Ostatni koncert - Jan Antoni Homa - ebook
Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 606 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ostatni koncert - Jan Antoni Homa

Bartosz Czarnoleski, nieoczekiwany sukcesor włoskiej posiadłości, z zawodu altowiolista, dzieli swój czas między piękno toskańskich pagórków, pośród których cieszy się życiem wraz ze swą prześliczną narzeczoną Antonią, a nasze rodzime K., gdzie wraz z grupą przyjaciół zakłada zespół kameralny. W programie koncertu inauguracyjnego znajduje się słynny kwartet Franciszka Schuberta „Śmierć i dziewczyna”. W zaprzyjaźnionym z Bartoszem nadkomisarzu policji tytuł ten budzi skojarzenia ze sprawą niewyjaśnionej śmierci sprzed lat.

W tym samym czasie w K. ktoś rozpoczyna złowrogą działalność; metoda przestępcy jest tak wyszukana, a zarazem charakterystyczna – morderca posługuje się skrzypcową struną – że nadkomisarz Bielski zwraca się do muzyka o pomoc. Wiąże się to z koniecznością odwiedzenia Londynu. Po krótkiej, acz burzliwej wizycie w stolicy Wielkiej Brytanii, Bartek powraca do Toskanii, by przekonać się, że i tam nic nie jest już tak, jak dawniej...

Rozpoczyna się wyścig z czasem. Altowiolista musi zmierzyć się z niezwykłą zagadką historyczną. Stawką w tej grze jest życie ukochanej Antonii.

Wszystkie drogi prowadzą do K.

Opinie o ebooku Ostatni koncert - Jan Antoni Homa

Fragment ebooka Ostatni koncert - Jan Antoni Homa






Strona tytułowa




Strona redakcyjna



Copyright © 2012, Jan Antoni Homa

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych — również częściowe — tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-125-7

Projekt okładki: Elżbieta Chojna

Opracowanie redakcyjne: Dorota Koman

Skład i łamanie: Jacek Antoniuk

Publikację elektroniczną przygotował


Dedykacja



Ewuni


Andante moderato — Poco a poco piu allegro

Andante moderato — Poco a poco piu allegro

Spacerowo — Stopniowo przyspieszając



1.

1.

Trzy rodzaje bieli graniczyły ze sobą w sposób prawie niezauważalny. Zmarznięty śnieg, który utracił nieskazitelność pod wpływem wyziewów z pobliskiej wędzarni ryb. Burobiałe niebo odbierające ostrość widzenia. I prześcieradłowa bladość twarzy...

Orgia kolorów, zorza polarna zbrodni... Z nostalgią pomyślał o krótkich, ciepłych miesiącach, które „już dawno się skończyły” albo „jeszcze długo nie miały nadejść”. Latem nawet zbrodnia miewała tu większy urok. Artystycznie zmiażdżone czaszki z wylewającą się zawartością zyskiwały na tle zieleni, nadającej im południowy, niemal portugalski charakter. Układy pokarmowe — zastygłe w poharatanych zwłokach na kształt znaku zapytania — straszyły mniej, gdy oddech nie zamarzał. Odrąbane kończyny zyskiwały odmienny kontekst na tle letniego przebudzenia...

Cóż, pomarzyć można.

Ponure odcienie połączone były kroplami krwi, które, zastygając w ostrym mrozie, nie utraciły nic ze swego szkarłatu. Ot, garść porzeczek rozsypanych na przekór logice i... porze roku. Fjordöff westchnął. Dlaczego jedyny żywy kolor jest tu zarazem barwą śmierci?

Przeczucie sugerowało mu, że sprawca nawet nie próbował zacierać śladów. Rzeczywiście, nie musiał szukać daleko. Siekiera wystająca z kupki zmarzliny oddalona była ledwie trzydzieści metrów od trupa. Ostatnia kostka domina. Która była pierwsza? Upokorzenie? Zazdrość? Zdrada?

Jeszcze parę tygodni, a rachityczne słońce rozpuści ten szary śnieg. Niemrawe rośliny wykiełkują na miejscu rachitycznej zbrodni. W tym czasie on będzie z całą pasją demaskować autora następnej. Fjordöff nie uśmiechnął się nawet w duchu. On się w ogóle nie uśmiechał. Nigdy. Do nikogo. Nawet do własnych myśli. Solidnie zapracował na miano Policjanta, Który Się Nie Uśmiecha...

No i dobrze. Bóg z nim.

Z ulgą zamknąłem książkę. Zostawmy te historie Rucacellemu. I jego żonie. Wanda Rucacelli. Wiolonczelistka, Która Nie Musi Grać. Wystarczy, że Jest Żoną Maestra. Niech takie burobiałe opowieści rozgrzewają ich w szklistą sztokholmską noc. My tu mamy inne sposoby.

Rozsunąłem okiennice. Fala gorącego powietrza runęła do środka, odurzając radosnym zapachem słońca.

Gdzieś z daleka dobiegło wesołe poszczekiwanie (bez trudu rozróżniałem pogodne nuty w rzekomo zawsze poważnym głosie). Eston dawał mi znać, że nie odeszli zbyt daleko. Ta parka — w odróżnieniu ode mnie — nie zwykła tracić popołudniowego słońca w willowej imitacji chłodu. Antosia miała w sobie coś ze słonecznika. W pełnym świetle jej rudości i szmaragdy nabierały nieoczekiwanych blasków i znaczeń, a ona sama stawała się uosobieniem radości i żywotności. Ale Eston? Pies — jak można było sądzić po gęstości i długości futra — zdecydowanie bardziej polarny niż równikowy? Ten mnie zadziwiał. Zamiast chować się po zacienionych kątach, pokładać po kamiennych podłogach, ziać nieprzytomnie i wyglądać pierwszych symptomów nadchodzącego zmierzchu, buszował z Rudzielcem przez dzień cały, nie opuszczał jej ani na krok, no chyba że wołanie natury wyższej (czytaj: instynktu) okazywało się silniejsze.

Ten pies miewał od czasu do czasu potrzebę ładowania się w jakąś awanturę. Od chwili, gdy stał się współgospodarzem kilkuhektarowej winnicy, zyskał w tym względzie sporo nowych okazji. Choć uwielbiał Antośkę — a nie pomylę się, twierdząc, że było to uczucie odwzajemnione — ciągle zdarzało mu się przedkładać zew krwi nad wymogi posłuszeństwa.

Wybierając się na popołudniowy spacer, Antosia wzięła ze sobą sztalugi oraz kilka innych przedmiotów niezbędnych do malowania, a to oznaczało, że nie wrócą, dopóki słońce nie schowa się za horyzont. Tak; pani archeolog odreagowywała trud tylko co zakończonego stażu doktoranckiego z pędzelkiem (i to nie do makijażu) w dłoniach. Całkowicie zgadzałem się z nią, że toskański pejzaż jest jak namalowany. Łagodnym uśmiechem zachęca do utrwalenia.

— Faktycznie, tylu słoneczników van Gogh nie widział w całym swoim życiu — dogadywałem.

— Nie chodzi o słoneczniki, mój drogi, tylko o wibracje koloru. Wibracje; wiesz, co to jest wibracja? — Rozbrajała wszelki typ mojej reakcji tym swoim szmaragdowo-jeziorkowym spojrzeniem. — Altowioliści... — Pokiwała głową z udanym zażenowaniem.

Czy muszę dodawać, że jestem jednym z nich? Po studiach tułałem się trochę po świecie (pół roku pracy w jednej z włoskich orkiestr — niestety rozwiązanej — zaowocowało tak przydatną teraz znajomością języka). Potem znów było K. i pozycja wolnego strzelca w muzycznym światku. A gdy zdecydowałem się zawalczyć o kontrakt w miejscowej filharmonii, cały świat sprzysiągł się chyba, aby mi w tym przeszkodzić. Mimo wszystko nie mogłem narzekać. Choć zasadniczy cel nie został osiągnięty, mój stan posiadania materialnego — podobnie jak sfera uczuć — uległ wówczas radykalnej zmianie. Gdybyś, Drogi Czytelniku, zechciał kiedyś poznać moje wcześniejsze przygody, sięgnij po książkę... No właśnie, jak może nazywać się powieść opisująca tydzień z życia altowiolisty i przez niego napisana?

Wróćmy jednak do wibracji. Faktycznie, niektórzy spośród nas z niejakim trudem osiągali umiejętność w tak dużym stopniu współdecydującą o jakości dźwięku. Pamiętam złośliwych skrzypków, którzy chóralnie wołali do kumpla z roku, mającego w tym arkanie rzemiosła wyjątkowe kłopoty:

— Wibruj, S., wibruj!

Ten nie pozostawał dłużny.

— Panowie, więcej imprezujcie, a wibracja sama wejdzie wam w krew. I w członki. Na trwałe.

S. był przedstawicielem tak zwanego FAF-u — Frakcji Altowiolistów Filozofów. Podstawy dialektyki, retorykę i szybkość reakcji miał w małym palcu.

— Hej, S., który to jest mały palec u altowiolistów? — Pewien student kompozycji słyszał coś niecoś o konflikcie altowioliści — reszta świata i próbował wnieść doń nieco twórczego wkładu. Nie wiedział natomiast, że S. ma rękę dużą i ciężką. To z jej pomocą przechylał szalę nierozstrzygniętych dysput na swoją korzyść.

— Jeśli ci go pokażę, poczujesz wielki strach. Chcesz zaryzykować? — To mówiąc majestatycznie unosił dłoń imponujących rozmiarów. Potencjalny Lutorecki czy też Pendesławski nie chciał. Znikał niczym nuta w subito pianissimo.

Rok, który upłynął od chwili, gdy stałem się właścicielem winnicy, przypominał nieco sytuację zakończoną przez bajkopisarza słowami: i żyli długo i szczęśliwie. To „długo i szczęśliwie” miało załatwiać całą resztę, którą autor znienacka przestawał się interesować. Jaki materiał powieściotwórczy zawiera się w słowach „długo i szczęśliwie”?

Czytelnicy zamykali z westchnieniem książkę, a bohaterowie — z ulgą — drzwi, by przekonać się już wkrótce, że magia, niezwykłość, krótkotrwała intensywność, mogąca tygodniową zawartością wypełnić i pół ludzkiego życia, musiały znaleźć kompensację w bytowaniu może faktycznie długim i szczęśliwym, ale także nieco... codziennym.

Na szczęście nie byłem bohaterem z bajki, a początek mojego nowego rozdziału wcale nie wydawał się nudny, choć niósł ze sobą niejeden znak zapytania.

Spróbuję to jakoś uporządkować.

Jaka byłaby Wasza pierwsza reakcja na wiadomość, że właśnie odziedziczyliście imponującą posiadłość w odległej i — za sprawą swego piękna — trochę nierealnej krainie? Toż to sytuacja zdarzająca się jedynie w literaturze romansowej...

Do maleńkiej włoskiej miejscowości przyjechałem tylko po to, aby pochylić się nad grobem człowieka, który w czasie wojny ratował ludziom życie. To właśnie opublikowane w prasie wyznania Kazimierza Michalewicza (vel Casimiro Michelangelo) pozwoliły mi wpaść na trop tajemnicy tak sensacyjnej, że aż niewiarygodnej. Czy mogłem przypuszczać, że prosto z cmentarza zostanę zaproszony do lokalnej kancelarii adwokackiej, gdzie usłyszałem, co następuje: „tutejsza posiadłość z winnicą mają przypaść w udziale osobie, która rozwiąże i we właściwy sposób spożytkuje tak zwaną zagadkę Rosenberga”?

Tak się składało, że jak nikt inny spełniałem wymienione kryteria.

Niedowierzanie i euforia. Euforia i niedowierzanie. I tak na zmianę.

Pierwsze chwile spędzane w toskańskiej willi przebiegały pod ich dyktando. Po kilku dniach zaczęli jednak pojawiać się pierwsi żądni rozmowy obywatele miasteczka. Z początkowo trochę nieśmiałych zapytań wynikało, że ich los jest w pewien sposób powiązany z winnicą. Kiedy miejscowi przekonywali się, że ani nowi gospodarze, ani ich groźnie wyglądający pies nie gryzą — mało tego, wbrew plotkom można się z nimi dogadać w ludzkim języku (italiano) — obawy i niechęć zaczęły rozpuszczać się niczym lody w gelaterii pozbawionej prądu. Ośmieleni próbowali się wywiedzieć, czy wiążę z winnicą jakieś osobiste plany, czy też w niedalekiej przyszłości zamierzam ją odsprzedać. Dopiero wówczas dotarło do mnie na dobre, że włości Michalewicza to nie tylko dom, który w dowolnej chwili możesz zamknąć na cztery spusty, ale też całkiem potężna farma, dająca pracę sporemu gronu lokalnych mieszkańców.

Oczywiście! Nie mogło być inaczej. Rozległa a specyficzna — jakkolwiek by nie było — uprawa, wymagała ludzkiej ręki. Doświadczonej ręki. Jeszcze w trakcie pierwszego spotkania, Giuseppe Trovatore — adwokat, który zapoznał nas z ostatnią wolą Michalewicza — coś mi próbował tłumaczyć, ale przyznam, że nie miałem wówczas do tego głowy. Kto by miał? Teraz wiedziałem już, że bez poważnej rozmowy się nie obędzie. Nie musiałem długo czekać; po tygodniu adwokat zapowiedział się telefonicznie, by wkrótce zakołatać do moich drzwi.

— Signore Carnoleski, produkcja wina to sprawa poważna i dość skomplikowana. Zdecydowanie nie na barki jednego człowieka. Szczepami winorośli trzeba się troskliwie opiekować i to — choć z niejednakową intensywnością — przez cały rok. Areał upraw jest co sezon szczegółowo negocjowany i kontraktowany. Pomijam już sam proces produkcji wina, którym zajmować się mogą wyłącznie ludzie z wiedzą i doświadczeniem. Zresztą, nie pora wchodzić w szczegóły, których pan i tak nie zrozumie.

Jeśli chciał mnie poco a poco (po kawałeczku) wbijać w glebę, wspaniale mu się to udawało.

Altowiolista plantator. Sylogizm. Z tej kombinacji nie mogło wyniknąć nic dobrego.

— Zostawiłem panu kilka dni na zapoznanie się ze skalą zagadnienia. Być może ułatwi to podjęcie decyzji, nadeszła bowiem pora, aby przedstawić konkretną ofertę. Otóż, mam kupca na dom i winnicę. Kogoś, kto gotów jest rzetelnie zapłacić.

Westchnąłem z ulgą. Słowa Trovatore wychodziły naprzeciw moim skrytym oczekiwaniom. Choć trudno w to uwierzyć, był taki moment, w którym miałem nadzieję, że winnica okaże się obciążona potężnym długiem. To byłby powód do szybkich postanowień. Musiało we mnie pokutować głęboko wpojone przekonanie, że w rzeczywistości nic nie dostaje się za darmo. Zwłaszcza uśmiechy losu obdarzone rysem cudowności upomną się kiedyś o zapłatę; tym wyższą, im zdarzenie bardziej nieoczekiwane. Moją ceną mogła okazać się totalna nieporadność w zarządzaniu otrzymanym spadkiem. Wizja doprowadzenia wszystkiego do nieodległej w czasie i ostatecznej ruiny stanęła mi przed oczami z bolesną wyrazistością.

W tej sytuacji mogłem uznać, że dobry anioł — może duch Michalewicza, który, patrząc z zaświatów, zasromał się moją ignorancją — podaje mi z wysokości pomocne skrzydło. Nie było wątpliwości: taka powinna być decyzja, najrozsądniejsza z możliwych; w praktyce — jedyna do przyjęcia. Sprzedać posiadłość razem z gruntem znaczyło bowiem nie tylko uwolnić się od kłopotliwego legatu, ale i stworzyć bajeczne perspektywy na resztę życia. Adwokat nie zająknął się ani słowem na temat jakiegokolwiek długu! Przecież z otrzymanymi — na pewno kolosalnymi — pieniędzmi mógłbym... A raczej, czego bym nie mógł? No właśnie, w tym sęk. Jakoś nic nie przychodziło mi do głowy. Jednak gdy któryś ze znajomych dobroradców rzekł: „Stary, ty wiesz, jaki biznes można z taką kasą rozkręcić?” — poczułem dreszcz niechęci. Jaki biznes? Ja i biznes? Po co mi biznes? Czy robienie pieniędzy jest we współczesnym świecie jedyną droga do spełnienia? Ta myśl napełniła mnie poczuciem żalu. To tak miałaby zakończyć się rozpoczęta dopiero co przygoda? Trywialną — czy bywają inne? — transakcją bankową?

— Signore Trovatore. Dziękuję za propozycję. Na pewno ją rozważę, ale potrzebuję więcej czasu. To wszystko stało się tak nagle i nieoczekiwanie... — Odniosłem wrażenie, że w oczach adwokata błysnęło niezadowolenie. By je ukryć, założył słoneczne okulary. Pospieszyłem z frazą łagodzącą: — Mam nadzieję, że kontrahent szybko się nie rozmyśli?

— O nie, o to może pan być spokojny. Mój klient łatwo nie rezygnuje.

I dobrze, rzekłem w duchu. W razie czego podbijemy cenę. Najlepiej wychodzą interesy, na których wcale nam nie zależy. Mój Boże, ja to pomyślałem? Czyżbym przestawał być altowiolistą? Czym prędzej pobiegłem do domu, by toskańskim pagórkom zadedykować wolną część sonaty Arpeggione Schuberta. Nie wiem, czy im ulżyło. Mnie — zdecydowanie tak.

Wkrótce po tej rozmowie postanowiłem urządzić konferencję z zarządem kooperatywy gospodarującej w winnicy za czasów Michelangelo. Jej przewodniczący, sympatyczny, lekko jąkający się człowiek, okazał się synem staruszka Carlo, tego samego, który wprowadził nas do grobowca Michalewicza. Informacje uzyskane w trakcie spotkania zaskoczyły mnie. Okazało się bowiem, że w wypadku dobrze zarządzanej, sprawnie funkcjonującej, krótko mówiąc: prosperującej uprawy, mamy do czynienia z pewnego rodzaju perpetuum mobile. Praca i nakłady ponoszone przy produkcji zwracają się ze sprzedaży boskiego trunku. Ejże, to nie takie znowu perpetuum mobile, tylko firma oparta na zdrowych fundamentach. Na szczęście ludzkość uwielbia wino, a uprawiany na zboczach naszej (a tak, powoli przywykałem...) winnicy szczep Sangiovese znajduje amatorów w rozlicznych zakątkach globu. Według Paolo, mojego winnego cicerone, w udanych latach mogłem liczyć na całkiem spore przychody.

Ich wysokość zależała od czynników takich, jak: pogoda, opady (i chyba zawartość tego tam... „cukru w cukrze”), ale według Paolo sporadycznie tylko zdarzało się, by plantacja przynosiła straty. Oczywiście, ryzyka nie dało się wyeliminować w stu procentach. Mogły przyjść lata, w których cały trud szedł na marne, ale Paolo i tu mnie uspokoił. Domena Citta Abbandonata była marką ekskluzywną. Nadwyżki dochodów gromadzone w latach tłustych lokowane były na specjalnym funduszu, uruchamianym w wypadku nieprzewidzianej katastrofy. Tak czy inaczej, już wkrótce miałem się przekonać, że na konto otwarte przeze mnie w Banca di Agricoltura co kwartał wpływa całkiem sensowna kwota. Pozostawało jeszcze jedno — za to kluczowe — pytanie.

— A czym konkretnie zajmował się signore Michelangelo? — Jego rola w cyklu uprawowo-produkcyjnym była dla mnie niejasna.

— Tak właściwie, to... niczym. Próbowaniem, co najwyżej. Brał udział w zbiorach, jednak nie dlatego, że musiał, a po prostu chciał. Ale to on tchnął nowego ducha w tę winnicę, to on dał winu nową etykietę i dbał, by jego ukochana marka nigdy nie straciła na znaczeniu i jakości. A mnie darzył pełnym zaufaniem... — Po tej wypowiedzi Paolo lekko pokraśniał; nie wiedziałem, czy ze skromności, którą naruszył wyznaniem, czy może z dumy. Albo jeszcze inaczej: składał mi właśnie pewną ofertę i był ciekaw, jak ją przyjmę. Postanowiłem przeprowadzić małą sondę. Jej wynik mógł mieć decydujące znaczenie dla ostatecznych rozstrzygnięć.

— Signore Trovatore wspominał o kupcu chętnym do nabycia majątku. Czy zna pan tego człowieka?

Łagodna i szczera twarz Paola na moment zasępiła się; zasnuła czymś niepokojącym.

— Chodzą słuchy, że to on przyczynił się do śmierci signore Michelangelo. Wie pan, co to oznacza? Że pod jego ręką ziemia przestanie rodzić... Stanie się martwa...

Ano właśnie... Byłem we Włoszech. Kraju vendetty. Tytuły oper Verdiego: I vespri siciliani (Nieszpory sycylijskie) i La forza del destino (Moc przeznaczenia) mówiły same za siebie. Tu się z pewnych spraw nie żartowało.

— Co pan ma na myśli? — Aż dotąd byłem przekonany, że śmierć Michalewicza nie jest osnuta żadną legendą.

— Wie pan, my, Włosi, mówimy, że człowieka można zabić intencją... — Paolo zamilkł. Zrozumiałem, że więcej z niego nie wyciągnę. Przynajmniej na temat przeszłości. Na szczęście coraz bardziej interesowała mnie przyszłość.

— Czy to oznacza, że moja funkcja byłaby podobna do tej, którą pełnił signore Michelangelo? — Ja w roli kipera testującego z namaszczeniem kolejne roczniki; ten obraz zwolna wprawiał mnie w euforię.

— Tak, identyczna. Wszystko pozostałoby jak dawniej. Wszystko, rozumie pan? Zasady uprawy i produkcji zatrzymalibyśmy w swoich rękach. No i — spojrzał niepewnie — nazwa wina nie uległaby zmianie...

Hm, szkoda... Już myślałem, że się dogadamy...

Żartuję przecież! Podobała mi się taka determinacja w obronie tradycji, wiara w fachowość i efekty własnego trudu oraz sympatia i szacunek, jaką nawet teraz okazywali Michalewiczowi. Odpowiadała mi rola dyskretnego kontynuatora jego dzieła.

No więc faktycznie; najprościej byłoby wyjechać z sumą pieniędzy, które nie zmieściłyby się w kieszeni. Nie wiem, czy moje skromne, przeważnie czerwone dotąd konto, wytrzymałoby taki dopływ tlenu... Czy ja bym to wytrzymał? Mamona już niejednego okręciła sobie wokół palca. Złoty cielec wciągał w złote sidła... Czy na pewno znalazłbym siłę, aby się oprzeć? Zresztą... czy naprawdę tylko o to chodziło? Dlaczego miałbym sprzeniewierzyć się wyzwaniu — niezwykłemu, przyznaję — które los stawiał na mojej drodze? Przecież Michalewicz mógł to rozwiązać inaczej; może więc jego ostatnia wola była czymś więcej niż tylko gestem sympatii i zadośćuczynienia? Zaś na wspomnienie słów Paolo o martwej ziemi do tej pory przenika mnie dreszcz.

Poprosiłem o trzy dni do namysłu.

Wymawiając słowo „altowiolista” trzeba mieć jedno na uwadze: sam fakt wyboru takiego, a nie innego instrumentu świadczy, że nie jest się poszukiwaczem rozwiązań najprostszych, wyborcą zachowań utartych, konformistą bez wyobraźni... Mówimy raczej o kimś gotowym do życiowych wyzwań i przygód.

Rzeczone trzy dni wykorzystałem na zapoznanie się z uzależnieniami administracyjnymi, które pociągało za sobą posiadanie domu we Włoszech. Choć nie przepadam za urzędowym biuralizmem, starałem się pokonać go rzetelnie i skutecznie. Wszystko, począwszy od wywózki śmieci, poprzez umocowania notarialne aż do spraw podatkowych (używam tu oczywiście dużego skrótu myślowego) — wymagało wizyty w stosownym departamencie. Nieocenionym ułatwieniem okazywała się znajomość włoskiego. Ale muszę też przyznać, że bez względu na kwiecistość wymowy niektórych urzędników, stojącą niekiedy w opozycji do małej wyrazistości prezentowanych ustaw i aktów, w zdecydowanej większości spotykałem się z przejawami dobrej woli. Jak wiele od niej zależy, nie muszę chyba dodawać? Oto jeszcze jeden jej przykład.

Wkrótce po pamiętnej konferencji z zarządem kooperatywy, gdy nasze intencje zwolna krystalizowały się, Paolo — jakby chcąc dopomóc w podjęciu finalnych ustaleń — przyprowadził ze sobą dwie kobiety.

— Signore Bartolomeo, proszę pozwolić: to jest moja żona, Sophia, i siostra, Donatella. Te mądre donny — Paolo łypnął okiem w ich kierunku, badając, czy aby na pewno dosłyszały przymiotnik „mądre” (sapiente) — prowadziły dom pana Michelangelo, kiedy biedaczek jeszcze żył.

— Czyli co; gotowały, sprzątały i tak dalej? — Z trudem wyobrażałem sobie dwie signory w wieku więcej niż średnim zmagające się z ogromem domiszcza.

 Ma no! Oczywiście, że nie! W naszej wiosce nie brakuje młodych, chętnych do pracy. Sophia i Donatella organizowały takie siły i środki, jakie były w danym momencie potrzebne. Czy chciałby pan, aby tak było nadal?

Byłem wzruszony, ale również zaskoczony dalece nietrafną oceną moich skromnych możliwości finansowych. Do korzystania z „konta winnego” jeszcze nie dojrzałem, zaś moje dochody krajowe były... Były.

— Obawiam się, że nie stać mnie na zatrudnianie kogokolwiek...

— Pana nie musi być na to stać. To wszystko wchodzi w rozliczenia naszej kooperatywy. Oraz dowodzi niezmiennej sympatii dla świętej pamięci pana Michelangelo.

Umówiliśmy się, że będę dawał znać dwa dni przed przyjazdem, tak by duet Sophia-Donatella mógł przygotować dom do zamieszkania i zaopatrzyć go w bazę kulinarną. Żadne permanentne sprzątanie i gotowanie nie wchodziło jednak w grę. Ostatecznie człowiek, który przez większość dotychczasowego życia był singlem, ceni sobie niezależność i swobodę. Zresztą, za nic nie dałbym sobie odebrać rzadkich i cudownych chwil wspólnego kucharzenia z Antosią.

Zreasumujmy.

Po niespełna miesiącu od usłyszenia zadziwiającej nowiny, byłem całkiem nieźle wprowadzony w rolę nowego gospodarza Casa e Proprieta di Citta Abbandonata (tak brzmiała pełna nazwa domeny, składającej się z domu i winnicy) i prawnie umocowany na jej tronie. Ostatecznie więc podjęcie decyzji nastąpiło w sposób naturalny; nasze intencje skrystalizowały się do tego stopnia, że nie trzeba już było nazywać ich po imieniu.

Antosia musiała tymczasem wracać do swoich wykopalisk, ale na weekendy przyjeżdżała do Corbetto. Ja sam wybrałem się do K. dopiero pod koniec września, by zagrać pierwszy powakacyjny program z filharmonią. Teoretycznie mógłbym sobie odpuścić dalszą współpracę, ale miałem zamiar wywiązać się z ustaleń kontraktu, który dobiegał końca w grudniu. Ot, jakieś takie: plantatorem się bywa, altowiolistą — jest (jakkolwiek mało przekonująco by to nie brzmiało).

Ten polski tydzień nieco mi się dłużył. Choć program był wciągający (uwertura Bajka Moniuszki, Koncert skrzypcowy A-dur op. 8 Karłowicza i III Symfonia „Pieśń o nocy” op. 27 Szymanowskiego — dyrekcja postawiła na repertuar sprawdzony; przy wszechogarniającym zalewie tandety nie należało zniechęcać publiczności zbyt daleko posuniętą nowoczesnością; niektórym nawet Szymanowski jawił się jako zbyt awangardowy), myśli moje krążyły wokół innych miejsc i zgoła odmiennych spraw.

Zaraz po koncercie z ulgą wskoczyłem do samochodu. Pora przekonać się, jak jest naprawdę. I...

I tak zaczęły się moje (nasze) peregrynacje.

Gdy tylko zagrałem swoje, wsiadałem w autko, Eston wskakiwał na tylne siedzenie i gnaliśmy do Toskanii. Jeśli wzywały mnie obowiązki w K. — ruszaliśmy w odwrotnym kierunku. Do samego tylko końca roku (cztery miesiące) jeździłem do Włoch dziewięciokrotnie, co dawało w sumie osiemnaście przejazdów przez pół Europy.

Czasami nie potrafiłem określić, dokąd jadę. Pytałem słońca. Jeśli odpowiadało mi po lewej, znaczyło to, że mknę do Corbetto. Gdy wychylało się po prawej, wiedziałem już, że zmierzam do K. Gorzej bywało w nocy. Czasem nachodziły mnie wątpliwości czarne jak smoła. Po chwili dochodziłem jednak do wniosku, że każdy z kierunków jest właściwy. U celu zawsze czekał na mnie gotowy do zamieszkania (mniejszy lub większy) kawałek podłogi. Wolność rozciągająca się między dwoma punktami przestrzeni zaczęła mi niezwykle odpowiadać.

Eston był wspaniałym kompanem. Reagował na najmniejszy gest, gotów do natychmiastowej podróży. Jego dyspozycyjność wagabundy była najwyższej próby. Uwielbiał każdą podróż, ale trzeba było widzieć psią radość, gdy przybywaliśmy do Corbetto. Jego, nazwijmy to, opinia była zresztą przysłowiowym języczkiem u wagi. Ładny mi języczek! Widzieliście kiedyś jęzor zgonionego malamuta?

Posługiwałem się komendą zaczerpniętą z klasycznego serialu telewizyjnego. „Do wozu!”, wołałem krótko i pies już siedział w samochodzie. Nieco stresu przysparzały nam postoje. Co pewien czas musiałem rozprostować kości, dać odpocząć oczom i pozwolić Estonowi na parę nieskrępowanych ruchów oraz toaletę. Zawsze bałem się, aby nie wyskoczył znienacka i nie ruszył w niewłaściwą stronę, a przy autostradowych parkingach każdy kierunek jest dla biegnącego psa niewłaściwy. W końcu jednak i ten element opanowaliśmy nie najgorzej. Moje tętno podnosiło się już tylko o kilka jednostek.

Natomiast wspólny lot zaryzykowaliśmy tylko raz. „Wspólny” oznaczało zresztą, że ja siedziałem w kabinie pasażerskiej, zaś on w klatce, w luku bagażowym. Mocno na jego widok przerażone służby weterynaryjne naszpikowały go taką ilością środków uspokajających, że po przylocie musiałem na własnych rękach transportować do samochodu pięćdziesiąt kilo bezwładnego psa. Następnego dnia Eston był nie do życia. Ten wariant podróży odpadł więc raz na zawsze.

Jeżdżąc autem tak często i na tak długich dystansach, dobrze jest znaleźć jakieś zajęcie wypełniające bezmiar godzin. W moim wypadku wybór był prosty. Słuchałem muzyki. Miałem w końcu czas nadrobić zaległości. Nigdy nie przypuszczałbym, że jest jej aż tyle, tak pięknej i tak bezwzględnie wartej poznania. W moim niezbyt wypasionym autku (suzuki alto; czy jako alto-wiolista miałem inny wybór?) zamontowałem bardzo przyzwoity zestaw kolumn. Cóż to były za podróże! Zwłaszcza nocą. Musiałem tylko pilnować się i nie zapominać, że prowadzę jadący z dużą szybkością pojazd. Po jakimś czasie wzbogaciłem repertuar o audiobooki, a jeszcze później stwierdziłem, że mogę czas wykorzystać nie tylko do odtwarzania, ale i zapisu.

Gdy wracałem pamięcią do niezwykłego tygodnia spędzonego na rozwiązywaniu zagadki Rosenberga, miałem wrażenie, że ich uczestnikiem był ktoś zupełnie inny, ja zaś tylko o nich czytałem.

Wtedy wszystko zaczęło się od próby zabójstwa światowej klasy dyrygenta, której świadkiem stałem się w trakcie wieczornego spaceru z psem. Eston wyłowił wówczas pudełko wrzucone przez maestro Rucacellego do jeziorka. Wewnątrz znajdowała się zabytkowa batuta. A w batucie coś jeszcze... Krok po kroku zbliżałem się do tajemnicy sięgającej czasów drugiej wojny światowej. Odkrycie tajnych korytarzy oraz schowka wypełnionego dziełami sztuki z tak zwanej podwójnej listy stało się sensacją na światową skalę.

Ale kilka wywiadów prasowych i telewizyjnych audycji — w których rozmowa ze mną była ledwie jednym z elementów — zdeformowało przebieg i istotę wydarzeń tak bardzo, że szybko straciłem ochotę na udział w kolejnych. Zresztą już wkrótce nikt mnie nie zapraszał, bowiem tych, którzy wiedzieli więcej i lepiej, zrobiło się nagle całe mnóstwo. To wszystko obrośnie siatką zniekształceń i niedomówień, które później określa się mianem legendy, dumałem. Aż któregoś razu zrodził się we mnie pomysł, by ująć niewiarygodne przeżycia w formę opowieści. Ot, choćby na własny użytek.

Sprawiłem sobie dyktafon, włączający się automatycznie na słowne hasło. Wymyśliłem „altówkę”, ale sprzęt reagował, ilekroć użyłem słowa w rozmowie telefonicznej. Zastąpiłem je „violą”. Nagrania przenosiłem na papier w jednej z dwóch świątyń dumania: mojej torretcie (o której później) lub na poddaszu w K. Tym sposobem udało mi się utrwalić jedyny prawdziwy, nawet w calu niezafałszowany obraz przygód opisanych w poprzedniej książce. A ponieważ to gadanie niby do siebie weszło mi w krew, mówiłem dalej, komentując rzeczywistość i nagrywając kolejne stadia aktualnych zdarzeń i przemyśleń.

Rozterki dotyczące pytania „gdzie” nie przenosiły się na kwestię „z kim” chcę spędzić swoje życie. Gdy ujrzałem Antosię po raz pierwszy, trójstrzała Amora, Erosa i Kupidyna ugodziła mnie ze skutkiem natychmiastowym. Na szczęście tercet antyczny strzelał w obu kierunkach. Staż pani archeolog miał dobiec końca w połowie przyszłego roku. Wiedziałem, że Antośka, podobnie jak ja, rozważa profesjonalną przyszłość w dwóch wariantach: włoskim i polskim, z całym bagażem wątpliwości, przemyśleń i konsekwencji. Byliśmy jak dwa samodzielne i niezależne atomy, które nieoczekiwanie weszły na wspólną orbitę. Dwie odnalezione połówki jabłka; ying i yang we własnych osobach. Czy przestrzeń może w takiej sytuacji odgrywać rolę decydującą? Bez żartów, oczywiście, że nie. Ale przy tak dużym rozstrzale geografii, profesji i ambicji, trudno było o pospieszne decyzje.

Staraliśmy się nie zadręczać ciągłymi rozważaniami na temat przyszłości — co wcale nie znaczy, że nie myśleliśmy o niej. Było nam ze sobą dobrze i było nam dobrze do siebie tęsknić. Wiedliśmy ciekawe życie, a jeśli los zechciałby obdarować nas jakąś (malutką) niespodzianką, byliśmy gotowi na jej przyjęcie. Czasem przekomarzaliśmy się, pół żartem, pół serio.

— Kochankowie zatraceni — śmiała się Antonia. — Jedno w Rzymie, drugie na Krymie...

— Nie przejmuj się, miła. — Gładziłem jej rude włosy. — Tristanowi i Izoldzie też nie było lekko, a jakoś sobie wszystko poukładali...

— Mój drogi, trudności rozniecają miłość, a przeszkody totalne ją absolutyzują...

Miała rację. A ileż nieszczęśliwym uczuciom zawdzięcza sztuka! Gdyby nie zasieki piętrzące się na drodze do serca i ręki Harriet Smithson, Hector Berlioz nie skomponowałby Symfonii fantastycznej. Miss S. została w końcu jego żoną, a literatura muzyczna wzbogaciła się o arcydzieło. Przykłady można by mnożyć.

— Wybacz, kochany, ale nie przejawiam jakiejś szczególnej ochoty, aby opiewano mnie w poematach kosztem doczesnego szczęścia. Nie zamierzam też skonać z miłości w zbyt młodym wieku. Później, kto wie? To może być nawet atrakcyjne. Ale nie przed, hm... pomyślmy... dziewięćdziesiątką. OK? Więc poproszę o lepszy przykład.

— Dobrze, kogo my tu jeszcze mamy? — W pamięci starałem się odnaleźć słynnych, a nieco szczęśliwszych kochanków. — Abelard i Heloiza?

Antośka spojrzała na mnie z powątpiewaniem.

— Jesteś pewien? Wiesz, co zrobiono Abelardowi? Poza tym, kogo z nas widzisz w charakterze kandydata do zakonu? Choć akurat piękne listy mógłbyś do mnie pisać...

— Mam! Stanisław i Anna Oświecimowie! — Ucieszyłem się, odnajdując przykład z krajowego podwórka, uwieczniony w poemacie symfonicznym Karłowicza.

— Tak? No i co z nimi?

— No więc, oni... kochali się bardzo... bardzo się kochali... zupełnie nie jak brat i siostra...

— A, więc to było rodzeństwo?! Jako brata mogę traktować cię wyłącznie w kategoriach hippisowskich. W dodatku na wyłączność.

Faktycznie, myślałem, co to jest? Im love story bardziej pokręcone i tragiczne, tym większe szanse na nieśmiertelność.

— Już wiem! Romeo i Julia! — krzyknąłem tryumfalnie w trakcie weekendowego wypadu do Pienzy, miasteczka o teatralnej wręcz urodzie, w którym Franco Zefirelli zekranizował dramat Szekspira. — Chociaż — zawahałem się pod nieustępliwym spojrzeniem Antosi — to jednak wariant również nie dla nas... Poza tym — mrugnąłem porozumiewawczo — jesteśmy już chyba nieco zbyt dojrzali...

Antosia pacnęła mnie w głowę świeżo nabytą gomółką pecorino; ten z Pienzy, wyjmowany z głębokich kadzi wypełnianych popiołem, smakował wyjątkowo. Na szczęście dla mojej głowy, a przede wszystkim dla sera, cios był pozorowany.

Wyszedłem przed dom, gotów ruszyć na poszukiwania dwójki włóczęgów, których nieobecność trwała już trochę zbyt długo. Ale oni właśnie wracali, zadowoleni, rozbawieni, Antosia z płótnem pokrytym czarno-złotymi plamami, z których śmiała się niemiłosiernie („Przecież ty też sporo ćwiczysz, zanim wyjdziesz na estradę, prawda?”), Eston z wyrazem pyska mówiącym: no wiem, wiem, że się stęskniłeś, ale nie masz pojęcia, jak było fajnie... Domyślałem się, nic nie musieli mówić.

Następnego ranka leżeliśmy koło siebie w ogromnym, starym łożu z baldachimem; przez otwarte okna wpływało jeszcze rześkie, a już przytulne powietrze. Złote plamki, które słońce wyłuskiwało z pięknej twarzy Antosi, lśniły niczym drobinki kwarcu.

— Wiesz co? — odezwała się. — Właściwie dlaczego poszukujemy idealnych kochanków w historii? Przecież każda para to opowieść zupełnie niepowtarzalna. Przy całej ilości podobieństw, rzecz jasna.

 Bartolomeo e Antonia — zacząłem.

— Bartholomew and Antoinette...

— Bartosz i Antonia... B&A. Dobrze, że nie AA. Chociaż? Antonia e Altoviolista...

Ale A. już mnie nie słuchała.

— Bartek i Antośka. Podoba mi się. Kupuję! — przypieczętowywała ostateczną wersję. — Miłość całkiem nie tragiczna, tylko trochę dramatyczna... I niekiedy komiczna! — krzyknęliśmy w duecie, ponieważ w drzwiach pojawił się Eston wracający z patrolu; gdy nas dostrzegł, wziął rozbieg zakończony efektownym skokiem i wbił się między nas, na trzeciego.

Od samego rana Antośka pobłyskiwała na mnie zielonym spojrzeniem. Wiedziałem, co jej chodzi po głowie. Wakacje dobiegały końca, choć — nie wynurzając się poza magię otaczającej nas przestrzeni — trudno było w to uwierzyć. Myśleliśmy o tym z niechęcią. Toskanii — szczególnie wczesną jesienią — w ogóle nie chciało się opuszczać.

Ale ja musiałem. Moje życie zawodowe wkroczyło na nowe tory. Za kilka dni miał nastąpić oficjalny moment narodzin pewnej idei.

— A gdybyś tak pojechał sam, a potem wrócił po mnie? Mielibyśmy jeszcze cały tydzień... Ja tu się w tym czasie poopalam — (wiedziałem, że chce malować) — no i Estona nie będziesz musiał znowu wieźć przez pół Europy...

Gdy Antośka wypowiadała podobne słowa, zmyślna bestia podchodziła do niej, miękko kołysząc zadem, dotykała jej biodra smoczą głową i patrzyła porozumiewawczo to na nią, to na mnie. Zaopiekuję się nią stary, bądź spokojny — zdawał się mówić jego wzrok i cała postawa. Antośka uśmiechała się tryumfująco. Widzisz? — mówiło jej spojrzenie. Nie martw się, nam tu będzie dobrze. Jedź sam, zrób, co masz zrobić i wracaj...

W takim układzie nawet podróż samochodem nie była konieczna — mogłem po prostu skorzystać z ekonomicznej linii Skyper, która pół roku temu otworzyła połączenie między Florencją a K.

— No właśnie; samolotem mógłbyś polecieć dopiero pojutrze... Tu zyskujemy dzień, tam tydzień... — kusiła dalej.

Rzeczywiście, myślałem, ciągnięcie ich ze sobą tylko po to, aby Antośka posłuchała altówki Bartosza Czarnoleskiego, byłoby z mojej strony niczym więcej jak egoizmem. Właściwie wszystkie argumenty były po jej stronie; miękłem jak plastelina. Moje obiekcje dotyczyły tylko jednego; czy Eston nie przysporzy Rudozielonej kłopotów? Jednak po wzorcowych wręcz przykładach współdziałania i zrozumienia, którymi mnie ostatnio zarzucali, wątpliwość straciła na znaczeniu. Będę mógł zająć się bez reszty graniem. Za to jak cudownie będzie wrócić...

Antosia uparła się, że odwiozą mnie na lotnisko.

— Po co masz płacić za parking? — pytała nie bez racji. — Przecież przyjedziemy po ciebie, tylko daj znać, kiedy dokładnie wracasz...

— Za osiem dni, w poniedziałek. Samolot ląduje o dwudziestej cztery.

Wśród spraw, których byłem pewien, data powrotu znajdowała się na pierwszym miejscu. Ta pewność miała już wkrótce zostać wystawiona na solidną próbę...

2.



2.

— Co to jest wzgórze i w jaki sposób? — zapytał kiedyś podchwytliwie instruktor prowadzący zajęcia ze studium wojskowego — studenckiego ekwiwalentu prawdziwej armii. Na tak sformułowane pytanie trudno było znaleźć jednoznaczną odpowiedź.

— Studenci, a tak podstawowych rzeczy nie wiedzą... — Wykładowca z trudem krył pogardę. — A więc zapamiętajcie raz na zawsze: wzgórze jest to wybrzuszenie terenu w sposób pochyły! — tryumfował.

Zapamiętałem. Podobnie zresztą jak definicję psa:

— Pies składa się ze smyczy, obroży okalającej oraz psa właściwego.

Ten sam wykładowca sprawdzał kiedyś listę obecności.

— Pani Ż.? — odczytał.

— Niestety — jeden z kolegów zniżył głos do konfidencjonalnego szeptu — chora na tryton...

— A tak, rozumiem — odpowiedział instruktor z niejakim współczuciem...

Ilekroć zbliżałem się do Casa di Citta Abbandonata (Domu Porzuconego Miasta), przypominało mi się niezwykłe określenie, bowiem moja włoska posiadłość była zwieńczeniem pochyłego „wybrzuszenia terenu”. Jednego z niezliczonych wzniesień, utworzonych jakby leniwą falą, dalekim echem tego wstrząsu, który wystrzelił ku niebu Alpami, Apeninami i Dolomitami. Siódmego dnia Bóg odpoczywał. A gdzie? W Toskanii! Nikt — przynajmniej z miejscowych — nie miał co do tego wątpliwości.

Gdy po wielogodzinnej jeździe dostrzegałem Casę z daleka, trudno było mi powstrzymać wzruszenie. Oto moje miasto odnalezione, mówiłem sobie, i uzbrajałem się w dalszą cierpliwość, gdyż bliskość była pozorna; choć w linii prostej mógłbym przebyć dystans w kilka minut, w rzeczywistości miałem do pokonania serpentyny opadających i wznoszących się dróżek. W końcu docierałem do najniższego miejsca doliny, z którego w obie strony rozlewała się wstęga leniwie płynącej rzeki. Stamtąd rozpoczynałem finalną wspinaczkę.

Jak większość toskańskich domów, Casa di Citta Abbandonata znajdowała się w miejscu widocznym z daleka i dającym doskonały wgląd w okolicę. Nosiła więc cechy fortecy. Chociaż... Forteca zakłada istnienie potencjalnego napastnika. Kiedyś pewnie miało to uzasadnienie. Współcześnie z toskańskich siedzib wyglądano przede wszystkim gości.

Casa di Citta Abbandonata także ze względów architektonicznych zasługiwała na miano klasycznej toskańskiej budowli. Był to rodzaj solidnego sześcianu, ozdobionego wieżyczką o łagodnych narożach. Całość przykrywał lekko pochyły dach, wystający zawadiacko poza linię murów. Specyficzne dachówki, jakby przepołowione donice z terakoty, nadawały domostwu jednoznacznie południowy charakter. O toskańskości decydował też kolor ścian; dla jego określenia trzeba było stworzyć osobną kategorię, znaną pod nazwą sieny palonej (w nieodległej Sienie istniały surowe wymogi dotyczące kolorystyki miejskiej i to nie wyłącznie budynków, ale i wszystkiego, co wokół; na przykład parasoli osłaniających uliczne bary i kawiarenki). Dom otoczony był zabudowaniami gospodarczymi, które swym wyglądem dopełniały urody architektonicznego kompleksu. Od strony południowozachodniej kilka schodków wiodło na drewniany taras, u podnóża którego rozpościerały się piętra zielonych nasad, ze strzelistymi cyprysami, drzewkami oliwnymi i wielkolistnymi sykomorami na czele. Drzewa zapewniały cień w skwarne dni, jednak były tak wkomponowane w przestrzeń, że nigdy nie przysłaniały krajobrazu ciągnącego się kilometrami. Nieco wyżej, po drugiej stronie domu, znajdował się basen. Wspaniały, filtrowany, z krystaliczną wodą, odbijającą lazur nieba i opłukującą łagodne brzegi z piaskowca... Podczas upalnego lata zapraszał i kusił przez dwadzieścia cztery godziny na dobę...

No cóż, zdaję sobie sprawę, że tym basenem przelałem być może czarę niechęci, która już od pewnego czasu się wypełniała. Ale w opowieści swojej postanowiłem unikać zarówno przeinaczania faktów, jak i przemilczeń.

Dopiero po wejściu do sieni, wyłożonej kamiennymi płytami i zniewalającej urokiem starej cegły, zyskiwało się pojęcie o wieku domostwa. Nie musiałem zgadywać; w dokumentach odnalazłem informację, że dom został wzniesiony w roku... 1529. Z planów nie wynikało, żeby kiedykolwiek był przebudowywany, nie licząc oczywiście mniej lub bardziej gruntownych remontów. Tu przemawiała siła niezłomnych fundamentów, starych murów i... łaskawości historii, która nie przetaczała się przez okolice miażdżącym walcem. Owszem, w zapiskach Michalewicza natknąłem się na wzmiankę, jakoby w domu miał kiedyś stacjonować... Napoleon Bonaparte. Na szczęście armia ominęła miejsce spoczynku wodza szerokim łukiem.

Z korytarza wchodziło się do obszernej kuchni-jadalni, dwóch pomieszczeń spiżarnianych i pokoju gospodarczego. Była też toaleta z łazienką i prysznicem oraz skryte za solidnymi drzwiami zejście do piwnicy. Najrozleglejszą część parteru stanowił okazały salon, wyposażony w meble ciężkie i wygodne. Dwa rzędy okien wychodzących na wschód i zachód i dębowe ożebrowania sufitu dopełniały urody parterowych pomieszczeń.

W salonie znajdowały się schody prowadzące na piętro, a na nim hol — już nie tak rozległy jak na dole — z podłogą drewnianą i skrzypiącą oraz cztery sypialnie i niewielkie pomieszczenie gospodarcze. A także obszerna łazienka. Jakież było moje zaskoczenie, gdy manipulując przy zestawie — wiekowych, jak sądziłem — kranów, przypadkowo uruchomiłem jacuzzi. Jeśli chodzi o sypialnię, wybrałem tę mieszczącą się najbliżej schodów, przede wszystkim dlatego, że znajdowały się w niej... kolejne schody. Metalowy ślimak prowadził do pomieszczenia, które od razu podbiło moje serce. To była wieża, w której Michalewicz urządził bibliotekę. Miejsce cudowne, niczym spełnienie dziecięcych, a potem dorosłych rojeń o kawałku rzeczywistości, do którego chciałoby się zawsze powracać. Latarnia morska w morzu codzienności... Nieraz dochodziłem do wniosku, że z całej tej imponującej willi do szczęścia wystarczyłaby mi tylko wieża. Z drugiej strony, trudno było nie doceniać faktu, że u jej stóp rozpościera się całe królestwo. Torretta na swój sposób kojarzyła mi się z ukochanym poddaszem w K. Miejscem, w którym moje życie zaczęło zmieniać się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

W zaokrąglonych ścianach wieżyczki znajdowało się pięć okien — przekorny architekt naruszył symetrię czterech stron świata. Widoki zapierały dech w piersi o każdej porze dnia i nocy. Po wspięciu się na górę i podejściu do któregokolwiek z punktów widokowych znikało poczucie czasu. W zupełnie naturalny, organiczny wręcz sposób dotykało się nagle absolutu, a w jego towarzystwie niepotrzebne są słowa i myśli. Ale było to również fantastyczne miejsce do grania, słuchania muzyki, rozmyślania, czytania, a także — jak już zdążyłem wspomnieć — pisania.

Wszystkie niezajęte przez okna fragmenty ścian zabudowane były sięgającymi sufitu drewnianymi półkami, mieszczącymi tysiące książek w różnym wieku i w rozmaitych językach.

To miejsce musi zostać obejrzane i skatalogowane przez Sebastiana Marsa, powtarzałem za każdym razem.

Dzięki wielkiemu sercu Sebastiana i Sabiny Marsów — że są rodzicami Antosi, nie miałem wówczas zielonego pojęcia — zostaliśmy z Estonem przygarnięci w momencie zgoła krytycznym, praktycznie z dnia na dzień straciwszy poprzednie lokum. Gdyby nie erudycja i pomoc antykwariusza, prawdopodobnie nigdy też nie rozwiązałbym zagadki filharmonii w K.

Odkurzałem i odczytywałem tytuły na grzbietach książek, starając się wszakże nie zaburzyć zastanego ładu; dla Sebastiana wszystko mogło mieć znaczenie. Czasami tylko wyciągałem jakąś pozycję, która zaciekawiła mnie szczególnie, ale po przejrzeniu odkładałem ją w to samo miejsce. W takich momentach nachodziło mnie irracjonalne przeświadczenie, że za chwilę usłyszę kroki wspinającego się po schodach Michalewicza.

Czy dom z XVI wieku może mieć tajemnice? Pytanie nie na miejscu; raczej trudno wyobrazić sobie tak starą budowlę ich pozbawioną. Dla kogoś pochodzącego z części Europy, której dzieje — z różnych powodów — nigdy nie oszczędzały śladów kultury materialnej, sam fakt zamieszkania w przybytku mającym wartość muzealną wydawał się niezwykły. Tajemnicą Casy była jej historia. Nawet jeśli nie obfitowała w wątki szczególnie spektakularne (pomijając epizod napoleoński), sam fakt trwania przez kilka stuleci musiał nasycić ją ludzkimi dramatami, namiętnościami czy choćby zwykłym życiem — tym niepozornym kreatorem codzienności. To ono kryje najwięcej tajemnic, które nigdy lub prawie nigdy nie wypływają na światło dzienne.

Historię Casy opisaną ręką Michalewicza znalazłem kiedyś między książkami poświęconymi Toskanii. Trochę dziwiło mnie, że wśród papierów brakuje czegoś w rodzaju metryki budynku, ale Giuseppe Trovatore wyjaśniał, że większość dokumentacji po prostu zaginęła. Tłumaczenie stare jak świat.

Wzniesiona na zamówienie zamożnej rodziny magnackiej, stanowiła zaledwie jedną z kilku należących do niej posiadłości. Jako że pozostałe rozlokowane były w Sienie, Padwie i Florencji, należało wnioskować, że ta w Corbetto spełniała rolę villa rustica — domu wiejskiego. W wieku XVIII magnaci zubożali; zmuszeni do pozbycia się cenniejszych posiadłości miejskich, osiedli właśnie tutaj. To pewnie wówczas, z tęsknoty za utraconą świetnością, nadano willi nazwę „Porzuconego Miasta” (o które mogło chodzić: Padwę, Sienę czy Florencję? Wszystkie wspaniałe, ale z racji wielkości i rangi stawiałbym jednak na to ostatnie). W tym samym czasie, w poszukiwaniu dochodów i środków do życia, gospodarze zajęli się uprawą winnego grona i produkcją wina. Taki stan rzeczy — w zmiany generacyjne tu nie wnikam — trwał aż do początków wieku XIX, kiedy to willa została sprzedana, trafiając w ręce miejscowego plantatora, wzbogaconego na uprawie i handlu oliwkami. Jedni ubożeli, drudzy osiągali fortuny; normalna pod słońcem (również toskańskim) kolej rzeczy. Żaden z potomków nowego właściciela nie przetrwał wojny, bowiem wkrótce po jej zakończeniu pieczę nad posiadłością przejął anonimowy opiekun. Kiedy próbowałem dowiedzieć się czegoś o tym okresie od najstarszych mieszkańców wioski, tylko z niechęcią machali rękami.

Sytuacja zmieniła się, gdy ktoś zdecydował się zapłacić za dom i winnicę ogromne pieniądze. Kwota współcześnie nie dziwiłaby aż tak, jednak wówczas musiała szokować. Cena dla desperata. A jednak znalazł się taki.

Był nim Kazimierz Michalewicz.

Żałowałem, że nie udało mi się poznać osobiście poprzedniego gospodarza. Z chęcią posłuchałbym jego opowieści o historii domu. O jego historii... Jej fragment był mi znany. Tylko fragment.

Kolejnym w łańcuchu właścicieli byłem ja... Czasami prześladowało mnie poczucie, że jestem uzurpatorem, który znalazł się tu czystym zbiegiem okoliczności. Na szczęście były to tylko chwile; w przeciwnym razie niezwykły urok Casa di Citta Abbandonata wyparowałby dla mnie z kretesem.

A przecież dwukrotnie miały miejsce zdarzenia, które powinny mi uświadomić, że w starych murach nie wszystko jest tak oczywiste, jak z pozoru mogło się wydawać.

Przyjechałem wtedy do Corbetto nocą. Z anielicami stróżyniami, Sophią i Donatellą, spotkałem się dopiero nazajutrz w południe. Były dziwnie zmieszane.

— Signore Bartolomeo — trwożliwie zaczęła Sophia. — Wydaje nam się, że w pańskim domu harcują duchy... Bo chyba niemożliwe, aby to pan zostawił po sobie taki bałagan? — Spojrzała na mnie badawczo.

Nie wiedziałem, jaką skalę nieporządku ma na myśli. Nigdy nie chciałem nadużywać opiekuńczości obu kobiet i zostawiałem dom w jakim takim ładzie, ale mogliśmy się różnić w jego rozumieniu. Poprosiłem o bardziej szczegółowy opis zjawiska.

— W kilku pomieszczeniach meble nie stały na swoich miejscach...

— Moje drogie, kochane panie — przerwałem od razu. — Od kiedy to siły niematerialne posiadają zdolność przesuwania materii?

— Signore Bartolomeo, niech pan nie żartuje z duchami. One mogą więcej, niż się wydaje — rzekła Donatella z widocznym szacunkiem.

Odczułem niepokój. Nie, nie z powodu duchów. Ale jeśli obserwacje obu pań nie były wynikiem przewrażliwienia, to wynikało z nich niezbicie, że pod moją nieobecność ktoś wdarł się do domu.

— Duchy, z całą pewnością duchy, a mówiąc dokładnie — duch... — uspokajała (?!) mnie Sophia. — To są u nas powszechnie znane rzeczy. Zwykło się mawiać, że duch powraca, jeśli pozostawił jakieś niezałatwione sprawy.

Sęk w tym, że Michalewicz wszystko pozałatwiał, myślałem. To był kolejny argument przeczący interwencji sił nadprzyrodzonych. Już raczej skłonny byłem uwierzyć w rekonesans złodziejaszków, którzy postanowili oszacować zawartość domu pod nieobecność nowego gospodarza, lecz przekonawszy się, że wnętrze nie kryje nic cennego (ze złodziejskiego, a nie z historycznego punktu widzenia), na tym poprzestali. Była jeszcze inna możliwość: rzekomy chaos — do czasu mego przyjazdu poskromiony zresztą przez dzielne niewiasty — mógł być równie dobrze tworem ich malarskiej wyobraźni. Uspokojony, przestałem zawracać sobie głowę siłami nieczystymi.

Jednak innego razu to ja zauważyłem coś dziwnego. Nie było mowy o pomyłce, bowiem rzecz dotyczyła półki z woluminami, które przed wyjazdem znajdowały się w centrum moich zainteresowań. Książki były poprzestawiane. Nie bałaganiarsko i byle jak, ale traf chciał, że nie miałem co do tego najmniejszych wątpliwości. Spróbowałem znaleźć proste wyjaśnienie.

— Signora Sophia, signora Donatella, czy możliwe jest, aby pod moją nieobecność ktoś buszował wśród półek z książkami w torretcie?

— Pewnie byłoby to możliwe, gdyby do wieży wchodził ktoś oprócz nas. Ale tak nie jest — oznajmiła Sophia z godnością. — To było dla signore Michelangelo miejsce święte i dlatego nie pozwalamy, by znalazł się tam ktoś postronny. A my książek nie dotykamy. Questo no — zakończyła urażonym tonem, sugerującym jednocześnie, że w książkach drzemie jakieś utajone zło, które niechcący może z nich wypełznąć.

— To duchy. — Donatella przewróciła oczami. — Mówiłam panu.

Wyglądało na to, że przyjdzie mi się pogodzić z wizytami ektoplazmatyków. Nawet jeśli wpadali od czasu do czasu, to w trakcie moich pobytów zachowywali się wzorowo, nie strasząc niepotrzebnie i nie odbierając Casie niczego z jej czaru.

Droga wśród pagórków snuła się leniwie, podobnie jak ospały niedzielny ruch. To, że Antosia z Estonem odwozili mnie na lotnisko, było czymś nowym. Choć konfiguracja świadczyła, że dojrzewamy do coraz śmielszych posunięć, mimo wszystko nie czułem się w pełni komfortowo. Antośka chyba to wyczuwała, by zatem nie budzić nut nazbyt emocjonalnych, spychała mnie do roli balastu, który stoi na drodze do rozpoczęcia upragnionego dolce far niente. Pies najwyraźniej niecierpliwił się, pragnąc już przejąć rolę opiekuna, którą wpajałem mu przez ostatnie dni. Nawet Sophia i Donatella pożegnały mnie słowami: „No, nareszcie będziemy mogły porwać signorinę Antonię ze sobą”.

— Wszyscy mnie tu mają dość. — Spojrzałem na Rudzielca z nadzieją, że natychmiast zaprzeczy. Nic podobnego. Moja miła ograniczyła się do stwierdzenia:

— Nie użalaj się nad sobą, tylko jedź i zrób, co masz zrobić. I to dobrze, bo nagrania będę słuchać wnikliwie. Pamiętaj o wibracji...

Aby nie niepokoić Estona atmosferą lotniska, pożegnaliśmy się przy samochodzie.

— Daj znać, jak tylko dojedziecie do domu. Będę spokojniejszy...

Antosia spojrzała na mnie z politowaniem, jednak w pocałunku, którym uraczyła mnie na pożegnanie, wyczuwałem mniej pobłażliwe nuty...

W chwilę potem błękitny fiacik 500 z wypełniającą prawie całą tylną szybę głową Estona rozpłynął się w drżącym od słońca powietrzu. Wbrew wszelkim tak ciężko i intensywnie wypracowanym racjom zrobiło mi się nieswojo.

Pod koniec ubiegłego roku pojawiła się informacja, że z powodów budżetowych wszelkie audycje (konkursowe przesłuchania) do filharmonii w K. ulegają zawieszeniu na czas nieokreślony. Najtańsza orkiestra to ta, która w ogóle nie koncertuje. Niebezpieczny paradoks zaczął docierać do świadomości finansowych decydentów. Wiedziałem, że w dalszej perspektywie może to postawić pod znakiem zapytania istnienie niejednego zespołu.

Święta Bożego Narodzenia spędzaliśmy w K. Zaraz po Nowym Roku Antosia miała przeprowadzić sondażową rozmowę o możliwościach zatrudnienia na miejscowym uniwersytecie. Jej włoskie koneksje wcale nie osłabły (wiedziałem, że któryś z mentorów w bardzo ogólnych słowach zarysował możliwość asystentury na Uniwersytecie w Padwie), ale panna Mars najwyraźniej chciała przypomnieć się rodzimemu środowisku akademickiemu. Ja z kolei miałem do odegrania jeszcze tylko koncert sylwestrowy (Johann Strauss senior&junior), po czym... Stawałem się wolny jak ptak. Przez krótki moment nic mnie nie gnało i donikąd mi się nie spieszyło. Winnica trwała w zimowym letargu, a jeśli nawet było coś do zrobienia, to miejscowi wiedzieli o tym lepiej niż ja.

Moja przygoda z Toskanią zaczęła się już wówczas, kiedy opadły nieco kurz i emocje wzniecone w sekretnych przejściach filharmonii w K. Nie zależało mi, aby wiedzę o dramatycznie zmienionym statusie posiadania upowszechniać. Wiedziałem, do czego zdolna jest ludzka ciekawość i długie języki. Nagle trzeba udowadniać, że nie jest się wielbłądem, a i tak jest to zadanie z gatunku przeciśnięcia się tegoż przez ucho igielne. Wśród niewielu poinformowanych znalazł się Jacek, który początkowo przyglądał mi się z nieukrywaną podejrzliwością.

— Ty? Winnicę? No, co ty też... kur... desz... improwizujesz... — Zaniemówił z wrażenia. Podejrzewał mnie chyba o udział w jakimś spisku. Nie mieściło mu się w głowie, że altowiolista może stać się nie tylko autorem, ale i beneficjentem własnego sukcesu.

To właśnie skrzypek zadzwonił 1 stycznia. W ramach noworocznych remanentów zaproponował wspólne piwo.

— Bądź cierpliwy, jutro się wszystkiego dowiesz. Będzie też Konrad i... Joasia.

Sytuacja osobista moich kolegów uległa zmianie. Dziewczyna wiolonczelisty nie wytrzymała napięcia związanego z jego przygodą (której konsekwencją były złamana ręka i czasowe wykluczenie ze społeczności grających) i odpuściła go sobie. Natomiast u boku Jacka — aż dotąd samotnika — pojawiła się nowa liderka drugich skrzypiec z Orkiestry Kameralnej „Johannes”. Joanna była jasnowłosą, wesołą dziewczyną, w której uroda i inteligencja walczyły o palmę pierwszeństwa, nigdy definitywnie nie przesądzając sporu.

Jacek miał dość tajemniczą minę.

— Mówię ci, chcą się chajtnąć — szepnął Konrad poza kadrem.

Początek roku sprzyjał postanowieniom; wiolonczelista mógł mieć rację.

Po dwóch piwach nie wytrzymałem.

— Czy możesz już przestać robić te tajemnicze miny? Kiedy ślub? Wal prosto z mostu, jakoś to zniesiemy.

Joanna i Jacek byli zaskoczeni bezpośredniością pytania. W dzisiejszym świecie takie wycieczki w prywatność nie są popularne. Ale nie obrazili się. A nawet — jak mi się zdawało — obdarzyli wzajemnie spojrzeniem z gatunku: „No widzisz? Słowa nie gryzą. Może kiedyś o tym pogadamy?”.

— Zupełnie nie to. — Jacek wrócił do właściwego celu spotkania. — Posłuchajcie, od pewnego czasu chodzi mi po głowie... Zresztą, pomyślcie sami: w jakim my tu gronie siedzimy?

— W gronie przyjaciół gadających przy piwie — przytomnie odezwał się Konrad.

— Nie o to chodzi. — Skrzypek machnął ręką ze zniecierpliwieniem. — Spójrz w kategoriach profesjonalnych...

— Wiem! — wykrzyknąłem podekscytowany. — Kwartet! — Emocja natychmiast udzieliła się Konradowi.

— Smyczkowy! — Dopełnił rykiem.

Rozpromieniona Joanna patrzyła na Jacka wzrokiem: „A widzisz? Mówiłam, że to kupią!”.

— Stary, to jest genialna myśl! — Początkowy entuzjazm był wszechstronny, zaraźliwy i wzajemnie się nakręcający. Wkrótce jednak pojawiło się trzeźwiejsze spojrzenie.

— Wy co prawda pracujecie w jednej orkiestrze. Ja się jakoś dopasuję, jakem freelance. Ale Bartek? Z tym swoim geograficznym rozdarciem? — Przez Konrada przemawiał głos rozsądku.

— Jednak zauważ, że ponad połowę czasu spędzam w K. I jest to mój czas, to znaczy mogę nim dysponować wedle własnej i tylko własnej woli — pospieszyłem czym prędzej z zapewnieniem, byle tylko nie odsunęli mnie od projektu. A żeby raz na zawsze wybić im to z głowy, dorzuciłem: — Wchodzę w to z kopytami, psem (może nam rozkładać pulpity i robić za bodyguarda) i włoską posiadłością, czytaj, dla przykładu: toskańskie noce z muzyką kameralną...

— Dlaczego noce? — spytała Joanna podejrzliwie.

— Bo w letni dzień jest za gorąco, żeby grać...

To zrobiło wrażenie na wszystkich. Za oknem siąpił ni to deszcz, ni to śnieg, mimo godziny ledwie szesnastej zapadał zmrok. Samo wyobrażenie miejsca, w którym jest za ciepło, nocy, która stwarza warunki do muzykowania, miało działanie magiczno-terapeutyczne. Już po godzinie doszliśmy do wniosku, że przy dobrej woli i odpowiedniej logistyce wszystko da się zorganizować. Zaś dobrze wyselekcjonowany skład osobowy tak niewielkiego zespołu jest ważniejszy od pewnych organizacyjnych, acz pokonywalnych niedogodności. Gdy więc cudowna idea połączenia muzycznych pragnień i tęsknot zyskała rację bytu, przystąpiliśmy do snucia — początkowo lokalnych, a potem i mocarstwowych — planów. Od własnego podwórka i lokalnej publiczności przesuwaliśmy się coraz bardziej na południe, by w końcu miesięcznym rejsem, na przykład z Triestu — a dlaczego by nie z cyklem koncertów na pokładzie ekskluzywnego transatlantyku? — dotrzeć do Nowego Jorku, gdzie publiczność Carnegie Hall już oczekiwała na nasz występ, drżąc z niecierpliwości.

— Żebyśmy tylko nie zapomnieli o najważniejszym — powiedziała Joanna po kolejnych kwadransach upojnych i upajających wizji.

— O najważniejszym? A co jest najważniejsze? — Tylko Jacek był zaskoczony.

— Jak to co? Nazwa! — Odrzekliśmy zgodnym chórem.

No i zaczęło się. Bo nazwa — przecież nie tylko w przypadku kwartetu smyczkowego — to szczęśliwy drogowskaz wyłowiony z przestrzeni, dobra wróżba, ziarno sukcesu lub... czegoś wręcz przeciwnego. Dobrej nazwy nie sposób przecenić. Poza tym wybieranie jej to pierwsza próba sił i charakterów, to badanie granic konfliktów i kompromisów, to odpowiedź na pytanie: czy damy radę wsiąść do wspólnej łódki, już na początku nie wpadając do wody?

Jakich propozycji tam nie było! Podzieliłbym je na parę kategorii. Na przykład geograficzną. W ramach wzmiankowanych już planów muzycznej konkwisty, od razu wypróbowywaliśmy wersje dwujęzyczne. Zaczęło się od Kwartetu Smyczkowego „Suliwa” (Nie wiecie jeszcze, co to Suliwa? Cierpliwości, wkrótce się wyjaśni). Salajwa String Quartet.

— To może od razu Szałwia! Po łacinie Salvia. Co, może brzydkie? — zaperzyła się Joanna.

— Kochanie, nikt nie mówi, że brzydkie...

Od tej pory nie będę już łączył wypowiedzi z autorami. Mówiliśmy wszyscy, każdy coś mówił, bo — jak powszechnie wiadomo — kwartet to dzielenie włosa (i głosa) na czworo.

— Południowopolski Kwartet Smyczkowy. South-Polish String Quartet.

— Doskonałe! — rozległ się okrzyk pełen zjadliwej ironii. — A może od razu Kwartet Południowo-Południowozachodni?

Pojawiała się kategoria łacińsko-włoska.

— Kwartet Smyczkowy „Curiosum”. Camerata Curiosum.

— A jakby tak Kwartet Smyczkowy „Cztery Pory Roku”?

— To może od razu Kwartet Smyczkowy „Ich Czworo”. Albo Quartetto “Pizza Capricciosa”.

— A co powiecie na Three Plus One String Quartet?

Najlepszą metodą na wyeliminowanie jakiegoś pomysłu było jego natychmiastowe ośmieszenie.

— Skoro już jesteśmy przy nazwach dawnych zespołów wokalnych to może — zamiast Filipinek — Filipiny? Philipines String Quartet?

— Jestem za. Niech rząd w Manilii ufunduje nam stypendia.

— Filipiny nie... Ale może... Filipy? Z konopi rzecz jasna...

Na tapetę trafiła nowa kategoria, odkompozytorska.

— Chopin, Moniuszko, Szymanowski, Karłowicz, Bacewicz, Penderecki, Lutosławski — odpada. Wszystko zajęte, wszystko już było...

— O, to jest niezłe! Kwartet Smyczkowy „Wszystko Już Było”...

— Wiem! Ben Akiba String Quartet!

— Mhm. Z siedzibą w Emiratach Arabskich...

Tego już nikt nie komentował. Ale wpadliśmy na pewien trop. Bo gdyby tak — dla przykładu — Kwartet imienia Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego? Dokonaliśmy pobieżnego przeglądu artystów polskich z różnych branż, mogących magią nazwiska dorzucić splendoru powstającej grupie.

— Mateyko String Quartet.

— Hm, sukces na Litwie murowany.

— Kwartet Smyczkowy „Wyspiański”?

— Ładne. Ale dlaczego właściwie to musi być mężczyzna? — Joanna nieoczekiwanie podniosła element równouprawnienia. — Dlaczego nie Boznańska String Quartet?

Jakoś tak sami z siebie porzuciliśmy plastyczno-literacki trop.

W pewnej chwili stopień absurdu osiągnął wyżyny. Jasne było, że dzisiaj już prochu (czytaj: nazwy) nie wymyślimy. Chyba że...

— Nazwijmy się po prostu Kwartet Smyczkowy.

— Kwartet Smyczkowy „Kwartet Smyczkowy”? The String Quartet “String Quartet”... Taaak... Może i coś w tym jest, ale czy jesteście pewni, że wszyscy złapią?

— Ja na pewno nie — odezwałem się po dłuższej chwili milczenia.

— A co ty właściwie tak nic nie mówisz i tylko chcesz krytykować?

W powietrzu zawisło czytelne oskarżenie z gatunku: „no jasne, posiadacz ziemski i w dodatku altowiolista”. A może jeszcze cięższe: „altowiolista i do tego krwiopijca”.

— Nic nie mówię, bo nie dajecie mi dojść do głosu. Ale skoro już doszedłem, to powiem. Bo chyba mam coś ciekawego. — Gdyby ironia mogła się skraplać, spadłby na moją głowę wcale niemały deszcz. Nie przejmowałem się tym wcale. — Kwartet Smyczkowy imienia Aarona Gudelsteina. The Gudelstein String Quartet.

Przed wojną istniał w K. Kwartet Gudelsteina. Aaron Gudelstein — w tamtych czasach, jeden z najwybitniejszych europejskich skrzypków — był jego prymariuszem. Okoliczności ostatniego, dramatycznego koncertu, po którym artyści mieli zostać aresztowani przez gestapo, a przede wszystkim tajemnicę sensacyjnego zniknięcia muzyków i czterech bezcennych instrumentów dłuta Lucci Silvariego odkryłem przy okazji rozszyfrowywania zagadki Rosenberga.

Zaskoczeni koledzy zamilkli.

— Ty wiesz, że to jest nawet niezłe? — Jacek otrząsnął się jako pierwszy. Jak na pierwszego (skrzypka) przystało.

— I dość uzasadnione — dorzucił Konrad.

— Powiem jednym słowem: super! — Joanna nie miała wątpliwości.

— A nie boisz się... — Jacek wahał się — że, hm, jakby to powiedzieć... — wyraźnie miał z tym trudności — brzmi to trochę... nietutejszo?

— Nietutejszo? OK. To niech będzie Czarnoleski String Quartet. Albo Kowalski. A może Nowak? Wystarczająco tutejsze? Bo jak nie, to mogę wymienić jeszcze parę prawdziwie prawdziwych nazwisk...

— Bartek, nie chodzi o mnie, tylko o tak zwany odbiór społeczny...

— Nie rozśmieszaj mnie. Aaron Gudelstein był obywatelem tego kraju i tego miasta. I to wybitnym obywatelem. Więc powiem po prostu, I don’t care... Nie każ myśleć mi w kategoriach innych niż artystyczne i zdroworozsądkowe...

Cztery dłonie wylądowały na środku stolika, przykrywając się nawzajem. Pakt został zawarty.

— Jako pomysłodawcy, przysługuje ci prawo zamówienia kolejnych czterech piw. — Taką to uroczystą formułą Jacek podsumował akt założycielski.

 Ladies and gentleman, this is your captain speaking... — zaskrzeczały głośniczki, próbując wybić się ponad szum silników i pracujące na pełnych obrotach indywidualne nawiewy. Czułem, jak prawe ramię drętwieje mi z zimna, podczas gdy lewe spływa potem. Słuchałem, że znajdujemy się na wysokości tylu a tylu stóp nad poziomem morza, lecąc z taką a taką szybkością przelotową. W tej chwili przekraczamy granice Austrii, wlatując w strefę powietrzną Republiki Czeskiej. Pogoda nam sprzyja, mamy lekki wiatr w ogon, na lotnisku w K. powinniśmy wylądować za około pięćdziesiąt minut. W porcie docelowym niebo jest bezchmurne, temperatura wynosi 18 stopni Celsjusza...

O mało nie zasnąłem pod wpływem monotonii kapitańskiego głosu.

Postanowiłem odżałować osiem euro i zamówiłem „zestaw” składający się z bułki o konsystencji gąbki, wypełnionej serem o konsystencji i smaku lekko stopionego plastiku oraz coli, która niestety, nie zdążyła się schłodzić. Jej słodka lepkość zalała mi dłonie.

Minione dziewięć miesięcy wykorzystaliśmy z pełnym zaangażowaniem, najpierw zapoznając się z kanonem literatury kwartetowej, potem ustalając konkretny repertuar, który szlifowaliśmy w trudzie, pocie czoła i bez spoglądania na zegarek. W lipcu zaprosiłem kolegów do Toskanii na coś w rodzaju obozu kondycyjnego. Dwa tygodnie minęły jak maźnięcie pędzlem. Cztery czwarte kwartetu Gudelsteina było w siódmym niebie. Widziałem, że do kolegów nie dociera początkowo realność miejsca, ale do komfortu przyzwyczaić się nietrudno. Po godzinach intensywnych prób organizowaliśmy nocne koncerty serenadowe (przy świetle księżyca i pochodni), na które wszyscy mieszkańcy Corbetto mieli otwarte zaproszenie. Włosi kochają muzykę; nie muszą o niej dużo wiedzieć, ale stanowi element ich narodowego charakteru. Dlatego przychodzili tłumnie, uradowani, że coś tak ciekawego dzieje się w ich niewielkiej miejscowości. Przynosili owoce, wino, sery, pachnące i jeszcze ciepłe chleby, swój entuzjazm i bezgraniczną radość. Gdy graliśmy — nie ograniczając się tylko do stricte kwartetowych pozycji — było cicho jak makiem zasiał, za to potem wybuchał gorący aplauz, niekończące się rozmowy, z gestykulacją, śmiechem a nawet śpiewem i tańcami.

Antosia promieniała; jej słoneczność lśniła nawet — a może jeszcze wyraźniej — po zmroku. Natomiast Eston wcielał się w rolę majordomusa: witał, pozdrawiał i odprowadzał gości, traktując nas wszystkich jak potężne stadko powierzone swojej opiece.

Raźno zeskoczyłem na płytę lotniska. Włożyłem krajowego sima do komórki i w bojowym nastroju ruszyłem przed siebie. Nim zdążyłem opuścić halę przylotów, telefon rozdygotał się i rozdźwięczał. W sam początek mojego pobytu na ziemi ojczystej — wedle najlepszych reguł prawa Murphy’ego — wbił się klinem głos nadkomisarza Bielskiego.

Z Robertem przyjaźniliśmy się od czasów wyjaśnienia zagadki Rosenberga. Spotykaliśmy się nie raz i nie dwa, ale od tamtej pory nasza znajomość nie wkraczała na terytorium kryminalistyki. Fakt, że telefon ożył, gdy tylko znalazłem się w K., uznałem za omen niemożliwy do przeoczenia.

Nadkomisarz rozmawiał ze mną w tak naglącym tonie, że postanowiłem udać się pod wskazany adres bezpośrednio z lotniska. Zrobię wrażenie, zjawiając się na miejscu domniemanej zbrodni (tyle wywnioskowałem ze słów nadkomisarza) z tajemniczą walizeczką — niczym kryminolog z przenośnym laboratorium. Chyba tylko Bielski będzie wiedział, co jest w środku. Taksówkarza poprosiłem, aby zawiózł mnie pod najbardziej północny z pięciu samochodowych mostów przerzuconych przez rzekę Suliwę.

Prawda, winien jestem wyjaśnienie.

W K. wszystko kręci się wokół Suliwy, choć właściwie to ona snuje się wokół miasta, oplatając je wstęgą niespecjalnie pospiesznego nurtu. Można powiedzieć, że jego szybkość dostosowana jest do intensywności i pośpiechu lokalnego życia. Suliwa — to odwieczny temat numer jeden. A że się wije tak jakoś nie wiadomo jak, a że meandry są urocze, ale w końcu musi dojść do powodzi, bo brzeg nieco bardziej na północ jest praktycznie pozbawiony wałów ochronnych, a że dużo komarów, a że zamiast plaży i chaszczy przydałyby się nadbrzeżne bulwary, a że oczyszczalni ścieków nie ma, a że kąpać się niebezpiecznie, bo nie dość, że brud, to jeszcze wiry, a że flota by się jakaś przydała, bo na całym świecie sąsiedztwo rzeki jest atrakcją, zaś u nas utrapieniem — rzeczywiście, pływające tu i ówdzie koromyślaste łódeczki nadają się raczej na spływ kajakowy imienia Brunona Schulza — a że mostów za mało, a te, które są, mogą się zawalić... Gdy nadciągają wybory samorządowe, rozpoczyna się proces zwany przez obywateli „dolewaniem Suliwy do ognia”; jedni zarzucają drugim zaniechania, sami roztaczając tęczowe wizje...

Suliwa patronuje też niektórym okazom lokalnej (dość wątłej) gospodarki: są Zakłady Mleczarskie Suliwa, Fabryka Czekolady Nad Suliwą, nawet nieczynna i niedostępna od lat stara kopalnia soli nosi miano szlachetnej rzeki (jej młodsza, powojenna siostra przejęła tytuł w nieco zmienionej formie — Sóliwa; prawda, jak sprytnie?). Aż dziw, że i filharmonia nie pokusiła się o wodnistą nazwę. Suliwa Philharmonic Orchestra — czyż nie brzmiałoby dumnie?

Taksówka dotarła na miejsce.

— Oho! Coś się stało... — odkrywczo zauważył kierowca na widok blokującej przejazd plastikowej taśmy z napisem „Policja”.

— Dlatego tu właśnie jestem. — Nie mogłem powstrzymać się od malutkiej bufonady; wszak po raz pierwszy wzywano mnie jako eksperta do sprawy kryminalnej, co zresztą w dalszym ciągu trochę mnie dziwiło. Gdy wysiadałem z auta, szofer z szacunkiem rzucił okiem na futerał.

— Nie wolno! Nie widzi pan, że przejścia nie ma?

Pilnujący taśmy policjant najwyraźniej mnie nie rozpoznał.

No cóż, w lokalnym światku oficerów śledczych ciągle nie byłem postacią pierwszoplanową.

— Proszę przekazać nadkomisarzowi Bielskiemu, że Bartosz Czarnoleski przyjechał.

Twarz policjanta złagodniała. Widać nazwisko odezwało się w pamięci utajonym echem. Radiotelefon zaskrzeczał dwustronnie.

— Proszę, niech pan idzie. Nadkomisarz czeka. — Wysłużony futerał po raz kolejny stał się adresatem spojrzenia pełnego estymy.

Robert przywitał mnie poważną miną. Uśmiechnął się dopiero na widok mojego sprzętu śledczego.

— Chcesz mu zagrać serenadę pośmiertną?

— Raczej odę... — mruknąłem. Świadomość, że zaraz stanę oko w oko (?) z martwym człowiekiem powoli odbierała mi humor. Śmierć była niebezpiecznie blisko. Czaiła się na wyciągnięcie ręki.

— No właśnie... — Bielski odczytywał moje myśli. — To nie jest najprzyjemniejszy widok. Nawet dla profesjonalisty. Jeśli nie chcesz, nie musisz oglądać...

Nie chciałem wyjść na... filmozę (czyli takiego, co to zamyka oczy w drastycznych momentach filmu; no dobra, czasami zamykałem...). Zresztą, nie było tak źle. Mężczyzna wyglądał na śpiącego. Leżał, a właściwie siedział oparty o przęsło. Jedynie miejsce, które wybrał na drzemkę, należało uznać za nietypowe. Mimo woli odetchnąłem. Po dramatycznym zagajeniu nadkomisarza spodziewałem się czegoś znacznie bardziej przerażającego. Choć obcowanie ze zwłokami nie należy do przyjemności, pomyślałem, że dam radę. Przedwcześnie. Bielski delikatnie podciągnął rękaw brązowego, najwyraźniej liczącego wiele lat garnituru denata. Jego lewy nadgarstek wyglądał jak ozdobiony czerwoną bransoletką. Biżuteria śmierci.

— Sprawca omal nie odciął mu dłoni. Nie dotykaj, bo odpadnie. — Nadkomisarz zaprezentował subtelne poczucie humoru.

— No tak, faktycznie... On już nie pogra. — Zrewanżowałem się.

— Chyba że danse macabre. — Spojrzał na mnie szybko. — Nie przejmuj się. W ten sposób próbujemy oswajać grozę, z którą stykamy się na co dzień. Ale ty? Subtelny artysta, można by pomyśleć. No, no...

Nadrabiałem miną.

— Czy sprawca próbował odrąbać denatowi rękę? — zadałem profesjonalne, jak mi się zdawało, pytanie. Podświadomie rozglądałem się — może był to jeszcze wpływ lektury o przygodach Policjanta, Który Się Nie Uśmiecha — za okazałą i, rzecz jasna, okrwawioną siekierą.

— Niekoniecznie. — Bielski trzymał w ręku coś, czego w pierwszej chwili nie dostrzegłem. — Posłużył się subtelniejszym narzędziem. Artystycznym, powiedziałbym.

Nareszcie pojąłem, dlaczego nadkomisarz zdecydował się do mnie zadzwonić. W jego wyciągniętej dłoni znajdowała się struna. Najnormalniejsza w świecie skrzypcowa (lub altówkowa) struna, użyta w najnienormalniejszym celu. Nie pomyślałbym nawet, jak złowieszcza może być jej moc.

— Zadanie śmiertelnej rany... tym, musi być trudne — podzieliłem się wątpliwością.

— Zgadza się. Ale można sobie ułatwić zadanie. Trzeba ofiarę zblejtramować, najlepiej wysokoprocentową mieszanką. A gdy traci świadomość, wystarczy owinąć strunę wokół nadgarstka, zacisnąć... Alkohol rozrzedza krew. Krzepliwość gwałtownie spada. Śmiertelne wykrwawienie następuje w ciągu kilku minut...

— Inspiracji poszukiwałbym w Ojcu chrzestnym... — próbowałem z marszu, i do tego twórczo, włączyć się w śledztwo.

Bielski spojrzał pytająco.

 Ojciec chrzestny? Luca Brasi? Fortepianowa struna? Zawodowy morderca? Naprawdę nic ci to nie mówi?

Gdybyż to było takie proste. Pojawia się Bartosz Czarnoleski i oznajmia, że sprawcą makabrycznego zabójstwa jest członek włoskiej mafii, niejaki Luca Brasi. Otrząsnąłem się. Nie tak dawno miałem do czynienia z la piovrą. W zupełnie nieliterackich konotacjach. Byli moimi przeciwnikami w wyścigu do skarbów ukrytych w sejfie Rosenberga. O mało nie wyprzedzili mnie na ostatniej prostej, ale dałem radę. Daliśmy radę; bez Estona finisz byłby przegrany. A swoją drogą, policjanci powinni przechodzić jakiś kurs beletrystyki fachowej, od Zbrodni i kary poczynając. Książka Mario Puzo byłaby na liście obowiązkowej.

Struna...

Ciekawe; prawdopodobnie wrzynała się w nadgarstek nieszczęśnika, gdy pokonywałem niebo nad Europą. Wylądowałem tuż po zakończeniu występu.

— Na jakiej podstawie sądzisz, że ofiara była pod wpływem alkoholu?

— Zapach. Nie czujesz go? Musiał być zdrowo nadźgany. Jestem pewien, że sekcja to potwierdzi.

— Ktoś tu się szarpnął na koncert z bankietem.

Ale Bielskiemu nie było teraz do śmiechu.

— Ktoś mi tu gra na nerwach i ambicji. I to solidnie. Mówię ci, ludzka fantazja zdaje się nie mieć granic. Mało to naszych rodzimych, przaśnych, siekierzasto-nożowniczych zabójstw? Wóda, dziwy, brudne interesy, pseudobiznesmeni, czuby, nędza, konkurencja, zazdrość i jej siostra zawiść — to wszystko wpisuje się w nadsuliwskie motywy zbrodni. Ale struna?! Co my tu, kurwa, London Philharmonic zakładamy?!

Był zdenerwowany. Widziałem to. I słyszałem.

— Wysublimowane narzędzie zbrodni — nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że tym mianem określę mój zawodowy atrybut — nie eliminuje żadnego z motywów, które wymieniłeś...

Robert machnął tylko ręką.

— Daj spokój. Lepiej pojedźmy na komendę.

Najchętniej wymówiłbym się; w końcu przyjechałem tu prosto z lotniska. Nie tak chciałem przywitać się z K. Z toskańskiego raju wprost do suliwskiego piekła. Czy nie dość, że kawałek mnie pozostał w Casa di Citta Abbandonata, razem z Antosią i Estonem? Ech, gdzie jesteście, upojne wieczory?

Zrezygnowany wsiadłem do policyjnego auta. Grupka specjalistów przeprowadzała na miejscu zbrodni niezbędne badania.

— Nic tu po nas... — rzucił Robert, trzaskając drzwiami.

— Po nim też nie... — Mój humor był atramentowo czarny. — A czy to dobrze, że... — nie wiedziałem, jak to sformułować — zabrałeś mu strunę?

— Sądzisz, że miałby z niej jeszcze pożytek?

Nie odpowiedziałem. W końcu to on jest policjantem. Powinien znać odpowiedzi. Przynajmniej na niektóre z pytań.

3.



3.

Usiedliśmy w gabinecie przesiąkniętym papierosowym dymem. Przed nosem parowały szklanki z kawą po turecku (fusy do połowy, reszta wrzątek). Nadkomisarz wyjął z szuflady coś, co przypominało talię kart, którą zaczął układać w wachlarz.

— Stawiasz pasjansa?

Zbył mój niewczesny żart milczeniem.

— To są obywatele naszego szlachetnego miasta, którzy opuścili ten padół łez w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Jeśli przyjrzysz się im dokładnie, bez trudu stwierdzisz, że z czyjąś zaangażowaną pomocą.

Na szczęście — w tym przypadku na szczęście — miałem już dziś za sobą kontakt z „żywym” trupem, w przeciwnym razie odjęłoby mi mowę. Były tam bowiem damy z rozpłatanymi podbrzuszami i zmiażdżonymi czaszkami, walety z odciętymi częściami ciała, króle bez głowy i głowy bez królów — za to z wytrzeszczem tak strasznym, że zaraz przypomniały mi się co bardziej martwe sceny z dziełek pewnego uznanego twórcy filmowego — oraz asy pozbawione większości swoich atutów. Proporcja kolorów — zdjęcia były barwne — uległa zdecydowanym przewartościowaniom na rzecz czerwieni.

— Chcesz powiedzieć, że to wszystko wydarzyło się w naszym K.? — Nie mogłem wyjść ze zdumienia. — Może czytuję niewłaściwe gazety?

— Zależność jest prosta: jeśli dziennikarze nie wpadną na trop którejś ze zbrodni, w naszym interesie rzadko kiedy leży jej nagłaśnianie. Więcej z tego komentarzy o nieudolności organów śledczych niż realnej pomocy. Krótko mówiąc, opinia publiczna wie tylko o tym, o czym donosi prasa. A to obraz dalece niekompletny. Tak, mój drogi. Czy chcesz, czy nie, świat nie składa się z samych pięknych dźwięków. O ile jednak pamiętam, wyraziłeś swego czasu wolę wspierania mnie w niektórych śledztwach...

O ile ja pamiętałem, propozycja taka padła z ust nadkomisarza, co nie znaczy, że nie przyjąłem jej z pewnego rodzaju dumą. Pochlebiało mi, że moja umiejętność kojarzenia zdobyła uznanie oficera z wydziału zabójstw. Prezentacja, którą Robert właśnie urządził, miała przybliżyć mnie policyjnym standardom. „Nie wiesz, z czym stykamy się na co dzień”, zdawał się mówić. „I dobrze, że nie wiesz, bo to zajęcie dla ludzi o nerwach ze stali, w dodatku nieskończenie długich (nerwach, rzecz jasna). Ale pojawiła się sprawa ze znanym ci elementem, być może zahaczająca o bliskie ci środowisko; dlatego potrzebuję twojej pomocy”.

— Jestem złakniony choćby odrobiny statystycznej otuchy. — Bielski wbił mnie w niemiłe przekonanie, że K. jest prawdziwą jaskinią zbrodni.

— Pytaj — burknął niechętnie.

Stawał się trudnym rozmówcą. Przypomniały mi się jego słynne cedzone frazy, znamionujące ból co najmniej jednego zęba. Nadkomisarz służbowo a nadkomisarz prywatnie to były dwie zupełnie różne osoby. W tej chwili znajdował się w osobowościowym rozdarciu.

— Jaka jest skala wykrywalności sprawców najcięższych przestępstw?

— Odnosimy sukcesy w... prawie pięćdziesięciu procentach.

— Czyli w ponad połowie ich nie odnosicie? — upewniałem się z uśmiechem godnym członka sejmowej komisji śledczej.

— Faktycznie, to brzmi trochę gorzej... Ale wiesz, statystyka statystyką...

— Te zdjęcia nijak nie kojarzą mi się ze statystyką... — zauważyłem posępnie.

Gdzieś tu, w naszym poczciwym K., żyli, mieszkali i chodzili po ulicach niebezpieczni szaleńcy. Szaleńcy? Problem polega na tym, że szaleńcy nie dostrzegają własnego szaleństwa, widząc w nim raczej misję do wypełnienia.

Zamilkliśmy na moment. Żonglowanie procentami nie przybliżało nas do wysnucia choćby jednego konstruktywnego wniosku. Tajemnica złego humoru nadkomisarza była prosta. Zwrócił się do mnie, bo przeczuwał własną bezradność. Pewnie z góry zakładał, że ma do czynienia z przypadkiem mieszczącym się w niewykrywalnej połowie. Jako profesjonalistę musiało go to boleć. Gdybym tak ja zadzwonił do niego z pytaniem: „Robercie, jak sądzisz, czy na początku drugiej części sonaty Hindemitha trzeba wskoczyć od razu w czwartą pozycję, czy raczej spróbować glissando przez dwie struny?”.

Ale przecież nie było w tym jego winy. Żaden, nawet najlepszy, policjant świata nie mógł pochwalić się stuprocentową wykrywalnością. Chyba że należał do kategorii geniuszy: książkowych lub ekranowych. Śledczy, który zgubił, pomieszał lub nie może odnaleźć tropów, musi czuć się jak skrzypek nieradzący sobie z opalcowaniem szczególnie trudnego fragmentu. A jeśli nawet teoretycznie wie, jak go zagrać — dalej nic z tego. Za trudne. Niewykonalne.

Frustrujące, nieprawdaż?

Żal mi było Roberta. Głównie dlatego, że postawił na niewłaściwego wspólnika. Bo byłem bezgranicznie i rozpaczliwie bezradny. Co z tego, że kiedyś coś tam udało mi się rozwikłać? W sprzyjających okolicznościach pewnie każdy może stać się bohaterem. Jednej akcji. Rozdarty między Toskanią, do której już zdążyłem zatęsknić, a kwartetem, który coraz silniej kusił mnie poranną próbą, byłem chyba najgorszym kandydatem na tropiciela, jakiego Bielski mógł wymyślić. Zresztą, czy nie dokonał przypadkiem skojarzenia zbyt nagłego, nieuprawnionego choćby jedną wzmacniającą przesłanką?

Kawałek metalu, którego użyto do morderstwa, mógł być równie dobrze sznurkiem do snopowiązałki, wędkarską żyłką albo zwykłym drutem. Wystarczył zbieg okoliczności: zbrodniarz znalazł na ulicy komplet skrzypcowych strun... Zaraz, komplet? Dlaczego komplet? A dlaczego nie dwa? Albo dziesięć? Ile kompletów strun znalazłem w życiu? A tam kompletów... Czy kiedykolwiek — spędzając mnóstwo czasu w miejscach tłumnie odwiedzanych przez muzyków — natrafiłem na choćby jedną bezpańską strunę? Odpowiedź brzmiała: nie! Należało czym prędzej założyć, że wśród przedmiotów, których przypadkowe znalezienie jest najmniej prawdopodobne, struny zajmują baaardzo wysoką pozycję. Może więc asocjacja nadkomisarza nie była aż tak absurdalna?

Rozumiałem zły humor Bielskiego, a powiedzieć, że sam byłem w szampańskim, trąciłoby przesadą. Wściekłość bywa następstwem niemocy. Ale nie chciałem oddawać pola bez rozegrania choćby jednej akcji.

— Czy wasze laboratoria mogą zbadać wiek struny?

— A to ma jakiekolwiek znaczenie? — W głosie Roberta wyczułem powątpiewanie.

— Kluczowe! — kontynuowałem blefik, nie mając pojęcia, że czystym przypadkiem jestem blisko sedna... — Zresztą, to zawsze zdążymy zrobić, prawda? — waliłem do Bielskiego frazami z podrzędnego kryminału. — Czy, powiedzmy, na jeden wieczór mógłbyś powierzyć mi... narzędzie zbrodni?

— Nie wiem, chyba tak... — Bielski wplątał się w pułapkę. Oczekując pomocy, nie mógł lekceważyć moich pomysłów, nawet jeśli byłyby zaprzeczeniem sztuki śledczej. Osiągnąłem swój mały cel: chwilkę czasu do namysłu.

Policyjny radiowóz podrzucił mnie na starówkę. Zbliżała się północ. Poddasze przywitało mnie dobrze znanym zapachem starych murów i... pustką. Bez Antosi i Estona nie było tym samym miejscem. To i dobrze. O to właśnie chodziło, powtarzałem sobie. Nie przyjechałem tu na wakacje. Moje ostatnie pobyty w K. przeradzały się w morderczą pracę. Choć koledzy trochę sarkali na przedzielające je nieobecności, to przecież z góry wiedzieliśmy, że tak właśnie będzie. Nieraz musiałem się nasłuchać o altowiolistach-winorobach, feudałach z przypadku, ale nie obrażałem się, wiedząc, że w gruncie rzeczy piją do tego, aby po próbie wysączyć którąś z przywiezionych przeze mnie butelek. Nie miałem nic przeciwko temu. Wręcz przeciwnie; po parogodzinnej fizycznej, intelektualnej i emocjonalnej orce moje (Boże, puchnę z dumy!) Sangiovese di Citta Abbandonata miało smak boskiego nektaru. Kto raz popróbował, nie miał już ochoty na wina z supermarketu.

Mimo zmęczenia nie mogłem zasnąć. Wydarzenia drugiej części dnia wprawiły mnie w nastrój... na pewno nie artystyczny. Myśl rwała się i błądziła, nie mogąc zdecydować się na żaden z kierunków. W końcu jednak zrozumiałem, że tym, co naprawdę uniemożliwia mi spoczynek, jest rodząca się... trema. Tak, tak, to słowo istnieje, a zjawisko — choćby nie wiem jak racjonalizowane i oswajane — potrafi dojść do głosu w najmniej oczekiwanym momencie. I ścisnąć okolice żołądka świdrującym gorsetem...

No cóż, nietrudno się domyślić, co tym razem przywiodło mnie do K. Od koncertu inaugurującego estradowy byt Kwartetu imienia Aarona Gudelsteina dzieliły nas już tylko dni.

Kwartet... Jaka magia go wspomaga? Co powoduje, że w opinii wielu znawców i miłośników jest najdoskonalszą, najbardziej harmonijną formą muzycznej wypowiedzi? Czy można go uznać za zespół solistów, czy raczej orkiestrę w miniaturze?

Jest orkiestrą — bo przyświeca mu taka sama idea podstawowa: wspólne wykonywanie muzyki. Jest nią, bo — podobnie jak orkiestra — nie powinien być sumą egoizmów.

Nie jest natomiast, bo transparentny, czteroliniowy rysunek dźwięków nikomu nie pozwoli schować się w masie. Nie jest, bo indywidualizm bywa tu nie tylko dopuszczalny, ale wręcz pożądany.

Oto klasyczny przykład godzenia ognia z wodą; tylko tam, gdzie uda się uzyskać równowagę żywiołów, może być mowa o sukcesie.

Kwartet to poświęcenie. Praca aż do bólu. Wspólny oddech.

Kwartet wymaga cierpliwości i dobrotliwości. Odrzuca zazdrość, nie jest chełpliwy, nie nadyma się. Neguje postępowanie nieprzystojne, nie szuka swego, nie unosi się, nie myśli nic złego. Nie raduje się z niesprawiedliwości, ale raduje się z prawdy. Wszystko zakrywa, wszystkiemu wierzy, wszystkiego się spodziewa, wszystko znosi.

Tak, kwartet ma w sobie coś z małżeństwa. Wczesne zauroczenie, dozgonne deklaracje, wspólne stawianie czoła trudnościom, potem rysy, pęknięcia i... dojrzałość albo rozwód. Czasami ponowne zejście się po latach. Lub trwanie z rozsądku. Znane są przykłady najwybitniejszych grup, które podróżują na koncerty oddzielnymi samolotami, nie mieszkają w tych samych hotelach, a o wspólnych posiłkach nie może być nawet mowy. Spotykają się na estradzie i rozstają tuż po zejściu z niej. Dlaczego? To proste: nie mogą na siebie patrzeć. Jednocześnie wypracowana latami jakość wspólnego grania jest takiej próby, że rynek nie pozwala im się rozpaść.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com