Ostatnią kartą - Anna Klejzerowicz - ebook
Wydawca: Oficynka Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2010

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ostatnią kartą - Anna Klejzerowicz

Prawdopodobnie najlepsza kobieca agencja detektywistyczna w Polsce!

Weronika Daglewska, dziennikarka i autorka rubryki kryminalnej, postanawia zrobić sobie prezent – idzie do wróżki, by ta przepowiedziała jej, co ją czeka w życiu. Ekscentryczna wróżka Semiramida po rozłożeniu tarota ostrzega ją przed niebezpieczeństwem. Nieprzekonana i sceptyczna Weronika wraca do domu, by po paru miesiącach usłyszeć przez radio, że wróżka zginęła, wypadając z okna. Weronika od razu podejrzewa, że coś jest nie tak. Utwierdza ją w tym przekonaniu mąż wróżki, który prosi ją o odkrycie mordercy żony. Dziewczyna, której największym marzeniem jest posiadać agencję detektywistyczną, przyjmuje zlecenie. I tak rozpoczyna swoje pierwsze w życiu prawdziwe śledztwo. Co ją na tej drodze czeka? Gdzie kryje się bezlitosny morderca? I jakie w tym wszystkim znaczenie ma tarot?

„Doskonale przeprowadzona intryga, humor, a na dodatek przesympatyczna detektyw na starym skuterze – wszystkie te elementy sprawiają, że kryminał Ani Klejzerowicz czyta się jednym tchem”.

Zbrodnia w Bibliotece

Anna Klejzerowicz – pisarka, dziennikarka i fotografka. Autorka zbioru opowiadań Złodziej dusz oraz powieści kryminalnej Sąd Ostateczny. Miłośniczka Gdańska, przyrody, tajemnic i kotów. Tym razem postawiła na tarota.

Opinie o ebooku Ostatnią kartą - Anna Klejzerowicz

Fragment ebooka Ostatnią kartą - Anna Klejzerowicz






Karta tytułowa


Motto

 

 

 

Od zagmatwanych wróżb lepsza jest ludzka rada.

(Przysłowie abisyńskie)

 

 


Od Autorki

Akcja tej powieści rozgrywa się w niezbyt wielkim, ale i niezbyt małym mieście Z. Albo, powiedzmy, mieście X. Miasto takie w rzeczywistości nie istnieje, a raczej istnieją ich dziesiątki. Dlatego nie szukajcie go na mapie. Szkoda fatygi. To mogłoby być niemal każde średniej wielkości miasto w Polsce. Fikcyjne miasto zamieszkują fikcyjni ludzie. I tylko tarot jest tu prawdziwy.

 

Autorka


Ostatnią kartą...

 

Z duszą na ramieniu — choć nadrabiając miną — wspinałam się powoli schodami wieżowca na ostatnie piętro. Celowo zrezygnowałam z windy, by odwlec decydującą chwilę. Myślałby kto, że miałam przed sobą na przykład trudną randkę albo że udawałam się do dentysty! Nic z tych rzeczy. Szłam do... wróżki. A ściślej biorąc, do znanej w naszym mieście tarocistki, udzielającej się pod wielce egzotycznym imieniem Semiramida.

Poprzedniego dnia skończyłam trzydzieści lat i pod wpływem opowieści koleżanek zapragnęłam, w tajemnicy przed wszystkimi znajomymi, zrobić sobie taki oryginalny prezent urodzinowy. Nie był to niestety jedyny powód tej wizyty. Całe pasmo nieszczęść spadło na mnie ostatnio jak biblijne plagi! Porzucił mnie facet — niewielka strata, był strasznym palantem, lecz zawsze to jednak przykrość — a poprzedniego dnia szef wręczył mi wymówienie. Straciłam więc za jednym zamachem: pracę, zalążek stałego związku (a raczej jego iluzję), poczucie złudnej stabilizacji, no i wreszcie, cholera, pierwszą młodość. To dlatego odczuwałam potrzebę nadprzyrodzonej porady. Zapragnęłam się dowartościować. I ujrzeć jak na dłoni swoją bez wątpienia świetlaną przyszłość.

Schody musiały się kiedyś skończyć i w rezultacie już po chwili z determinacją naciskałam guzik dzwonka do mieszkania wróżki. Otworzyła mi osobiście, trudno tu było o pomyłkę: spowita w jedwabie, nieco otyła dama dobrze po pięćdziesiątce, z ekscentrycznym makijażem i ufarbowanymi na granatową czerń włosami opadającymi w obfitych puklach na wydatny biust, obwieszony koralami, koralikami i łańcuchami. Na jej przegubach błyszczały i pobrzękiwały liczne bransolety, a na powitanie podała mi upierścienioną, białą, pulchną dłoń, mierząc mnie od stóp do głów świdrującym spojrzeniem czarnych oczu, podmalowanych złotą kredką.

— Zapraszam do salonu — rzekła niskim, nieco zachrypniętym głosem.

Jednocześnie rozsunęła zasłonę z kolorowych koralików i teatralnym gestem wskazała mi kierunek. Z wnętrza dobiegały przytłumione dźwięki jakiejś wschodniej muzyki medytacyjnej.

W progu zatrzymała się na chwilę, zmierzyła mnie zaciekawionym wzrokiem i zapytała zdawkowo:

— Pani jest dziennikarką, prawda?

—Owszem, to prawda... — Zrobiłam wielkie oczy, zanim przypomniałam sobie, że umawiając się na spotkanie, podałam telefonicznie swoje nazwisko.

— Pracuje pani w tej gazecie, „Echo”, nieprawdaż? — dodała, podążając za mną do środka „salonu”.

— Odgadła to pani telepatycznie? — zaśmiałam się z zakłopotaniem, gdyż temat nie wydawał mi się wart kontynuowania w mojej obecnej sytuacji.

— Och, bez przesady — zbagatelizowała moje pytanie. — Po prostu mój mąż czasem ją czytuje. Mam nadzieję, że nie przyszła pani... hm... zawodowo?

— Nie, nie — uspokoiłam ją. — Skąd! Nie przyszłam na wywiad. Jestem tu najzupełniej prywatnie, zapewniam panią!

— To dobrze — skwitowała, zatrzymując się przy dużym stole, znajdującym się na wprost wejścia, pod oknem osłoniętym kotarą.

Pokój był mroczny i spowity wonnym dymem kadzidełek, który jednak nie stłumił do końca ostrego zapachu licznie wypalonych tu papierosów. Dobrze znałam tę mieszankę aromatów z własnego mieszkania. Też nieraz paliłam wschodnie kadzidełka, by zneutralizować woń papierosowego dymu.

Szczelnie zaciągnięte aksamitne zasłony nie przepuszczały światła dziennego, zastąpionego tu przez płonące licznie w lichtarzach świece oraz barwne lampiony, rzucające tajemniczą różowawą poświatę na pokój pełen starych mebli i dziwacznych przedmiotów. Zauważyłam staroświecki globus, egipskie statuetki z miedzi i terakoty, duże figury pozłacanych aniołów, egzotyczne maski na ścianach, wypchaną sowę, zmatowiałe lustra w bogato rzeźbionych ramach oraz — serio! — szklaną, a raczej chyba kryształową, najprawdziwszą (przynajmniej z wyglądu) czarodziejską kulę.

Usiadłyśmy po obu stronach rzeźbionego masywnego stołu, nakrytego czarnym materiałem. Semiramida sięgnęła do drewnianej skrzyneczki z wizerunkiem pentagramu i wyciągnęła dużą talię kart.

— Proszę potasować — szepnęła omdlewająco, jakby już była w transie. — Z lewej do prawej... Dobrze. I przełożyć. Do lewej... Proszę dać mi karty.

Uczyniłam posłusznie, co mi kazała, bezwolnie ulegając tajemniczej aurze tego pomieszczenia i jego równie tajemniczej gospodyni.

— Czy pragnie pani zadać tarotowi jakieś konkretne pytanie? — zapytała, spoglądając mi głęboko w oczy.

Zaskoczyła mnie.

— To znaczy... — zająknęłam się. — Sama nie wiem... Może... Co mnie czeka w najbliższej przyszłości?

— Dobrze — zamruczała, uśmiechając się kącikami warg. — Pani jest u mnie po raz pierwszy, prawda? A więc, ogólne pytanie, ogólny rozkład...

Sprawnie rozłożyła talię na stole.

— Proszę wybrać pięć kart i podać mi je, nie odwracając.

Po czym rozłożyła je przede mną na kształt krzyża.

Gdy odsłoniła karty, zobaczyłam niepokojące zagadkowe obrazki, przypominające ryciny ze średniowiecznych manuskryptów, opatrzone równie zagadkowymi podpisami. Zmieszana i podekscytowana nietypową sytuacją, nie zapamiętałam zbyt dobrze znaczeń poszczególnych kart ani nawet wszystkich słów Semiramidy. Pamiętam tylko, że na widok moich kart zmarszczyła brwi i przez dłuższą chwilę milczała.

— Znajduje się pani na zakręcie — oznajmiła w końcu. — Na zakręcie życia... Karta Kochankowie... I Wisielec... Ma pani jakieś kłopoty, prawda?

Uśmiechnęłam się nerwowo.

— Dlatego do pani przyszłam...

— Z pracą? W miłości?

Machnęłam ręką.

— Chyba ze wszystkim! — westchnęłam.

Semiramida znów przez dłuższą chwilę milczała.

— Musi pani dokonać rachunku sumienia, zanim wybierze pani dalszą drogę — odezwała się wreszcie ponuro. — Widzę tu wielkie rozterki, widzę poważne problemy. Proszę dobrze wykorzystać czas, który zostanie pani dany, czas przymusowej bierności, na rozliczenie się z przeszłością... W przeciwnym razie...

Zawiesiła znacząco głos. Po plecach przebiegł mi nieprzyjemny dreszcz.

— W przeciwnym razie?...

— Księżyc — wyszeptała dramatycznie. — Ciemność. Strach. Choroba. Może nawet choroba psychiczna. Tak. Ta karta bardzo często oznacza stany depresyjne. Jest pani znana ze swoich dziwactw, czyż nie? Och, obawiam się, że mam rację... Czy ma pani problemy ze swoją kobiecością?

Pytanie było tak nagłe i obcesowe, że na moment zaniemówiłam.

— Nie wiem. Chyba nie? Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Skończyłam właśnie trzydzieści lat, więc może w tym sensie? — odparłam w końcu niepewnie.

— No właśnie — pokiwała głową. — Przełom. Trudny okres w życiu kobiety, szczególnie trudny. Pani nie jest zamężna... Znów się nie mylę, prawda, moja droga?

Łatwo było wysnuć ten wniosek — przemknęło mi szybko przez myśl, nie nosiłam obrączki, a ona cały czas gapiła się na mnie z dociekliwością godną inkwizytora.

— Ma pani problem ze znalezieniem partnera życiowego, a tymczasem czas ucieka — kontynuowała. — Ucieka niepostrzeżenie...

Czekałam na ciąg dalszy, lecz Semiramida zamilkła.

— Czy nie powie mi pani niczego dobrego, choćby na pociechę?! — zniecierpliwiłam się w końcu. Sprowadzanie mojego życia wyłącznie do spraw płci i związków damsko-męskich jakoś do mnie nie przemawiało.

Semiramida spiorunowała mnie wzrokiem.

— Moja droga — upomniała mnie z wyczuwalną przyganą w głosie. — Ja nie jestem od pocieszania, tylko od wskazywania właściwej drogi. Dobra to musi pani poszukać w sobie. Bo w tej mgle, która panią otacza, ja go na razie nie potrafię dostrzec... Proszę określić samą siebie, swoje cele, a gdy już pani tego dokona, wtedy proszę do mnie wrócić.

— Dobrze — wzruszyłam ramionami.

W duchu gorączkowo zastanawiałam się, czy też rzeczywiście mam kłopot z własną kobiecością. Jeśli tak, to chyba głęboko skrywany w podświadomości, bo jakoś do tej pory nie spędzał mi snu z powiek. Cóż, ale może ona jednak ma rację? Może to jest właśnie mój prawdziwy problem, do którego nie chcę się przyznać nawet sama przed sobą? Może naprawdę powinnam się nad tym poważnie zastanowić?

— Proszę na siebie uważać! — dodała nagle, gdy już się pożegnałam i zapłaciłam pokaźną sumkę za te słowa prawdy o sobie.

— Co ma pani na myśli? — zapytałam z niepokojem.

— Niebezpieczeństwo... Stanęłam jak wryta. Moje oko przypadkiem padło na upiorny abażur, czy też raczej rodzaj lichtarza, sporządzony ze spreparowanej głowy jakiejś wielkiej ryby. W szeroko otwartej, zębatej paszczy złowróżbnie pulsowało czerwonawo światełko świecy, sprawiając, że w mojej pobudzonej wyobraźni monstrualny łeb jakby ożył.

Pożegnałam się pospiesznie i uciekłam.

Dopiero na dole, wdychając chciwie świeże powietrze jasnego wiosennego dnia, odzyskałam względną równowagę ducha.

— A niech ją wszyscy diabli! — szepnęłam do siebie, nakładając kask i ruszając wściekle swoim wiernym, czerwonym, podrasowanym staruszkiem skuterkiem, by jak najszybciej znaleźć się z dala od tego miejsca.

Jednak skutecznie zasiany w mojej głowie ferment narastał powoli, by zaowocować wkrótce irracjonalnym niepokojem i zatruć mi umysł.

 

Parę miesięcy później...

Byłam bezrobotna. Zostałam na lodzie, a moja zła sława najwyraźniej ciągnęła się za mną jak cuchnący odór. Zwolniono mnie niby to w ramach redukcji etatów w redakcji mojej — teraz już nie mojej — lokalnej gazety. Jednak wróble na dachu ćwierkały, dlaczego tak naprawdę postanowili się mnie pozbyć. Od dawna miałam na pieńku z szefem, który chronił własny tyłek, a ja nie potrafiłam tego „uszanować”. No niestety. Nigdy nie nauczyłam się, kurczę, pokory... Chyba po prostu nie jestem do niej zdolna. Może dlatego, że od dziecka zmuszona byłam rywalizować o wszystko ze wszystkimi, a pokora przeszkadzałaby mi w osiąganiu celów. Nie miałam sielskiego dzieciństwa, nikt mnie na rękach nie nosił, ale i nigdy też nie zamierzałam się poddawać. Zawsze byłam nastawiona na walkę, nie na dyplomację. Wydawało mi się, że tylko w walce wygrywam. Jak się okazało — do czasu.

W gazecie miałam własną rubrykę kryminalną. W zasadzie autorską, bo sama ją wymyśliłam i przygotowałam. W jej ramach redagowałam nie tylko kronikę wydarzeń, ale od czasu do czasu prowadziłam także drobne dziennikarskie dochodzenia. Choć nie dotyczyły one spraw z najwyższej półki, nie każdemu przypadały do gustu. Udało mi się zirytować kilku lokalnych bonzów. Ostrzegano mnie, lecz nie słuchałam. Mam już taką paskudną cechę charakteru: gdy ktoś mi grozi albo usiłuje do czegoś zmusić, tym bardziej umacniam się w uporze.

No i się doigrałam.

Od tego czasu nigdzie nie chciano zatrudnić mnie na stałe. Jako tak zwany wolny strzelec, zaczęłam utrzymywać się z pisania głupawych reportaży z doskoku. Nie dawało mi to zbyt wielu powodów do zadowolenia, zarówno jeśli chodzi o tematy, o których musiałam pisać, jak i o wysokość honorariów. Miałam jednak przynajmniej satysfakcję: odkąd odeszłam, moja rubryka w gazecie całkiem zeszła na psy i teraz rzeczywiście ograniczała się już wyłącznie do kroniki kryminalnej. Śmiem twierdzić, że spadła także liczba czytelników, choć tego oczywiście nie udowodnię. Miałam swoich wiernych fanów, że tak powiem nieskromnie, którzy kupowali tę gazetę wyłącznie dla moich reportaży.

Całe moje dotychczasowe życie legło w gruzach, a przynajmniej nieźle się w nim namieszało. Jakoś nie miałam ostatnio farta. Nic dziwnego więc, że po pamiętnej wizycie u wróżki moje samopoczucie zamiast ulec poprawie — załamało się totalnie.

Przeszłam kryzys. Chyba tylko mój wyjątkowo trudny charakter i podobno prawdziwie sarmacki temperament uratowały mnie przed skrajną depresją. Załamywanie się na szczęście nigdy nie leżało w mojej naturze. I tym razem postanowiłam wziąć byka za rogi i podnieść się z upadku o własnych siłach.

W tych dosyć trudnych chwilach mojego życia coraz częściej przypominało mi się dawne młodzieńcze marzenie: prywatne mobilne biuro detektywistyczne. Wiedziałam, że nie utrzymam się z samej publicystyki. Na szersze wody wypłynąć nie miałam szans: żadna ze mnie w końcu gwiazda dziennikarstwa. Innego zawodu nie posiadałam i szczerze mówiąc nie miałam ani cierpliwości, ani ochoty, by to zmieniać. Tymczasem usługi detektywistyczne zyskiwały sobie coraz większą popularność, a ja chyba miałam do tego talent. Zawsze mogłam to w końcu jakoś połączyć z pisaniem.

Jak zwykle to los zadecydował o moim przeznaczeniu. Niczym na jakieś koszmarne zamówienie... Nie zdążyłam nawet całkowicie wyjść z dołka, gdy pewnego dnia trafiła mnie jak obuchem w łeb następująca informacja pewnej lokalnej stacji radiowej:

„Dzisiaj we wczesnych godzinach rannych śmierć na miejscu wskutek upadku z okna mieszkania na dziesiątym piętrze wieżowca poniosła popularna w naszym mieście tarocistka Maryla D.-K., znana pod imieniem wróżki Semiramidy. Miejsce zdarzenia zabezpieczyła już policja, śledztwo w toku”.

Zamarłam z kubkiem czarnej jak smoła herbaty w dłoni — zwykle taką pijam o poranku, by się skuteczniej dobudzić — po czym automatycznie zapaliłam papierosa, choć normalnie staram się nie palić przed obiadem.

Nagła i dramatyczna śmierć osoby, którą się poznało osobiście, zawsze nas zaskakuje. Szczególnie w takim kontekście. Nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Wróżka Semiramida? Jak to?! Ta sama Semiramida?! Nie. Niemożliwe... Niby jak miała wypaść z okna? To przecież mnie wywróżyła niebezpieczeństwo, a nie sobie!

Przez moment poczułam nawet coś na kształt wyrzutów sumienia. No owszem, nie życzyłam jej zbyt dobrze. Byłam na nią wściekła i czułam niesmak na myśl o jej metodach. Przelotnie nawet mignęła mi myśl — szybko stłumiona — że dopadła ją jakaś wyższa sprawiedliwość. Udało jej się wpędzić mnie w niezły dół psychiczny swoim złowróżbnym krakaniem...

Ale przecież, na litość boską, nie życzyłam jej aż tak źle! Zrozumiałam już jakiś czas temu, że była tylko głupią, zadufaną w sobie kobietą, w której złośliwość walczyła o lepsze z wiarą we własną moc, obojętnie — nadprzyrodzoną czy też nie.

A teraz nie żyła...

Nie wiem, dlaczego coś poniosło mnie na miejsce zdarzenia. Być może tylko przyzwyczajenie: zwykle z zawodowego obowiązku bywałam tam, gdzie działo się coś sensacyjnego. Tym razem jednak pojechałam prywatnie. Choć może nie tylko: w mojej głowie, na razie tylko podświadomie, już chyba wówczas rodziły się pewne teorie. Sprawa mnie intrygowała. Tak jak intrygowała mnie osoba samej Semiramidy.

Może zabrzmi to brutalnie, lecz takie w końcu jest życie. Przyznaję. Już wtedy chciałam napisać mocny artykuł o wróżce Semiramidzie, a być może o wróżkach w ogóle. To w końcu nic złego. Myślałam też sobie niejasno, czy przypadkiem nie mogłabym wykorzystać tematu, by zacząć na nowo karierę zawodowej niezależnej reporterki, a być może nawet dziennikarki śledczej...

No a gdyby tak... mogła to być ta moja pierwsza sprawa detektywistyczna, pierwsze prawdziwe śledztwo... Wiem, wiem! Zdaję sobie sprawę z tego, jak to głupio brzmi, ale tak bardzo chciałam założyć własną agencję detektywistyczną. Choć pewnie byłabym pierwszą kobietą w Polsce, która by się na to poważyła, i raczej nie miałabym w związku z tym lekkiego życia. Faceci są strasznie zawistni. Lecz to nie obawa mnie do tej pory powstrzymywała. Powstrzymywał mnie — banalny — chroniczny brak kasy, bo w końcu każdy biznes trzeba za coś rozkręcić. Trzeba mieć na biuro, komputery, telefony, podatki. Na samochód, bo przecież mój stary skuter, choć go kochałam, nie nadawałby się nawet do obserwacji zdradzającej żony czy niewiernego męża...

Gorączkowo szukałam więc roboty, okazji, możliwości, źródeł dochodu. Gorączkowo i rozpaczliwie, wierząc, że w końcu zarobię na otworzenie biura z prawdziwego zdarzenia.

 

Zostawiłam skuterek w bocznej uliczce i dalej poszłam pieszo. Po co się afiszować, miejscowe gliny zbyt dobrze mnie znają, a mój wehikuł rozpoznaliby z daleka. Lepiej wziąć ich z zaskoczenia. Może złapię któregoś z kumpli i dyskretnie wyciągnę z niego, ile się da?

Jednak na miejscu nie zastałam już policji, a ślady tragedii usunięto. Pogadałam sobie tylko z sąsiadami. Wszyscy zgodnie twierdzili, że kobieta musiała się upić i w stanie zamroczenia wypaść z okna. Chlała podobno, i to dość ostro. Nie zdawało mi się, żeby ci ludzie darzyli zmarłą nadmiarem sympatii, nikt nie wyrażał się o niej jakoś szczególnie ciepło...

Wypadek miał miejsce wcześnie rano, nie było więc zbyt wielu naocznych świadków. Nieliczni przechodnie usłyszeli krzyk i zaraz potem coś gruchnęło o bruk niczym worek kartofli. Makabryczny widok ściągnął tłumek gapiów, ktoś zatelefonował po pomoc. To w zasadzie było wszystko, czego się dowiedziałam. No i tego, że okno było otwarte na oścież. Oba skrzydła. Po co otwierała okno bladym świtem, gdy na dworze było zimno jak diabli, a w dodatku lało?

Cóż, może rzeczywiście była pijana?

Wszystko wskazywało więc na zwyczajny wypadek. A jednak wizja wypadającej z okna dziesiątego piętra Semiramidy nie dawała mi spokoju. Mój słynny niegdyś w redakcji zwierzęcy instynkt podpowiadał mi, że coś tu śmierdzi.

 

Może i w natłoku prozaicznych trosk doczesnych zapomniałabym w końcu o całej tej historii — media jakoś nie podjęły tematu, sprawę widocznie z góry uznając za wypadek, a więc i moja czujność poniekąd została uśpiona — gdyby nie...

Ale może lepiej zacznijmy od początku. Któregoś dnia zadzwoniła do mnie koleżanka z dawnej redakcji. Ta sama, która po moim odejściu z polecenia szefa przejęła rubrykę kryminalną.

— Słuchaj, dzwonił tu do nas jakiś gość — zaczęła niepewnie. — Bardzo zdesperowany. I tajemniczy. Szukał ciebie...

— Mnie? — wzruszyłam ramionami. — A czego chciał?

— Nie mam pojęcia — odparła. — Chciał gadać tylko z tobą. Pani Weronika Daglewska i koniec. Cholernie uparty facet!

— Przedstawił się?

— Nie.

— I nie zapytaliście o nazwisko?!

— Ze sto razy! Ale nie chciał podać. Musiałam mu w końcu powiedzieć, że już u nas nie pracujesz.

— No i dobrze. Pewnie jakiś dawny zwariowany czytelnik. Miało się w końcu kilku swoich sympatyków — dodałam z udaną nonszalancją. Grunt to fason.

— Albo może cichy wielbiciel? — zachichotała znacząco koleżanka. — Chociaż... głos miał raczej starszawego gościa. Ale tacy są najgorsi! Za skarby nie odpuszczał i w końcu podał numer swojej komórki. Prosił, żebyś koniecznie do niego oddzwoniła. Koniecznie! Mówił, że to ważne.

Zaciekawiło mnie to wreszcie. Rzeczywiście, człowiek musiał być naprawdę nieźle zdeterminowany.

— No, dobra, dawaj...

Nie byłam pewna, czy zadzwonię. Co mnie to teraz w zasadzie obchodziło? Już tam nie pracuję! Niech sami martwią się o swoich czytelników... Gdyby to był mój prywatny znajomy, znałby mój numer telefonu. A może to jakiś wariat? Albo głupi kawał moich redakcyjnych kolegów?

Ciekawość jednak w końcu zwyciężyła. Zdecydowałam się mimo wszystko zadzwonić pod podany numer telefonu. W końcu niczym nie ryzykowałam.

Mój numer jako zablokowany nie powinien mu się wyświetlić.

— Mówi Weronika Daglewska — przedstawiłam się. — Podobno chciał pan ze mną rozmawiać?

— Och, jakże się cieszę, że pani dzwoni! — usłyszałam drżący z emocji głos raczej już niemłodego mężczyzny. — Czekałem na pani telefon! Zaraz pani wszystko wyjaśnię. Choć to dość trudne przez telefon.

Jego ekscytacja trochę mnie zdeprymowała. „Ani chybi — wariat!” — pomyślałam z niepokojem.

— Nazywam się Wojciech Dragon — kontynuował nerwowo. — Jestem... Byłem mężem świętej pamięci Maryli Dragon, wróżki...

Wyprostowałam się nagle.

— Wróżki Semiramidy?!

— Właśnie — wydawał się teraz jeszcze bardziej zakłopotany. — Muszę... To znaczy... Chciałbym porozmawiać z panią... O jej śmierci.

Sięgnęłam po papierosa.

— Nie rozumiem — odparłam po chwili. — Dlaczego chce pan rozmawiać właśnie ze mną? Nie pracuję już w redakcji. Ale moi koledzy na pewno chętnie...

— Przepraszam — przerwał. — Jestem pani stałym czytelnikiem...

— Był pan. To już nieaktualne — sprostowałam.

— Zgadza się. Bardzo sobie ceniłem pani reportaże. Były wnikliwe. Teraz to już nie to samo. Skupiają się na jakichś sensacyjnych doniesieniach, nic więcej. A mnie zależałoby... żeby wysłuchał mnie ktoś kompetentny. Ponadto...

Znów przerwał, jakby niepewny, czy powinien kontynuować.

— Tak?

— Pani znała moją żonę. Była pani u niej kilka miesięcy temu zasięgnąć, że się tak wyrażę... zasięgnąć porady. Nie mylę się, prawda? Ona sama mi o tym wspominała...

— Raz w życiu! Nie znałam jej!

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com