kobiety czułe są na punkcie swojego wyglądu. Poza tym miał nadzieję, że w ten sposób uda mu się wreszcie nawiązać kontakt z tą tajemniczą osobą.

Ale ona, ku jego zdumieniu, tylko wzięła chusteczki i nawet nie próbowała wytrzeć twarzy, o odwróceniu się do lusterka nie mówiąc. Znowu skierowała swój wzrok w stronę szyby zalanej wodą.

– Proszę pani, czy pani słyszy, co do pani mówię? – bardzo spokojnym głosem mężczyzna ponowił pytanie.

Tym razem spojrzała na niego jakby z pretensją, że się nią w ogóle interesuje.

– Owszem, słyszę. Dziękuję za chusteczki, dziękuję za troskę. To zupełnie niepotrzebne. Dam sobie radę – odpowiedziała głosem niewyrażającym żadnej emocji.

Mężczyzna odetchnął.

– No, nareszcie się pani odezwała. Na pewno nie potrzebuje pani pomocy?

– Na pewno. Proszę się mną nie przejmować, zupełnie nie dbam o makijaż, nie mam też ochoty na rozmowę ani zawieranie znajomości. Proszę nie zwracać na mnie uwagi – grzecznie, acz stanowczo zareagowała. Nie chciała robić przykrości temu dość przyzwoicie wyglądającemu mężczyźnie, który na dodatek przejął się jej łzami.

– Myślałem, że na coś się przydam, ale jeśli nie, to przepraszam – wrócił na swoje miejsce. Nie chciał się narzucać, doszedł do wniosku, że może jest nadgorliwy. Wyjął laptop i pogrążył się w internecie.

Po kilku chwilach dziewczynka śpiąca na kolanach smutnej kobiety otworzyła oczy.

– Mamusiu, chce mi się pić – cicho powiedziała.

Matka jednak nie zareagowała od razu. Widząc to, mała usiadła i nieco głośniej zawołała:

– Mamo, daj mi pić.

Matka popatrzyła na dziecko.

– Nic tutaj nie mam, będziemy musiały pójść do wagonu restauracyjnego – spokojnie odpowiedziała.

– To chodźmy – dziewczynka szarpnęła matkę za rękę.

Scenę obserwował siedzący naprzeciw mężczyzna. Jakież było jego zdziwienie, kiedy kobieta zwróciła się do niego:

– Czy mógłby pan przez chwilę zwrócić uwagę na nasz bagaż? Mała chce pić, wrócimy niedługo.

– Oczywiście, to żaden problem – mężczyzna był zdziwiony, bo jeszcze przed chwilą nie zamierzała korzystać z jego pomocy.

– Mamusiu, a dlaczego masz takie plamy na buzi?

Kobieta odruchowo spojrzała w wiszące na ścianie lusterko i wreszcie użyła podarowanych chusteczek.

Mężczyzna udając, że tego nie widzi, uśmiechał się sam do siebie.

Kiedy po kilkunastu minutach współpasażerki wróciły, udawał, że jest zajęty pracą.

– Bardzo dziękuję. Przepraszam za kłopot – matka dziewczynki była już chyba w nieco lepszym nastroju.

– Przecież pani wie, że to żaden kłopot. W każdym razie dziękuję za zaufanie. Mogłem się okazać zwykłym złodziejem.

Kobieta popatrzyła zdziwionym wzrokiem na miłego pana i prawie parsknęła śmiechem.

– Pan? Proszę wybaczyć, może sprawiam wrażenie nieprzytomnej, ale wydaje mi się, że potrafię odróżnić człowieka przyzwoitego od złodzieja.

– Nawet pani nie wie, jak często pozory mylą. Ostrożności nigdy za wiele, zwłaszcza w dzisiejszych czasach.

– Z pewnością. Skoro jednak nie okazał się pan złodziejem, to jeszcze raz dziękuję.

– Polecam się na przyszłość. A przy okazji proszę pozwolić, że się przedstawię: Andrzej Wysocicki – wstał i ukłonił się.

– Honorata Samkowicz – nieśmiało podała mu rękę.

– Niespotykane dziś imię.

– Nie lubię go.

– Dlaczego? Mnie się podoba – Andrzej cieszył się, że wreszcie udało mu się nawiązać rozmowę.

– Rzecz gustu. Proszę sobie nie przeszkadzać. Nie będziemy już pana niepokoić. Małgosia jest cichym dzieckiem, mam nadzieję, że nie zakłóci panu spokoju. Jakoś musimy dotrwać do końca podróży.

Dziewczynka rzeczywiście sprawiała wrażenie grzecznego dziecka. Usiadła obok swojej mamy i mocno się w nią wtuliła. Honorata objęła małą i znowu pogrążyła się w rozmyślaniach, zapominając o obecności kogokolwiek w przedziale.

Deszcz przestał padać. Pociąg minął miejscowość, nazwy której nawet nie zauważyła, po to by za chwilę znów pędzić wśród pól, łąk, lasów. Widoki zza szyby pociągu działały na kobietę kojąco. Uspokajały, łagodziły wyraźnie zszarpane nerwy.

– Mamusiu, długo jeszcze będziemy jechać?

Honorata spojrzała na zegarek.

– Około trzech godzin.

– A to dużo?

– Nie kochanie, to niedużo.

– Daj mi moją lalkę – dziewczynka zrobiła słodką minę.

– Jest schowana w walizce. Musiałabym ją zdjąć i poszukać. Koniecznie chcesz ją teraz mieć? – dało się zauważyć, że matka jest zakłopotana.

– No dobrze, poczekam, aż dojedziemy.

Pan Andrzej przysłuchiwał się rozmowie mamy oraz córki i znowu postanowił się wtrącić, a także zaoferować pomoc.

– Mogę pani pomóc zdjąć bagaż. Myślę, że żadne dziecko nie jest na tyle cierpliwe, żeby z rączkami na kolanach siedzieć przez kilka godzin.

– Małgosia jest – smutno odpowiedziała. – Może poczytamy książeczkę? – zapytała córkę.

– No dobrze, poczytaj mi.

Mężczyzna podziwiał i matkę, i dziecko. Co prawda w ostatnim czasie nie miał zbyt wielu okazji do przebywania z tak małymi dziećmi, ale dobrze wiedział, jak bardzo potrafią być nieustępliwe i niecierpliwe, zwłaszcza maluchy. Tymczasem dziewczynka siedząca naprzeciw niego sprawiała wrażenie osóbki nader spokojnej i rozważnej. Liczyła sobie niewiele latek, ale była naprawdę wyjątkowa. I tak jak jej matka miała w spojrzeniu dziwny smutek, może pokorę. Obie sprawiały wrażenie, jakby w ogóle ich nie było, a już na pewno nie miały zamiaru sprawiać kłopotu swoją obecnością.

Honorata czytała bajkę o Królewnie Śnieżce, którą mała od połowy sama dokończyła z pamięci. Potem znowu matka zaczynała od początku, a córka kończyła. Powtórzyły tę czynność jeszcze dwa razy, świetnie się przy tym bawiąc. A nawet na ich twarzach pojawił się uśmiech.

Andrzej zauważył, że bliski kontakt matki z córeczką wyraźnie ją ożywia, sprawia, że zapomina o swoich udrękach, bo że je miała, nie wątpił. Świadczyły o tym łzy, których nie starała się ukrywać.

– Zdolną ma pani pociechę. Pół bajki na pamięć – gratuluję.

– Ona zna całą, ale lubi, kiedy ja jej czytam. Potem zawsze już kończy sama. To jej ulubiona bajka. Zna wiele innych, ale tę lubimy najbardziej – od razu zareagowała dumna mama.

– To dziwne, bo to dość okrutna historia. Z tego, co pamiętam, to większość tych klasycznych bajek opowiada o ludzkim okrucieństwie – Andrzej przypomniał sobie o zjedzonym Czerwonym Kapturku, królewnie zostawionej w lesie na pożarcie i głowach ludzkich ścinanych toporami.

– Ma pan rację, ale wszystkie dobrze się kończą. Poza tym wydaje mi się, że dzieci odbierają bajki zupełnie inaczej. Chyba nie dostrzegają w nich przemocy, którą widzą dorośli.

Milcząca do niedawna młoda kobieta nawet nie zauważyła, jak nieoczekiwanie dla niej samej wdała się w pogawędkę ze starszym miłym i bardzo eleganckim panem. Nigdy nie była zbyt ufna i niechętnie zawierała znajomości, ale mężczyzna jadący z nią w jednym przedziale sprawiał wrażenie człowieka nie z tej planety. Zauważyła, że był dobrze ubrany, na nadgarstku miał markowy szwajcarski zegarek i jak na mężczyznę nosił wyjątkowo czyste buty. Ponieważ sama przywiązywała dużą wagę do obuwia, dlatego zawsze przede wszystkim one przyciągały jej wzrok. I dotyczyło to zarówno mężczyzn, jak i kobiet. Innym przedmiotem, który także zwracał jej uwagę, był zegarek. Uważała bowiem, że charakter i osobowość człowieka można poznać po zegarku, który nosi. A ten, który miał na ręku pan Andrzej, uznała za bardzo pasujący do jego osoby. Był to chyba tissot, miał bardzo cienką złotą kopertę i brązowy skórzany pasek. Bardzo wytworny, choć skromny. I chyba te szczegóły sprawiły, że nieoczekiwanie dla niej samej zaczęła rozmawiać z tym obcym mężczyzną jak ze starym znajomym.

– Z pewnością ma pani rację. Ale w zachowaniu pani córki jest jeszcze coś, czego nie potrafię określić. O, już wiem, jest taka poważna, choć ma zaledwie kilka lat.

Honorata spojrzała na swojego rozmówcę, który coraz bardziej ją zadziwiał. Sposób, w jaki wyrażał swoje myśli, odbiegał od przeciętnego. Ludzie, z którymi obcowała do tej pory, zachowywali się zupełnie inaczej. Kiedy mówił, wydawało jej się, że przekracza nieznaną jej dotąd barierę. Nie wiedziała jeszcze, co to oznacza, ale czuła, że wkracza w świat dla niej obcy.

– Moja córka jak na swój wiek wiele przeszła. Ona nie ma normalnego dzieciństwa, musi rozumieć i czuć więcej niż inne dzieci – Honorata złapała się na tym, że za dużo mówi. Nie chciała opowiadać o swoich kłopotach, ale było już za późno – z twarzy współpasażera wyczytała zaciekawienie i troskę jednocześnie.

– Przepraszam, zagalopowałam się. To są wyłącznie nasze sprawy, nie miałam zamiaru pana nimi obarczać – matka Małgosi poczuła się zakłopotana.

Jej słowa spowodowały, że Andrzej Wysocicki wyraźnie zainteresował się losem dziewczynki i postanowił dowiedzieć się więcej.

– Ależ proszę mówić, chętnie posłucham. Czasami dobrze jest porozmawiać z kimś obcym, kogo, być może, nigdy więcej się już nie spotka. Proszę mi wierzyć, to może być lepsze niż kozetka u psychoterapeuty.

Honorata niespodziewanie dla niej samej poczuła to samo, wydawało jej się, że tego człowieka zesłała jej opatrzność. Czuła się przy nim bezpiecznie. Kobieca intuicja podpowiadała jej, że to dobry człowiek. Chciała wreszcie z kimś porozmawiać, zrzucić ciężar, który nosiła w sobie tyle lat. Do tej pory zupełnie nie miała okazji porozmawiać z kimś życzliwym, bezstronnym. Ten obcy mężczyzna sprawiał wrażenie szczerego i przyjaznego. Ona jednak od początku była w stosunku do niego uprzedzona. Życie nauczyło ją, że liczyć to ona może tylko na siebie i że jej los tak naprawdę nikogo nie obchodzi. Nie miała o to do nikogo pretensji; taki jest świat, takie jest życie, to i ludzie tacy są. Ale dziwiła się, że przypadkowo napotkany mężczyzna interesuje się jej losem, chce z nią rozmawiać i od momentu kiedy się pojawił, nieustannie chciał jej pomagać.

– Po prostu wychowuję Małgosię sama. To nic nadzwyczajnego, wiele kobiet jest w podobnej sytuacji – Honorata próbowała, mimo wszystko, nie wciągać tego miłego pana w swoje smutne życie.

– Odnoszę wrażenie, że samotne macierzyństwo nie jest pani największym dramatem. Proszę się nie obawiać i opowiedzieć mi o swoim życiu. Zobaczy pani, jaką ta rozmowa przyniesie pani ulgę.

– Skąd pan wie? A może jest pan psychologiem?

Andrzej uśmiechnął się.

– Nie, nie jestem, ale trochę już żyję na tym świecie i wiem, że ludzie powinni ze sobą rozmawiać. Jednak coraz więcej jest tych, którzy chcą mówić, a coraz mniej tych, którzy chcą słuchać.

Honorata pomyślała, że ten człowiek jest jasnowidzem. Mówił takie mądre rzeczy, jednocześnie odpowiadał na jej niezadane pytania. Miała wrażenie, iż czyta w jej myślach. „A może to jakiś anioł zesłany z niebios?” – sytuacja, w której się znalazła, wydawała jej się nierzeczywista i pomyślała nawet, że owszem jedzie pociągiem, ale to, co się dzieje, to sen.

– Wie pan, to dziwne, ale mam wrażenie, że przybył pan z innej czasoprzestrzeni. Dzisiaj nie ma już takich ludzi – Honorata zamyśliła się.

Andrzej patrzył na nią i pomyślał, że los musiał bardzo jej dopiec, skoro na zwykłą życzliwość reaguje w ten sposób.

– Jakich?

– No, takich… zainteresowanych cudzymi kłopotami tak zupełnie bez powodu. Przyznaję, większość ludzi wysłucha, niby coś poradzi, ale tak naprawdę to nikogo nie interesują czyjeś problemy, a nawet mogą być powodem do zadowolenia, że innym się nie wiedzie.

– I pani tego wszystkiego doświadczyła? To aż niemożliwe. Taka młoda osoba jak pani powinna być radosna, ufna. Skąd tyle goryczy? Nie można aż tak generalizować. To nieprawdopodobne, żeby miała pani do czynienia tylko z zawiścią i znieczulicą ludzką – Andrzej nie wierzył własnym uszom. Z wieloma młodymi ludźmi miał w życiu do czynienia, ale to, co usłyszał przed chwilą, aż nim wstrząsnęło. Nie sądził, że postawa tej młodej kobiety wynika z jej charakteru, chciał wierzyć, że ma powody do takich sądów.

– Niech pan to nazywa jak chce. Ja swoje wiem.

– Mamusiu, masz zieloną kredkę? – Małgosia przerwała rozmowę. Zajęła się rysowaniem i nie przeszkadzała dorosłym aż do tej chwili.

– Zaraz sprawdzę, kochanie. Co rysujesz?

– Domek, ale muszę narysować trawę. Poszukaj w torebce.

– O, jest, proszę – podała dziecku kredkę.

– Widzę, że wozi pani ze sobą cały arsenał.

Honorata spojrzała na mężczyznę i uśmiechnęła się.

– Tak, nie wiadomo, co i kiedy się przyda. Moja córka lubi rysować. Najczęściej rysuje domy, takie ze spadzistym dachem, kominem i ogródkiem. Chyba jej po prostu tego brakuje. Wie pan, ona urodziła się jedenastego września. Tego jedenastego, kiedy był zamach na WTC w Nowym Jorku.

Andrzej Wysocicki wytężył słuch. Pomyślał, że to może być początek dramatu, jaki przeżywa ta kobieta siedząca z nim w przedziale.

– Niezbyt szczęśliwy zbieg okoliczności i smutna data – powiedział tylko.

– Tak, a dla nas szczególnie. Choć nie wiem, jak na to patrzeć. Z jednej strony to data urodzin mojej córki, a z drugiej data śmierci jej ojca – bez emocji powiedziała kobieta.

Współpasażer, słysząc te słowa, pochylił głowę. W tym momencie zaczął rozumieć ton jej wypowiedzi i przyznał, że dotknęła ją ogromna tragedia. Honorata zamilkła, on głęboko westchnął. Przez chwilę siedzieli w milczeniu.

– Domyślam się, że pani mąż był wtedy w jednym z tych wieżowców?

– Tak, prawie na samej górze, nie zdążył uciec – młoda wdowa znowu zapatrzyła się w okno pociągu. – Małgosia urodziła się w nocy, o trzeciej nad ranem. Zdążyłam mu jeszcze powiedzieć przez telefon, że został ojcem. Bardzo się cieszył. Za dwa dni miał ją zobaczyć. Ale moja córka nigdy nie poznała swojego ojca. Wie pan, co czuje kobieta, kiedy w kilka godzin po porodzie dowiaduje się, że ojciec jej dziecka prawdopodobnie nie żyje?

Widząc reakcję mężczyzny siedzącego naprzeciwko, wcale nie czekała na odpowiedź.

– Nie może pan wiedzieć. Ja, kiedy się o tym dowiedziałam, straciłam przytomność, mój mózg pogrążył się w ciemności. Tego, co czułam po przebudzeniu, nie da opisać się słowami. Pustka, która wtedy pojawiła się w moim życiu, trwa do dziś. A najgorsza była niepewność, w której tkwiłam przez długie dni. Kiedy po tygodniu mąż nie dawał znaku życia, dotarło do mnie, że nie żyje. Po powrocie z małą ze szpitala nie wiedziałam, co jest większym dramatem – czy to, że ja straciłam męża, czy to, że Małgosia nigdy nie poczuje dotyku ojca. Właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że zostałam zupełnie sama. Mieszkałam co prawda u teściów, ale nie mogłam na nich liczyć. Matka mojego męża wpadła w taką histerię, że nie sposób było normalnie żyć. Ja nie dość, że opłakiwałam męża i po urodzeniu dziecka zdana byłam tylko na siebie, to jeszcze przyszło mi zajmować się teściową, która zachowywała się jak szalona. Starałam się ją zrozumieć, to był jej jedyny syn. Pocieszałam teściów jak mogłam, przypominałam im, że mają wnuczkę, ale oni kompletnie się nią nie interesowali. Córka potrzebowała przede wszystkim spokoju i ciepła. A ja, mając na głowie rozhisteryzowanych teściów, nie byłam w stanie jej tego dać. Ona często płakała, była rozdrażniona, a teściowie przez pierwsze trzy miesiące nawet nie wzięli jej na ręce. Zostałam z tym wszystkim sama, bezradna, zdruzgotana.

Pan Andrzej miał łzy w oczach. Patrzył na rysującą dziewczynkę i zastanawiał się, skąd w niej tyle spokoju. Ona była niesamowita. Zajęła się rysowaniem, nie przeszkadzała w rozmowie, nie zadawała dziesiątek pytań, jakby jej nie było.

– A pani rodzice? Nie mogli pani pomóc?

– Oni mieszkają w Szczecinie, ja do tej pory z teściami mieszkałam w Warszawie.

– To długo pani wytrzymała, biorąc pod uwagę okoliczności.

– Co miałam zrobić? Przeniesienie się z maleńkim dzieckiem do innego miasta, przynajmniej na początku, nie wchodziło w rachubę. Łudziłam się, że za jakiś czas teściowie się opamiętają, że sytuacja jakoś się unormuje. Ja musiałam zajmować się dzieckiem, więc nie mogłam pozwolić sobie na chwile słabości. Owszem, brakowało mi męża, były dni, że nie byłam w stanie nic zrobić, czasami nie chciało mi się żyć. Całe noce płakałam. Za dnia patrzyłam, jak teściowa pogrąża się w coraz głębszej depresji. Większość czasu spędzała w kościele, choć wcześniej nigdy do niego nie chodziła. Może gdyby odbył się pogrzeb, gdyby był grób, na który mogłaby chodzić, przeżyłaby to inaczej. Ale ona nie pozbierała się właściwie do dziś. Teść pracuje, nieco lepiej sobie radzi. Musiał podołać i atakom histerii żony, i swojej niemocy. Ona w końcu popadła w chorobę psychiczną, bez przerwy oglądała zdjęcia syna z dzieciństwa, zasypiała na fotelu z jego koszulą. Budziła się w nocy i krzyczała. Mną nikt się nie przejmował, nie starał się pocieszyć. Ja radziłam sobie sama, miałam córeczkę, dla której musiałam żyć, i to pewnie ona mnie ocaliła. Firma, w której pracował mój mąż, obiecywała odszkodowanie, ale kiedy okazało się, że poniosła trudne do oszacowania straty w ludziach i sprzęcie oraz finansowe, nie była w stanie pomóc tym, którzy zostali. Ja co prawda miałam trochę oszczędności, ale wystarczyły mi zaledwie na rok. Trochę pomagał mi teść, w końcu musiałam iść do pracy. Jestem rehabilitantką, więc nie miałam problemu ze znalezieniem zajęcia. Oddałam więc małą do żłobka i łudziłam się, że uda mi się od nich wyprowadzić.

– Dlaczego nie wróciła pani do rodziców? – przerwał jej Andrzej. – Przecież kiedy Małgosia podrosła, mogła pani to zrobić.

– Właśnie teraz wracam – mówiąc to, była wyraźnie zdenerwowana. – Wtedy miałam pracę. Nie wiedziałam, czy w Szczecinie znajdę zatrudnienie. Poza tym moja rodzina to osobna historia. Nietrudno się domyślić, że nie bez powodu wracam dopiero teraz.

Andrzej Wysocicki wysłuchał opowiadania kobiety z wielką uwagą. Bardzo go ono poruszyło. Nie miał wątpliwości, że to, co ją spotkało, było wielką tragedią. Czuł, że to nie koniec, i jak najprędzej chciał poznać całą jej historię.

Kilkuletnia Małgosia przytuliła się do mamy i znowu zasnęła. Jej matka zamilkła, musiała ochłonąć, ponieważ dla niej czas właśnie się cofnął i była w środku tamtych wydarzeń. Obecnie nie czuła już tak wielkiej rozpaczy, spoglądała na swoje życie z perspektywy czasu. Zawsze myślała, że powrót do przeszłości zakłóci jej spokój, że wrócą koszmary, ale tak się nie stało. Ten obcy mężczyzna spowodował, że poczuła ulgę, nabrała dystansu, a nawet zostawiała tę traumę za sobą. Tę może tak, ale co teraz zgotuje jej los? Podjęcie decyzji o powrocie do rodzinnego miasta spędzało jej sen z powiek przez ostatni rok. Nie wracała przecież do ukochanego domu. Od momentu wyjazdu nigdy za nim nie tęskniła. Kilka lat temu, wychodząc za mąż, cieszyła się, że wreszcie go opuszcza.

– Chce pani o tym opowiedzieć? – próbował zachęcić współpasażerkę pan Andrzej.

– Właściwie dlaczego nie? To już nie będzie dla mnie takie bolesne. Ten problem jest ze mną od zawsze, odkąd tylko pamiętam. Nauczyłam się z nim żyć. Tyle już pan o mnie wie. Nie przeraża pana perspektywa wysłuchania kolejnej smutnej historii? – coraz bardziej dziwiła się zainteresowaniu mężczyzny, które wydało jej się niezwyczajne. Nie zastanawiała się jednak, dlaczego on chce tego słuchać. Pomyślała, że to zwykła fanaberia dobrze sytuowanego człowieka, który najwidoczniej nudzi się w życiu, a już na pewno w czasie tej podróży.

– Nie, wprost przeciwnie.

– Moi rodzice są dość majętni, nie będę się wdawała w szczegóły co do źródła ich zamożności, natomiast mój mąż pochodził z przeciętnej rodziny. Poza tym mieszkał w Warszawie, i już samo to dyskwalifikowało go jako zięcia. Oprócz tego nie podobał im się fizycznie; był za chudy, za wysoki, włosy miał nie takie i tak dalej. Ale ja w sprawie zamążpójścia nie uległam ich presji. Postawiłam na swoim, po raz pierwszy przeciwstawiłam im się – wyszłam za mąż za człowieka, którego oni nie akceptowali. Doszło nawet do tego, że nie pojawili się na naszym ślubie. Dla mnie i moich teściów, no i dla męża był to szczyt arogancji z ich strony. Moi rodzice to ludzie, którzy wszystkich mają za nic, nie mają przyjaciół – nikt nie jest dla nich dość dobry, wszędzie urządzają awantury, zawsze znajdą powód. Życie z nimi do momentu zamążpójścia było jednym wielkim pasmem nakazów, zakazów i awantur. Zawsze musiałam robić to, co oni chcieli, ubierać się tak, jak oni chcieli, nie mogłam utrzymywać żadnych kontaktów z koleżankami, o randkach z chłopakami nie wspomnę. Istne więzienie. Oceny w szkole też zawsze musiałam mieć najlepsze. Oprócz tego ciągle kłócili się między sobą, mama prowokowała ojca, a on nie stronił od alkoholu. Kiedy byłam dzieckiem, bardzo to wszystko przeżywałam, bałam się. Niekiedy myślałam, żeby uciec i nie patrzeć na to wszystko. To był koszmar. Mój młodszy brat inaczej do tego podchodził, ale też gdy tylko mógł, usamodzielnił się i wyfrunął z tego cyrku. A mój mąż, znając moje perypetie domowe, postanowił, że zabierze mnie do Warszawy. Nieraz miał okazję przekonać się, że przebywanie pod jednym dachem z moimi rodzicami to wielkie poświęcenie z mojej strony. On i jego rodzina to byli zupełnie inni ludzie. Wydawali się spokojni i normalni. Ich syn też był dobrym, ciepłym człowiekiem. Dlatego tak długo tam byłam, łudziłam się, że w końcu poradzą sobie ze śmiercią syna, że może uda nam się stworzyć w miarę normalną rodzinę. Mimo wszystko wolałam mieszkać z nimi, niż wracać do Szczecina. Moi rodzice raz widzieli swoją wnuczkę, przy okazji wycieczki do Warszawy. Kiedy zginął mój mąż, o czym dowiedzieli się od mojego brata, zadzwonili dopiero po kilku dniach. Rozmowa trwała dziesięć sekund, nie mogła być dłuższa, ponieważ pierwsze zdanie mojej matki wyprowadziło mnie z równowagi. Myślałam, że chociaż w tych tragicznych chwilach zdobędzie się na słowa otuchy. Nic podobnego. Po jej „I co ci dała ta Warszawa?” – odłożyłam słuchawkę. Oni zawsze myśleli tylko o sobie i tacy pozostali. No bo że nie lubili mojego męża, to można zrozumieć, ale żeby obrazić się na własną wnuczkę... Tego już nie pojmuję. Proszę sobie wyobrazić, jaki miałam dylemat, myśląc o tym, czy wracać do Szczecina. Ale musiałam coś zrobić, straciłam pracę, u teściów dłużej nie chciałam już mieszkać, a nie stać mnie było na wynajęcie osobnego mieszkania. Moja sytuacja jest beznadziejna. Nie chcę wracać do domu rodziców, na razie zatrzymam się u brata. Ale on też ma swoje problemy: nieduże mieszkanie, dwoje dzieci, niepracującą żonę – urwała. Po policzkach znowu popłynęły jej łzy.

Andrzej zrozumiał teraz, dlaczego płakała wcześniej i dlaczego robi to teraz. Westchnął głęboko i przez jakiś czas nic nie mówił. Zdał sobie sprawę, że ta kobieta znalazła się na życiowym zakręcie. Nie przypuszczał jednak, że jej losy mogą być aż tak pogmatwane. Zaczął się zastanawiać, co on zrobiłby na jej miejscu. W Warszawie już nie miała domu, w Szczecinie nigdy go nie miała, straciła najbliższą osobę i musiała zaopiekować się córką. Pytał sam siebie, czy by sobie z tym wszystkim poradził. Teraz rozumiał jej rozgoryczenie i żal. Ona nigdy nie miała normalnego życia – ani jako dziecko, ani jako dorosła osoba. Zdał sobie sprawę, że jej życie to bezustanna walka, w której ani jedna bitwa nie została wygrana. Spotykały ją same porażki. Coraz bardziej dziwił się, że ma jeszcze siłę i dzielnie stawia czoła codziennym trudom. Niejedna osoba na jej miejscu już dawno by się poddała. Kiedy tak rozmyślał, wpadł mu do głowy dość zaskakujący pomysł.

– Nic pan nie mówi – odezwała się pierwsza.

– Trudno mi znaleźć odpowiednie słowa. Myślałem, że nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Nie mieści mi się to w głowie. To straszne, o czym pani opowiada. Nie rozumiem, jak można nie mieć oparcia we własnej matce? Ja tego nie znam.

– Zazdroszczę panu. Chciałabym, żeby moja córka mogła kiedyś powiedzieć to samo, co pan. Nie wiem, czy mi się to uda, ale chciałabym być dla niej prawdziwą matką, na którą zawsze będzie mogła liczyć, bez względu na wszystko – pogłaskała Małgosię po głowie i pocałowała. – To, co pan usłyszał, to tylko wielki skrót, nie chcę zamęczać pana szczegółami z mojego nieszczęsnego życia. Ale najgorszy jest brak nadziei na odmianę mojego losu.

– Nie może pani tak myśleć, doprowadzi się pani do obłędu. Widzę, że ta opowieść panią zmęczyła. Może chce się pani zdrzemnąć?

– Nie, nie mogłabym zasnąć, nie teraz. Dobrze, że Małgosia jest jeszcze mała i tak naprawdę niewiele rozumie z tego, co się dookoła niej dzieje. Kiedyś zacznie zadawać pytania. Jak ja znajdę na nie odpowiedź?

Deszcz przestał padać i zaświeciło słońce. Jego promienie wpadały do przedziału, rozjaśniając twarz zasmuconej kobiety.

Andrzej przyglądał się Honoracie. Cały czas była bardzo smutna. Teraz dopiero zwrócił uwagę na jej włosy. Były kasztanowe, rozświetlone promieniami słońca, które przesuwały się po nich w różne strony, wydobywając z nich wszystkie barwy jesieni – od jasnozłocistych po ciemny kasztanowy brąz. Jej porcelanowa twarz też nie była przeciętnej urody, miała w sobie coś intrygującego, coś, co sprawiało patrzącemu na nią mężczyźnie wielką przyjemność. „Piękna kobieta”– pomyślał. Obserwował, jak zamknęła oczy, oparła głowę o szybę i prawie nie oddychała. Musiało być jej ciężko.

Honoracie zrobiło się bardzo przyjemnie, kiedy ciepłe promienie słońca delikatnie muskały jej policzki. Poczuła się błogo. Ciepło rozchodzące się po całym ciele dodawało jej sił. Najchętniej pozostałaby w tej nicości do momentu, w którym pojawi się przed nią ktoś i powie: „Odwagi, teraz już będzie dobrze. Już nie będziesz musiała się bać”.

Słońce schowało się znowu za chmury. Otworzyła oczy. Siedzący naprzeciw mężczyzna nieprzerwanie uderzał w klawiaturę. Pomyślała sobie, że nigdy wcześniej nikogo podobnego nie spotkała. Emanował od niego spokój, opanowanie i dobroć. Wszystko to, czego brakowało jej do tej pory. Patrząc na niego, czuła, że robi jej się ciepło na duszy. „Dlaczego ja nie miałam takiego ojca?” – pomyślała, bo że mógłby nim być, nie miała wątpliwości. Bardzo dobrze się trzymał, był zadbany, ale z pewnością był przed sześćdziesiątką.

– Myślałem, że jednak pani zasnęła – zauważył, że Honorata przygląda mu się.

– Nie, zamknęłam tylko oczy. Słońce tak przyjemnie grzało mi w twarz.

– Proszę pani, nie wiem, czy mi wypada, ale chciałbym złożyć pani pewną propozycję. Widząc, w jak trudnej znalazła się pani sytuacji, pomyślałem sobie, że mógłbym pani pomóc.

Honorata słuchała, ale wcale nie zareagowała. Znowu sprawiała wrażenie nieobecnej. Po chwili jednak odezwała się.

– Pomóc? Mnie? W jaki sposób? – słowa pana Andrzeja dziwiły ją, ponieważ nigdy wcześniej nikt nie oferował jej pomocy, zwłaszcza ktoś zupełnie obcy.

– Może wydać się to pani zaskakujące, ale ja właśnie szukam kogoś takiego jak pani.

W tym momencie kobieta zrobiła wielkie oczy.

– Jak to… szuka pan? – niepewnie zapytała.

– Proszę mnie źle nie zrozumieć. Mam na myśli pani zawód. O ile dobrze zapamiętałem, jest pani rehabilitantką? Zgadza się, prawda?

Honorata odetchnęła z ulgą. Już zaczęła obawiać się, że człowiek ten, wbrew pozorom, ma jakieś niecne zamiary.

– Tak... Ale co to ma do rzeczy?

– Otóż moja żona od kilku lat jest sparaliżowana i jeździ na wózku. Dwa miesiące temu opuściła nas pani, która pomagała jej w codziennym w miarę normalnym funkcjonowaniu. Przez ten czas nie udało mi się znaleźć nikogo odpowiedniego na jej miejsce. Po wysłuchaniu pani historii pomyślałem, że spadła mi pani z nieba. Chętnie zaproponowałbym pani u nas pracę. Czy zechciałaby pani rozważyć tę propozycję i zająć się moją żoną?

– Naprawdę? Jestem zaskoczona... Przecież pan mnie wcale nie zna. Poza tym mam córkę, najpierw muszę pomyśleć o niej. To fantastyczna propozycja, po raz pierwszy ktoś chce mi pomóc. Nie mogę w to uwierzyć – po jej policzkach znowu popłynęły łzy.

Andrzej zaczął się obawiać, że to chyba jednak nie był dobry pomysł. Ale zaraz pomyślał, że skoro nadarza się okazja, żeby pomóc jednocześnie i żonie, i tej udręczonej kobiecie, to dlaczego nie miałby spróbować. Po chwili wahania chciał coś powiedzieć, ale Honorata go uprzedziła.

– Ale ja nic o panu nie wiem, nie wiem, kim pan jest, gdzie pan mieszka. Znam tylko pana nazwisko.

– Proszę się nie obawiać, nie jestem żadnym dewiantem.

– Nie to miałam na myśli. Sam pan wie, że potrafi pan wzbudzić zaufanie, choć na początku dał mi pan do zrozumienia, że pozory mogą mylić. Ale nie o to chodzi.

– No tak, ma pani rację, ja o pani wiem już wiele – przerwał jej – a pani o mnie nic. Otóż jestem kapitanem żeglugi wielkiej, ale od kilku lat już nie pływam. Zająłem się szkoleniem następców, krótko mówiąc, jestem wykładowcą w Akademii Morskiej w Szczecinie.

– Jesteśmy więc z jednego miasta. To już coś. Ale nie wie pan nic o moich kompetencjach. Może pana żona mnie nie zaakceptuje.

– Pani Honorato, wiem, że praca, którą pani proponuję, z pewnością nie jest szczytem pani marzeń, ale od tego można by zacząć. Zajęć nie miałaby pani zbyt wiele. Chciałbym, żeby zajęła się pani nie tylko masażami i ćwiczeniami, ale również by pobyła pani trochę z moją żoną. Wydaje mi się, że się polubicie.

– Trudno to przewidzieć. Ale dobrze, proszę zostawić mi swój numer telefonu, ulokujemy się z Małgosią u mojego brata i damy znać.

– Czy pani brat będzie czekał na panią na dworcu?

– Nie, on pracuje. Nawet nie wie, że dzisiaj przyjeżdżamy. Nie umawiałam się z nim na konkretny dzień. Do końca nie wiedziałam, czy mam wracać, czy nie.

– To bardzo dobrze, bo ja oprócz pracy chciałem pani zaproponować również mieszkanie.

Honorata myślała, że się przesłyszała.

– Słucham?

– Mam ogromny dom, mieszkam w nim tylko z żoną i moją matką. Pomyślałem, że nie ma potrzeby, żeby zwalała się pani bratowej na głowę. U nas mogłaby pani mieszkać albo z nami, albo w domku dla gości w ogrodzie.

– Nie, to niemożliwe! – zaskoczona kobieta nie mogła uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Nie dość, że proponowano jej pracę, to jeszcze mieszkanie. Taka sytuacja zdarzała się jej po raz pierwszy w życiu, była jak z telenoweli.

– Wiem, że to niespodziewana propozycja, ale dlaczego niemożliwa do zaakceptowania?

– Trudno uwierzyć, że pan mi to wszystko proponuje. To po prostu niewiarygodne, że pana spotkałam – po raz pierwszy Honorata uśmiechnęła się. Nie wiedziała, czy ma zgodzić się, czy nie, zaryzykować, czy brnąć dalej w tę beznadziejną rzeczywistość. Zdawała sobie sprawę, że będzie tak jak dotychczas – nikt jej nie pomoże w podjęciu kolejnej życiowej decyzji. Ale intuicja podpowiadała jej, że to może być jej jedyna szansa, że nigdy więcej może nie mieć takiej okazji, że ten mężczyzna stanął na jej drodze nieprzypadkowo. Właśnie w tym momencie, kiedy gorzej już być nie mogło.

Otworzyła oczy, a on powiedział: teraz już będzie dobrze. Nie użył dokładnie tych słów, ale sens wypowiedzi był właśnie taki. Dopiero co o tym myślała, to chyba była telepatia albo coś w tym rodzaju.

– Ale co z Małgosią? Pana żona może sobie nie życzyć rehabilitantki z dzieckiem.

– Tę sprawę proszę już zostawić mnie. Jestem pewien, że nie będzie problemu. Sama pani mówiła, że jest spokojnym dzieckiem.

– A nie składa mi pan tej propozycji z litości? Ja wiem, moja sytuacja budzi politowanie, ale bez przesady, poradzę sobie. Nie opowiedziałam tego wszystkiego, żeby wzbudzić współczucie.

– Owszem, żal mi się pani zrobiło, ale oprócz tego moja żona naprawdę potrzebuje pomocy. Już dwa miesiące nikt się nią nie zajmuje. Jeśli ten stan potrwa dłużej, to sama pani wie, czym to grozi.

– No tak, osoba sparaliżowana musi być regularnie poddawana rehabilitacji. A czy można zapytać, co spowodowało, że jest w takim stanie?

– Potknęła się i spadła ze schodów w naszym domu. Na początku było bardzo źle, nie mówiła, cała była bezwładna. Miała uraz kręgosłupa. Teraz już mówi, porusza rękami, ale niestety, chodzić nigdy nie będzie. Właśnie dlatego zrezygnowałem z pływania. Ona zawsze była bardzo aktywna.

– A czy są państwo pewni, że wykorzystali wszystkie możliwe sposoby rehabilitacji? W wielu przypadkach nasza służba zdrowia jest bezsilna.

– O tak, mój syn mieszka w Stanach, proszę mi wierzyć, stać nas było na najlepszych specjalistów. Niestety, to ten beznadziejny przypadek, kiedy już nic więcej nie da się zrobić.

– Rozumiem. Chciałam wiedzieć – Honorata zamilkła. Znowu rozważała, czy powinna przyjąć propozycję Wysocickiego. Odnosiła wrażenie, że zna skądś to nazwisko, była pewna, że gdzieś już je słyszała. Po tym, czego dowiedziała się o żonie, uznała, że on naprawdę potrzebuje kogoś takiego jak ona. Wiedziała, że u brata nie będzie mogła mieszkać zbyt długo, do rodziców nie miała po co wracać. Wyobraziła sobie, jak przeganiają Małgosię z kąta w kąt i pilnują porządku, na którego punkcie ojciec był przesadnie wyczulony. Nie wytrzymałaby tego. I to chyba ten obrazek przesądził o podjęciu decyzji.

– Jeśli prawdą jest to wszystko, o czym pan mi opowiedział, to zgadzam się.

Pan Andrzej uśmiechnął się. Wziął jej dłoń w swoją i powiedział:

– Dziękuję, niedługo się pani przekona, że nie jestem kłamcą – zapewnił.

Spojrzał na zegarek.

– Za godzinę będziemy na miejscu.

– Rzeczywiście, szybko minął ten czas, w ciągu którego odmieniło się całe moje życie. Mam tylko nadzieję, że pani Wysocicka zaakceptuje pana decyzję. O Boże, tak bym chciała zaznać trochę spokoju. Jakie to dziwne, że wsiadłam akurat do tego pociągu. Myślałam nawet, że to będzie najsmutniejsza podróż w moim życiu. Tymczasem ta podróż… Nie, nic już nie mówię, żeby nie zapeszyć.

Po wyjściu na peron na dworcu Szczecin Główny okazało się, że trzeba się zająć trzema wielkimi walizami Honoraty, w których zmieściła dorobek życia. Pan Andrzej okazał się bardzo zaradny i w niedługim czasie wszystko zostało umieszczone w bagażniku taksówki.

Było wczesne popołudnie. Honorata oglądała swoje miasto zza szyb jadącego samochodu.

– Dawno tutaj nie byłam, ale widzę, że niewiele się zmieniło. Dworzec jaki był, taki pozostał, na ulicach niewiele zmian. Trochę nowych budynków. O, widzę, że mamy wielkie centrum handlowe – wskazała głową na okazałą budowlę obok hotelu Radisson.

– Tak, ostatnio tylko one rosną wszędzie jak grzyby po deszczu. Szczecin to zapomniane i niedoinwestowanie miasto – ze smutkiem powiedział pan kapitan.

– Chyba tak, dla niektórych wręcz egzotyczne.

– Mamusiu, to gdzie my teraz będziemy mieszkać? – zainteresowała się Małgosia.

– Pan Andrzej zaproponował mi pracę. Będę się opiekowała jego chorą żoną. Zamieszkamy u państwa Wysocickich.

– A czy są tam jakieś dzieci? – mała była zaciekawiona.

Honorata spojrzała na Andrzeja.

– Nie, ale w sąsiedztwie na pewno ktoś się znajdzie – Wysocicki nie był zbyt pewien swojej odpowiedzi. Od momentu gdy jego syn wydoroślał, zupełnie go ten temat nie interesował.

– A w której części miasta pan mieszka?

– Na Pogodnie, przecznica od alei Wojska Polskiego. Ulica nazywa się Platanowa.

– Naprawdę? Znam ją. To była moja droga do przedszkola. Chodziłam tamtędy przez kilka lat. Nienawidziłam przedszkola, ale po drodze mijałam taki piękny dom. Wyglądał jak zamek. Często przystawałam przy bramie z buzią wciśniętą między pręty ogrodzenia i patrzyłam. W elewację budynku były powklejane świecące lusterka. Gdy świeciło słońce, one błyszczały i mieniły się wszystkimi kolorami tęczy. Był to najcudowniejszy widok mojego dzieciństwa. Zawsze wyobrażałam sobie, że w tym domu-pałacu na pewno mieszka jakaś księżniczka uwięziona w śmiesznej szpiczastej wieżyczce z okrągłymi oknami.

Honorata zamyśliła się. Bardzo miło wspominała tamten czas. Dom stał w pięknym ogrodzie. Latem zawsze było w nim dużo kwiatów, zimą, kiedy był śnieg – nikt po nim nie deptał, był nienaruszony i tylko choinki z czapami białego puchu zakłócały jego idealną powierzchnię. Potem, kiedy była już starsza, nazywała go tajemniczym ogrodem, w którym na pewno jest brama do bajkowego świata.

Jako osoba dorosła rzadko bywała w tej okolicy, ale czasami specjalnie przychodziła popatrzeć na ten pałac z jej dzieciństwa, który kiedyś tak bardzo pobudzał jej wyobraźnię. Kilkuletniej dziewczynce willa wydawała jej się ogromna, później jakby się pomniejszyła, ale jej czar pozostał i na szczęście nikt nie pozbawił jej tego najważniejszego – zaczarowanych lusterek.

– Zna pan ten dom? – zapytała.

Andrzej popatrzył na nią, tajemniczo się uśmiechnął i odpowiedział krótko:

– Tak.

Po dziesięciu minutach taksówka zatrzymała się. Honorata rozejrzała się po znajomej ulicy. Wysiadła. Samochód stanął przed bramą. Podeszła bliżej i aż otworzyła usta. W oddali zobaczyła świecące lusterka na ścianie domu, o którym dopiero co pomyślała.

– Nie wierzę!!! To pana dom?! – spojrzała na swego dobroczyńcę kompletnie zaskoczona. – Nie, to nieprawdopodobne! To dlatego nic pan nie mówił, gdy o nim opowiadałam.

– Muszę przyznać, że ciężko było mi się powstrzymać, ale chciałem, żeby miała pani niespodziankę – Andrzej cieszył się, widząc reakcję swojej towarzyszki podróży.

– No i udało się panu! – podeszła do bramy, znowu tak jak kiedyś przylgnęła do niej całą sobą.

– Mamo! Jakie śliczne szkiełka! Takie kolorowe!

– Prawda? Wiesz, to dom z mojego dzieciństwa, często obok niego przechodziłam, uwielbiałam patrzeć na te lusterka.

Mała Małgosia, tak samo jak kiedyś jej mama, wcisnęła policzki pomiędzy pręty starej pięknej bramy.

– To my będziemy teraz tu mieszkać?

– Tak, jeśli tylko zechcecie – odpowiedział właściciel tej nietypowej willi.

– Nie wiedziałam, że w zamkach można mieszkać. To pan jest królem?

Pytanie dziewczynki rozbawiło pana Andrzeja niezmiernie.

– Nie, ale ty możesz zostać królewną.

– Mamo, słyszałaś?

– Tak, kochanie.

– No dobrze, ale zanim zmienimy ustrój naszego kraju w monarchię, może wejdziemy wreszcie do środka.

Pan Andrzej nacisnął guzik domofonu. Ciężka stara brama powoli zaczęła się otwierać. Dość długa, wysypana grubym żwirem aleja prowadziła do schodów domu. Honorata zauważyła, że drzewa rosnące wzdłuż muru okalającego posiadłość mocno się rozrosły. Pamiętała, że były to akacje, bo od razu poczuła znajomy zapach. Spojrzała w górę, korony pokryte były białymi kwiatami i wyglądały, jakby w środku lata spadł śnieg. Lubiła zapach akacji, on również kojarzył jej się z dzieciństwem. To było miłe wspomnienie. Był tu też plac z kilkoma dorodnymi świerkami, a pomiędzy nimi owe kwiaty, które zapamiętała z przeszłości. Na końcu alei stała piękna poniemiecka willa tak bardzo działająca na wyobraźnię małej Honoraty. Choć w okolicy było wiele pereł przedwojennej architektury, to ten dom wyróżniał się spośród nich. Był większy, wybudowany z rzadkim rozmachem, no i ozdobiony owymi sławnymi już kawałkami lustra.

Wielkie drewniane drzwi wejściowe wciskały się pomiędzy dwie kolumny utrzymujące balkon otoczony kamienną, najprawdopodobniej marmurową, balustradą. Z boku, tak jak zapamiętała, wznosiła się tajemnicza okrągła wieża z okrągłymi oknami.

Kiedyś dom był bardziej zaniedbany, teraz ściany miały waniliowy kolor, okna i dach były brązowe, a dolna część elewacji miała kolor mlecznej czekolady. Honorata lubiła takie ciepłe kolory.

– Widzę, że trochę się tutaj zmieniło, wszystko jest jakby nowe. Mam nadzieję, że lusterka zostały te same – zwróciła się do właściciela willi.

– Tak, niedawno zrobiliśmy generalny remont. Musieliśmy dostosować dom do użytku dla osoby na wózku. Muszę przyznać, że miałem wielką ochotę powyrywać te kiczowate świecidełka, ale moja mama powiedziała, że jeśli to zrobię, to mnie wydziedziczy, ponieważ to ona jest prawowitą właścicielką tego domu.

– Całe szczęście, bez lusterek to już nie byłoby to samo, prawda, Małgosiu?

Dziewczynka trzymała mamę za rękę i patrzyła na dom, na kwiaty, na akacje.

– Tak, mamusiu, te szkiełka są zaczarowane. Każde ma inny kolor. Skąd pan je wziął?

– Wiesz, one są tutaj już od stu lat, są bardzo stare. A kolor mają wszystkie jednakowy, to odbijające się w nich słońce sprawia, że są takie kolorowe.

– Jakie wielkie schody! – krzyknęła dziewczynka, wchodząc na pierwszy stopień szerokich granitowych schodów.

– Są takie stare jak lusterka. Uważaj, są dość śliskie – informował pan Andrzej.

– Nie wierzę, że zaraz przekroczę próg tego domu. To chyba mi się śni! – Honorata nie mogła opanować emocji.

– Musiała pani mieszkać niedaleko, skoro mijała pani nasz dom w drodze do przedszkola.

– Dojeżdżałyśmy z mamą kilka przystanków autobusem, potem trzeba było iść Platanową. Mieszkałam na osiedlu, bliżej centrum miasta.

– Rozumiem.

Masywne drzwi otworzyły się i ukazał się w nich mężczyzna.

– Dzień dobry, Tomaszu, proszę pomóc pani z bagażami.

Mężczyzna w średnim wieku obrzucił Honoratę zaciekawionym spojrzeniem. Potem zauważył dziewczynkę.

– Dzień dobry, jestem Honorata – przedstawiła się i podała rękę panu Tomaszowi.

– Dzień dobry, proszę za mną.

Honorata z Małgosią, która patrzyła na wszystko, co ją otaczało, z wielkim zaciekawieniem, ale jednocześnie ze strachem, weszły do domu. Znalazły się w okrągłym holu, wyłożonym marmurową posadzką, z drewnianymi kręconymi schodami przylegającymi do ściany ozdobionej ciemną, ale bardzo piękną boazerią.

– Proszę, wejdźcie dalej. Tomaszu, gdzie jest moja żona?

– Zdaje się, że w ogrodzie. Pójdę zobaczyć.

– Nie, nie trzeba, sam pójdę. Pani Honorato, usiądźcie sobie w salonie z Małgosią, ja pójdę poszukać żony – wyszedł przez ogromne szklane drzwi do ogrodu.

Honorata usiadła na wielkiej skórzanej sofie. Rozejrzała się dookoła. Jej uwagę od razu zwrócił okazały kominek obłożony kaflami niespotykanej urody. Nad nim wisiało lustro w złotej ramie, w którym kiedyś, na początku XX wieku, z pewnością przeglądały się damy w długich sukniach i fantazyjnie upiętych fryzurach. Na ciemnozielonych ścianach wisiało mnóstwo fotografii przedstawiających postaci z różnych epok – od tych najwcześniejszych po te całkowicie współczesne. Całości dopełniały obrazy olejne, akwarele, tematyka których też była dość zróżnicowana: od portretów, przez pejzaże, po martwe natury.

W dość eksponowanym miejscu, w pięknej witrynie, za szybami poustawiane były jakieś puchary, kryształowe wazony, a wśród nich fotografia młodego uśmiechniętego mężczyzny. Honorata podeszła bliżej. Przeczytała kilka podpisów pod pucharami, potem jeszcze raz spojrzała na zdjęcie. „O Boże! – pomyślała – Szymon Wysocicki, światowego formatu tenisista, to jest ich syn!”. Teraz wiedziała, skąd zna to nazwisko. Co prawda ona sama niezbyt interesowała się sportem, ale o kimś takim jak młody Wysocicki nie można było nie wiedzieć. Z tego, co się orientowała, był jednym z najlepszych tenisistów na świecie. „Ale numer” – powiedziała sama do siebie i nagle zdała sobie sprawę, że to nie jest zwykły dom, a jego mieszkańcy nie są zwykłymi ludźmi. Ich życie, a zwłaszcza życie ich syna było wystawione na widok publiczny. Zaczęła się zastanawiać nad słusznością swojej decyzji. Pojawiły się obawy, czy powinna wkroczyć w ten zupełnie obcy dla niej świat i czy będzie w stanie sprostać wymaganiom ludzi, którzy do niego należeli. Choć miała być tylko rehabilitantką matki tenisisty, to jednak miała zacząć uczestniczyć w ich życiu. Przypomniała sobie, że syn mieszka w Ameryce. To ją na moment pocieszyło. Pomyślała, że może nie będzie tak źle. Poczuła, jak Małgosia wsuwa swoją rączkę w jej dłoń.

– Mamusiu, ale ty masz zimne ręce.

– To ze zdenerwowania.

– A czemu się denerwujesz? Zobacz, jaki to dziwny dom, tyle tu obrazów i takie stare meble. Wcale mi się tu nie podoba – dziewczynka podeszła do komody i chciała wziąć do ręki porcelanową lalkę.

– Kochanie, nie wolno niczego dotykać – Honorata w porę zauważyła zainteresowanie dziewczynki. – Wypadnie ci z rąk i się potłucze.

Dziecko cofnęło ręce i zrobiło krok do tyłu.

– Ale ta pani jest taka ładna. Jak królewna.

– Mnie też się podoba. Niestety, na takie figurki można tylko patrzeć, one nie są do zabawy.

– Szkoda.

Skonsternowana mama popatrzyła w kierunku ogrodu i zaczęła obserwować osoby siedzące w głębi przy małym drewnianym stoliku. Tyłem do tarasu siedziała żona pana Wysocickiego, więc Honorata nie mogła widzieć jej twarzy, jej mąż siedział naprzeciw i spokojnie coś wyjaśniał. Próbowała wyczytać z wyrazu twarzy mężczyzny, jaka jest reakcja jego żony. Nie zauważyła, żeby był zdenerwowany czy zawiedziony.

Minęło jeszcze kilka chwil, zanim pan domu wrócił do swoich gości.

– Przepraszam, że to tak długo trwało, ale chciałem pokrótce przedstawić żonie pani sytuację i zaprezentować jako fachowca niezbędnego do jej dalszej egzystencji.

– No i co? Udało się?

– Zaraz się pani przekona. Proszę ze mną do ogrodu. Agata chce panią poznać. Oczywiście Małgosię również.

Honorata czuła, że się roztapia. Nie dość, że było gorąco, to miała wrażenie, że temperatura jej ciała osiąga czterdzieści pięć stopni. Otrząsnęła się jednak, wyprostowała, chwyciła córkę za rękę i w miarę pewnym krokiem podążyła przed gospodarzem domu w stronę jego żony.

Kiedy stanęła naprzeciw Agaty Wysocickiej, ujrzała łagodną, piękną twarz dojrzałej kobiety. Zupełnie nie wyglądała na matkę około trzydziestoletniego mężczyzny.

– Kochanie, pozwól, to jest właśnie pani Honorata i jej córeczka.

– Dzień dobry, Honorata Samkowicz – przedstawiła się i wyciągnęła rękę na powitanie.

– Miło mi panią poznać. Proszę usiąść. Mąż mówił mi, że zgodziła się pani zająć moimi nieruchomymi częściami ciała. Ma pani na to ochotę? – w dość nieoczekiwany sposób rozpoczęła rozmowę pani domu.

– Pozwoliłam sobie na przyjazd do państwa, bo…

– Wiem, wiem, mąż streścił mi pani życie. Potrzebuje pani pracy, pieniędzy i jakiegoś dachu nad głową. Jednak to, co pani powiedział mój mąż, nie do końca jest prawdą.

Honorata poczuła, jak jej twarz robi się pąsowa.

– Mam rozumieć, że nie potrzebuje pani rehabilitantki?

– No właśnie. Jest ktoś, kto zajmuje się moim bezwładnym ciałem, ale z braku czasu robi to tylko dwa razy w tygodniu. Muszę przyznać, że spodobał mi się pomysł męża, żeby zamieszkała pani z nami i oprócz rehabilitacji potowarzyszyła mi w mojej samotności. Oczywiście, jeśli nie przypadniemy sobie do gustu, nie będziemy się ze sobą męczyć. Wtedy nasze kontakty ograniczą się do ćwiczeń – zamilkła na chwilę, jakby na coś czekała.

– No to co? Zgadza się pani? A jak ma na imię ta młoda dama, która tak się chowa za spódnicą mamy?

Honorata wypchnęła córkę do przodu, ale ona nic nie powiedziała, więc po dłuższej chwili mama ją wyręczyła.

– Małgosia.

– Cześć, Małgosiu. Masz bardzo ładne imię. Dziś już nie ma małych Małgoś, czasami jeszcze zdarzają się duże. Powiesz mi, ile masz lat?

Dziewczynka patrzyła na kobietę nieśmiało, potem spuściła wzrok.

– Cztery – odpowiedziała bardzo cicho.

– To już jesteś dużą dziewczynką. Podasz mi rączkę na powitanie?

Małgosia bez ociągania się odczepiła się od matki, podeszła do obcej kobiety i wyciągnęła do niej małą rączkę.

– Ja mam na imię Agata. Teraz, gdy już wszyscy się znamy, to jestem jeszcze ciekawa, czy twoja mama zgadza się ze mną pracować – skierowała swój wzrok na Honoratę, która po krótkim wahaniu wreszcie odpowiedziała.

– Nie chciałabym nikomu odbierać pracy.

– Tym proszę się nie przejmować. Jan tylko się ucieszy, że wyzwolę go z jarzma pracy ze mną.

– Pani Honorato, przecież już w pociągu podjęła pani decyzję – wtrącił Andrzej

– No tak, ale…

– Proszę się nie obawiać, na pewno pani sobie poradzi.

– Dobrze, więc umówmy się, że jeśli pani nie spodoba się moja praca, to po prostu się o tym dowiem.

Andrzej odetchnął z ulgą. Już się bał, że przygaszony humor żony wystraszy tę już i tak zestresowaną kobietę.

– Gdzie wolałaby pani zamieszkać? – Na poddaszu w tym domu czy w domku dla gości w ogrodzie? – zapytała już konkretnie gospodyni, a widząc, że młoda osoba nie bardzo wie, co odpowiedzieć, uprzedziła ją.

– Pomogę pani, na poddaszu będzie pani miała do dyspozycji samodzielne dwa pokoje z łazienką. Posiłki będziemy spożywać razem, więc kuchnia nie będzie pani potrzebna. Domek jest nieco większy, stanowi odrębną całość. Ale zanim podejmie pani decyzję, zjemy kolację, przez ten czas może się pani zastanowić.

– Dziękuję.

– Panie Tomaszu, proszę za chwilę podać kolację – krzyknęła. – A może Małgosia ma jakieś specjalne życzenie co do menu?

– Ależ nie, proszę sobie nie robić kłopotu. Ona je wszystko, nie grymasi – Honorata najchętniej schowałaby się w najciemniejszy kąt tego domu.

– Jak na razie zachowuje się tak, jakby w tym pokoju nie było żadnego dziecka. Przejdźmy do jadalni.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.