Ostatnia spowiedź 2 - Nina Reichter - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 453 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 12 godz. 20 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ostatnia spowiedź 2 - Nina Reichter

HIT INTERNETU! ZAKOCHAJ SIĘ W HISTORII,

KTÓRĄ POKOCHAŁY SETKI LUDZI.

 

Kontynuacja bestsellerowej powieści Niny Reichter. Pełna napięcia, romantyczna opowieść o miłości w szponach show-biznesu. Poznaj tom II cyklu Ostatnia spowiedź.

Świat Ally Hanningan wali się w posadach, gdy miłość jej życia – rockman Bradin Rothfeld zostaje postrzelony i pada na scenę. Ally jest uczestniczką tamtych zdarzeń. Bezsilność i wspomnienia tamtych chwil na zawsze pozostaną jej najgorszym koszmarem.

Bradin jest w ciężkim stanie.

Co więcej, może pożegnać się ze światem sądząc, że dwie najbliższe mu osoby zrobiły mu świństwo. Tylko czy Ally i Tom rzeczywiście są niewinni?

Rozpoczyna się walka o życie rannego Bradina, a jego bliscy, odliczając feralne godziny,będą musieli zmierzyć się z grzechami, które być może nigdy nie zostaną odpuszczone.

Tom poprzysięga sobie, że już nie zbliży się do Ally.

Tylko czy facet, który dotychczas żył bez zasad dotrzyma obietnicy?

Miłość, zazdrość, show-biznes. Ostatnia spowiedź

Poczuj, jak kocha ten, którego kochają tysiące…

 

Facebook: http://www.facebook.com/OstatniaSpowiedz

Opinie o ebooku Ostatnia spowiedź 2 - Nina Reichter

Fragment ebooka Ostatnia spowiedź 2 - Nina Reichter






Strona redakcyjna


1. Wspomnienia

Ally czuła, że jej usta otwierają się, czuła też, że krzyczy, ale nie słyszała dźwięku... Widziała jedynie bezwładną dłoń Brade’a, wyślizgującą się z jej ręki, kiedy wyrywali go z jej uścisku. Widziała, jak lekarze pochylali się nad nim, dyskutując gorączkowo, i chociaż nie rozumiała wypowiadanych słów, ich ton sprawiał, że traciła oddech.

Ostatkami sił, które napłynęły nie wiadomo skąd, zerwała się i rzuciła w ich stronę... By jej pozwolili... By chociaż jeszcze przez moment mogła potrzymać go za rękę... popatrzeć na niego... Jednak wtedy postawne ciało Tobiego zagrodziło jej drogę.

Nikt nie mógł przypuszczać, ile kosztowało go to, aby w tamtej chwili bez słowa skrępować ruchy Ally.

– Co robisz? – wrzasnęła szaleńczo. Wściekłymi ciosami okładała jego pierś i ramiona, lecz pozostał niewzruszony wtedy, gdy krzyczała, a także wtedy, gdy zaczęła błagać, aby ją przepuścił. Rysy jego srogiej twarzy nie drgnęły, gdy uprzedzał ruchy Al, krępował jej nadgarstki... i mógłbyś pomyśleć, że jest okrutny – w rzeczywistości, gdybyś go wtedy zobaczył, przysiągłbyś, że patrzysz na mężczyznę na skraju łez. Serce Tobiego krajało się na kawałeczki, ponieważ wiedział, że nie może pozwolić jej przejść, choć prawdopodobnie są to ostatnie chwile, które mają jakiekolwiek znaczenie.

Ally zaczęła osuwać się z jego objęć na ziemię, kiedy nagle poczuła, że oplotły ją inne ramiona. Tom klęknął przy niej i przytulił najmocniej, jak umiał, a ona oparła ręce o jego T-shirt, zostawiając na nim krwawe ślady palców.

– On nie może umrzeć, Tom! Nie może!

Używając jeszcze więcej siły, przyciągnął ją do siebie i gwałtownie objął. Przycisnął usta do jej czoła.

– Nie umrze, zobaczysz – odparł. – Wierzysz mi?

Jednak w tej chwili on nie wierzył sobie. Drżące ciało dziewczyny i jej spazmatyczny szloch... piski zgromadzonych ludzi i błyski wciąż włączonych reflektorów... krzyki ochroniarzy, starających się zapanować nad tłumem... A później jedno wspomnienie, ostatnie słowa brata.

Tom przymyka oczy i przez moment trwa tak niezmącenie, by przekonać się, że gdy to robi, chaos wprawdzie znika, lecz po chwili powraca... zastąpiony martwą, ciemną mgłą.

Wciąga spazmatycznie powietrze i właśnie wtedy, na tej scenie, szepcze słowa decyzji. Decyzji, która już nigdy nie miała się zmienić... i o której nikt nigdy nie miał się dowiedzieć.

Los zażartował z niego, tak samo jak ze wszystkich innych, pokazując brutalnie swoją siłę i przewrotność.

Patrick siedział na perkalowym krzesełku w szpitalnym holu, a wszechobecny zapach spirytusu przyprawiał go niemal o mdłości. Zwilżył wargi językiem, bo odkąd tu przyjechał, nie potrafił nic wypić ani przełknąć, ale nie pomagało to na suchość w ustach ani na ścisk, który czuł w gardle. W końcu schował twarz w dłoniach i gorzko uśmiechnął się do własnych myśli – a po chwili nie wytrzymał i parsknął (choć zdawał sobie sprawę, że pora po temu jest, oględnie mówiąc, nie najlepsza).

Bo czy to nie śmieszne, zwyczajnie, cholernie śmieszne?

W ciągu ostatnich miesięcy dwukrotnie zwiększyli ochronę. Policja prowadziła dwa oddzielne śledztwa w sprawie listów. Wejście do budynku, w którym znajdował się apartament, było strzeżone przez ich własnego, dodatkowo zatrudnionego człowieka, a tymczasem na oczach tysięcy ludzi ciało Bradina przeszywa kula, która nie była nawet przeznaczona dla niego...

Mijała ósma godzina od momentu, kiedy wszystko stanęło.

Od momentu, gdy porwał ich huragan zdarzeń, który teraz się rozpłynął.

Od chwili, kiedy wybiegli z vana pędzącego za karetką, a Horst mógł już tylko obserwować, jak w największym pośpiechu odwożą Brade’a na salę operacyjną. I nie był pewien, kogo wtedy widział.

Czy dorosłego, silnego mężczyznę, jakim Bradin stał się przez te lata, czy tego bezczelnego, pewnego siebie szczeniaka z kolorowymi włosami, który miał w sobie tyle pasji i radości życia, kiedy Patrick pierwszy raz go spotkał.

Wplótł palce we włosy i schylił głowę. Miał wrażenie, że otacza go zimna mgła – mgła nierzeczywistości. Mgła utkana ze zdarzeń, które nie miały prawa nastąpić.

Przypomniał sobie ich pierwszy wspólny koncert. Pierwszy, a potem kolejny. Słyszał w głowie głos, który z każdym wspomnieniem stawał się coraz mężniejszy i głębszy – lecz jedna rzecz nigdy się nie zmieniła. To był śmiech Brade’a. Pozostał tak samo radosny i beztroski jak kiedyś, a Patrick nagle zapragnął powiedzieć: „Rothfeld, koniec wygłupów, skup się!”. Tak bardzo chciał móc to teraz powiedzieć...

Byli tam wszyscy: Bobi, Anton, Peter, Patrick, Tom, Ally, Gabrielle, Tobias, a nawet Carl. Milczeli, czekając w skupieniu na jakąkolwiek informację. Słowa nie były potrzebne, bo napięte twarze i łzy i tak wyrażały wszystko. Każdy z nich przeżywał to inaczej, każdy przywoływał wspomnienia, a niektórzy rozpamiętywali swoje grzechy, które nigdy nie miały zostać wybaczone.

Szpitalne piętro szybko zamknięto dla wszystkich, prócz członków ekipy, personelu medycznego i policji, która zjawiła się jakiś czas później. Patrick i Peter natychmiast wstali z krzeseł, by wyjść policjantom na spotkanie, jednak Tom nawet nie drgnął. Dalej siedział skulony na szpitalnej posadzce, opierając plecy o ścianę i głaszcząc Ally, która szlochała w jego ramionach. Szeptał jej do ucha słowa pocieszenia, w które sam tak bardzo chciał wierzyć, lecz jego wzrok był zupełnie nieobecny. Tępo wpatrywał się w punkt na przeciwległej ścianie korytarza i gdyby nie powolne mrugnięcia, można by pomyśleć, że Tom śpi. Po prostu śpi... i tylko jego powieki nie zdążyły opaść na czas. Poruszał się jak w transie, mechanicznie reagując na bodźce z zewnątrz. Śnił właśnie najgorszy koszmar swojego życia, który trwał i trwał, choć Tom tak bardzo pragnął się obudzić.

– Nazywam się porucznik Shriff, a to detektyw...

– Connor – dokończył Patrick. – Znam detektywa. – Uścisnęli dłonie. – Prowadzi śledztwo w sprawie tych listów, o których pan też już pewnie słyszał.

– Moi ludzie otoczyli szpital. Zostawiam też paru do pańskiej dyspozycji, panie Horst. Dziewczyna została natychmiast schwytana i jest obecnie przesłuchiwana, a w kwestii listów zapewniam, że robimy wszystko, co w naszej mocy, żeby...

Kolejne słowa policjantów docierały do Ally jak przez mgłę aż do momentu, kiedy nagle poczuła, że wygodne oparcie w postaci ramienia Toma raptownie się spod niej wyślizguje.

Tom zerwał się jak oparzony, a jego nozdrza poruszały się coraz szybciej, kiedy pewnym i zdecydowanym krokiem ruszył przed siebie. Horst jedynie kątem oka uchwycił jego wściekły wzrok. Zanim zdążył zareagować, pięści chłopaka zacisnęły się na kurtce Connora, a Tom pchnął go na ścianę i przycisnął do niej z całej siły.

– WSZYSTKO, CO W WASZEJ MOCY? Robicie wszystko, CO W WASZEJ MOCY? Listy zaczęły przychodzić pół roku temu i od tej pory nie dowiedzieliście się niczego więcej! – krzyknął mu w twarz i jeszcze mocniej zacisnął pięści. – TO TY POWINIENEŚ TAM LEŻEĆ, NIE MÓJ BRAT! TO TY POWINIENEŚ WALCZYĆ O ŻYCIE, TY ZAWSZONY...

– Uspokój się! – wysyczał Patrick. Oderwał od kurtki policjanta dłonie Toma i razem z Carlem odciągnęli go na bok. – Uspokój się, do diabła! – krzyknął znowu Horst, kiedy starszy z Rothfeldów nadal się szamotał.

Peter przejechał wzrokiem po zgromadzonych, po czym stanął na wprost przed przytrzymywanym siłą Tomem.

– Myślisz, że Brade właśnie tego by chciał? Że właśnie to jest mu potrzebne? Żeby zamknęli cię za napaść na funkcjonariusza, kiedy on leży za ścianą?

Tom nie przestał się wyrywać i właśnie w momencie, gdy miał kolejny raz porządnie się szarpnąć, usłyszał za sobą jej głos.

– Tom...

Obrócił się gwałtownie, a turkusowe oczy Ally popatrzyły na niego ze strachem. Wstała, podeszła niepewnie i wskazała ręką w głąb korytarza. Twarze zbliżających się lekarzy były nieodgadnione, a pochylony chirurg, prowadzący mały korowód, wyglądał na dużo starszego niż jeszcze kilka godzin temu. Tom poczuł, jak wszystkie wnętrzności przewróciły mu się w środku, chóralnie wykonując salto. Nawet krępujący uścisk Horsta jakby nagle zelżał.

Z każdym krokiem postaci w białych kitlach wszyscy gorączkowo wpatrywali się w ich oczy. Starali się wyczytać w nich cokolwiek, ale nie znajdowali żadnej odpowiedzi. Chirurg opuścił głowę, aby uniknąć kontaktu wzrokowego.

Teraz Tom już wcale nie chciał niczego usłyszeć, wcale nie chciał wiedzieć więcej. Pragnął mieć jeszcze te parę godzin niepewności, czekać tu, w tym korytarzu, i mieć nadzieję. Ciężko nabrał powietrza i zacisnął szczękę, kiedy poczuł, że palce Ally wkradły się między jego palce i ścisnęły mocniej. Przepełnione powagą oczy jednego z lekarzy podniosły się, by spotkać się ze wzrokiem Toma.

– Błagam, niech pan tego nie mówi. Błagam, niech pan nie mówi, że jest panu przykro, że było za późno, błagam... – Tom powiedział prawie szeptem, a jego głos był inny niż zwykle. Nie był niski i ochrypły, nie był pewny.

Siwowłosy lekarz oddał przechodzącej pielęgniarce niebieską maskę chirurgiczną, którą do tej pory trzymał w dłoniach, a stojący trochę z tyłu Patrick Horst poczuł, jak mgła nierzeczywistości gęstnieje wokół niego.

– Pozostaje nieprzytomny i nie będę kłamał, że było łatwo, panie Rothfeld. Postrzał w brzuch jest jednym z najboleśniejszych, ale rzadko bywa śmiertelny. Jednak pański brat stracił dużo krwi, zanim został przywieziony, a ogólne wycieńczenie... tak, myślę, że to było wycieńczenie, spowodowało, że jego organizm nie chciał walczyć. Kula przeszła między żebrami i utkwiła w jamie brzusznej. Szczęśliwie ominęła większość narządów. Nastąpił jednak krwotok wewnętrzny, którego przez długi czas nie mogliśmy opanować. Bardzo bym chciał, ale nie potrafię panu nic obiecać... a już na pewno nie powiem, że on będzie żył, jeżeli sam oceniam jego szanse na czterdzieści procent. Jak na razie stan pańskiego brata jest poważny, ale stabilny. Następne dwadzieścia cztery godziny będą decydujące. Jeżeli odzyska przytomność, wszystko będzie na najlepszej drodze, a jeśli nie... panie Rothfeld... proszę nie tracić nadziei...

Wargi Toma drżały, kiedy odwrócił wzrok i spojrzał na stojącą obok Ally. Podniosła zapłakane oczy i nie używając słów, tylko ruchem powiek poprosiła go, żeby jej powiedział...

Nie wiedział, jak ma to zrobić, nie wiedział nawet, czy potrafi...

Głuchość ciszy, przerywana jedynie przez pojedyncze piknięcia szpitalnej aparatury, wcale jej nie denerwowała. Al wsłuchiwała się w nią, z nadzieją wyczekując kolejnych cichutkich odgłosów i wręcz do granic możliwości wytężając słuch. Natomiast dźwięki dochodzące z korytarza doprowadzały ją do szału! Miała wrażenie, że mu przeszkadzają... a ON ŚPI!... śpi... po prostu śpi... i im szybciej się wyśpi, tym szybciej się obudzi. Zawsze był blady, ale teraz jego pozbawiona makijażu twarz wydawała się jej jeszcze jaśniejsza i szczuplejsza. Ciemne włosy, odsunięte na jedną stronę, spływały swobodnie po barku i odznaczały się na jasnej piżamie. Wyglądał jak niewinne dziecko, przy którym czuwasz, by nie bało się ciemności.

Dłoń Brade’a, której Al nie wypuściła ani na chwilę ze swojej, była wręcz nienaturalnie zimna. I tylko te ciche piknięcia... tylko one w równych odstępach czasu wyznaczały słaby rytm jego życia.

Od momentu, kiedy pozwolono im tu wejść, Tom nie opuścił tego pomieszczenia na więcej niż pięć minut. Był tu z Al – cały dzień, a potem całą noc. Czuwał razem z nią w mroku, nie zapalił nawet lampki, jednak nie siedział przy Bradzie. Odstawił krzesło dziwnie daleko od szpitalnego łóżka i oparł łokcie na kolanach. Złączył palce dłoni w tak charakterystyczny dla siebie sposób i tylko spoglądał w przestrzeń. Nie odezwał się słowem. Ani wtedy, kiedy Ally płakała i prosiła Czarnego, żeby się obudził, ani wtedy, gdy już przestała płakać i najnormalniej w świecie groziła, że mu przyłoży, jeśli zaraz nie otworzy oczu. Kolejne godziny mijały, a Brade leżał w bezruchu niczym blady cień. Aparatura nie wskazywała żadnych zmian, a głowa Toma opadała coraz niżej za każdym razem, kiedy któryś z lekarzy wchodził, a potem szybko opuszczał małą salę, unikając odpowiedzi na jakiekolwiek pytania.

Zbliżała się kolejna noc i było już całkiem ciemno, kiedy Tom wreszcie odwrócił twarz od okna, w które do tej pory się wpatrywał, i odezwał się cicho:

– Wiesz, byliśmy wtedy dziećmi, Brade miał może z dziewięć, dziesięć lat... Ja chciałem zostać skatem. On uparł się, że zostanie zawodowcem w jeździe na hulajnodze...

Pierwszy raz od kilkunastu godzin Ally odwróciła uwagę od Brade’a, a zapuchnięte oczy odszukały w mroku strapioną sylwetkę Toma. Jego głos drżał lekko, a wzrok wnikliwie studiował powierzchnię szpitalnej wykładziny.

– Tak bardzo się w to wkręcił, że nawet chciał rzucić z tego powodu zespół. Wyobrażasz sobie? A ja... ja zawsze mu pomagałem, zawsze chciałem dla niego jak najlepiej... – urwał.

Jego dłonie zwinęły się w pięści i zaczęły miąć szary materiał bluzy. W tym momencie świat wokół i szpitalna sala wydały się jakby większe, a może to nagle Tom stał się taki malutki. Przemknęło jej przez myśl, by podejść i go przytulić, lecz po chwili westchnął i ciągnął dalej:

– ... Pewnego dnia, gdy mama pracowała do późna, wymknęliśmy się z domu i pojechaliśmy do Heilbronn, do skateparku. Wyczekaliśmy cierpliwie, aż wszyscy się zmyją, żeby Bradin mógł poćwiczyć swoje „akrobacje”.

– Dobry był? – Pełnym czułości wzrokiem spojrzała znów na Brade’a. Ukradkiem otarła łzę i uśmiechnęła się prawie niezauważalnie, próbując wyobrazić go sobie trenującego w tych obcisłych ciuchach, w których zazwyczaj chodził. Przyłożyła jego zimną, szczupłą dłoń do swojego policzka i pocałowała ją, a po chwili już zupełnie nie odrywała jej od ust.

– Szczerze? – prychnął Tom – Był beznadziejny! – Wyraz jego twarzy wskazywał, że właśnie odtwarza w myślach tamten dzień. – Ledwo utrzymywał równowagę na tym cholerstwie. Za każdym razem, gdy dojeżdżał do brzegu rampy, nie umiał się obrócić i spadał. W pewnym momencie byłem pewien, że złamał sobie nogę. Zupełnie mu to nie wychodziło. Ale ćwiczył dalej i miał w sobie tyle determinacji, że z każdą chwilą jeszcze bardziej mnie zadziwiał. Przewracał się i wstawał. Próbował kolejny raz i upadał znowu, ale nie poddał się aż do momentu, kiedy zrobiło się tak ciemno, że siłą ściągnąłem go z tej rampy, bo musieliśmy wracać do domu. Stanął wtedy przede mną i pamiętam, jak na mnie popatrzył. Był taki zadowolony z siebie, taki dumny. W końcu powiedział: „Tom, widzisz, że mam talent! To przecież jasne! Jeśli tylko będę dużo ćwiczył, któregoś dnia będę mógł zawodowo jeździć na hulajnodze!” – Tom wypowiedział te słowa dziecięcym głosem, przepełnionym niezłomną powagą i pociągnął nosem. Panująca w pomieszczeniu ciemność doskonale kryła jego łzy... – Wolałem nawet tego nie komentować. Powiedziałem tylko: „Lepiej przerzuć się na swoje stare rolki, bo na tej hulajnodze to ty daleko nie zajedziesz”... Wiesz, co mi odpowiedział? – Uniósł wzrok i popatrzył na Ally. Ciemne tęczówki od wczoraj nieco się zmieniły. Dostrzegła w nich ból, żal i jakąś dziwną złość, której zupełnie nie mogła zrozumieć. – Wiesz, co odpowiedział? – Tom zrobił pauzę. – Że mi nie wierzy! Bo zawsze jak czegoś chciał, to tak się działo... zawsze jeżeli bardzo czegoś chciał, to tak się działo... DLATEGO TERAZ WIEM, ŻE SIĘ OBUDZI! – jego głos łamał się coraz bardziej, chociaż Tom starał się to opanować. – On się obudzi Ally, ja to wiem.... Obudzi się, bo bardzo tego chce! Chce się obudzić, bo nie zdążył mi jeszcze powiedzieć, jak bardzo mnie nienawidzi ZA TO, CO MYŚLI, ŻE MU ZROBIŁEM.

Nagle wstał i ruszył przed siebie. Zanim Ally zdążyła zareagować w jakikolwiek sposób, drzwi salki otworzyły się, a potem zatrzasnęły się mocno za Tomem. Słyszała, jak jego kroki cichły w oddali korytarza. Zerwała się z krzesła i wybiegła za nim, lecz zatrzymała się, gdy szpitalne jarzeniówki poraziły przyzwyczajone do ciemności oczy. Zauważyła go dopiero wtedy, gdy znikał za zakrętem, kierując się w stronę parkingu. Nogi ruszyły do biegu, a usta głośno wykrzykiwały:

– Tom!

Przechodzące obok pielęgniarki zgromiły ją surowym wzrokiem, lecz ona biegła dalej, nie zważając na nikogo i na nic. Gdy wpadła na parking, rozejrzała się gorączkowo, ale nikogo nie zauważyła. Żadnej sylwetki, żadnego ruchu. W końcu dostrzegła! Siedział w samochodzie, w swoim wielkim czarnym SUV-ie, i z ostrym wzrokiem człowieka, który obraził się na świat, chciał odjechać. Wrzucił już pierwszy bieg i planował ruszyć, gdy wtargnęła mu przed maskę.

Groźny wzrok Toma omiótł ją całą, aż poczuła go w końcówkach palców. Na moment nawet ją przeraził. Jednak potem chwyciła za klamkę i wsiadła do czarnego land cruisera. Tom Rothfeld płakał jak dziecko.

Teraz zupełnie nie przypominał tego bezczelnego i pewnego siebie gnojka, którego kiedyś poznała. Owszem, włosy skryte pod luzacką czapką zwisały swobodnie po bokach, a zbyt duże ubrania szeleściły, ale to nie był ten sam Tom. Ujęła jego głowę i przytuliła do siebie. W tym właśnie momencie boleśnie zdała sobie sprawę, jak bardzo on i Brade byli do siebie podobni i że pewnie nigdy do końca nie zrozumie, jak silna łączy ich więź. Właśnie w tym momencie uświadomiła sobie, że choć Bradin nigdy przy niej nie płakał, jego oczy wyglądały dokładnie tak samo smutno, kiedy ostatni raz widziała je otwarte...

Tom kurczowo chwycił się jej ramienia, a kolejne łzy spływały mu po twarzy jak kilkuletniemu chłopcu. Pierwszy raz czuł się tak bezsilny.

– Al, on może umrzeć, myśląc, że go oszukałem... że kłamałem w żywe oczy! Brade, mój mały brat...

– Tom, on wie, jak bardzo go kochasz. I kiedy tylko się obudzi, A TAK BĘDZIE, to wszystko sobie wyjaśnicie. Wiem, że wygadywał jakieś niestworzone rzeczy, ale pewnie majaczył, nie miał pojęcia, co mówi... Obudzi się i wszystko będzie jak dawniej, a wiesz dlaczego? – szeptała. – Bo nigdy nie spotkałam ludzi silniejszych od was dwóch. Nigdy nie widziałam takiej więzi między braćmi, nigdy nie widziałam takiej miłości... ona jest niepowtarzalna.

– Ty NIC NIE ROZUMIESZ... Nie rozumiałaś, co on do mnie mówił! Tu nie chodzi o ten głupi pocałunek, Al! Ani o żadną pierdołę! On myśli, że jesteśmy razem, OD POCZĄTKU, kapujesz? RAZEM!!! Od tej cholernej imprezy. Że robiliśmy to tuż przed jego nosem, pewnie śmiejąc się w najlepsze za jego plecami! Że ty dawałaś mu nadzieję, zwodząc go i bawiąc się jego uczuciami, ja z kolei udawałem lojalnego brata, a ukradkiem się z tobą pieprzyłem! Mówił, że nigdy nie przypuszczał, że to ja będę tym, który WBIJE MU NÓŻ W PLECY, że to właśnie ja spośród wszystkich! Powiedział, że cieszy się, iż już nie będzie musiał mnie znać...! – Dolna warga Toma zadrżała w niekontrolowany sposób, a jego głos załamał się zupełnie. Jedynie syrena karetki jadącej gdzieś w oddali mąciła ciszę, która zapadła.

Ally czuła się tak, jakby sens tych słów docierał do niej z opóźnieniem.

– Przecież to idiotyzm – stwierdziła zdezorientowana.

– Nie wiem, skąd to wziął i kto mu coś takiego powiedział... ale on tak myślał... wtedy...

– BOŻE... jak...

– Nie wiem...

Dłoń Ally powoli powędrowała w górę i zakryła usta, a jej przerażony wzrok skupił się na desce rozdzielczej. Spod półprzymkniętych powiek popłynęły dwie wielkie łzy. Nie mogła uwierzyć...

– Kiedy on się obudzi, już nic nie stanie wam na drodze – powiedziała, czując w sercu pustkę. – Ja już niczego nie zepsuję, już niczego nie zniszczę. Zniknę z waszego życia i powiedz mu, żeby mnie nie szukał. Dość już się stało przeze mnie. Tak bardzo go kocham, Tom... tak bardzo...

Zdawała sobie sprawę, że mówi to mężczyźnie, który nie do końca jej wierzył, natomiast Tom nie mógł oprzeć się wrażeniu, że to wszystko to jakiś okrutny żart. Wiedział, jak bardzo Brade chciał usłyszeć te słowa... i wiedział, że powinien je usłyszeć.

– Czyli co, tak po prostu chcesz wyjechać i zostawić go samego? Teraz, kiedy najbardziej cię potrzebuje? – spytał.

– On nie będzie sam, Tom. Będzie miał ciebie, zawsze miał... I wtedy chyba wszystko jakoś lepiej wychodziło.

A czy mówiłem Ci już, że oddychanie ma sens tylko wtedy, kiedy jesteś obok...?


2. Kto mnie podtrzyma, jeśli ty nie podasz mi ręki?

Białe drzwi szpitalnej sali uchyliły się, gdy niepewnie nacisnęła klamkę.

Wyglądał dokładnie tak samo jak wtedy, gdy wybiegła stąd wczoraj. Leżał w tej samej pozycji, a ciemne włosy opadały mu lekko na bark. Nadal tylko te ciche piknięcia mąciły panującą w sali ciszę.

Nie usiadła na fotelu, jak robiła to zwykle, usiadła na krawędzi łóżka, żeby lepiej ją słyszał... Wzięła do ręki jego dłoń i parę razy przejechała opuszkami od jego nadgarstka po koniuszki palców. Mówiła zupełnie spokojnie, jakby pogodzona z tym, co będą nieść jej słowa. Delikatnym ruchem odgarnęła ciemny kosmyk z jego twarzy. Nie miała pojęcia, czy da radę.

– Pamiętasz, jak spotkaliśmy się na tym lotnisku... dałeś mi swój numer. – Uśmiechnęła się do siebie i spuściła głowę, przywołując ich pierwsze wspólne wspomnienie. Gorzki uśmiech był tylko fasadą, ale wiedziała, że jeżeli teraz się rozklei, to zniweczy wszystko. – Ja... nigdy ci o tym nie mówiłam... wyrzuciłam go... Wyrzuciłam i nie wiedziałam, że mogłam popełnić największy błąd w swoim życiu, ale ty mnie odnalazłeś i nie pozwoliłeś mi na to... Uratowałeś mnie, wiesz? Pokazałeś, jak cieszyć się każdą sekundą i brać z życia więcej, niż chce nam dać... Pokazałeś mi wszystko, Bradin... Jak marzyć... wierzyć... walczyć i jak kochać... Byłeś tuż obok, kiedy byłam słaba, i dawałeś wolność, kiedy chciałam być silna... Pozwoliłeś odnaleźć spokój w swoich zamkniętych ramionach i... byłeś wszystkim, o czym wcześniej nie potrafiłam nawet marzyć. – Zaśmiała się, choć zabrzmiało to bardziej jak bezsilny odruch rozpaczy niż śmiech. W myślach znów zobaczyła go stojącego przed jej blokiem.

Ścisnęła mocniej jego dłoń.

– Nigdy nie dowiesz się, jak bardzo cię kocham... ale już zawsze, gdy będę patrzyła w gwiazdy, będę w nich widzieć twoje śmiejące się oczy... Nigdy nie zapomnę... Przysięgam.

Ostatni raz przytuliła go mocno i dotknęła ustami bladych warg. Wiedziała, że jeżeli teraz puszczą jej nerwy, nigdy nie będzie potrafiła stąd wyjść. Tu, na tym szpitalnym łóżku, zostawiała wszystko, bo był dla niej wszystkim. Wybuchła długo wstrzymywanym płaczem, zabrała małą torebkę i wybiegła z sali. Kiedy w korytarzu umilkł już stukot jej obcasów, na ekranie monitorującym pracę serca pojawiły się dużo gęstsze i znacznie wyższe fale.

Czy mnie słyszysz?

A czy słyszysz to, czego nie chcę Ci zrobić?

– Jak to tylko jedno miejsce?! – Tom krzyczał wściekle do słuchawki, chodząc nerwowo po szpitalnej kantynie. Bezwiednie zgniatał w dłoni kubek z kawą, która niedawno stała się jego jedynym napojem, jak i pożywieniem.

Był blady, a jego rysy zdawały się nieruchome i zastygłe, choć może lepiej byłoby powiedzieć, że twarz Toma przybrała barwę jego myśli. Nadzieja ulatywała z niego z każdą chwilą i z każdą dawką wydychanego tlenu. Racjonalny umysł uwalniał jej cząstkę, a serce patrzyło, jak rozpływa się w powietrzu i znika.

Od dziecka przyzwyczajony był walczyć o swoje i teraz nie radził sobie z własną bezsilnością. Robił więc cokolwiek.

Żeby nie myśleć.

Żeby nie liczyć godzin.

Żeby zostać samemu i móc wsłuchiwać się w wyrzuty własnego sumienia.

Wyładowywanie nerwów na przypadkowych osobach stało się ostatnio jego głównym zajęciem.

– To niech się pani postara! Mają być dwa. W pierwszej, w drugiej klasie, wszystko jedno! – wrzasnął. – A co mnie to obchodzi?! Mam gdzieś, że organizują w tym tygodniu jakieś zasrane strajki, i mam gdzieś, ile samolotów odleci dzisiaj z Hawany. Gdybyś zaczęła szukać, a przestała gadać, na pewno by się... Później? Ile później? Dwie godziny, dobrze. Proszę zarezerwować, tak – powiedział spokojniej. – Pierwszy bilet na nazwisko Katherine Heile. Tak. A drugi na Frank Ostermeyer. Dobrze. Proszę mi jeszcze podać numery lotów.

Miękki materac ugiął się, kiedy Ally zupełnie powoli i całkowicie bez życia wyciągnęła rękę po dzwoniący telefon. Nie miała ochoty z nikim rozmawiać, szczerze mówiąc, nie miała nawet ochoty więcej otwierać oczu, ale ponieważ zdała sobie sprawę, jak niewiele osób zna ten numer i że wszystkie z nich są jej bliskie, jednak się przemogła.

Wiedziała, że gdyby Brade się obudził, nie dzwoniliby do niej, dzwoniliby do Toma, więc nawet nie miała nadziei. Zwinęła się w kłębek, skuliła kolana pod brodą i ściskała materiał ciemnej pościeli. Opuchnięte od płaczu powieki uchyliły się, by zerknąć na ekranik.

Lille.

Odebrała połączenie, lecz nie odezwała się słowem.

– Dowiedziałam się dopiero dzisiaj. Boże, powiedz mi, jak to się stało?! Powiedz mi natychmiast, czy on z tego wyjdzie?! Powiedz mi, do cholery, o co chodzi, i powiedz, czy mam przyjechać, bo jeśli tak, to nie marnuję czasu na gadanie, tylko wsiadam w pierwszy lepszy pociąg!

Przejęty głos umilkł, lecz gdy po drugiej stronie nadal panowała cisza, znowu nabrał decybeli.

– Al, cholera jasna, jesteś tam?!

– Nie ma mnie, Lille, już zupełnie mnie nie ma... – wyszeptała prawie bezgłośnie, a dwie smętne łzy pociekły po policzku. Nawet nie próbowała ich ocierać.

To właśnie było jej rozwiązanie. Skulić się i cierpieć, a najlepiej uciec. Wyglądała przy tym tak rozczulająco, że z reguły ludzie łamali się, wyciągając pomocną dłoń, zwykle bezwartościową. I do tego się przyzwyczaiła. Do pobłażania, pustych rad i pocieszeń zupełnie bez treści.

– Przestań pieprzyć, Al! – powiedziała Lille ostro, wiedząc, że to wytrąci przyjaciółkę z równowagi, zachwieje tym murem, który właśnie wokół siebie budowała, a z którym Lille miała już niejednokrotnie do czynienia.

– Ja nie pieprzę, ja... – Podniosła się na łóżku i usiadła po turecku. Westchnęła cicho. – Nie powinno mnie tu być. On myśli, że spałam z jego bratem. Znaczy... myślał, zanim... Był przekonany, że go oszukałam, i pewnie nienawidził mnie wtedy tak bardzo, jak ja teraz nienawidzę siebie. Nienawidzę, bo nie pozwoliłam nam być razem, kiedy o to prosił.

– A to prawda?

– Co?! – Ally odpowiedziała automatycznie, a po chwili, gdy cisza po drugiej stronie stawała się coraz bardziej wymowna, wybuchła krzykiem:

– Zwariowałaś?! Zresztą, jak możesz pytać właśnie o to, kiedy on tam leży i nie wiadomo, czy się obudzi, a te cholerne dwadzieścia cztery godziny już dawno minęły i lekarze nie mają pojęcia, co będzie dalej!

– Ja tylko ustalam fakty – rzeczowo odparła Lille. Celowo wybrała maskę spokoju. Nikt nie znał Ally tak dobrze jak ona i nikt nie potrafił tak umiejętnie z nią postępować.

Bo Ally nie była bezbronna. Jej drobna sylwetka i uroda sprawiały, że właśnie tak ją postrzegano, ale nikt nie spodziewał się, w jak wielkim jest błędzie.

Ally broniła się świetnie i miała w tym sporą praktykę.

Broniła się przed samotnością, kiedy poznała Adama, a potem broniła się przed uciążliwymi myślami o jego żonie, gdy dowiedziała się prawdy. Broniła się przed Christophem, nie pozwalając mu dotrzeć do siebie, choć oddawała mu swoje ciało. I w końcu tak zaciekle broniła się przed miłością, którą dawał jej Bradin. Dlatego właśnie podjęła decyzję, że musi wyjechać, chociaż od powrotu ze szpitala, kiedy opadła na łóżko i zalała się łzami, nie ruszyła się nawet na krok. Leżała tylko i płakała. Odchodziła od zmysłów, nie mając pojęcia, w jakim Brade jest stanie. Wiedziała jednak, że nie może wrócić. Jednocześnie nie potrafiła zabrać dawno spakowanej walizki i zamknąć za sobą drzwi.

– Jesteś bezduszna – Ally jęknęła w słuchawkę.

– A ty jesteś głupia – Lille odpowiedziała niewzruszona.

– Nie wiesz, co się ze mną dzieje! Nie widziałaś wyrazu jego twarzy, jego oczu! Kiedy go postrzelono, odtrącił od siebie Toma, rozumiesz?! Ostatkiem sił odtrącił własnego brata! I to wszystko moja wina! To przeze mnie tak cierpiał i to przeze mnie tam leży! – wrzeszczała, wyrzucając z siebie cały swój strach i drżącą pięścią uderzyła w poduszkę.

O to właśnie chodziło Lille. Ally nie umiała działać w strachu. Strach ją paraliżował. Najpierw musiała się go pozbyć, a jeżeli był zbyt silny, by mogła zrobić to sama, ktoś musiał go z niej wyciągnąć.

– To, że myślał tak wtedy, nie jest twoją winą, a winą piramidalnego nieporozumienia! A to, że on tam leży, to wina jakiejś panny, która chciała mieć to, co ty tak skutecznie odtrącasz! Tak, słyszałam szczegóły. Przyznała się i trąbią o tym nawet nasze media! Pytałam, jak to się stało, bo myślałam, że wiesz więcej. Jesteś przecież na miejscu. Swoją drogą, gdzie ty, u diabła, jesteś, że możesz tak wrzeszczeć, bo chyba nie w szpitalu? – spytała Lille z wyrzutem.

– Jestem w mieszkaniu. Pakuję się... – cichy głosik odpowiedział niepewnie. Zaraz zagłuszył go inny, stanowczy.

– Pakujesz się... gdzie się pakujesz?

– Wracam... Wracam do domu. Zrozum, ja... ja muszę być silna... ja...

– To ty zrozum! I proszę, zrozum to raz a porządnie, bo zaczynam już tracić cierpliwość! On nie jest masochistą i jeżeli chce z tobą być, a wszystkie znaki na niebie i ziemi na to wskazują, to znaczy, że dajesz mu szczęście, a nie je odbierasz! I powiem ci jeszcze jedno! Twoim psim obowiązkiem jest siedzieć tam i czekać, aż on się obudzi, a potem wytłumaczyć mu wszystko, a nie wyć w poduszkę i się obwiniać, bo to nikomu nie pomoże, a już na pewno nie jemu! A tym bardziej nie wolno ci wyjeżdżać w imię „jego dobra”! I ty nazywasz to siłą?! Od lat uciekasz od szczęścia, bo wiąże się z ryzykiem, i uważasz, że ludzie powinni cię za to szanować. Za to, że wyrzekasz się własnych pragnień. Tylko że to nie jest siła, Ally, a zwykłe tchórzostwo! On o ciebie walczył! Walczył, jak mógł, i robił to tak długo, że sama mu się dziwię, iż wytrzymał, bo potrafisz być uparta jak twoja własna matka! – Krew Ally na moment zawrzała. – Jeżeli on nie ma siły, ty musisz stać się jego siłą, bo na tym właśnie polega miłość! Teraz nastał czas, kiedy to ty powinnaś zawalczyć o niego.

Ostatnie słowa Lille zawisły w powietrzu.

Minęło kilka długich minut.

– Dziękuję, Lille.

Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, gdy nasze skrzydła zapomniały jak latać [1]. A kiedy nie chcemy otworzyć serca na ich pomoc, nie zostawią nas. Poradzą sobie... wytrychem.

– Nie wiem, co tu robię, nie wiem... – Tom wyszeptał, jakby przekonywał sam siebie, po czym ściągnął czapkę i przejechał dłonią po włosach. Mrok wypełniający pustą salę idealnie współgrał z barwą jego myśli i tylko migoczące lampki szpitalnej aparatury przypominały mu, gdzie jest i po co tu przyszedł.

Nie wiedział, czy to zmęczenie tak brutalnie płatało mu figle, czy to jego sumienie karało go w tak okrutny sposób, ale za każdym razem, gdy spojrzał na ekran elektrokardiografu, regularne fale wyznaczające rytm serca rozmazywały się i spływały w pojedynczą, ciągłą linię. Odruchowo spojrzał na zegar, ale ten nie tykał już od pierwszego dnia, kiedy Tom zwyczajnie go rozbił – a teraz żałował, bo dzisiaj, kiedy minęło już tyle czasu, zrobiłby to z dużo większą przyjemnością. Nawet nie wiedział, co chciał przez to osiągnąć.

Czy ostentacyjnie pokazać komuś, że ma za nic reguły?

Czy chciał udowodnić, że się nie boi?

Czy wręcz przeciwnie – to krzyczący w nim strach wywoływał bunt przeciw temu, co Tom wolał nazywać niesprawiedliwością aniżeli... przeznaczeniem.

Komu i co chciał pokazać – nie wiedział. Nie miał nawet pojęcia, jak mógłby zacząć tę przemowę, jak wszystko wytłumaczyć.

Po chwili opuścił głowę i niespodziewanie kolejne słowa popłynęły z ust Toma tak samo swobodnie jak kapiące wczoraj z jego twarzy łzy.

– Nie wiem, czy mnie słyszysz... Pewnie nie... – westchnął ciężko, a jego głos delikatnie zadrżał, lecz Tom nie pozwolił sobie na słabość, nie tym razem. Odchrząknął, chcąc pohamować emocje, i przysiadł na tym samym krześle co ostatnio – nie przy łóżku, a daleko pod ścianą. Coś, czego nie potrafił zdefiniować, nie pozwalało mu podejść bliżej.

Poprawił obszerną bluzę, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie, po czym oparł łokcie o kolana. Powoli podniósł wzrok i spojrzał z wyrzutem.

– Zawsze mówiłeś, że braterskie dusze rozumieją się bez słów! Że nie potrzebują rozmów i wyjaśnień. No to teraz masz, geniuszu! Popatrz, co z tego wyszło! – westchnął i przez moment poczuł się jak idiota, zdając sobie sprawę, że rozmawia z nim dokładnie tak jak zawsze, ale chyba nie umiał inaczej. – Przyznaję się – uniósł ręce – nie grałem do końca fair. Ale nie chciałem ci jej zabrać, tylko... Boże, sam nie wiem, czego chciałem.

Przez chwilę zastanawiał się, czy po prostu nie wstać i nie uciec. Nie zostawić tego wszystkiego za sobą. Lecz nie zrobił tego.

– Miałeś rację. Miałeś cholerną rację... jest wyjątkowa. Na wszystkie możliwe sposoby i w każdym aspekcie, jaki tylko można sobie wyobrazić... znaczy... czy w każdym, to nie mam pojęcia, mimo że ty myślisz, że z nią spałem.... Oczywiście nie, żebym nie chciał... – urwał, gdy zdał sobie sprawę, co właściwie wygaduje. – Kuźwa! Przecież wiesz, o co mi chodzi! – krzyknął i przewrócił oczami tak samo, jak robił to setki razy w czasie milionów braterskich kłótni. – Ma trudny charakter i, Bóg mi świadkiem, jest kompletnie popieprzona, ale to dokładnie tak jak ty, więc chyba dobraliście się idealnie – prychnął. – Ale o tym wszystkim wiesz. Potrafisz przejrzeć ludzi od razu i tylko ja czasami o tym zapominam. A ty... ty przecież tak naprawdę mnie przejrzałeś... Widziałeś, że coś jest nie tak, patrzyłeś mi na ręce i miałeś świętą rację... – Tom na chwilę przestał mówić, zawiesił głos. – Nie chciałem tego, Bradin, przysięgam. Ani przez moment nie chciałem, ale chyba nie miałem na to wpływu. Tak jak ty nie miałeś, kiedy to ciebie chwyciło, i... chyba jestem ci coś winien. Muszę ci powiedzieć, że... – zawahał się. Po chwili ze świstem wypuścił powietrze. „...że ją kocham” – chciał rzec, jednak z jego ust popłynęło zupełnie co innego. – Że jest twoja – dokończył. A potem wstał i już w zamyśleniu, a nie gwałtownie, jak wczoraj, uchylił drzwi małej salki. Zatrzymał się, a wychodząc, powiedział: – Więc się lepiej obudź i zatrzymaj ją. Bo jeżeli coś głupiego strzeli jej do głowy i ona ucieknie, to ją stracisz.

To obaj ją stracimy...

Biegła, trącając po drodze dwie pielęgniarki i prawie wywracając stojące w holu krzesło. Eleganckie szpilki stukały niemiłosiernie, kiedy pokonywała kolejne metry, a jej zaczesane w koński ogon włosy falowały wdzięcznie. Młodzi lekarze, zainteresowani niecodziennym zjawiskiem, śledzili ją wzrokiem prawie od samych drzwi szpitala, lecz Ally zupełnie na to nie zważała. Minęła Tobiego, wbiegła na zamknięte dla odwiedzających piętro, a zaraz potem pchnęła drzwi sali Brade’a, by prawie paść na kolana przy jego łóżku. Obdarzając jego twarz milionem drobnych pocałunków i głaszcząc czule zimną dłoń, przytuliła policzek do jego policzka.

– Boże, byłam taka głupia, Bradin. Byłam taka głupia...

Parę godzin później drzwi otwarły się cicho, a stojący w nich Tom momentalnie się uśmiechnął. Ally tuliła się do barku jego brata w najsłodszy z możliwych sposobów. Jednak nie uciekła, nadal tutaj była – choć obecnie najwyraźniej tylko ciałem – bo gdy Tom podszedł bliżej i delikatnie pogłaskał jej ramię, nawet nie drgnęła.

– Śpi? – zapytała średniego wzrostu blondynka, której oczy były czerwone od płaczu, a policzki jakby lekko zapadnięte. Luźne podróżne ubrania przykrywały szczupłą sylwetkę.

– Widocznie – odparł. – To wykańcza ją tak samo jak nas wszystkich.

Kobieca dłoń spoczęła na ramieniu dziewczyny i pogładziła je dobrotliwie.

Ally wzdrygnęła się i pomału otworzyła oczy, orientując się, że siedzi przy łóżku Brade’a, a jej ręce są bezwładnie rozciągnięte na szpitalnej pościeli. Chciała się podnieść, jednak od razu zrobiło jej się trochę słabo. Z głębokim westchnięciem złapała się za głowę, gdy nagle wyczuła za sobą czyjąś obecność.

Odwróciła się i zamarła, gdy zrozumiała, kto właśnie się do niej uśmiecha. Błyskawicznie podniosła się z krzesła, co poskutkowało lekkimi zawrotami głowy, i nerwowo poprawiła materiał spódnicy. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić, więc utkwiła oczy w podłodze. Chciała stać się niewidzialna. Tak naprawdę chciała znów stamtąd wybiec, lecz właśnie wtedy kobieta uśmiechnęła się przez łzy, otuliła ją ramieniem i przyciągnęła do siebie.

– Ja będę tłumaczył – wtrącił niezręcznie Tom, lecz Katherine natychmiast go uciszyła.

– Poradzę sobie. Ja go kocham i ona go kocha. Jestem pewna, że się zrozumiemy – odezwała się do syna, a potem zwróciła oczy znów na Ally. – Dziękuję... – powiedziała powoli – dziękuję, że przy nim byłaś, kiedy ja nie mogłam – łamany angielski, naznaczony silnym niemieckim akcentem, był wypełniony taką czułością, jaką mogła okazać tylko wdzięczna matka. Ally skinęła głową, a zatroskane oczy Katherine Heile jakby lekko się uśmiechnęły. – Wiem, kim jesteś, mówił mi o tobie. I wiem, ile dla niego znaczysz. Nie widuję synów często, ale codziennie do mnie dzwonią...

Ally starała się choć odrobinę uśmiechnąć. Mimo wszystko, mimo ciepłych słów Katherine, czuła się okropnie nie na miejscu. Zdawała sobie sprawę, że w ogóle nie powinno jej tam być. Oni stanowili rodzinę, a ona wtargnęła jak intruz w jeden z najtrudniejszych momentów, jakie przeżywali.

Tom podszedł do drzwi.

– Jadę po Franka. Powinien już przylecieć – powiedział.

Katherine zerknęła na Ally.

– Kochanie, a może chcesz pojechać z nim? Napijesz się czegoś, przegryziesz coś. Masz podkrążone oczy i chyba niewiele ostatnio jadłaś.

– Nie jestem głodna...

– To proszę cię, zrób to dla mnie i przynajmniej napij się kawy. Chyba nie chcesz być nieprzytomna ze zmęczenia, kiedy się obudzi?

Ally spojrzała powoli na Katherine. Kobieta miała zapuchnięte oczy i głaskała dłoń Brade’a z matczyną dobrocią. Była taka pewna swoich słów...

– Może ma pani rację. – Wstała chwiejnie z krzesła i wzięła torebkę. – A może... może ja powinnam... Może chciałaby pani pobyć z nim trochę sama? – zapytała niezręcznie.

– Nie, skarbie, napij się kawy, zjedz coś i wróć tutaj. Posiedzimy przy nim razem i proszę, nie bój się mnie. Od tak wielu lat Brade jest otoczony ludźmi, lecz rzadko tymi, których kocha. Więc dzisiaj potrzebuje nas obu. – Ścisnęła palcami dłoń Ally. – Nas obu.

Czuła się już dużo lepiej, kiedy szybkim krokiem szła z powrotem przez zimny korytarz. Tom jednak pojechał sam, a ona postanowiła tylko wrzucić coś na ząb w szpitalnym barku, by nie trwało to zbyt długo. Dalej nie była przekonana, czy powinna tu być, ale Katherine nie pozostawiła jej wyboru. Rzeczywiście, chyba musiała coś zjeść, bo teraz czuła, że myśli sprawniej przebiegają jej przez głowę, która nie ciążyła już tak bardzo, jak przedtem. Zbliżając się, zauważyła, że drzwi do sali Brade’a są lekko uchylone. Chwilę potem do jej uszu dotarł radosny śmiech i podniesione głosy. Zwolniła kroku i zastanawiała się, czy naprawdę go słyszy, czy to tylko zmęczenie bezdusznie ją mami.

Ale nie.

To był on.

To jego głos!

Miała wrażenie, że serce za moment wyskoczy jej z piersi. Jej oczy zaszkliły się łzami radości, kiedy biegnąc w stronę uchylonych drzwi, wznosiła podziękowania ku samym niebiosom.

– Obudził się! Obudził! Słyszysz? – wołała do Tobiego, będąc coraz bliżej, i nie mogła zrozumieć, dlaczego jego wzrok był tak bardzo strapiony. Nie pojęła tego nawet wtedy, gdy była już parę metrów od drzwi, a on dość mocno chwycił jej przedramię.

– Ally... nie wiem, co powiedzieć, tak mi przykro... – wydukał Tobi, a Al przystanęła i spojrzała na niego zdezorientowana.

– Jak to jest ci przykro?! Co ty wygadujesz?! Przecież się obudził! Słyszę jego głos! – Zaśmiała się, chcąc zrobić krok, ale jej nie pozwolił.

– Przykro mi, bo... nie mogę cię wpuścić, Ally.

– A kto tak powiedział?! – krzyknęła targnięta nagłą furią. – Przecież Katherine chciała, żebym...

– On tak powiedział, Al. Powiedział, że nie chce cię widzieć... Przykro mi.


3. Tylko ty wiedziałaś kim jestem i kim chcę się stać

Podkład muzyczny: Josef Hedinger – About being alone

Wiedział, że powinien leżeć, że absolutnie, pod żadnym pozorem nie wolno było mu się podnosić, ale ileż, do diabła, można wytrzymać w jednej pozycji, gapiąc się w sufit! Zwłaszcza że mimo usilnych starań sen jednak nie przychodził, a kłębiące się myśli nie dawały spokoju. Z ogromnym wysiłkiem Brade uniósł się na ramionach i starał się usiąść na łóżku, lecz postrzałowa rana była nadal świeża i boleśnie dawała o sobie znać przy każdym, chociażby najmniejszym ruchu.

Zaklął pod nosem i z powrotem opadł na poduszkę. Po chwili ostrożnie wyciągnął rękę, starając się dosięgnąć zegarka leżącego na szafce. Syknął z bólu, gdy mięśnie brzucha się napięły, ale nie dał za wygraną. Przy trzeciej próbie z największym trudem osiągnął cel, a zaraz potem jęknął, jednocześnie przewracając oczami.

3:00. To chyba właśnie te cyfry najjaśniej uświadomiły mu, jak bardzo sam się dobił.

Nie chciał widzieć Ally, bo stwierdził, że w ten sposób będzie mu łatwiej nie myśleć. Tymczasem od sześciu godzin, odkąd mama, Frank, potem Gertie i ta szumowina, jego brat, opuścili to pomieszczenie, nie robił nic innego. Bez przerwy odtwarzał w głowie scenę, którą wtedy zobaczył, i dalej słyszał Ally wykrzykującą jego imię. Musiała widocznie wyrwać się Tobiemu lub przebiec pod jego ramieniem.

Usłyszał jej głos i odwrócił się. Stała tam. Stanęła w drzwiach salki, a jej zapłakane oczy wyglądały tak prawdziwie, kiedy w nie spojrzał. Serce gwałtownie przeskoczyło mu w piersi, a usta bezgłośnie wyszeptały jej imię. Pamiętał doskonale, jak leżąc na tej scenie, myślał, że już nigdy jej nie zobaczy, a teraz stała tu, tak blisko, lecz wszystko już było inaczej.

Przez jeden moment, przez jeden piękny moment patrzyli sobie w oczy i wydawało się, że ich spojrzenia wyrażały wszystko. A potem, gdy Brade już się łamał, zdyszany Tobi złapał Ally wpół i odciągnął ją w głąb korytarza.

Wtedy zamiast zareagować, odwrócił wzrok i spuścił głowę.

Teraz miał dokładnie to, na co zasłużył. Chciał być sam i leżał tu sam. I chociaż już potrafił przyznać się przed sobą, że żałuje sposobu, w jaki to rozegrał, to męski upór nie dał za wygraną. Bradin nie przywykł do tego, by prosić o miłość, a już na pewno nie zniósłby łaski i pobłażliwych spojrzeń. Miał swój honor i miał swoją dumę. I już wystarczająco długo robił z siebie idiotę!

A jednak godziny mijały, a on nadal nie przestawał o niej myśleć i teraz wydawało mu się, że z każdą minutą tęskni za nią jeszcze bardziej. Zaklął, spuściwszy bezsilnie głowę, i przeczesał palcami włosy. Bo przecież miało być tak dobrze... wreszcie znalazł swój cel i swoje szczęście. Wreszcie naprawdę miał jakiś plan i wydawało mu się, że nie przez te lata na scenie, tylko dopiero teraz, przy Ally, tak naprawdę wydoroślał. To właśnie dla niej chciał być odpowiedzialny. Chciał dać jej oparcie i to, o czym nigdy wcześniej nawet nie myślał. Pragnął dać jej poczucie bezpieczeństwa, a kiedyś, z czasem...

Do głowy przyszła mu piosenka Josefa Hedingera, którą usłyszał na jakimś rozdaniu nagród. Mówiła o facecie, który poznał odpowiednią kobietę i nagle – ot tak – wydoroślał. Zaczął nawet myśleć o dziecku i rodzinie. Bradin przypomniał sobie melodię i zanucił pod nosem, a potem zaśmiał się: „Dałbyś spokój, ty tandetny klownie”.

Po chwili zaśmiał się jeszcze głośniej, choć nie brzmiał jak ktoś specjalnie rozbawiony. Uświadomił sobie coś, co sprawiło, że aż przeszył go ból.

– Ha, ha, dobre. Może będę wujkiem? – prychnął.

Chciał lekko zmienić pozycję, przekręcić się na bok, lecz w tym samym momencie inny ból, dużo bardziej namacalny, choć wcale nie większy, wręcz sparaliżował jego ciało. Rana napięła się, a Brade aż zacisnął szczękę. Ostrożnie położył się z powrotem na wznak, a kolejne myśli i wspomnienia przychodziły jak złe cienie, kiedy gapił się w sufit.

„Piękny”.

„Idol”.

„Frajer”.

„Żałosny frajer”.

„Gwiazda”.

„Bradin, burn in hell!”

„Strzaskać ci tę babską buźkę, palancie?”

Usłyszawszy trzaśnięcie drzwi, natychmiast otworzył oczy i niespokojnie rozejrzał się wkoło. Było już rano, a może nawet przed południem, bo słońce górowało wysoko, prześwitując przez szpitalne zasłony. Bradin zamrugał nerwowo. Wprawdzie czuł czyjąś obecność, ale widział jedynie zarys nadchodzącej postaci. Powoli obraz się wyostrzał. Postawna sylwetka i luźne ubrania niespiesznie wyłoniły się z konturów, a do Brade’a wreszcie dotarło, kto przed nim stoi. Gdyby tylko mógł, pewnie zerwałby się na równe nogi!

– Nie cieszysz się, że mnie widzisz? – Kącik ust Toma uniósł się w zaczepnym uśmiechu, lecz po chwili opadł, gdy chłopak zorientował się, że młodszy brat dzisiaj wyjątkowo nie chwyta jego żartów. Chcąc wypełnić niezręczne oczekiwanie, poprawił kołnierz bluzy i zrobił dwa kroki w przód.

– Ani się waż podchodzić w moją stronę. Czego chcesz? – odezwał się Brade stanowczo. Pragnąc zachować resztki godności, z największym trudem podciągnął się na poduszce, a potem wlepił w Toma wzrok wyrażający coś pomiędzy kpiną, zdziwieniem a zwyczajną pogardą.

– Brade, ja... Musimy pogadać – zaczął Tom. Chciał usiąść na swoim odległym krześle, ale w końcu zrezygnował. Respektował jednak „restrykcje terytorialne”. Wskazał dłonią niewidzialną linię, której nie przekroczy, i popatrzył na brata. Bradin skinął głową, a Tom w końcu zaczął: – Kiedy to się stało... znaczy... Kiedy ta dziewczyna cię postrzeliła, wygadywałeś jakieś niestworzone bzdury i... chciałbym wiedzieć, co z tego pamiętasz, bo ten, kto ci tego wszystkiego nagadał, musiał mieć zdrowo nierówno.

Powieki Bradina zmrużyły się, powodując, że jego oczy, wypełnione goryczą, wyglądały teraz jak wąskie noże. Tom nieopatrznie zrobił krok i stał teraz niebezpiecznie blisko łóżka brata, a Brade zużył chyba całą swoją siłę woli, by w tamtej chwili nie przyciągnąć go do siebie i zwyczajnie mu nie przyłożyć. Jedna dłoń powędrowała za to w stronę prześcieradła i zacisnęła się na nim tak mocno, że przez białawą skórę widać było wszystkie żyły.

– Na twoje nieszczęście, ty żałosna imitacjo brata, pamiętam wszystko. Wszystko, co do sekundy, ty pieprzony łgarzu, więc nie bój się, niczego się nie wyprzesz!

Tom odwrócił twarz i jakby starając się powstrzymać emocje, oblizał spierzchnięte wargi. Potem znów zwrócił się w stronę Brade’a i wypalił zupełnie poważnie:

– Możesz mi powiedzieć, co ci, do cholery, odjebało? Powoli zaczynam już tracić cierpliwość! Wczoraj odstawiłeś jakąś szopkę, potem nie wpuściłeś tu Ally, choć – zabij mnie – nie mam pojęcia, co ona ci zawiniła. Jak była tu mama i Frank, zachowywałeś się zupełnie normalnie, a teraz...

– A teraz zaraz cię stąd wypierdolę, więc się lepiej streszczaj! – syknął, ani przez moment nie odwracając skupionego wzroku od tęczówek brata.

– Co?! – Tom zaśmiał się ostentacyjnie. Mógł przysiąc, że właśnie tracił resztki i tak zdrowo nadszarpniętych nerwów. – Co, „panie gwiazdo”! Może na mnie też naślesz Tobiego?

– Nie. Ciebie osobiście wytargam stąd za te za duże szmaty.

– Taa, jaaasne. Tak jakbyś mógł o własnych siłach podrapać się po tyłku! – zakpił Tom. Zrobił krok w stronę krzesła, lecz już w następnym momencie rzucił się w kierunku łóżka, z którego wściekły Bradin właśnie próbował wstać. Tom chwycił go za ramiona, przytrzymał w miejscu i z przerażeniem w oczach wrzasnął: – Czy ty, kurwa, zwariowałeś? Czy tobie już naprawdę doszczętnie odjęło rozum? Jeszcze wczoraj modliliśmy się wszyscy, żebyś się obudził. Szwy są świeże. Jeśli chcesz sobie fundnąć wycieczkę na tamten świat, bo ubzdurałeś sobie jakieś idiotyzmy, to przynajmniej nie na moich oczach! – Nozdrza chłopaka rozszerzały się w furii, a jego twarz znajdowała się naprzeciw twarzy Brade’a. Ich spojrzenia krzyżowały się groźnie. – Zamiast się pieklić, daj sobie coś wytłumaczyć, a przede wszystkim powiedz mi, kto nagadał ci tych bzdur!?

– Jedyna osoba, która jest mi w tym całym szambie życzliwa! A teraz puszczaj! – warknął Brade, zrzucając ręce Toma ze swoich barków.

– Tak? Taki jesteś hardy? To czemu nie wywaliłeś mnie stąd wczoraj, jak się obudziłeś, hę? Czemu nie obszedłeś się ze mną tak jak z nią?! Czemu nie rzuciłeś się na mnie wtedy, kiedy ona...

– A co, myślałeś, że wywalę cię stąd na pysk przy matce? Uważasz, że mało miała stresu? Do wszystkiego, co przeżyła, miałbym jej jeszcze dokładać to, że MÓJ RODZONY BRAT za MOIMI PLECAMI...

– Co „TWÓJ RODZONY BRAT”?! Co, pytam się?! Masz jakikolwiek dowód, że coś z nią robiłem? – Tom odwrócił się, nie wierząc własnym uszom, i zrobił parę nerwowych kroków.

Brade znów starał się usiąść i założyć ręce na piersi. Spoglądając spod zwężonych powiek, powiedział:

– Dobrze. Zadam ci kilka pytań, a ty przysięgniesz na swoje życie, że będziesz mówił prawdę.

– Przysięgam na twoje... – powiedział.

Bradin wzdrygnął się lekko. Tom robił tak od dziecka. Zawsze, gdy byli mali, a Bradin kazał mu coś obiecać, Tom nie przysięgał na swoje życie, zawsze przysięgał na jego. Brade pamiętał doskonale ten wieczór, kiedy siedząc na daszku nad gankiem, kolejny raz obserwowali gwiazdy, lecz tego dnia nie snuli planów o przyszłości i wielkiej sławie. Skryli się tam zaraz po tym, jak ojciec spakował walizki i odprowadzony krzykami matki zatrzasnął je w bagażniku.

Wtedy jeszcze długo wpatrywali się w zakręt ulicy, za którym zniknął samochód, próbując dostrzec jakikolwiek znak pozwalający sądzić, że to jednak nie koniec... Że i tym razem, jak za każdym poprzednim, auto zawróci, a tata będzie znowu z nimi i z matką... jeśli nie dziś, to za parę dni. Tak jednak się nie stało i to właśnie tego wieczoru Bradin zapytał Toma, dlaczego zawsze tak mówi, a chłopięcy wtedy głos odpowiedział: „Bo właśnie tego najbardziej się boję... Że ktoś jeszcze mógłby odejść i zostałbym sam”. Brade pamiętał tamten wyraz oczu Toma. Oczu identycznych jak jego własne, dokładnie takich, w jakie patrzył w tej chwili. Przez moment nie mógł uwierzyć, ile zmieniło się między nimi od tamtej pory. A może nie zmieniło się nic.

– Nie dramatyzuj – skwitował.

– Miałeś o coś zapytać – burknął Tom, a Bradin usiłował przypomnieć sobie każde słowo, które usłyszał przed tym feralnym koncertem. Sebastian wypowiadał je z takim spokojem, a one raniły, jakby ktoś z namaszczeniem wbijał je Bradowi w świadomość. W końcu westchnął krótko i postanowił zacząć od pierwszego ciosu, który wtedy otrzymał.

– Całowałeś się z nią? – rzucił, a Tom momentalnie podniósł wzrok.

Pełne cierpienia oczy zdawały się zastanawiać, dlaczego właśnie o to jedno musiał spytać. Czy ze wszystkich możliwych rzeczy, z każdej z tych bzdur, którym mógłby zaprzeczyć...

– Tak... – Tom odpowiedział krótko, a Bradin poczuł się tak, jakby ktoś właśnie przyłożył mu do piersi kilkadziesiąt woltów. Przecież niby o tym wiedział, niby zdawał sobie sprawę, ale teraz, gdy usłyszał potwierdzenie, wróciły wszystkie emocje. Furia i zwątpienie w osoby, które kochał, były tym większe, że teraz nawet gdyby chciał, nie mógł się oszukiwać.

– Czy ona oddała pocałunek...? – chwycił się resztek bezsensownej nadziei.

– Tak... chyba tak...

Powieki Bradina przymknęły się. Pamiętał, co czuł wtedy w tej garderobie. Pamiętał, jak smakowały jej usta... cudowne, miękkie usta, pamiętał swoje podniecenie.

– Wynoś się! – wysyczał na ciężkim oddechu. Tom mógł obserwować, jak przymknięte powieki brata drżą.

– Brade, to nie tak.

– Wynoś się! – wrzasnął na całe gardło i tym razem otworzył oczy. Kipiała z nich zwyczajna wściekłość.

– Daj sobie wyjaśnić...

– Wynoś się, powiedziałem! Nie chcę już nic wiedzieć, rozumiesz? Nie chcę już więcej bólu! Starczy mi!

Tom uniósł ręce, by po chwili opuścić je w geście zwątpienia. Jeszcze przez moment patrzył Bradinowi w twarz, lecz po chwili pokręcił tylko głową i odszedł. W drzwiach jeszcze wrzasnął:

– Jesteś popierdolony! Zwyczajnie popierdolony! Może przejrzałbyś na oczy, może wreszcie byś zmądrzał, gdybyś widział, jak płakała, siedząc tu ze mną, kiedy byłeś nieprzytomny! Gdybyś widział, jak ani na chwilę nie puszczała twojej ręki! Przez te parę dni odchodziła tu od zmysłów. Wiesz, co musiała czuć, kiedy ty z zimną krwią wywaliłeś ją z...

– Wynoś się! – wrzasnął Bradin, biorąc do ręki stojący przy łóżku kubek z napisem „Powrotu do zdrowia!”.

– Pierdol się! – syknął Tom, zanim naczynie rozbiło się na zatrzaskujących się za nim drzwiach.

Jeszcze tego samego dnia Ally pośpieszenie opuściła luksusowy apartament, by zamienić go na duszny i obskurny pokój hotelowy. Hotel znajdował się na obrzeżach miasta i był tak niepozorny, że nikt postronny na pewno nie zwróciłby na niego uwagi – gdy tylko Ally o tym pomyślała, zaczęła się zastanawiać, czy część tej paranoi, która otaczała Brade’a, na dobre nie wkradła się w jej nawyki.

Jej serce jeszcze nie przestało krwawić, gdy z podróżną torbą w ręku opadła na stojący przy oknie fotel. Ten widok – majaczące w oddali światła miasta i spokój nocy – to było wszystko, czego teraz potrzebowała.

Spokój.

Miała wrażenie, że jest zbyt pusto i stanowczo za cicho. Słyszała każdą pojedynczą myśl, przebiegającą jej przez głowę, każde pojedyncze uderzenie serca i każdą kroplę, która bezwładnie opadała z jej twarzy na hotelową wykładzinę.

Skuliła nogi pod brodą, oplotła ramionami kolana i starała się wyobrazić sobie, że ktoś ją przytula – ktokolwiek – bo przecież nie mogła już liczyć na NIEGO. Próbowała zrozumieć, ale nie potrafiła. Wiedziała, że najdalej za parę dni to wariactwo się skończy. Tom wszystko wytłumaczy Brade’owi i całe to gigantyczne nieporozumienie na glinianych nogach padnie z wielkim hukiem. A on pewnie będzie jej szukał... Tak bardzo chciała, by jej szukał...

Obiecała sobie jednak, że się nie złamie. Że nie odezwie się pierwsza. Potraktował ją okropnie i gdyby tylko tak mocno za nim nie tęskniła, gdyby tak strasznie nie bała się o niego przez te ostatnie dni, pewnie nie chciałaby go nawet znać. Zresztą nie wiedziała, dlaczego jeszcze chciała. Oparłszy brodę o złożone dłonie, skuliła się na fotelu i obserwowała zmieniające się neony oraz migoczące światła.

A potem uświadamiała sobie, że oto minął kolejny dzień. Dzień, w którym nic się nie stało i nikt nie zadzwonił. Zresztą „nikt” nie było do końca precyzyjnym określeniem... Z każdym takim dniem jej serce opadało jakby głębiej i po pewnym czasie ciążyło już tylko niczym zbędny bagaż.

Godziny mijały jej powoli, aż w końcu znowu dopadał ją ciemny wieczór, przeradzający się później w jeszcze ciemniejszą, bezsenną noc. Od trzech dni, odkąd Bradin odzyskał przytomność, nie wyszła z tego pokoju. Nie odbierała też telefonów, mimo że Tom próbował dodzwonić się do niej średnio co godzinę. Tylko raz, wczorajszej nocy, sama wykręciła jego numer. Głos po drugiej stronie odezwał się już po pierwszym sygnale. Milczała przez chwilę, a potem ledwo słyszalnym szeptem zadała jedno krótkie pytanie: „Jak on się czuje?”. Kiedy Tom odpowiedział, że już dużo lepiej i że za parę dni mają wypisać go ze szpitala, jej ręka jakby automatycznie nacisnęła czerwoną słuchawkę. Nie chciała, a może nie miała siły słyszeć już niczego więcej. Wszystko jest dobrze. Wszystko będzie dobrze...

I teraz tylko czekała, a w tym oczekiwaniu towarzyszyło jej dziwne uczucie, którego nie doświadczyła wcześniej. Przestała się zastanawiać. Przestała analizować i szukać powodu, dla którego zwyczajnie nie mogła opuścić Monachium. Niczego nie była już pewna, poza tym, jak bardzo kocha Brade’a, i po raz pierwszy nie starała się zrozumieć...

Bo przecież nie ma żadnego powodu do miłości...

Mimo że minęło już siedem dni i siedem nocy, odkąd się obudził, obrazy z dnia koncertu przewijały się przed jej oczami jak najgorszy koszmar.

Słyszała wystrzał za każdym razem, kiedy zamykała oczy. Teraz chyba był nawet głośniejszy niż tamtego wieczoru. Czuła ten sam co wtedy strach, gdy w jej wspomnieniach Bradin bezwładnie opadał na scenę. Tak dobrze pamiętała, jak jej krzyk ginął we wrzaskach otaczającego tłumu.

Dźwięk wystrzału odtwarzał się w jej głowie znowu i znowu, i wręcz rozpierał jej czaszkę.

I pamiętała jego oczy. Tak zimne i zarazem tak spokojne. Nie było w nich strachu ani żalu. Była tylko pustka. Teraz już wiedziała, co wtedy myślał, ale mogła tylko przypuszczać, co musiał czuć. Był przekonany, że go oszukała i z tym przekonaniem chciał się z nią pożegnać. A później zwyczajnie odsunął ją od siebie, spalił wszystkie mosty i zagrodził drogę do porozumienia.

Natomiast Ally nadal nie mogła zrozumieć jednego. Dlaczego teraz, gdy pewnie już znał prawdę, nadal milczał?

Minął kolejny tydzień i następny po nim. Już dawno miała opuścić Niemcy i teraz dochodziła do wniosku, że przyszedł najwyższy czas, aby w końcu to zrobić. Wiedziała, że Brade odzyskuje siły, bo choć nie udzielił żadnego wywiadu, trąbiły o tym wszystkie niemieckie media, a ona ze zdziwieniem odkryła, że powoli zaczyna rozumieć co trzecie, co piąte słowo padające w telewizji. Parę ostatnich nocy prawie w całości przepłakała, bijąc się z myślami.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.