Paląc trawę na rykowisku - Agnieszka Urbanowska - ebook
Wydawca: Wydawnictwo Nowy Świat Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 201 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Paląc trawę na rykowisku - Agnieszka Urbanowska

Paląc trawę na rykowisku to portret pokolenia rówieśników III RP; a jednocześnie obraz Polski przed i po Smoleńsku.

Gaja, studentka krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, kiedyś dziewczyna z „dobrego domu”, uczennica katolickiego liceum identyfikująca się z pokoleniem JP II nawiązuje perwersyjny romans ze swoim wykładowcą, Gustawem Majem – biseksualistą, kosmopolitą i wojującym ateistą. Ta przewrotnie ukazana relacja, w której nie wiadomo, kto jest mistrzem, a kto uczniem, kto twórcą, a kto muzą, staje się impulsem do wspominania niespełnionej miłości Gai sprzed lat, z podwójnymi wyborami i śmiercią papieża w tle. Te dwie historie miłosne przedstawiają portrety dwóch mężczyzn – skrajnie różnych modelów męskości, kultury, stosunku do świata, polskości, wiary i patriotyzmu.

A 10 kwietnia 2010 na scenę wkracza historia, która każe Gai zastanowić się nad własną tożsamością i sprawi, że nic już nie będzie takie samo.

Opinie o ebooku Paląc trawę na rykowisku - Agnieszka Urbanowska

Fragment ebooka Paląc trawę na rykowisku - Agnieszka Urbanowska

Rozdział I
Rozdział II

Rozdział I

Youtube.com: Beach House, Master of None

Gazeta.pl: Gruzja. Mobilizacja wOsetii

Google Images: Pierre-Paul Prud’hon, Academic Male Nude

On kocha ją nie mnieee, ty nie wiesz jak to rani mnieee, wsercu czuję ból kochasz ją, nie mnieeee – fałszowała gospodyni imprezy, gestykulując zparodystyczną emfazą. Ktoś wylał na podłogę prawie pełną szklankę Żołądkowej, jednak nikt specjalnie się tym nie przejął. Wszyscy byli pijani, większość rozbawiona. Szybko ipobieżnie wytarto podłogę, przekrzykując się propozycjami nowych piosenek do zaśpiewania.

Pan Jeeezus już się zbliiiiiża, już puuuka do mych drzwi – zaintonował zminą skupioną iskromną, zdradzającą byłego ministranta, wyraźnie przegięty chłopiec. Ponad pół pokoju przyłączyło się, niemiłosiernie wyciągając górne dźwięki.

Mój wzrok wyłuskał stojącego przy oknie pięknego mężczyznę. Stał na tle różowo-złotego nieba; nad dachami kamienic na Dietla powoli przedzierał się lipcowy świt.

Czując alkoholową ociężałość inie mogąc oderwać od Adonisa oczu, myślałam otym, że są różne odmiany męskiej urody. Tę umieściłabym gdzieś pomiędzy reklamą szamponu do włosów iwystępującym wniej modelem, którego trudno poważnie traktować – bo jego niedorzeczne piękno niemal zawsze zgrzyta na tle przaśnego otoczenia – anagim stojącym mężczyzną zakademickiego szkicu Prud’hona. Takim, który podpiera ręką głowę ze smutkiem, ale który jest też bez wątpienia świadomy pocieszającego faktu, że jego włosy wyglądają dobrze. Oba typy są, wkażdym razie wpierwszej chwili, nieco aseksualne. Jeśli chcesz dotknąć człowieka, który pozował Prud’honowi, to raczej po to, by upewnić się, że jest materialny.

Tymczasem moja przyjaciółka Ola wyprostowała się na baczność, wzniosła oczy ku niebu iniezbyt mocnym, lecz pełnym determinacji głosem ruszyła: Nie rzucim ziemi, skąd nasz róóód – nie damy pogrześć mooooowy.

Polski my naród, polski ród – królewski szczep piastoooowy – uzupełnił kampowo, wspierając się tekstem na ekranie iwersją karaoke na Youtube, chórek przy laptopie.

Trudno mi było powiedzieć, czy mężczyzna spod okna obserwuje wszystko zwesołą wyrozumiałością, czy zlekką ironią. Mógł też być po prostu pijany, tak jak ja. Kręciły się wokół niego jakieś dziewczęta ijacyś chłopcy, ale trzymał ich na dystans. Potem gdzieś zniknął. Zamajaczył mi jeszcze przez chwilę wkącie pokoju, gdy polegując na materacach dogorywaliśmy przy trawie, awtle leciał Master of None Beach House. Pomyślałam wtedy, że musi być starszy niż mi się wpierwszej chwili wydało.

Wróciłam do domu rano, nie łudząc się, że zdążę zregenerować sponiewierany organizm do trzynastej. Na tę bowiem niezrozumiałą godzinę moja siostra wyznaczyła przyjęcie urodzinowe swojej córki.

Zosia była ode mnie starsza oponad dziesięć lat. Po maturze zaszła wnieplanowaną ciążę, jednak ku kolosalnej uldze naszej matki chłopak okazał się tak zwanym porządnym facetem ioświadczył się. Dziś Zosia iMarek stanowili dla mnie punkt odniesienia, gdy myślałam odorosłości istabilizacji. Tworzyli solidną rodzinę zbernardynem wsolidnym podkrakowskim domu zogrodem, aja przez ostatnie lata bywałam unich właściwie częściej niż urodziców, od których wyprowadziłam się krótko po skończeniu liceum. Wydawali się parą, której być może nie wiąże ze sobą wielka miłość, lecz na pewno silna zażyłość – no ioczywiście dwójka dzieci. Ula kończyła dziś trzynaście lat, ajej siostra Oliwka chodziła do przedszkola.

Rodzinne spotkanie nie budziło dziś mojego entuzjazmu. Miałam nadzieję, że skoro zapowiedziano grilla, ogród iświeże powietrze pozwolą przeżyć całość szybko iwmiarę bezboleśnie.

Tymczasem nadzieja, iż upał będzie znośniejszy pod drzewami, okazała się płonna. Skacowana, usadzona na wyplatanym krześle ogrodowym zIKEI, walczyłam zmdłościami nad talerzykiem tortu ztłustym różowym kremem, ozdobionego morzem kunsztownych marcepanowych falbanek, nad którym moja siostra spędziła prawdopodobnie pół nocy, posiłkując się filmami instruktażowymi zinternetu. Wustach zazgrzytała mi dekoracyjna perełka. Zamknęłam oczy, próbując siłą woli odpędzić zapach karkówki marynowanej wpodpałce do grilla.

– Ateraz – powiedziała Zosia zwerwą – obejrzymy film zdnia ojca wprzedszkolu uOliwki.

Towarzystwo posłusznie przeniosło się do domu idało usadzić na skórzanym komplecie wypoczynkowym. Telewizor zawieszony na śnieżnej ścianie wyświetlił grupę przedszkolaków. Mała dziewczynka, tuląc spłonioną ze wstydu głowę wrękawie mężczyzny, na kolanach którego siedziała, śpiewała But you love me daddy. Publika na przemian wydawała kwilenie rozczulenia iwybuchała entuzjastycznym śmiechem. Przed dziewczynką co chwila przemykał mężczyzna zkamerą wideo. Potem dzieci miały powiedzieć, za co kochają swoich ojców; śmiechu iwzruszeń było co niemiara.

Niewyspanie sprawiało, iż rzeczywistość docierała do mnie przez bufor otępienia. Z mozołem zastanawiałam się, dlaczego nikt nie zmusza dorosłych do deklarowania przed żywo reagującą publicznością, złożoną wwiększości zobcych ludzi, czy iza co kocha członków swojej rodziny. Który znich opisywałby tak wprost miłość do swojego rodzica? Powtarzałby mówiące oniej słowa, odarte zretorycznych ozdobników, śpiewałby, fałszując i przekręcając wyrazy?

Ula porzuciła towarzystwo izajęła się czymś innym wogrodzie. Rozumiałam ją, sama jako dziecko nie znosiłam oglądać pewnych scen – filmowych sześciolatków zakochujących się wkoleżance zprzedszkola, dających popis pseudodorosłych zalotów, uwieńczony małpim buziakiem; niektórych „dorosłych” momentów oromantycznym charakterze – nie wiem, czy były tak kiczowate, że byłam zażenowana, czy też wyczuwałam fałsz inieprzystawalność języka izachowań – świata mojego oraz tego filmowego. Miałam wtedy dziwne uczucie skrętu wśrodku brzucha, gdy nie wiadomo, czy wstydzisz się za siebie, za aktorów, bohaterów, amoże to wcale nie jest wstyd: chciałbyś kogoś ocalić, wyciągnąć ztej sceny, nie wiadomo – siebie czy ich. Jest wtobie litość, współczucie, trochę szyderstwa. Chowałam głowę pod ramieniem. Z ulgą usłyszałam, że Marek wzywa właśnie do jedzenia karkówki, którą zdejmował zrusztu.

Moja udręka jednak się nie skończyła. Z obowiązku szkolnego sześciolatków rozmowa płynnie przeszła na temat polityki.

– Wtym kraju nie ma wyboru – stwierdził Marek dobitnym głosem, nakładając na papierowe talerzyki kawałki mięsa. Mój okazał się surowy zjednej strony izwęglony zdrugiej. – Kradną wszyscy po równo. Kłócą się tak samo. To niech chociaż premier wstydu nie robi wEuropie.

– Żeby on był takim fajnym premierem, jakim fajnym jest facetem... – powiedziała Zosia zciepłym smutkiem.

Poszłam na taras przynieść więcej sztućców.

– Zieje złym wyrazem oczu... Nienawiść... To się wgłowie nie mieści – zwierzała się kulturalnym półgłosem matka koleżanki Uli. – I po co to wszystko. Ja nie rozumiem. Ciągle te awantury, polowanie na komunistów, ubeków, agentów. Żyj idaj żyć innym, mówię zawsze.

– ...stracił już jakikolwiek kontakt zrzeczywistością – dochodziły do mnie strzępki rozmów. – To pokazuje, co się dzieje zczłowiekiem, który nie potrafił ułożyć sobie życia – tu Zosia zerknęła na mnie. – Sztuka, rysunki, studia jedne, drugie, alata lecą. Obiecaj mi, że nie skończysz zkotem – zachichotała.

Moja siostra należała do tych kobiet, które uważają, że ludzie nieposiadający męża idzieci nic nie wiedzą oprawdziwym życiu ipoważnych problemach. Coś wrodzaju naturalnego egocentryzmu sprawiało, że jej pogarda dla reszty ludzkości była zupełnie nieświadoma iniezamierzona. Starałam się nie oceniać jej zbyt surowo, auwagi puszczać mimo uszu. Po tym jak kilka lat temu wyleczyła nowotwór, bez wątpienia miała za sobą takie doświadczenie, wobec którego mogłam czuć tylko pokorę. Była kochającą żoną imatką, być może zresztą kupowała sobie prawo do podobnych komentarzy, wgorszych miesiącach zawsze pożyczając mi pieniądze.

Pogodziłam się zjej wizją świata, amoje problemiki zuczelnią, projektami imężczyznami pozostawały zazwyczaj moją sprawą. Zresztą, jeśli chodziło ożycie osobiste, to itak była typem człowieka, który daje do zrozumienia rozmówcy, że sam jest winny swoich kłopotów, aona, Zosia, radziłaby sobie zmoim życiem znacznie lepiej ode mnie. Nie miałam właściwie powodów, by jej nie wierzyć, na pewno ogarnęłaby je schludnie ienergicznie, wypełniając wartościowymi ludźmi iładnymi meblami.

Nie wiem, czy Marek chciał odwrócić uwagę od nędzy mojego życia osobistego, czy mnie dobić, podjął bowiem na nowo temat polityki. Przy rozmowach oniej mdliło mnie znudy nawet wbardziej sprzyjających okolicznościach. Podniosłam się więc zkrzesła, by włazience pachnącej zmieniającym zapach co 45 minut odświeżaczem powietrza zwymiotować różowy tort zkremem.



Rozdział II

Youtube.com: How to achieve perfect waves with L’Oreal Paris

Gazeta.pl: Kryzys finansowy – Izba Reprezentantów USA zatwierdziła plan ratunkowy

Gazeta.pl/Krakow: Otwarcie Instytutu Studiów Interdyscyplinarnych

Google Images: Spektakl lalkowy Kamp

Tego lata znowu nie dostałam się na ASP. Czekał mnie zatem kolejny rok życia wzawieszeniu, wktórym tkwiłam od matury. Zaraz po niej, nie znalazłszy studiów dla siebie, wyjechałam do pracy do Szkocji. Po roku bez skutku zdawałam na intermedia. Zapisałam się więc na kurs rysunku, aponieważ potrzebowałam też czegoś, co uporządkuje mi życie, poszłam dziennie na historię sztuki. Teraz, po drugim nieudanym podejściu do ASP, znów musiałam ułożyć plan na najbliższy czas.

Zdecydowałam się zostać na historii sztuki, skoro zdałam pierwszy rok. Były to studia, do których nie czułam niechęci, ale nie czułam też, że się tam spełniam. Docent zwydziału grafiki, do którego chodziłam na rysunek, wręczył mi któregoś dnia ulotkę. – To mogłoby być coś dla pani – powiedział. Popatrzyłam na folder reklamowy Instytutu Studiów Interdyscyplinarnych. Ośrodek współpracy międzyuczelnianej. Kursy prowadzone przez uznanych pracowników naukowych, często absolwentów dwóch kierunków studiów, oraz artystów. Docelowo Instytut ma być nie tylko ośrodkiem naukowym, centrum badawczym iinstytucją kształcenia, ale też miejscem dialogu, twórczych interakcji między przedstawicielami różnych dyscyplin, inspiracją dla nowych rozwiązań wnauce, kulturze isztuce.

– Jeden-dwa kursy literatury, kulturoznawstwa czy filologii – spojrzał na mnie życzliwie idopingująco – na pewno się pani przydadzą. Mam silne przeczucie, że jeszcze nas pani zaskoczy.

No iposzłam.

Instytut mieścił się przy cichym skrzyżowaniu Reformackiej, Pijarskiej iśw. Marka. Uwielbiałam takie kąty Krakowa, trochę zapyziałe, senne, zapomniane przez konserwatorów zabytków iturystów. Lubiłam podwórza na tyłach kamienic, moment napięcia, co się tam zastanie, niepozorne fasady izaskakujące witraże nad wejściami, wijące się poręcze, zktórych łuskami spadała obskurna farba.

W przeciągu tygodnia okazało się, że zajęcia, na jakie trafiałam, były kolosalnym rozczarowaniem. Nudziłam się wostatnim rzędzie, nie mogąc się pozbyć wrażenia, że prowadzący nie mają jeszcze pomysłu na to, co właściwie mają tu robić. Snuli więc absolutnie abstrakcyjne rozważania teoretyczne lub zagłębiali się wodmiany tekstów archaicznych ksiąg. Wpoczuciu marnowania czasu miałam zamiar jak najszybciej zarzucić poszerzanie horyzontów.

Z ulgą wyszłam zwykładu, który miał być moim ostatnim. Iwtedy, na korytarzu, zobaczyłam młodzieńca zProud’hona.

Otwierał właśnie przed niewielką grupką stłoczonych studentów drzwi do sali wykładowej. Prawie nieświadomie, ze wspaniałym, gdy otym później myślałam, refleksem, zanurkowałam za nimi, opadając płynnie na najbliższym wolnym miejscu. Gdy skierowałam wzrok wjego stronę, moja twarz wyrażała absolutnie chłodną obojętność.

Okazało się, że nazwa kursu brzmiała „Wstęp do literaturoznawstwa”. Prowadzący przez chwilę pokręcił się tanecznym kroczkiem pod tablicą, po czym powiedział, że nazywa się Gustaw Maj izapisał na tablicy swój e-mail.

Charakterystyczna gestykulacja ilista lektur, którą rozdał, ztakimi pozycjami jak Godziny Cunninghama ipowieści Virginii Woolf, sprawiły, że wtamtej chwili marzyłam, by zeswatać go zfryzjerem prezentującym na YouTube tutoriale fryzjerskie pod szyldem L’Oreal Paris. Wyglądał na trzydzieści kilka lat; ubrany był starannie, ale bez ostentacji, harmonijnie komponował się zgrubymi ścianami starego budynku iwystawnie stylizowanym żyrandolem. Całość sprawiała wrażenie równocześnie kiczowate ifascynujące.

Gustaw Maj nie okazał się zbędnym formalistą, sprawdziwszy listę obecności (zatrzymał przez chwilę wzrok na mojej twarzy) iomówiwszy krótko program kursu, puścił wszystkich do domu.

W życiu każdego człowieka są grzeszki, októrych nie wie nikt poza jego przeglądarką internetową. Gdy znalazłam się więc przed komputerem, pozwoliłam sobie na wyszukanie interesującej mnie osoby na Facebooku.

Gustaw Maj najwyraźniej nie tylko nie był formalistą, ale ibył człowiekiem dość otwartym. Udostępniana publicznie zakładka „Informacje” została dość obficie wypełniona.

Odkąd 6 lat temu wSan Francisco rozpieprzyłem sobie życie na kawałki, nie przywiązuję się do nikogo, nie przynależę do żadnej ze stron inie zamierzam tego zmieniać!!! – widniało wkategorii „O mnie”. – CO SIĘ STAŁO WSAN FRANCISCO? – chce wiedzieć moja wewnętrzna czternastolatka.

Interesują mnie: mężczyźni ikobiety

Muzyka: Anthony and the Johnsons, Sufjan Stevens, Björk

Literatura: Virginia Woolf, Henry James, Emily Dickinson, T.S. Eliot, Sylvia Plath, Annie Proulx

Film: Pedro Almodovar, Jane Campion

Soł gej.

Od niewinnego stalkingu oderwało mnie nadejście nowego maila. Z niemałym zdziwieniem zobaczyłam, że pochodził od Karoliny.

Karolina była wliceum moją dobrą przyjaciółką. Krótko po maturze wstąpiła do zakonu, wywołując tym konsternację wkręgu wspólnych znajomych itowarzyską sensację. Potem wsiąkła na jakimś śląskim końcu świata icywilizacji, nasze kontakty nie urwały się wprawdzie zupełnie, ale siłą rzeczy były rzadkie ijakby – nieco wymuszone. Teraz zorientowałam się, że nie potrafię nawet dokładnie przypomnieć sobie nazwy jej zakonu – była długa izawierała wsobie Ducha Świętego.

Od: s.petronela@zmsds.pl

Temat: pytanie

Droga Gaju, za jakiś czas planuję przyjechać na trochę do Krakowa (coś wrodzaju urlopu). Czy mogłabym zatrzymać się uCiebie? Wiem, że minęło sporo czasu, więc gdyby było Ci to nie na rękę, to po prostu powiedz – nie ma problemu. Być może powinnam jakoś inaczej zacząć ten list, od pytań, jak się masz ico uCiebie – bo jestem tego naprawdę ciekawa! – ale szczerze mówiąc, najbardziej marzy mi się rozmowa na żywo. Może powinnam też streścić krótko, co umnie, ale zjednej strony nie śmiem Cię zanudzać, azdrugiej nie jest to do końca temat na pisanie. Daj znać, co myślisz, pozdrawiam Cię serdecznie

Karolina

Podpisała się własnym imieniem, anie tym zakonnym – Petronela. Po mieście przez jakiś czas chodziła plotka, że przybrała imiona Świętopełka Konsuela.

Czy siostra zakonna może pozdrawiać serdecznie, bez „pozostań zBogiem”, błogosławieństwa albo czegoś równie religijnego? Nie pamiętałam już, jak rozwiązywała tę kwestię wpoprzednich, nielicznych mailach. Od ostatniego minęły jakieś dwa lata. Wzwiązku ztym jej prośba wydała mi się dość śmiała, przez krótką chwilę miałam ochotę skłamać, wykręcić się wyjazdem lub chorobą, udać, że list nie doszedł przez błąd serwerów lub program antyspamowy, ale zwyciężyła ciekawość połączona zsentymentem dla starej przyjaźni.

Kurtuazyjnie zapytałam Olę iŁukasza, zktórymi dzieliłam mieszkanie, czy nie mają nic przeciwko.

– Minęło mnóstwo czasu! – stwierdziła zzainteresowaniem Ola, która znała sprawę Karoliny. – Ciekawe, co uniej. Ciekawe, czy zrobili jej tam pranie mózgu!

– Azinnej beczki – spytała. – Nie masz się ochoty przejść? Znajomy zHolandii organizuje. – Pokazała na ekranie laptopa opis wydarzenia:

Zapraszamy na spektakl lalkowy Kamp

Jest to wyjątkowe połączenie animacji, performance’u, teatru lalkowego, rzeźby iinstalacji artystycznej. Scenę wypełnia wykonana wdużej skali zpapieru itektury makieta obozu koncentracyjnego: 3 tysiące ręcznie wykonanych, 8-centymetrowych figurek przedstawia zarówno więźniów obozu, jak iich oprawców. Wszystkie detale, wykonane ręcznie przez artystów zdrutu, papieru imodeliny, oddane są zwielką dbałością oszczegóły: widzimy baraki, tory kolejowe, atakże bramę znapisem „Arbeit Macht Frei”, druty kolczaste, komory gazowe ikrematoria. Aktorzy przemieszczają się między elementami scenografii jak gigantyczni reporterzy wojenni, filmujący za pomocą miniaturowych kamer kolejno odtwarzane sceny zżycia codziennego wobozie: apele, ciężką pracę, egzekucje czy selekcję do komór gazowych. Widownia staje się świadkiem wyjątkowej rekonstrukcji, obserwując działania „z wnętrza” obozu. Spektakl celowo pozbawiony jest dialogów, aoglądający słyszą jedynie pojedyncze efekty dźwiękowe.

Obiecałam, że się zastanowię. Gdy powiedziałam kiedyś przy podobnej okazji, że czuję przesyt tematyką obozową, Ola była nieco zgorszona.

Odpisałam Karolinie, zachęcając do przyjazdu, który, jak uzgodniłyśmy, miał nastąpić za tydzień.

Myślałam oniej następnego ranka, przemierzając pożyczonym od Łukasza samochodem Mogilską – ulicę rozpaczliwie zakurzonych warsztatów samochodowych, nadgniłych warzywniaków, ruder, burdeli iPRL-owskich biurowców, przeplatanych lśniącymi budynkami zchromu iszkła. Jechałam fotografować wesele.