Ostatnia spowiedź - Nina Reichter - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 491 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 13 godz. 26 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ostatnia spowiedź - Nina Reichter

HIT INTERNETU! ZAKOCHAJ SIĘ W HISTORII, KTÓRĄ POKOCHAŁY SETKI LUDZI.

 

Pełna napięcia, romantyczna opowieść o miłości w szponach show biznesu.

Poznaj tom I cyklu Ostatnia spowiedź.

 

Bradin Rothfeld jest dziewiętnastoletnim rockmanem. Kobiety w całej Europie wzdychają do jego brązowych oczu i cudownej, niemal dziewczęcej urody. Wracając z trasy koncertowej Brade spóźnia się na przesiadkę i spędza noc na opustoszałym lotnisku. Jeszcze nie wie, że będzie to najdziwniejsza noc w jego życiu. Spotyka wtedy Ally Hanningan. Tajemniczą Amerykankę, która go nie rozpoznaje. Spędzają ze sobą kilka magicznych, niezapomnianych godzin. A późnej wspaniała noc się kończy.

I oboje już wiedzą, że nie spotkają się więcej.

Nigdy więcej.

Bo zbyt mocno czują, co rodzi się między nimi.

 

Żadne z nich nie może się teraz zakochać.

Ally jest zajęta – uwikłana w dziwny związek, z którego na razie nie może się wyplątać, a Brada obowiązuje kontrakt płytowy, który mówi – „prasa nie może odkryć twoich kobiet”. Brade jednak używa podstępu i ciągnie tę znajomość.

Pozostaje tylko jeden szkopuł. Ally nadal nie ma pojęcia, kim jest Bradin.

I również skrywa pewien sekret.

 

Co zrobi Bradin, pragnąc dziewczyny, której nie powinien nawet tknąć?

 

Miłość, zazdrość, show biznes.

Ostatnia spowiedź

 

Poczuj, jak kocha ten, którego kochają tysiące…

 

 

Facebook: http://www.facebook.com/OstatniaSpowiedz

Opinie o ebooku Ostatnia spowiedź - Nina Reichter

Cytaty z ebooka Ostatnia spowiedź - Nina Reichter

Spokój. Spokój jest jak ulotna mgła, zbyt rzadko przebiegająca przez pasmo życiowych zmagań. Nie da się jej pochwycić ani zobaczyć, nie da się zatrzymać na dłużej, kiedy już zniknie bezpowrotnie, rozmyta wiatrem niepewności. Ale jest. Bywa. Daje siłę w najmniej oczekiwanych momentach. Spokój to chwilowa niezmienność i niezmącona wiara, nieoceniona możliwość zyskania perspektywy. Spokój to pewność, że pochwycisz moją rękę, gdy wyciągnę ją do ciebie.

Fragment ebooka Ostatnia spowiedź - Nina Reichter






Strona redakcyjna


7 maja, Ally

1. Czy koniec może być początkiem?

I oto jestem. Chodzę ulicami miasta, które znam tak dokładnie. Mijam kawiarenki i sklepy. Kolejne migające szyldy zmieniają się przed moimi oczami jak wtedy, kiedy przechodziłam obok nich codziennie. Wędrowałam tą samą drogą przez lata. Trzy lata. Trzy lata mojego życia. Tak ważne i tak nieznaczące. Trzy już nie dziecięce lata, choć jeszcze nie do końca dorosłe.

Idę, a ludzie mijają mnie tak zwyczajnie, nie zatrzymują wzroku, w natłoku swoich spraw śpieszą się gdzieś, pokonują kolejne metry, a ja z nimi. Moja ręka, złożona w jego dłoni, prawie się nie zaciska. Jakbym go nie czuła. Jakby szedł niby ze mną, niby obok, ale był dokładnie tak samo obcy jak ci bezimienni, mijający nas przechodnie. Idziemy w milczeniu i tylko natłok moich myśli miesza się z hałaśliwymi odgłosami ruchliwej ulicy, ale wydaje mi się, że krzyczę, że właśnie teraz krzyczę, a nikt nie zwraca na mnie uwagi. Wołam o pomoc najgłośniej jak potrafię, ale nikt mnie nie słyszy i nikt nie odwraca wzroku. Zastanawiam się, czy już od dawna nie wierzę, czy dopiero dziś zaczęłam wątpić...

Tak miało teraz wyglądać moje życie. Miałam iść ręka w rękę z nim i cieszyć się każdą chwilą, choć dla mnie wszystkie były identyczne, zupełnie błahe i pozbawione jakichkolwiek emocji. Magia przeszłości, najdrobniejszych szczegółów, to, co tak mocno mnie tutaj ciągnęło, przy nim zupełnie bladło. I nawet wszystko, co tu przeżyłam, wydawało się już bez znaczenia...

A właśnie dlatego chciałam go tu zabrać. Żeby uwierzyć, że jeśli będziemy w miejscu, które przecież kocham, to może mój obecny świat wyda mi się inny. Pomyliłam się.

Nowy Jork nigdy nie zasypiał. Był jak machina, którą ktoś kiedyś wprowadził w ruch i już nie umiał jej zatrzymać. Miał w sobie to niesamowite, tętniące energią życie, którego ja od jakiegoś czasu byłam zupełnie pozbawiona. Jednak mimo tych myśli szłam dalej. Ręka w rękę z nim. Każdego wieczoru tak samo kładłam się u jego boku i tak samo budziłam się w jego ramionach, zastanawiając się, czy to wszystko, co jeszcze mnie czeka.

Mówią, że w życiu tylko raz można przeżyć miłość. Tylko raz coś zrywa cię do biegu, każe gnać przed siebie, choćbyś nie widział wtedy początku ani końca. Coś staje się słuszne, choćby miało przeciw sobie wszystkie racjonalne wybory. Coś każe ci walczyć, pragnąć i wierzyć. Coś sprawia, że nigdy nie zapomnisz chwil i miejsc, w których ostatni raz czułaś to, co odeszło...

Dla mnie ten „raz” już minął. Od tamtej pory codziennie staram się odnaleźć w tym, co zostało.

Nie pamiętam Stanów z mojego dzieciństwa. Wiem, że mieszkaliśmy na wybrzeżu, bo przypominam sobie szum rozbijających się przy brzegu fal, lecz gdyby ojciec nie wspominał czasem nazwy tamtej mieściny, pewnie ją też bym zapomniała. Byłam bardzo mała, gdy ojciec dostał awans w korporacji finansowej, dla której pracował, i przenieśliśmy się do Europy. Mieliśmy zamieszkać w Paryżu, co jeszcze w tym samym roku stało się faktem. Do Stanów wracaliśmy sporadycznie. Mijały lata, a ja chodziłam do kolejnych szkół, aż wreszcie mój ojciec stwierdził, że jestem na tyle dorosła, by móc tu powrócić i samotnie zamieszkać w kraju, w którym on się wychował. Miałam poznać historię, kulturę, a przede wszystkim pozbyć się tych „europejskich naleciałości”, którymi mój angielski podobno „zajeżdżał”.

Pozbyłam się. Czego innego.

Miałam niespełna siedemnaście lat i świat leżał u moich stóp. Właśnie wtedy wróciłam tu sama na te trzy lata. Trzy lata, które wiele zmieniły i ukształtowały mnie taką, jaka teraz jestem.

Na początku wszystko wydawało się inne, momentami lepsze, momentami absurdalne, ale najważniejsze było to, że wieczorami wracałam do pustego mieszkania, w którym wszelkie reguły wyznaczałam sama. Nadzór przyszywanej ciotki, koleżanki mojej matki, która mieszkała w drugiej części miasta, sprowadzał się tylko do paru kontrolnych wizyt tygodniowo i był raczej towarzyską pogadanką niż jakimkolwiek testem odpowiedzialności. Edith sprawdzała, czy nie piję, nie ćpam i poza paroma dobrymi radami, dawanymi na odchodne, nie patrzyła mi na ręce. Nie mogłam być jej bardziej wdzięczna.

Brak bliskich i przyjaciół szybko zrekompensował mi przystojny Adam – rodowity Amerykanin z silnym południowym akcentem i ciemnymi oczami, którymi przypatrywał mi się znad lady w pobliskim sklepie fotograficznym.

Południowcy w większości cierpią na straszny brak manier, który zabójczo mi wtedy imponował, więc Adam bez trudu przesłonił mój świat. Tak mocno, jak można to zrobić tylko komuś, kto ma niespełna siedemnaście lat. Szczególnie że on miał dwadzieścia pięć.

Szybko stał się jedynym głosem w mojej głowie i jedynym mentorem we wszystkich kwestiach, których tak bardzo się obawiałam... a których on tak prędko postanowił mnie nauczyć. Był towarzyski, błyskotliwy. Mówił o nieznanych mi rzeczach, a te, które znałam, postrzegał w ciekawszy sposób. Chyba od początku przeczuwałam, że jego niespokojny duch kiedyś wyrwie się z mojego niepewnego uścisku. Nie przypuszczałam jednak, że tak szybko. Po dwóch latach szaleńczej miłości, po dwóch latach wzlotów i upadków, a w końcu po burzliwym rozstaniu, które roztrzaskało moje serce na milion kawałków, nastąpił kolejny rok, cichy i spokojny. Wtedy pomogło mi jedynie to miasto – krzykliwy i dumny Nowy Jork. Byłam mu wdzięczna, że podniósł mnie ze zgliszczy. I chyba zawsze będę. Dlatego wróciłam.

I chociaż bardzo się zmieniłam, spoważniałam i spokorniałam, to miasto budziło we mnie dawnego ducha, który nigdy nie umarł i który tak bardzo nie chciał wtedy pogodzić się z tym, co działo się w moim życiu.

Ten sam duch mówił mi dziś, że znowu popełniam błąd.

Teraz właśnie szłam tu z nim. Z Christophem. Synem znajomych moich rodziców, z którym próbowali mnie zeswatać chyba od zawsze, ale dopiero teraz, kiedy wspomnienie Adama już dawno zbladło w mojej głowie, niechętnie im na to pozwoliłam. Pozwoliłam... i dusiłam się jak nigdy.

Moi rodzice widzieli w nim tylko to, jaki jest odpowiedzialny i pozornie dobry. Nie mogli poczuć chłodu między nami, bo gdyby tak było, pewnie nawet oni spuściliby z tonu. Nie widzieli pustych spojrzeń i rozmów zupełnie bez znaczenia, nie potrafili zrozumieć, że czuję się jak zaplątana w niewidocznej matni, że wypalam się od środka. On jednak chyba to czuł.

Z dnia na dzień oddalaliśmy się od siebie. Niby nieznacznie i pod szczelną płachtą konwenansów, ale jednak. Wszystko, co kiedyś robił, by pokazać mi, że coś nas łączy, ulatniało się z każdym dniem bardziej i pogłębiało rosnącą między nami przepaść. Już nie dbał o mnie, nie zabiegał, a ja nie czułam żalu. Ze spokojem czekałam, aż ten obcy mi człowiek wreszcie przyzna, że jest obcy, choć ciągle powtarzano mi, żebym przestała być krnąbrna. Oboje znaleźliśmy się w pułapce ludzkich oczekiwań. Kto wie, może gdybyśmy mieli odwagę o tym porozmawiać, bylibyśmy w stanie się zrozumieć, polubić i nawet rozmawiać naprawdę. Jednak przyparta obowiązkiem i czyjąś racją, trwałam tak dalej i miałam zamiar trwać. Bo było dobrze. Przecież było dobrze, a przynajmniej starałam się w to wierzyć, powtarzając to sobie jak mantrę każdego kolejnego dnia...

I oto jestem. Stoję pośrodku terminalu międzynarodowego lotniska Kennedy’ego w Nowym Jorku i obracam się wokół jakiejś niewidzialnej osi, szukając wzrokiem czegoś, czego nawet nie potrafię nazwać. Duża podróżna torba już nie ciągnie mojej ręki, bo nadałam ją jako bagaż, ale wcale nie mam wrażenia, by było mi lżej. Christopha pożegnałam dwa dni wcześniej. Chłodno i oficjalnie wymieniliśmy szybkie pocałunki i powiedzieliśmy parę miłych, nic nieznaczących słów. Mówiłam, że zostanę, żeby załatwić jeszcze parę formalności dotyczących mojej amerykańskiej matury – we Francji czekała już teczka, do której miałam dostarczyć dokument, uprawniający mnie do rozpoczęcia studiów w pięknym Lyonie i zamykający moje życie jeszcze szczelniej w kręgu czyichś marzeń. Znowu sama i znowu daleko od domu w Paryżu. Gdyby nie fakt, że kierunek studiów, który miałam podjąć – prawo – był jednym z najcięższych i chyba najnudniejszych, byłabym zachwycona! Ale po czasach młodzieńczej beztroski i popełniania błędów przecież właśnie teraz miałam być odpowiedzialna. Dokonywać wyborów i ponosić ich konsekwencje, wreszcie dbać o przyszłość i nie narzekać, bo „życie jest ciężkie, a ty musisz być mądra” – lubiła mawiać moja matka. Jej słowa odbijały się dźwięcznie w mojej głowie bardzo często, i odbijały się teraz, kiedy spacerowałam po strefie bezcłowej między wysokimi półkami, nie skupiając uwagi na ekspozycjach i prawie się nie zatrzymując. Żegnałam się z tym miejscem zupełnie zwyczajnie, nieoryginalnie i bez patosu, jak robiło to już wielu przede mną i jak zrobi jeszcze wielu po mnie.

– Final call for the passengers flying to Ostrava, flight 65-347, please proceed immediately to the gates B-41 for economy and B-42 for business class. Gates will be closed in 3 minutes.

– Holy shit! – Ally przeklęła pod nosem, szybko spoglądając na tablicę lotów. Cyferki zegara pokazały bezlitośnie, że boarding zaczął się pół godziny temu, a zważywszy na fakt, że nie przeszła jeszcze przez kontrolę celną, już była spóźniona. Gwałtownie targnęła leżącą na ziemi torebkę i zaczęła biec, przedzierając się pośpiesznie przez otaczający ją tłum. Łokciami rozpychała zagubionych cudzoziemców, którzy ze słownikami w dłoniach próbowali rozszyfrować pojawiające się na tablicach napisy. Musiała wyglądać naprawdę groźnie, skoro nawet wysoki, barczysty mężczyzna, jeszcze przed chwilą stojący na jej drodze, od razu się usunął i Ally tylko lekko trąciła go barkiem.

– Ma pani szczęście, pani... – kobieta przy bramce zerknęła szybko na jej bilet – Hanningan. Jest pani ostatnim pasażerem. Jeszcze moment i odlecielibyśmy bez pani – wysoka, nienagannie uczesana blondynka powiedziała niby żartem i uśmiechnęła się szeroko, dokładnie tak, jak miała wyuczone.

Ally prawie nie uniosła wzroku. Wchodząc na pokład, obejrzała się tylko przez ramię.

„I może właśnie tak miało być?” – pomyślała, po raz ostatni starając się zapamiętać obraz. Zdawało jej się, że powinna zapłakać, popaść w melancholię, lecz tylko uśmiechnęła się do siebie i po prostu odeszła. Zniknęła, a drzwi rękawa zamknęły się za jej plecami.

Bo nigdy nie pozwolę wam patrzeć na mój upadek.


7 maja, Bradin

2. Po ciemnej stronie świateł nocy

– Dlaczego jeszcze nie kołujemy? – zapytał przechodzącą obok stewardesę, rozkładając się na skórzanym fotelu i kładąc torbę na kolanach postawnego mężczyzny, który chyba drzemał.

Siedzący obok Tobi spał jak dziecko, które wypiło na noc porcję podgrzanego mleka.

– Niestety mamy małe opóźnienie. Kilka samolotów z porannych rejsów nie odleciało o czasie, co spowodowało, że inne nie mogły lądować i mamy na pasie mały... korek. Proszę się nie martwić, za godzinę powinniśmy być w powietrzu.

– Za godzinę?! – popatrzył na zastygłą w uśmiechu blondynkę, a potem głośno wypuścił powietrze. – Świetnie! – zrezygnowany opadł na oparcie.

– Czy coś podać, panie Rothfeld...?

Nie poruszył się.

– Bradin? – dziewczyna słodko przeciągnęła ostatnią sylabę i najwyraźniej sam fakt, że wymówiła na głos jego imię, sprawił, że zaczynała się rumienić.

Brade powoli odwrócił głowę i spojrzał na stewardesę, która chichotała cicho. Nie wyglądała na więcej niż dwadzieścia lat, co z miejsca wyjaśniało pewne rzeczy. Zmierzył ją trochę zbyt surowym wzrokiem, gdy dziewczyna starała się mówić dalej:

– Zaraz podam karty dań. Mamy również menu wegetariańskie, jeżeli sobie życzysz – zachichotała znowu, ciesząc się poufałością. – Duży wybór win rozmaitych roczników i...

Gestem ręki przerwał jej i wysunął się w jej stronę. Gdy dziewczyna pochyliła się nad śpiącym Tobim, momentalnie zniżył głos.

– Jest jedna rzecz, której sobie życzę i jeżeli ją dostanę, będę dozgonnie wdzięczny – wyszeptał, przeszywając stewardesę spojrzeniem, gdy jej twarz znajdowała się centymetry od jego twarzy.

– Oczywiście. Co to takiego? – zapytała rozpromieniona. Bezlitośnie przeciągnął tę ciszę, kiedy dziewczyna wpatrywała się w niego.

– Święty spokój – odparł bez skrupułów, obserwując, jak młodociana stewardesa niezręcznie się odsuwa. – Mogę na to liczyć?

Parę razy złapał ją jeszcze na gapieniu się w jego kierunku, ale niewiele go to obchodziło. Wsłuchiwał się w ciche buczenie silników, które zawsze go uspokajało, lecz dzisiaj jakoś nie mógł spać. Siedzący obok Tobias nadrabiał za to za nich obu. Zresztą barczysty mężczyzna spał za dwóch, jadł za dwóch, a przy swoim wzroście momentalnie zwracał uwagę. Nawet Bradin, mimo swoich 185 cm, ledwo był mu równy. Za to ich sylwetki różniły się znacznie, co wyglądało nieco komicznie, gdy szli obok siebie. Chyba właśnie dlatego Tobias z reguły chodził dwa metry za Bradinem.

Chłopak obrócił się i uśmiechnął, widząc, jak Tobi z lekko otwartymi ustami mlaska przez sen. Potem wrócił do własnych myśli.

Wskazującym palcem delikatnie wodził po okiennej szybie i obserwował przepływające chmury. Było już prawie całkiem ciemno i zaraz niebo miało rozjaśnić się gwieździstym firmamentem.

Nadal jakoś nie mógł zasnąć. Wiedział, że znowu będzie to robił. Będzie patrzył w ciszy na migające punkciki i zastanawiał się, jak mogłoby być, gdyby wszystko kiedyś potoczyło się inaczej. Jak wyglądałoby teraz jego życie? Kim by był? Gdzie by był? Myślał o tym całkiem mimowolnie, chociaż miał świadomość, że nie powinien. Nieraz miał do siebie pretensje, wydawał się sobie niewdzięczny, bo kto jak kto, ale ONI powinni naprawdę dziękować losowi. Za wszystko. Tylko że „wszystko” nieco się skomplikowało. Zaplątało się na jego życzenie i teraz, nawet mimo jego woli, uparcie nie chciało się wyprostować.

Myślał też o swojej matce. Katherine zapewne kręciła się przez cały dzień wokół domu, którego z uporem godnym lepszej sprawy nie pozwalała odnowić. Nie chciała położyć kostki na drodze wjazdowej ani nawet zmienić mebli, i choć Brade lubił tam wracać, uważał, że najlepiej byłoby w ogóle kupić coś nowego w porządnej, chronionej dzielnicy. Przemawiały za tym nowe fakty i stare, racjonalne argumenty, ale jedynym, na co zgodziła się Katherine, było podniesienie płotu. Choć ciężko było wyobrazić to sobie ludziom znającym ich lepiej. Jeżeli synowie Katherine Heile obawiali się dyskutować z kimkolwiek na tym świecie, była to właśnie ona.

Po obiedzie zapewne zasiadła do malowania lub rysunku. Zupełnie spokojnie, z parującą kawą postawioną na biurku z surowego, nielakierowanego drewna, pochyliła się nad kartkami książek dla dzieci. Katherine wykonywała ilustracje. Robiła to już od lat i z przekonaniem twierdziła, że jest to jedyne zajęcie, które rzeczywiście sprawia jej przyjemność. Okazało się również przydatne, kiedy kilkanaście lat wcześniej została sama z dwójką synów. Mogła bez przeszkód pracować w domu i nie zatrudniać niańki, a przy tym dbać o ciepło domowego ogniska. Zawsze lubiła woń rosołu gotującego się na piecu i grubych śniadaniowych naleśników. Sąsiadki z jej małej mieściny zastanawiały się, w jaki sposób pozostaje tak szczupła przy tych swoich obiadach, ale zawsze mówiła, że to chyba geny. Patrząc po latach na jej chudych synów, nikt już w to nie wątpił.

Brade dosyć często myślał o domu. Wiązały się z nim wspomnienia. Poza tym rodzinny dom Brade’a był jedynym miejscem, gdzie mógł bez przeszkód prać własne skarpety i nikt nie mówił mu, że z przyjemnością zrobi to za niego. Uśmiechnął się do tej myśli. Nadal nostalgicznie wodził palcami po szybie i co jakiś czas spoglądał na zegarek. Nie zdążą. Wiedział to już na pewno.

Pochylił się nad śpiącym Tobim i konspiracyjnie zerknął w stronę przedziału stewardes. Na twarzy blondynki zagościł błogostan. Nie podeszła jednak. Dopiero gdy kiwnął na nią palcem, zmaterializowała się cicho.

– Mogłabyś sprawdzić, o której odlatuje następny samolot z Ostrawy do Monachium? Bo na połączenie o 23.30 chyba już nie mam co liczyć... – poprosił. Speszona blondynka przytaknęła tylko głową i oddaliła się prędko.

Z boku doszedł go cichy pomruk i usłyszał parę mlaśnięć.

– Ile jeszcze? – Tobi zapytał zaspany.

– Cztery godziny.

– Jak to? Miałem wrażenie, że przespałem prawie cały lot – zdziwił się ochroniarz, niezdarnie podnosząc oparcie siedzenia.

– I dobrze, stary, bo pewnie by tak było, gdyby nie ponad dwugodzinne opóźnienie, które mieliśmy jeszcze przed startem. Ale tak! Wtedy już chrapałeś mi za uchem – Brade zaśmiał się, gdy zobaczył zdezorientowaną twarz Tobiasa. Tobi masował sobie kark, usilnie starając się poskładać fakty.

– Czekaj, czekaj. Ale nasz lot do Monachium jest... – zaczął nerwowo.

– Pożegnaj się z nim. Będziemy musieli poczekać na następny.

Tobias przetarł ręką twarz i osunął się na oparcie. Fotele biznesklasy miały stanowczo naciąganą opinię w kwestii swojej wygody.

– To cudownie. Cudownie! A wiesz przynajmniej, na ile utkniemy?

Bradin kątem oka zerknął na dziewczynę, która znów pojawiła się obok nich. Odezwała się niepewnie:

– Lot jest o 6 rano miejscowego czasu. Sprawdziłam, jak pan prosił.

Po tym, jak wcześniej na nią burknął, nie miała już odwagi odezwać się do niego po nazwisku, a tym bardziej po imieniu.

– No to pięknie – Tobias skwitował natychmiast. Nienawidził niespodzianek, zwłaszcza tego typu. – Trzeba zadzwonić do Patricka, niech zorganizuje transport. Nie będziemy tyle czekać! Trzeba zadzwonić i...

– Mówisz... – Bradin szturchnął go i wskazał dłonią za okno. Byli w powietrzu, a zakaz używania telefonów komórkowych obowiązywał aż do lądowania.

– No tak – odchrząknął Tobi – Dobrze, sami zorganizujemy samochód. Coś wypożyczymy.

– Chyba vana. Gdzie chcesz zmieścić wszystkie moje torby?

– Wstawię ci je na głowę, Rothfeld, koniec z wygodnictwem. Ale tak całkiem poważnie. Wie pani co? Proszę mi podać jakiś folder, może spis wypożyczalni aut na tym lotnisku – Tobias uśmiechnął się grzecznie, na co stewardesa również odpowiedziała uśmiechem. Nieco rozbawionym.

– Obawiam się, że nie mogę tego zrobić, proszę pana.

– A to czemu?

– Bo to małe lotnisko. Ostrawa nie jest portem takim jak Praga. Z tego, co sobie przypominam, nie ma tam wypożyczalni, a nawet gdyby była, będzie zamknięta. Dziś, a raczej jutro, kiedy wylądujemy, będzie 8 maja. Dzień Zwycięstwa. Święto upamiętniające wyzwolenie ówczesnej Czechosłowacji przez wojska aliantów w maju 1945 roku – dziewczyna powiedziała pewnie, z dumą unosząc głowę. – Jestem Czeszką. – Wskazała palcem na emblemat przyczepiony do koszulki, na którym widniało jakieś czeskie imię. Bradin Rothfeld dyskretnie przetoczył brązowymi oczami po suficie.

– Kto rezerwował te loty... – burknął. – Ostrawa! Nie mogliśmy się przesiadać w jeszcze większej dziurze?

– Dziękujemy pani – Tobias natychmiast oddelegował dziewczynę, zanim poczuła się urażona. Ściszył głos, odprowadzając ją wzrokiem: – A czego się spodziewałeś, skoro wypalasz na dzień przed wylotem, że chcesz mieć rejs transatlantycki! Czego? Że podwiozą nas pod dom?

– Spodziewałem się, że Patrick Horst ukończył podstawówkę.

– Z tego, co wiem, Rothfeld, sam ledwo ją skończyłeś – Tobi odgryzł się natychmiast.

Bradin uniósł brwi. Przez chwilę chciał coś odpowiedzieć, a potem tylko z niedowierzaniem pokręcił głową. Zastanawiał się, kiedy pozwolił Tobiemu tak się rozpanoszyć. Z drugiej strony grubawy trzydziestoletni ochroniarz był z nim chyba od zawsze. A przynajmniej od zawsze, odkąd stał się potrzebny. I widywał go częściej niż jego własna matka.

– Dobra, więc co robimy? – Brade spytał w końcu rzeczowo.

Ton głosu Tobiasa zmienił się ze śpiącego w fachowy.

– Wylądujemy, zobaczymy. Najwyżej wynajmiemy hotel.

– Będziemy tam o 1. Zanim wyjedziemy z lotniska i coś znajdziemy, minie godzina. Lot jest o 6. To nie ma sensu – odparł Bradin.

– Co sugerujesz? – Tobias zapytał podejrzliwie.

– Jest noc, lotnisko będzie puste. Poczekamy jak normalni ludzie, a o 6 spokojnie odlecimy do Monachium jakby nigdy nic.

Tobias zaśmiał się tubalnie i na tyle głośno, że siedzący rząd dalej mężczyzna ze sporym wąsem zmierzył go karcącym wzrokiem. Ochroniarz zmitygował się i odchrząknął.

– Horst się nie zgodzi!

Bradin popatrzył z ukosa.

– Nie dowie się, jeśli mu nie powiesz. Nie będziemy robić cyrku, Tobi. I tak mam już tego powyżej uszu – stwierdził zirytowany.

Ochroniarz nerwowo pomasował masywne nadgarstki. Samolot zbliżał się już do podstawy chmur.

– To jest głupota, Brade. Zresztą jak cały ten nagły wyjazd. Za pięć dni jest koncert w Miami. Jesteście w środku trasy. Jeśli coś się skomplikuje i nie zdążysz wrócić, ja nie będę cię krył. Nie mogę. Zrobiłeś sobie wakacje i dziwię się, że Horst w ogóle cię puścił, więc, do diabła, trzymajmy się reguł!

– Lecę na konsultacje z lekarzem – Bradin wtrącił sprytnie.

– Twój głos jest już w porządku. Wiesz o tym tak samo dobrze jak ja. Znamy się tyle lat, Rothfeld, więc łaskawie przestań!

Brade odwrócił twarz do okna. Czarne włosy opadały mu lekko na ramiona. Znowu przejechał palcem po okiennej szybie, jakby chciał dotknąć świateł błyszczących już dawno na ciemnym jak granat niebie.

– OK, masz rację. Masz cholerną rację. Po prostu chcę na parę dni odpocząć od tego wszystkiego.

– Raczej uciec...

– Raczej pożyć jak normalny człowiek! Zamknąć się w mieszkaniu i nie odbierać telefonów. Nie słyszeć pisków, nie dawać autografów i nie czuć się jak jakiś tresowany szczur. Czy to tak dużo? Dziwisz mi się? – popatrzył z lekkim wyrzutem. – Nie chcę mieć na głowie Horsta i musieć mu się tłumaczyć! Nie chcę wysłuchiwać, co każe mi robić i ile jest ku temu zajebiście racjonalnych powodów! Nie chcę, rozumiesz? Nie chcę. Więc usiądźmy gdzieś spokojnie, napijmy się czegoś, pogadajmy o pierdołach i wracajmy do domu, bo naprawdę tęsknię za niemieckim piwem i normalną telewizją.

Tobias zastanowił się, a po chwili westchnął znacząco.

– Ty mi płacisz, Rothfeld. Ty mi płacisz.

Lotnisko w Ostrawie już powoli zasypiało. Ostatnie sklepy bezcłowe dawno opuściły antywłamaniowe żaluzje. Zmęczeni pasażerowie jeszcze przez jakiś czas wychodzili grupkami ze spóźnionego samolotu, a kiedy się rozeszli, w terminalu nie było już żywego ducha. Al Hanningan szła przez korytarz zupełnie bez celu, obserwując migające za wielkimi szybami światła pasa. Gdy na jej drodze wyrosła przechowalnia bagażu, szybko oddała walizkę i zaczęła szukać w kieszeniach resztek drobnych euro. Przed nią w kolejce stał spory mężczyzna, który oddawał absurdalną liczbę wielkich toreb. Później nie widziała już nikogo. Co jakiś czas mijał ją wprawdzie ochroniarz lub celnik, ale miała wrażenie, że za każdym razem uśmiechali się do niej jeszcze bardziej współczująco. Przysiadła zrezygnowana na jednym z krzeseł przestronnej poczekalni i spuściła głowę.

– Cudownie. Wspaniale... – szepnęła do siebie.

Wizja sześciogodzinnego czekania nie napawała optymizmem, tym bardziej że plastikowe krzesełko dość mocno dawało jej się we znaki po tak długim locie. Zupełnie nie zorientowała się, w którym momencie ciężkie od zmęczenia powieki zaczęły opadać. A gdy opadły, jej oczy zaszkliły się łzami.

Nie, Ally nie była miękka. Nie miała w zwyczaju płakać, szczególnie na oczach innych. Uważała to za niepotrzebną oznakę słabości, a przecież nie była słaba. Nie mogła być. Czasami tylko wieczorem, już w poduszkę, skapnęło parę słonych kropel, ale wtedy nikt nie mógł zobaczyć... dokładnie tak jak teraz. Była sama, a cisza i spokój jeszcze bardziej potęgowały wzbierające emocje. Szybko ocierała łzy, cały czas nie pojmując, dlaczego właściwie płyną. Czy dlatego, że siedzi teraz tutaj, a może przeciwnie – bo za tak niedługo odleci kolejnym samolotem do miejsca, gdzie już nic na nią nie czeka... nic, poza otwartymi ramionami Christopha Hameswortha i jej przyszłym nudnym życiem.

Minęło trochę czasu, zanim rozproszyła myśli. Przybrała stateczną minę, choć rysy jej twarzy i tak były dumne i chłodne, nawet jeśli w ogóle się nie starała. Matka powtarzała, że są „francuskie”, chociaż nie było ku temu najmniejszego powodu. Myśl o matce przypomniała jej za to o jednej rzeczy. Wstała i z dziwną determinacją postanowiła zrobić to, czego nie robiła już dawno. Matka zawsze ją za to karciła, a Christoph również był temu przeciwny, więc tym bardziej właśnie teraz poczuła na to ochotę. Przypomniała sobie, że gdzieś w torebce powinna mieć jeszcze starą paczkę fajek.

Powoli wyszła przed budynek terminalu, szukając wzrokiem ostrzegawczej tabliczki z przekreślonym papierosem, ale nigdzie takiej nie dostrzegła. Za to parę metrów dalej, oparta o balustradę, stała ciemna, dość wysoka postać. Jej profil oświetlała tylko nikła poświata odległej latarni. Najwyraźniej ktoś, tak jak ona, utkwił tu.

Ally zrobiła parę kroków i usiadła na ławce. Głęboko odetchnęła rześkim nocnym powietrzem. Było naprawdę zimne jak na tę porę roku, lecz Ally uśmiechnęła się do siebie. Miała przyjemne wrażenie, że z każdym oddechem jej myśli płyną jakoś jaśniej. Z oddali dochodziły tylko monotonne dźwięki nocnych świerszczy.

Znalazła papierosy i zupełnie niespiesznie zaczęła szukać zapalniczki w wielkiej jak worek czarnej torbie. Po chwili jej ruchy były już bardziej nerwowe i zniecierpliwione.

– Czy zawsze... zawsze jak czegoś szukam, to musi być na samym dnie tego cholerstwa? – mamrotała do siebie, przetrzepując energicznie ogromną torebkę. – Cholera! – zaklęła głośno, wlepiając wzrok gdzieś w przestrzeń.

Przypomniała sobie o rzeczy jasnej jak słońce – wyrzuciła zapalniczkę jeszcze w Stanach, bo przecież nie można było wnieść jej na pokład. Przepisy.

Zrezygnowana opuściła ręce.

Najpierw prawie spóźniła się na samolot, potem samolot spóźnił się razem z nią, a teraz...

– Na lotnisku stają się cenne jak skarby – uniosła lekko wzrok, by tuż przed sobą zobaczyć srebrny, błyszczący przedmiot, trzymany w czyjejś wyjątkowo zadbanej dłoni. Powoli spoglądając w górę, zauważała po kolei delikatne palce, szczupłą sylwetkę i sięgające do ramion czarne włosy, opadające na skórzaną kurtkę.

Gdyby nie głos i typowo męskie wcięcia w bardzo pociągłych policzkach, Ally pomyślałaby, że to raczej... kobieta.

Przez chwilę dość mocno bił się z myślami, bo nie było mu na rękę, by teraz ktoś go rozpoznał. Nie miał ochoty zobaczyć jutro swojej twarzy na portalu plotkarskim, sfotografowanej komórką pod najdziwniejszym kątem. „Nie moja sprawa” – pomyślał.

Z drugiej strony wydał się sobie całkowitym idiotą.

Poza tym obserwował tę dziewczynę już dłuższą chwilę. Z rozbawieniem przyglądał się temu, jak ta drobna szatynka przeklina jak szewc i szamocze się jak małe dziecko. Teraz dopiero dostrzegł, że to ta sama istota, która jeszcze w Stanach o mało nie rozwaliła Tobiemu głowy, gdy wpadła na niego z impetem w drodze do bramki.

Bradin uśmiechnął się w myślach, choć nie zdawał sobie sprawy, że ten uśmiech ukazał się również na jego twarzy.

Ally spojrzała podejrzliwie. Wzięła zapalniczkę z jego dłoni, choć wyczuł w jej ruchach sporą dozę ostrożności. Zauważył, że wzdrygnęła się, gdy podszedł, lecz nie miało to nic wspólnego z wyrazem, który z reguły pojawiał się na twarzach kobiet, gdy Brade do nich podchodził.

– Swoją drogą nie rozumiem, dlaczego nie pozwalają wnosić ich na pokład! Przecież gdyby ktoś z nas rzeczywiście był terrorystą i chciał... nie wiem, porwać ten samolot, chyba nie próbowałby tego zrobić za pomocą zwykłej zapalniczki! – stwierdziła. W jej rysach malowały się rezerwa i dość zabawne poirytowanie, jakby naprawdę miała zamiar napisać postulat do władz na ten temat. Energicznie oddała mu zapalniczkę z powrotem do ręki.

– Zaraz sam poczuję się jak terrorysta, skoro ją miałem – Brade odpowiedział z uśmiechem. Również odpalił papierosa. – Mogę? – zapytał, wskazując na wolne miejsce obok niej.

Zupełnie nie wiedział, dlaczego to zrobił. Być może dlatego, że zbiła go z tropu.

Tak naprawdę nie miał pojęcia, czego się spodziewał. Nie przyglądała mu się, nie zmarszczyła nawet brwi. Nie wyczuł zakłopotania. Sam nie potrafił stwierdzić, czy bardziej go to cieszyło, czy zaciekawiało, chociaż nie raz przekonał się, że pozy kobiet bywają śliskie i podstępne jak prawnik od odszkodowań. Zresztą był zmęczony.

– Lot 65-347? – zapytał, choć wiedział doskonale.

– A jak... – odpowiedziała krótko.

– Czyli urządzili cię tak samo jak mnie?

– Na to wygląda – odparła Ally, wypuszczając strugę dymu. Coś tuż pod poziomem świadomości wzbudzało jej niepokój. Okulary słoneczne szczelnie zakrywały prawie połowę jego twarzy, co przy zupełnym mroku raczej nie było normalne.

– I gdzie dalej? – spytał, nieznacznie odwracając się do niej.

– Stąd lecę do Paryża, a potem jeszcze do Lyonu, ale to dopiero za kilka dni.

– Do której musisz tu siedzieć?

– Niestety do 7 – uśmiechnęła się gorzko. Papierosowy dym rozpływał się przed nią w mroźnym powietrzu.

Brade zadał jeszcze kilka pytań. Czuł się trochę jak w teleturnieju, w którym nagle zmieniono kolejność zdarzeń i trochę go to bawiło. Z czystej ciekawości starał się chociaż na moment przyciągnąć wzrok tej dziewczyny, jednak jej oczy, jakby bezwiednie, błądziły cały czas w oddali. Przez chwilę w ciszy obserwował, jak patrzyła przed siebie i wychwytywała wzrokiem migocące światła. W dużej odległości kołował tylko jeden samolot. Reszta ze zgaszonymi lampami stała przy rękawach. Najwyraźniej miały odlatywać dopiero nad ranem. Bradin poczuł, że zwyczajnie się jej przypatruje.

– Jesteś tu sama? – miało zabrzmieć życzliwie.

– Uważasz, że to dobre pytanie?

– Czy ja wiem? Zwyczajne? – odparł.

– Więc, no cóż, tak! Nie licząc krzątającej się po lotnisku ochrony i pracowników służby celnej, można powiedzieć, że jestem tu sama. Co jeszcze cię interesuje? – rzuciła cynicznie.

Kpiła z niego?

Wydał się sobie niedorzeczny. Dokończył papierosa, zwracając myśli w inną stronę. Jego brat miał rozliczyć z Horstem jeszcze czternaście faktur za transport, czego pewnie nie zrobił, a jeśli on sam chciał zdążyć do Miami w środę, musiał wrócić nocnym rejsem. Nienawidził nocnych lotów prawie tak samo jak wydawców „Bilda”. Nie znosił też sytuacji takich jak ta, kiedy czuł się jak mały chłopiec, ozdabiający twarz wąsami z pasty do butów.

– Nie będę ci przeszkadzał – zgasił papierosa, ale odezwała się, zanim zdążył wstać.

– Nie przeszkadzasz, nie masz w czym – powiedziała z rozbrajającą szczerością. – Tylko nadal nie wiem, jak masz na imię, a to trochę ułatwiłoby sprawę.

Jak do tej pory nic nie wskazywało na to, by miała chociażby blade pojęcie, z kim rozmawia.

– Po co chcesz je znać? – zareagował z niechęcią, ale tego nie wyczuła.

– W zasadzie po nic. Ale może zatrze złe wrażenie po pytaniu „Czy jesteś tu sama?” – rzuciła ironicznie.

Przez chwilę jeszcze siedział w ciszy, po czym nagle zrozumiał, o co, do diabła, jej chodzi. Poczuł się trochę idiotycznie, choć wewnątrz coś go połechtało. Jej obawy były absurdalne, chociaż z drugiej strony...

– Posłuchaj, jestem Bradin, wiem, że jest pusto i ciemno, a do ciebie właśnie dosiadł się jakiś zupełnie nieznajomy facet, ale nie musisz się bać, bo ja nic ci nie zrobię! Nie chcę cię zgwałcić! Naprawdę! Jak chcesz być sama, to nie ma problemu! Tylko ty czekasz, ja czekam, więc pomyślałem... – powiedział głośno i na jednym oddechu. Dopiero gdy sam usłyszał swoje słowa, zdał sobie sprawę, jak kretyńsko zabrzmiały. Nie pamiętał, ile lat temu ostatnio próbował zagadnąć dziewczynę. Nie był nawet pewien, czy teraz to robił.

Chyba pierwszy raz tego wieczoru rzeczywiście podniosła na niego wzrok, szeroko otwierając oczy. Przypatrywała mu się jeszcze przez moment, po czym zmierzyła go teatralnie z góry na dół i prychnęła głośno. Śmiała się tak, jakby ktoś opowiedział jej naprawdę dobry kawał, a Brade osłupiał i poczuł, że chyba zupełnie nic już nie rozumie. Chociaż rzeczywiście, absolutnie nie miał praktyki w tłumaczeniu się komukolwiek ze swojej obecności!

– Przepraszam – śmiała się dalej, ocierając łzy skrawkiem rękawa. – Przepraszam, nie powinnam się śmiać, tylko... – odwróciła się na ławce w taki sposób, żeby usiąść przodem do niego. – Nie obraź się, ale czy widziałeś się ostatnio w lustrze?

W tym momencie mógł przysiąc, że totalnie zgłupiał. Ally spojrzała na niego skruszona.

– Jesteś oryginałem, to fakt. Rzadko widzę facetów z włosami, spod których wystają jakieś czerwone pasma – to raczej babska domena. Poza tym rzadko kto nosi okulary słoneczne o 1 w nocy, ale tak klasyfikuje się raczej punka lub dziwaka, a nie zabójcę. Poza tym masz torbę Prady, nawiasem mówiąc, fatalną na mój gust, lecz na przygodnego gwałciciela nie wyglądasz. Ale przede wszystkim jesteś tak chudy, że nawet gdybym chciała, żebyś wydał mi się groźny, chyba nie potrafiłabym sobie tego wyobrazić. A poza tym mam stąd jakieś trzy metry do wejścia – dodała – więc nie musisz iść. To ja byłam niemiła. Miałam kiepski humor. Przepraszam za te burknięcia. I przy okazji za szczerość. Może masz rację – we dwójkę jest raźniej, jeśli ty też lecisz sam. Nie boję się ciebie. Jestem Ally – ochoczo i naturalnie podała mu rękę. Odwzajemnił uścisk, mając wrażenie, że aż zakłuło go w boku. Palący uszczerbek na męskiej dumie dawał mu się we znaki dość mocno, tym bardziej że dziewczyna była śliczna. I najwyraźniej zabawna, bo starał się nie dopuścić do siebie ewentualności, że to, co powiedziała przed chwilą, to może jednak nie był żart! Naprawdę bardzo się starał!

– Więc co, może zaczniemy od początku? – uśmiechnęła się zachęcająco.

Było coraz ciekawiej, więc postanowił przełknąć przytyk o torbie i kobiecych włosach.

– Od początku.

Zaczęli zupełnie zwyczajnie. Najpierw psioczyli na tak niegodne zaufania linie lotnicze, potem na jedzenie na pokładzie, a potem już skakali z tematu na temat. Zresztą nie pamiętała, o czym rozmawiali. Czuła się, jakby byli dziećmi i siedzieli na barwnym dywanie, składając swoje opowieści jak klocki z jakichś starych wspomnień. Słowa płynęły same, a ona śmiała się coraz głośniej i żywiej.

– Więc dokąd zmierzasz, Bradin? – zapytała w końcu patetycznie, jak robią to w starych filmach. Spojrzała przy tym tak, że teraz to on nie powstrzymał śmiechu.

– Zgadnij! – powiedział swobodnie. Zazwyczaj by się przymknął, ale jak do tej pory nie zanotował żadnych oznak „uwielbienia”. Bynajmniej! Ucieszył się, kiedy zauważył, że Ally rzeczywiście się zastanawia.

– Na pewno nie jesteś Amerykaninem. Ani Anglikiem – stwierdziła błyskawicznie i absolutnie pewnym tonem. – Ale chwileczkę! – wyciągnęła palec. – Skąd wiedziałeś, jak się do mnie odezwać, kiedy podszedłeś?

Brade uniósł brew.

– Może stąd, że wiem, skąd pochodzą słowa „fuck”, „shit” i wszystkie inne, które usłyszałem, zanim... – wyliczał, dopóki nie walnęła go w ramię, żeby przestał.

– Musisz mnie tak zawstydzać?

– Sama zapytałaś – odparł z satysfakcją. – Poza tym byłem ci winien za to – narysował w powietrzu cudzysłów – „jesteś taki chudy”! Do cholery, mam swoją męską dumę – powiedział niskim tonem, jakby chciał coś udowodnić.

Oboje parsknęli śmiechem. Brade lekko spuścił głowę. Gdy mówił, subtelnie rozchylał wargi, lecz kiedy się zaśmiał, dostrzegła okrągły kolczyk w jego języku.

– Ale dalej mi nie powiedziałeś!

– Miałaś zgadnąć!

– Poddaję się. Po angielsku mówisz bardzo dobrze, zupełnie biegle, jedynie trochę twardo, jakby szorstko. Ale nie rozpoznaję akcentu.

Przez chwilę jeszcze się zawahał. Lecz potem wypalił na próbę:

– Mieszkam w Niemczech. Urodziłem się w Zwickau niedaleko Lipska.

Obserwował ją dalej i czekał, ale nic dziwnego się nie wydarzyło. Bomba nie wybuchła, a ona nie rzuciła mu się na szyję. Uśmiechnęła się za to słodko i popatrzyła pytająco. Lekki nocny wiatr rozwiewał jej włosy.

– Hmm, nie wiem dokładnie, gdzie jest Zwickau. Szczerze mówiąc, nawet nie dokładnie, a w ogóle nie wiem.

– To dziura – westchnął. – Zdziwiłbym się, gdybyś wiedziała. Ale mam do niej sentyment. Niestety ostatnio rzadko mogę tam bywać – odparł, po czym zwiesił głowę. Ciemne kosmyki opadły na twarz... tak bardzo delikatną twarz.

– Nie mieszkasz w domu? – był przecież młody, w jej wieku, najwyżej rok starszy od niej. – Studiujesz?

– Powiedzmy, że... ostatnio dużo podróżuję – uśmiechnął się wymijająco. Popatrzył przed siebie, wbijając wzrok w ciemną przestrzeń. Przez chwilę, chociaż zupełnie nie wiedziała dlaczego, wydał jej się trochę zagubiony.

Nie chciała drążyć. Przecież nie znali się dobrze. Każdy miał swoje tajemnice i tak powinno pozostać. Spotkali się tu dzisiaj zupełnie przypadkiem i będą pamiętać siebie właśnie w taki sposób. Jako przelotnie poznanych znajomych. Zwykłych pasażerów. Jako ludzi, na których trafia się raz, dzieli się z nimi ulotny wspólny moment, a następnie znikają, zupełnie zapomniani i niewspominani.

– Nie odpowiedziałeś na pierwsze pytanie – zaczęła cicho. – Powiedziałeś, skąd jesteś, ale ja pytałam, dokąd dzisiaj lecisz – przypomniała, zwracając ku niemu twarz, kiedy Brade nienaturalnie powoli ściągnął z oczu wielkie okulary.

Nie mogła znać powodu, ale odniosła wrażenie, że zrobił to z pewnym wysiłkiem. Jakby wbrew własnej woli. Dotykające ramion ciemne włosy zafalowały mu w podmuchu wiatru, który wzmógł się. Pomyślała, że poczuła chłód, ale nie w powietrzu, tylko w tym, jak na nią spojrzał.

Z uwagą przypatrywał się niebieskim oczom Ally, po raz pierwszy pokazując jej własne. A potem zahaczył okulary o kieszonkę białej torby. „Fatalnej jak na jej gust” białej torby.

– Lecę do Monachium. Mam tam parę spraw do załatwienia. Potem wracam do Stanów.

Nadal czekał na cokolwiek. Jeden fałszywy ruch. Jedno zbyt długie spojrzenie. W końcu odwrócił wzrok i popatrzył w horyzont na gasnące światła.

Nie odezwała się. Dopiero teraz, gdy ściągnął okulary, dostrzegła jego regularne, prawie idealne rysy i wręcz dziewczęcą urodę. Poczuła się dość dziwnie, niepewnie i niespokojnie, choć przecież teoretycznie nie było powodu.

– Ale za jakieś dwa tygodnie będę już w domu... w Niemczech... w Zwickau... – zaczął sam, niepytany. – Nie mogę się doczekać, kiedy ich wszystkich zobaczę. Mamę, Gertie i w ogóle... Wiesz, nigdy nie myślałem, że będę tak tęsknił za tą dziurą. Kiedyś dałbym wszystko, żeby móc się stamtąd wyrwać. Spakowałbym walizki w jeden dzień i bez zastanowienia ruszyłbym przed siebie, nawet się nie oglądając. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że kiedyś zatęsknię, wyśmiałbym go – zawiesił na moment głos. W końcu jednak odezwał się trochę rozbawionym tonem. – Taaak, po czasie to człowieka dopada. Głupie, co?

– Nie wiem, Bradin. Nie wiem – powiedziała szczerze. To dziwne napięcie, które pojawiło się przed chwilą, powoli się rozpływało. – Jest dużo miejsc, gdzie najchętniej bym się nie pokazywała, a dom, do którego właśnie lecę, jest pierwszy na liście. Dzięki Bogu nie zabawię tam długo. Za parę dni przeprowadzam się do Lyonu. Wynajmę mieszkanie, poszukam jakiejś dorywczej pracy, a za parę miesięcy zacznę studia. Nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek zatęskniła za Paryżem.

– Chcesz się wyrwać? Nastawiasz się na imprezy i wypady po nocach? – trochę ją podpuszczał.

– Nie... Już nie. Chcę żyć na własny rachunek, odpowiadać za siebie i móc decydować. Tak było wcześniej i tak będzie teraz.

– Żyć na własny rachunek? – zdziwił się. – Rodzice ci nie pomogą?

– Pomogą, jasne, że tak. Przynajmniej dopóki będę robić dokładnie to, co dla mnie wymyślili – powiedziała, nie wierząc, że te słowa wychodzą z jej ust. Jednak nie znała go, nic nie traciła, nic nie mogła zyskać. – Bez ich pomocy pewnie byłoby ciężko, ale sama też nieźle sobie radzę. Potrafię zarabiać, niewiele, bo niewiele, ale zawsze coś mam. To nic poważnego. Raczej zabawa – stwierdziła ostrożnie. – Ale dodatkowe pieniądze, wiesz, nie chodzą piechotą.

– Powiedz.

– To zwykła drobnostka, nie ma o czym mówić – odparła w nadziei, że Bradin da się zbyć. Nie doceniła go.

– No przestań. Zaczęłaś! – uśmiechnął się śmiało. Obrócił się na ławce i siadł twarzą do niej, chcąc dać do zrozumienia, że nie odpuści.

Westchnęła głęboko.

– Jesteś ciekawski, wiesz?

– Może po prostu zainteresowany? – powiedział trochę nieostrożnie, a Al spojrzała na niego. Czuła już na plecach niezręczną ciszę, więc zaczęła mówić, zanim ta nadeszła. Bradin natomiast czuł grzeszne zadowolenie człowieka, który wypuścił się za daleko. Nie robił tego tak cholernie dawno, że już nawet nie pamiętał, jak to smakuje.

– Dobrze więc. Od dziecka lubiłam fotografować. Nie wiem, skąd mi się to wzięło. Kiedy byłam mała, rodzice kupili mi prosty aparat, zupełnie amatorski, prawie zabawkę, ale i tak chodziłam po domu jak nakręcona i robiłam zdjęcia. Najpierw im, a potem wszystkiemu dookoła. I chyba mi to zostało. Pamiętam, jak kiedyś marzyłam, by zrobić okładkę dla „Vogue’a” lub dla „Vanity”. Kupowałam branżowe pisma – we Francji było ich sporo – i patrzyłam na ustawienie rąk modelek, kąt flesza, światła. Teraz wiem, że to nie moja robota, ale wtedy? Byłam całkowicie zapatrzona. To śmieszne, ale chyba najwięcej nauczyłam się właśnie w tym czasie. Po dwunastych urodzinach za zebrane pieniądze kupiłam lepszy sprzęt. Był bardzo drogi i matka przez rok wypominała mi, że zmarnowałam pieniądze. A ja myślałam, że dostałam skrzydeł, na których teraz odlecę daleko, daleko... Wiesz, absurdalne dziecinne fantazje.

Wiedział.

– Lubię fotografować krajobrazy, martwą naturę, ludzi... ale najchętniej wtedy, gdy o tym nie wiedzą. Czasami zdaje mi się, że chcę zatrzymać życie. Normalne życie – uśmiechnęła się smutno. Nie oczekiwała, że będzie rozumiał. Nie wiedziała nawet, czy chciała, by rozumiał. Chyba była po prostu wdzięczna, że słuchał.

– Robisz to jeszcze? – zapytał całkiem cicho.

– Co?

– Fotografujesz, gdy nie patrzą?

– Czasem – ułożyła dłonie na drewnianej ławce i zakołysała się lekko w przód i w tył. Wyciągnęła głowę, spoglądając na gwiazdy, i uśmiechnęła się sama do siebie. Nocny wiatr odsłonił jej włosy i ukazał szyję, a Bradin mimowolnie spojrzał. Luźny sweter opadał jej na jedno ramię, a oczy Brade’a zatrzymały się na zagłębieniach obojczyka.

Miała jasną skórę, choć nie tak bardzo, by nazwać ją bladą. Obojczyki odznaczały się wyraźnie, a kasztanowe włosy, które kontrastowały z karnacją, spływały z wiatrem po ramionach.

Uśmiechnął się.

– Na pewno jesteś Amerykanką?

Odwróciła się, mierząc go zdziwionym wzrokiem.

– Oczywiście! We Francji jedynie mieszkam. Dlaczego pytasz?

Kiwnięciem głowy wskazał jej na kilka pojedynczych piegów na ramionach.

– Ach, one – uśmiechnęła się. – To prawda. Dziedzictwo Anglików. Blada cera i mnóstwo piegów. Ale o ile wiem, nie mam tam rodziny, więc pozostaje tajemnicą, skąd się wzięły. Na szczęście jest ich tylko kilka. Tam, na ramionach i jeszcze tu – odsłoniła rękaw powyżej nadgarstka. – I jak tamtych nienawidzę, te nawet lubię. Układają się w literę S, widzisz?

Bradin obrócił jej dłoń do siebie. Światło latarni pozwalało na to, by w ogóle coś dostrzegł. Było ich najwyżej pięć na wewnętrznej stronie przedramienia i rzeczywiście tworzyły dość ciekawy szlaczek. Jednak on oprócz litery dostrzegł jeszcze coś. Miała małe dłonie. Prawie jak dziecko.

– Gdzie ty tu widzisz S? – zakpił.

– No przecież tutaj – przejechała palcem.

Zwyczajnie się droczył. Brązowawe piegi rzeczywiście tworzyły literkę na delikatnej skórze. Ally szturchnęła go ze złością i energicznie naciągnęła rękaw.

– Od zawsze wiedziałam, że Niemcy na niczym się nie znają – odgryzła się, jednak po manierycznym parsknięciu znów spojrzała na niego ciekawie.

– No dobrze, nie mieszkasz w domu – wyliczała – nie studiujesz. Pracujesz w Stanach, choć jesteś niewiele starszy ode mnie. Więc czym się zajmujesz? – zapytała spontanicznie, co było naturalną konsekwencją tego, o czym jej powiedział.

Bradin poczuł, jak mięśnie barków lekko mu się napinają, a myśli zaczynają kostnieć. Doskonale zdawał sobie sprawę, że nie może powiedzieć jej prawdy, nie ma mowy. Powody były oczywiste.

– Powiedzmy, że... – zawiesił na chwilę głos – pracuję w rozrywce.

Nie skłamał. Przynajmniej teoretycznie.

– Jestem operatorem dźwięku – wyrzucił z siebie bez zastanowienia. – Zajmuję się tym, by dźwięk... brzmiał... poprawnie! – wydukał już bardziej nieskładnie.

Bradin Rothfeld potrafił kłamać. Robił to często i przychodziło mu to z taką łatwością, że czasami sam siebie przerażał. Dzisiaj jednak wyjątkowo nie miał na to ochoty.

„Twoje życie od pięciu lat jest jednym wielkim kłamstwem, powinieneś się przyzwyczaić” – pomyślał. Nerwowo naciągnął rękawy kurtki na szczupłe dłonie.

– Będziesz mi musiał wytłumaczyć, na czym to polega. Jestem laikiem i nie mam pojęcia – wzruszyła ramionami w geście oznaczającym jednocześnie „przepraszam” i „proszę”.

Akurat z tym nie było najmniejszego problemu.

Odkąd kariera Bitter Grace zaczęła nabierać słusznego tempa, jeździli w trasy z ekipą profesjonalnych dźwiękowców. Technicy byli nieodzowni, szczególnie przy tak dużych halach i ich nagłośnieniu. Bradin dyskutował z nimi tysiące razy i ustalał szczegóły akustyczne show, więc był obeznany z tym, co i jak robią, a przede wszystkim siedział w tym bagnie dłużej, niż jego brat obmacywał cycki przypadkowych asystentek, więc znał się na rzeczy. Z jednym z techników, Carlem, szczególnie się lubili. Mimo że facet miał około czterdziestki, złapali ze sobą wyjątkowy kontakt. Kiedy Bradin był młodszy, Carl tłumaczył mu wszystko i odpowiadał na najbardziej infantylne pytania. Z biegiem czasu stali się kumplami, a ich znajomość przerodziła się w dużo bliższą i bardziej prywatną relację. W każdym razie tajniki pracy Carla Bradin miał w jednym palcu.

Pierwsze kłamstwo przyszło ciężko, następne popłynęły same.

– Co chciałabyś wiedzieć? – uśmiechnął się, mówiąc już dużo pewniej.

– Wszystko. To znaczy, wiesz, nie znam się na tym.

Wyrozumiale pokiwał głową. Przypomniał sobie jeden z pierwszych dni, kiedy Carl pokazywał mu swój sprzęt i mówił jak do dziecka. Z drugiej strony, przecież był wtedy dzieckiem...

– Wytłumacz mi najprościej, jak się da.

– Od początku?

– Tak.

– Więc... – westchnął, wczuwając się w rolę. – Zajmuję się nagłośnieniem i efektami dźwiękowymi. Krótko mówiąc... wyobraź sobie zespół... nie wiem... na przykład Green Day. Słuchasz Green Day?

– Nie, ale słyszałam o nich, no mów!

– Nieważne, OK. Weźmy Green Day. Słuchasz utworów na płycie.

– Tak.

– One mają jakieś konkretne, określone brzmienie, do którego jesteś przyzwyczajona. Wszystko zostało nagrane w studiu, w oddzielnych pomieszczeniach, specjalnie zaprojektowanych i pomyślanych tak, żeby miały nienaganną akustykę. Jednym słowem: masa bajerów – starał się tłumaczyć bez szczegółów. – Teraz wyobraź sobie, że wypuszczasz ten zespół na scenę. Akustyka koszmarna, bo przecież to nie zawsze są sale koncertowe. Raczej rzadko. Częściej stadiony, hale sportowe, plener. Dźwięk odbija się od różnych przedmiotów i rozchodzi się dalej po obiekcie. Tworzy się taki mały efekt opóźnienia. Do różnych miejsc hali dźwięk dochodzi w niejednakowym czasie. Powstaje echo, po czym fale znowu odbijają się i wracają do wokalisty. To taki efekt, jakby człowiek słyszał dwa razy własne słowo – starał się wytłumaczyć. – Czasami dzieje się tak, gdy rozmawiasz przez telefon komórkowy.

– OK, chyba rozumiem.

– To niemiłosiernie rozprasza. Nic nie zaśpiewasz. Nie trafisz czysto w żaden dźwięk. To nawet nie kwestia ćwiczeń, tylko techniki! – „Jesteś teraz operatorem dźwięku, idioto!” – pomyślał. – Więc... wypuszczamy ten sam zespół na scenę zupełnie bez sprzętu. Brzmiałoby to mniej więcej tak... – Bradin rozsiadł się okrakiem na ławce, a Ally uśmiechnęła się do brązowych oczu. – Perkusja swoje, bo jej dźwięk jest najbardziej donośny. Gitara swoje, bo dźwięki gitary klasycznej są ciche, akustycznej trochę mniej, ale ciągle! Przy gitarze basowej... ta momentalnie zagłuszyłaby obie. Zamiast muzyki po hali rozchodziłby się bełkot. Wokalisty w ogóle nie byłoby słychać.

Zrobił pauzę, sprawdzając wyraz twarzy Al w poszukiwaniu oznak podejrzliwości. Nie znalazł ich.

– Teraz dajmy wokaliście mikrofon, a instrumentom wzmacniacze... – uśmiechnął się, patrząc, jak dziewczyna kiwa porozumiewawczo głową. – Już go słychać – uniósł palec. – Ale on teraz nie słyszy siebie. Słyszy instrumenty na scenie, i to niezbyt czysto, bo systemy nagłośnienia są rozstawione nie tylko z przodu, ale też w rogach hali i na tyłach, żeby zlikwidować echo.

– Tak, rozumiem. To, które było wcześniej.

– Właśnie. Więc po to wokalista ma tak zwany odsłuch. To taka mała słuchawka, którą wkłada się do ucha, a kabel przypina do paska. Dzięki temu słyszy się czysto swój głos prosto z mikrofonu i przekazy z mikrofonów podłączonych do wszystkich instrumentów. Gdyby tego nie było, nie można by usłyszeć, czy trafia się w tonację, i fałszowałbym... ekhm – udane zakrztuszenie wyszło nawet naturalnie. – Znaczy... wokalista fałszowałby jak kot! Poza tym pozostaje jeszcze kwestia mikrofonu. To nie tylko zwykłe nagłośnienie. Mikrofon musi też wydawać coś na kształt echa, by głos był wibracyjny, bardziej donośny, mocniejszy. Tym wszystkim kieruje sztab ludzi. Między innymi ja – zakończył dumnie, biorąc dodatkowy oddech.

– Nie wiedziałam, że to aż takie skomplikowane. To znaczy... Nie zrozum mnie źle, nie chcę spłycać, ale zawsze myślałam, że ktoś najzwyczajniej wychodzi na scenę i śpiewa. Dają mu mikrofon, instrumenty, to oczywiste, ale reszta sama jakoś idzie.

– Bynajmniej. Ha, ha. Bynajmniej – pokręcił głową.

Cała ta sytuacja wydała mu się nader zabawna. Przyjemnie było opowiadać o tym, co się zna, i pozostać anonimowym. Fajnie było rozmawiać zwyczajnie, bez dystansu. Poza tym Bradin czuł się trochę jak podekscytowany dzieciak. To on wiedział więcej, to on był krok dalej. To on kierował biegiem wydarzeń i obserwował reakcje, to on mógł przez tę jedną chwilę – jak mu się zdawało – podrywać tę dziewczynę. I to on mógł dać znać Tobiemu, żeby trzymał dystans, co też zresztą zrobił.

– Jeszcze... operator ma swój własny odsłuch, żeby kontrolować wszystko na bieżąco. Wiesz, hale bywają ogromne – dodał.

– Hmm, OK... – Ally zastanowiła się przez moment – ale chyba tylko bardzo popularne zespoły grają w tak dużych halach... Jeżeli zajmujesz się obsługą tego typu koncertów, w tak młodym wieku, musisz być naprawdę dobry...

Zaklął w myślach. Potem popatrzył w jej oczy, powoli podnosząc wzrok.

– Kocham muzykę. Nie wyobrażam sobie bez niej życia. To wszystko – szepnął oklepaną formułkę, którą powtarzał w wywiadach. W jednym momencie zaczął mieć dosyć swojego sprytu i w jakiś głupi sposób poczuł, że jest jej coś winien.

Po chwili powiedział dużo poważniej:

– Chodźmy stąd, Al.

Zanim się spostrzegła, Bradin wstał, przełożył nogę przez drewnianą ławkę i ochoczo wyciągnął rękę.


3. W imię zasad i na przekór przekraczanych granic

Choć wydawało się, że mógł nie wiedzieć, co robi, wiedział doskonale i tylko udawał, że prowadzi ją na wyczucie. Oboje wpadli znowu do głównego terminalu, a stateczny strażnik zmierzył zimnym wzrokiem ich beztroskie, roześmiane twarze. Dziewczyna zginała się wpół, a biegnący za nią chłopak nie wyglądał lepiej. Może rzeczywiście robili zbyt dużo hałasu, a może ich śmiech po prostu donośnie odbijał się w wielkiej, pustej hali? Przebiegli przez nią, jakby byli dziećmi, ścigając się do drugich wyjściowych drzwi. Po chwili oboje wypadli na zewnątrz, na ogromny parking.

Dyszała, ale uśmiechała się szeroko, czując, jak zimne powietrze owiewa jej spocone skronie. Gdzieś w oddali słychać było odgłosy ulicy, a w pewnej odległości żarzyły się jakieś czerwone neony, wyraźnie widoczne na granatowym niebie.

– No i co teraz? – podparła ręce pod boki, a Brade stanął przed nią. Dyszał w podobny sposób.

– Obiecałem ci, więc zobaczysz – odparł, patrząc na nią z uśmiechem. – Chodź.

– Obiecałeś mi otwartą kawiarnię na zamkniętym lotnisku. To jest absurdalne.

– Absurdalne jest na pewno nazywanie tego kawiarnią – zaśmiał się w głos i zrobił jeszcze parę kroków – ale zobaczysz. W każdym razie wiem, że tam jest.

– Skąd? – nie ruszyła za nim. Stanęła w bezruchu na środku parkingu, mierząc Brade’a podejrzliwym wzrokiem.

– Uwierz mi, proszę cię – powiedział, choć w duszy uśmiechał się na myśl o tym, co mieli zobaczyć. Weszli do terminalu z jeszcze innej strony i tam, zaraz za krótkim korytarzem, Al dostrzegła małą salę. Na samym jej środku stało kilka stolików należących do restauracji, której drzwi były zamknięte na cztery spusty, ale kawałek dalej stał dość okazały automat do kawy.

Bradin odchrząknął.

– Zastanawiam się właśnie, jak naśladuje się odgłos fanfar... w każdym razie... TADAM! – rozłożył ręce w wymownym geście, a Ally parsknęła śmiechem.

– Ty żartujesz! – prawie zwijała się wpół.

– Nie! Naprawdę tam wlazłem! Ale, cholera, zobaczył mnie. Oczywiście nas potem złapali i byliśmy z Tomem uziemieni przez równy miesiąc, ale mówię ci, było warto.

Nie siedzieli wcale przy stoliku. Znaleźli sobie zupełnie odludny kawałek jakiegoś długiego holu, co zresztą o tej porze naprawdę nie było trudne, i tam, oparci o ścianę, z nogami podkulonymi pod brodę, śmiali się już od dobrych trzech godzin.

– Natomiast dużo lepszy numer Tom wykręcił jakieś dwa lata później – Bradin ciągnął tonem gospodarza telegry, obwieszczającego sowitą nagrodę w rundzie bonusowej. – Ja miałem wtedy z dziesięć lat, czyli Tom dwanaście. Obaj chodziliśmy do pobliskiego podstawówkowego wariatkowa niedaleko Lipska. On, rzecz jasna, był dwie klasy wyżej, ale siedzieliśmy w jednym budynku, bo gimnazjum wprowadzono potem i nie podzielili szkół. Tom zawsze był świetnym bratem, ale trochę zbyt zmyślnym jak na dwunastolatka. Miewał zabójczą fantazję i nigdy się nie bał. Pewnego dnia czekał na mnie na ławce przed szkołą, kiedy skończyły się lekcje. To nie było nic dziwnego, bo zawsze to robił, ale tym razem do jego twarzy był przylutowany ten figlarny uśmiech, który został mu do dzisiaj. Było to mniej więcej wówczas, kiedy Tom poszedł do szóstej klasy i jako przedmiot doszła mu fizyka. W każdym razie na pewno od paru lat grał już na gitarze, bo jedno ma związek z drugim. Grał na zwykłym akustyku, bardzo prostym i cienkim jak babcine gacie w kwestii dźwięku. Marzyło mu się porządne, diabelnie ostre brzmienie, ale kiedy grał Highway to hell, podskakując w domu na wersalce, zagłuszało go nawet radio. Właśnie tego dnia, kiedy czekał na mnie przed szkołą, ta farsa miała się skończyć. Nie opowiem ci, bo nie pamiętam dokładnie, jak mi to przedstawił, albo nie umiem przytoczyć tego tak, żebym zrozumiał, czemu w to uwierzyłem, ale następnego wieczoru wybraliśmy się na spacer po Zwickau w poszukiwaniu lokalnej „wystawki”. W każdą środę, mniej więcej od godziny 15, sprzątające w domach gospodynie wystawiały na podjazdy niepotrzebne sprzęty. Los nam sprzyjał, bo na środę musieliśmy czekać tylko jeden dzień. Tak więc, podbudowani tym fartem, ruszyliśmy pod dom pani Fineberg – ona zawsze wywalała wszystko co popadnie. Tu Tom posłużył się mną. Zagadałem staruszkę, a on, starannie oglądając się za siebie, zwinął z jej ganku opiekacz do tostów, który nie wyglądał na stary, raczej na niemodny. Nie wiem, czemu aż tak bardzo się kryliśmy, koniec końców wystawki były po to, by ktoś jeszcze skorzystał. W każdym razie wyrzuciliśmy opiekacz bardzo szybko do śmietnika w parku, by było anonimowo. Zostawiliśmy tylko długi kabel, odcięty scyzorykiem Toma. W czasie, kiedy nasza mama prawdopodobnie uczyła dzieci perspektywy, bo wtedy jeszcze była nauczycielką plastyki w miejscowym domu kultury, Tom rozcinał gumową powłokę kabla, a ja zwijałem pręty w coś przypominającego struny. Potem on nawinął je na gitarę, bo ja nie miałem o tym bladego pojęcia, i zostawił dwie długie wypustki, do których jeszcze, dla większego efektu, przymocowaliśmy baterię „czwórkę”. Taką dużą, grubą, używaną do starych zegarów. Tom miał ich kilka, nie pytaj mnie skąd. W każdym razie cały ten sprzęt planowaliśmy następnie podłączyć do kontaktu, a Tom miał właśnie tego dnia odrodzić się jako Slash czy Jimmy Hendrix. Zawahaliśmy się – przynajmniej tyle mam na naszą obronę, ale w końcu ciekawość wzięła górę. Wcisnęliśmy wypustki do gniazdka. Nie dostrzegłem jakiegoś specjalnego wpływu tego wynalazku ani na barwę brzmienia, ani na umiejętności Toma, za to lampy oświetlające ulicę zaczęły kolejno gasnąć i po chwili, gdy już podbiegliśmy do okna i przywarliśmy do szyby, zobaczyliśmy, jak spalił się transformator na samym końcu ulicy. Poleciały z niego takie iskry, że widzieliśmy je z prawie stu metrów. Do końca dnia odcięliśmy elektryczność połowie mieszkańców Zwickau. A trzeba zaznaczyć, że wtedy była to imponująca liczba jakiegoś tysiąca dwustu osób. Przy okazji pozbawiliśmy zasilania miejscowy festyn, który odbywał się właśnie tego dnia – pominął fakt, że gdy się o tym dowiedzieli, skakali z radości pod sufit, bo organizator tego festynu tydzień wcześniej odmówił im udziału ze względu na wiek. – W każdym razie dziesięć minut później pod transformator podjechała policja, a ja zerwałem się do biegu. Tom momentalnie ruszył za mną. W normalnych okolicznościach bieglibyśmy oczywiście pod ten transformator, żeby przypatrzyć się akcji, ale nie tego dnia. Biegłem ile sił, potykając się o własne nogi, i zastanawiałem się tylko, czy ja i Tom trafimy w więzieniu do jednej celi. Coś takiego jak poprawczak w ogóle nie przyszło mi do głowy. Biegłem chyba do babci, która mieszkała kilka ulic dalej, ale to nie ma znaczenia, bo już przy pierwszym zakręcie zahaczyłem o krawężnik i podjechałem na żwirze, żeby w końcu wyrżnąć całym ciałem o asfalt. Podobno miałem wstrząśnienie mózgu, ale tego nie pamiętam. Tak samo jak tego, że pracownicy elektrowni, którzy przyjechali z Lipska, męczyli się z awarią prawie dwie godziny – to znam tylko z opowiadań. Natomiast właśnie wtedy zaliczyłem poważny uszczerbek na ciele w postaci dość brzydkiej rany na lewej dłoni. Mówię ci, wyglądała okropnie. Normalnie kłuta, cięta i szarpana! Nie śmiej się, byłem załamany! – wtrącił, gdy Ally parsknęła jak dziecko. – W każdym razie w szpitalu niedokładnie ją oczyścili i chociaż na dłoni nie ma śladu, do dziś mam pod skórą taki mały kamień. Nie da się go zobaczyć, ale można wyczuć, o tu, dotknij.

Wyciągnął do niej rękę, a Ally przyłożyła palce.

– Tutaj? – zapytała. Brade głośno syknął i skrzywił się jak ktoś raniony w filmach od kuli. Natychmiast cofnęła dłoń. Właśnie w tym momencie konspiracyjnie uchylił jedno oko i parsknął zduszonym śmiechem.

– Ty draniu! – wybuchła. – Myślałam, że cię boli!

– No coś ty, po tylu latach? Tak naprawdę nigdy nie bolało. To bardzo mały kamień, inaczej by zauważyli.

– Później już nie mieliście takich przygód?

– Nie. Później już nie. Później staliśmy się starymi prykami, beznadziejnymi i nudnymi jak ja dzisiaj – uśmiechnął się nostalgicznie. – W każdym razie Tom już dorobił się elektrycznej gitary – podsumował ze śmiechem. – A ty? Jaka była najgłupsza rzecz, jaką zrobiłaś w życiu?

– Ja nie mam takich barwnych historii, Bradin.

Nagle zauważył, że lekko zmarkotniała. Potem odezwała się półgłosem:

– Wiesz, takie wspomnienia jak moje zdają egzamin tylko w barach, po trzech mocnych i wyłącznie godzinę przed zamknięciem. Więc darujmy je sobie.

– Możemy dziś poudawać, że to jest mocne – uniósł w górę kubek z kawą, która w rzeczywistości okazała się wyjątkowo psią lotniskową lurą, i spojrzał pokrzepiająco.

W tym samym momencie Al doszła do wniosku, że nie ma zamiaru psuć tego wieczoru.

– Najgłupsza rzecz? Czekaj, czekaj, niech się zastanowię... Chyba to, że zupełnie przypadkowo wyszłam zapalić i potem przez kilka godzin miałam na głowie jakiegoś upierdliwego Niemca. To też się liczy? – parsknęła.

– Oż ty! – nabrał powietrza, wstając teatralnie.

Ally natychmiast pociągnęła go za rękaw i usadziła z powrotem na podłodze tuż obok siebie. Biała torba Brade’a gruchnęła o ziemię. Znów się śmiali, chociaż ona nadal była refleksyjna.

– Żartuję, wariacie! Dobrze, że cię spotkałam – powiedziała.

Znowu oparty o ścianę, z nogami podkulonymi pod brodą i rękami zwieszonymi na kolanach, zapytał:

– Dlaczego?

Przez moment w duchu wahał się, czy chce znać odpowiedź. W jego życiu zawsze był jakiś powód. Ono składało się z powodów.

– Bo powinieneś być komikiem! – obdarzyła go pełnym uśmiechem.

– A nie dlatego, że jestem taki czarujący i przystojny? – zapytał, podnosząc parę razy brwi i opuszczając je szybko w taki sposób, że znowu wybuchła śmiechem.

– Nie! Dlatego, że jesteś cholernie zabawny, a ja spędziłam ostatnie dwa tygodnie z takim gburem, że jak Boga kocham, trochę rozrywki mi się należy.

Nie zapytał. Czekał.

– Gburem, czyli z facetem? – nie wytrzymał.

– Gburem, czyli z gburem, Bradin – odcięła się. – Nawet nie chcę o tym mówić. Jestem znudzona i wykończona, a przecież wracam z wakacji. Spędziłam dwa tygodnie z człowiekiem, z którym chyba nie do końca chcę być, a który pewnie za parę godzin będzie czekał na mnie na lotnisku. Nie umiemy się śmiać, nie umiemy bawić, czasami zastanawiam się nawet, o czym w ogóle rozmawiamy, choć pewnie nawet nie zwracam na to uwagi. Ale oczekują ode mnie, że z radością padnę mu w ramiona – i padnę! Czasami w życiu dokonujesz wyborów i ja dokonałam, chociaż nie chcę się zastanawiać, czy ten jest właściwy.

– Przecież to jest twoje życie – zmarszczył brwi, wpatrując się ostro w jej profil.

Oparła ręce na zgiętych kolanach.

– To trochę tak, jakbyś nakręcił pozytywkę, Bradin. Nie możesz jej zatrzymać, bo zgrzytnie i wyda nieprzyjemny dźwięk. Moje życie to jeden długi nieprzyjemny dźwięk. Lecz inni mówią, że to, co teraz mam, zagra płynnie do końca. Więc chyba muszę doczekać do melodii.

Nie chciała być melancholijna, po prostu czasami tak wychodziło. Jej powieki przymknęły się lekko i nie zauważyła, jak cały czas na nią patrzył. Brade starał się rozproszyć swoje myśli, ale coś zupełnie mu nie pasowało.

– Jak on może być we Francji, skoro byliście na wakacjach razem? – zapytał całkiem rzeczowo.

– Bo widzisz – zrobiła ironiczną minę – razem wcale nie znaczy, że nie osobno.

Nie chciała tłumaczyć, wyjaśniać ani uzasadniać, ale sedno zostawało jednakowe.

– Więc co on teraz robi? – dopytał.

– Pewnie to samo co ty... – odpowiedziała bez zastanowienia.

„Zakochuje się w dziewczynie innego faceta?” – usłyszał głos w swojej głowie, za który natychmiast się zganił.

– Pewnie czeka na jakąś przesiadkę. Wyleciał ze Stanów dwa dni temu, miał jeszcze po drodze sporo do załatwienia. W tamtą stronę też lecieliśmy oddzielnie. Jestem przyzwyczajona – przyznała szczerze.

– I tak cię puścił? Samą? Tak po prostu? – Bradin oparł kark o ścianę i głośno wypuścił powietrze. „Co za ciężki palant!” – Przecież to niebezpieczne!

– A gdzie tu niebezpieczeństwo? Ty też lecisz sam!

„Jak diabli!”

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.