Ostatni gong  - Bogusława Czosnowska  - ebook
Wydawca: Literatura Net Pl Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ostatni gong - Bogusława Czosnowska

Opis losów pokolenia, które wyrokiem historii opuściło swą kresową małą ojczyznę.

Autorka, urodzona we Lwowie gwiazda szczecińskiej Komedii Muzycznej i gdańskiego Teatru „Wybrzeże” opisuje w formie pamiętników czasy swojego dzieciństwa na kresach, młodości w teatrze, przedstawia zakulisowe historie i anegdoty, a także przeżywa sentymentalną podróż do innego już, współczesnego Lwowa.

Książka została nagrodzona przez Gdańskie Towarzystwo Przyjaciół Sztuki.

Opinie o ebooku Ostatni gong - Bogusława Czosnowska

Fragment ebooka Ostatni gong - Bogusława Czosnowska











Bogusława Czosnowska

Ostatni gong

Literatura.net.pl

Wydanie pierwsze
Gdańsk 2000


Mojemu mężowi - Zdzisławowi


Projekt okładki Dariusz Szmidt



Autor zdjęcia na okładce Edmunda Bonnauda




W tekście zamieszczono zdjęcia

Małgorzaty Bramorskiej-Fogiel, Tadeusza Bilińskiego, Tomasza Degórskiego, Edwarda Hartwiga, Zbigniewa Kosycarza, Wojciecha Lendziona, Tadeusza Linka, H. Matuszewskiego, Grażyny Wyszomirskiej, Edmunda Zdanowskiego oraz ze zbiorów prywatnych



Skład i łamanie Jerzy M. Kołtuniak



Redaktor Monika Podgórniak



Korekta Zespół




Wydanie pierwsze



© Copyright by Bogusława Czosnowska, Gdańsk 2000


ISBN 83-87342-23-8

Tower Press 

Gdańsk 2000

Konwersja: Nexto Digital Services








TEATR I CHATYNA





1.

Sztuka i prywatność. Polskie pamiętniki teatralne, czyli pamiętniki pisane przez ludzi teatru (głównie aktorów), sięgają początków sceny narodowej. Pierwszy był tutaj, oczywiście, Wojciech Bogusławski jako autor Dziejów Teatru Narodowego, do których dołączył nieocenione „wiadomości o życiu sławnych artystów" (1820). To stamtąd możemy dowiedzieć się najwięcej o wizycie trupy Bogusławskiego w Gdańsku w roku 1811, kiedy to Teatr Narodowy dał 21 reprezentacji, „patrząc na świetną postać mnóstwem wojska napełnionego miasta" (głównie wojska napoleońskiego; nawet afisze drukowano wówczas w trzech językach: po polsku, niemiecku, ale i po francusku). Przykład Bogusławskiego-pamiętnikarza był zaraźliwy. Swoje pamiętniki, czasem nawet w formie dziennika, czyli pamiętnika pisanego „na gorąco", pozostawili m.in.: Kazimierz Skibiński, Jan Nepomucen Kamiński i Bogumił Dawison. Nieocenione i pierwszorzędne memuary skreślił przeciętny aktor (ale wybitny pamiętnikarz) Stanisław Krzesiński, nadając im znamienny tytuł Koleje życia, czyli Materiały do historii teatrów prowincjonalnych, wydane przez Dąbrowskiego dopiero w roku 1957. Krzesińskiemu znacznie ustępuje Helena Modrzejewska jako autorka Wspomnień i wrażeń, spisanych tuż przed śmiercią po angielsku, pełnych zmyśleń i egzaltowanego wielosłowia (wydanych w polskim przekładzie także w roku 1957). Więcej niż wydane w dwóch tomach Wspomnienia Ludwika Solskiego (1955-1961) warty jest Pamiętnik Ireny Solskiej w opracowaniu Lidii Kuchtówny (1978). Z wybitnych aktorów swoje najczęściej nieświetne pamiętniki wydali w formie książkowej m.in.: Zelwerowicz, Adwentowicz i Fertner. Dokładnie tylko w latach 1945-1991 – jak to wyliczyła Urszula Rudzka – ukazało się 100 książek o charakterze pamiętnikarsko-wspomnieniowym, dotyczących teatru. Znalazły się tutaj rozmaite niedyskrecje teatralne, podróże komiczne, gawędy, opowiadania, notatniki, przygody i monologi. Za klasyczne zwykło się uważać dzieło Adama Grzymały-Siedleckiego Świat aktorski moich czasów (1957), imponujący esej wybitnego i długowiecznego krytyka – chociaż słabego dramatopisarza – kierownika literackiego i dyrektora kilku teatrów (w tym krakowskiego i bydgoskiego). Pamiętniki teatralne pisywali nie tylko aktorzy, ale i reżyserzy (np. Erwin Axer), radiowcy (np. Tadeusz Byrski), piosenkarze (np. Mieczysław Fogg), recenzenci (np. August Grodzicki), tancerze (np. Loda Halama), pisarze (np. Jarosław Iwaszkiewicz), lalkarze (np. Henryk Ryl), już nie wspominając o dyrektorach teatru (np. Arnold Szyfman) czy dramatopisarzach (np. Jerzy Szaniawski). Odnotować też warto bardzo rzadkie pamiętniki suflerów (np. Bronisława Nieszporka) czy wręcz widzów teatromanów (np. Elżbiety Kietlińskiej).

Zdarzały się u nas swoiste licytacje „na pamiętniki", które nagle zaczęły ze sobą rozmawiać. Po znakomitym pamiętniku Zofii Kucówny Zatrzymać czas (1990), Adam Hanuszkiewicz wydał efekciarskie Psy, hondy i drabinę (1991). Tadeusz Łomnicki zaproponował w wyborze Marii Bojarskiej pasjonujący zbiór eseistyki teatralnej na temat swoich najwybitniejszych ról i dokonań pt. Spotkania teatralne (1984). Tuż po śmierci świetnego aktora ta sama Maria Bojarska, jego ostatnia żona, wydała frapujący i ryzykowny pamiętnik-dziennik Król Lear nie żyje, opisujący z kontekstami przede wszystkim zmagania się Łomnickiego z materią wielkiej roli szekspirowskiej, ale także z materią ich wspólnego życia. Chory na serce Jerzy Stuhr naszkicował w szpitalu efektowną i niebanalną spowiedź artysty pt. Choroba sercowa, wskazując raczej miłość do sztuki, aniżeli na stan swego zdrowia. Gustawowi Holoubkowi we Wspomnieniach z niepamięci towarzyszą rewelacyjne rysunki Kazimierza Wiśniaka (1999); jego żona, Magdalena Zawadzka wkłada swoimi pamiętnikami po prostu Kij w mrowisko (2000). Nieoceniony i bezkonkurencyjny Erwin Axer proponuje sobie i czytelnikom kolejne Ćwiczenia pamięci (1984, 1991), czyli zbiory olśniewających esejów i felietonów, gdzie każdy jest właściwie osobną całostką, na które wcześniej z wielką żarłocznością rzucali się czytelnicy „Dialogu".

Na naszych oczach pamiętniki, pisane najczęściej przez ludzi teatru, którzy wiele już przeżyli, coraz bardziej młodnieją. Spragnieni zakulisowych informacji o swoich idolach teatromani, mogą znaleźć na półkach księgarskich książki wspomnieniowe na przykład Olbrychskiego czy Jandy, których pamięci „pomagają" wynajęci specjalnie do tej pracy zawodowi dziennikarze, noszący w Ameryce miano ghost-writerów. Wiadomo, gwiazdy nie mają czasu (chociaż miewają „czerwone pazury"), tymczasem rynek oczekuje „świeżej porcji" intymistyki, raczej zdecydowanie przedkładając na przykład Nagłe zastępstwo Izabeli Cywińskiej, czyli gorący jeszcze dziennik pani minister kultury (BGW 1992) nad wstrząsają cy pamiętnik wielkiej aktorki żydowskiej Idy Kamińskiej Moje życie, mój teatr (Krąg 1995).


2.

Pamiętnik Bogusławy Czosnowskiej Ostatni gong nie do końca jest chyba pamiętnikiem. Poza oczywistym kontekstem historyczno-teatralnym z dziejów polskich pamiętników teatralnych (od Bogusławskiego do dziś), prowokuje również do krótkiej choćby konstatacji na temat postawy autobiograficznej i różnych form literatury intymnej (od wspomnienia do „łże-dziennika"). Okazuje się, że pamiętnik nie musi być wcale prozatorską relacją o zdarzeniu, którego autor był świadkiem lub uczestnikiem. Czosnowska wybiera przecież w pewnej chwili „rymowanki", czyli mowę wiązaną, aby w tej formie opowiadać nie tylko o swoim fotelu, ale i o sztuce. Wiadomo, że pamiętnik może być traktowany jako źródło wiedzy historycznej (często źródło bałamutne). Nie przestaje wszakże pozostawać nade wszystko tzw. dokumentem osobistym, czyli zapisem subiektywnego widzenia świata, zjawisk i ludzi, własnych przekonań i pasji. Pamiętnik jest wreszcie także po prostu formą piśmiennictwa, gatunkiem paraliterackim, który wręcz przygotował narodziny powieści. Należy do pism osobistych – jak list czy dziennik intymny. Wcale nie musi sztywno trzymać się chronologii. Trzyma się na przykład kalendarza Jan Chryzostom Pasek jako autor Pamiętników, obejmujących – rok po roku – lata 1656-1688; bagatelizuje kalendarz Maria Kuncewiczowa jako autorka Fantomów, która dokładnie w 34 sekwencjach przywołuje z pamięci najróżniejsze klisze i zdarzenia. Czosnowskiej bliższa jest oczywiście Kuncewiczowa niż Pasek. Jeśli pamiętnik tym różni się od autobiografii, że nie analizuje raczej świata intymnego autora, lecz nastawiony jest na relacje o zdarzeniach zewnętrznych, to wówczas Czosnowskiej „słoneczniki obracają się ku słońcu", ale i ku autobiografii właśnie, gdzie autorka z taką samą atencją traktuje swoją kolekcję moździerzy, jak i aktorstwo i prywatność Marii Malickiej, dla której bez przerwy podgrzewała rosół z makaronem. Zapiski Czosnowskiej najbliższe są jednak po prostu wspomnieniom, formie dużo luźniejszej niż pamiętnik. Na pewno nie mogą być nazwane dziennikiem, pisanym „dzień po dniu", chociaż wiele zapisków zostało przez autorkę obłożonych miejscem i datą napisania. Ostatni tekst powstał bodaj w grudniu 1999; najwięcej „migawek" pochodzi jednak z lat osiemdziesiątych. Pisane zwykle były w Sianowie Leśnym, gdzie Busia i Zdzich mają swoją letnią chatynę; czasem w Gdańsku, Szczecinie, Zakopanem czy Poznaniu. Jasno widać, że Busia – jak ją wszyscy pieszczotliwie nazywają – wozi swój pamiętnik ze sobą, pisze w różnych miejscach, przynajmniej na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat. W pamiętniku Czosnowskiej opowieść o własnym życiu i potrzeba mówienia o sobie i swoich najbliższych są może istotniejsze aniżeli chęć zapisania najważniejszych wydarzeń z historii teatru współczesnego, których świadkiem i uczestnikiem była autorka. Trochę wedle zasady: byłam przy tym. Pamiętnik więcej bodaj mówi o Busi niż o scenie, więcej o chatynie niż o teatrze. Bardzo wyraźnie przesuwa się od literatury faktu w stronę literatury wyznania. Inna sprawa, że Czosnowska nigdzie nie obiecuje, że będzie mówiła „prawdę i tylko prawdę". Jej wspomnienia często są po prostu „dziurawe", czyli bardzo selektywne. Czosnowska pisze tylko o tym, o czym ma ochotę pisać. Fala autobiografizmu, żeby użyć świetnej formuły Małgorzaty Czermińskiej, zalewająca książkę Czosnowskiej, spycha nierzadko autorkę na mielizny dość łatwego optymizmu, wszechogarniającej radości istnienia, z poniechaniem tego, co najważniejsze w życiu społecznym i politycznym, które najwyraźniej mało autorkę obchodzi. Jej „słoneczniki obracają się ku słońcu" zaś na pewno nie obracają się ku sprawom publicznym, naznaczone piętnem klerka, czyli w tym wypadku artysty, który stroni od spraw życia politycznego i od sporów światopoglądowych (przynajmniej w pamiętniku). Czosnowskiej nie interesuje ani szesnaście miesięcy „Solidarności", ani stan wojenny. Trochę tak, jakby ich wcale nie było. Autorka przyjmuje raczej introwertyczną postawę autobiograficzną, gdzie świat jest tylko bodźcem dla „ja" wewnętrznego, „ja" lirycznego i „ja" optymistycznego. Od czytania zdecydowanie woli gotowanie, nad bibliotekę przedkłada chatynę. Uwielbia rymowanie, w wolnych godzinach pisuje wierszyki, odczytywane później w gronie przyjaciół. W swojej książce Czosnowska pomieściła ostatecznie teksty o naturze hybrydycznej: prozę i wiersz, narrację i wyznanie, wspomnienie i zapis chwili, budujące w rezultacie formę amorficzną i wielogatunkową, na dobrą sprawę trudną nawet do nazwania.


3.

Bogusława Czosnowska była niewątpliwie gwiazdą dwóch teatrów: szczecińskiej Komedii Muzycznej za czasów Czosnowskiego (pierwszego męża artystki) oraz gdańskiego Teatru „Wybrzeże" za czasów Golińskiego. Jako aktorka zagrała około 200 ról; jako reżyser wyreżyserowała blisko 60 przedstawień. Na scenie przebywała właściwie nieprzerwanie od dziesiątego roku życia. Zaczynała we Lwowie, swoim rodzinnym mieście (rocznik 1926), bodaj od roli Jacka w scenicznej adaptacji O dwóch takich, co ukradli księżyc. Po blisko pięćdziesięciu latach Czosnowska wróci do swego debiutu jako autor i reżyser nowej wersji scenicznej uroczej powieści Kornela Makuszyńskiego, powierzając w Gdańsku rolę Jac ka młodziutkiej Dorocie Kolak (w roli Placka partnerowała jej Dorota Lulka). Przedstawienie Czosnowskiej, nazywane po prostu widowiskiem muzycznym, doczekało się, bagatela, ośmiu różnych realizacji w różnych miastach PRL-u. Było w teatrze tamtych czasów szlagierem niemal na miarę wcześniejszej o prawie ćwierć wieku ekranizacji historii Jacka i Placka w wersji Brzechwy i Batorego z braćmi Kaczyńskimi w głównych rolach.

Także we Lwowie Busia Czosnowska, córka pielęgniarki i wziętego laryngologa, u którego porady lekarskiej szukał często sam Kiepura, rozpoczęła regularną edukację aktorską. Bronisław Dąbrowski pisze w swoim pamiętniku pt. Na deskach świat oznaczających (1977) o Bogusławie Michna-Czosnowskiej jako o wyróżniającej się słuchaczce Studia przy Polskim Teatrze Dramatycznym we Lwowie „zaraz po wojnie". Wśród koleżanek Busi znalazły się wówczas m.in. Ludwika Castori i Zofia Petry. Adepci sztuki aktorskiej niemal natychmiast wchodzili na scenę. Pracami Studia kierował Aleksander Bardini – „Sasza", prowadzący z kandydatami na zawodowców zajęcia z dykcji oraz elementarnych zadań aktorskich. Historii literatury i teatru uczył Czosnowską dr Jerzy Koller, plastykę ruchu ustawiała Maryna Broniewska, zaś nad umuzykalnieniem pracował Sylwester Czosnowski, za którego 18-letnia wówczas Busia, piękna i szczupła, wyszła najzwyczajniej za mąż (małżonek był dokładnie 18 lat starszy od panny młodej). Czosnowska pisze o swoim pierwszym małżeństwie artystycznym wiarygodnie i bez upiększeń. Nie na tyle jednak, aby przypomnieć na przykład, że Polski Teatr Dramatyczny we Lwowie był – mimo wszystko – sceną propagandową, gdzie przed spektaklami często wygłaszano referaty o świetlanej przyszłości komunistycznej Polski i o wdzięczności dla wyzwoleńczej armii radzieckiej. Nawet w inscenizacji Wesela Bronisław Dąbrowski usunął wszelkie akcenty religijne, chociaż Wyspiański wyraźnie domaga się „ogromnych obrazów" Matki Boskiej Ostrobramskiej i Częstochowskiej nad drzwiami weselnymi. Reżysera lwowskiej premiery arcydramatu bardziej jednak interesowały rewolucyjne przemiany w społeczeństwie polskim po II wojnie światowej, zapowiadające bankructwo panów, którzy „nie chcą chcieć". Czosnowska potrafiza to, wzruszająco i pięknie – niczym Adam Zagajewski – opowiadać o Lwowie na co dzień, także wówczas, gdy przyjeżdża do rodzinnego miasta i do rodzinnego domu (przy ulicy Zyblikiewicza 15) po trzydziestu latach nieobecności. Jest to jej prawdziwa „podróż do Lwowa".

W ramach akcji repatriacyjnej lwowiacy spod znaku Dąbrowskiego ostatecznie trafili do Katowic i do Szczecina. W Katowicach Dąbrowski objął niemal natychmiast (po dymisji Adwentowicza i Horzycy) dyrekcję Teatru Śląskiego im. Wyspiańskiego. W Szczecinie Czosnowski (po dy misji Bronisława Skąpskiego) został dyrektorem Komedii Muzycznej przy ulicy Swarożyca 5, przemianowanej wkrótce na dzisiejszy Teatr Polski. Dla Busi Czosnowskiej, czyli pani dyrektorowej, Szczecin jest niezmiennie miastem „magnoliami pachnącym". Miastem aktorskich triumfów Marii Malickiej i Artura Młodnickiego, gdzie nierzadko premiery odbywały się co dwa tygodnie. Tutaj narodziła się legendarna Busia kucharka (pierwsza potrawa: duszone cynaderki). Czosnowska świetnie podgląda życie, trochę gorzej sam teatr. Być może dlatego, że zdarza się jej grać 15 ról w sezonie, co – jak na debiutantkę przed dyplomem – wydaje się ciężarem ponad siły. Pierwsze podejście do egzaminu aktorskiego u Korzeniewskiego Czosnowska oblała (a któż nie oblał?); ostatecznie została aktorką zawodową z pełnymi kwalifikacjami rok później, zdając egzamin u Szletyńskiego (musiał to być rok 1948). W Szczecinie grała dużo i dobrze, właściwie bez wytchnienia. Na przykład Klarę w Zemście Fredry, albo Elżbietę w Rozdrożu miłości Zawieyskiego, czy Annę w Dwóch teatrach Szaniawskiego (Annę i Panią), albo Hanię w Głupim Jakubie Rittnera. Szkopuł jednak w tym, że tak naprawdę Komedia Muzyczna pod dyrekcją Sylwestra Czosnowskiego była teatrem dość płaskim i raczej „deserowym". Ambitniejsze pozycje repertuarowe zdarzały się z rzadka. Na co dzień królowały subretki, gałganki i inne rozkoszne dziewczyny. Wielkim walorem pamiętnika Czosnowskiej jest to, że artystka pisze w całości „od siebie", że nie korzysta z recenzji i opinii prasowych. Nadaje to pamiętnikowi charakter bez reszty autorski. Gdyby jednak sięgnęła do prasy szczecińskiej tego czasu, szybko by się okazało, że zarówno rzetelny i wymagający dr Stanisław Telega głównie na łamach „Odry" – jak i Walerian Lachnitt czy Tymoteusz Karpowicz wielokrotnie pisali o teatrze „na zakręcie", toczyli wręcz batalię o likwidację „bigosu ukraińskiego" w repertuarze, przebąkiwali nawet o zjawisku „artystycznie i społecznie szkodliwym". Prawdą jednak jest i to, że na Manewry miłosne czy Ciotkę Karola publiczność waliła drzwiami i oknami, zaś ambitnego Głupiego Jakuba trzeba było ściągnąć po 10 wieczorach przy zaledwie 14% frekwencji.

Na miejscu Czosnowskiej nie broniłbym również tak mocno rzeczywiście wybitnej aktorki, Marii Malickiej, która przecież nie dlatego znalazła się w Szczecinie, że zapałała nagle miłością do pachnących magnolii, ale dlatego, że w okresie okupacji przez cztery lata współpracowała z jawnym Teatrem Komedia, co poczytywano za akt kolaboracji z Niemcami i decyzją Komisji Weryfikacyjnej ZASP została pozbawiona prawa występowania w Warszawie, Krakowie, Katowicach, Łodzi i Poznaniu oraz zobowiązana do wpłacania 10% swoich zarobków na fundusz pomocy sierotom po poległych aktorach.

4.

Po wyjeździe ze Szczecina, czyli po roku 1948, Bogusława Czosnowska tułała się przez prawie dziesięć lat po różnych scenach i estradach. Popasała krótko m.in. w warszawskich Rozmaitościach, olsztyńskim Teatrze im. Jaracza, poznańskim Teatrze Satyryków, w łódzkim Teatrze

7.15. Bezskutecznie zabiegała o etat w którymś z teatrów krakowskich, odprawiona z kwitkiem zarówno przez Dąbrowskiego, jak i przez Biliżankę. I chociaż jej miłość do Krakowa nie zna granic (artystka pisze o 29 domach, do których może pod Wawelem w każdej chwili zapukać), Czosnowska nigdy nie była krakowską aktorką. Zaznała trudów „aktora w podróży", kiedy objeżdżała samochodem z przyczepą niemal całą Polskę z rozmaitymi programami estradowymi typu Różowy wieczór.

Do Gdańska ściągnął Busię dyrektor Antoni Biliczak w roku 1957. A właściwie do Gdyni. Czosnowska zawsze mieszkała blisko teatru. Najprzód na Świętojańskiej 41, w pobliżu przesławnej „stodoły", która spaliła się w listopadzie 1960. Potem (i do dziś) w Gdańsku, na Podwalu Staromiejskim 108, vis-á-vis gmachu przy Targu Węglowym. U Hübnera grała sporo, ale raczej nie w tych sztukach, które przeszły do historii teatru polskiego. Nie zagrała ani w Kapeluszu pełnym deszczu Gazzo ani w Hamlecie Szekspira w inscenizacji Andrzeja Wajdy. Nie zagrała u Swinarskiego, za to zagrała u Korzeniewskiego. Nie zagrała w polskiej prapremierze Nosorożca Ionesco w reżyserii Hübnera, za to zagrała Laurę w Kordianie Słowackiego w reżyserii Żukowskiej. W pamiętniku z rozbrajającą szczerością napisze, że role romantycznych kochanek powinny być dla niej po prostu zakazane, co wydaje się prawdą. W Operze za trzy grosze Brechta świetnie jej się udała rola Jenny, a specjalnie song o narzeczonej pirata.

W latach 1960–1967 dyrektorem artystycznym Teatru „Wybrzeże" był już Jerzy Goliński. Bogusława Czosnowska przeżywa wówczas swój aktorski długi zenit. Zrywa ostatecznie z komedią muzyczną i erotyczną, aby odnaleźć swoje miejsce w rolach charakterystycznych (artystka pisze w tym miejscu o „zacięciu charakterystycznym"). Już Katarzynę w Poskromieniu złośnicy Szekspira – jeszcze za Hübnera (1959) – w reżyserii Żukowskiej zagrała w stylu groteski buffo, mocno dystansując się na przykład do końcowego monologu uległej żony, którą Petruccio – Michalski tresował niczym myśliwskiego sokoła, trochę „na chama" – jak pisał nieoceniony Marek Dulęba (w co chętnie wierzę). Także Lichwiarkę w Hübnerowskiej Zbrodni i karze zagrała Busia jako „etiudę z transformacji". Młoda grała starą. U Golińskiego rozkwitała jak królowa przedmieścia, proponowała kreację za kreacją. Po Racheli w Weselu Wyspiańskiego, przyszła tytułowa królowa przedmieścia Mania w Królowej przedmieścia Krumłowskiego, po Otylii we Franku V Dürrenmatta – Żwawińska w Henryku IV Szekspira, po Matyldzie w Fizykach znowu Dürrenmatta – Szekspir, Słowacki, Brecht i Dürrenmatt nie schodzili u Golińskiego z afisza – stworzyła Czosnowska bodaj kreację życia, zagrała Pilar w polskiej prapremierze Komu bije dzwon Hemingwaya. I zaraz potem jakby dla niej napisaną tytułową rolę w Matce Courage Brechta. Na przestrzeni pięciu lat siedem wybitnych ról!

Uwielbiany przez Czosnowską profesor Konrad Górski dwukrotnie kwitował jej świetne osiągnięcia na Festiwalu Teatrów Polski Północnej w Toruniu, pisząc o rolach Otylii i Pilar, gdzie artystka podobno „przeszła samą siebie", zaś triumf „Wybrzeża" ratował honor teatralnej Polski. Jak to było naprawdę? – pytał zwykle w takich okolicznościach Antoni Słonimski. Otóż Otylię, żonę dyrektora banku Franka V, gangstera i bandyty, zagrała Busia demonicznie. W czarnej, długiej i obcisłej sukni (nie pamiętam, żeby aktorka grała kiedykolwiek z odkrytymi nogami), z medalionem na szyi, ze srebrną laską w ręce, kreowała postać kobiety złej, zbrodniarki „na zimno", której delikatnie zaczyna mięknąć głos dopiero wówczas, kiedy zaczyna mówić o swoich dzieciach. Stanisław Dąbrowski jako Frank V był zaledwie mdłym „uzupełnieniem żony". Zenon Ciesielski poruszony tragiczno-operowo-groteskową rolą Czosnowskiej (chociaż nie samym przedstawieniem), widział już Busię jako najlepszą z możliwych Klarę Zachanassian w Wizycie starszej pani Dürrenmatta, o której artystka marzyła przez wiele lat – nadaremno. Z pamiętnika dowiedzieć się można, że autorka, jak przystało na aktorkę charakterystyczną, lubi zmieniać twarz „nie do poznania", lubi się charakteryzować, jak kiedyś Rapacki, albo niedawno jeszcze Świderski czy nawet Łomnicki. Ma jednocześnie świadomość, że to już jest nieco stary teatr, że dzisiaj podobne efekty osiąga się grą, a nie „przebieraniem się". Okazuje się na przykład, że jej Otylia we Franku V nosiła na twarzy maseczkę z ciasta naleśnikowego wymieszanego z pudrem. Tak jak Matka Courage, która dla wywołania efektu twarzy zniszczonej przez wiatr, decydowała się na użycie popiołu z papierosów z odrobiną pudru i surowym białkiem, co dobrze widać na zachowanych fotografiach Tadeusza Linka.

Również Pilar nosiła mocną charakteryzację. Cyganicha z fajką w zębach. Maria – Króliczek grana przez Głowacką była dziewczęca i jasna; Pilar grana przez Czosnowską męska i ciemna. Rozczochrane włosy, brudny wyciągnięty sweter, smagła twarz. Jej Pilar aż kipiała od namiętności, z lekka dzika i barbarzyńska, rubaszna, ale i serdeczna. Zanim pojawiła się na scenie wyprzedzał ją złowrogi krzyk (jak wejście Dulskiej u Zapolskiej): Co robisz ty leniwy, pijany, sprośny, plugawy synu, plugawej, niezamężnej cygańskiej sprośności? Co robisz? Na co Cygan przed stawiał Czosnowską publiczności krótko i lakonicznie: To jest Pilar. Po prostu. Żeby od razu było widać, z kim mamy do czynienia i kto tu rządzi. O mężczyznach Pilar ma wyrobione zdanie, że to wstyd dla kobiet, że ich w ogóle rodziły. W tym przedstawieniu (adaptację opracowała Róża Ostrowska) Pilar zwyczajnie i brutalnie opowiadała wojnę, która dla niej najczęściej cuchnęła śmiercią. Czosnowska zbudowała swoją rolę na działaniach fizycznych. Rozłożysta, krzykliwa, grubiańska. Jurna i nieopanowana. Czuła dla rodzącej się miłości młodych (Jordana i Marii), ale za to bezwzględna w walce. Może aż nazbyt przerysowana w mięsistej, naturalistycznej poetyce, szczególnie w stosunku do rapsodycznej raczej konwencji całości, dopełnionej daleką od jakiejkolwiek dosłowności muzyką Krzysztofa Pendereckiego.

I jeszcze markietanka Anna Fierling, znana pod przezwiskiem Matki Courage. Ludzka wesz żerująca na wojnie trzydziestoletniej, na której w Niemczech zginęła połowa ludności. Czosnowska ostatecznie nie zdecydowała się ani na hienę wojenną, ani na cierpiącą Niobe – jak celnie pisał Ciesielski. Ona była jednocześnie wytworem, wyznawczynią i ofiarą wojny. Wojna to interes; wojna to śmierć. A właściwie i jedno, i drugie. Gdański debiut aktorski w roli Kucharza Andrzeja Szalawskiego, Juranda ze Spychowa, z którym Matkę Courage łączy szorstka, ledwo skrywana miłość. Marek Dulęba – krytyk przenikliwy – widział wcześniej kreację Heleny Weigel w Berlinie i Ireny Eichlerówny w Warszawie, teraz zobaczył kreację Czosnowskiej w Gdańsku. I z pełnym przekonaniem postawił na Busię, fenomenalnie rozkładającą ekspresję aktorską na dwa dominujące w jej życiu uczucia: miłość i chciwość (albo odwrotnie). Brutalna mocna baba w łachmanach, której wojna zabrała wszystkie dzieci, mająca odwagę zaśpiewać nad zwłokami córki swój ostatni song: ... Polegli śpią. / A ten, kto uniósł cały łeb, / Znowu nakłada czapkę swą.

Mimo wszystko nie bardzo potrafię zrozumieć decyzję Andrzeja Żurowskiego, który przygotowując dla „Czytelnika" pasjonujący tom esejów Ludzie w reflektorach (1982), nie zdecydował się ostatecznie na przedruk ze swoich Gdańskich sylwetek teatralnych portretu Bogusławy Czosnowskiej (zobacz: „Głos Wybrzeża" 1970 nr 127). W książce „Żura" znalazło się m. in. miejsce dla: Gwiazdowskiego, Szalawskiego, Igara, Bisty, Gordona, Łapińskiego oraz Winiarskiej, zabrakło zaś dla Busi Czosnowskiego, której pozycję rzeczywiście zajęła w późnych latach sześćdziesiątych wielka Halina Winiarska, proponując na wszystkich scenach Teatru „Wybrzeże" swój niezwykły „kameralny monumentalizm". Obie zagrały w Gdańsku Rachelę: Czosnowska w Weselu Golińskiego i Bunscha (1960), Winiarska w Weselu Hebanowskiego i Kołodzieja (1976). Obie zagrały swoje role trochę wbrew tradycji teatralnej. Czosnowska nie była dumną Żydówką z podniesionym czołem, raczej zalęknioną i przestraszoną panną z Mośkowej karczmy, pożeraczką książek, która przeczytała wprawdzie całego Przybyszewskiego, ale z konwersacją ma wciąż niejakie kłopoty, zraniona brutalnie w swojej miłości przez Poetę. Winiarska również nie zagrała sentymentalnej panienki, ale kobietę dojrzałą, samotną i pełną goryczy, obcą w bronowickiej chacie, dotkniętą w późnym staropanieństwie nieoczekiwanym uczuciem do Poety; eterycznym i pastelowym.

Nigdy jednak nie zdarzyło mi się widzieć znaczącego „pojedynku na role" między Czosnowską a Winiarską w jednym spektaklu. Inne czasy, inne emploi, inny styl. W roku 1981 Czosnowska ostatecznie przeszła na emeryturę i niemal zupełnie wycofała się ze sceny (chociaż dobrze pamiętam na przykład jej Królowę Małgorzatę w Iwonie, księżniczce Burgunda Gombrowicza w reżyserii Majora, 1977). Busia Czosnowska umarłaby jednak z bezczynności. To dlatego również kierowała w latach 1977–1982 pracami Studia Aktorskiego przy Teatrze „Wybrzeże" (nie mylić ze wciąż działającym Studiem Wokolno-Aktorskim przy Teatrze Muzycznym im. Baduszkowej, gdzie Busia także uczyła). Bodaj przez dwie kadencje była przewodniczącą oddziału gdańskiego SPATiF-u (czyli ZASP-u). Jeździła do Bułgarii, ale i do Amsterdamu, rozmawiając z celnikami w językach obcych, a nie na migi.

Przede wszystkim jednak Bogusława Czosnowska zaczęła reżyserować i to zarówno w teatrze dramatycznym, jak i w muzycznym (tutaj przede wszystkim). Zaczynała od bardzo zabawnej Jadzi wdowy Ruszkowskiego-Tuwima w Teatrze „Wybrzeże" jeszcze za dyrekcji Hebanowskiego (1977). Czosnowska była przez lata całe nieskończoną ilość razy asystentem reżysera. Teraz sama przejęła stery. Kiedy pojawiła się w operze, namówiona przez długoletniego kierownika muzycznego „Wybrzeża" Jerzego Michalaka, wówczas dyrygenta w Państwowej Operze i Filharmonii Bałtyckiej, chyba Włodzimierz Nawotka przyjaźnie dowcipkował: „Czosnowska w operze. Koniec świata!". Tymczasem Busia przygotowywała premierę za premierą. Tylko w gmachu przy alei Zwycięstwa 15 zrealizowała ich osiem. Reżyserowała przedstawienia operowe i muzyczne na scenach Krakowa (wreszcie!), Poznania, Łodzi, Szczecina, Lublina, Koszalina, Tarnowa, Warszawy, Rzeszowa i jeden Bóg raczy wiedzieć, gdzie jeszcze. Aż 10 premier przygotowała we współpracy z jej ukochanym scenografem Józefem (Ziukiem) Napiórkowskim. Debiutowała w operze Potajemnym małżeństwem Cimorosy (1978), ale później reżyserowała jeszcze m. in. Hrabinę i Straszny dwór Moniuszki, Don Pasquale Donizettiego czy Księżycowy świat Haydna. Przy niewyobrażalnym deficycie reżyserów w polskim teatrze muzycznym (w tym operowym) Czosnow ska stała się dość niespodziewanie poszukiwanym fachowcem w tej dziedzinie. Przecież reżyserów operowych w Polsce z prawdziwego zdarzenia można policzyć na palcach jednej ręki (liczmy: Ryszard Peryt, Marek Weiss-Grzesiński, Jitka Stokalska, Jan Szurmiej, Maria Fołtyn, może Gruza, może Pampiglione). Płakać się chce. Czosnowska nie ma oczywiście specjalnych złudzeń, co do swojej profesji reżysera operowego. Skromnie pisze, że nie jest wielkim reżyserem. Umie poprowadzić próby, umie słuchać, boi się za to jak ognia tzw. koncepcji przedstawienia. Jej skupienie na ostatnich próbach jest tak wielkie, że odczuwa wręcz ból fizyczny w łokciach. Cała Czosnowska.


5.

Teraz już krótko. Niewiele jest wart taki pamiętnik, który zupełnie nie odkrywa prywatności autora. Marek Hłasko zwykł nawet mawiać, że pamiętnik powinien być równie intymny jak łóżko, inaczej nie ma za dużego sensu. Busia Czosnowska nie odkrywa, oczywiście, tajemnic swojej alkowy, chociaż tu i ówdzie napomknie o „prawie narzeczonym Hanuszkiewiczu", o listach Zaczyka, o tańcu z Dodkiem Dymszą. Z przypadkowych dosyć rozmów i z plotki zakulisowej (niekoniecznie szeptem) znacznie więcej wiem o życiu intymnym Busi aniżeli z jej pamiętnika. Czosnowska wyczulona jest za to na prywatność innego typu. Pasjami lubi rozprawiać o chatynie, położonej jakieś dziewięć kilometrów od Mirachowa, gdzie Busia i Zdzich, jej drugi mąż (nazywany również Meniem) znaleźli swoją arkadię, Soplicowo, Eden. Bardzo rozrzewniły mnie opowieści o miejscowych leśnikach, Jańci i Kaziu Piętach, ale i o Kubie, czyli mądrym karpiu, którego Zdzich hoduje w miejscowym jeziorze nie po to, aby podać go na stół przy specjalnej okazji, ale po to, aby słuchać jego mlaskania. Czosnowska najczęściej wybiera dla swoich bajęd o chatynie i jej urokach formę mało skomplikowanych rymowanek. I nie jest to właściwie poezja, którą można pokochać po literacku. Raczej naiwniutkie wierszyki częstochowskie, pisane najczęściej „dziesiątką", tak jak leci, bez wysiłku i specjalnego namysłu. O ile wiem, aktorzy prawie nigdy nie byli dobrymi poetami. Dobiegający setki Solski rymował dość okropnie nawet w listach. Wiersze pisał i wydawał Leszek Herdegen. Nina Andrycz, żona premiera Cyrankiewicza, bodaj jako jedyna potrafiła zredagować i wydać zarówno tomik niezłych wierszy To teatr (1983), jak i pamiętnik My rozdwojeni (1992). Bogusława Czosnowska w swoim Ostatnim gongu pamiętnik pisany prozą połączyła z wierszami, historię życia w teatrze z historią życia w chatynie. Moim zdaniem warto przebić się przez dosyć szczeniackie wierszowanie Czosnowskiej, aby zarazić się jej optymizmem, zobaczyć świat, który nie wyszedł z formy, odszukać dęby, pętelki, kwiaty i przedmioty, które u Busi mają chyba rzeczywiście ludzką twarz, skoro nawet kuchnia nazywana jest Genowefą, fotel nosi imię Augusta Mocnego, zaś prozaiczny kibel to po prostu Laluś. Bardzo zazdroszczę Busi i Zdzichowi ich Sianowa Leśnego, które zdecydowanie przebija moje Koluszki. Zazdroszczę im również kochania, nieznacznie tylko przesłoniętego melancholią przemijania. Chciałbym jednak zauważyć, że Ostatni gong zwiastuje wprawdzie jakiś finał, ale również zaprasza na kolejny spektakl, jestem przekonany, że nie tylko w teatrze. A poza tym „każdy ma inny świt" (ale i świat!), jak to zapisał w swoich wspomnieniach Jerzy Afanasjew z Sopotu, pierwszy chyba przed Busią pamiętnikarz teatralny z trójmiejskim adresem.

O Wojciechu Siemionie mawiano kiedyś, że to taki aktor, który „nie wypije, nie zje, wciąż gada poezje". O Bogusławie Czosnowskiej (niech mi Pani wybaczy tę Busię) można by powiedzieć, że rzeczywiście nie wypije, ale zje i owszem z apetytem, no i że poezję rymowaną pisze na zawołanie i bez opamiętania, jakby już nie mogła inaczej.


Jan Ciechowicz








MOJE ŻYCIE W TEATRZE I NIE TYLKO





Dawno temu, latem, na molo w Sopocie spotkałam profesora Konrada Górskiego z Torunia. Rozmawiałam z nim dość długo. Ten uroczy – starszy już wiekiem, ale jakże młody duchem – pan, opowiadał tak zajmująco i z taką świeżością umysłu, że mogłam go słuchać bez końca. Kiedy w trakcie rozmowy nieśmiało zasugerowałam, że powinien pisać pamiętniki, odparł, iż wszyscy go do tego namawiają, ale on wierny jest słowom pewnego francuskiego uczonego:

„drzewo zamienione w papier, umiera".

Jakże głęboko zapadły mi w duszę te słowa.

Jako aktorka w 1981 roku przeszłam na emeryturę, ale nie przestałam pracować. Nie umiałabym żyć bez pracy. Każdą wolną chwilę wypełniam reżyserią, spotkaniami środowiskowymi i podróżami. A poza tym, mimo słów profesora Górskiego, korci mnie, aby pisać – przynajmniej spróbować. Powspominam więc dzieciństwo, niektóre podróże, teatr, ludzi, moje dziwne czasem przygody i przeczucia. Po prostu spróbuję pozbierać pisane przez lata skrawki mojego życia, które wypełniają pamięć i wciąż są takie żywe.








RODZICE


Jestem córką lekarza, doktora Władysława Michny. Ojciec pochodził z bardzo prostej rodziny spod Łańcuta, ale ukończył szkołę, a potem studia w Krakowie, mimo że były to bardzo trudne czasy. Został świetnym laryngologiem, i choć stając się lekarzem, „wyrodził się" i sprzeniewierzył chłopstwu, to jednak w duchu i sposobie bycia chłopem pozostał do samego końca. Nosił się jak Witos, w koszuli zapiętej pod szyją, ale zawsze bez krawata. Zimą zakładał świtkę, a latem płócienne białe ubranie. Do wszystkich mówił per „ty", do starszych od siebie – per „wy", a jeśli kogoś bardzo nie lubił, używał formy dla siebie zupełnie obcej: „pan", „pani".

Uznawał tylko dwa imiona: Zosia i Jasio. Moja mamusia, choć miała na imię Henryka, dla niego była Zofią, moja siostra otrzymała na chrzcie oczywiście imię Zofia. Nie wiadomo zupełnie dlaczego ja... zostałam Bogusławą. Każdego 15 maja – w imieniny Zofii – tata jechał dorożką do kliniki z ogromnym naręczem kwiatów, ponieważ każda koleżanka, każda pielęgniarka i wreszcie każda pacjentka – według niego – miała imieniny.

Tata latem we Lwowie na ulicy Akademickiej


Kochali go wszyscy pacjenci. Szczególnie jednak uczuciem darzyli go ci, którzy  nie mieli czym zapłacić za prywatną wizytę. Tata często takich właśnie pacjentów pytał: „No co, Jasiek (albo Zosiu), pewnie nie masz pieniędzy?" i nieraz się zdarzało, że nie dosyć, iż za wizytę nie brał pieniędzy, to jeszcze dorzucał parę groszy. Tata uważał, że jego córki powinny albo umieć szorować podłogi i doić krowy, albo ukończyć medycynę. Naturalnie szczytem jego marzeń było, abyśmy posiadły te wszystkie trzy umiejętności. Ale niestety obie go rozczarowałyśmy.

Choć był wybitnie niemuzykalny i wiecznie miał za złe naszej mamusi, że uczy nas muzyki, lubił słuchać skrzypiec.

Kiedyś, w tajemnicy przed nim, mamusia kupiła fortepian. Kazała go postawić w salonie, a tatusiowi powiedziała, że instrument należy do znajomej, która wyjechała do Wiednia.

Nie uznawał pięknej zastawy, której mamusia używała, przyjmując gości, i zawsze mówił: „Mamuna, podałabyś jeść w drewnianej misce, dała drewniane łyżki i też byłoby dobrze".

Tata palił, ale nigdy w życiu nie zaciągnął się papierosem. Kaszlał, dusił się dymem, ale papieros stale wisiał na jego wargach.

A mamusia? Była góralką spod Zakopanego i też, podobnie jak tata, pochodziła z bardzo biednej, chłopskiej rodziny. Nie wiem, jakie miała wykształcenie. Nigdy jej o to nie zapytałam. Ojca poznała w Krakowie, kiedy pracowała w szpitalu jako pielęgniarka. Do dzisiaj zastanawiam się, co złączyło tych dwoje ludzi, którzy – choć byli razem do śmierci – niewiele mieli sobie do powiedzenia. Mamusia – prosta kobieta – była jednak obdarzona nieprawdopodobną kulturą, wrodzoną inteligencją i intuicją. Zawsze czymś zajęta, pracowała w domu na etacie niańki, gosposi i kucharki. Nie mam pojęcia, kto ją nauczył wytwornych manier, dbałości o dobrze urządzone mieszkanie, kto rozmiłował w obrazach, porcelanie, a w końcu kto jej podszepnął, że córki trzeba uczyć języków obcych, gry na fortepianie i że powinny pójść do szkoły baletowej, aby – jak to się dawniej mawiało – ładnie się poruszać. Nie miała żadnej bliskiej przyjaciółki; tylko sporadycznie chodziła z ojcem na przyjęcia. Poza tym, nigdzie razem nie bywali.

Mała „Busz" – czy nie widać, że w przyszłości półdiablę?

Właściwie poza zakupami, wyjściami z córeczkami albo wspólnymi

wyjazdami na Persenkówkę rzadko
wychodziła z domu. Byłyśmy tak przy
zwyczajone do jej obecności, że jeżeli
od czasu do czasu już gdzieś się wybie
rała, urządzałyśmy wielki koncert pła
czu, w którym ja, jako okropne –
w przeciwieństwie do mojej młodszej
siostry – dziecko, wiodłam prym. Ten
ryk często gęsto kończył się laniem.

Nieraz zdarzało się, że linewką na psa
trzepano mi pupę. Po każdym takim
„pupopraniu" mamusia długo smaro
wała bolące miejsca kremem „Śnieg
tatrzański" – jedynym kosmetykiem,
którego używała.

„Służbowy" tata w 1934 roku A cerę miała cudowną, bielutką, z zaróżowionymi policzkami. Twarz zawsze myła szorstką rękawiczką i w tak wrzącej wodzie (w marmurowej miednicy), że para buchała na całą łazienkę. (Niech mi więc nikt nie opowiada, że twarzy nie można myć wodą i to gorącą. Moja mamusia była żywym tego przykładem i całe życie miała cerę jak krew z mlekiem). Żadne kosmetyki nie były jej potrzebne.


Dlatego też nie żałowała dla mnie swego „Śniegu tatrzańskiego", który wraz z linewką, jeżeli chodzi o moją – okropnie niesforną w okresie dzieciństwa – osobę, bardzo często bywał w użyciu.


1981


Mamusia – może to wtedy właśnie poznała tatę...




KRÓLOWA NOCY


Z całego dzieciństwa pamiętam dwa wypadki, kiedy moi rodzice wybierali się na prawdziwy bal. Ale tylko jeden – a właściwie przygotowania do niego – zapadł mi głęboko w pamięć.

Miał się odbyć w Kasynie Literackim przy ul. Akademickiej we Lwowie, a urządzali go medycy. Razem z moją siostrą byłyśmy okropnie zdenerwowane – przerażała nas wizja spędzenia nocy w domu bez mamusi. Do tego tata chodził okropnie wściekły, bo zaproszony przez kolegów po fachu, nie mógł im odmówić i musiał pójść na tę – dla niego gorszą od najgorszej tortury – imprezę.

Ojciec nie mógł iść na bal w kołnierzyku a la Witos. Musiał włożyć frak, zupełnie obce mu ubranie! Mamusia przez całe lata dokonywała najrozmaitszych zabiegów, aby wiszącego bezużytecznie w szafie fraka nie zjadły mole. Sama widziałam w nim ojca dwa razy w życiu, pierwszy raz właśnie wtedy, kiedy wybierał się na bal medyków.

Boże! Co to było za piekło!!! Tata zły jak osa wkładał koszulę z twardym gorsem i twardy kołnierzyk, przy którym za nic nie mógł zapiąć spinki. Cała komedia była z mankietami u koszuli. Tata się awanturował i, naturalnie jak zawsze, obwiniał o wszystko mamę. Do tego nasz szpic Śnieżek – ukochany pies mamusi – ujadał jak opętany, bo zawsze warczał i szczekał na każdego, kto śmiał mieć pretensje do jego pani. Jednym słowem w domu gehenna.

Mamusia mimo wszystko była tego wieczoru w świetnym humorze, bo przecież wybierała się na prawdziwy bal – kto wie, czy nie pierwszy w jej życiu? – i to bal kostiumowy. Rzecz jasna, tatę na kostium już nie można było namówić, ale mamusia skorzystała z tej okazji.

Była niską brunetką o pięknej twarzy, ale bardzo korpulentnej sylwetce, w której dominował obfity biust.

Na swój wielki bal wybrała kostium Królowej Nocy, na który składała się czarna, długa suknia z jedwabnej mory (chyba tak nazywał się ten materiał), z długimi, szerokimi rękawami i mnóstwem rozmaitych klipsów ze sztucznych brylantów. Najważniejsze było jednak przybranie głowy – przepaska z brylantowym księżycem, od którego na wszystkie stro ny odchodziły srebrne pręciki z brylantowymi gwiazdkami na końcach. Obie z Zosią nie ukrywałyśmy zachwytu – była tak piękna tego wieczoru, że łaziłyśmy za nią krok w krok. I nie martwiły nas sarkania ojca, kiedy mamusia – już jako Królowa Nocy – walczyła z jego mankietami u koszuli. Była tak podniecona, że jej zawsze różowe policzki nabrały mocno czerwonego koloru i zdawało się, że za chwilę tryśnie z nich krew. Wreszcie tata przeistoczył się w wytwornego pana, mama włożyła futro z czarnych karakułów (podobnie jak frak ojca też strzeżone przed molami, tak rzadko było używane) i już mieli wyjść, gdy przypomniała sobie, że na kuchni stoi ogromny rondel ze stopioną słoniną i trzeba go zabrać z blatu i przenieść do spiżarni. Zdjęła więc futro i szybko pobiegła do kuchni. Chwyciła ogromny gar i nagle… cała stopiona, a niezakrzepnięta słonina wylądowała na sukni naszej pięknej Królowej Nocy.


Rodzice na Persenkówce ze Śnieżkiem, ukochanym psem mamy

Byłyśmy z Zosią przerażone. Zaczęło się nerwowe czyszczenie sukni mokrymi, gorącymi ściereczkami. Tata dogadywał, sycząc ze złości, Śnieżek szczekał, my zaczęłyśmy płakać, a nasza ukochana Królowa Nocy walczyła dzielnie ze słoniną na sukni.

I wygrała tę walkę, ale suknia była zupełnie mokra. Mamusia niezbyt się tym przejęła, założyła futro i wyszli.

Smutne, siedziałyśmy z nosami przyklejonymi do szyby. Tata szedł przodem obrażony na mamę. A my patrzyłyśmy, jak znika nam z oczu diadem naszej ukochanej Królowej Nocy. Potem położyłyśmy się do łóżeczek, a ponieważ nie zdarzało nam się, abyśmy usypiały bez mamusi, więc przepłakałyśmy całą noc zrozpaczone, że się jej coś pewnie stanie i w ogóle do nas nie wróci.


Mama, moja siostra Zosia i ja – miałam wtedy może z 10 lat

Ale wróciła! Rozpromieniona, nawet niezdenerwowana faktem, iż tata kołnierzyk od koszuli niósł w ręku, spinkę zgubił i naturalnie był wściekły, że w ogóle na ten bal musiał iść.


1981








DZIECIĘCE KRADZIEŻE


Tak! Mam na sumieniu także kradzieże! Niegroźne, ale i te w dzieciństwie, jak chyba każdy, zaliczyłam.

Kiedy chodziłam do szkoły powszechnej, moją najbliższą koleżanką była Bruśka – córka właściciela sklepu kolonialnego mieszczącego się przy Zyblikiewicza 29, a więc w kamienicy, gdzie mieszkaliśmy. Bywałam w nim bardzo często, bo a to mamusia wysyłała mnie po zakupy, a to z Bruśką przesiadywałyśmy tam po powrocie ze szkoły. Zdarzało się, że czasem tata Bruśki, pan Czaczkes, bardzo przystojny, wysoki Żyd z czarną brodą i pejsami, poczęstował nas czymś dobrym, a że zawsze, nawet wtedy, kiedy byłam małą szczupluteńką dziewczynką, siedział we mnie okropny łakomczuch, chętnie przyjmowałam poczęstunek.

Kiedyś po szkole wpadłyśmy z Bruśką do sklepu. Jej ojciec właśnie przygotowywał sobie posiłek, składający się z grubej pajdy „trzeszczącego" chleba posypanego czarnuszką, posmarowanego grubo masłem i obłożonego koreczkami anchois w oliwie z kaparkami.

Pan Czaczkes przekroił ogromną kromkę chleba na cztery części i zaczął jeść. Oliwa kapała mu po długiej czarnej brodzie, a mnie z łakomstwa ślinka zbierała się w buzi. Nawet w tej chwili, po prawie pięćdziesięciu pięciu latach, kiedy wspominam ten widok, dzieje się podobnie. Niestety pan Czaczkes tym razem nie zaproponował nam ani kawałka tej pysznej kanapki. Całą pajdę zjadł sam.

Doprawdy dziwię się, że epizod z jedzącym te wspaniałości panem Czaczkesem jest wciąż tak żywy w mojej pamięci.

Wspominam o panu Czaczkesie dlatego, że jedna z kradzieży, jaką popełniłam, związana była właśnie z nim, a ściślej, ze słodkim towarem w jego sklepie i wspomnianym łakomstwem. Któregoś razu bowiem ze stojącego w zasięgu ręki dużego pojemnika ukradłam dwie garście rodzynek i schowałam w kieszonce fartuszka. Tak bardzo przeraziłam się możliwości przyłapania na gorącym uczynku, że szybko powiedziałam Bruśce „cześć", dygnęłam przed panem Czaczkesem i nie spojrzawszy nawet na niego, wybiegłam ze sklepu.

Weszłam do mieszkania, jak gdyby nigdy nic, ale czujne oko mamusi natychmiast wychwyciło moją niewyraźną minę, no i tę wypchaną kieszonkę fartuszka. Zaróżowione policzki mamy zrobiły się purpurowe. Była tak zdenerwowana, że nawet nie pomyślała o „pupopraniu". Zrobiła coś o wiele gorszego… Porzuciła przygotowywanie obiadu, ubrała się i za rękę poprowadziła mnie na miejsce przestępstwa.

Boże! Co to była za okropność! Przy wszystkich klientach musiałam powiedzieć panu Czaczkesowi, że ukradłam rodzynki i wyłożyć je na ladę. Chciałam się zapaść pod ziemię ze wstydu i do dzisiaj, kiedy widzę rodzynki, przypomina mi się moja pierwsza dziecięca kradzież.

Obok naszej posesji na Persenkówce pod Lwowem swoją „realność" posiadali państwo radcostwo Stobieccy, z których młodszą córką się zaprzyjaźniłam. Moja mamusia jednak wcale nie była z tego zadowolona, ponieważ Ewa, dorosła panna po maturze, zdaniem mamusi, wywierała na mnie zły wpływ, wzbudzając zbyt wcześnie zainteresowanie chłopakami…

Nie bacząc na mamine niepokoje i tak podczas wakacji bardzo często przesiadywałam u Ewy i ogromnie mi imponowało, że mimo smarkatego wieku jestem jej przyjaciółką i powiernicą.

Ewa była prześliczna, a przy tym jaka zgrabna! Miała kasztanowe piękne włosy, niebieskie oczy, obłędny uśmiech, wspaniałe białe


W kieszonkach tego fartuszka schowałam ukradzione rodzynki



zęby! A ja przy niej? Smarkula o przezwisku Busz, biegająca w majtkach i zawsze boso.

Pewnego popołudnia dowiedziałam się, że do Ewy ma przyjechać jej narzeczony. Jeszcze nigdy go nie widziałam, ale słyszałam, że to bardzo przystojny, świeżo upieczony lekarz weterynarii, aktualnie służący w wojsku.

Przed jego przybyciem Ewa wystrojona leżała w ogrodzie na leżaku, a wokół niej unosił się zapach kremu, którego używała. Wyglądała jak zwykle prześlicznie. Widząc ją, postanowiłam natychmiast też być piękna. Poprawienie urody w moim przypadku polegało na umyciu potwornie zakurzonych nóg. Chlapiąc na wszystkie strony wodą przy studni, zastanawiałam się nad jakimś dodatkowym zabiegiem upiększającym. I wtedy właśnie wpadła mi do głowy znakomita myśl. Krem!!! Wiedziałam, gdzie go znaleźć w pokoiku Ewy na mansardzie. Wpadłam tam jak fryga i po chwili zawartość całej tuby wylądowała na mojej twarzy. Niestety, nie mogłam rozsmarować takiej ilości kremu, ponieważ było go za dużo, a poza tym – ze strachu, że mnie ktoś na tej kradzieży nakryje – bardzo się spieszyłam.

Kiedy zbiegłam do ogrodu z czystymi nogami, w majtkach i z grubo wypacykowaną na biało twarzą, pan narzeczony już tam był i siedział przy Ewie. Pamiętam go dokładnie. Śliczny, czarny jak Cygan, o śniadej cerze, w zielonym mundurze, a w ręce trzymał czapkę z otokiem tak białym, jak jego śnieżne zęby. Kiedy podeszłam, spojrzał na mnie i powiedział: „Cóż ta gówniara zrobiła ze swoją twarzyczką?". Ewa zapytała: „Bogusiu, smarowałaś się bez pozwolenia moim kremem?".

Wtedy prawie umarłam ze wstydu! Przerażona i zrozpaczona ścierałam z buzi krem i wiałam do domu. Na polnej drodze moje czyste przed chwilą nogi znowu się zakurzyły.

Przez całą noc nie zmrużyłam oka. Jak ja się pokażę Ewie? A jeżeli dowie się o tym pani radczyni? Boże! Już nigdy nie dostanę od niej przepysznych grzanek z marchewką i groszkiem! Co zrobię, jak mamusia się dowie?! Nachodziły mnie tysiące potwornych myśli.

I jeszcze na dodatek śliczny Leszek, narzeczony Ewy, zamiast dostrzec moją – być może już wtedy rozkwitającą – urodę, nazwał mnie gówniarą!!!

Nigdy już nie spotkałam przystojnego weterynarza, a Ewa, choć nie wiem dlaczego, nie została jego żoną.


1988








BIEDNA PUPA


Mam trochę pretensji do siebie, że nie pisałam porządnego pamiętnika. Raz krótko prowadziłam zapiski, ale po pierwsze – zawierały one nie to, co zawierać powinny, a po drugie – pisałam je gotykiem! Po polsku, ale gotykiem. Powód był prosty – nie chciałam, by mamusia przeczytała o moich wszystkich miłościach, z których zresztą nawet nigdy się porządnie nie wyspowiadałam, bo znalazłam księdza, który prawie nie słyszał.

Tamten pamiętnik gdzieś przepadł, a ja teraz żałuję, że tyle ciekawych, może i zabawnych szczegółów uleciało bezpowrotnie z łepetyny przez to, że nie robiłam żadnych notatek. Na szczęście chociaż niektóre fakty tak mocno wryły się w moją pamięć, że mogę jeszcze dziś, po tylu latach, przelać je na papier.

Teatr towarzyszył mi właściwie od zawsze, od kiedy miałam świadomość, że żyję. Już jako małe dziecko zaliczyłam w teatrze lwowskim udział w Kopciuszku, O dwóch takich, co ukradli księżyc, Stasiu Lotniku, Janku i Franku. Brałam również udział w przedstawieniach dla dorosłych, bo jeżeli tylko do jakiejś roli potrzebne było dziecko, to ja najczęściej te rólki grywałam. Na przykład w Wilkach w nocy Rittnera. Pamiętam, że przez prawie cały ostatni akt spałam w dużym fotelu. Budziłam się dopiero na koniec sztuki. Naturalnie, miałam tylko udawać, że śpię, ale przedstawienia odbywały się wieczorami, a ja, smarkate dziecię, najczęściej zasypiałam naprawdę. Fotel ustawiano jednak tak, że inspicjent budził mnie na czas, trącając specjalnie na tę okazję przygotowanym prętem.

Jako dziecko miałam zaszczyt partnerować znakomitej Wandzie Siemaszkowej. W sztuce pt. Stare wino grałam jakąś jej praprawnuczkę.

Jak to się mówi w żargonie teatralnym – leciała próba generalna, a my obie stałyśmy w kulisie na wejściu. Pani Wanda skupiona, wsparta na czarnej lasce ze srebrną rączką, w pięknej, wysoko zapiętej pod szyją czarnej sukni z trenem, a ja w jakiejś piżamce. Na dany przez inspicjenta znak ruszyłyśmy posuwiście na scenę. Pani Wanda pierwsza, ja za nią. Kiedy znalazłyśmy się już w oknie scenicznym, (o rozpaczy!) stanęłam na trenie sukni wielkiej artystki i rozdarłam go. Nie pamiętam już, co działo się potem, ale kiedy zeszłyśmy za kulisy – pierwsza szła oczywiście pełna majestatu pani Wanda, a za nią, świadoma swojego grzechu, sunęłam ja – oberwałam po pupie piękną laską Wandy Siemaszkowej.

Moje – wspomniane już wcześniej – łakomstwo także w teatrze stało się przyczyną kłopotów. W Teatrze Wielkim był bufet, który mieścił się za salą baletową, na ostatnim piętrze. Chodziło się tam różnymi drogami, ale ze sceny najkrótsza prowadziła właśnie przez salę baletową, którą często zostawiano otwartą, nawet wtedy, kiedy nic się na niej nie działo. W bufecie najbardziej interesowały mnie kanapki ze znakomitego „trzeszczącego" chleba z masełkiem i pyszną szynką. Któregoś dnia, jak to często bywało, pognałam do bufetu, oczywiście przez salę baletową, nie zastanawiając się, czy ktoś tam jest. Tym razem miałam pecha. Trwała właśnie próba słynnego później przedstawienia Krzyczcie Chiny Trietiakowa, którą prowadził wielki Leon Schiller. Wbiegając na salę baletową, wpadłam prosto w ramiona zwalistego reżysera, który – oburzony moim wtargnięciem – zwyczajnie stłukł mi pupę.

Już nigdy więcej nie pobiegłam do bufetu przez salę baletową.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com