Ostatni szaraczek - Józef Rogosz - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 214 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ostatni szaraczek - Józef Rogosz

Powieść, która ukazała się w 1884 r., była dziełem, podejmującym tematykę społeczno-obyczajową z życia galicyjskiego ziemiaństwa. Wśród innych utworów Józefa Rogosza z zakresu tej tematyki należy wymienić utwory: Ostatni karmazyn (1883), Dla idei (1885), W piekle galicyjskim (1896). Często autor swoje powieści wydawał pod zmienionymi tytułami.

Opinie o ebooku Ostatni szaraczek - Józef Rogosz

Fragment ebooka Ostatni szaraczek - Józef Rogosz






Spis treści

  1. ROZDZIAŁ I
  2. ROZDZIAŁ II
  3. ROZDZIAŁ III
  4. ROZDZIAŁ IV
  5. ROZDZIAŁ V
  6. ROZDZIAŁ VI
  7. ROZDZIAŁ VII
  8. ROZDZIAŁ VIII
  9. ROZDZIAŁ IX
  10. ROZDZIAŁ X
  11. ROZDZIAŁ XI
  12. ROZDZIAŁ XII
  13. ROZDZIAŁ XIII
  14. ROZDZIAŁ XIV
  15. ROZDZIAŁ XV
  16. ROZDZIAŁ XVI
  17. ROZDZIAŁ XVII
  18. ROZDZIAŁ XVIII
  19. ROZDZIAŁ XIX
  20. ROZDZIAŁ XX
  21. ROZDZIAŁ XXI
  22. ROZDZIAŁ XXII
  23. ROZDZIAŁ XXIII
  24. ROZDZIAŁ XXIV
  25. KOLOFON

ROZDZIAŁ I

Na kolei w Stryju roiło się jak w ulu. Prócz kilkudziesięciu osób, spieszących do tego miasteczka na rzoczne kąpiele, pociąg lwowski przywiózł w tym dniu cały tłum Żydów, wracających na „szabas” do domu. Gdy konduktor pootwierał wagony czwartej klasy, zaczęło się z nich wysypywać istne mrowie postaci nieczystych i obszarpanych, które dźwigając kosze, zawiniątka i poduszki, spieszyły przez peron, głośno hałasując. Wysiadłszy z mego przedziału, zatrzymałem się chwilę przy drzwiczkach; właśnie z wagonu czwartej klasy wysiadał pewien Izraelita lwowski, znany powszechnie jako milioner.

– Pan do Stryja na kąpiele? – zapytałem.

– Nie... ja jadę na moje własne, świeże powietrze.

Prawda, pan Kiczkes miał piękną wioskę niedaleko Stryja.

– Ale jak to się stało – znowu zapytałem – żeś pan przyjechał czwartą klasą?

– A czy jest piąta? – odparł pan Kiczkes tak naiwnie, że zawstydzony oddaliłem się, żałując, że nie umiem jak on oszczędzać.

Przecisnąwszy się przez tłum w sieniach, znalazłem się po drugiej stronie dworca kolejowego, gdzie stoją obszarpane dorożki, wózki i jakieś inne przyrządy, służące do wożenia ludzi, skazanych na podróż do Stryja.

– Z Nowego Sioła nie ma koni! – zewsząd zawołano.

Że moich koni nie zastanę, sam wiedziałem, chcąc bowiem zrobić żonie niespodziankę, przyspieszyłem powrót o dni kilka; nie moich też koni teraz szukałem, lecz jakiego wózka od biedy, w którym bym bezpiecznie mógł zajechać do domu.

– Może wielmożny pan do Schwamma! Tam wszyscy panowie zajeżdżają! – wołał mały, pękaty Żydek, usiłując wyrwać mi torbę, którą w ręku trzymałem.

– Pan hrabia zajedzie pod „Czarny Orzeł” tam jest kasyno, tam generał zawsze przychodzi! – krzyczał drugi, usiłując odtrącić i zepchnąć w błoto swojego współzawodnika.

– Idź do kata! – zawołałem – ja nie jestem hrabią!

– Czemu qielmożny pan nie ma być hrabią? Pan jeszcze lepszy niż hrabia!

Obawiając się, że krzykom i szarpaniom końca nie będzie, skoczyłem na wózek najbliższy i kazałem jechać do miasta. Dopiero tam oświadczyłem mojemu woźnicy, że mię powiezie do Nowego Sioła.

Żyd z zakłopotaniem poskrobał się w głowę.

– Nie wiem, jak to będzie... dziś wieczór szabas.

– Jedź tylko dobrze, a pewnie wrócisz!

Żyd pokręcił głową, spojrzał na słońce, a zaciąwszy konie, ruszył z miejsca.

Na długim moście, zbudowanym w Stryju nad rzeką tego samego nazwiska, na którym znajduje się napis, że prędka jazda jest tu wzbroniona pod karą „dwóch guldenów”, konie wlokły się powoli, krok za krokiem, a pan ich, chcąc im jeszcze ulżyć, zeskoczył z koziołka i obok nich szedł zamyślony. Prawdopodobnie dręczyła go niepewność, azali wróci do domu na szabas – z drugiej zaś strony żal mu było pewnego zarobku.

Przy końcu mostu mój woźnica zawołał głośno i radośnie na człowieka, który zmierzał ku nam, nadchodzący podniósł głowę, uśmiechnął się na pół wesoło, na pół idiotycznie i Żydowi uścisnął rękę kordialnie. Obydwaj zaczęli z sobą rozmawiać po żydowsku, co usłyszawszy konie, stanęły.

Nieznajomy był wzrostu miernego i mógł mieć lat przeszło pięćdziesiąt; dzięki krępej i żylastej budowie ciała, w ruchach był zwinny, prawie młody. Na głowie, jasnym włosem okrytej, rzadko gdzie pokazywała się siwizna; brwi długie, krzaczaste, zwisały nad oczyma głęboko osadzonymi, wąsy spadające zasłaniały mu usta. Ubiór jego był dziwaczny, ani chłopski, ani mieszczański. Na głowie miał czapkę francuską, z daszkiem prosto stojącym, na ramionach wisiał surdut barwy czekoladowej, przymocowany pod szyją na kształt dolmana węgierskiego; pąsowa kamizelka z guzikami uderzała w oczy z daleka, a wysokie buty z ostrogami, czyste i połyskujące, uzupełniały resztę odzienia.

Rozmówiwszy się z Żydem, nieznajomy spojrzał na mnie i lekceważąco jednym palcem machnął koło czapki. Ruch ten miał starczyć za ukłon.

Nie obraziwszy się tą poufałością, odkłoniłem mu się uprzejmie, boć sam widok tego człowieka, był dla mnie miłym zjawiskiem. Jego ruchy, ubiór, mowa żydowska, choć na pierwszy rzut oka można było poznać, że nie był Żydem, nareszcie dziwaczne spojrzenia, robiły go istotą niecodzienną, którą może warto było spotkać i bliżej poznać.

– Wielmożny pan daruje – przemówił Żyd do mnie – że ja dalej nie pojadę. Ja muszę wrócić do domu, bo dziś szabas, ale mój przyjaciel, pan Bereźnicki, pojedzie za mnie... On w całym Stryju najlepiej powozi.

Pan Bereźnicki podziękował Moszkowi za komplement i zaufanie, serdecznym ręki uśeiśnieniem uskinąwszy mi znowu palcem, wskoczył jak kot na kozioł.

– Hej kary! dalej siwy! – krzyknął głosem piskliwym i świstając batogiem, ruszył co koń wyskoczy.


ROZDZIAŁ II

W Słobódce konie osadziły na miejscu.

– Pan dobrodziej lubi piwo? – zapytał dziwaczny woźnica, pół ciałem do mnie się obracając.

– Jak czasem... Jeżeli dobre.

– O! tu dobre, słowo honoru, bardzo dobre! Ja, panie dobrodzieju, tak lubię piwo, że gdybym mógł, piłbym od rana do wieczora.

– To każ sobie dać – rzekłem.

– Każ sobie dać? – powtórzył, mierząc ranie groźnym spojrzeniem. – A czy to ja jaki dureń, czy co, żebym sobie kazał dawać? Patrzcie go, jaki mi pan! Ja jak piję, to nigdy sam!

– Więc napijemy się oba dwaj.

– Tak to mi się podoba! Zaraz poznać, żeś pan szlachcic. Szlachta panie dobrodzieju, zawsze pije w kompanii. Hej, Żydzie! – krzyknął, dumnie głowę podnosząc – piwa dwie szklanki!

Przed karczmą stał żydek pejsaty i z ciekawością właściwą wszystkim arendarzom, przypatrywał się memu woźnicy.

– Słyszałeś, hultaju! czy chcesz, żebym ci powtórzył batogiem?

To rzekłszy, chciał z wózka zeskoczyć, co widząc żydek, wbiegł do karczmy i po chwili wyszedł z dwiema szklankami, w których nie tyle było piwa, ile piany.

Bereźnicki podał mi jedną szklankę, drugą wziął sam i trącając o moją zawołał:

– Na zdrowie, panie dobrodzieju!

Wypił, rękawem usta sobie obtarł i nie czekając, aż Żyd wyda mi resztę z dwudziestu krajcarów, uderzył konie i zawołał:

– Furda kilka centów! Szkoda czasu, panie dobrodzieju! Teraz pojedziemy po kawalersku, po szlachecku, panie dobrodzieju!

Po tych słowach stanął na wózku i balansując zręcznie, jak linoskok, popędzał ciągle konie, które ponoć od dawna nie były w rękach tak energicznych. Biedne koniska, wytężając resztę sił, biegły ku bezustannym galopem.

– Dajcie pokój biednym koniom – przemówiłem, szarpiąc go za surdut – gotowe popadać.

– Nic im nie będzie, panie dobrodzieju, nic! Przecie my nie pojedziemy jak z mazią. Jak Bereźnicki jedzie, to aż ziemia drży!

– Bardzo to pięknie, mój panie Bereźnicki, lecz jeżeli Moszko dowie się od kogo, jak bez litości obchodziliście się z jego końmi, to...

– To niech wszyscy diabli porwą Żyda, psiawiara – przerwał mi szorstko, spuszczając cały grad batogów na grzbiety biednym zwierzętom.

– Czy godzi się tak wyrażać o swoim przyjacielu?

– O moim przyjacielu? – powtórzył Bereźnicki, bezwładnie upadając na kozioł. – Czy doprawdy ja mam być jego przyjacielem?

Zmiana, która teraz w mówiącym nastąpiła, była tak nagła, tak dla mnie niepojęta, że mimo woli oddech wstrzymałem, jak gdybym chciał ukryć gwałtowniejsze serca uderzenia. Byłaż to obawa lub wrażenie niespodzianki?

Bereźnicki puścił batóg i lejce, oddając konie ich własnej woli; potem obróciwszy się do ranie, wsparł łokcie na koziołku i spojrzał mi w oczy.

Twarz jego była mocno pomięta i blada, brwi złączyły się razem, usta lekko drgały, a oczy siwe, z głębokich jam wyzierając, rzucały światło niepewne, jak ogniki błędne. Wyraz jego oblicza był gorzki i bolesny.

– Więc pan doprawdy myślisz, że Moszko jest moim przyjacielem? – mówił bardzo powoli, niekiedy żałośnie głową potrząsając. – Czyż na tym świecie trudno o człowieka tak rozumnego, który by przecie pojął, że Hilary Bereźnicki, szlachcic z dziada pradziada, nie może być przyjacielem takiego łakomego i brudnego Żyda, który Chrystusa Pana ukrzyżował?

– Jeżeli pan szlachcic i Bereźnicki się nazywasz, to czemu wysługujesz się Żydom? Wszak już z tego, że mówisz po żydowsku, łałwo się domyśleć, żeś z nimi niemało spędził czasu.

– Czemu się Żydom wysługuję, czemu? Cha! cha! cha! Alboż pan dobrodziej nie wiesz, że mnie ludzie zrobili wariatem, szalonym?! Słowo honoru, panie dobrodzieju, jakem szlachcic, jakem Bereźnicki, ja wariat! wariat?! – po tych słowach błysnął złowrogo oczyma, a chwyciwszy lejce i batog, krzyknął jak dawniej:

– Hej kary! Dalej siwy!... Po kawalersku, po szlachecku, panie dobrodzieju!

Przestraszone koniska wyciągnęły się jak struny.

– Jak się macie, Iwanie, czy wół wam już wyzdrowiał?

– Kaśko! Kaśko! a kiedy twoje wesele? Czy Semko wrócił już z wojska?

– Hryniu, czemuś uciekł ze dworu? Poczekaj! odstawią cię żandarmi!

– Hej! panie przysiężny, pożegnajcie się z chałupą... Z banku przedwczoraj przyszło do sądu, żeby wam za dług zlicytować grunt i chałupę... A nie mówiłem wam, kiedy czas był jeszcze, że to bank złodziejski? Pałachno, a to co? Kto ci oko podbił? Pewnieś się upiła w karczmie.

– Ej! ty dzieciaku, nie plącz się po drodze, bo cię przejadę! Twojej matce dałbym sto batogów, że cię puszcza na drogę!

Tak przemawiał pan Bereźnicki do włościan, gdyśmy przez wieś jechali. Chłopi uśmiechali się do niego, niektórzy nawet kapelusze zdejmowali, lecz on nie odkłonił się żadnemu ani nie czekał, by mu odpowiedziano na jego zapytania.

– Jak widzę – przemówiłem doń za Podhorcami – to Bereźnicki zna tu każdego człowieka.

– Nie tylko człowieka, zna każdą krowę, każde cielę, każdego wieprzka. Na trzy mile dokoła Stryja wiem, panie dobrodzieju, ile każdy gospodarz ma gęsi!

– Na cóż tych wiadomości?

– Na to, panie dobrodzieju, żeby wszystko mieć w małym palcu. Potrzebuje Moszko furmana, Bereźnicki jedzie; potrzeba kogo posłać z miasta z depeszą o trzy mile, Bereźnicki idzie, choćby na dworze była północ, a deszcz lub śnieg oczy zasypywał; nie ma woźnych w sądzie, a potrzeba rozesłać dużo papierów po wsiach okolicznych, Bereźnicki niesie wszystko pod pachą; potrzeba być pomocnym przy jakiej licytacji lub ściąganiu podatków, Bereźnicki jest także, bo on wszystko ma w małym palcu, on wszystko umie, on do wszystkiego!

– To bardzo pięknie, że pan Bereźnicki bierze się do wszystkiego... Czy jednak nie byłoby lepiej poświęcić się jednemu zawodowi? Czy takie życie nieporządne, rozerwane, może sprawić przyjemność? Wszak każdy człowiek powinien mieć jakiś cel przed sobą...

Jak wtedy, gdym go nazwał przyjacielem Moszka, tak i teraz mój woźnica z człowieka, jak na swój wiek, zbyt wesołego, roztrzepanego, stał się od razu starcem złamanym i zamyślonym.

Właśnie byliśmy na wyżynie łączącej Podhorce z Komarowym. Dzień był tak piękny, jak uśmiech anioła. W złotym słońca oświetleniu kołysały się szare łany żyta; obok nich bociany przechadzały się poważnie; przepiórki biły w jęczmionach, a bydło rycząc, wracało z pastwiska na spoczynek południowy. Powietrze było tak czyste, tak przejrzyste, że poza sobą widziałem wszystkie kontur Kurpat, z ostatnimi szmatami białego śniegu, a na lewo wzrok gonił wzdłuż równiny kilkumilowej, zasianej wioskami i lasami, między którymi, jak cienka nić srebrna, wiła się rzeka Stryj, dążąca tędy do Dniestru. Bereźnicki zatrzymał się w pobliżu krzyża, znajdującego się w tym miejscu i spojrzał na równinę. Tajemniczy ten człowiek tak mnie zajął, że z największą chęcią poddałem się jego kaprysowi i wyskoczywszy z wózka, stanąłem tuż przy nim. On siedział ciągle na koziołku, spoglądając przed siebie, a że z rąk bezwładnych lejce mu wypadły, więc biedne konięta, skorzystawszy ze sposobności, zwiesiły głowy, by skubać trawę nad rowem.

Z oczu mojego woźnicy zaczęły padać łzy, które jak groch toczyły się po jego policzkach.

– Pan mnie pytasz – przemówił po chwili – czemu nie poświęciłem się jednemu zawodowi i czemu się Żydom wysługuję? Alboż ja wiem, jak to się stało? Powiedz mi raczej ty, mój młody panie, czemu są ludzie nieszczęśliwi, chociaż na to nie zasłużyli, czemu pokutują ci, którzy nigdy nie zgrzeszyli? Ja sam nieraz długo nad tym, myślałem, ale chociaż głowa mi pękała, nie umiałem sobie odpowiedzieć. Ludzie mną gardzą i wariatem zowią: ja sam czuję, że w głowie mojej coś się popsuło, bo czasem, gdy wszyscy płaczą, ja śmieję się, jak szalony, a gdy śmieją się inni, ja płaczę, nie wiedząc czemu... Czy wiesz pan jednak, że i ja byłem innym, a nie zgrzeszywszy niczym, zostałem takim, jakim dziś jestem? Smutno to powiedzieć, mój młody panie, bardzo smutno, że człowiek cierpi nieraz i niesprawiedliwie! – I rzekłszy to, pan Bereźnicki ukrył twarz w obu dłoniach i dość długo trwało, zanim głowę podniósłszy, znowu mówić zaczął:

– Gdybym w Boga nie wierzył, w jego sprawiedliwość i miłosierdzie, tobym musiał przypuścić, że ludzie rodzą się nie wiedząc na co, że już w kolebce większa ich połowa jest skazana na łzy i niedolę, mniejsza przeznaczona do uśmiechów i szczęścia! Ale kiedy tak nie jest, kiedy Bóg jest spawiedliwy, to chyba nas karze za grzechy ojców. A ciężkie musiały być te grzechy, skorośmy tak zeszli na marne. Bo niech pan jeno spojrzy dokoła siebie. W tamtej wsi na prawo, mieszkał szlachcic zamożny, dziś w jego dworze Żyd pejsaty wyśpiewuje „maju fes”. Hen na lewo, przed dwudziestu jeszcze laty, żyła rodzina starożytna, znałem ją dobrze, oj! bardzo dobrze! dziś jakiś adwokat wyłudził od niej majątek, a nieletnich jej potomków wypędził w świat o kiju żebraczym! Tu, w tych wsiach przed nami, rozsiedli się przechrzty gorsi od Żydów, bo nieużyteczni dla kraju, jak oni, a stokroć od nich zuchwalsi! Tak to, mój panie, ginie szlachta stara, która kiedyś tam za polskich czasów miała królom rozkazywać, szlachta zaś drobniejsza, zagrodowa, ta już dawno Żydom wodę nosi. Tak, mój młody panie, tak, zeszliśmy na dziady na psy i wkrótce ślad ostatni po nas zaginie!

– Zanadto w czarnych kolorach widzisz wszystko, mój panie Bereźnicki – przemówiłem. – Na świecie nie jest tak źle, a kto tylko szczerze chce się podźwignąć, zawsze może.

– Cha! cha! cha! – rozśmiał się na pół dziko – każdy mówi kazanie, bo to nic nie kosztuje, ale nie każdy wie, że łatwiej prawić, niż tak żyć, jak radzimy. Gdyby, mój panie, żyć było tak łatwo, toć wszyscy księża byliby świętymi, a i ja nie wiózłbym dziś pana żydowskimi szkapami, które od rana nie musiały mieć nic w pyskach, bo ot, jak żrą bodjaki!... Kto chce, może się podźwignąć!... Niby to wszyscy nie chcemy, a jednak zeszliśmy na psy! Kazanie prawić nie sztuka, ale żyć, to mi sztuka i kawałek.

Pan Bereźnicki był zirytowany. Mówił szybko, rękami wymachiwał, czasem w czoło się uderzał, to znowu czapkę na głowie poprawiał. Usta miał sine i skurczone, jego oczy na wskroś mnie świdrowały; wyglądał jak człowiek, którogo coś zaniepokoiło. Bojąc się go rozdrażnić, milczałem; on tymczasem mówił coraz szybciej i tylko niekiedy nagle urywał, jakby szukał wspomnień w pamięci. Zaledwie je znalazł, słowo znowu biegło po słowie, zdanie po zdaniu. Niektóre z nich były piękne, nawet głębokie; inne niejasne, urywane. Na pozór zdawało się, że to był człowiek rozumny, tymczasem słuchając go dłużej, musiało się uwierzyć, że w jego siatce mózgowej zerwała się owa nić logiczna, którą ludziej wiążą swoje myśli.

Z tego wszystkiego, com słyszał, a słuchałem go godzin kilka, utworzyła się całość, niemająca wprawdzie głębi psychicznej ani powabów idealnych, lecz zasługująca chociażby dlatego na powtórzenie, że jest obrazem owej szlachty zagrodowej, która na Rusi Czewonej przed czterdziestu jeszcze laty liczyła głów tysiące, dziś zaś tak znikła, że prawie ślad po niej nie został. Jedni rozpłynęli się w tym stanie średnim, który po naszych miastach dopiero się tworzy i nawet sobie nie przypominają, azali kiedy byli szlachtą – drudzy nie mogąc losu zwyciężyć, zstępowali szczebel po szczeblu coraz niżej, i jak pan Bereźnicki, wysługują się Żydom. Prawdę powiedział, że ciężkie musiały być grzechy ojców, skoro synowie znikli z powierzchni ziemi, a nikt po nich nie płacze!


ROZDZIAŁ III

U Karpat podnóża, na równinie, którą rzeka Stryj przepływa falą wartką, z jednej strony oparta o wzgórza wyniosłe, z drugiej okolona ławą żwiru białego, leży wioska Bereźnica. Nazwisko nie jest rzadkie; powtarza się ono często na Rusi Czerwonej, gdzie prawie nie znaleźć większego kawałka ziemi, żeby na nim nie było Bereźnicy szlacheckiej, królewskiej, lub jakiej innej. W jednych mieszkają włościanie, w drugich na mocy przywilejów królewskich osiadła szlachta. A że według zwyczaju, w dawnej Polsce przyjętego, panowie brali nazwisko od włości, z której ród wywodzili, więc i każdy mieszkaniec takiej Bereźnicy szlacheckiej, zwykł się był nazywać Michałem, Stanisławem lub Janem z Bereźnicy, Bereźnickim. Tym sposobem mieszkańcy wsi całej mieli jedno, wspólne nazwisko.

Bereźnica, do której czytelnika wprowadzamy, była także szlachecka i miała samych Bereźnickich. Chociaż wieś była czysto ruska, dzięki klejnotowi schlacheckiemu, nadanemu jej przez króla Jana Kazimierza, powierzchowność jej mieszkańców powoli całkiem się zmieniła. Mężczyźni byli rośli, silnie zbudowani i wejrzenie mieli pewne siebie, prawie zuchwałe, czym odróżniali się od zawsze cichego, pokornego i nędznie wyglądającego chłopa ruskiego; dziewczęta zaś, zamiast jak ruskie wieśniaczki zawodzić pieśni żałosne i boso chodzić na robotę, wyśpiewywały sobie wesoło, ubierały się strojno, nosiły trzewiki, a były między nimi i takie, które bez rękawiczek, jakkolwiek najczęściej z prostego płótna uszytych, nie wychodziły nigdy kopać do ogrodu. Do mężczyzn mówiono „panie Janie”, „panie Michale” – dziewczęta były wszystkie „pannami”. Kojarzyli się między sobą lub ze szlachtą okoliczną – i taki pierwszy lepszy „pan Stanisław” prędzej by się na mary położył, niżby córkę wydał za „chama”, lub „mudja”, jak chłopów nazywał.

Za klejnotem szlacheckim poszła zmiana wyznania i języka. Niegdyś unici, teraz są już wszyscy rzymskimi katolikami i ruskiego języka, którym rozmawiali ich ojcowie, od dawna się wstydzą. Chociaż po polsku jeszcze się dobrze nie nauczyli, ciągle po polsku między sobą rozmawiają, bo z tłumu wieśniaczego pragną wyróżnić się nie tylko przywilejem i wyznaniem, lecz także mową.

Zamiast pańszczyzny, od której jako szlachta byli wolni, opłacali właścicielowi wioski za posiadaną ziemię czynsz stosunkowo niewielki i stąd poszła ich nazwa szlachty czynszowej. Ziemia niosła im tyle, ile potrzebowali na opędzenie swoich skromnych potrzeb, ale ponieważ wydarzały się często klęski elementarne, po których głód mógł nastąpić, a prócz tego i właścicielowi wypadało czasom pomóc, chłopi bowiem w innych włościach byli tak nieliczni, że zaledwie we własnych wsiach mogli dworską ziemię uprawić, więc panowie szlachta wychodzili także na zarobek, a wychodzili tłumno i gwarno, jakby na sejmik jaki. I broń Boże, żeby ich kto chciał wtedy z chłopami pomieszać! Takiej obrazy nigdy by nie zapomnieli.

Raz zdarzyło się, że pod nieobecność hrabiego i jego rządcy, pani domu, hrabina Eufemia, chcąc okazać, jak znakomitą jest gospodynią, wydała rozkaz ekonomowi, by szlachtę i włościan wziął razem do pszenicy, która od dni kilku na sierp czekała. Szlachta, dowiedziawszy się o tym, poczęła ryczeć. Nareszcie jeden ze starszych wziąwszy sobie dwóch do asystencji, udał się do pałacu i rzekł do hrabiny:

– Proszę jaśnie pani, my z chamami jednym łanie robić nie będziemy.

Hrabina w Paryżu wychowana, nie mogła tego zrozumieć.

– A to czemu? – zapytała z drwiącym uśmiechem.

– Bo szlachcic szlachcicem, a cham chamem! Przecie pani hrabina, jako szlachcianka i do tego karmazynowa, rozumie, że takie bratanie się z mudjami na jednym łanie ubliżyłoby naszemu klejnotowi szlacheckiemu. U nas tylko szlachta równa, ale chłopu od szlachcica wara.

– Kiedy takimi są arystokratami – odparła hrabina, obracając się do ekonoma – to niech Krukowski pójdzie z nimi i da im łan osobny. Tylko trzeba doglądać, żeby pilnie robili.

– O! proszę pani hrabiny! – przemówił znowu najstarszy – toby dla nas był jeszcze większy „kunirunek”. Szlachcic wie, co do niego należy i nikt go nie będzie doglądał.

Hrabina lękając się burzy, ustąpiła, szlachta zaś poszła na łan i przez pół dnia więcej zżęła pszenicy, niż równa liczba włościan na drugim łanie przez dzień cały.

Szlachta czynszowa miała swoje cnoty: gościnność większą, niż włościanin, poczucie obowiązków i ofiarność dla kraju; lecz obok tego miała także wady starszej szlachty, mianowicie niesforność, zarozumiałość, skłonność do pijaństwa i kłótni, nareszcie ślepe służalstwo dla możnych, co ją w oczach świata dzisiejszego poniża, a co wówczas kraj gubiło. Panowie wichrzyli, bo szlachta, wspierając ich swymi głosami i szablami, pozwalała im wichrzyć. Jeżeli na kim, to na tej drobnej szlachcie sprawdzają się spostrzeżenia tych myślicieli, którzy utrzymują, że obok krwi i rasy jest także wychowanie, które na rozwój ludzki niemały wpływ wywiera. Ta szlachta, niegdyś w siermiędze chłopa ruskiego, łagodna i potulna, dziś zmieniła się na hałaśliwą i butną. Przykład szedł z góry, od szlachty, która miała włości, a z którą zagrodowa i czymszowa uważała się na równi. Tym sposobem wychowanie zmieniło w wielkiej mierze krew i rasę.

Bryńscy, którzy jako potomkowie senatorów, otrzymali od rządu austriackiego tytuł hrabiowski, nie mieszkali dawniej w Bereźnicy. Panowie rozległych włości, zaliczając się do możnowładców, kręcili się zawsze dokoła dworu, od którego otrzymywali zaszczyty i donacje. Dopiero po upadku Rzeczypospolitej, straciwszy trzy czwarte dawnej fortuny, zamieszkali w Bereźnicy. Niegdyś w usługach swoich miewali szluchtę bogatszą, która trzymając się pańskiej klamki, chciała przy jej pomocy wznieść się do dostojeństw: teraz zeskromniawszy, wzięli do dworu różnych panów Bereźnickich, z których jeden był marszałkiem, drugi kucharzem, a dwaj inni pełnili obowiązki leśniczego i ekonoma na odleglejszych folwarkach.

Ojciec dzisiejszego hrabiego, był pierwszym z rodu, który w Bereźnicy zamieszkał, i jemu to zawdzięczał pan Jacenty Bereźnicki, że w szkołach stanisławowskich nauczył się trochę czytać i pisać, po czym został marszałkiem dworu hrabiego. Pan Jacenty pełnił swoje obowiązki bardzo sumiennie, ale nagle zaczął na wzrok zapadać. Hrabia, oceniając jak należało jego zasługi i stosując się w tym do dawnych tradycji, kazał mu wydzielić z dworskich łanów sześćdziesiąt morgów, wystawić domek mieszkalny i budyneczki gospodarskie, a że Jacenty niewiele grosza uciułał, wiec dał mu jeszcze na początek parę wołów, parę koni, cztery krowy, najpotrzebniejsze narzędzia rolnicze i sto srebrnych cwancygierów. Marszałek spłakał się jak bóbr i upadł do nóg hrabiemu, odtąd bowiem, przestawszy być szlachcicem czynszowym, został „zagrodowym”, który za darowiznę nie potrzebował dworowi ani odrabiać, ani czynszu opłacać.

Pan Jacenty, ujrzawszy się sam w pustym dworku, pomyślał o ożenku i, mimo wzroku słabego, w garderobie pani hrabiny wyszukał sobie piękną i skromną panienkę, z którą po kilku miesiącach stanął u ołtarza. Żona, powiwszy mu dwoje dziatek, syna i córkę, pożegnała męża i świat Boży – a chociaż pan Jacenty opłakał jej stratę łzami krwawymi, nie poczytywał się za tak nieszczęśliwego, jak ongi, gdy był kawalerem, ponieważ odtąd miał dwoje dziatek, których głosy dom mu ożywiały, a dla których sam żyć potrzebował.

W tym czasie mieszkańcy pałacu także się zmienili. Stary hrabia, wdowiec od lat kilku, pospieszył za swoją żoną, a majątek po nim objął jego syn jedyny, który ożeniony z panną jakiejś wielkiej rodziny, dotąd mało przebywał w kraju. Przyjechawszy do Bereźnicy, nowy dziedzic pooddalał dawną służbę, a przyjął nową, w połowie niemiecką, w połowie francuską, hrabina bowiem nie mogła do innej przywyknąć – i całe gospodarstwo zaczął urządzać na wzór zagraniczny. Szlachta we wsi potrząsała głowami, a pan Jacenty Bereźnicki, mimo że nieraz głęboko westchnął i głośno powtarzał: „Ach! Panie Boże! nie tak to za mojego pana bywało!” – dla nowego dziedzica, nie stracił ani miłości, ani szacunku. Za dobrodziejstwa, które z rąk ojca otrzymał, nie przestał być wdzięcznym synowi.