Ostatni dzień lata - Joyce Maynard - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 281 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 7 godz. 45 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ostatni dzień lata - Joyce Maynard

Miasteczko Holton Mills w amerykańskim stanie New Hampshire. Nadchodzi koniec lata i wakacji. Zbliża się upalny długi weekend z okazji Święta Pracy. 13-letni samotnik Henry spędza czas głównie na oglądaniu telewizji, czytaniu i fantazjach. Jego jedynym towarzystwem jest rozedrgana emocjonalnie, od lat rozwiedziona z jego ojcem matka. Nagle we czwartek przed świątecznym weekendem, podczas banalnej wizyty w supermarkecie, wszystko zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni: pewien tajemniczy ranny mężczyzna prosi Henry’ego o udzielenie mu pomocy. Pięć kolejnych dni będzie w życiu Henry’ego największą lekcją, jaką może dać życie; chłopiec pozna dojmujący ból zazdrości i konsekwencje zdrady, zrozumie, że dobro tych, których kochamy, jest ważniejsze od naszego własnego – oraz że na prawdziwą miłość warto zaczekać.

Powieść  Ostatni dzień lata została sfilmowana pod tytułem Długi wrześniowy weekend. W role głównych bohaterów wcielili się: Kate Winslet, Josh Brolin i Gattlin Griffith.

Autorka bestsellerów z list „New York Times’a” i była towarzyszka życia J.D. Salingera  stworzyła przejmującą opowieść o miłości, seksualności, dojrzewaniu i niszczycielskim działaniu zdrady.

Zapadający głęboko w pamięć i w serce obraz okresu dorastania… Książka, od której trudno się oderwać, zmuszająca jednocześnie do głębokiej refleksji. To idealna książka późnego lata.

 

„Dallas Morning News”

Opinie o ebooku Ostatni dzień lata - Joyce Maynard

Fragment ebooka Ostatni dzień lata - Joyce Maynard

JOYCE MAYNARD

Ostatni
dzień lata

Tytuł oryginału: Labor Day

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja: Lech Staszkiel

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Redaktornia.com

Zdjęcia na okładce

© Moviestore Collection/MJS

© Balazs Kovacs Images/Shutterstock

Copyright © 2009 by Joyce Maynard. Published by arrangement

with HarperCollins Publishers. All rights reserved.

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014

© for the Polish translation by Agnieszka Andrzejewska

ISBN 978-83-7758-863-5

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2014

Wydanie I

Dla moich synów, Charliego i Wilsona Bethelów,

którzy nauczyli mnie, co dzieje się w sercach

trzynastoletnich chłopców, na własnym pełnym miłości

i nieodmiennie wzruszającym przykładzie

Spis treści

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ 21

ROZDZIAŁ 22

ROZDZIAŁ 23

PODZIĘKOWANIA

ROZDZIAŁ 1

Po odejściu ojca zostaliśmy sami z mamą. Ojciec uważał, że nowe dziecko, które urodziła mu nowa żona, Marjorie, też jest moją rodziną, podobnie jak Richard, syn Marjorie. Richard, choć o pół roku ode mnie młodszy, świetnie się spisywał w tych wszystkich dyscyplinach sportowych, w których ja byłem do niczego. Jednak dla mnie rodziną byliśmy tylko ja i moja mama, Adele, koniec, kropka. Prędzej zaliczyłbym do rodziny mojego chomika Joego niż tamto dziecko o imieniu Chloe.

Gdy ojciec przyjeżdżał do nas w sobotnie wieczory, żeby zabrać mnie na kolację z nimi wszystkimi w restauracji Friendly’s, zawsze nalegał, żebym siadał z Chloe z tyłu. Później w restauracji wyciągał z kieszeni karty z baseballistami, rozkładał na stoliku i rozdzielał pomiędzy mnie i Richarda. Zawsze oddawałem swoje Richardowi. Po co mi one? Baseball był moją piętą achillesową. Za każdym razem, gdy wuefista rzucał: Dobra, Henry, dzisiaj grasz w drużynie niebieskich, ze strony niebieskich dawał się słyszeć chóralny jęk.

Mama nigdy nie rozmawiała ze mną o ojcu, o kobiecie, z którą był teraz żonaty, o jej synu ani o ich wspólnym dziecku. Raz jednak przypadkowo zostawiłem na stole podarowane mi przez ojca zdjęcie nas pięciorga, sprzed roku, gdy zabrali mnie do Disney Worldu. Podniosła je i przyglądała mu się dobrą minutę. Stała tak w kuchni, trzymając zdjęcie w drobnej, bladej dłoni, przechyliwszy nieco długą wdzięczną szyję, jak gdyby obrazek, na który patrzyła, zawierał jakąś wielką, niepokojącą tajemnicę, choć było na nim tylko nas pięcioro, ściśniętych w wirującej filiżance.

Dziwne, że twojemu ojcu nie przeszkadza, że dziecko ma krzywe jedno oko, rzekła. Może to tylko jakieś opóźnienie w rozwoju, nie upośledzenie, ale czemu oni tego dziecka nie przebadają? Czy ona nie robi na tobie wrażenia opóźnionej, Henry?

Może trochę.

Wiedziałam, stwierdziła mama. I w ogóle nie jest podobna do ciebie.

Dobrze znałem swoją rolę. I rozumiałem, kto jest moją prawdziwą rodziną. Mama.

To, że tamtego dnia wybraliśmy się do miasta, było dla nas nietypowe. Mama z reguły nigdzie nie wychodziła. Ale mnie były potrzebne nowe spodnie do szkoły.

No dobrze, westchnęła. Pojedziemy do Pricemartu. Jakbym specjalnie urósł w lecie ponad centymetr, żeby jej uprzykrzyć życie. Które przecież i tak wystarczająco dawało jej w kość.

Silnik zaskoczył natychmiast, gdy przekręciła kluczyk w stacyjce, co mnie zdziwiło, bo od kiedy ostatnim razem wybraliśmy się gdzieś autem, minął już chyba z miesiąc. Mama tradycyjnie prowadziła wolno, jak gdyby drogę spowijała gęsta mgła lub pokrywał lód, a przecież było lato ostatnie dni wakacji, czwartek przed weekendem poprzedzającym Święto Pracy i świeciło słońce.

To było długie lato. Gdy skończył się rok szkolny, miałem nadzieję, że może wybierzemy się nad ocean, choćby na jeden dzień, przecież nagle miałem tyle wolnego czasu jednak mama orzekła, że na autostradzie jest straszny ruch, a poza tym na pewno dostałbym poparzenia słonecznego, bo mam przecież jego cerę. To znaczy cerę ojca.

Przez cały czerwiec, lipiec i sierpień, który właśnie się skończył, marzyłem, że wydarzy się coś ciekawego, ale na próżno. Tylko ojciec przyjeżdżał, żeby mnie zabrać do Friendly’s albo na kręgle z Marjorie, Richardem i małą czy na wycieczkę w Góry Białe do wytwórni koszyków i do fabryki, którą chciała odwiedzić Marjorie, gdzie robią świece o zapachu żurawiny, cytryny i piernika.

Poza tym tamtego lata często oglądałem telewizję. Mama nauczyła mnie stawiać pasjanse, a gdy to mi się znudziło, zabrałem się do sprzątania wszystkich miejsc w naszym domu, do których nikt od dłuższego czasu nie zaglądał, i w ten sposób zarobiłem półtora dolara, bardzo mi potrzebne na kolejną książeczkę z łamigłówkami. W tamtych czasach nawet dzieciak tak dziwaczny jak ja pogrywał trochę na Game Boyu czy na PlayStation. Mało która rodzina wówczas miała Nintendo; my nie.

Myśli bezustannie zajmowały mi wtedy dziewczyny, jednak w moim życiu nie działo się nic, co wykraczałoby poza sferę wyobraźni.

Niedawno skończyłem trzynaście lat. Pragnąłem wiedzieć wszystko o kobietach i ich ciałach, i o tym, co robią kobieta i mężczyzna, gdy razem sami, i jak tego dokonać, by zdobyć jakąś dziewczynę, zanim skończę czterdziestkę. W głowie kłębiło mi się mnóstwo pytań dotyczących seksu, jednak jasne było, że z mamą nie da się o tym rozmawiać, mimo że ona sama podejmowała ów temat od czasu do czasu. Raz zrobiła to na przykład w aucie, gdy jechaliśmy do sklepu. Zdaje się, że twoje ciało zaczyna się zmieniać, rzuciła, ściskając kurczowo kierownicę.

Nie zareagowałem.

Mama wpatrywała się w drogę przed sobą, jakby była Lukiem Skywalkerem i siedząc za sterami myśliwca X-Wing, brała kurs na obcą galaktykę. Czyli centrum handlowe.

W sklepie mama zaprowadziła mnie do działu chłopięcego, gdzie wybraliśmy spodnie i komplet bielizny.

Przydałyby ci się też chyba buty, powiedziała tym tonem, który teraz zawsze przybierała, gdy dokądś jechaliśmy, jak gdyby cała ta wyprawa była beznadziejnym filmem, na którym musimy jednak wytrzymać do końca, skoro już kupiliśmy bilety.

Stare jeszcze dobre, odparłem. Kombinowałem sobie, że jeśli teraz kupimy nowe, to długo tu nie wrócimy. Natomiast jeśli zrezygnuję z butów, będziemy musieli za jakiś czas przyjechać. Gdy zacznie się szkoła, będą mi potrzebne zeszyty, ołówki, kątomierz i kalkulator. Któregoś dnia, gdy przypomnę mamie o butach, a ona zapyta: czemu nie mówiłeś, jak byliśmy ostatnio w sklepie, pokażę jej resztę sprawunków na liście, a wtedy mama ulegnie.

Skończyliśmy zakupy w stoisku odzieżowym. Wybrane rzeczy włożyłem do wózka i skierowałem się do działu z książkami i czasopismami. Zacząłem wertować magazyn „Mad”, choć w rzeczywistości miałem ochotę pooglądać „Playboya”, którego egzemplarze były zafoliowane.

Widziałem, jak mama przechadza się z wózkiem między półkami. Przemieszczała się powoli, jak liść unoszący się na wodzie wolno płynącego strumienia. Trudno było stwierdzić, co kupiła. Okazało się później, że specjalną poduszkę, którą kładzie się na łóżko, żeby można było czytać w nocy w pozycji siedzącej. I wiatraczek na baterie choć bez baterii. Oraz ceramiczne zwierzątko coś na kształt jeża z rowkami po bokach, do których wkłada się nasiona i podlewa; nasiona kiełkują i po jakimś czasie zwierzątko pokrywa się liśćmi. To jak zwierzątko domowe, powiedziała mama, tylko nie trzeba sobie zawracać głowy czyszczeniem klatki.

Musimy jeszcze kupić karmę dla chomika, przypomniałem jej.

Byłem pochłonięty czytaniem artykułu w „Cosmopolitan”, którego tytuł przyciągnął moją uwagę „Co zdaniem kobiet powinni wiedzieć faceci” gdy ten mężczyzna nachylił się nade mną i odezwał. Stał przed działem znajdującym się tuż obok moich łamigłówek, z czasopismami na temat robótek ręcznych i ogrodnictwa. Trudno było posądzić kogoś o jego wyglądzie, że mógłby coś takiego czytać. I faktycznie, on chciał porozmawiać ze mną.

Chciałbym zapytać, czy mógłbyś mi pomóc, usłyszałem.

Wtedy na niego spojrzałem. Był wysoki. Na jego karku i części ramion, których nie przykrywała koszula, widać było mięśnie. Miał twarz tak ciasno obciągniętą skórą, że łatwo można było wyobrazić sobie kształt jego czaszki. Ubrany był w taką koszulę, jakie nosili pracownicy Pricemartu czerwoną, z imieniem na kieszonce. Na jego widniało imię Vinnie. Gdy przyjrzałem się mężczyźnie uważniej, spostrzegłem, że po nodze cieknie mu krew. Trochę krwi przesiąkło przez nogawkę i spłynęło na but, który wyglądał bardziej jak domowy pantofel.

Krew panu leci, zauważyłem.

Wypadłem z okna, odrzekł. Powiedział to tak, jakby wyjaśniał, że uciął go komar. Może dlatego wtedy nie wydało mi się to wcale dziwnym wytłumaczeniem. A może po prostu wszystko było tak dziwne, że ta wypowiedź szczególnie nie zastanawiała.

Trzeba kogoś zawołać, zaproponowałem. Podejrzewałem, że mojej mamy lepiej nie prosić w tym wypadku o pomoc, ale wokół kręciło się wielu kupujących. Byłem dumny, że z tych wszystkich ludzi wybrał mnie. Coś takiego rzadko mi się w życiu zdarzało.

Nie chcę nikogo straszyć, odparł. Ludzie wpadają w panikę, widząc krew. Wiesz, boją się, że się czymś zarażą, dodał.

Wiedziałem, co ma na myśli, bo wiosną mieliśmy apel w szkole poświęcony tej sprawie. W tamtych czasach mówiono: nie dotykaj niczyjej krwi, bo możesz od tego umrzeć.

Jesteś tu z panią? zapytał. Patrzył na moją mamę, która stała w dziale ogrodniczym i oglądała szlauch ogrodowy. Nie mieliśmy szlaucha, ale nie mieliśmy też dużego ogrodu, który by czegoś takiego wymagał.

Ładna, stwierdził.

To moja mama.

Jak myślisz, zgodziłaby się mnie podwieźć? Uważałbym, żeby nie pobrudzić siedzenia krwią. Wygląda na osobę, która zechciałaby pomóc.

Nie byłem pewny, czy to źle, czy dobrze świadczy o mamie.

Dokąd by pan chciał pojechać? zapytałem. Przyszło mi do głowy, że marnie dbają tu o personel, skoro w przypadku takiego zranienia pracownicy muszą prosić o pomoc klientów.

Może do was?

Zabrzmiało to jak pytanie, jednak mężczyzna spojrzał przy tym na mnie, jakby był bohaterem komiksu Srebrny Surfer, obdarzonym nadprzyrodzoną mocą. Położył mi dłoń na ramieniu i ścisnął je mocno.

Wierz mi, synu, bardzo mi na tym zależy.

Przyjrzałem mu się jeszcze uważniej. Zaciskał szczęki w taki sposób, że wiedziałem, że odczuwa ból, tylko stara się tego nie pokazać, bardzo mocno, jakby chciał przegryźć gwóźdź. Krew na jego spodniach nie odznaczała się zbytnio, bo materiał był granatowy. Mimo klimatyzacji w sklepie mężczyzna mocno się pocił. Nagle spostrzegłem cienki strumyczek krwi cieknącej mu po skroni i zakrzepłą krew we włosach.

W Pricemarcie mieli przecenę na czapki baseballowe. Mężczyzna wsadził sobie jedną z nich na głowę, tak że prawie nie było widać krwi. Wyraźnie utykał, ale wielu ludzi utyka. Zdjął z wieszaka polar i włożył na swoją czerwoną służbową koszulę. Oderwał metkę, zrozumiałem więc, że nie zamierza za niego zapłacić. Być może pracownicy mają jakieś przywileje.

Jeszcze moment, rzucił do mnie. Muszę jeszcze coś stąd zabrać. Zaczekaj tutaj.

Reakcje mojej mamy trudno było przewidzieć. Gdy pukał do nas gość z religijnymi broszurami, potrafiła nakrzyczeć na niego i kazać iść precz, ale pewnego razu wróciłem ze szkoły i zastałem go siedzącego z matką na kanapie i pijącego kawę.

To jest pan Jenkins, powiedziała. Zbiera pieniądze na sierociniec w Ugandzie. Tam dzieci dostają jeść tylko raz dziennie i nie mają nawet pieniędzy, żeby kupić kredki. Za dwanaście dolarów miesięcznie moglibyśmy wspomóc finansowo jednego chłopca, Araka. Mógłbyś z nim korespondować. Jak z bratem.

Według mojego ojca miałem już brata, jednak oboje z mamą wiedzieliśmy, że syn Marjorie się nie liczy.

Super, rzuciłem. Arak. Mama wypisała czek. Ten człowiek zostawił nam jego zdjęcie niewyraźne, bo to było ksero. Mama przyczepiła je do drzwi lodówki.

Kiedyś przed naszym domem błąkała się jakaś kobieta w samej koszuli nocnej. Była bardzo stara i nie mogła sobie przypomnieć, gdzie mieszka. Wciąż powtarzała, że szuka swojego syna.

Mama zaprosiła do środka i też zrobiła jej kawę. Wiem, jak czasem życie potrafi się zagmatwać, zapewniła staruszkę. Pomożemy pani.

W podobnych przypadkach mama przejmowała kontrolę nad sytuacją. Bardzo to lubiłem, wydawała się wtedy taka normalna. Ugościwszy staruszkę kawą i grzankami, usadziliśmy z przodu auta, przypięliśmy pasem bezpieczeństwa to pewnie wtedy był ostatni raz, gdy wsiedliśmy do samochodu przed wyprawą do sklepu i długo krążyliśmy po całej dzielnicy.

Betty, niech mi pani da znać, jak tylko pani coś rozpozna, poprosiła staruszkę mama.

Choć raz na coś się przydało, że mama jeździ tak wolno, bo zauważył nas jakiś mężczyzna, to znaczy zauważył Betty na przednim siedzeniu, i zatrzymał nas, machając ręką.

Już nie wiedzieliśmy, gdzie mamy jej szukać, powiedział z ulgą, gdy mama opuściła szybę. Bardzo pani dziękuję, że się pani nią zaopiekowała.

Nic jej nie jest, zapewniła mama. To była bardzo miła wizyta. Proszę nas kiedyś jeszcze odwiedzić.

Podoba mi się ta dziewczyna, odezwała się Betty, gdy syn podszedł, by odpiąć jej pas bezpieczeństwa. Z taką powinieneś się ożenić, Eddie, a nie z jędzą.

Wtedy przyjrzałem się mężczyźnie. Z pewnością nie mógł uchodzić za przystojnego, ale sprawiał sympatyczne wrażenie. Przez sekundę zapragnąłem mu jakoś dać znać, że moja mama nie ma męża. Że mieszkamy tylko we dwójkę. I żeby kiedyś przyjechał do nas z Betty.

Ten Eddie był miły, stwierdziłem, gdy odjechaliśmy kawałek. Może też jest rozwiedziony. Nigdy nie wiadomo.

Mamę znaleźliśmy w dziale z artykułami żelaznymi. Skoro już tu jesteśmy, rzekła, kupię parę żarówek.

To był dobry znak. Zwykle gdy przepalała się żarówka, tak już zostawało. Ostatnio w naszym domu robiło się coraz ciemniej. W kuchni na przykład działała już tylko jedna, w dodatku dość słaba. Gdy chciało się zobaczyć coś w nocy, trzeba było otworzyć lodówkę, żeby trochę oświetlić kuchnię.

Nie wiem, czy uda nam się je wkręcić, zastanawiała się głośno mama. Nie mam jak sięgnąć do tej instalacji na suficie.

Wtedy przedstawiłem jej zakrwawionego mężczyznę, Vinniego. Pomyślałem, że fakt, że jest wysoki, przemawia na jego korzyść.

To moja mama, Adele, powiedziałem.

Mam na imię Frank, rzekł on.

Czasem się zdarza wziąć człowieka za kogoś innego. Najwyraźniej założył nie swoją koszulę.

Ma pani dobrego syna, Adele, zwrócił się mężczyzna do mojej mamy. Zaproponował, że mnie podwieziecie. Mogę się odwdzięczyć i pomóc wam z tym.

Wskazał na żarówki.

I we wszystkich innych robotach w domu, dodał. Umiem praktycznie wszystko.

Wtedy mama przyjrzała się jego twarzy. Mimo że miał czapkę, na jego policzku widać było zaschniętą krew, jednak mama chyba tego nie widziała, a może widziała, tylko nie miało to dla niej znaczenia.

Stanęliśmy razem w kolejce do kasy. Mężczyzna poinformował mamę, że on zapłaci za moją książeczkę z łamigłówkami, tylko trochę później, bo w tej chwili ma ograniczone finanse. Najwyraźniej nie zamierzał wspomnieć kasjerce o czapce baseballowej ani o polarze.

Oprócz ubrań dla mnie, węża ogrodowego, poduszki, ceramicznego jeża, żarówek i wachlarza, mama kupiła rakietkę ze sklejki, z przymocowaną na gumce piłeczką, którą uderza się tyle razy z rzędu, ile się uda.

Chciałam ci sprawić jakąś przyjemność, Henry, powiedziała, kładąc zabawkę na taśmie przy kasie.

Nie chciało mi się jej tłumaczyć, że czymś takim ostatnio bawiłem się w wieku sześciu lat, ale odezwał się Frank. Taki chłopak powinien mieć prawdziwą piłkę baseballową, rzekł. I tu niespodzianka: miał jedną w kieszeni. Z nieoderwaną metką.

Jestem beznadziejny, jeśli chodzi o baseball, przyznałem mu się.

Może byłeś, odrzekł. Gładził palcami szwy na piłeczce i wpatrywał się w nią, jakby nic poza piłką nie istniało.

Gdy wychodziliśmy ze sklepu, Frank wziął jedną z darmowych ulotek z ofertami tygodnia. W samochodzie rozłożył na tylnym siedzeniu. Nie chcę ci pobrudzić tapicerki krwią, Adele, rzekł. Jeśli wolno mi tak do ciebie mówić.

Inne matki pewnie zadałyby mu mnóstwo pytań. Bardziej prawdopodobne, że w ogóle by go ze sobą nie wzięły. A moja mama po prostu odpaliła silnik. Zastanawiałem się, czy Frank nie będzie miał kłopotów, skoro wyszedł z pracy, nie zgłaszając tego nikomu, ale nie wyglądało na to, żeby się czymkolwiek przejmował.

W ogóle z całej naszej trójki chyba tylko ja byłem przejęty sytuacją. Uznałem, że powinienem zareagować, ale oczywiście nie miałem pojęcia jak. A patrząc na Franka, miało się nieodparte wrażenie, że wszystko jest w porządku i pod kontrolą, tak że człowiek chciał zdać się na niego. Choć właściwie to on był zdany na nas.

Mam jakiś szósty zmysł, jeśli chodzi o ludzi, zwrócił się do mojej mamy. Rozejrzałem się po tym wielkim sklepie i od razu wiedziałem, że to będziesz ty.

Nie będę ci kłamał, dodał. To krępująca sytuacja. Wielu ludzi w takiej sytuacji nie chciałoby mieć ze mną do czynienia. Ale intuicja mówi mi, że ty jesteś bardzo wyrozumiałą osobą.

Nie jest łatwo dawać sobie radę w tym świecie, ciągnął. Czasem musisz się zatrzymać. Zebrać myśli. Przyczaić się na chwilę.

Spojrzałem na mamę. Jechaliśmy główną ulicą, mijając pocztę, drogerię, bank, bibliotekę. Wszystko to były stare, dobrze znane miejsca, jednak nigdy wcześniej nie oglądałem ich w towarzystwie kogoś takiego jak Frank. Właśnie powiedział, że odgłos hamowania świadczy o tym, że tarcze hamulcowe już się trochę starły. Jeśli mama ma jakieś narzędzia, to on chętnie pogrzebie w jej aucie.

Siedząc obok mamy na przednim fotelu, usiłowałem coś wyczytać z jej twarzy, dostrzec, czy jej wyraz się zmienia, gdy Frank mówi o tym wszystkim. Czułem łomot własnego serca i ucisk w piersi nie był to właściwie strach, ale coś podobnego, choć dziwnie przyjemnego. Podobnie czułem się, gdy ojciec zabrał Richarda, małą, mnie i Marjorie do Disney Worldu i zajęliśmy miejsca w kosmicznej kolejce wszyscy oprócz Marjorie i Chloe. Zanim kolejka ruszyła, miałem przez chwilę ochotę wysiąść, ale wtedy włączyli światła i muzykę, a Richard szturchnął mnie w bok i zawołał: Jak będziesz rzygać, to pamiętaj, żeby nie na mnie.

Dziś jest mój szczęśliwy dzień, rzekł Frank. Może wasz też.

I wtedy zrozumiałem, że nasze życie właśnie się zmienia. Wsiedliśmy do kosmicznej kolejki i zmierzaliśmy w ciemną otchłań, gdzie może okazać się, że nie ma gruntu pod nogami i nie wiemy, dokąd zmierzamy. Może wrócimy, a może nie.

Nawet jeśli mama myślała podobnie, nie dawała po sobie niczego poznać. Ściskała tylko kierownicę i wpatrywała się przed siebie jak przedtem, przez całą drogę do domu.

ROZDZIAŁ 2

W naszym ówczesnym miejscu zamieszkania miasteczku Holton Mills w stanie New Hampshire wszyscy wiedzieli wszystko o wszystkich. Zauważali zaniedbany trawnik między jednym koszeniem a drugim, a gdy ktoś pomalował dom na kolor inny niż biały, nie komentowali tego może w bezpośredniej rozmowie, ale plotkowali za plecami. Moja mama należała do ludzi, którzy wolą, by ich zostawić w spokoju. Kiedyś, w przeszłości, uwielbiała błyszczeć i skupiać na sobie uwagę, ale teraz pragnęła być jak najmniej widoczna.

Twierdziła, że nasz dom podoba jej się między innymi dlatego, że stoi przy końcu ulicy, nie ma za nim żadnych innych budynków, a z tyłu rozpościera się duże pole, przechodzące w las. Rzadko przejeżdżały tamtędy samochody, chyba że ktoś minął dom, do którego chciał dojechać, i musiał zawrócić koło nas. Poza ludźmi takimi jak ów człowiek, który zbierał fundusze na sierociniec, i czasem przedstawicielami jakichś stowarzyszeń religijnych czy doręczycielami petycji, właściwie nikt nas nie odwiedzał, z czego mama była zadowolona.

Kiedyś było inaczej. Składaliśmy wizyty u sąsiadów i zapraszaliśmy ich do nas. Jednak w tamtym okresie mamie została praktycznie jedna znajoma, Evelyn, a i ona rzadko się już u nas pojawiała.

Mama i Evelyn poznały się mniej więcej wówczas, gdy odszedł od nas ojciec. Mama wtedy miała taki pomysł, żeby prowadzić u nas w domu zajęcia z tańca artystycznego dla dzieci. Później trudno mi było sobie wyobrazić, że w ogóle chciało jej się coś takiego robić. Rozwiesiła w całym mieście ulotki informacyjne i wykupiła ogłoszenie w lokalnej gazecie. Matki miały przyprowadzać do nas dzieci, mama włączałaby muzykę i rozkładała wszędzie chusty i szarfy, i wszyscy tańczyliby dookoła. Po skończonych zajęciach miały być serwowane przekąski. Gdyby znalazła dość klientów, nie musiałaby zawracać sobie głowy szukaniem tradycyjnej pracy, która nie była w jej stylu.

W przygotowania włożyła mnóstwo wysiłku. Uszyła niewielkie maty dla każdego dziecka, usunęła z salonu wszystkie meble i kupiła dywan, który ktoś zamówił w sklepie jako wykładzinę dywanową i za niego nie zapłacił.

Byłem wtedy jeszcze mały, ale pamiętam, że pierwszego ranka, gdy miały się odbyć zajęcia, mama zapaliła świece i poustawiała je w salonie, upiekła też ciasteczka zdrowe, z pełnoziarnistej mąki i z miodem zamiast cukru. Nie chciałem brać udziału w tańcach, więc powiedziała mi, że mogę obsługiwać adapter i pilnować młodszych dzieci, gdy ona będzie się zajmować starszymi, a potem mogę roznosić ciasteczka. Przeprowadziliśmy próbę, mama pokazała mi, co i jak mam robić, i przypomniała, że gdyby któreś dziecko potrzebowało skorzystać z toalety, mam mu pomóc zapiąć spodenki, i tym podobne.

Nadeszła godzina, o której mieli się zacząć schodzić klienci. Umówiona pora minęła i wciąż nikogo nie było.

Jakieś pół godziny po czasie zjawiła się kobieta z chłopcem w wózku inwalidzkim. To była właśnie Evelyn z synem, Barrym. Jego wzrost wskazywał, że jest mniej więcej w moim wieku, ale nie mówił, raczej wydawał jakieś dźwięki w nieoczekiwanych momentach, jak gdyby oglądał film, którego nikt poza nim nie widzi. Czasem wyglądał, jakby reagował na śmieszną scenę, a raz, jakby umarł jego ulubiony bohater, bo włożył głowę w dłonie co wcale nie było łatwe, ponieważ ręce strasznie mu się trzęsły, podobnie jak głowa, choć nie zawsze w tym samym kierunku i siedział tak w tym swoim wózku, wydając odgłosy podobne do szlochania.

Evelyn chyba miała nadzieję, że taniec artystyczny może być korzystny dla Barry’ego, choć moim zdaniem on i tak poruszał się całkiem fantazyjnie. Mama jednak bardzo się postarała. Przeniosła Barry’ego z pomocą Evelyn na jedną z tych specjalnych mat i nastawiła płytę, którą lubiła, ze ścieżką dźwiękową z filmu muzycznego Faceci i laleczki i pokazała Barry’emu i Evelyn ruchy do piosenki Luck Be a Lady Tonight. Orzekła, że Evelyn ma potencjał. Jednak poruszanie się w rytm muzyki zdecydowanie nie było dla Barry’ego.

Zajęcia zakończyły się po tej jednej sesji, tymczasem mama i Evelyn się zaprzyjaźniły. Evelyn często przywoziła Barry’ego w jego zbyt dużym wózku spacerowym i zostawiała go na ganku z tyłu domu. Mama robiła kawę i kazała mi się z nim bawić, a sama słuchała Evelyn, która paliła papierosy i gadała. Od czasu do czasu dolatywały mnie słowa takie jak „zaległe alimenty”, „jego obowiązek”, „to mój krzyż” czy „skończony palant”. Mówiła Evelyn, nigdy moja mama. Jednak nauczyłem się wyłączać i jej nie słyszeć.

Próbowałem wymyślać rzeczy, które mógłby robić Barry, zabawy, które mogłyby go zainteresować, ale to było strasznie trudne. Raz, gdy byłem już bardzo znudzony, przyszło mi do głowy, żeby zacząć do niego mówić w wymyślonym języku używając dźwięków podobnych do tych, które on sam czasem wydawał. Usiadłem przed jego wózkiem i „przemawiałem” do niego w ten sposób, pomagając sobie gestami, jakbym opowiadał mu jakąś zajmującą historię.

Barry zareagował entuzjastycznie. Przynajmniej zaczął wydawać więcej dźwięków niż wcześniej. Wył, pokrzykiwał i wymachiwał rękami energiczniej niż zazwyczaj. Wrzask zaalarmował moją mamę i Evelyn, które wyszły na ganek, żeby sprawdzić, co się dzieje.

Co ty wyprawiasz? zawołała Evelyn. Po jej minie widziałem, że nie jest zadowolona. Podbiegła do wózka Barry’ego i zaczęła przygładzać mu włosy.

Nie mogę uwierzyć, że pozwoliłaś swojemu synowi wyśmiewać się z Barry’ego, zwróciła się do mojej mamy. Spakowała rzeczy Barry’ego i schowała swoje papierosy. Myślałam, że akurat ty mnie rozumiesz, dodała.

Oni się tylko bawili, tłumaczyła mama. Nic się nie stało. Henry naprawdę jest grzeczny.

Ale Evelyn z Barrym już wychodziła.

Po tym incydencie prawie ich już nie widywaliśmy, co dla mnie nie było jakąś wielką stratą, tylko że wiedziałem, jak bardzo mojej mamie brakuje przyjaciółki. Po Evelyn nie miała już żadnej.

Kiedyś jeden chłopak z naszej klasy, Ryan, zaprosił mnie, żebym przyszedł się pobawić i został u niego na noc. Był nowy i nie zdążył się jeszcze zorientować, że mnie raczej nikt nie zaprasza. Zgodziłem się. Gdy jego tata po mnie przyjechał, byłem gotów na krótką ucieczkę z domu, w reklamówce miałem szczoteczkę do zębów i zmianę bielizny.

Chyba powinienem się przedstawić twoim rodzicom, powiedział tata Ryana, kiedy wsiadałem do jego samochodu. Żeby się nie denerwowali.

Mamie, sprostowałem. Mieszkam tylko z mamą. I ona już się zgodziła.

To chociaż się z nią przywitam, zdecydował.

Nie wiem, co mama mu powiedziała, ale gdy wyszedł, wyglądał, jakby było mu mnie żal.

Możesz nas odwiedzać, kiedy tylko chcesz, synu, powiedział. Jednak to był mój pierwszy i ostatni raz.

Tak więc to, że jechaliśmy do domu razem z Frankiem, wydawało się czymś niezwykłym. Był chyba naszym pierwszym gościem od roku. Może nawet od dwóch lat.

Przepraszam za bałagan, odezwała się mama, gdy zatrzymaliśmy się na podjeździe. Byliśmy ostatnio zajęci.

Zerknąłem na nią. Zajęci? Czym?

Otworzyła drzwi. Chomik Joe biegał w swoim kołowrotku. Na stole kuchennym leżała gazeta sprzed kilku tygodni. Do mebli przyklejone były żółte karteczki z hiszpańskimi słówkami napisanymi markerem: Mesa. Silla. Agua. Basura. Wśród planów mamy dla nas na lato było nauczenie się gry na cymbałach i opanowanie hiszpańskiego. W czerwcu zaczęła puszczać kasety wypożyczone z biblioteki. ¿Dónde está el baño? ¿Cuánto cuesta el hotel?

To były rozmówki dla turystów. Jaki to ma sens? zapytałem mamę. Wolałem, żeby włączyła radio i żebyśmy posłuchali muzyki. O ile wiedziałem, nie wybieraliśmy się do żadnego hiszpańskojęzycznego kraju. Już wyprawa do supermarketu raz na sześć tygodni była nie lada wyczynem.

Nigdy nie wiadomo, jaka się nadarzy okazja, odparła.

Teraz okazywało się, że okazje nadarzają się niespodzianie. Nie trzeba było donikąd wyjeżdżać po przygodę. Przygoda mogła zjawić się u nas.

Stała właśnie w naszej kuchni o pogodnych żółtych ścianach, z jedyną świecącą żarówką i zeszłorocznym ceramicznym zwierzątkiem, świnką, na której gąszcz zielonych pędów już dawno zesechł i zbrązowiał.

Frank rozglądał się wokół. Patrzył spokojnie, jakby nie było nic niezwykłego w tym, że wchodzi się do kuchni, w której pod jedną ze ścian piętrzy się sterta kilkudziesięciu puszek zupy pomidorowej Campbella, niczym ekspozycja w supermarkecie w jakimś wymarłym mieście, a obok równie wysoki stos pudełek z makaronem kolanka, słoiki z masłem orzechowym i opakowania rodzynek. Patrzył na wciąż widoczne na podłodze ślady stóp wymalowane przez mamę, gdy zeszłego lata uczyła mnie tańczyć fokstrota i two-stepa. Ja miałem stawiać stopy na tym przygotowanym przez nią szablonie, a mama wybijać rytm, jako moja partnerka.

Mężczyzna powinien umieć tańczyć, mówiła. Wtedy świat staje przed nim otworem.

Miło tu, rzucił Frank. Tak przytulnie. Mogę usiąść przy mesa?

Jaką kawę lubisz? zapytała mama. Sama piła czarną. Czasem myślałem, że żyje tylko kawą. Zupy i makaron kupowała głównie dla mnie.

Frank zapatrzył się w nagłówek w leżącej na stole gazecie, choć pochodziła sprzed kilku tygodni. Nikt się nie kwapił do rozmowy, zdecydowałem więc, że ja przełamię lody.

Co ci się stało w nogę? zapytałem. Byłem też ciekaw, jak zranił się w głowę, uznałem jednak, że nie wszystko naraz.

Będę z tobą szczery, Henry, rzekł. Zaskoczyło mnie, że zapamiętał moje imię. Na pytanie mamy odpowiedział: Ze śmietanką i z cukrem, dzięki, Adele.

Odwrócona do nas plecami, odmierzała kawę łyżeczką. Frank niby zwracał się do mnie, ale patrzył na moją mamę, a ja po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, jak może postrzegać ktoś, kto nie jest jej synem.

Twoja mama wygląda jak Ginger z tego serialu Wyspa Gilligana, powiedziała mi kiedyś pewna dziewczynka, Rachel. To było w piątej klasie, kiedy mama wyjątkowo pojawiła się w naszej szkole, żeby zobaczyć przedstawienie Rip Van Winkle, w którym grałem Ripa. Rachel wysunęła teorię, że może moja mama faktycznie jest aktorką grającą Ginger, a my tylko dlatego mieszkamy tu w miasteczku, żeby mogła uciec przed wielbicielami i stresującym życiem w Hollywood.

Nie miałem wówczas ochoty odwodzić jej od tej wersji wydarzeń. Stanowiła zdecydowanie lepsze wytłumaczenie, dlaczego moja mama prawie nie wychodzi z domu. Bez względu na to, czym się naprawdę powodowała.

Mimo że była matką nie jakąś matką, tylko moją i miała na sobie znoszoną spódnicę i stary jak świat trykot, mogłem zrozumieć, że komuś wydaje się atrakcyjna. Mało tego. Matki większości dzieci, które widywało się w szkole, czekające o trzeciej przed budynkiem, żeby je zabrać do domu, czy biegnące za nimi z zapomnianą pracą domową, w którymś momencie traciły figurę, pewnie po porodzie. Spotkało to na przykład żonę mojego ojca, mimo że, jak zawsze podkreślała mama, Marjorie była młodsza.

Mama wciąż miała świetną sylwetkę. Wiedziałem, że nadal pasują na nią jej stare stroje do tańca (bo kiedyś przymierzała je, gdy o to poprosiłem), i choć ostatnimi czasy tańczyła już tylko w kuchni, nadal miała nogi baleriny. Którym teraz przyglądał się Frank.

Będę z tobą szczery, powtórzył wolno, wpatrując się w moją mamę napełniającą wodą pojemnik w ekspresie do kawy. Może wiedziała, że on obserwuje. Jej ruchy były niespieszne.

Przez chwilę Frank wydawał się być gdzieś daleko, nie w naszej kuchni. Patrząc na niego, miałem wrażenie, że ogląda jakiś film wyświetlany na ekranie umieszczonym w okolicy naszej lodówki, na której wciąż tkwiła spłowiała fotokopia zdjęcia mego korespondencyjnego przyjaciela z Afryki, Araka, przytrzymywana przez dwa magnesy z kalendarzykami z minionych lat. Zdawało mi się, że Frank na chwilę utkwił wzrok w jakimś punkcie w przestrzeni kosmicznej, zamiast na tym, co można było zobaczyć w kuchni, czyli tylko mnie, siedzącego przy stole, kartkującego komiks, i mamę, przyrządzającą kawę.

Zraniłem się w nogę, powiedział w końcu w nogę i w głowę skacząc z okna na drugim piętrze w szpitalu, do którego zabrali mnie, żeby mi wyciąć wyrostek.

W więzieniu, dodał. W ten sposób uciekłem.

Czasem ludzie, udzielając odpowiedzi, która mogłaby przedstawić ich w niekorzystnym świetle (na przykład zatrudnieni w McDonaldzie pytani o to, gdzie pracują), zaczynają się gęsto tłumaczyć: „tak naprawdę to jestem aktorem” albo: „niedługo zdaję na medycynę”, lub usiłują upiększać rzeczywistość, twierdząc, dajmy na to, że pracują w handlu, gdy w rzeczywistości osobnikami, którzy wydzwaniają do nas, namawiając na subskrypcję jakiejś gazety.

Ale Frank, gdy opowiadał o sobie, był szczery. Przyznał, że uciekł z więzienia stanowego w Stinchfield. Potem podwinął koszulę, żeby nam pokazać trzecią ranę. Ta była zabandażowana. Miejsce po wyciętym wyrostku. Wyglądało na to, że wyciętym niedawno.

Mama odwróciła się do niego. W jednej ręce trzymała dzbanek z kawą, w drugiej kubek. Nalała kawę do kubka cienkim strumyczkiem. Na stole postawiła mleko w proszku i cukier.

Nie mamy śmietanki, rzekła.

Nie ma sprawy, odparł Frank.

Uciekłeś? upewniłem się. I teraz szuka cię policja? Bałem się, lecz byłem też podniecony. Wiedziałem, że wreszcie coś się zacznie dziać w naszym życiu. Może coś złego, może nawet strasznego. Jedno było pewne: będzie inaczej.

Dotarłbym dalej, powiedział, gdyby nie ta cholerna noga. Nie dałem rady biec. Ktoś mnie zauważył i już mnie otaczali, ale dałem nura do tego sklepu, w którym was spotkałem. Tam na parkingu zgubili mój trop.

Frank wsypywał cukier do kawy. Trzy łyżeczki. Byłbym wdzięczny, gdybyście pozwolili mi tu chwilę posiedzieć, rzekł. Trudno by mi było teraz stąd wyjść. Gdy skakałem z okna, narobiłem trochę szkód.

Co do tego jednego moja mama i Frank na pewno mogli się zgodzić: wychodzenie z domu stanowiło problem.

Niczego bym od was nie chciał, dodał. Mógłbym wam trochę pomóc. Nigdy w życiu nikogo celowo nie skrzywdziłem.

Możesz tu zostać jakiś czas, odparła mama. Nie chcę tylko, żeby jakakolwiek krzywda stała się Henry’emu.

Chłopak nie mógłby być w lepszych rękach, zapewnił Frank.

ROZDZIAŁ 3

Mama zawsze świetnie tańczyła. Więcej, tańczyła tak, że mogłaby wystąpić w którymś z tych filmów z tańczącymi aktorami, tylko że takich filmów już nie kręcono. Ale mieliśmy kilka nagranych na kasetach i znaliśmy taneczne układy. Na przykład ten z Deszczowej piosenki, w którym zakochany bohater okręca się wokół ulicznej latarni, a dziewczyna ma na sobie płaszcz przeciwdeszczowy. Moja mama odtańczyła raz ten numer w centrum Bostonu, gdy jeszcze czasem się dokądś wybieraliśmy. Zabrała mnie do muzeum techniki, a gdy z niego wychodziliśmy, właśnie zaczęło padać, opodal stała latarnia, i mama tak po prostu zaczęła tańczyć. Gdy później robiła podobne rzeczy, czułem wstyd. Ale wtedy byłem tylko dumny.

Dzięki tańcowi poznała mego ojca. Niezależnie od tego, jaką miała o nim opinię ogólną, mówiła mi, że ten mężczyzna wiedział, co się robi z kobietą na parkiecie, a to w jej skali wartości miało duże znaczenie. Nie pamiętałem zbyt wiele z czasów, gdy moi rodzice byli jeszcze razem, pamiętałem jednak, jak tańczyli, i mimo że byłem mały, wiedziałem, że są najlepsi.

Niektórzy mężczyźni po prostu kładą ci rękę na ramieniu lub obejmują w pasie, mówiła mama. Dobrzy tancerze natomiast wiedzą, że ważny jest stanowczy nacisk. Że partnerka musi mieć się od czego odepchnąć.

To, jak trzymać partnerkę podczas tańców towarzyskich, było jedną z wielu rzeczy, o których mama miała wyrobioną opinię. Wierzyła także, że od kuchenki mikrofalowej człowiek dostaje raka i staje się bezpłodny, i dlatego (choć my też mieliśmy mikrofalówkę) kazała mi obiecać, że gdy będę u ojca i Marjorie zacznie coś podgrzewać w kuchence, zasłonię sobie podbrzusze książką kucharską.

Raz przyśniło jej się, że wkrótce w wybrzeże Florydy uderzy straszliwe tsunami, co było wyraźnym znakiem, że nie powinienem jechać do Disney Worldu z ojcem i Marjorie – nieważne, że miasto Orlando leży w głębi lądu. Doszła też do wniosku, że nasza sąsiadka, Ellen Farnsworth, została wynajęta przez mojego ojca do zbierania informacji, które stanowiłyby argument za przyznaniem mu opieki nade mną. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że dzień po tym, jak ojciec zadzwonił i zażądał, żeby mama zawiozła mnie na sprawdzian kwalifikacyjny do małej ligi baseballowej, pani Farnsworth podjechała pod nasz dom, by zapytać, czy mnie podwieźć? Bo inaczej po co przychodziłaby pożyczyć jedno jajko, pod pretekstem, że tego jednego właśnie jej zabrakło, gdy piekła pieguski? Ona nas sprawdza, twierdziła mama. Zbiera obciążające fakty.

Nie zdziwiłabym się, gdyby ta kobieta założyła nam podsłuch, mówiła. Robią teraz tak mikroskopijne mikrofony, że kto wie, czy nie mamy jakiegoś w solniczce.

Halo, Ellen, zawołała do solniczki śpiewnym głosem. Kiedyś czułem podziw, że mama jest taka mądra i że gdy odkryje coś niezwykłego, wie, jak się zachować. Ale potem mi przeszło.

A co się tyczy sprawdzianu do małej ligi: to jest jedna z owych organizacji, gdzie zabijają inwencję twórczą dzieci, każąc im przestrzegać tych wszystkich reguł, orzekła.

Takich jak ta, że każdy ma tylko trzy uderzenia? – zapytałem. I że wygrywa drużyna, która zdobędzie najwięcej punktów?

Oczywiście, byłem trochę złośliwy. Nie cierpiałem baseballu, ale czasem nie mogłem też znieść tego, że mama we wszystkim, co robią inni, doszukuje się przyczyn, dlaczego nam to nie pasuje. I dlaczego ci ludzie nie są w naszym typie.

A w ogóle, to co się dzieje z tą kobietą? – rzuciła mama, gdy pani Farnsworth urodziła czwarte dziecko. Co się obejrzę, ona ma jakieś nowe niemowlę.