OPOWIEŚCI MIŁOSNE, ŚMIERTELNE I TAJEMNICZE - Edgar Allan Poe - ebook
Wydawca: Vesper Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2010

OPOWIEŚCI MIŁOSNE, ŚMIERTELNE I TAJEMNICZE ebook

Edgar Allan Poe

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1162 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka OPOWIEŚCI MIŁOSNE, ŚMIERTELNE I TAJEMNICZE - Edgar Allan Poe

Oto jedna z najobszerniejszych polskich edycji opowiadań Edgara Allana Poe:

trzydzieści siedem utworów w klasycznych przekładach i w unikalnym wyborze,

obejmującym teksty niewznawiane od przedwojnia. Są wśród nich piękne i mroczne

opowiadania miłosne: Morella, Ligeja, Eleonora; ironiczne moralitety o winie i karze,

zbrodni i zemście, okrucieństwie i sumieniu: Bies przewrotności, Czarny kot, Beczka

Amontillado, Serce – oskarżycielem; opowieści o zagadkach i tajemnicach świata, życia

i śmierci: Złoty żuk, Zabójstwo przy Rue Morgue, Opowieść Artura Gordona Pyma z

Nantucket; groteski, makabreski i mistyfikacje. Po raz pierwszy w Polsce ozdobą

opowiadań Edgara Allana Poe są wyjątkowe ilustracje wybitnego irlandzkiego artysty,

który jak mało kto odczuł ducha jego twórczości: Harry’ego Clarke’a.

Opinie o ebooku OPOWIEŚCI MIŁOSNE, ŚMIERTELNE I TAJEMNICZE - Edgar Allan Poe

Fragment ebooka OPOWIEŚCI MIŁOSNE, ŚMIERTELNE I TAJEMNICZE - Edgar Allan Poe




























Berenice



Dicebant mihi sodales, si sepulchrum amicae visitarem, Dicebant mihi sodales, si sepulchrum amicae visitarem, curas meas aliquantulum fore levatas 1.

Ebn Zaiat





Nieszczęście ma postać rozmaitą. Wielokształtna jest marność tej ziemi. Na wzór tęczy rozpostarta ponad rozległym widnokręgiem posiada barwy tak samo różnorodne, tak samo poszczególnie odmienne, a przecież tak samo ścisłym spojone węzłem. Rozpostarta nad rozległym widnokręgiem na wzór tęczy! Jakim sposobem godło piękna mogłem przedzierzgnąć w symbol brzydoty? Ze znamienia zgody i pokoju uczynić smutkom przenośnię? Lecz jako w świecie etycznym złe jest wynikiem dobrego, tak samo w świecie rzeczywistym z radości rodzą się bóle. Albo wspomnienie minionego szczęścia rozpaczą napełnia dzień dzisiejszy, albo męka, która się staje, ród swój wywodzi od uniesień, które stać się mogły.

Zamierzam opowiedzieć zdarzenie, którego treść jest pełna zgrozy. Przemilczałbym je chętnie, gdyby nie było raczej kroniką wrażeń niż zdarzeń. Na imię mam Egeusz, nazwisko – pominę milczeniem. Nie ma w kraju pałacu bardziej obarczonego sławą i wiekiem niż moje melancholijne i stare gniazdo rodzinne. Ród nasz od dawna przezywano rodem wizjonerów i rzeczywiście w niektórych zastanawiających szczegółach – w charakterze naszego magnackiego domu – we freskach głównej sali – w obiciach komnat sypialnych, w rytowniczych ozdobach słupów zbrojowni, a przede wszystkim w galerii starych obrazów, w zewnętrznym pozorze biblioteki i wreszcie w zgoła osobliwej zawartości owej biblioteki – tkwi coś, co aż nadto usprawiedliwia owo mniemanie.

Wspomnienia moich lat młodocianych wiążą się ściśle z ową komnatą i z jej foliałami, których treść zgoła przemilczę. Tam właśnie umarła moja matka. Tam właśnie przyszedłem na świat. Wszakże nadaremnie by twierdzono, żem nie istniał uprzednio – że duch mój nie posiadał trwania przedstworzennego. Przeczycie temu? Poniechajmy wszelkich pod tym względem sporów. Mam przekonanie osobiste i nie zamierzam przekonywać innych. Istnieje zresztą pewne wspomnienie kształtów bezcielesnych, oczu niewidzialnych a wymownych, dźwięków melodyjnych a pełnych melancholii – wspomnienie, które się wzbrania wszelkim odlotom, rodzaj pamięci podobnej do mętnego, zmiennego, nieokreślonego cienia, i dopóki mój duch będzie słoneczniał, dopóty nie mogę się zgodzić na rozłąkę z tym cieniem, który jest rzeczywistością.

W tej to właśnie komnacie przyszedłem na świat. Z odmętów długiej nocy, która miała pozór, lecz nie była nicością, wyłoniłem się po to, aby wkroczyć nagle w krainę baśni, w pałacowe przepychy fantazji, w dziwaczne dziedziny myśli i wiedzy klasztornej. Nie dziw tedy, że przerażonym a płomiennym wzrokiem badałem świat dookolny, że dzieciństwo spędziłem wśród ksiąg, a młodość roztrwoniłem na marzeniach; lecz zastanawia ta okoliczność, że gdy lata upływały i południe dojrzałego wieku zastało mnie jeszcze żywcem w gnieździe mych przodków – zastanawia, powtarzam, ta okoliczność, że bijące źródła mojego życia zaprawiły się nagłym zastojem, że w kierunku najwłaściwszego mi myślenia stał się przewrót zupełny. Zjawiska rzeczywistości potrącały o mnie jak sny, tylko jako sny, podczas gdy szaleńcze pomysły krainy snów stały się w zamian nie tylko strawą mego codziennego istnienia, lecz stanowczo jedynym i całkowitym istnieniem w samym sobie.

***


Z Berenice łączyły mnie węzły pokrewieństwa i wzrastaliśmy razem w gnieździe ojczystym. Lecz wzrastaliśmy odmiennie, ja – chorowity i spowinięty w melancholię, ona zwinna, urocza i obdarzona nadmiarem sił żywotnych; jej działem była włóczęga po wzgórzach, moim – samotnicze zgłębianie ksiąg; jam żył sam w sobie, ciałem i duchem oddany najusilniejszym i najmozolniejszym rozmyślaniom – ona bez troski szła przez życie, nie myśląc o cieniach tkwiących na drodze i o niemym odlocie kruczo oskrzydlonych godzin. Berenice! Wymawiam jej imię – Berenice! – i ze zmurszałych ruin mej pamięci na skinięcie tego dźwięku wynika tysiąc burzliwych wspomnień! Ach, postać jej żywcem stoi mi w oczach, jak w pierwszych dniach naszych uniesień i naszego wesela! O, wspaniałe, a jednak fantastyczne piękno, o, sylfida z gajów Arnheimskich! O, najada wpośród kaskad! A potem – a potem wszystko staje się tajemnicą i zgrozą, powieścią, która się nie chce wypowieścić. Choroba, choroba złowieszcza dopadła jej ciała jak samum i nawet wówczas, gdy ją oglądałem, duch przemian snuł się po niej i opanowywał ją, przenikając na wskroś jej duszę, jej nawyknienia, jej charakter i zakłócając w sposób najniepochwytniejszy i najstraszliwszy nawet tożsamość jej istoty! Niestety, oprawca przyszedł i odszedł, lecz ofiara, lecz istotna Berenice – kędyż się podziała? Tej, która trwała, nie znałem, a w każdym razie nie poznawałem już w niej Berenice.

Nieodparta i zasadnicza niemoc, która tak straszliwym przewrotem dotknęła jej ciała i ducha, przyprawiła ją jednocześnie o liczny szereg chorób. Wśród nich muszę wymienić, jako najsmutniejszy i najuporczywszy objaw, rodzaj epilepsji, która często kończyła się katalepsją – katalepsją mającą całkowity pozór śmierci, a z której Berenice ocykała się niekiedy gwałtownym i nagłym ocknieniem. W tym samym czasie moja choroba – gdyż zdaniem ogólnym nie mogłem innym nazwać jej imieniem – moja choroba wzrastała szybko i wskutek pogorszenia objawów pod wpływem nadużycia opium nabrała ostatecznie cech nowej i niezwykłej monomanii, z godziny na godzinę, z minuty na minutę szerzyła się z większą mocą i wreszcie pozyskała nade mną zbyt osobliwą i niepojętą władzę. Monomania owa, jeśli koniecznie mam używać tej nazwy, polegała na chorobliwej podnietliwości władz umysłowych, które język filozoficzny określa słowem: uwaga. Jest to bardziej niż prawdopodobne, że nie jestem zrozumiały, lecz obawiam się doprawdy, że zgoła nie potrafię udzielić przeciętnemu czytelnikowi dokładnego pojęcia o tym nerwowym natężeniu baczności, dzięki której zdolności myślenia – że uniknę tutaj fachowej terminologii – skupiały się i zaprzepaszczały w oglądaniu najcodzienniejszych przedmiotów.

Niestrudzone i wielogodzinne rozmyślania z uwagą przykutą do byle jakiego błahego przypisu na marginesie lub w tekście książki, skupione tkwienie duchem przez większą część dnia letniego w dziwacznym cieniu, który ukosem wydłużał się na ścianach lub na podłodze, zapamiętałe przez noc całą wpatrywanie się w sztywny płomień lampy lub w żużle kominka, całodzienna zaduma o woni jakiegoś kwiatu, jednostajne powtarzanie jakiegokolwiek potocznego słowa aż do chwili, gdy jego dźwięk pod przemocą powtarzań przestawał udzielać myślom jakiejkolwiek treści, zatracanie wszelkiego poczucia ruchu lub istnienia fizycznego za pomocą bezwzględnych i uporczywie przedłużanych znieruchomień – oto niektóre z najogólniejszych i najmniej groźnych zboczeń mego umysłu, zboczeń, które z pewnością nie były całkiem pozbawione uzasadnień, lecz bezwarunkowo urągały wszelkim tłomaczeniom i wszelkiej analizie.

Jeszcze jeden szczegół – chcę bowiem, aby mnie dobrze zrozumiano. Nienormalna, natężona i chorobliwa uwaga, budzona błahymi skądinąd przedmiotami, posiada tego rodzaju pozory, iż nie należy jej mieszać z właściwą każdemu człowiekowi skłonnością do marzeń, którym przede wszystkim hołdują osoby obdarzone płomienną wyobraźnią. Nie tylko nie jest ona, jak to można na pierwszy rzut oka przypuścić, najwyższym stopniem i wyolbrzymieniem owej skłonności, lecz przeciwnie, posiada źródłowe i rdzenne różnice. W pierwszym wypadku marzyciel, posiadacz wyobraźni, pociągnięty przedmiotem zazwyczaj niebłahym, z wolna traci z oczu ów przedmiot pod nawałą wysnutych zeń wniosków i napomknień tak, że przy końcu swych marzeń, częstokroć pełniących się rozkoszą, całkowicie zatraca i zapomina pobudkę, czyli pierwoprzyczynę zadumy. W moim zaś wypadku punkt wyjścia bywa stale błahy, chociaż w środowisku chorobliwych przywidzeń nabiera urojonej i widmowej doniosłości. Wniosków wyprowadzam mało, jeśli je w ogóle wyprowadzam, i w danym razie zdążają one powrotnie do głównego przedmiotu jak do ogniska. Zaduma nigdy nie dostarcza rozkoszy i przy końcu marzeń pierwsza pobudka, daleka od zniknięcia mi z oczu, dosięga tej nadprzyrodzenie wyolbrzymiałej baczności, która stanowi główną cechę mej choroby. Słowem władza umysłowa, która we mnie szczególniejszej podlega podniecie, jest zdolnością uwagi, podczas gdy u zwykłego marzyciela jest ona zadumą.

Książki, które w tym okresie czasu czytałem, jeśli nie syciły bezpośrednio mej choroby swą treścią, w każdym razie, jak to łatwo zgadnąć, swym kierunkiem marzeniowym i bezrozumnym zadość przytakiwały głównym cechom samej choroby. Przypominam sobie bardzo dokładnie między innymi traktat dostojnego Włocha Coeliusa Secundusa Curiona De Amplitudine Beati Regni Dei, wielkie dzieło świętego Augustyna pt. Gród Boży oraz De Carne Christi Tertuliana, którego niepojęte zdanie: Mortuus est Dei Filius, credibile est quia ineptum est; et sepultus resurrexit, certum est quia impossibile est2 – pochłonęło wyłącznie całą moją usilność w ciągu kilku tygodni pilnych i bezpłodnych badań.

Ci i owi bez wątpienia pomyślą, że mój rozum, tracący równowagę pod wpływem błahostek, był poniekąd pokrewny owej skale morskiej, o której Ptolemeusz Hefestion opowiada, że opierała się niewzruszenie wszelkim napaściom ludzkim i straszliwszym jeszcze wściekłościom wałów wodnych i wichrów, a drżała jedynie pod dotykiem kwiecia zwanego asfodelą. Umysł mało spostrzegawczy uważałby za rzecz zgoła prostą i niewątpliwą, że straszliwa zmiana, która pod wpływem nieszczęsnej choroby zaszła w stanie duchowym Berenice, winna była dostarczyć mi niejednej pobudki do owych natężonych i nienormalnych rozmyślań, których istotę z pewnym trudem odsłoniłem. Otóż nic podobnego nie miało wcale miejsca. W przestankach mojej choroby jej klęska sprawiała mi wprawdzie ból, często i z goryczą rozmyślałem o tajemniczych i dziwnych drogach, na których mógł się odbyć tak cudaczny i nagły przewrót. Lecz rozmyślania owe nie miały nic wspólnego z idiosynkrazją mej choroby; były tego rodzaju, że mogłyby w podobnych okolicznościach nawiedzić pierwszego lepszego śmiertelnika. Co się tyczy choroby, wiernej swym własnym zamysłom, znalazła ona strawę w zmianach mniej ważnych, lecz bardziej uderzających, które się zaznaczały w istocie fizycznej Berenice, w szczególnym a straszliwym rozprzężeniu jej tożsamości osobistej.

W najsłodszych dniach rozkwitu jej nieporównanego piękna nie kochałem jej nigdy, jestem tego aż nadto pewien. W moim dziwacznie zboczonym życiu nie doznawałem nigdy uczuć z serca pochodzących i namiętności moje zawsze wylęgały się w mrokach rozumu. Poprzez biel zmierzchową – w południe, wpośród zwikłanych cieniów leśnych, i nocą w ciszy mej biblioteki – jawiła się mym oczom i oglądałem ją – nie jako Berenice żywą i dyszącą, lecz jako Berenice w snach przywidzianą, nie jako istotę ziemską, istotę cielesną, lecz jako widmo owej istoty – nie jako zdobycz ukochań, lecz jako powód do rozmyślań tyleż zawiłych, ile błędnych. A obecnie – obecnie drżałem na jej widok, bladłem, gdy się zbliżała. Wszakże gorzkim lamentem opłakując w duchu jej zgubę, pomny byłem na to, że kochała mnie długo, i w złej chwili napomknąłem jej o ślubie.

Zbliżał się wreszcie dzień naszego ślubu, gdy w zimowe popołudnie, podczas jednego z tych samozwańczo ciepłych, cichych i omglonych dni, które niańczą piękną Halcyonę3 – siedziałem, sądząc się samotnym, w gabinecie bibliotecznym. Lecz, uniósłszy wzwyż oczu, postrzegłem Berenice, która stała przede mną.

Byłże to skutek zbyt rozżarzonej wyobraźni, czy też wpływ mgieł dookolnych, czy raczej działanie mętnych zmierzchów komnaty – lub może oblekająca jej ciało mglista szata udzieliła drżenia i nieokreśloności zarysom jej postaci? Nie umiem na to odpowiedzieć. Być może urosła od czasu swej choroby. Nie rzekła ani słowa, ja zaś za nic w świecie nie chciałem uronić jednej zgłoski. Zimny dreszcz przeniknął moje ciało, przytłoczyło mnie uczucie trwogi nie do zniesienia. Pochłonna ciekawość ogarnęła mą duszę i na opak odwróciwszy się w fotelu, trwałem czas pewien bez tchu i bez ruchu, ze wzrokiem przykutym do tej osoby. Niestety, zmarniała doszczętnie i ani jeden pozór jej dawnego kształtu nie przetrwał i nie przechował się ani w jednym zarysie postaci. Wreszcie wzrok mój żarliwie zdążył do jej twarzy.

Czoło wysokie i bardzo blade jaśniało niezwykłym spokojem, a włosy niegdyś czarne jak węgiel przesłaniały je częściowo i ociemniały zapadłe skronie bezlikiem kędziorów, obecnie znojnie złocistych, których powab fantastyczny wyprzysięgał się uparcie panującej na obliczu melancholii. Oczy były bez życia i bez blasku, jak gdyby pozbawione źrenic, tak że mimo woli odwróciłem się od ich szklistych znieruchomień, aby przenieść wzrok na zwężone i pokurczone wargi. Te rozwarły się i w dziwnie porozumiewawczym uśmiechu odsłoniły z wolna mym oczom zęby tej nowo powstałej Berenice. O, gdybyż Bóg pozwolił, abym ich nigdy nie widział lub, raz ujrzawszy, skonał!

***


Zaniepokoił mnie skrzyp drzwi zamykanych i podnosząc oczy stwierdziłem, że moja krewna opuściła alkowę. Lecz białe i straszliwe widmo jej zębów nie opuściło i nie chciało opuścić obłąkanej alkowy mego mózgu. Nie było ani jednego szczerbu na ich powierzchni, ani jednej skazy na ich emalii, ani jednej cętki na ich krawędzi, której by ów uśmiech przelotny nie zdążył zakarbować w mej pamięci! Teraz właśnie widziałem je daleko wyraźniej niźli przed chwilą. – Zęby! – Zęby! – Były tu, były tam – były wszędzie – widzialne, namacalne, tuż przede mną. Długie, wąskie i niezwykle białe z pokurczonymi wokół bladymi wargami, które rozwarły się straszliwie, jak to czyniły uprzednio. Wówczas szał mej monomanii objawił się w pełni i nadaremnie borykałem się z jej niepokonanym i cudacznym wpływem. Wśród niezliczonych przedmiotów świata zewnętrznego nie znalazłem dla swej myśli innej ostoi prócz owych zębów. Pałałem ku nim żądzą rozszalałą. Wszelkie przedmioty, wszelką ku różnym rzeczom ciekawość pochłonął ten jedyny sen o zębach. One i tylko one stały przed oczami mego ducha i ich wyłączna odrębność przedzierzgnęła się w treść mego życia duchowego. Po całych dniach miałem je w oku. Oglądałem je na wszelkie sposoby. Badałem ich swoistość. Wypatrywałem ich szczególne oznaki. Rozmyślałem o ich kształcie. Zastanawiałem się nad zmiennością ich natury. Drżałem w chwili, gdy w wyobraźni przypisywałem im wrażliwość i uczuciowość, a nawet zdolność odzwierciedlania stanów ducha bez pomocy ust. Bardzo trafnie powiedział ktoś o pannie Salle, że każdy jej krok był wzruszeniem, w stosunku zaś do Berenice byłem głębiej jeszcze przeświadczony, że każdy jej ząb był zagadką. Zagadką! – Oto myśl niedorzeczna, która mnie zgubiła! Zagadką! – Oto więc przyczyna, dla której tak obłędnie pożądałem tych zębów! Czułem, że jedynie posiadanie ich może mi przywrócić spokój i rozum.

I tak zadumanego dosięgnął mnie wieczór – i cienie przyszły, utrwaliły się i odeszły, nastał dzień nowy i mgły następnej nocy spiętrzyły się wokół mnie – a ja wciąż trwałem nieruchomy w tej komnacie samotnej, wciąż w postawie siedzącej, wciąż pogrążony w zadumie – i wciąż widmo zębów dzierżyło swą władzę straszliwą z najżywszą i najpotworniejszą wyrazistością, majacząc tam i sam wskroś zmienne światła i cienie komnaty. I wreszcie wśród ostępów mych marzeń rozległ się wielki krzyk zgrozy i przerażenia, i po krótkiej chwili nastąpił po nim zgiełk głosów złamanych, przerywanych głuchymi jękami bólu czy też żałoby. Wstałem i otworzywszy drzwi biblioteki, znalazłem w sieni sługę całą we łzach, która mi oświadczyła, że Berenice już nie żyje! Epilepsja zaskoczyła ją nad ranem i teraz z nadejściem nocy mogiła wyczekiwała swej przyszłej mieszkanki, i wszystkie przedwstępne do pogrzebu czynności były już dopełnione.

***


Z sercem pełnym trwogi i obarczony obawami, z odrazą podążyłem do sypialni zmarłej. Pokój był obszerny i bardzo ciemny, i na każdym kroku potykałem się o sprzęty pogrzebowe. Kotarami łóżka, jak mi rzekł służący, osłonięto trumnę i w tej trumnie, jak dorzucił głosem cichym, tkwiło to wszystko, co zostało z Berenice. Któż to był, co się mnie spytał, czyli chcę widzieć zwłoki? Nie postrzegłem, aby się poruszyły czyjekolwiek wargi. A jednak pytanie zadane było wyraźnie i echo ostatnich zgłosek trwało jeszcze w komnacie. Nie mogłem dać odpowiedzi odmownej i z uczuciem zgnębienia przywlokłem się do krawędzi łoża. Uchyliłem z lekka posępnych fałd zasłony, lecz umknąwszy mym dłoniom, spadły mi na plecy i dzieląc mnie od świata żyjących, zespoliły mnie najściślejszym węzłem komunii ze zmarłą.

Całe wnętrze komnaty tchnęło śmiercią, lecz osobliwy zaduch trumny przyprawiał mnie o zawrót głowy i zdawało mi się, że śmiertelne wyziewy dobywają się już z trupa. Oddałbym świat cały za możność ucieczki, za możność pozbycia się jadowitych wpływów śmierci, za jeden choćby łyk świeżego powietrza zaczerpniętego z wiecznotrwałych niebiosów. Lecz nie miałem już sił poruszyć się z miejsca, kolana uginały się pode mną i wrosłem, zda się, w ziemię, nieruchomo wpatrując się w sztywnego trupa, poległego wzdłuż na dnie rozwartej trumny.

Boże w niebiosach! Czyliż to możliwe? Czy rozum mi się obłąkał, czy też palec zmarłej zakrzątnął się w białym płótnie, które ją oblekało? Zdjęty dreszczem niewypowiedzianego strachu uniosłem z wolna oczy, aby się w twarzy trupa rozejrzeć. Opaską przewiązano mu szczęki, lecz nie wiem, jakim sposobem opaska zdołała się rozwiązać! Zsiniałe wargi kurczyły się w rodzaj uśmiechu i spoza ich posępnej ramy białe, połyskliwe, straszne zęby Berenice wpatrywały się we mnie, aż nadto jeszcze żywe w swej nieodpartej jawie. Konwulsyjnie odrzuciłem się od łoża i nie mówiąc ani słowa, uciekłem jak szalony z tego przybytku tajemnicy, zgrozy i śmierci.

***


Ujrzałem się znów w bibliotece. Trwałem siedząc – byłem sam. Zdawało mi się, że ocknąłem się z mętnych i niespokojnych snów. Postrzegłem, że była północ, a przyłożyłem wszelkich zabiegów, aby Berenice pochowano po zachodzie słońca. Lecz nie zachowałem dość trwałego i dość określonego wspomnienia tych zdarzeń, które zaszły w tej posępnej przerwie. A mimo to wspomnienia owe pełne były zgrozy, zgrozy tym straszliwszej, że nieokreślonej, przerażeń tym straszliwszych, że mglistych. Była to jakby krwawa karta w kronice mego istnienia, zapisana od końca do końca wspomnieniami ciemnymi, potwornymi i niepojętymi. Starałem się ją odcyfrować, lecz na próżno. Wszakże od czasu do czasu, na kształt duszy przebrzmiałego dźwięku, zdawał się dzwonić w mych uszach krzyk słaby i przenikliwy – krzyk kobiecy. Popełniłem coś, co się już nie odstanie – lecz cóż by to było? Głośno zadawałem sam sobie owo pytanie i echo komnaty szeptało w odpowiedzi: cóż by to było?

Na stole przede mną płonęła lampa i w jej pobliżu stała mała szkatułka hebanowa. Styl tej szkatułki nie był godzien uwagi i już ją częstokroć widywałem, ponieważ była własnością lekarza domowego. Lecz jakim trafem zjawiła się tu, na moim stole, i czemu drżałem na jej widok? Były to błahostki, na które nie warto zwracać uwagi, lecz wzrok mój upadł wreszcie na kartę jednej księgi otwartej i na zdanie podkreślone. Były to osobliwe, lecz proste słowa poety Ebna Zaiata: Dicebant mihi sodales, si sepulchrum amicae visitarem, curas meas aliquantulum fore levatas. Czemuż, gdym słowa te czytał, włosy zjeżyły mi się na głowie i krew zastygła w mych żyłach?



BYŁA TO JAKBY KRWAWA KARTA W KRONICE MEGO ISNIENIA



Zapukano z lekka do drzwi biblioteki i, blady jak przybysz z tamtego świata, wszedł na palcach służący. Oczy miał obłąkane przerażeniem i rzekł mi coś głosem bardzo cichym, drżącym i zdławionym. Co mi powiedział? Posłyszałem kilka zdań na chybił trafił wyrwanych. Powiedział, jak mi się zdaje, że straszliwy krzyk zakłócił ciszę nocną – że zbiegła się cała służba, że podążono w ślad za owym dźwiękiem – i w końcu głos jego stał się wyraźny aż do stopnia zgrozy, gdy mówił mi o pogwałceniu grobu, o zwłokach zeszpeconych, odartych z całunu, lecz jeszcze dyszących – jeszcze drgających, żywych jeszcze!

Spojrzał na moje szaty – były zbryzgane błotem i krwią. Nie mówiąc ani słowa, ujął mnie za rękę – zdradzała ślady paznokci ludzkich. Skierował moją uwagę na pewien przedmiot tkwiący u ściany. Przyglądałem mu się przez minut kilka: był to rydel. Z krzykiem dopadłem do stołu i pochwyciłem szkatułkę hebanową, lecz zbrakło mi sił, aby ją otworzyć. Wymknęła mi się z drżących rąk, upadła ciężko i stłukła się na kawałki – i wypadło z niej, tocząc się z wrzaskliwym szczękiem żelastwa, kilka narzędzi dentystycznych, a wraz z nimi trzydzieści dwa drobne, białe, barwy kości słoniowej przedmioty, które rozsypały się po podłodze.

Tłumaczył Bolesław Leśmian





1 Dicebant mihi sodales… (łac.) – Mówili mi towarzysze, że gdybym odwiedził mogiłę kochanki, ulżyłbym nieco mym smutkom (przyp. red.).

2 Mortuus est Dei Filius… (łac.) – Umarł syn Boży – jest to prawdopodobne dlatego właśnie, że niedopuszczalne; i pogrzebiony zmartwychwstał – jest to pewne dlatego właśnie, że niemożliwe (przyp. tłum.).

3 Ponieważ zimową porą Jowisz obdarowuje ludzi po dwakroć siedmioma ciepłymi dniami, ludzie zwykli nazywać ten łagodny i łaskawy czas niańką pięknej Halcyony (przyp. aut., pominięty przez tłumacza – tłum. red.)


Morella





Samo w sobie i przez się,

w niezmiennej bytujące tożsamości.

Platon: Uczta


Uczucie, którego doznałem wobec mej przyjaciółki Morelli, było głębokim, lecz zgoła swoistym uczuciem przywiązania. Odkąd traf – przed lat szeregiem – zdarzył mi ową znajomość, serce moje od pierwszej chwili naszego spotkania zawrzało nieznanym mu dotychczas płomieniem. Nie od Erosa wszakże ów płomień pochodził – toteż duchowi memu bolesną zgryzotą stało się wzrastające przeświadczenie, iż nigdy nie zdołam określić niezwykłych tego płomienia znamion, ani uśmierzyć jego błędnych rozżarzeń. Tak czy owak – upodobaliśmy siebie nawzajem, i przeznaczenie połączyło nas wobec ołtarza. Nigdy nie mówiłem o pożądaniu, nigdy nie marzyłem o miłości. A jednak – Morella unikała zgiełku światowego i jej wyłączna do mnie przynależność czyniła, żem był szczęśliwy. Jest szczęście w zdziwieniu – a we śnie czyliż zarówno szczęście nie przebywa?

Morella posiadała wiedzę głęboką. Mam nadzieję, iż złożę dowody niepośledniości jej talentów. Potęga jej umysłu była nadludzka. Nie uszło to mej baczności i pod wieloma względami stałem się jej uczniem. Wkrótce jednak postrzegłem, że Morella, ulegając presburskim wpływom swego wykształcenia, olśniewała mnie całym szeregiem owych dzieł mistycznych, którym zazwyczaj przypisują wartość mętów pierwotnej literatury niemieckiej. Księgi te – dla niedostępnych mym zrozumieniom powodów – były przedmiotem jej stałych i ulubionych zajęć, a jeżeli z biegiem czasu stały się tym samym dla mnie, przyczyn po temu szukać należy jedynie w niezawiłym, lecz nieodpartym wpływie przyzwyczajenia i przykładu.

Nie pobłądzę, jeśli powiem, że umysł mój w całej tej dziedzinie nie znajdował żadnego ujścia swym czynnościom. Albo zatraciłem już wiedzę o sobie samym, albo światopogląd mój u swoich podstaw był doszczętnie wyzbyty ideału i o ile nie mylę się zasadniczo – ani w mym życiu, ani w mym myśleniu nie można było wyśledzić najmniejszych zakusów mistycznych, pokrewnych rodzajowi mego czytelnictwa. Przekonany o tym, poddałem się na oślep przywództwu mojej żony i wkroczyłem bez wahania w labirynt jej badań. I wówczas, gdy, zatopiony w księgach wyklętych, czułem, jak się we mnie duch wyklęty rozniecał, Morella jawiła się tuż, aby swą chłodną dłoń położyć na mej dłoni i z popiołów martwej filozofii wygarnąć kilka znaczenia pełnych a osobliwych wyrazów, które mocą swej treści dziwacznej ryły się w mej pamięci. Natenczas godzinami trwałem, marząc, u jej boku i chłonąłem melodię jej głosu, aż do chwili, gdy owa melodia, przedłużona w czasie, zaprawiała się grozą – i cień padał na mą duszę – i bladłem – i drżałem w sobie na odgłos tych zbyt nieziemskich dźwięków. I oto – upojenie nicestwiało nagle od przerażeń – i wzór piękna stawał się wzorem grozy, jak ongi dolina Hinnomu – Gehenną.

Za zbędne uważam ustalenie dokładnej poznaki owych zagadnień, które, jako posiew ksiąg wspomnianych, stanowiły przez czas długi wyłączną niemal treść rozmów moich z Morellą. W lot je pochwycą znawcy owej dziedziny, której można przydać nazwę wiedzy teologicznej, zaś niewtajemniczeni, tak czy owak, jeno cząstkę maluczką wyrozumieć potrafią. Dziwotworny panteizm Fichtego, pitagorejska odmiana palingenezy, a przede wszystkim nauka o tożsamości w tym kształcie, w jakim ją Schelling podaje, dostarczały zazwyczaj rozmowom tych zadzierzgnięć, z których wyobraźnia Morelli snuła dla siebie najwięcej oczarowań. Ową tożsamość, mianowicie tożsamość jednostki, Mr. Locke, jak mi się zdaje, słusznie utwierdza na wiekuistości istoty rozumnej. O ile pod jednostką pojmujemy treść myślącą, obdarzoną rozumem, i o ile istnieje świadomość, która nieustannie myśleniu towarzyszy, o tyle i przede wszystkim świadomość owa pozwala nam być tym, co przezywamy sobą, odgraniczając nas w ten sposób od reszty istot myślących i udzielając nam naszej tożsamości osobistej. Lecz principium individuationis – zasada owej tożsamości, która po śmierci trwa lub nie na zawsze zanika, stała się dla mnie nieustannym i najżarliwszych wysiłków pełnym zagadnieniem, nie tylko na skutek niepokojącej i zawiłej natury pochodnych od niej wniosków, lecz i na skutek osobliwego a gorączkowego rodzaju wysłowień, w które ją ujmowała Morella.

Lecz zaprawdę nastały oto czasy, gdy tajemniczość, właściwa przyrodzeniu mej żony, zaczęła mię przytłaczać na kształt brzemienia czasu. Nie mogłem nadal znosić dotyku jej bladych palców ani piersiowych dźwięków jej śpiewnej mowy, ani poblasku jej oczu melancholijnych. Wiedziała o tym, lecz nie czyniła mi żadnych wyrzutów. Była snadź świadoma mej niemocy, czy też mego opętania i – uśmiechnięta nazywała to Przeznaczeniem. Była też snadź świadoma nieznanej mi przyczyny, która stopniowo odmieniła moje uczucia; wszakże nie udzielała mi żadnych tłumaczeń i nie napomykała nigdy o rodzaju owej przyczyny. Lecz pomimo wszystko Morella była tylko kobietą i nikła mi w oczach z dniem każdym. Czas upływał i szkarłatne piętna utrwaliły się niezmiennie na jej twarzy, a błękitne żyły jej bladego czoła nabrzmiały. Serce moje nieraz wzbierało żałością, lecz po chwili trafiałem na błysk jej oczu, brzemiennych zadumą, i duch mój wówczas czuł się nieswojo i doznawał oszołomień, jak człowiek, którego wzrok pogrążył się w jakąś ponurą a niezgłębioną przepaść.

Mam-że wyznać, że z natężoną i pochłonną żądzą wyczekiwałem chwili zgonu Morelli? Wyznaję, iż tak było… Wszakże znikomy duch trwał czepliwie w swej glinianej lepiance przez długie dnie, przez długie tygodnie i przez długie, nieznośne miesiące, aż wreszcie udręczone nerwy moje odniosły tryumf nad rozumem; szał mię ogarniał na widok tych zapóźnień i z szatańskim gniewem przekląłem dni i godziny, i chwile znojne, które zdawały się dłużyć i dłużyć bezustannie wobec zaniku jej dostojnego żywota, jak cienie wobec konającego dnia.

Wszakże – pewnego wieczoru jesiennego – gdy przestwór drzemał bez ruchu w niebiosach, Morella przywołała mię do swego wezgłowia. Mgła przesłoniła całą ziemię, a na wodach tkwił ciepły pobrzask. Na widok olśnień październikowych w gęstwinie leśnej zdawać by się mogło, że wspaniała tęcza samochcąc spadła z firmamentu.

– Oto – dzień dni – rzekła Morella, gdym się do niej zbliżył – dzień najpiękniejszy dla życia lub dla śmierci. Dzień to czarowny dla synów ziemi i życia – ach! stokroć czarowniejszy dla cór nieba i śmierci!

Ucałowałem jej czoło, zaś ona mówiła dalej:

– Umieram, a jednak żyć będę.

– Morello!

– Nie było ich nigdy – owych dni, które by ci pozwoliły na miłowanie mojej osoby, lecz tę, którąś w życiu znienawidził, w śmierci ukochasz.

– Morello!

– Mówięć: umieram. Wszakże tkwi we mnie rękojmia tego przywiązania – (ach! jakże kruchym ono było!) – które miałeś dla mnie – Morelli. Gdy duch mój odleci – żyć zacznie dziecię – dziecię przynależne tobie i mnie – Morelli. Dni twoje będą dniami smutku, który wśród uczuć jest najtrwalszym uczuciem, jak cyprys – najżywotniejszym drzewem wpośród drzew; minęły bowiem godziny twej radości – nie przydano weselu dwukrotnych zbiorów w jednym życiu, jak różom w Paestum – dwa razy do roku. Nie będziesz odtąd czynił z czasu zabawy, jaką czynił ów, co z Teosu pochodził. Zapoznasz mirtu i wina i powleczesz za sobą wszędy po ziemi swój całun jak muzułmanin z Mekki.

– Morello! – zawołałem – Morello! Skądże ci wiadomo? – Lecz ona odwróciła twarz ku poduszkom. Lekki dreszcz przebiegł jej ciało – umarła – i nie słyszałem odtąd jej głosu.

Tymczasem, zgodnie z jej przepowiednią, dziecko, które, umierając, obdarzyła życiem, a które westchnęło dopiero wówczas, gdy matka oddychać przestała, jej dziecko, jej córka żyć zaczęła. Rosła dziwnie i ciałem, i duchem, i stała się doskonałym odwzorem zmarłej i pokochałem ją miłością płomienniejszą, niźli ta, której spodziewałem się doznać dla jakiejkolwiek mieszkanki tej ziemi.

Wszakże błękit tej czystej miłości zasępił się prędzej, niż myślałem – i melancholia – i lęk – i utrapienie przesunęły się po nim na kształt obłoków. Jakom rzekł wyżej, dziecko dziwnie rosło i ciałem, i duchem. Dziwił – zaiste – pośpieszny rozkwit jego ciała – lecz straszny – o! straszny był zgiełk tych myśli, które mię tłoczyły wówczas, gdy śledziłem rozwój jego istoty duchowej. Czyż mogłem czuć się inaczej, gdym co dzień w pojęciach dziecka wykrywał siły dojrzałe i przepychy kobiece? – gdy doświadczone zdania padały z ust dziecięcych? – gdy widziałem co chwila, jak w tych czarnych i zadumanych źrenicach płonęła mądrość i dojrzała namiętność? – Gdy, powtarzam, wszystko to uderzyło moje przerażone zmysły – gdy duch mój uczuł niemożliwość zatajania tego przed sobą samym – a rozedrgane władze mego umysłu nie mogły już odepchnąć tej pewności – czyż można się było wobec tego dziwić, że podejrzenia straszliwe i trwożne przedostały się do mej duszy lub że myśli moje, tknięte przerażeniem, przeniosły się w dziwaczny świat baśni i przenikliwych pomysłów zmarłej Morelli? Usunąłem sprzed ciekawych oczu świata istotę, którą los mi kazał ukochać, i w surowym osamotnieniu mego domostwa czuwałem z niepokojem śmiertelnym nad wszystkim, cokolwiek dotyczyło umiłowanego przeze mnie stworzenia.

I w miarę tego, jak lata upływały, i w miarę tego, jak oglądałem co dzień jej święte, słodkie, wyrazu pełne oblicze i postrzegałem dojrzewanie jej kształtów, odsłaniały się przede mną co dzień coraz to nowe cechy podobieństwa pomiędzy dzieckiem a matką, pomiędzy melancholią a śmiercią. I z godziny na godzinę cienie tego podobieństwa gęstwiały i coraz bardziej zupełniejąc i wyraźniejąc, coraz mocniej niepokoiły i coraz widmowiej przerażały swym widokiem. Albowiem podobieństwo jej uśmiechu do uśmiechu matki mogłem jeszcze uznać – lecz podobieństwo owo było – tożsamością, która mię przejmowała dreszczem. Winienem był znosić podobieństwo jej oczu do oczu Morelli, lecz właśnie oczy te przenikały głębię mego ducha dziwną i natężoną zadumą samej Morelli. I w zarysie jej wzniosłego czoła, i w pierścieniach jej jedwabistych warkoczy, i w bladych palcach, które miały zwyczaj grążenia się w nich, i w poważnym a śpiewnym brzmieniu mowy, zaś przede wszystkim – o, przede wszystkim! – w zdaniach i w rodzaju wysłowień zmarłej, zjawionych na ustach umiłowanej a żywej, odnajdywałem pokarm dla okropnej a pożerającej myśli – dla czerwia, który umrzeć nie chciał.

Tak przeminęły dwa pięciolecia jej istnienia, a córka moja trwała na ziemi wciąż – bezimienna. „Dziecko moje” i „miłość moja” oto były zwykłe nazwy, które mi uczucie ojcowskie podsuwało, zaś surowa odludność jej istnienia przeciwiła się wszelkim innym określeniom. Imię Morelli wraz z nią umarło. Nigdy o matce nie mówiłem wobec córki: nie mogłem o tym mówić. W istocie podczas krótkiego okresu swego istnienia ta ostatnia nie otrzymała od świata zewnętrznego żadnych wrażeń prócz tych, które mogła pozyskać w ciasnych granicach swej samotni. Koniec końcem wszakże obrzęd chrztu zdał mi się w tym stanie rozdrażnień i wzburzeń szczęśliwym wyzwoleniem od zmór przeznaczenia. I przy chrzcielnicy ociągałem się z wyborem imienia. I tłumy nazw przydanych mądrości i pięknu oraz imion pradawnych i teraźniejszych, ojczystych i cudzoziemskich, stłoczyły się na mych wargach, i mnóstwo imion czarownych, znaczących dostojność, szczęście i cnotę. I cóż mię wówczas znagliło do zakłócenia pamięci pogrzebanej martwicy? Jakiż to demon skusił mnie do wytchnięcia dźwięku, na którego wspomnienie samo krew zazwyczaj falami upływała mi od skroni do serca? Jakiż to zły duch zagadał z głębi mego wnętrza, gdy pod mrocznymi sklepieniami i wpośród milczenia nocy szepnąłem do ucha świętej istoty te zgłoski: „Morella”? I któż inny prócz demona pokurczył rysy twarzy mojej córki i powlókł je barwą śmierci, gdy drżąc na ledwo pochwytny dźwięk tego imienia, swe jasne źrenice przeniosła z ziemi ku niebu i padłszy wzdłuż na czarne płyty naszego rodzinnego grobowca, odrzekła: „Oto jestem!”.



I ZIEMIA ODTĄD POCIEMNIAŁA, I WSZELKIE POSTACI ZIEMSKIE PRZESUWAŁY SIĘ PRZED MYMI OCZYMA JAKO CIENIE ODLOTNE I WPOŚRÓD NICH WIDZIAŁEM TYLKO - MORELLĘ!


Dobitne, zimne, niewzruszenie dobitne zabrzmiały w mych uszach te słowa, pełne prostoty, i zowąd, niby ołów rozżarzony, przelały się, sycząc, do mego mózgu. Lata, lata minąć mogą, lecz pamięć tej chwili – przenigdy! Ach! Kwiaty i latorośl winna nie były dla mnie czymś, czegom nie zaznał – jeno tojad i cyprys mroczyły mi dnie i noce. Zatraciłem wszelkie poczucie czasu i przestrzeni, i gwiazdy moich przeznaczeń pierzchły z niebiosów, i ziemia odtąd pociemniała, i wszelkie postaci ziemskie przesuwały się przed mymi oczyma jako cienie odlotne i wpośród nich widziałem tylko – Morellę! Wiatry niebieskie jedno tylko imię szeptały mi do ucha i gędźba morza nieustannie szemrała: „Morella”! Ona wszakże zmarła i własnoręcznie poniosłem ją na cmentarz, i zaśmiałem się gorzkim a długotrwałym śmiechem, gdy w mogile, gdziem złożył wtórą, nie odnalazłem żadnych poszlak pierwszej Morelli.

Tłumaczył Bolesław Leśmian






Ligeja


I jest w tym wola, co nie umiera. Któż zbadał tajemnice woli oraz jej moce? Albowiem Bóg jest tylko możną wolą, dzięki swemu natężeniu przenikającą wszechrzeczy. Człowiek nie ustępowałby aniołom i nie podlegałby wcale śmierci, gdyby nie słabość wątłej jego woli.

Joseph Glanvill


Klnę się na mą duszę, iż nie mogę sobie przypom­nieć, jak, kiedy, a nawet gdzie poznałem po raz pierwszy Lady Ligeję. To już tyle lat temu i nadmiar cierpień zwątlił moją pamięć! A może i dlatego nie umiem uprzytomnić sobie teraz tych szczegółów, że charakter mej umiłowanej, niezwykłe jej wykształcenie, dziwny, choć spokojny typ jej urody jako też przenikliwa i ujarzmiająca wymowa jej niskiego, melodyjnego głosu tak z wolna, tajemnie i stopniowo torowały sobie drogę do mojego serca, iż szczegóły te przeszły nieznane i niepostrzeżone. Wszelako sądzę, iż poznałem i spotykałem ją najczęściej w jakimś wielkim, starożytnym, opustoszałym mieście, gdzieś nad Renem. To pewna, iż opowiadała mi o swej rodzinie, która wywodziła się niewątpliwie z czasów niezmiernie odległych. Ligeja! Ligeja! Pogrążyłem się w badaniach, które są tego rodzaju, iż bardziej od wszystkiego znieczulają na wrażenia świata zewnętrznego, a jed­nak dość mi jest tego jedynego, słodkiego słowa: Ligeja! – by przed oczyma mej wyobraźni przesunął się obraz tej, co już odeszła... Kiedy to piszę, przychodzi mi na myśl, iż nie znałem nigdy rodowego miana istoty, co była mą przyjaciółką i mą narzeczoną, co brała udział w mych dociekaniach i została w końcu mą ślubną oblubienicą. Byłoż to następstwem żartobli­wego nakazu mej Ligei czy też świadectwem siły mych uczuć, iż nigdy nie zasięgnąłem o tym wiadomości? Lub czy nie wyniknęło to z własnej mej zachcianki i nie stanowiło rozkiełznania roman­tycznej ofiary na ołtarzu bezgranicznego umiłowania? Szczegół ten niewyraźnie majaczy w mych wspomnieniach; cóż więc dziwnego, iż zapomniałem zupełnie okoliczności, co go wywołały i z nim się skojarzyły? I zaiste, jeżeli kiedykolwiek Wid Baśni, jeżeli kiedykolwiek blada, uskrzydlona mrokami Asztofet bałwochwalczego Egiptu dziewosłębiła – jak powiadają – złowróżbnym zaślubinom, to na pewno dziewosłębiła moim.

Pozostało wszakże pewne drogie wspomnienie, co do którego pamięć mnie nie zawodzi. Odnosi się ono do osoby Ligei. Z postawy była smukła, nieco szczupła, zaś pod koniec życia nawet wychudła. Daremnie siliłbym się na opis dostojeństwa i spokojnej swobody jej zachowania się, jako też niezrównanej lekkości i sprężystości jej chodu. Jawiła się i znikała na kształt cienia. Nie wiedziałem nigdy, kiedy wchodziła do mojej pracow­ni, i o jej obecności dawała mi znać dopiero miła muzyka jej słodkiego, głębokiego głosu oraz marmurowa jej dłoń, którą kładła na moim ramieniu. Pięknością twarzy nie dorównywała jej żadna kobieta. Był to niby rozblask snów wykołysanych przez opium, niby napowietrzna, wyszczytniająca ducha zjawa, cud­niej boska niż zwidzenia, co snuły się nad uśpionymi duszami dziew delijskich. Wszelako jej rysy nie okazywały bynajmniej owej prawidłowości, którą mylnie nauczono nas wielbić w klasy­cznych dziełach świata pogańskiego. „Nie masz doskonałego piękna – powiada Bacon, lord z Verulamu, zastanawiając się szczegółowo nad wszelakimi kształtami i rodzajami piękna – bez pewnej niezwykłości w umiarach”. Jakkolwiek więc widziałem, iż rysy Ligei nie posiadają klasycznej prawidłowości, jakkolwiek zdawałem sobie sprawę, iż uroda jej była istotnie „doskonała”, i czułem, że jest w niej coś „niezwykłego”, mimo to na próżno starałem się odkryć tę nieprawidłowość i określić ściśle własne me poczucie jej „niezwykłości”. Przyglądałem się liniom wyniosłe­go, bladego czoła: było nieskazitelne; lecz jak zimne jest to słowo w zastosowaniu do tak nadludzkiego dostojeństwa! Skronie władcze, szerokie, spokojne, o łagodnych wyniosłościach i lśnią­ce, szczodre, sfalowane warkocze, godne najzupełniej homeryckiego określenia: hiacyntowe! Patrzyłem na misterną rzeźbę nosa – i krom przedziwnych medalionów hebrajskich nie znajdowa­łem nigdzie podobnej doskonałości. Okazywał on tę samą bujną płynność linii, miał tę samą, zaledwie dostrzegalną, orlą krzywiz­nę i te same harmonijnie wysklepione nozdrza, świadczące o nie­zależności ducha. Brałem pod rozwagę słodkie usta. Tchnęły one tryumfem rzeczy nieziemskich: wyniosły zakrój krótkiej wargi górnej; senna, rozkoszna miękkość dolnej; rozigrane dołeczki; wyraziste barwy; zęby o połysku niemal olśniewającym, rozwidniane wniebowziętym jaśnieniem jej spokojnych, łagodnych, lecz radośnie promiennych uśmiechów. Zastanawiałem się nad kształtami brody i znajdowałem wdzięk umiaru, słodycz i majes­tat, pełnię i przeduchowienie helleńskie; były to kształty, które bóg Apollo ukazał, lecz tylko we śnie, Kleomenesowi, synowi niewiasty ateńskiej. A potem zatapiałem spojrzenie w wielkich źrenicach Ligei.

Dla oczu nie znajdujemy wzorów w odległej starożytności. Być może, iż to właśnie w oczach mej miłej kryła się tajemnica, o której wspomina lord Verulamu. Moim zdaniem były one znacznie większe, niż zazwyczaj bywają oczy ludzkie, i ognistsze niźli oczy gazel z doliny Nurżahad. Wszelako ta właściwość zaznaczała się u Ligei tylko niekiedy, w chwilach wzmożonego podniecenia. Wówczas jej piękność bywała, a może tylko wyda­wała się mej rozpłomienionej wyobraźni, pięknością istot zabłą­kanych z zaświata, pięknością hurys sławionych przez mity tureckie. Skrzącą czerń źrenic ocieniały rzęsy krucze i nadzwy­czaj długie. Nie mniej czarne były brwi, nieco chwiejnie zarysowane. „Niezwykłość”, którą zauważyłem w tych oczach, nie wynikała wszakże ani z ich kształtu, ani z ich barwy, ani z ich blasku i polegała najprawdopodobniej na ich wyrazie. Ach, jakież beztreściwe słowo! Za szumną rozlewnością tego pustego dźwięku skrywa się nasza nieznajomość wielu zjawisk ducho­wych. Wyraz oczu Ligei! Ileż to razy rozmyślałem o nim! Na próżno trawiłem całe noce letnie, by go przeniknąć. Co to było w oczach mojej miłej – to coś, głębsze niż studnia Demokryta? Co to było? Uwziąłem się, chcąc odgadnąć. Te oczy! Te wielkie, świetliste, nieziemskie źrenice! Stały się dla mnie bliźniaczymi gwiazdami Ledy – ja zaś byłem najzbożniejszym ich astrologiem.

Śród wielu niepojętych dziwów psychicznych najbardziej zaciekawiającym i niepokojącym, acz pomijanym – jak mi się zdaje – dotychczas przez naukę, jest zjawisko, iż chcąc sobie coś dawno zapomnianego przypomnieć, stajemy niejednokrotnie tuż u rubieży przypomnienia, a jednak przypomnieć sobie nie możemy. Ileż to razy, zatapiając się w rozmyślaniach nad oczyma Ligei, czułem, iż jestem bliski pełnego poznania ich wyrazu, czułem bliskość tego poznania, lecz zarazem stwierdzałem, że nie jest ono jeszcze moje, i w końcu doszczętnie gubiłem jego wątek! I (o tajnio nieogarniona!) w najpospolitszych przedmiotach wszechistnienia dopatrywałem się całych kręgów podobieństw do tego wyrazu. Chcę przez to powiedzieć, iż z chwilą, kiedy piękność Ligei wtargnęła do mej duszy i zajęła w niej miejsce gdyby w relikwiarzu, z wielu jestestw świata widomego wyczu­wałem to samo uczucie, jakiego doznawałem w sobie i dokoła siebie pod wpływem jej wielkich, promienistych źrenic. Mimo to nie mogłem określić tego uczucia ani go zbadać, a chwilami nawet traciłem je z oczu. Powtarzam, iż rozpoznawałem je niekiedy, patrząc na szybki wzrost winogradu lub zastanawiając się nad ćmą, nad motylem, nad przeobrażeniem się poczwarki, nad biegiem wartkiej wody. Wyczuwałem je w oceanie i w spada­niu meteorów. Wyczuwałem je w spojrzeniach zgrzybiałych starców. Znam na sklepieniu niebieskim jedną czy dwie gwiazdy (zwłaszcza jedną, gwiazdę szóstej wielkości, zmienną i dwoistą, znajdującą się w pobliżu wielkiej gwiazdy Liry), które, oglądane przez teleskop, przywodziły mi na myśl to uczucie. Odnajdowa­łem je w pewnych brzmieniach ostrunionych instrumentów muzycznych, a czasem w ustępach niektórych książek. Śród nieprzebranego mnóstwa innych przykładów przypominam so­bie ustęp z jakiegoś dzieła Józefa Glanvilla, który (kto wie? – może dla swej cudaczności) zawsze rozbudzał we mnie to uczucie:

I jest w tym wola, co nie umiera. Któż zbadał tajemnicę woli oraz jej moce? Albowiem Bóg jest tylko możną wolą, dzięki swemu natężeniu przenikającą wszechświaty. Człowiek nie ustępowałby aniołom i nie podlegałby wcale śmierci, gdyby nie słabość wątłej jego woli.

W przebiegu lat i na podstawie poniższych spostrzeżeń udało mi się istotnie wykryć pewną daleką łączność między tym ustępem angielskiego moralisty a jedną połacią charakteru Ligei. Nasilenie myśli, czynu i słowa było w niej prawdopodobnie wynikiem lub przynajmniej oznaką tego przepotężnego chcenia, co podczas długiego naszego obcowania w inny i więcej bezpo­średni sposób zdołało dowieść swej obecności. Śród wszystkich znanych mi kobiet jedynie ona, ta zewnętrznie spokojna i zawsze panująca nad sobą Ligeja, bywała najbezwzględniej ofiarą sę­pich zawichrzeń okrutnej namiętności. Ale z namiętności tej zdawałem sobie sprawę tylko na podstawie cudownej rozprężności tych rozpajających i przerażających zarazem źrenic, na podstawie czarodziejskiej niemal wdzięczności, gibkości, wyra­zistości i słodyczy jej niezmiernie głębokiego głosu jako też na podstawie nieskiełznanej mocy (zdwajanej jeszcze przez przeci­wieństwo z właściwościami jej wysłowienia) szczególniejszych poglądów, które zdarzało się jej wygłaszać.

Wspomniałem o wykształceniu Ligei: było niezmierzone – nie spotykałem podobnego u innych kobiet. Posiadała głęboką zna­jomość języków klasycznych i – o ile mogłem sprawdzić – władała biegle nowoczesnymi językami europejskimi. I czy zdarzyło się kiedy, by Ligeja pomyliła się w jakiejkolwiek dziedzinie nauki, tak bardzo podziwianej i uwielbianej, a jednak tak mętnej? Przede wszystkim ten rys w naturze mojej żony tak dziwnie, tak przejmująco narzucał się mej baczności w ostatnim zwłaszcza okresie. Powiedziałem, iż żadna kobieta nie dorównywała jej wykształceniem, lecz czyż istnieje mężczyzna, któremu powiodło się zbadać nieprzejrzane przestwory wiedzy filozoficznej, przy­rodniczej i matematycznej? Nie rozumiałem wówczas tego, co teraz jasno pojmuję, iż wiadomości Ligei były bezgraniczne, osłupiające; ale zdawałem sobie sprawę z jej ogromnej przewagi i z dziecięcą ufnością powodowałem się wskazówkami śród chaosu dociekań metafizycznych, które w pierwszych latach naszego małżeństwa pochłaniały mnie całkowicie. Kiedy zagłę­białem się w tych zagadnieniach, tak mało zbadanych a jeszcze mniej znanych, i kiedy ona pochylała się nade mną, z jakimż światowładnym tryumfem, z jakimż radosnym zachwytem, z ja­kąż wniebowstępną nadzieją doznawałem wrażenia, iż oto z wol­na rozstępują się przede mną te przedziwne widnokręgi i ukazuje się w głębi przejasna, długa i nie udeptana stopą ludzką ścieżka, mająca mnie zaprowadzić hen, wzwyż, ku celom Wiedzy, co zbyt jest cenna i zanadto boska, by nie miała być zabroniona!

Lecz z jakimż krwawym bólem spostrzegłem po kilku latach, iż moje najniezawodniejsze oczekiwania rozwijają skrzydła i go­tują się do odlotu! Bowiem bez Ligei byłem tylko dzieckiem zbłąkanym śród ciemności. Już sama jej obecność i sposób czytania rozwidniały niejedną tajemnicę transcendentalizmu, co nas pochłaniał. Bez promiennego blasku jej oczu umiejętność ta, złota i skrzydlata, mierzła niby saturnowe ołowie. Otóż te oczy coraz rzadziej i rzadziej jęły spoglądać na karty, co były przed­miotem mych zadum. Ligeja zaniemogła. Zbyt – ach, zbyt świetnymi ogniami pałały dziwne jej źrenice; białe palce nabrały woskowej przejrzystości grobu, a błękitne żyłki na wyniosłym czole wznosiły się i opadały szybko za najlżejszym wzruszeniem. Widziałem, że musi umrzeć, i rozpaczliwie pasowałem się w du­chu z okrutnym Azraelem. Lecz walka, którą podjęła ta namiętna istota, ku mojemu zdumieniu była jeszcze zapamiętalsza. Na podstawie pewnych właściwości jej głębokiej natury przypusz­czałem, iż śmierć oszczędzi jej swych przerażeń, ale tak się nie stało. Nie ma słów na określenie nieugiętości oporu, jaki stawiała Widowi Cieniów. Skowytałem z żałości, patrząc na to bolesne widowisko. Chciałem pocieszać, chciałem koić rozumowaniem; lecz jej nieskiełznana żądza życia, życia i tylko życia była tak przepotężna, iż pociechy i rozumowania wydawały się istnym szaleństwem. Mimo to do ostatniej chwili, śród mąk, co targały hardą jej duszą, nie postradała swej zewnętrznej pogody. Słod­szym stał się jej głos, co jeszcze się pogłębił – wolałem jednak nie rozmyślać nad tajnym znaczeniem słów, spokojnie wypowiada­nych. Mózg mój nurzał się w obłędzie, gdym słuchał tej nieziem­skiej melodii, tych zachceń i uroszczeń, o jakich przedtem nie śniła ludzkość.

Że mnie kochała, to nie ulegało wątpliwości; i łatwo przyszło mi zdać sobie sprawę, że miłość, co włada w duszy tej miary, nie może być zwyczajną namiętnością. Lecz dopiero w obliczu śmierci pojąłem w całej pełni siłę jej uczuć. Trzymając mnie za rękę, całymi godzinami darzyła mnie szczodrze nadmiarem swego serca, którego przenamiętna czułość graniczyła z ubóstwieniem. Czymże zasłużyłem na szczęście takich wyznań? Czymże zasłużyłem na przekleństwo utraty mej miłej w chwili, kiedy do nich przyszło? Lecz mówić o tym dłużej jest nad moje siły. Pragnąłbym tylko nadmienić, iż to niekobiece już zapamię­tanie się Ligei w miłości, co, niestety, była darem niezasłużonym i niegodnej ofiarowanym duszy, naprowadziło mnie w końcu na źródło jej tęsknoty oraz nieskiełznanie dzikiej żądzy życia, które tak szybko gasło. Dać wyobrażenie o tej nieukojonej tęsknicy, o tym rozpętanym do szaleństwa pragnieniu życia, i tylko życia – nie jest w mej mocy i słów mi już nie staje.

O północnej godzinie, kiedy duch jej gotował się już do odlotu, przyzwała mnie skinieniem jeszcze raz ku sobie i prosiła, bym odczytał jej wiersze, które ułożyła na kilka dni przedtem. Uczyni­łem zadość jej życzeniu. Brzmiały one następująco:

Oto godowa noc

Śród lat, co w smętnych zgasły snach!

Skrzydlatych, jasnych duchów moc,

W zasłonach i we łzach,

Patrzy na dramat, który gra

Nadzieja, to znów strach,

A gędźbą sfer rozbrzmiewa donośną

Wszystek teatru gmach.

Aktorzy – z kształtów ni to Bóg,

Jak pszczelny szemrzą ul,

Błędnie szukając dróg.

Te kukły swych się jęły ról

Z woli bezkształtnych jakichś lich,

Co sieją w tłumy, jak w skiby pól,

Z sępich, rozwitych skrzydeł swych

Niewidzialny ból.

Pstry dramat! Lecz po wieków wiek

Nie zginie o nim wieść:

Wiecznie trwać będzie Widziadła bieg

I tłumy za sobą wieść

Po kole... krążże więc, koło, krąż,

By znów się w siebie wpleść!

Te same szały i winy wciąż

I groza... dramatu w niej treść!

Lecz patrz! w pobliże płochych rzesz

Potwór się chyłkiem wkradł –

Z wolna na scenę pełznie od dźwierz

Ohydny, krwawy gad.

Już wpełzł! Już straszny zaczął łów

Śród trwożnych ludzkich stad.

Łkają serafy widząc, jak z kłów

Sączy posokę i jad.

Już koniec – światła już mrą...

Na ból, co każdy pręży nerw,

Z szelestem jak śmiertelne gzło

Spada zasłona – ale wpierw

Anioły w męce podnoszą głos,

Bladości swych nie kryjąc lic,

Że dramat ten – to człowieczy los,

W którym mogilny zwycięża czerw.

– O Boże! – zawołała Ligeja, kiedy skończyłem czytanie, i zrywając się z łóżka, kurczowym ruchem wyciągnęła ku niebu ramiona. – O Boże! Ojcze Niebieski! Czyż tak być musi nieod­miennie? Czyż tego pogromcy nigdy nie uda się pogromić? Czyliż nie jesteśmy cząstką i działką Twoją? Kto, kto zbadał tajemnice woli oraz jej moce? „Człowiek nie ustępowałby aniołom i nie podlegałby wcale śmierci, gdyby nie słabość wątłej jego woli”.

Po czym, jak gdyby wyczerpana nadmiarem wzruszeń, opuściła swe białe ramiona i powróciła w skupieniu na łoże śmierci. Wydając ostatnie tchnienie, cichym szeptem drgnęły jej usta. Nachyliłem się ku niej i znów doleciały mnie końcowe słowa z przytoczonego ustępu Glanvilla: „Człowiek nie ustępowałby aniołom i nie podlegałby wcale śmierci, gdyby nie słabość wątłej jego woli”.

Umarła, ja zaś, strącony w proch bólem, nie mogłem znieść dłużej beznadziejnej samotności pobytu w mglistym, opustosza­łym mieście nad Renem. Nie zbywało mi na tym, co świat zowie bogactwem. Ligeja wniosła mi w posagu znacznie więcej, o wiele więcej, niż zazwyczaj dostaje się w udziale ludziom śmiertelnym. Jakoż po kilku miesiącach utrudzającej i bezcelowej tułaczki nabyłem i podźwignąłem z upadku pewne (nazwę jego przemil­czę) opactwo w najdzikszej i naj-

odludniejszej okolicy pięknej Anglii. Posępny i smętny majestat budowli, dziki niemal wygląd włości tudzież żałosne i czcigodne, a związane z nimi podania godziły się przedziwnie z uczuciem zupełnego osamotnienia, co mnie zagnało w te odległe i niezamieszkane strony. Nie tykając niemal opactwa od zewnątrz i pozostawiając mu pozory zagrzęzłej w zieleni ruiny, z dziecięcą jakąś przewrotnością, a może też ze słabą nadzieją ukojenia swych smutków, jąłem urządzać je wewnątrz z nieledwie królewskim przepychem. Od dzieciństwa nabrałem upodobania do podobnych szaleństw, a teraz powróci­ły one niby mrzonka zgryzoty. Niestety, sam czułem, ile zawiąz­ków obłędu taiło się we wspaniałych, fantastycznych oponach, w hieratycznych rzeźbach egipskich, w dziwacznych gzymsach i sprzętach tudzież w chimerycznej wzorzystości kobierców przetykanych złotymi kwiatami! Opętało mnie opium i uczyniło swym niewolnikiem, a moje prace i zamiary nabrały zabarwienia mych snów. Lecz wolę nie rozpatrywać szczegółowo tych niedorzeczności. Chciałbym tylko wspomnieć o pewnej komnacie, którą przekląłem na wieki, a do której poprowadziłem od ołtarza jako mą oblubienicę, jako następczynię niezapomnianej Ligei – jasnowłosą i błękitnooką Lady Rowenę Trevanion z Tremaine.

Wszystkie szczegóły architektoniczne i zdobnicze tej ślubnej komnaty stanęły mi w tej chwili przed oczyma. Co się działo w duszach dostojnej rodziny panny młodej, gdy oślepiona blaskiem złota pozwoliła swej ukochanej córce przekroczyć progi mieszkania w ten sposób urządzonego? Powiedziałem, że pamię­tam ten pokój do najdrobniejszych szczegółów, a jednak ze zgryzoty zapomniałem rzeczy bardzo ważnych, w tym zaś fantas­tycznym kramie nie było ładu ni składu, które by narzucały się pamięci. Komnata owa znajdowała się w wysokiej wieżycy warownego opactwa, była znacznych rozmiarów i miała kształt pięcioboku. Południową ścianę tego pięcioboku tworzyło okno – olbrzymia szyba z weneckiego szkła, jednolita płyta o zabarwie­niu ołowianym, które sprawiało, iż wpadające do wnętrza pro­mienie słońca lub księżyca nadawały przedmiotom połysk widmowy. Górną część tego ogromnego okna ocieniała krata upowita latoroślami prastarego winogradu, rozpiętego na potężnych murach wieżycy. Strop z poczerniałego dębu był nadzwyczaj wysoki, sklepiony i suto ozdobiony najosobliwszymi i najpotwor­niejszymi rzeźbami w stylu na poły gotyckim, a na poły druidycznym. Z kasety, znajdującej się w samym środku tego posępnego sklepienia, na pojedynczym, złotym, o wydłużonych ogniwach łańcuchu zwisała olbrzymia panew, wykonana na wzór saraceński z tego samego kruszcu i opatrzona licznymi otworami, rozmieszczonymi w ten sposób, iż z wężową jak gdyby rączością przewijały się przez nie różnobarwne płomienie.

W różnych miejscach stało kilka otoman oraz kilka złotych wschodnich świeczników; ponadto znajdowało się tam łoże – ślubne łoże, niskie, wyrzeźbione z hebanu na modłę hinduską i osłonięte baldachimem podobnym do całunu. We wszystkich kątach komnaty wznosiły się ogromne sarkofagi, wydobyte z gro­bów królewskich opodal Luksoru i nakryte starożytnymi wiekami, na których widniały niepamiętne rzeźby. Najwyższe wszakże rozkiełznanie wyobraźni przejawiało się, niestety, w obiciach komnaty. Przeogromne, aż rażąco wysokie ściany były okryte od góry do dołu sutymi fałdami grubych, ciężkich opon, sporządzo­nych z tej samej tkaniny, co kobierzec na posadzce, co powłoki na otomanach i hebanowym łożu, co baldachim nad łożem i co okazałe zwoje portier przysłaniających w części okno. Tkaniną tą był drogocenny złotogłów. W nierównych odstępach widniały na nim arabeskowe figury mające mniej więcej stopę średnicy, a występujące z tła niezmiernie głęboką wzorów swoich czernią. Wszelako figury te zachowywały właściwy charakter arabesek tylko z jednego punktu widzenia. Za pomocą wynalazku znane­go w naszych czasach powszechnie, a sięgającego odległej starożytności, zmieniały się one w wyglądzie. Kiedy wchodziło się do komnaty, sprawiały wrażenie zwykłych potworności; lecz w mia­rę jak postępowało się dalej i przechodziło z miejsca na miejsce, wrażenie to stopniowo pierzchało, a poczynał natomiast ze wszech stron kołować nieskończony korowód upiornych kształ­tów, należących do kręgu zabobonów normandzkich lub poczę­tych w zbrodniczych snach mnichów. Za oponami krążył nieu­stannie sztucznie tam wprowadzany silny prąd powietrza i wzmagał jeszcze widmowość wrażeń, darząc wszystko roze­drganym, ohydnym życiem.

W takiej to świetlicy, w takiej to ślubnej komnacie spędzałem z Lady z Tremaine bezecne chwile pierwszych poślubnych miesięcy, a spędzałem je próżen niemal troski. Nie mogłem nie spostrzec, że żona moja lękała się dzikości posępnego mego usposobienia, że unikała mnie i zbyt nie kochała, lecz sprawiało mi to poniekąd przyjemność. Nienawidziłem jej nienawiścią raczej demona niż człowieka. Pamięć moja pierzchała (och, z jakimż nieukojonym żalem!) w przeszłość, ku Ligei, ku tej pięknej, ku tej dostojnej, ku tej jedynej, ku tej umarłej. Lubowa­łem się rozpamiętywaniem jej czystości, jej wiedzy, jej szczytnej, przeduchowionej natury, jej przenamiętnej, rozmodlonej miłoś­ci. I stało się, że wszystek mój duch samorzutnie zajął się płomieniem, co z większą grzał mocą niż wszystkie jej ognie. W rozkołysaniu snów opiumowych (gdyż dałem się opętać zupełnie obierzom tej trucizny) zdarzało się, iż śród ciszy nocnej powtarzałem głośno jej imię lub całymi dniami błąkałem się z nim na ustach po zacisznych ustroniach parowów, jak gdyby dzika zgryzota, wniebowzięta czułość i zabójczy żar mej tęsknicy za umarłą mogły przywołać ją z powrotem na szlaki ziemskie, które opuściła – ach, czyż podobna, by na zawsze?

Z początkiem drugiego miesiąca naszego pożycia małżeńskiego Lady Rowena zachorowała nagle i nieprędko powróciła do zdrowia. Trapiła ją nocami niewygasająca gorączka; w niespo­kojnym półśnie majaczyła o jakichś ruchach i szmerach, co rozlegały się w pokoju na wieży, a były – jak sądziłem – wytworem jej chorobliwej wyobraźni i poczynały się prawdopo­dobnie z magicznych uroków komnaty. Po pewnym czasie jęła odzyskiwać siły i w końcu wyzdrowiała. Lecz wnet potem druga, jeszcze groźniejsza niemoc powaliła ją znowu na łoże cierpienia; spod tego ciosu jej organizm nigdy nie podźwignął się zupełnie. Choroba jej przybrała odtąd zwrot niepokojący, zaś jeszcze bardziej niepokojąca była jej przewlekłość, urągająca wiedzy i staraniom lekarzy. W miarę jak wzmagała się ta długotrwała niemoc, co zapewne zbyt już głęboko zakorzeniła się w jej organizmie, by mogły przyjść jej z pomocą zabiegi ludzkie, zauważyłem, iż wzrasta również nerwowe rozdrażnienie jej temperamentu jako też pobudliwość posunięta do tego stopnia, iż najpowszedniejsze nawet przyczyny przejmowały ją lękiem. Z jeszcze większą stanowczością i częściej niż poprzednio jęła znów mówić o szmerach – o lekkich szmerach – i tajnych jakichś śród opon poruszeniach, o których wspominałem już za pierw­szym razem.

Pewnej nocy, pod koniec września, z większym niż zazwyczaj naciskiem starała się zwrócić moją uwagę na te niemiłe przewi­dzenia. Obudziła się właśnie z niespokojnego snu, ja zaś z uczu­ciem na poły lęku, na poły nieokreślonej grozy śledziłem wyraz jej wynędzniałej twarzy. Siedziałem na otomanie indyjskiej obok jej hebanowego łoża. Dźwignąwszy się nieco, mówiła przyciszonym, strwożonym głosem o szmerach, które co tylko usłyszała, a których ja słyszeć nie mogłem – o ruchach, które co tylko zobaczyła, a których ja dostrzec nie mogłem. Szybko wiatr krążył za oponami, chciałem ją przeto przekonać (w co zresztą – wyznaję otwarcie – sam niezupełnie wierzyłem), iż te nieujęte omal szemrania jako też te niedostrzegalne prawie zmiany w poruszeniach figur na ścianach były po prostu następstwem zwykłego prądu powietrza. Wszelako śmiertelna bladość, co oblokła jej lica, dała mi do poznania, że moje zabiegi, by ją uspokoić, spełzną na niczym. Zdawało się, że zemdleje, a służby w pobliżu nie było. Przypomniałem sobie, gdzie stała karafka lekkiego wina przepisanego jej przez lekarzy i pobiegłem po nie w głąb komnaty. Kiedym wszakże mijał światło panwi, dwie przerażają­ce okoliczności zwróciły moją uwagę. Najpierw uczułem, iż musnął mnie z lekka w przejściu jakiś przedmiot dotykalny, lecz niewidzialny; po czym na złotym kobiercu, śród promienistego kręgu utworzonego przez panew, ujrzałem cień, nikły, nieokreślony cień o anielskim wyglądzie – coś, jak gdyby poczęty w urojeniu wid cienia. Lecz nadmierna dawka opium podnieciła mnie do tego stopnia, iż nie zastanowiłem się nad tymi zjawiska­mi dokładniej i nie wspomniałem o nich Rowenie. Znalazłszy wino, przebiegłem z powrotem komnatę, napełniłem nim kubek i przybliżyłem go do ust bliskiej omdlenia kobiety. Kiedy przy­szła nieco do siebie, wzięła z rąk mych kubek, ja zaś rzuciłem się na pobliską otomanę, nie odwracając od niej oczu. I wtedy to usłyszałem wyraźnie, że ktoś stąpa z cicha po kobiercu w pobliżu łoża, w chwilę zaś później, kiedy Rowena podnosiła wino do ust, dostrzegłem, lub może mi się śniło, że dostrzegłem, iż do kubka, jak gdyby z jakiegoś niewidzialnego źródła znajdującego się w atmosferze pokoju, padły trzy czy cztery wielkie krople przejrzystego, rubinowego płynu. Widziałem to – lecz nie wi­działa tego Rowena. Bez wahania wypiła wino, ja zaś nie uważałem za stosowne opowiadać jej o tym zdarzeniu, które po dokładniejszej rozwadze wydało mi się wytworem niepowściągli­wej wyobraźni, rozkołysanej chorobliwie przerażeniem mej żony, nadmiarem opium i spóźnioną porą.



POWTARZAŁEM GŁOŚNO JEJ IMIĘ


Nie mogę atoli wyzbyć się przeświadczenia, iż po wpuszczeniu rubinowych kropli do kielicha w niedomaganiu mej żony zaszła niezwłocznie nagła zmiana na gorsze. Jakoż trzeciej z kolei nocy ręce służebnic stroiły ją do trumny, czwartej zaś siedziałem samotnie nad jej przyobleczonymi w całuny zwłokami w owej fantastycznej komnacie, do której weszła niegdyś jako moja oblubienica. Potworne, wywołane przez opium wizje gdyby cienie pląsały przede mną. Spoglądałem niespokojnie na stojące w kątach sarkofagi, na zmienne figury opon i na różnobarwne ognie, co wiły się dokoła panwi nad moją głową. Potem przyszły mi na myśl zdarzenia nocy minionych i wzrok mój padł na miejsce rozwidnione łuną panwi, gdzie dostrzegłem wówczas zwiewne zarysy cienia. Już go tam nie było; oddychając przeto swobodniej, podniosłem oczy na bladą, stężałą postać spoczy­wającą na łożu. I zaroiły się me myśli tysiącem wspomnień o Ligei, a o me serce z gromkim rozpędem powracającej fali uderzył powtórnie ów niewysłowiony ból, jakiego doznałem, kiedym ją ujrzał podobnie spowitą w całuny. Noc była późna; z duszą pełną gorzkiej zadumy o niej jedynej i o niej najmilszej nie ruszałem się z miejsca, zapatrzywszy się w zwłoki Roweny.

Około północy, a może nieco wcześniej lub nieco później, gdyż nie uważałem, która była godzina, jakieś ściszone, głuche, lecz najzupełniej wyraźne łkanie obudziło mnie nagle z zamyślenia. Czułem, iż pochodziło z hebanowego łoża – z łoża śmierci. Nadsłuchiwałem, truchlejąc z przesądnej trwogi – lecz szmer się nie powtórzył. Przyglądałem się bacznie, czy trup się nie rusza, ale nie dostrzegłem najlżejszego drgnienia. Mimo to nie pomyli­łem się na pewno. Doleciał mnie szmer, jakkolwiek słaby, i duch mój uzbroił się w czujność. Zawzięcie i wytrwale skupiałem mą uwagę, przykutą do zimnego ciała. Nierychło zaszły objawy mogące rozwidnić tę tajemnicę. Okazało się mianowicie, iż niezmiernie nikły i zaledwie dostrzegalny nalot rumieńca owiał policzki i wzdłuż drobnych, zaklęsłych żyłek spłynął na powieki. Uczułem, iż za sprawą nieogarnionego przerażenia i grozy, na którą w języku ludzkim nie ma dość silnych wyrazów, serce me stygnie i członki me tężeją. Wszelako poczucie obowiązku pozwo­liło mi w końcu zapanować nad sobą. Nie ulegało wątpliwości, iż przedwczesne były nasze przygotowania – że Rowena jeszcze żyła. Trzeba było pośpieszyć niezwłocznie z pomocą; atoli wieża zbyt była oddalona od skrzydła opactwa zamieszkałego przez służbę – dowołać się jej nie było można – i nie było jak jej zawezwać bez wychodzenia na czas jakiś z komnaty, a na to odważyć się nie mogłem. Sam przeto usiłowałem zapobiec odlotowi kołatającej się jeszcze duszy. Jednakże w chwilę później nabrałem pewności, iż życie doszczętnie wygasło: rumieńce na powiekach i na policzkach zanikły, ustępując miejsca nieledwie marmurowej bieli; w dwójnasób przywiędły wargi i rozchyliły się, przybierając upiorny wygląd śmierci: odrażający chłód i śliskość rozpostarły się szybko na powierzchni ciała, które stężało i zastygło w bezwładzie. Z drżeniem rzuciłem się na wezgłowie, z którego niedawno powstałem, i znów pogrążyłem się na jawie w namiętnych snach o Ligei.

Minęła w ten sposób godzina, gdy (czyż podobna?) jakiś nieokreślony szmer doleciał mnie powtórnie od strony łoża. Jąłem nadsłuchiwać, nie posiadając się z przerażenia. Szmer wionął znowu – było to westchnienie. Podbiegłem do trupa i widziałem – na własne oczy widziałem – jak usta jego drgnęły. W chwilę później obwisły, odsłaniając rząd lśniących jak perły zębów. Osłupienie jęło w mej duszy pasować się z niezgłębioną grozą, co dotychczas władała w niej niepodzielnie. Uczułem, że w oczach mi ciemnieje, a w mózgu się mąci; długo walczyłem ze sobą, zanim powiodło mi się zebrać siły potrzebne do spełnienia narzucającego się ponownie obowiązku. Bowiem nikła łuna rumieńca pojawiła się znowu na czole, licach i gardzieli; wyczu­wałem ciepło, co przeniknęło zwłoki; nawet serce z lekka w nich drgnęło. Lady żyła; ze zdwojoną gorliwością starałem się ją ocucić. Zwilżałem i nacierałem ręce i skronie, nie pominąłem żadnego zabiegu znanego mi z doświadczenia i z niemałego oczytania w dziełach lekarskich. Ale nadaremnie. Nagłe rumień­ce pierzchły, tętno przycichło, wypełzł na usta wyraz śmierci, a w chwilę później zwłoki zlodowaciały, posiniały i zakrzepły, przybierając ohydny wygląd trupa, co od wielu dni przebywał w grobie.

I znowu zaprzepaściłem się w marzeniach o Ligei – i znowu (cóż dziwnego, że z drżeniem kreślę te słowa?), znowu doleciało mnie głuche łkanie od strony hebanowego łoża. Lecz po cóż rozwodzić się szczegółowo nad niewysłowioną grozą tej nocy? Czyż mam opowiadać, jak raz po razu, niemal do samego brzasku, powtarzał się ten potworny dramat odżywania; jak każdy straszliwy podryw rozprzęgał się w tym okropniejszej i pozornie tym niezawodniejszej śmierci; jak każde konanie było niby walką z jakimś niewidzialnym wrogiem; i że każda taka walka kończyła się wprost niepojętą zmianą w wyglądzie trupa? Pragnę co rychlej dobiec do końca.

Minęła znaczniejsza część tej strasznej nocy, gdy zmarła drgnęła ponownie i mocniej niż przedtem, jakkolwiek budziła się z rozkładu nierównie beznadziejniejszego od wszystkich dawniej­szych. Już od dawna zaprzestałem wszelkich wysiłków i znieru­chomiałem na otomanie, pogrążając się w odmęcie unicestwiają­cych wrażeń, śród których ostateczne przerażenie było może najmniej okropne i najmniej dławiące. Trup – powtarzam – drgnął, i to z większą siłą niż poprzednio. Łuna życia z niezwykłą mocą ubarwiła policzki, ustąpiło stężenie członków – i gdyby nie zaciśnięte szczelnie powieki, gdyby nie chusty i czechła pośmiert­ne, co użyczały jej kształtom wyglądu grobowego, mógłbym był mniemać, iż Rowena wyzwoliła się zupełnie z oków śmierci. Nie dowierzałem na razie temu przypuszczeniu, lecz przestałem wątpić, gdy ujrzałem na własne oczy, jak upowita w całuny postać podniosła się z łoża i niby człowiek, co błąka się we śnie, z zamkniętymi oczyma postąpiła chwiejnym, niepewnym kro­kiem na środek komnaty.

Nie zadrżałem, nie porwałem się z miejsca, gdyż tłum niewysłowionych przewidzeń, wywołanych ruchami, postawą i zacho­waniem się postaci, zakotłował nagle w mym mózgu, obezwład­nił mnie i okamienił. Nie drgnąłem, zapatrzony w widziadło. Bezładnie, w błędnej rozterce wichrzyły się moje myśli. Czyż to możliwe, by żywa Rowena istotnie stała przede mną? Czy to w ogóle mogła być Rowena, jasnowłosa, modrooka Lady Rowena Trevanion z Tremaine? Skąd, dlaczego nasunęły się mi te wątpliwości? Przepaska ciężko przysłaniała usta – wszelako czyż nie były to usta Lady z Tremaine? A lica – różane jak w pełni rozkwitu – to zapewne cudne lica żywej Lady z Tremaine? A broda z dołeczkami jak wówczas, kiedy była zdrowa, to przecież jej broda? Lecz cóż to, czy urosła podczas choroby? Na myśl tę opętało mnie niepojęte szaleństwo. Zerwałem się i przy­padłem do jej stóp. Targnęła się, by uniknąć mojego dotknięcia, przy czym obsunęło się upiorne czechło, co osłaniało wolno jej głowę, i skroś rozmigotanego powietrza komnaty wionęła ogrom­na smuga długich, rozpuszczonych włosów: były one czarniejsze niźli krucze skrzydła północy! I rozwarły się z wolna oczy stojącej przede mną postaci. – Teraz – zawołałem na cały głos – teraz na pewno już się nie mylę! To wyraziste, czarne, nieodgadnione oczy miłości, co mnie odeszła – to oczy Lady – LADY LIGEI.

Tłumaczył Stanisław Wyrzykowski



Eleonora


Sub conservatione formae specificae salva anima 1.

Raymond Lully


Pochodzę z rodziny słynnej z bujnej wyobraźni tudzież głębokiej uczuciowości. Uchodziłem za szaleńca, ale nikt jeszcze nie rozstrzygnął, czy obłęd jest, czy nie jest najwznioślejszą inteligencją i czy wiele z tego, co stanowi o wielkości i sławie, nie wynika z rozprzężenia myśli, z majaczeń umysłu, wyszczytnionego z uszczerbkiem pospolitego intelektu. Ci, co śnią za dnia, wiedzą o wielu rzeczach niedostępnych dla tych, co śnią tylko nocą. W mglistych widzeniach miewają oni przebłyski wieczności i budząc się, drżą na myśl, że przebywali na rubieży wielkiej Tajemnicy. Dorywczo poznają nieco wiedzę Dobra, zaś w wyższym jeszcze stopniu odrębną umiejętność Zła. Bez steru i bez kompasu żeglują po bezgranicznych oceanach „niewysłowionej światłości” lub wzorem błędnych tułaczy nubijskiego geografa agressi sunt Mare Tenebrarum, quid in eo esset exploraturi2.

Powiedzmy więc, że jestem obłąkany. Przyznaję zresztą, iż w mym duchowym istnieniu zaznaczają się dwa odmienne stany: pierwszym jest stan trzeźwego rozsądku, niepodlegający roztrząsaniu a ogarniający wspomnienia zdarzeń, co złożyły się na pierwszy okres mojego życia – drugim zaś stan mroku i wątpienia, obejmujący teraźniejszość jako też pamięć tego, co stanowi wtóry wielki okres mojego bytu. To, co opowiem o pierwszym okresie, zasługuje tedy w zupełności na wiarę; temu zaś, co mam do powiedzenia o czasach późniejszych, należy dowierzać tylko o tyle, o ile wyda się to rzeczą stosowną, lub wprost podać opowieść moją w wątpliwość; gdyby jednak ktoś wątpić nie mógł, niech tej zagadki stanie się Edypem.

Ta, którą kochałem za młodu i o której spokojnie i rzetelnie spisuję oto te moje wspomnienia, była jedyną córką jedynej siostry mej matki, zmarłej już od dawna. Cioteczna moja siostra miała na imię Eleonora. Mieszkaliśmy zawsze razem w Dolinie Barwistych Traw, podzwrotnikowym wyzłoconej słońcem. Niczyja błędna stopa nie dotarła nigdy do tego padołu, gdyż znajdował się on na uboczu, śród łańcucha olbrzymich gór, co napiętrzone zwisały dokoła, nie dając promieniom słonecznym dostępu do swych najmilszych ustroni. Bitych gościńców w pobliżu nie było; chcąc przeto utorować sobie drogę do naszego szczęśliwego zakątka, trzeba było roztrącić listowie nieprzeliczonych drzew leśnych i unicestwić jarzącą się chwałę nieprzebranego kwiecia. Jakoż żyliśmy sami, nie znając wcale świata poza doliną – ja, krewna moja i jej matka.

Z mglistych krain hen, za górami, u wyżniego krańca naszej zacieśnionej zewsząd włości toczyła się wąska i głęboka rzeka, promienniejsza nade wszystko krom oczu Eleonory. Wiły się skrycie splątane jej zakręty i przepadały w cieniach skalistej gardzieli, jeszcze mroczniejszej niż ta, skąd rzeka brała swój początek. Zwaliśmy ją Rzeką Milczenia, gdyż wiało ciszą od jej toni. Nie drgały nad jej łożyskiem szmery i tak spokojnie snuła się w swym biegu, że perłowe żwiry, co z głębi jej fali pieściły nasze oczy, nie poruszały się wcale i spoczywały błogo na odwiecznych swych miejscach, siejąc niezmiennie świetne swe blaski.

Pobrzeża rzeki tudzież licznych, srebrzystych ruczajów, co krętymi drogami zmierzały do jej koryta, podobnie jak zbocza staczające się pochyło ku wodom strumieni aż po ich kamieniste na dnie łożyska, podobnie wreszcie jak cały przestwór doliny między rzeką a zakolem gór – były zasłane kobiercem puszystej, zielonej murawy, gęstej, niskiej, jednako równej i tchnącej wonią wanilii, lecz tak usianej złocistymi jaskrami, białymi stokrociami, mieniącymi się purpurą fiołkami i rubinowymi asfodelami, iż czarodziejska ta krasa była dla serc naszych niby dźwięczną pieśnią ku chwale miłości i Boga.

Tu i ówdzie na tle tej murawy rozkładały się, ni to widziadlane gąszcze, kępy fantastycznych drzew, których pnie wysokie i smukłe nie wystrzelały prosto w górę, lecz kłoniły się wdzięcznie ku światłu słonecznemu, co zaglądało o południu do wnętrza doliny. Kora ich migotała naprzemiennymi połyskami srebra i hebanu i była gładsza nade wszystko krom liczek Eleonory. Gdyby nie świetna zieleń ogromnych liści, co tworzyły ich korony, rozpierzchając się za każdym powianiem wiatru w długie, drgające linie, można by mniemać, że to olbrzymie, syryjskie połosy składają hołdy swemu władcy, słońcu.

Ja i Eleonora błądziliśmy po tej dolinie zawsze spleceni dłońmi i tak minęło lat piętnaście, zanim miłość zawitała do serc naszych. Pewnego wieczora, kiedy ona kończyła rok piętnasty, a ja zaczynałem dwudziesty pierwszy, zdarzyło się, iż przytuleni do siebie siedzieliśmy pod drzewami, co były podobne do wężów, i przyglądaliśmy się swemu odbiciu w zwierciadlanej toni Rzeki Milczenia. Przez całe popołudnie tego cudnego dnia nie przemówiliśmy do siebie ani razu, a już od samego rana słowa nasze były nieliczne i drżące. Wywołaliśmy z tej fali boga Erosa i czuliśmy, że rozpłomienił w nas ogniste dusze przodków naszych. Ta głęboka uczuciowość, co od wieków stanowiła chlubę naszego rodu, skojarzyła się z wyobraźnią, która także zaliczała się do jego właściwości, i obie tchnieniem upojnego zachwytu owionęły Dolinę Barwistych Traw. We wszystkim zaszła jakaś zmiana. Dziwne, promienne, gwiaździste kwiaty ukazały się na drzewach, co nigdy przedtem tak nie kwitły. Pogłębiły się tony zielonego kobierca, gasły białe stokrocie jedna po drugiej, a miast nich zapalały się dziesiątkami rubinowe asfodele. Krzewiło się życie na naszych drogach; oto z całą czeredą krasnopiórego, rozradowanego ptactwa pojawił się nieznany dotychczas w tych stronach wysmukły czerwonak i błysnął przed nami szkarłatem swego pierza. Zaroiły się w rzece rybki złote i srebrne, a toń jej zaszemrała cichym zrazu poszumem, co wzmagał się stopniowo, aż przedzierzgnął się w rozkołysaną gędźbę, cudowniejszą niż dźwięki harfy Eola, a słodszą nade wszystko krom głosu Eleonory. Wielki obłok, który śledziliśmy od dawna na zachodnim niebie, wypłynął nagle spoza widnokręgu, skąpany wszystek w złocie i purpurze, i rozpostarłszy się cicho nad naszymi głowami, opadał z dniem każdym coraz niżej i niżej, aż w końcu krańce jego wsparły się na iglicach górskich, zamieniając ich pomrokę w istne czarodziejstwo i zamykając nas jakby na wieki w magicznym przybytku, pełnym wzniosłości i chwały.

Z urody przypominała Eleonora serafów, lecz była to dzieweczka szczera i niewinna, bowiem krótkie jej życie upłynęło śród kwiatów. Nie taiła przebiegle uniesień miłosnych, co rozgorzały w jej sercu, lecz przechadzając się ze mną w Dolinie Barwistych Traw, odsłaniała w rozmowie najskrytsze jego tajniki i zastanawiała się nad ogromnymi zmianami, które od niedawna dokonały się w naszej włości.

I zdarzyło się, że pewnego dnia jęła mówić ze łzami o ostatecznej, żałosnej przemianie, której musi ulec ludzkość, i nie rozstawała się odtąd z tą myślą, wplatając ją we wszystkie nasze rozmowy, podobnie jak w pieśniach Poety z Szyrazu powtarzają się nieustannie jednakie obrazy w najprzeróżniejszych, wyrazistych odmianach i zwrotach.

Pojęła, iż palec Śmierci spoczął na jej piersi, niby jednodniówka rozkwitła tylko po to w pełni swej krasy, by dojrzeć do zgonu; wszelako lęk grobu przejawiał się u niej tylko w jednej myśli, którą zwierzyła mi pewnego wieczora o zmierzchu na brzegach Rzeki Milczenia. Mianowicie smuciło ją to, iż kiedy nad nią zamknie się mogiła w Dolinie Barwistych Traw, porzucę na zawsze te szczęsne zacisza i miłość moją, co tak bezgranicznie należała do niej, oddam innej dziewczynie z obcego, powszedniego świata. Namiętnie rzucałem się nieraz do stóp Eleonory, poprzysięgając jej i niebu, że nie zaślubię nigdy żadnej córy Ziemi – że nie sprzeniewierzę się niczym jej drogiej pamięci ani pamięci jej zbożnego kochania, co stało się mym błogosławieństwem. I wzywałem Wszechmocnego Stwórcę światów na uroczystego świadka tej mojej serdecznej przysięgi. A klątwy, którymi zaklinałem pomstę Jego i jej – tej świętej z Krainy Wiekuistej Światłości – gdybym kiedykolwiek miał okazać się wiarołomnym, zawierały kaźń tak straszliwą, iż wspominać mi o niej nie wolno. Promienistszymi stawały się na te moje słowa promieniste oczy Eleonory; i oddychała, jak gdyby brzemię mogiły spadało z jej piersi; i drżała, zanosząc się gorzkim łkaniem; lecz wierzyła zaklęciom (bo czyż nie była dzieckiem?), co dodawały jej otuchy na łożu śmierci. W kilka dni później, umierając spokojnie, rzekła do mnie, iż w zamian za to, że nie szczędziłem pociechy jej duchowi, duch jej powróci i będzie czuwał nade mną, jeżeli zaś jej pozwolą, to będzie mi się ukazywała nocami; gdyby jednak nie leżało to w mocy dusz przebywających w raju, to przynajmniej będzie mi dawała znaki swej obecności, zsyłając ku mnie swe westchnienia na skrzydłach powiewów wieczornych lub przesycając powietrze, którym będę oddychał, woniami, co biorą początek z kadzielnic anielskich. Z tymi słowy na ustach zakończyła swe niewinne życie, kładąc zarazem kres pierwszemu okresowi mojego istnienia.

Dotąd opowieść moja jest najzupełniej prawdziwa. Lecz z chwilą, kiedy mijam zaporę utworzoną przez śmierć mej umiłowanej na drodze Czasu, i wkraczam w drugi okres mojego bytu, czuję, że mózg mój nurza się w mrokach i niezupełnie dowierzam bystrości mej pamięci. Mimo to niechaj mi będzie wolno snuć dalej wątek mej powieści. – Wlokły się smętnie lata za latami, a ja wciąż jeszcze przebywałem w Dolinie Barwistych Traw; ale we wszystkim wtóra zaszła zmiana. Gwiaździste kwiaty skryły się w pniach drzewnych i nie ukazały się już nigdy. Przygasła krasa zielonych kobierców. Zanikały kolejno rubinowe asfodele, a miast nich rozkwitały dziesiątkami ciemne jak oczy ludzkie fiołki, co mrużyły się boleśnie i zachodziły łzami rosy. I pierzchło życie z dróg naszych, bowiem smukły czerwonak nie błyskał już przed nami szkarłatem swego pierza, lecz smętny odleciał w góry wraz z całą czeredą rozradowanego krasnopiórego ptactwa, co pojawiło się ongi w jego orszaku. Rybki złote i srebrne odpłynęły gardzielą u niżniego krańca naszej włości i nie roiły się już w spokojnej toni. Zamierała z wolna rozkołysana gędźba, co była słodsza niż dźwięki napowietrznej harfy Eola, a cudowniejsza nade wszystko krom głosu Eleonory, przeobrażając się w głuche i coraz głuchsze poszumy, aż w końcu rzeka całkiem ucichła, powracając do swego pierwotnego, uroczystego milczenia. Na ostatek wielki obłok dźwignął się z iglic górskich, znów odsłaniając posępne ich mroki, i zapadł w otchłań zachodniego nieba, unosząc z Doliny Barwistych Traw wspaniałe złocistych czarodziejstw roztęcze.

Wszelako obietnice Eleonory nie poszły w niepamięć; bowiem słyszałem chrzęst rozwahanych kadzielnic anielskich; i strugi nieziemskich woni roztaczały się nieustannie po dolinie; i w chwilach samotności, kiedy me serce biło ciężko, wiatry, co przychodziły muskać moje skronie, były pełne pieściwych westchnień; i nieokreślone szmery rozlegały się często śród głuszy nocnej; i zdarzyło się raz – ach, raz tylko! – że jakieś widziadlane usta spoczęły na moich, budząc mnie ze snu, co był podobny do śmierci.

A jednak głucha była na to wszystko serca mojego nieukojona pustka. Tęskniłem do miłości, co przepełniała je kiedyś nad miarę. W końcu przez pamięć Eleonory uprzykrzyła mi się dolina i porzuciłem ją na zawsze dla marności i rozgłośnych tryumfów świata.

***


Znalazłem się śród obcego miasta, gdzie wszystko zmierzało do tego, by zatrzeć wspomnienia słodkich snów, które tak długo śniłem w Dolinie Barwistych Traw. Odurzała i zatruwała się ma dusza okazałością i przepychem wspaniałego dworu, szalonym szczękiem oręża i promienną urodą niewieścią. Mimo to dochowywałem wiernie mej przysięgi i wiedziałem z pewnych oznak, że śród ciszy nocnej nawiedza mnie Eleonora. Nagle oznaki te ustały i świat poczerniał mi w oczach; i truchlałem, opanowany przez palące myśli, opętany przez straszliwe pokusy; bowiem na dwór króla, u którego przyjąłem służby, z jakiejś dalekiej, bardzo dalekiej, nieznanej krainy przybyła dziewczyna, której piękności uległo od razu me przeniewiercze serce – przed którą ukląkłem bez oporu w zapamiętałym, niegodziwym przebóstwieniu miłosnym. Bo i czymże w rzeczywistości było owo moje kochanie dla dzieweczki z doliny w porównaniu z uniesieniem, z szałem, z rozpętanym do uwielbienia zachwytem, co ugiął łkającą mą duszę do stóp czarodziejki Ermengardy? Och, seraficznie jasna była Ermengarda! I poza tą myślą nie było we mnie miejsca dla innej. Och, nieziemskie było anielstwo Ermengardy! I kiedym zaprzepaszczał się w bezdniach jej nieprzepomnianych źrenic, myślałem tylko o nich – i o niej.

Poślubiłem ją, nie lękając się złorzeczeń, na które się zakląłem, i nie dosięgła mnie ich gorycz. I raz – lecz raz tylko – przez zakratowane okno doleciały mnie śród ciszy nocnej słodkie westchnienia, co odbieżały mnie niegdyś, i zlały się w głos znany i pieściwy, który przemówił:

– Śpij w spokoju, bowiem Duch Miłości rządzi i włada. Iżeś przyjął w rozmiłowane swe serce tę, co zwie się Ermengardą, rozwiązanyś ze ślubów uczynionych Eleonorze, dla powodów, o których dowiesz się w niebiesiech.

Tłumaczył Stanisław Wyrzykowski




1 Sub conservatione formae… (łac.) – Przez zachowanie specyficznej formy nietknięta pozostaje dusza (przyp. red.).

2 Agressi sunt Mare Tenebrarum… (łac.) – Wdarli się na Morze Ciemności, aby zbadać, co może się w nim znajdować (przyp. red.).


Metzengerstein


Pestis eram vivus – moriens tua mors ero 1.

Marcin Luter



Groza i przerażenie lęgły się na świecie przez wszystkie czasy. Po cóż więc nadmieniać, kiedy zaszło zdarzenie, o którym zamierzam opowiedzieć? Dość wspomnieć, iż w okresie owym istniała w środkowych Węgrzech rozpowszechniona, acz skryta wiara w doktrynę metempsychozy2. O doktrynie samej – to jest o jej nieprawdziwości czy też prawdopodobieństwie – zamilczę. Jednakowoż zapewniam, iż w znacznej mierze niedowiarstwo nasze (jak powiada La Bruyere o wszystkich naszych niedolach) vient de ne pouvoir etre seuls3.

Były atoli w owych wierzeniach węgierskich pewne szczegóły, które trąciły mocno niedorzecznością. Węgrzy różnili się bowiem nader istotnie od swych mistrzów ze Wschodu. Na przykład dusza – powiada jeden z nich (przytaczam słowa bystrego i uzdolnionego paryżanina) – ne demeure qu’une seule fois dans un corps sensible: au reste – un cheval, un chien, un homme meme, n’est que la ressemblance peu tangible de ces animaux4.

Między rodami Berlifitzingów i Metzengersteinów istniała waśń odwieczna. Nie było jeszcze przykładu, by dwa tak dostojne rody zawzięły się wzajem na siebie z równie śmiertelną zaciekłoś­cią. Źródło owej wrogości kryło się rzekomo w słowach starożyt­nej przepowiedni: „Runie straszliwie wyniosłe miano, gdy do­czesność Metzengersteinów, jako jeździec na swym rumaku, weźmie górę nad nieśmiertelnością Berlifitzingów”.

To pewna, że słowa te miały nader skąpe znaczenie lub nie miały go wcale. Istniały jednakowoż bardziej pospolite powody – i nie tak starodawnego pochodzenia – które były nie mniej brzemienne w następstwa. Wielmoże ci sąsiadowali ze sobą i od dawna prześcigali się wzajem w piastowaniu różnych zyskow­nych urzędów. Wiadomo, że bliscy sąsiedzi rzadko bywają przyjaciółmi, a mieszkańcy zamku Berlifitzing mogli spoglądać ze swej wyniosłej twierdzy wprost w okna pałacu Metzengerstei­nów. Na domiar ta więcej już niż feudalna okazałość nie przyczy­niała się bynajmniej do złagodzenia gniewu Berlifitzingów, którzy nie dorównywali swym wrogom ani starożytnością pocho­dzenia, ani dostatkami. Cóż więc dziwnego, że słowa owej przepowiedni, acz niedorzeczne, mogły przecież podtrzymywać i rozniecać waśń dwu rodów skłonnych już do zwady na każdy poszept dziedzicznej zawiści? Przepowiednia zdawała się wieścić – jeśli w ogóle wieściła cokolwiek – ostateczny triumf i tak już możniejszego rodu, co oczywiście było dostatecznym powodem, by z goryczą i nienawiścią mówili o niej słabsi i nie tak rozpano­szeni sąsiedzi.

Wilhelm hrabia Berlifitzing, mimo dostojnego pochodzenia, był w okresie niniejszego opowiadania niedołężnym, zidiociałym starcem, który zresztą nie zasługiwałby najzupełniej na wzmian­kę, gdyby nie jego nieokiełznana, zadawniona, osobista niena­wiść do wrogiego rodu i gdyby nie namiętne zamiłowanie do koni i łowów, które posuwało się tak daleko, iż ani wiek, ani osłabienie, ani zniedołężnienie umysłu nie mogły go powstrzymać od codziennego udziału w trudach myśliwskich.

Natomiast Fryderyk baron Metzengerstein nie był jeszcze pełnoletni. Ojciec jego, minister G., zmarł młodo; wkrótce podążyła za nim matka, baronowa Maria. Młody Fryderyk miał podówczas lat osiemnaście. W mieście lat osiemnaście znaczy niewiele; ale na odludziu – i to tak wspaniałym odludziu jak ta włość odwieczna – ruchy zegarowego wahadła głębsze mają zna­czenie.

Skutkiem pewnych zarządzeń administracyjnych młody ba­ron po śmierci ojca wszedł niezwłocznie w posiadanie swych rozległych majętności. Takie dobra nieczęsto dostawały się w puściźnie szlachcie węgierskiej. Zamków miał co niemiara, zaś śród nich najokazalszy i największy był pałac Metzengerstein. Włości jego nigdy dokładnej nie miały granicy, ale największy park liczył piętnaście staj obwodu.

Dziedzic był taki młody, charakter jego tak dobrze znany, a mienie tak ogromne, iż niewiele pozostawało wątpliwości co do jego przyszłego postępowania. Jakoż w przeciągu trzech dni zachowanie się jego zapędziło w kąt samego Heroda i przewyż­szyło niepomiernie oczekiwania najgorętszych jego wielbicieli. Plugawe orgie, jaskrawe wiarołomstwa, niesłychane okrucieństwa – dały rychło drżącym jego wasalom do zrozumienia, iż ani służalcza uległość z ich strony, ani skrupuły sumienia z jego strony nie będą chroniły ich odtąd przed wyuzdanymi szponami tego młodocianego Kaliguli. Czwartego dnia w nocy spostrzeżo­no, że stajnie zamku Berlifitzing stoją w płomieniach, zaś opinia sąsiedzka zapisała zgodnie tę zbrodnię podpalenia na potworną już listę występków i rozbojów barona.

Podczas zamieszania spowodowanego tym wypadkiem młody magnat, na pozór pogrążony w zadumie, siedział w przestronnej i odludnej komnacie, która mieściła się na piętrze rodowego pałacu Metzengersteinów. Drogocenne, acz spłowiałe opony, co posępnie zwieszały się ze ścian, przedstawiały widziadlane i ma­jestatyczne kształty mnóstwa znakomitych pradziadów. Tu bi­skupi w gronostajowych szatach i pontyfikalni dostojnicy, sie­dząc swobodnie w obecności samodzierżcy i władcy, zakładali veto przeciw zachciankom doczesnego króla lub za pomocą fiat5 papieskiej wszechwładzy poskramiali buntownicze berło odwie­cznego Wroga ludzkości. Tam ponure, ogromne postacie książąt Metzengersteinów – kiedy ich ciężkie bojowe rumaki depcą zwłoki poległych nieprzyjaciół – swym wojowniczym wyglądem wstrząsały nawet najsilniejsze nerwy; zaś ówdzie pieściwe, łabę­dzie zjawy niewieście z minionych czasów przy dźwiękach urojonej muzyki w nierzeczywistym pląsały tańcu.

Kiedy baron tak słuchał lub udawał, że słucha stopniowo wzmagającego się zgiełku w stajniach Berlifitzingów – lub też może obmyślał nowy i jeszcze zuchwalszy wybryk swej samowoli – oczy jego bezwiednie zwróciły się na olbrzymie kształty niena­turalnej maści rumaka, którego przedstawiono na jednej z opon jako własność saraceńskiego przodka wrogiego mu rodu. Koń stał na przedzie, nieruchomy i posągowy – zaś dalej, w głębi obrazu, pokonany jego jeździec ginął od rapieru jednego z Metzengersteinów.

Usta Fryderyka przybrały złowrogi wyraz, gdy zdał sobie sprawę, ku czemu podążyły nieświadome jego spojrzenia. Mimo to nie odwrócił wzroku. Żadną natomiast miarą nie mógł pojąć przygnębiającej trwogi, co niby całun padła na jego zmysły. Z trudnością udało się mu pogodzić swe senne i bezładne odczuwania z niezawodnym przeświadczeniem, że jednak czuwa i nie śpi. Im dłużej patrzył, tym zawrotniejszym stawał się czar, tym niemożliwszym zdawało się mu, by mógł wyzwolić swe oczy spod zaklęcia owego gobelinu. Wtem zgiełk w oddali wzmógł się nagle ogłuszająco, więc jakby z przymusem obejrzał się na czerwoną łunę, co padała od płonących stajen na okna komnaty.

Trwało to tylko okamgnienie i znów pierzchły odruchowo jego spojrzenia ku ścianie. Ku niewysłowionemu jego osłupieniu i przerażeniu łeb gigantycznego rumaka zdołał tymczasem zmie­nić pozycję. Kark zwierzęcia, pochylony przedtem jakby z żalem nad sponiewieranymi zwłokami rycerza, wyprostował się teraz w całej długości ku baronowi. Oczy, dotychczas niewidoczne, rozgorzały ogniście, nabierając ludzkiego, energicznego wyrazu; zaś otwarty pysk snadź podrażnionego konia pozwalał dojrzeć jego obmierzłe, trupie zęby.

Młody magnat zdrętwiał z przerażenia i chwiejnym krokiem postąpił ku drzwiom. Kiedy je otworzył, snop czerwonej poświetli wtargnął w głąb komnaty i odbił się jasną plamą na powiew­nych oponach. Zawahawszy się przez chwilę na progu, wzdry­gnął się widząc, że owa świetlana plama dokładnie wypełniła miejsce i kontury nieubłaganego i zwycięskiego zabójcy Saracena-Berlifitzinga.

By ulżyć swemu strapionemu duchowi, wybiegł baron na wolne powietrze. U głównej bramy pałacu spotkał trzech stajen­nych. Z wielkim trudem i wprost z narażeniem życia powstrzy­mywali na wodzy olbrzymiego płomiennej maści rumaka, co w dzikich dębił się podrzutach.

– Czyj to koń? Skąd go wzięliście? – zapytał młodzieniec głuchym, posępnym głosem, zauważywszy niezwłocznie, iż ów tajemniczy biegun na oponie komnaty był najdokładniejszą podobizną wspinającego się przed nim zwierzęcia.

– To wasza własność, panie – odparł któryś ze stajennych – przynajmniej nikt inny o niego się nie upomina. Schwytaliśmy go, gdy zapieniony i parskający wściekłością wybiegł z płonących stajni zamku Berlifitzing. Przypuszczając, że należy do zagrani­cznej stadniny starego hrabiego, odprowadziliśmy go z powro­tem. Ale żaden z koniuszych nie przyznał się tam do tego potwora, co jest dziwne, gdyż znać po nim, że ledwie wydostał się z płomieni.

– Przy tym ma wyraźnie wypalone na czole litery W. V. B. – przerwał drugi stajenny. – Myślałem, że to początkowe litery nazwiska Wilhelm von Berlifitzing, ale cała służba zamkowa utrzymuje, że nic o nim nie wie i przedtem nigdy go nie widziała.

– To szczególniejsze – odezwał się młody baron w zamyśleniu, jakby nie zdając sobie sprawy ze znaczenia swych słów. – Dziwny to, jak mówicie, koń – osobliwszy koń, chociaż macie słuszność, że jest niepewny i narowisty. Niechże on będzie mój – dodał po chwili. – Taki jeździec jak Fryderyk von Metzengerstein zdoła okiełznać nawet diabła ze stajni Berlifitzingów.

– Mylicie się, panie; ten koń, jak już powiedzieliśmy, nie jest ze stajni hrabiego. Gdyby tak było, to za dobrze znamy nasze obowiązki, byśmy odważyli się przyprowadzić go przed oblicze dostojnej osoby z waszego rodu.

– Dobrze mówisz – odparł baron twardo.

W tej chwili nad­biegł z pałacu pokojowy z wypiekami na twarzy i szepnął swemu panu do ucha, że część opony z komnaty, którą wymienił, nagle znikła; podał przy tym różne drobiazgowe szczegóły; opowiadał to wszakże tak cichym głosem, iż stajenni nie zdołali zaspokoić swej podnieconej ciekawości.

Podczas tej rozmowy młodym ich dziedzicem najróżnorodniejsze miotały wrażenia. Wszakże rychło odzyskał spokój i miał na twarzy wyraz złowrogiej stanowczości, gdy wydawał nieodwołal­ny rozkaz, by ową komnatę natychmiast zamknięto i klucz oddano mu do rąk.

– Czy wasza miłość wie już o żałosnej śmierci tego starego myśliwego, Berlifitzinga? – spytał barona któryś z jego wasali po odejściu pokojowca, gdy potworny rumak, którego magnat przy­jął za swą własność, ze zdwojoną wściekłością dębił się i rzucał po szerokiej alei prowadzącej od pałacu do stajen Metzengersteinów.

– Nie! – rzekł baron, zwracając się nagle do mówiącego. – Powiadasz waść, że umarł?

– Tak jest, wasza miłość, i myślę, że ta nowina nie jest zbyt przykra dla dostojnego waszego rodu.

Przelotny uśmiech błysnął na twarzy słuchającego. – Jakże to się stało? – zapytał.

– Zapędził się nierozważnie, chcąc ocalić bodaj część swej ulubionej stadniny myśliwskiej, i sam przy tym zginął marnie w płomieniach.

– I-sto-tnie? – wycedził baron, jakby z wolna i stopniowo uświadamiał sobie prawdę jakiejś osobliwszej myśli.

– Tak jest – powtórzył wasal.

– To okropne! – rzekł młodzieniec obojętnie i podążył spokoj­nie do pałacu.

Od tej chwili w postępowaniu hulaszczego młodego barona Fryderyka von Metzengersteina zaszła wyraźna zmiana. To pewna, że zachowanie jego zawiodło wszelkie oczekiwania i rozczarowało niejedną zapobiegliwą mamę, gdyż jego zwyczaje i nawyki w wyższym jeszcze stopniu niż poprzednio jęły się różnić od przyjętych przez sąsiednią arystokrację. Nie widywano go nigdy poza granicami jego włości i śród wielkiego mrowia ludzkiego był on zupełnie samotny – o ile się pominie owego tajemniczego, narowistego, ognistej maści rumaka, na którym odtąd stale jeździł i który – nie wiadomo z jakiego powodu – sam jeden mógł chełpić się mianem jego przyjaciela.

Zdarzało się jednak niekiedy, że otrzymywał zaproszenia od sąsiadów: „Czyby pan baron nie zaszczycił naszego zebrania swą obecnością?”, „Czyby pan baron nie wziął udziału w polowaniu na dzika?”. „Metzengerstein nie poluje”, „Metzengerstein nie bywa” – brzmiały wyniosłe i lakoniczne odpowiedzi.

Tych ciągłych zniewag nie mogli znieść butni wielmoże. Zaproszenia stawały się mniej częste i nie takie serdeczne; w końcu ustały zupełnie. Opowiadano, że wdowa po nieszczęs­nym hrabi Berlifitzingu miała kiedyś wyrazić życzenie: „Bo­dajby baron wtedy był u siebie w domu, kiedy tam być nie zechce, skoro gardzi towarzystwem sobie równych; i bodajby wtedy jechał na koniu, kiedy jechać konno nie zechce, skoro woli towarzystwo konia”. Oczywiście był to tylko niemądry odruch rodowej niechęci i dowodził jedynie, do jakiego stopnia bywają niedorzeczne nasze powiedzenia, gdy pragniemy wyrazić je zbyt dobitnie.

Byli jednakże tacy poczciwcy, którzy zmianę w postępkach młodego magnata przypisywali synowskiemu żalowi po przed­wczesnym zgonie rodziców, zapominając o niesłychanych szkaradzieństwach, jakich dopuszczał się przez krótki czas bezpo­średnio po ich stracie. Inni posądzali go o zbyt wygórowane pojmowanie swej godności i dostojeństwa. Jeszcze inni (śród których wypadałoby może wymienić lekarza domowego) składali wszystko na chorobliwą melancholię i słabość dziedziczną, zaś między pospólstwem krążyły mętne i jeszcze niezwyklejsze po­głoski.

Niepodobna zaprzeczyć, iż graniczące już ze zwyrodnieniem przywiązanie barona do świeżo zdobytego wierzchowca – przy­wiązanie, które jakby wzmagało się jeszcze po każdym nowym objawie dzikich i demonicznych instynktów zwierzęcia – przedzierzgnęło się w końcu, zdaniem wszystkich rozsądnych ludzi, w ohydną i nienaturalną namiętność. W słonecznej pełni południa czy śród głuszy nocnej, w zdrowiu czy w chorobie, czasu burzy czy czasu pogody młody Metzengerstein zdawał się nie schodzić z grzbietu olbrzymiego rumaka, którego nieuskromione zuchwalstwo licowało tak dobrze z jego własnym usposobieniem.

Istniały ponadto okoliczności, które w zestawieniu z później­szymi wypadkami dawały jakąś nieziemską i złowieszczą miarę dziwactwa jeźdźca i przymiotów rumaka. Zmierzono raz dokład­nie długość jednego skoku i przekonano się, że przewyższała ona niesłychanie wszelkie najśmielsze i najprawdopodobniejsze prze­widywania. Przy tym baron nie miał osobnego miana dla tego zwierzęcia, jakkolwiek inne konie z jego stadniny nosiły odpowiednie przezwania. Stajnia owego wierzchowca znajdowała się w pewnej odległości od innych i kiedy trzeba było podać mu paszę albo spełnić inne czynności, nikt oprócz jego pana nie śmiał się tego podjąć, lękając się nawet przestąpić ogrodzenie, które ją otaczało. Również zauważono, że trzem stajennym, którzy schwytali tego ogiera, gdy uciekał z pożaru w Berlifitzing, udało się wprawdzie okiełznać go przy pomocy arkanu i łańcuszkowego wędzidła, ale żaden nie umiał na pewno powiedzieć, czy podczas tej niebezpiecznej walki lub kiedykolwiek później zdołał który z nich istotnie położyć rękę na ciele zwierzęcia. Przejawy wyjąt­kowej zmyślności tego szlachetnego i ognistego rumaka nie mogły jednak dawać powodu do jakichś nierozsądnych przypu­szczeń, ale zdarzały się wypadki, które narzucały się przemocą uwadze ludzi najobojętniejszych i najbardziej sceptycznych. Opowiadano, że gapiąca się ciżba usuwała się przed nim z trwo­gą, gdy w dziwnie dobitny i groźny sposób poczynał dawać znaki, uderzając kopytem – lub że młody Metzengerstein bladł i cofał się z drżeniem przed nagłym i przenikliwym wyrazem jego myślących i jakby ludzkich oczu.

Śród orszaku barona nie było atoli nikogo, kto by wątpił o nadzwyczajnym przywiązaniu, jakim zapałał młody magnat dla świetnych zalet swego wierzchowca; jedynym może wyjąt­kiem był niepozorny i poczwarny paź, którego ułomność rzucała się wszystkim w oczy i którego zdanie nie miało najmniejszego znaczenia. Był on do tego stopnia bezczelny, iż utrzymywał (jeżeli w ogóle warto wspominać o jego konceptach), że jego pan nie wskakiwał nigdy na siodło bez niepojętego i niemal niedos­trzegalnego drżenia i że za każdym razem, kiedy powracał ze swych zwyczajnych i długotrwałych wycieczek, paczył mu lica wyraz tryumfującej złości.

Pewnej burzliwej nocy Metzengerstein, obudziwszy się z cięż­kiego snu, wybiegł jak opętaniec ze swego pokoju i z gorączko­wym pośpiechem okiełznawszy konia, podążył pędem w ostępy leśne. Była to rzecz tak zwyczajna, iż nie zwróciła szczególniejszej uwagi, natomiast powrotu jego oczekiwali niektórzy domownicy z ogromnym niepokojem, gdyż w kilka godzin po jego wyjeździe wyniosłe i wspaniałe zabudowania pałacu Metzengersteinów jęły z trzaskiem rozpadać się aż do posad w gruz i perzynę pod wpływem gęstych, rozfalowanych odmętów nieuskromionego ognia.

Zanim się spostrzeżono, pożar poczynił już takie straszliwe postępy, że wszelkie wysiłki zmierzające do ocalenia chociażby części budynków okazały się daremne i osłupiali sąsiedzi tłoczyli się bezczynnie dokoła, zdrętwiali w milczeniu lub obojętnym podziwie. Ale wnet nowe i okropne zjawisko przykuło do siebie uwagę ciżby i okazało, że uczucia tłumu wzbierają nieporówna­nie silniej w obliczu ludzkiej zagłady aniżeli przy najbardziej przerażających widowiskach nieożywionej materii.

W długiej alei wysadzanej starymi dębami, co wiodła z boru do głównej bramy pałacu Metzengersteinów, ukazał się rumak z rozczochranym jeźdźcem na siodle, pędzący z chyżością istnego demona burzy.

Znać było, że jeździec nie miał już władzy nad tym biegiem. Przerażenie na jego twarzy i kurczowy wysiłek całego ciała świadczył o nadludzkich zapasach; ale zbolałe jego usta raz tylko drgnęły urywanym okrzykiem i zaciskały się coraz mocniej, nieme ze zgrozy. Po chwili tętent podków szczęknął twardo i donośnie śród szumu wichrów i ryku płomieni; w okamgnieniu przesadziwszy jednym susem rów forteczny i bramę wjazdową, wpadł rumak na chwiejące się schody pałacu i znikł wraz ze swym jeźdźcem w chaotycznym zamęcie ognia.

Natychmiast uśmierzyła się wściekłość burzy i z nagła nastała głucha cisza. Białe płomienie wciąż jeszcze spowijały budowlę na podobieństwo całunu i szerząc się śród spokojnego powietrza, łuną nieziemskiego jarzyły się światła, zaś obłok dymu, co zawisł ciężko nad zgliszczami, przybrał najwyraźniej kształty olbrzy­miego konia.


Tłumaczył Stanisław Wyrzykowski


1 Pestis eram vivus... (łac.) – Żywy byłem zarazą – umierając będę twoją śmiercią (przyp. red.).

2 Mercier w „L’an deux mille quarte cent quarante” podtrzymuje poważnie doktrynę metempsychozy, a I. D’Israeli powiada, iż „nie ma systemu bardziej prostego i mniej niezgodnego z rozumem”. O pułkowniku Ethanie Allenie, zwanym Green Mountain Boy, utrzymuje się również, że był naprawdę wyznawcą metempsychozy (przyp. aut.).

3 Vient de ne pouvoir… (fr.) – Pochodzi z tego, że nie możemy być sami (przyp. red.).

4 Ne demeure qu’une seule fois dans... (fr.) – (Dusza) raz tylko przebywa w ciele spostrzegalnym zmysłami – poza tym koń, pies, nawet człowiek jest tylko mało uchwytnym obrazem tych stworzeń (przyp. red.).

5 Fiat (łac.) – Niech się stanie (przyp. red.).


Bies przewrotności

Zastanawiając się nad zdolnościami i instynktami, nad prima mobilia duszy ludzkiej, frenologowie nie zwrócili uwagi na skłonność, która została pominięta także przez ich poprzedników, mianowicie przez wszystkich moralistów, a jednak istnieje niewątpliwie pod formą istotnego, pierwotnego, nieodpartego popędu. Uniesieni pychą rozumu, przeoczyliśmy ją wszyscy. Istnienie jej uszło baczności naszych zmysłów jedynie dla braku wiary, bez względu na to, czy jest to wiara w Objawienie czy też w Kabałę. Nie przychodziła nam nigdy na myśl po prostu dlatego, że jest przerostem. Nie odczuwaliśmy potrzeby tego popędu – tej skłonności. Nie mogliśmy pojąć jej konieczności. Nie mogliśmy zrozumieć znaczenia tego primum mobile, jakkolwiek wciąż nam się narzucało; nie mogliśmy zrozumieć, jaki udział mieć może w sprawach ludzkości, zarówno doczesnych, jak wiecznych. Niepodobna zaprzeczyć, że frenologia, jako też w znacznej mierze wszelka metafizyka, uległy pomieszaniu a priori. Umysły filozofujące intelektualistów w wyższym jeszcze stopniu niż dociekające umysły badaczy uroiły sobie, iż pojmują zamierzenia – iż poddają pomysły Bogu. Przeniknąwszy tedy ku swemu zadowoleniu dążenia Stwórcy, zbudowały one na podstawie tych dążeń nieprzeliczone systemy chimeryczne. Na przykład w dziedzinie frenologii ustaliliśmy przede wszystkim, zresztą najzupełniej słusznie, iż jest wolą Boską, by człowiek jadł. Następnie wyznaczyliśmy człowiekowi narząd odżywczy i ten narząd jest biczem, za pomocą którego Opatrzność zmusza człowieka do jedzenia, bez względu na to, czy on chce, czy nie. Podobnie doszedłszy do wniosku, iż z woli Bożej człowiek winien się rozmnażać, odkryliśmy niezwłocznie narządy rozrodcze. Toż samo działo się z narządami zaczepnymi, narządami idealistycznymi, przyczynowymi i konstruktywnymi – słowem, ze wszystkimi narządami przedstawiającymi bądź to popędy, bądź też odczuwania moralne, bądź wreszcie władze czystego intelektu. Wszelako w tym porządkowaniu zasad kierowniczych natury ludzkiej Spurzheimczycy słusznie lub niesłusznie, w zupełności lub częściowo podążali śladami swych poprzedników, wywodząc i ustalając wszystko na podstawie domniemanego przeznaczenia człowieka tudzież na podstawie zamierzeń jego Stwórcy.

Byłoby atoli rzeczą mądrzejszą i pewniejszą dokonywać podziału (skoro dokonać go musimy) raczej na zasadzie tego, co człowiek zwyczajowo lub przygodnie czyni i co zawsze przy sposobności czynił, niźli na zasadzie przypuszczenia, iż to Opatrzność zniewalała go do tych czynów. Skoro nie możemy pojąć Boga w jego dziełach widomych, jakżeż zdołamy go pojąć w jego niedocieczonych myślach, co te dzieła wywołują z nicości? Skoro nie pojmujemy Go w jego tworach przedmiotowych, jakżeż zdołamy go pojąć w samodzielnych przejawach i okresach jego twórczości?

Indukcja a posteriori byłaby naprowadziła frenologię na przypuszczenie, iż istnieje jakaś wrodzona i pierwotna pobudka czynów ludzkich, pewna paradoksalna właściwość, którą w niedostatku innego, znamienniejszego określenia, nazwalibyśmy przewrotnością. W tym znaczeniu, jak ja ją pojmuję, jest ona czynnikiem bezprzyczynowym, motywem nieumotywowanym. Pod jej bodźcem działamy bez określonego powodu lub gdyby to zdawało się sprzecznością w pojęciach, można by twierdzenie to zmienić w ten sposób, iż pod jej bodźcem działamy dla powodów, dla których działać nie należy. W teorii jest to zasada najzupełniej nieuzasadniona, lecz w praktyce nie masz nad nią zasadniejszej. Dla pewnych umysłów w pewnych okolicznościach jest ona wprost nieodparta. Co do mnie, przyszłoby mi łacniej zwątpić o własnym istnieniu niż o tym, że przeświadczenie o zdrożności i niesłuszności jakiegoś czynu stanowi niejednokrotnie ową przemożoną siłę, co zniewala nas – i zniewala wyłącznie – do popełnienia tego czynu. Nieprzeparta ta dążność do czynienia zła dla samego zła nie pozwala na rozważania i roztrząsania następstw. Jest popędem pierwotnym, niepohamowanym, żywiołowym. Ktoś powie zapewne, iż kiedy upieramy się przy czynach, co do których czujemy, iż upierać się przy nich nie należy, to postępowanie nasze bywa wówczas tylko odmianą tego, co wynika zazwyczaj z zaczepności frenologicznej. Dość jednak baczniejszego spojrzenia, by rzuciła się nam w oczy nieprawdziwość tego poglądu. Istota zaczepności frenologicznej polega na konieczności samoobrony. Jest to nasza obrona przed krzywdą. W zasadzie ma ona na celu naszą pomyślność; zatem w miarę jej rozwoju wzmaga się w nas równocześnie pragnienie pomyślności. Z tego wynika, iż pragnienie pomyślności musiałoby się rozwijać współcześnie z tym wszystkim, co stanowi rzekomo tylko odmianę zaczepności, gdy tymczasem w tym wypadku, który nazwałem przewrotnością, nie dość, że pragnienie pomyślności wcale się nie przejawia, lecz nawet istnieje uczucie wręcz sprzeczne temu pragnieniu.

Zajrzyjmy w głąb własnego serca, a znajdziemy tam najlepszą odpowiedź na powyższe wywody sofistyczne. Ktokolwiek bada rzetelnie i przenika dokładnie swą duszę, ten nie będzie mógł zaprzeczyć bezwzględnej pierwotności omawianego popędu. Jest on w równej mierze znamienny, jak niepojęty. Nie ma na przykład człowieka, który by w pewnych chwilach nie pałał chętką udręczania swych słuchaczy niedomówieniami. Mówiący wie, że się nie podoba, a ogromnie pragnąłby się podobać; bywa zazwyczaj zwięzły, jasny i dokładny; na ustach jego ścierają się najlakoniczniejsze i najprzejrzystsze powiedzenia; nie puszcza im atoli wodzów, jakkolwiek niełatwo mu to przychodzi; lęka się i rad by odżegnać przykrość od osoby, do której przemawia; zarazem przychodzi mu na myśl, iż pewnymi wtrąceniami i przemilczeniami można tę przykrość rozniecić. I dość jest tej jednej myśli. Odruch staje się życzeniem, życzenie pragnieniem, zaś pragnienie nieodpartym zachceniem, któremu mówiący, pełen żalu i ubolewania, nie oglądając się przy tym na następstwa, ostatecznie daje upust.

Czeka nas sprawa wymagająca niezwłocznego załatwienia. Wiemy, iż zwłoka byłaby zgubą. Najważniejsze zdarzenie w naszym życiu wzywa nas głosem gromu do natychmiastowego podrywu i działania. Ta myśl w nas się żarzy, trawi nas chęć rozpoczęcia tego dzieła, a przewidywanie chlubnych wyników rozpłomienia nam duszę. Trzeba koniecznie przystąpić doń dzisiaj, a jednak odkładamy je do jutra – i dlaczego? Nie ma odpowiedzi – jedyną dać może nasze przewrotne odczuwanie, jeżeli posłużymy się słowem, którego znaczenie jest dla nas niepojęte. Nastaje jutro, a wraz z nim jeszcze trwożliwsza troska przynaglająca nas do obowiązku; jednakże równomiernie ze wzrostem tej troski wzmaga się również nienazwane i naprawdę okropne, gdyż niezgłębione, pragnienie zwłoki. Pragnienie to potężnieje, w miarę jak czas upływa. I oto nadarza się nam ostatnia sposobność, by przystąpić do czynu. Drżymy, targani wewnętrzną rozterką – tym zmaganiem się nieokreślonego z określonym, istoty rzeczy z cieniem. Jednakże w tym okresie walki zwycięstwo przechyla się już na stronę cienia – i opór nasz jest nadaremny. Bije godzina jak pogrzebowy dzwon nad trumną naszego szczęścia. Dźwięki te są zarazem porannym pianiem kurów dla zmory, co nas trapiła. Pierzcha – znika – jesteśmy wolni. Wracają dawne siły. I chcielibyśmy działać. Niestety, jest już za późno!

Stoimy na skraju urwiska. Rzucamy spojrzenie w otchłań – doznajemy zawrotu i mdłości. Pierwszym naszym odruchem jest ujść niebezpieczeństwu. I nie wiadomo dlaczego nie ruszamy się z miejsca. Zawrót, mdłości, przerażenie roztapiają się z wolna w obłoku nienazwanego odczucia. Stopniowo, niespostrzeżenie obłok ten przybiera kształty na podobieństwo wyziewu z butelki, z której wyniknął geniusz Arabskich Nocy. Wszelako z naszego obłoku, gdy stoimy na skraju przepaści, powstaje coraz wyraźniej kształt o wiele straszliwszy od wielkich legendarnych geniuszów i demonów – kształt, co wprawdzie jest tylko myślą, lecz tak okropną, iż mrozi szpik w naszych kościach nieunoszoną swej grozy rozkoszą. Treścią tej myśli jest po prostu pytanie: jakich wrażeń doznawalibyśmy, spadając w przepaść z tej wysokości? I oto tego spadku, tego błyskawicznego unicestwienia pożądamy gorąco właśnie dlatego, iż jest on najupiorniejszy i najpotworniejszy ze wszystkich potwornych i upiornych obrazów śmierci, jakie kiedykolwiek błysnęły w naszej wyobraźni; a ponieważ rozum ze wszech sił odwodzi nas od przepaści, przeto tym zawzięciej podążamy ku niej. Nie ma w przyrodzie namiętności tak szatańsko wyuzdanej jak żądza człowieka, co drżąc na krawędzi otchłani, waha się, czy ma się w nią rzucić. Poddać się na chwilę tej myśli znaczy być niezawodnie zgubionym; ponieważ rozsądek nam jej zabrania, przeto – powtarzam – wstrzymać się od niej nie możemy. Jeżeli zatem nie ma przyjaznego ramienia, by nas powściągnąć, lub jeżeli w nagłym porywie nie targniemy się wstecz, to staczamy się w przepaść i jesteśmy zgubieni.

Badając objawy takie i tym podobne, musimy nieodzownie dojść do wniosku, iż wynikać one mogą tylko z ducha przewrotności. Dopuszczamy się ich jedynie dlatego, że czujemy, iż dopuszczać się ich nie należy. Ani przed, ani za przewrotnością nie ma dostępnego pojmowania pobudki i zaiste można by przypisywać ją bezpośrednio oddziaływaniu Nieczystych Mocy, gdyby nie było wiadomo, iż niekiedy wychodzi ona na dobre.

Rozwiodłem się nad tym zjawiskiem tak szeroko, by odpowiedzieć poniekąd na wasze pytania – by wam wytłumaczyć, dlaczego tu się znajduję – by wskazać w końcu bodaj pozór jakiejś przyczyny, dla której dźwigam te oto kajdany i przebywam w celi skazańców. Gdybym nie był tak wielomówny, mogłoby się zdarzyć, że nie zrozumielibyście mnie wcale, lub wraz z pospólstwem uważalibyście mnie za szaleńca. Teraz bez trudu możecie pojąć, iż jestem jedną z nieprzeliczonych ofiar Licha Przewrotności.

Wprost niepodobna wyobrazić sobie czynu, który by mógł być wykonany z dojrzalszą rozwagą. Całymi tygodniami, całymi miesiącami obmyślałem sposoby tego zabójstwa. Odrzuciłem tysiące pomysłów, ponieważ mieściła się w nich możliwość odkrycia zbrodni. W końcu, czytając jakieś francuskie pamiętniki, natknąłem się na opowiadanie o prawie śmiertelnym niedomaganiu, jakiemu uległa Mme Pilau pod wpływem przypadkowo zatrutej świecy. Ten pomysł targnął od razu mą wyobraźnią. Wiedziałem, iż moja ofiara miała zwyczaj czytywać w łóżku. Wiedziałem również, że jej pokój był niewielki i źle przewietrzany. Lecz nie chcę was zadręczać tymi bezczelnymi szczegółami. Wolę nie wspominać o nader prostym podstępie, za pomocą którego zabrałem świecznik z jego sypialni, pozostawiając natomiast inny z woskową świecą mojego wyrobu. Nazajutrz rano był martwy, a orzeczenie coronera1 brzmiało: „zgon z dopuszczenia boskiego”.

Odziedziczyłem po nim mienie i nastały dla mnie lata błogiej pomyślności. Myśl odkrycia ani razu nie zaświtała w mym mózgu. Sam zająłem się gorliwie resztkami złowrogiej gromnicy. Nie pozostawiłem z niej ani śladu, zniszczyłem nawet knot, który mógłby stać się dowodem lub przynajmniej nasunąć podejrzenia zbrodni. Wprost niepodobna wysłowić, jakie niezmierne uczucie zadowolenia wzbierało w mej duszy, kiedym rozmyślał nad swym zupełnym bezpieczeństwem. Bardzo długo lubowałem się nawykowo tym uczuciem. Darzyło mnie ono o wiele istotniejszą rozkoszą niż wszystkie inne doczesne korzyści, co stały się udziałem mojego grzechu. Ale nadeszła w końcu chwila, kiedy to radosne uczucie jęło stawać się niepostrzeżenie i stopniowo opętańczą i prześladowczą myślą. Czarowała mnie ona i dlatego dręczyła. Nie mogłem pozbyć się jej ani na chwilę. Zdarza się nader często, iż naszemu słuchowi, a raczej naszej pamięci, naprzykrza się szemranie jakiejś pospolitej piosenki lub bezdusznego urywku jakiejś opery. Szemranie to jednak niemniej jest przykre, gdy pieśń jest dobra, a melodia operowa istotne posiada zalety. Podobnie było ze mną, kiedym uświadomił sobie, iż nieustannie rozmyślam nad swym bezpieczeństwem i wciąż powtarzam sobie półgłosem: „Nic mi nie grozi”.

Pewnego dnia, przechadzając się po mieście, przyłapałem siebie na tym, jakem nawykowo szeptał te zgłoski. Zawitała mi do głowy myśl swawolna i przeobraziłem je w ten sposób: „Nic mi nie grozi – tak jest, nic mi nie grozi, o ile nie zgłupieję do tego stopnia, iż sam otwarcie nie przyznam się do wszystkiego”.

Nie zdążyłem jeszcze dokończyć tych słów, kiedy uczułem, iż lodowaty ziąb ściska mi serce. Posiadałem już wówczas niejaką znajomość tych przejawów przewrotności (której istotę z niemałym wyłuszczyłem trudem) i pamiętałem dokładnie, iż nigdy nie udało mi się oprzeć jej naporowi. I oto ma własna, przypadkowa mrzonka, iż mógłbym zgłupieć do tego stopnia, że sam przyznałbym się do popełnionej zbrodni, stanęła przede mną na kształt widma zabitego przeze mnie człowieka – i popchnęła mnie w objęcia śmierci.

Zrazu starałem się otrząsnąć tę zmorę z mej duszy. Jąłem przyśpieszać kroku, szedłem coraz szybciej, w końcu zacząłem biec. Zachciało mi się jak szaleńcowi wrzeszczeć na całe gardło. Każdy kolejny przypływ myśli napawał mnie nowym lękiem, gdyż rozumiałem, niestety, aż nadto dobrze, iż myśleć w mych warunkach znaczyło tyle, co zatracać siebie. Przyśpieszyłem jeszcze kroku. Miotałem się jak obłąkany po rojnych ulicach. W końcu popłoch ogarnął ludzi i jęli mnie ścigać. Poczułem tedy, iż dokonywa się we mnie przeznaczenie. Gdybym był mógł wyrwać sobie język, byłbym to uczynił – lecz jakiś głos przykry zabrzmiał w mych uszach – i czyjaś jeszcze przykrzejsza dłoń ujęła mnie za ramię. Odwróciłem się, dysząc ciężko. Przez chwilę zdawało mi się, iż skonam z uduszenia; oślepłem, ogłuchłem, otumaniałem; po czym przywidziało mi się, iż jakiś niewidzialny wróg uderza mnie w plecy swą szeroką dłonią. Długo skrywana tajemnica wydarła mi się z duszy.

Podobno mówiłem bardzo wyraźnie, lecz z ogromnym uniesieniem i namiętnym pośpiechem, jak gdybym lękał się, iż ktoś mi przerwie, zanim zdążę dokończyć zdań krótkich, lecz pełnych treści, co wydały mnie w moc kata i wiekuistego potępienia.

Uczyniwszy zadość badaniom śledczym, powaliłem się z nóg nieprzytomny.

Cóż mam jeszcze nadmienić? Obecnie dźwigam łańcuchy i jestem tutaj! Jutro spadną ze mnie te kajdany – lecz gdzie ja wówczas będę?

Tłumaczył Stanisław Wyrzykowski



1 Coroner – urzędnik śledczy, badający przyczyny nagłych zgonów. „Zgon z dopuszczenia boskiego” – wyrażenie angielskie na określenie śmierci nagłej (przyp. tłum.).


Czarny kot

Nie spodziewam się i nie wymagam wiary dla wielce dziwnej i wielce skądinąd poufnej opowieści, którą chcę pismem utrwalić. Byłbym doprawdy szaleńcem, gdybym się tego spodziewał w chwili, gdy własne moje zmysły odmawiają mi swego świadectwa. Szaleńcem jednak nie jestem – i mam zupełną pewność, że nie majaczę. Przecież jutro – umieram, dziś tedy pragnąłbym ulżyć swej duszy spowiedzią. Moim zamiarem bezpośrednim jest jasne, treściwe i bezstronne podanie do wiadomości powszechnej szeregu nagich zdarzeń z zakresu życia domowego. Zdarzenia owe w swych skutkach – przeraziły mię – wzięły na męki – znicestwiły. Mimo to nie będę próbował wyświetlenia ich istoty. Dla mnie osobiście ukazały się od strony przerażenia – wiele osób ujrzy w nich mniej zgrozy, więcej baroku. Kiedyś być może znajdzie się umysł, który zmorę moją sprowadzi do poziomu zjawisk oklepanych – umysł pogodniejszy, logiczniejszy i o wiele mniej od mego płomienny, który w wypadkach ze zgrozą przeze mnie głoszonych wykryje jeno zwykłą następczość przyczyn i skutków, niezmiernie zgodnych z ładem codziennym.

Od dziecka zdradzałem miękkość i ludzkość uczuć. Tkliwość mego serca była tak znamienna, że dzięki niej stałem się kozłem ofiarnym mych kolegów. Szczególniej przepadałem za zwierzętami i za zgodą rodziców posiadałem wielce różnorodny zespół ulubieńców. Cały niemal czas spędzałem w ich towarzystwie i nigdy nie czułem się tak szczęśliwy, jak wówczas, gdy je darzyłem pokarmem i pieszczotą. Ta osobliwość mego przyrodzenia wzrastała wraz z wiekiem i gdym zmężniał, stąd głównie czerpałem moje uciechy. Tym, którzy darzą uczuciem wiernego i zmyślnego psa, nie mam potrzeby tłomaczenia istoty i stopnia zadowoleń płynących z owego źródła. W bezinteresownej miłości zwierzęcia, w jego nie szczędzącym własnego życia poświęceniu tkwi coś, co bezpośrednio porusza serce ludzi, którzy częstokroć mieli sposobność stwierdzenia wątłej przyjaźni i słomianej wierności człowieka w oryginale.

Ożeniłem się wcześnie i z radością wykryłem w żonie mej zgodność upodobań. Zauważywszy mój pociąg do tych domowych pieszczochów, nie przeoczyła nigdy sposobności dostarczenia mi okazów najbardziej uroczych. Mieliśmy – ptaki, rybę złotą, pięknego psa, króliki, małą małpkę i kota.

Ten ostatni był okazem zastanawiająco krzepkim i wspaniałym, całkowicie czarnego futra i przedziwnej zmyślności. Mówiąc o jego inteligencji, żona moja, nie pozbawiona w głębi duszy zabobonów, częstokroć napomykała o rozpowszechnionym w starożytności wierzeniu, które we wszystkich czarnych kotach widziało przerzucone czarownice. Nie znaczy to wszakże, aby zawsze w takich razach zachowywała p o w a g ę – i jeśli czynię ową wzmiankę, czynię ją po prostu dlatego, że w tej właśnie chwili przyszła mi do głowy.

Pluton – tak się nazywał kot – był moim ulubieńcem, moim towarzyszem. Sam osobiście podawałem mu pokarm – włóczył się za mną wszędzie, gdziekolwiek poszedłem. Nie bez trudności wymogłem na nim posłuszeństwo zakazowi włóczenia się za mną po ulicach.

Przyjaźń nasza trwała w tym stanie lat kilka, w których czasie całokształt mego charakteru i usposobienia pod wpływem Demona Niewstrzemięźliwości – rumienię się na owo wyznanie – uległ zasadniczym zmianom na gorsze. Z dnia na dzień stawałem się coraz pochmurniejszy, coraz skorszy do gniewów, coraz obojętniejszy na uczucia innych ludzi. Pozwalałem sobie na używanie słów grubiańskich w stosunku do mojej żony. W końcu – gwałciłem nawet nietykalność jej osoby. Zmiana mego usposobienia, ma się rozumieć, dała się we znaki moim nieszczęsnym ulubieńcom. Nie tylko je zaniedbywałem, lecz i dręczyłem. Wszakże – co do Plutona – miałem dla niego sporo jeszcze względów, które mi wzbraniały złego z nim obejścia, podczas gdy nie doznawałem żadnych skrupułów w dręczeniu królików, małpy, a nawet psa, jeśli przypadkowo lub przyjaźnie stawały mi na drodze. Atoli zło moje coraz bardziej zuchwaliło się we mnie – któreż bowiem zło dorówna Alkoholowi! – i wreszcie sam Pluton, który obecnie starzał się i, co idzie za tym, nieco zeszkaradniał – sam Pluton zaczął wyczuwać skutki znikczemnienia mego charakteru.

Pewnej nocy, gdy powróciłem do domu z jednej nałogowo przeze mnie odwiedzanej nory zamiejskiej, uroiłem sobie, iż kot unika mojej obecności. Schwyciłem go za kark – on zaś, spłoszony moją przemocą, z lekka poranił mi zębami rękę. Owładnęła mną nagle wściekłość demona. Straciłem przytomność. Zdawało się, iż duch mój przyrodzony znienacka wymknął mi się z ciała i przepojona ginem, nadszatańska złość przeniknęła każde włókno mej istoty. Z kieszeni kamizelki wyszarpnąłem scyzoryk i otworzyłem. Porwałem biedne zwierzę za gardło i śmiało wyważyłem mu z orbity jedno ślepie! Rumienię się, płonę od wstydu, drżę, opisując to piekła godne okrucieństwo!

Gdy ze świtem rozum odzyskałem – gdy wytchnąłem czad mej hulaszczej nocy – doznałem z powodu popełnionej zbrodni uczucia, które było na wpół zgrozą, a na wpół wyrzutem sumienia, lecz było to co najwyżej – słabe i niewyraźne uczucie i duch mój nie ukorzył się przed owym ciosem. Oddałem się ponownie swym chuciom i wkrótce zatopiłem w winie wspomnienie mego czynu.

Tymczasem kot powoli wracał do zdrowia. Orbita pozbawiona ślepia miała wprawdzie pozór straszliwy, lecz kot zdawał się już nie cierpieć. Swoim zwyczajem chodził tam i z powrotem po pokoju, wszakże, jak winienem był tego oczekiwać, za moim zbliżeniem się uchodził z najwyższą trwogą. Dość mi jeszcze pozostało z mych dawnych uczuć, aby początkowo doznać goryczy na widok tak jawnej odrazy ze strony stworzenia, które mię niegdyś tak miłowało. Owo jednak uczucie ustąpiło wkrótce gniewowi. I wówczas, jakby dla ostatecznego i nieodwołalnego pchnięcia mię do upadku, zjawił się duch Przekory. Filozofia nie zdaje sobie żadnej z tego ducha sprawy. A jednak wierzę w to święcie, jak w istnienie własnej duszy, że przekora jest jednym z pierwotnych popędów ludzkiego serca – jedną z niepodzielnych, pierwiastkowych władz lub uczuć, które nadają kierunek charakterowi danego człowieka. Któż, popełniając czyn niedorzeczny lub nikczemny, nie dziwił się po stokroć tej prostej oczywistości, iż wiedział, że winien go był nie popełniać? Czyż pomimo doskonałości naszego rozsądku nie mamy nieustannych zakusów do naruszania tego, co jest Prawem, dla tej po prostu przyczyny, iż wiemy właśnie, że jest to – Prawo? Powtarzam – ów duch przekory przyczynił się do ostatecznego mego upadku. Ten to żarliwy, niezgłębiony popęd duszy ku dręczeniu siebie samej – ku gwałceniu własnej natury, ku złoczynieniu dla samej miłości złego – skłonił mię do snucia w dalszym ciągu i ostatecznie do całkowitego wypełnienia męczarni, którą zgotowałem dla bezbronnego zwierzęcia. Pewnego poranku – z zimną krwią – zadzierzgnąłem wokół szyi kota pętlicę i powiesiłem go na gałęzi drzewa. Powiesiłem ze łzami w oczach – z najsroższymi wyrzutami sumienia. Powiesiłem, ponieważ wiedziałem, że mnie kochał, i ponieważ czułem, że nie dał mi żadnego do gniewu powodu. Powiesiłem, ponieważ wiedziałem, że czyniąc tak, popełniam grzech – grzech śmiertelny, który hańbi nieśmiertelną duszę moją aż do stopnia wyświecenia jej – jeśli to jest możliwe – poza obręby nieskończonego miłosierdzia Wszechmiłosiernego i Wszechstraszliwego Boga.

W nocy, która nastąpiła po dokonaniu owego okrutnego czynu, zbudził mię ze snu okrzyk: „Pożar!”. Kotary mego łóżka były w ogniu. Dom cały płonął. Kosztem niemałych wysiłków uszliśmy płomieniom – moja żona, służący i ja. Ruina była doszczętna. Pożar pochłonął wszystką moją fortunę i odtąd oddałem się rozpaczy.

Nie pragnę nawiązać łańcucha przyczyn i skutków pomiędzy mym okrucieństwem a klęską – jestem wyższy ponad tego rodzaju słabostki. Lecz zdaję sobie sprawę z łańcucha zdarzeń i nie chcę przeoczyć ani jednego ogniwa. Odwiedziłem zgliszcza w dniu, który nastał po pożarze. Mury z wyjątkiem jednego runęły, zaś ów jedyny wyjątek był właśnie przepierzeniem wewnętrznym, niezbyt grubym, położonym mniej więcej w miejscu, na którym wspierało się wezgłowie mego łóżka. Większość muru w tym miejscu oparła się działaniu ognia – wypadek, który przypisywałem świeżo wykonanej jego odnowie. Wokół tego muru zgromadził się tłum gęsty, a ci i owi szczegółowo i z ożywieniem zdawali się badać upatrzony jego zakątek. Wyrazy: „Dziwne! Szczególne!” – i tym podobne okrzyki wzmogły moją ciekawość. Zbliżyłem się i ujrzałem, niby płaskorzeźbę uwypukloną na białej powierzchni, postać gigantycznego kota. Kształt jego był odtworzony z czarodziejską zaiste ścisłością. Na szyi zwierzęcia zwisał – powróz.

W pierwszej chwili, gdym zjaw ów oglądał – mogłem to bowiem tylko za zjaw uważać – zdumienie moje i przestrach nie miały granic. Lecz rozum przyszedł mi wreszcie z pomocą. Kot – pamiętałem to dobrze – został powieszony w przyległym budynkowi ogrodzie. Na okrzyk trwogi tłum niezwłocznie wtargnął do ogrodu i zapewne znalazł się ktoś, co kota od drzewa odczepił i przez otwarte okno wrzucił do mego pokoju. Uczyniono to niewątpliwie w celu zbudzenia mnie ze snu. Brzemię innych murów zasklepiło ofiarę mego okrucieństwa w miazdze świeżych pokładów gipsu. Wapno tego muru, przesycone płomieniem padliny, utworzyło podobiznę taką, jaką właśnie oglądałem.

W ten sposób – wobec dziwnego a opisanego powyżej trafu – jeśli nie ukoiłem całkowicie sumienia, zaspokoiłem zdawkowo mój rozum, mimo to wszakże traf ów głęboką bruzdą wyrył się w mej wyobraźni. Przez kilka miesięcy nie mogłem się pozbyć zmory kociej i w tym okresie czasu ponownie zakradło się do mej duszy półuczucie, które miało pozory, lecz nie było wyrzutem sumienia. Posunąłem się aż do opłakiwania straty zwierzęcia i do poszukiwania wszędy – w najnikczemniejszych zakamarkach, które obecnie odwiedzam nałogowo, innego ulubieńca tegoż gatunku i pozorów mniej więcej podobnych, aby mieć zastępcę.

Pewnej nocy, gdy na wpół obłędnie siedziałem w jednej bardziej niż zatraconej norze, uwagę moją przykuł nagle przedmiot czarny, tkwiący na wierzchu jednej z olbrzymich beczek ginu czy też rumu, które stanowiły główną ozdobę sali. Od kilku minut przyglądałem się uporczywie górnemu dnu tej beczki, a obecnie zdziwiła mię przede wszystkim ta okoliczność, że dotąd nie spostrzegłem tkwiącego na nim przedmiotu. Zbliżyłem się i zmacałem go dłonią. Był to kot czarny, bardzo duży kot – wielkości co najmniej Plutona, podobny doń bezwzględnie, z wyjątkiem jednej różnicy. Pluton na całym ciele nie miał ani jednego białego włosa; ten zaś był posiadaczem szerokiej i białej, aczkolwiek nieokreślonego kształtu pręgi, która przesłaniała cały niemal zakres piersi.

Zaledwo go dotknąłem – powstał nagle, zamruczał głośno, otarł się o moją dłoń i zdawał się wyrażać swój zachwyt z powodu okazanych mu przeze mnie względów. Był to właśnie ów wierny okaz, którego poszukiwałem. Natychmiast zaofiarowałem się właścicielowi z kupnem tego kota, lecz ten nie uznał w nim swojej własności, nie znał go – nigdy go dotąd nie widział.

W dalszym ciągu darzyłem go pieszczotami i gdy zamierzałem wrócić do domu, zwierzę wykazało chęć towarzyszenia mej osobie. Pozwoliłem mu iść za sobą i schylając się od czasu do czasu, głaskałem je mimochodem. Wszedłszy do domu, zachował się jak na swych własnych śmieciach i natychmiast zapłonął wielką przyjaźnią dla mej małżonki.

Co do mnie – poczułem wkrótce rodzącą się w mej duszy odrazę do niego. Był to skutek wprost przeciwny spodziewanemu przeze mnie. Nie wiem, jak i dlaczego się to stało, lecz jego widoczna dla mnie czułość napawała mię niemal wstrętem i nużyła. Z wolna i stopniowo uczucia wstrętu i nudy wezbrały aż po gorzki kres nienawiści. Unikałem zwierzaka. Niejasne poczucie wstydu i wspomnienie pierwszego czynu okrucieństwa wzbraniały mi dręczenia tego zwierzęcia. Przez kilka tygodni powściągałem się od bicia kota lub od popędliwych względem niego postępków, atoli stopniowo – nieznacznie – zacząłem nań poglądać z niewysłowionym przestrachem i milcząc, uchodzić przed jego nienawistną obecnością jak przed podmuchem dżumy.

Do mej nienawiści dla zwierzęcia przyczyniło się niewątpliwie odkrycie, którego dokonałem rankiem, nazajutrz po sprowadzeniu go do domu, a mianowicie – tak samo, jak Plutonowi, brakowało mu jednego ślepia. Z tego wszakże powodu zwierzę nabrało jeno tym większej wartości w oczach mojej żony, która, jak już wspominałem, w wysokim stopniu posiadała tkliwość serca, stanowiącą niegdyś moją cechę charakterystyczną oraz częstokroć źródło najprostszych i najczystszych radości.

Wszakże przywiązanie do mnie kota wzrastało na przekór mej do niego odrazy. Chodził krok w krok za mną z uporem, który trudno by było przekazać zrozumieniu czytelnika. Ilekroć siadłem, zwijał się w kłębek pod moim krzesłem lub wskakiwał mi na kolana, obdarzając mię straszliwymi pieszczotami. Jeśli powstawałem z siedzenia, wściubiał mi się między nogi i przyprawiał mię niemal o upadek lub zanurzając w mym ubraniu długie i ostre pazury, wpełzał mi tym sposobem aż na piersi. W takich chwilach, pomimo żądzy zabicia go na miejscu, hamowałem się po części na skutek wspomnienia mojej pierwszej zbrodni, lecz głównie – muszę to wyznać co prędzej – z powodu rzetelnego przed zwierzęciem strachu.

Strach ów nie był właściwie obawą bólu fizycznego, a jednak znalazłbym wielkie przeszkody do określenia go w sposób inny. Ze wstydem niemal wyznaję – tak, nawet w tej celi zbrodniarza wyznaję niemal ze wstydem, że strach i przerażenie, którymi napełniało mnie zwierzę, wzrosły dzięki jednej z najwierutniejszych mrzonek, na jakie tylko zdobyć się można. Żona moja nieraz zwracała mi uwagę na zarys białej pręgi, o której mówiłem, a która stanowiła jedyną widomą różnicę pomiędzy tym dziwnym a owym zamordowanym przeze mnie okazem. Czytelnik bez wątpienia przypomina sobie, iż owa oznaka, mimo sporych rozmiarów, miała pierwotnie kształt nieokreślony, lecz z wolna – w miarę stopniowań – niepochwytnych stopniowań, w których mój rozum przez czas długi chciał się koniecznie dopatrzyć urojeń – nabrała wreszcie nieodpartej jasności zarysów. Stała się teraz odwzorem przedmiotu, którego nie mogę bez zgrozy nazwać po imieniu, a tu właśnie i tu przede wszystkim taiło się to, co mnie zmuszało do powzięcia strachu i wstrętu względem potwora i co skusiłoby mnie do pozbycia się go na zawsze, gdybym miał śmiałość po temu. Obecnie – powtarzam – była to podobizna ohydnego, złowieszczego narzędzia – podobizna Szubienicy. O grobowe i straszliwe narzędzie! Narzędzie zgrozy i zbrodni – agonii i śmierci!

Byłem oto zaiste nieszczęśliwy ponad miarę nieszczęścia dostępnego Człowiekowi. Bydlę przyziemne, którego brata znicestwiłem wzgardliwie – bydlę przyziemne zgotowało dla mnie – dla mnie, istoty stworzonej na wzór i podobieństwo Boga Najwyższego, klęskę tak wielką i tak ponad siły! Niestety, ni dniem, ni nocą nie zaznałem odtąd słodyczy spoczynku! Dniem zwierzę nie opuszczało mię ani na mgnienie, a nocą – co chwila – po to się jeno budziłem z niewypowiedzianie trwożnych snów, aby wyczuwać na twarzy ciepły oddech owej namacalności i jej wiekuiście utrwalane na mym sercu niepomierne brzemię – wcielenie Zmory, z której nie mogłem się otrząsnąć!

Pod uciskiem takich męczarni źdźbło pozostałych we mnie dobrych uczuć – sczezło. Złe tylko myśli poufaliły się z mym duchem – najmroczniejsze i najnikczemniejsze ze wszystkich myśli. Właściwa memu usposobieniu posępność urosła aż do rozmiarów nienawiści dla wszelkiej rzeczy i wszelkiej istoty ludzkiej. Tymczasem żona moja, która się nigdy nie skarżyła, stała się – niestety – moim codziennym kozłem ofiarnym, najcierpliwszym łupem nagłych, częstych i nieposkromionych wybuchów wściekłości, której się odtąd oddawałem na oślep.

Pewnego dnia – gwoli jakiejś domowej potrzeby – towarzyszyła mi w zejściu do piwnic starego domostwa, gdzie zamieszkaliśmy pod musem nędzy. Kot szedł za mną po stromych stopniach schodów i na wstępie, omal nie wywróciwszy mnie na głowę – rozjątrzył mój gniew aż do obłędu. Uniósłszy topora i zapomniawszy w mej wściekłości dziecinnego strachu, który dotąd dłoń moją hamował, wymierzyłem w zwierzę cios, który byłby śmiertelny, gdyby padł, jakom chciał. Wszakże cios ów powściągnęła dłoń mej żony. To pośrednictwo podjudziło mię aż do szatańskich rozścierwień. Wyszarpnąłem dłoń z jej uścisku i zanurzyłem topór w jej czaszce. Padła trupem na miejscu, nie wydawszy jęku.

Spełniwszy tę zbrodnię straszliwą, natychmiast i z wielką przytomnością umysłu zakrzątnąłem się dokoła ukrycia zwłok. Zmiarkowałem, że ani w dzień, ani w nocy nie zdołam wynieść ich z domu, nie narażając się na niebezpieczeństwo zwrócenia baczności sąsiadów. Kilka pomysłów przemknęło mi przez głowę. Była chwila, że zamierzyłem pokrajać ciało na drobne kawałki i zniszczyć je ogniem. Potem postanowiłem wyżłobić jamę w gruncie piwnicznym. Potem chciałem wrzucić ciało do studni podwórzowej – potem zapakować je do skrzyni niby towar na sprzedaż, z przestrzeżeniem wszelkich stosownych pozorów i polecić posłańcowi, aby je wyniósł gdzieś – na miasto. Ostatecznie zatrzymałem się na pomyśle, który moim zdaniem był najlepszy ze wszystkich. Zdecydowałem się zamurować je w piwnicy na wzór mnichów średniowiecznych, którzy podobno zamurowywali swe ofiary.

Piwnica bardzo odpowiadała wykonaniu podobnego zamiaru. Mury były zbudowane niedbale i świeżo powleczone grubym pokostem tynku, któremu wilgoć atmosfery nie dała stwardnieć. Ponadto – w jednym z murów tkwił występ, utworzony ślepym kominkiem czy też rodzajem jaskini, pokostowanej i murowanej tak samo, jak reszta piwnicy. Nie wątpiłem, iż uda mi się z łatwością wyważyć w tym miejscu cegły, wtłoczyć tam ciało i zamurować wszystko w taki sposób, ażeby niczyje oko nie zdołało wykryć nic podejrzanego.

I nie pomyliłem się w mych rachubach. Z pomocą obcęgów, bez żadnego trudu, wyszarpnąłem cegły i starannie przystosowawszy zwłoki do wewnętrznego muru, utrzymałem je w tym położeniu aż do chwili, gdy całemu obmurowaniu przywróciłem pozór pierwotny. Zaopatrzywszy się ze wszelkimi możliwymi środkami ostrożności w zaprawę wapienną, piasek i szczerk, urobiłem tynk, którego nie można było odróżnić od dawnego, i bardzo pilnie powlokłem nim nowo powstały mur. Dokonawszy pracy, zauważyłem z zadowoleniem, iż wszystko udało się jak najlepiej. Mur nie zdradzał najmniejszych śladów uszkodzenia. Z największą starannością usunąłem wszelki gruz, odarłem – że tak powiem – ziemię ze skóry. Z tryumfem rozglądałem się na okół i mówiłem sam do siebie: „Tu przynajmniej trud mój nie pójdzie na marne!”.

Pierwszym moim odruchem było wypatrzenie zwierzęcia – przyczyny tak wielkich nieszczęść, gdyż w końcu postanowiłem nieodwołalnie pokarać je śmiercią. Gdybym je w tej chwili przyłapał, los jego byłby rozstrzygnięty. Lecz zmyślne zwierzę zlękło się snadź wybuchów mego gniewu i postarało się o to, aby nie napatoczyć mi się na oczy w obecnym stanie mego usposobienia. Ani opisowi, ani wyobrażeniu nie podda się głębokie i błogie uczucie ulgi, którą nieobecność nienawistnego zwierzaka wytworzyła w mym sercu. Nie zjawił się przez noc całą, a przeto – od czasu sprowadzenia go do domu – była to pierwsza dobra noc, gdy zasnąłem krzepkim i spokojnym snem. Tak, wyspałem się wespół z ciężką zmorą zbrodni w duszy!

Przeminął drugi i trzeci dzień, a kot mój nie powracał. Raz jeszcze westchnąłem jak wyzwoleniec. Potwór, gnany przestrachem, opuścił te miejsca raz na zawsze! Nigdy go już nie zobaczę! Wesele moje nie miało granic! Zbrodniczość potajemnego czynu niepokoiła mię aż nazbyt niewiele. Dokonano dokładnie jakiegoś tam badania, lecz zaspokojono się byle czym. Zarządzono nawet śledztwo, które – ma się rozumieć – nic wykryć nie mogło. Uważałem moją przyszłą szczęśliwość za pewnik.


ZAMUROWAŁEM POTWORA W MOGILNEJ WNĘCE!


Na czwarty dzień po zabójstwie gromada agentów policyjnych nadspodziewanie wkroczyła do domu i ponownie dokonała dokładnego przeglądu miejsca zbrodni. Ufny wszakże w niedostępność skrytki, nie doznałem żadnego niepokoju. Urzędnicy zniewolili mnie do towarzyszenia im w ich poszukiwaniach. Nie pominęli badaniem ani jednego zakrętu, ani jednego kąta. Wreszcie po raz trzeci czy czwarty zeszli do piwnicy. Żaden muskuł nie drgnął mi w twarzy. Serce moje uderzało spokojnie jak serce nowo narodzonego. Szerokim krokiem zmierzyłem piwnicę od końca do końca, skrzyżowałem dłonie na piersi i z ochotą przechadzałem się tu i tam. Policja była najzupełniej zadowolona i sposobiła się do wyjścia. Radość mego serca była zbyt wielka, abym podołał jej stłumieniu. Pałałem żądzą uronienia choćby jednego słówka, jednego tylko słówka, aby w ten sposób zatryumfować i podwoić ich przekonanie o mojej niewinności.

– Panowie – rzekłem wreszcie, gdy społem wchodzili na schody – jestem oczarowany tym, że uciszyłem wasze podejrzenia. Życzę wam wszystkim pomyślnego zdrowia i nieco większych zasobów ugrzecznienia. Mimochodem, panowie, dorzucę, iż oto – oto przed wami dom krzepko zbudowany (pod wpływem rozjuszonej żądzy wygłoszenia czegokolwiek z miną zuchwałą zaledwo wiedziałem, co mówię). – Mogę twierdzić, iż jest to dom przedziwnie krzepko zbudowany. Te mury – czy odchodzicie, panowie? – te mury są szczelnie spojone! – I tu przez rozszalałą do obłędu przekorność – uderzyłem z mocą laską, którą miałem w ręku, akurat po tej części muru, kędy tkwił trup wybranki mego serca.

O! niechże przynajmniej Bóg ma mię w swej opiece i niech mię broni przed pazurami Arcydemona! Zaledwo echo mych uderzeń rozległo się w ciszy, a jakiś głos odpowiedział mi z wnętrza grobu – początkowo była to skarga stłumiona i przerywana jak szloch dziecięcy, który wkrótce potem wezbrał w krzyk przeciągły, donośny i nieprzerwalny, zgoła przeciwny wszelkiemu przyrodzeniu i nieludzki, w wycie i skomlenie, na wpół pełne zgrozy, a na wpół tryumfu, jakie może się wyłonić jeno z czeluści Piekieł – potworne pianie, wydzierające się jednocześnie z krtani męczonych skazańców i z gardzieli demonów zdjętych weselem potępienia!

Byłaby szaleństwem próba wysłowienia tego, co się działo we mnie. Uczułem, że tracę zmysły i chwiejnym krokiem dobrnąłem do przeciwległego muru. Przez mgnienie urzędnicy, stojąc na schodach, trwali nieruchomi, drętwi od przerażenia. W chwilę potem tuzin rąk mocnych wściekłym rzutem dopadł do muru. Mur runął jako jeden strzęp. Ciało, już sporo napoczęte rozkładem i poplamione skrzepłą krwią, stało sztywnie przed oczyma widzów. Na jego głowie z krwawą, na oścież rozwartą paszczą i z jedynym skrzącym się ślepiem – gnieździło się wstrętne zwierzę, którego podstęp zniewolił mię do zbrodni, a którego głos zdradziecki wydał w ręce kata. Zamurowałem potwora w mogilnej wnęce!


Tłumaczył Bolesław Leśmian


Serce – oskarżycielem

Bez wątpienia – jestem zbyt nerwowy, strasznie nerwowy, zawszem był taki... Na jakiej wszakże zasadzie chcecie koniecznie upatrzyć we mnie szaleńca? Choroba zaostrzyła moje zmysły – nie znicestwiła ich – nie przytłumiła. Ponad innymi zmysłami – słuch mój górował niezwykłą czujnością. Słyszałem wszystko, cokolwiek działo się w niebiosach i na ziemi. Słyszałem wieleć z tego, co się działo w piekle. Skądże mi do szaleństwa? Chwila uwagi! Baczcie jeno, z jakim nadmiarem zdrowia i pogody ducha mogę wam opowiedzieć wszystko, co się stało.

Określenie tego, jakim sposobem wiadoma myśl powstała pierwotnie w mym mózgu, wymyka się wszelkim możliwościom. Wszakże od chwili powstania myśl ta przebywała we mnie dniem i nocą. Przedmiot? Myśl była bez przedmiotu. Była pozbyta wszelkiej namiętności. Lubiłem poczciwego starucha. Nigdy mi nic złego nie uczynił. Nigdy mnie nie uraził. Nie pożądałem zgoła jego złota. Przypuszczenia moje dotyczą raczej jego oka... Tak, to było to! Miał jedno oko podobne do sępiego – oko płowoniebieskie, bielmem przysłonięte. Ilekroć to oko zwracało się ku mnie, tylekroć krew we mnie stygła, i oto – z wolna – stopniowo – uknuła mi się w głowie zachcianka odebrania starcowi życia, aby w ten sposób raz na zawsze uwolnić się od jego oka.

Otóż właśnie, tu tkwi sęk! Sądzicie mnie szalonym. Szaleni nie wiedzą nic a nic. Gdybyście mogli jednak podpatrzeć, jak sprawnie działałem! – jak ostrożnie, jak zapobiegliwie, jak przebiegle zakrzątnąłem się dokoła mej roboty! Nigdy nie byłem dla starucha tak uprzejmy, jak w ciągu całego tygodnia, który poprzedzał spełnienie morderstwa. I co noc – około północy – pokręcałem zasuwę jego drzwi – i otwierałem je – o, jakże bezszmernie! I w chwili, gdym uchylał drzwi na objętość mej głowy, wsuwałem ślepą latarnię, zamkniętą szczelnie, szczelnie zamkniętą, wzbraniającą przepustu najmniejszemu promieniowi – w ślad za nią wtłaczałem głowę. O, moglibyście się uśmiać, widząc, jak zręcznie wtłaczałem głowę. Nadawałem jej ruch powolny, bardzo, bardzo powolny, by nie zakłócić snu starca. Dobrą godzinę musiałem tracić na przewleczenie mej głowy poprzez otwór tak daleko w głąb, aby go oglądać zmożonego snem na łożu. Szaleniec – czyż zdobyłby się na taki rozsądek? I w chwili, gdy głowa moja przebywała goła w pokoju, odsłaniałem latarnię spokojnie, ostrożnie – o, jakże ostrożnie, jak ostrożnie! Zawiasa bowiem powrzaskiwała. Odsłaniałem jeno tyle, ile było trzeba, ażeby jedna, niepochwytna nić światła trafiła do sępiego ślepia. I w tej czynności ćwiczyłem się przez siedem długich nocy – co noc – o samej północy, lecz zastawałem zawsze ślepie zamknięte, nie mogłem przeto dopełnić mego zamiaru, nie starzec bowiem mnie męczył, lecz jego Złe Oko. I co rano, gdy dzień świtał, wchodziłem bezczelnie do jego pokoju, zawiązywałem z nim śmiało rozmowę, nazywając go po imieniu głosem serdecznym i zapytując, jak spędził noc. Owóż, wyznajcie, że staruch – zaprawdę – musiałby chyba posiadać duszę nadzwyczaj przenikliwą, aby wpaść na domysł, że co noc o samej północy badam go, zdjętego snem.

Ósmej nocy powziąłem większą jeszcze baczność przy rozwieraniu drzwi. Mniejsza wskazówka zegara szybciej się porusza niźli wówczas dłoń moja. Nigdy, do czasu tej nocy, nie czułem tak w pełni mych sił – bystrości mego umysłu. Pomyśleć jeno, żem był tuż, ja – cierpliwy rozwieracz drzwi – a jemu nawet nie śniło się o tym, co czynię i co zamierzam potajemnie! Na myśl o tym – uroniłem nieco śmiechu – i być może starzec mnie posłyszał, gdyż znienacka poruszył się na łożu, jakby się ocknął. W takiej chwili – sądzicie zapewne, że się cofnąłem? – Bynajmniej! Pokój jego był czarny niby smoła – tak się w nim zagęstwiły cienie – okiennice bowiem z obawy złodziei były starannie zamknięte; tedy wiedząc, że starzec nie może dojrzeć półrozwarcia drzwi, rozchylałem je nadal coraz więcej, coraz szerzej.

Przesunąłem już mą głowę i dotarłem do chwili odsłonięcia latarni, gdy duży mój palec pośliznął się na blaszanym zamku i starzec, wyprostowawszy się na łóżku, zawołał: „Kto tam?”.

Znieruchomiałem całkowicie i nie odrzekłem nic. Przez godzinę całą nie poruszyłem ani jednym ścięgnem i przez cały ten czas nie słyszałem, aby się do snu ponownie układał. Trwał wciąż w postawie siedzącej, na czatach – zupełnie tak samo jak ja, gdy po całych nocach nasłuchiwałem świerszcza ukrytego w murze.

Lecz oto posłyszałem wątły jęk i wnet poznałem, że był to jęk śmiertelnego przerażenia. Nie był to jęk bólu ani rozpaczy – o, nie! Był to głuchy i zdławiony wydech, który się dobywa ze dna duszy zmiażdżonej przestrachem. Znałem dobrze ów wydech. Przez wiele nocy o samej północy, gdy spał świat wszystek, wyrywał się on z mej własnej piersi, wyotchłaniając swym straszliwym echem widma trawiących mię przerażeń. Powtarzam: znałem go dobrze. Wiedziałem, czego doznawał starzec, i czułem dlań litość, chociaż się śmiało coś w mym sercu. Wiedziałem, że trwa ockniony od chwili pierwszego, maluczkiego szmeru, gdy się przewracał na łożu. Lęk jego wciąż się wzmagał. Starał się, ale nie mógł przekonać siebie samego, że lęk to bez przyczyny. Mówił sam w sobie: „To nic innego, jeno wiatr w kominie – to tylko mysz przemknęła wzdłuż podłogi” – albo: „To tylko świerszcz zazgrzytał”. Tak, silił się dodać sobie otuchy takimi domysłami, ale to wszystko było nadaremne. Wszystko było nadaremne, albowiem śmierć, która się zbliżała, przeszła obok niego ze swym wielkim, czarnym cieniem i spowiła weń swoją ofiarę. I właśnie żałobna przemoc niewidzialnego cienia zdziałała, iż wyczuł (chociaż starzec nic nie widział i nie słyszał) pobyt mej głowy w pokoju.

Przeczekawszy czas długi – bardzo cierpliwie i nie słysząc, aby się do snu ponownie układał, postanowiłem odsłonić z lekka latarnię; lecz tak z lekka, tak z lekka, jakby wcale nic. Odsłoniłem ją wreszcie tak niepostrzeżenie, tak niepostrzeżenie, że trudno to sobie nawet wyobrazić, aż w końcu samotny, blady promień, na kształt nici pajęczej, wysnuł się ze szczeliny i padł na sępie oko.

Rozwarte było, na oścież rozwarte i wpadłem we wściekłość w tej samej chwili, gdy je ujrzałem. Ukazało mi się z doskonałą jasnością – całe – w zadymie błękitnej i powleczone pokalaną błoną, której widok zmroził mnie aż do szpiku kości. Z całej twarzy jednak i z całej postaci starucha nie mogłem dojrzeć nic prócz tego, com zobaczył. Skierowałem bowiem promień, jakby pod wpływem instynktu, nie gdzie indziej, jeno właśnie w samo sedno przeklętego miejsca.

Otóż tedy – czyż wam nie nadmieniłem, że to, co uważacie za szaleństwo, jest jeno przeczuleniem zmysłów? Otóż – powiadam wam – dotknął mych uszu głuchy, zdławiony, częstotliwy szmer, podobny do tego, który wytwarza zegarek owinięty w watę. Dźwięk ów – poznałem tak samo i niezgorzej... Było to bicie serca w piersi starucha. Dźwięk ów wzmógł moją wściekłość, na kształt uderzeń bębna, które podjudzają odwagę żołnierza.

Wszakże pohamowałem się raz jeszcze i trwałem nadal bez ruchu. Oddychałem z trudnością. Znieruchomiłem w dłoni latarnię. Sposobiłem się do utrwalenia promyka wręcz – na samym ślepiu. A jednocześnie serce biło na alarm coraz mocniej. Uderzenia jego nabierały co chwila pośpiechu i nabierały co chwila odgłosu. Według musowego prawdopodobieństwa – przerażenie starca dosięgało kresów ostatecznych. Odgłos owych uderzeń z każdą chwilą – powtarzam – stawał się mocniejszy i mocniejszy! Uważnież mnie słuchacie? Wszakże was uprzedziłem, że jestem nerwowy, i rzeczywiście – jestem nerwowy. I oto – w pełni nocy, wpośród przeraźliwego milczenia tego starego domostwa – ów tak osobliwy szmer poraził mnie niepokonanym lękiem. W przeciągu kilku mgnień następnych wściągałem się i trwałem nieporuszenie. Lecz odgłos uderzeń wciąż wzmagał się i wzmagał. Zdawało mi się, że serce pęknie. I oto ogarnęła mnie troska nowa! Dźwięk ów mógł dolecieć uszu sąsiada! Godzina starca wybiła! Wyjąc wniebogłosy, odsłoniłem nagle latarnię i wdarłem się do pokoju. Staruch wydał jeden tylko okrzyk – jeden – jedyny. W okamgnieniu cisnąłem nim na oślep o podłogę i przytłoczyłem go całym miażdżącym ciężarem łoża. I tu się dopiero uśmiechnąłem radośnie na widok tak wynagrodzonych trudów. Lecz przez kilka minut serce się ozywało zakapturzonym wydźwiękiem. Ta wszakże okoliczność nie trwożyła mię zgoła, nikt bowiem nie mógł poprzez mury dosłyszeć owego wydźwięku. A i ten się z wolna uciszył. Staruch był martwy. Podniosłem łoże i zbadałem ciało. Tak, na miejscu padł trupem – na miejscu. Przyłożyłem mu dłoń do serca i przetrzymałem ją tam kilkanaście minut. Ani śladu tętna. Padł trupem na miejscu. Odtąd już jego ślepie nie będzie mnie dręczyło.

Jeśli trwacie w przekonaniu, że jestem szalony – przekonanie owo pierzchnie, gdy wam opiszę, jakich przebiegłych sposobów użyłem dla ukrycia trupa. Noc nadchodziła, a ja pracowałem pośpiesznie, chociaż w milczeniu. Odciąłem głowę, a potem ręce – a potem – nogi.


STARUCH WYDAŁ TYLKO JEDEN OKRZYK - JEDEN - JEDYNY


LECZ PRZEZ KILKA MINUT SERCE SIĘ OZYWAŁO ZAKAPTURZONYM WYDŹWIĘKIEM


A potem wyłamałem trzy deski z podłogi i złożyłem wszystek zespół pomiędzy dranicami. A potem przystosowałem deski do dawnego miejsca tak zręcznie, tak chwacko, że żadne oko ludzkie – nawet jego oko – nie mogłoby dojrzeć nic podejrzanego. I nic nie było do zmycia, ani jednej plamy, ani jednego śladu krwi. Byłem zbyt z tym zapobiegliwy. Nic nie zostało na dnie pełnego przed chwilą cebrzyka! Ha, ha!

Gdy dokonałem tych wszystkich zabiegów, była godzina czwarta i ciemno jak o północy. Podczas gdy zegar wydzwaniał godzinę, zapukano do drzwi od ulicy. Lekko mi było na sercu, gdy szedłem otworzyć – czegoż bowiem bać się mogłem – obecnie? Weszło trzech ludzi, którzy z przedoskonalonym ugrzecznieniem przedstawili mi się jako urzędnicy policyjni. Pono ktoś z sąsiadów słyszał nocą jakiś okrzyk, dzięki temu powstało podejrzenie, że zaszło coś złego – podano wiadomość do biura policji – i ci panowie (urzędnicy) przybyli właśnie jako wysłańcy gwoli zbadania miejsca.

Uśmiechnąłem się – jakież bowiem miałem powody do obaw? Gościnnie powitałem tych jegomościów. „Co do krzyku – rzekłem – sam właśnie przez sen krzyknąłem. Stary zaś człeczyna – dorzuciłem – udał się w podróż po kraju”. Oprowadziłem mych gości po całym domu. Prosiłem, aby wszędzie zajrzeli i aby zajrzeli dokładnie. Wreszcie wprowadziłem ich do jego pokoju. Pokazałem im cały jego dobytek w zgoła bezpiecznym schronieniu i w bezwzględnym ładzie. Przesadzając w zapale ufność we własne siły, wniosłem krzesła do pokoju i prosiłem ich, aby spoczęli, podczas gdy sam z zawrotną odwagą zupełnego tryumfu utwierdziłem swe krzesło w tym samym właśnie miejscu, gdzie były ukryte zwłoki ofiary.

Urzędnicy wykazali zadowolenie. Przekonało ich moje postępowanie. Czułem osobliwy błogostan. Usiedli i zagaili rozmowę byle jakiej treści, ja zaś wesoło im odpowiadałem. Lecz po upływie pewnego czasu poczułem, że blednę, i pożądałem w duszy ich odejścia. Począł mię dręczyć ból głowy i zdawało mi się, że mi dzwoni w uszach. Oni wszakże nie powstali z swych siedzeń i rozmawiali nieustannie. Dzwonienie wyraźniało. Trwało wciąż i wyraźniało coraz bardziej. Wzmogłem swoją gadatliwość, aby się odczepić od owego wrażenia. Lecz dzwoniło dobitnie i przybrało cechy zgoła nieodparte, aż w końcu wykryłem, że to nie w uszach moich dzwoni.

Bez wątpienia – bardzo wówczas pobladłem. Lecz gawędziłem ze zdwojoną jeszcze płynnością i głosem podniesionym. Dźwięk wciąż się rozrastał – co miałem począć? Był to szmer głuchy, zdławiony, częstotliwy, szmer niezwykle podobny do tego, który wytwarza zegarek owinięty w watę. Oddychałem z trudnością. Urzędnicy nie słyszeli jeszcze. Zacząłem gadać szybciej i z większą gwałtownością, ale szmer wzmagał się nieustannie. Wstałem i wszcząłem spór o jakieś drobnostki w tonie wielce wzniosłym, z przydatkiem gestów popędliwych, lecz szmer się wzmagał – wzmagał nieustannie. Czemuż ci ludzie nie chcą stąd odejść? Tam i sam – ciężkimi i wielkimi krokami zacząłem odmierzać pokój, jakby rozjątrzony uwagami moich rozmówców. Lecz szmer wzrastał miarowo. O Boże! Cóż miałem począć? Burzyłem się – plotłem trzy po trzy – przeklinałem. Poruszałem krzesłem, na którym siedziałem, szurałem nim po podłodze. Wszakże szmer wciąż trwał i wzmagał się bez końca. Krzepnął coraz bardziej – coraz bardziej i wciąż coraz bardziej. A goście wciąż gadali – i uśmiechali się – i żartowali. Możliweż-to, że nic nie usłyszeli? Boże wszechmogący! Nie, nie! Słyszeli! – Domyślali się! – Wiedzieli! Bawili się jeno moim przerażeniem! Tak pomyślałem – i dotąd jeszcze tak myślę. Wszystko byłoby łatwiejsze do zniesienia, okrom tego pośmiewiska. Nie mogłem znieść dłużej tych uśmiechów! Uczułem, że albo krzyczeć muszę, albo skonać! I teraz jeszcze – czy słyszycie? – Nasłuchujcie! Coraz głośniej, coraz głośniej, wiecznie głośniej, wiecznie głośniej!

– Nikczemni! – krzyknąłem. – Nie udawajcie dłużej! Wyznaję wszystko! Zerwijcie te deski! To – tam! To – tam! To – trzepot jego straszliwego serca!


Tłumaczył Bolesław Leśmian



William Wilson



Co powie o tym zgryzota Sumienia,

To widmo na mej drodze?

Chamberlayne: Pharronnida


Niechaj mi będzie wolno przybrać do czasu miano Williama Wilsona. Czystej kartki papieru, co w tej chwili leży przede mną, nie chcę kalać właściwym mym nazwiskiem. Zbyt bowiem często bywało ono przedmiotem zgrozy, wzgardy i ohy­dy dla mego rodu. Czyż wicher oburzenia nie rozniósł jego niezrównanej hańby aż po najdalsze krańce ziemi? O, wyrzutku, najbardziej spodlony ze wszystkich wyrzutków! Czyż nie umarłeś na zawsze dla świata? Dla jego zaszczytów, jego kwiatów, jego dążeń złocistych? – I czyż chmura, nieprzenikniona, bezbrzeżna, złowieszcza między twymi nadziejami a niebem nie rozokoliła się na wieki?

Nie chciałbym, gdyby to nawet było dla mnie możliwe, kreślić tu dziejów z lat ostatnich niewysłowionej mej nędzy i niegodziwe­go łotrostwa. Na okres ten, na te lata ostatnie przypada nagły rozrost mego znikczemnienia, którego samo tylko powstanie przedstawić tu na razie zamierzam. Zazwyczaj ludzie podleją stopniowo. Ja zaś postradałem swą szlachetność jak płaszcz, co w jednej chwili obsuwa się z ramion na ziemię. Od zdrożności, dość pospolitych, ku potwornościom nieznanym nawet Heliogabalowi, zdążałem krokami olbrzyma. Może nie nadużyję niczyjej łaskawości, gdy opowiem, jak przypadek – jak jedno, jedyne zdarzenie rozpętało we mnie te zbrodnicze popędy. Śmierć moja bliska, a wyprzedzające ją cienie słaniają się kojąco nad moją duszą. Zanurzając się już w mroki padolne, tęsknię do życzliwoś­ci, powiedziałbym niemal, do zmiłowania ludzkiego. Pragnę przekonać mych bliźnich, iż w pewnej mierze byłem niewolni­kiem okoliczności niedostępnych pojmowaniu ludzkiemu. Chciałbym, żeby idąc za szczegółami, które za chwilę przytoczę, śród dzikiego pustkowia błędów nie pominęli małej oazy fatalności. Sądzę, iż zechcą przyznać, gdyż zaprzeczyć temu niepo­dobna, że jakkolwiek pokusy zawsze bywały wielkie, to jednak nie było jeszcze człowieka, który by był kuszony w ten sposób i w ten właśnie sposób pokusom tym uległ. Zdaje mi się również, iż nikt jeszcze tak jak ja nie cierpiał. Dotychczasowe me życie – nie byłoż ono istotnie snem? A teraz, kiedy godziny moje są już policzone, czyż nie jestem pastwą grozy i tajemnicy poczętej z najupiorniejszej pod słońcem wizji?

Pochodzę z rodziny, która zawsze słynęła z żywej wyobraźni i nader pobudliwego temperamentu. Już w najwcześniejszym dzieciństwie znać było po mnie, iż w całej pełni odziedziczyłem właściwości rodzinne. Z biegiem lat rozwinęły się one do tego stopnia, iż jęły niepokoić wielce mych przyjaciół i szkodzić dotkliwie mnie samemu. Stałem się samowolny, powodowałem się najdzikszymi zachciankami i poddawałem się najnieokiełznańszym namiętnościom. Rodzice moi, chwiejni z natury i sami obarczeni pokrewnymi narowami, niezdolni byli powściągnąć wrodzonych mych skłonności. Nieliczne, słabe i nieumiejętnie podejmowane wysiłki kończyły się zawsze całkowitą ich porażką i najzupełniejszym mym tryumfem. Odtąd głos mój znajdował posłuch w domu i w wieku, kiedy inne dzieci zwykły chodzić jeszcze na pasku, ja już rządziłem się własną wolą i w rzeczywis­tości zależałem we wszystkim tylko od siebie.

Najdawniejsze me wspomnienia z lat szkolnych wiążą się z wielkim, osobliwym domostwem z epoki elżbietańskiej, wzno­szącym się śród mglistej osady angielskiej, gdzie rosło mnóstwo olbrzymich, sękatych drzew i gdzie wszystkie domy były niesły­chanie starożytne. Niby marzeniem i ostoją dla ducha było to czcigodne, odwieczne miasto. Dziś jeszcze rozkoszuję się w wyobraźni rośną świeżością cienistych jego alei, oddycham wonią nieprzeliczonych zagajników i jakaś nieokreślona błogość przeni­ka mnie na myśl o głębokich, głuchych dźwiękach kościelnego dzwonu, który co godzina swym nagłym, posępnym brzmieniem roztrącał mroczne powietrze, otulające do snu szczerbatą gotyc­ką dzwonnicę.

Rozpamiętywam drobiazgowo wspomnienia szkolne i towa­rzyszące im okoliczności, zaś z tym większym czynię to upodoba­niem, iż właśnie teraz odżyły w mej duszy. Pogrążonemu w nie­doli – niestety, aż nazbyt rzeczywistej – niechaj będzie wolno szukać pociechy, nikłej co prawda i przemijającej, w szczegółach błahych i rozpierzchłych. Nie ma w nich nic nadzwyczajnego i mogłyby nawet rozśmieszać, gdyby wyobraźnia moja nie przypisywała im szczególniejszego znaczenia ze względu na to, iż pozostają w związku z czasem i miejscowością, gdzie po raz pierwszy doznałem niedocieczonej kaźni Przeznaczenia, które później tak straszliwie roztoczyć miało nade mną swe cienie. Oto powód, dla którego niechaj mi nikt nie wzbrania tych wspom­nień.

Dom, jak nadmieniłem, był starodawny i nieregularny. Stał pośrodku bardzo przestronnego dziedzińca, opasanego mocnym i wysokim murem z cegieł, który u szczytu miał powłokę tynku najeżonego potłuczonym szkłem. Ta więzienna z wyglądu zapora stanowiła granicę naszych dzierżaw; wydostawaliśmy się poza nią tylko trzy razy w tygodniu: raz w sobotę po południu, gdy pod nadzorem dwu nauczycieli wolno nam było odbyć gromadnie krótką przechadzkę po okolicznych polach; i dwa razy w niedzie­lę, gdy rano i po południu podążaliśmy w tym samym, ściśle określonym porządku do miejscowego kościoła na nabożeństwo. Przełożony naszej szkoły był w tym kościele pastorem. Z jakimż głębokim uczuciem podziwu i onieśmielenia zwykłem był patrzeć nań z naszej ławy, umieszczonej daleko na galerii, gdy krokiem wolnym i uroczystym wstępował na kazalnicę! Ten czcigodny kapłan z obliczem skupionym i wniebowziętym, wiejący duchow­ną, odświętną szatą, w nadzwyczaj starannie upudrowanej peru­ce, taki surowy i taki możny – czyż mógł być tym samym człowiekiem, co przed chwilą z odrażającą twarzą i w zaplamionym tabaką ubraniu przestrzegał z trzciną w ręce drakońskich przepisów szkolnych? Cóż za dziwaczny paradoks, zbyt zaprawdę potworny, by mógł znaleźć rozwiązanie!

W załomie potężnego muru szczerzyła się jeszcze potężniejsza brama. Cała mocno kuta i zamknięta na żelazne wrzeciądze, miała u góry rząd żelaznych, zazębionych kolców. Jakimże głębokim przejmowała nas lękiem! Stała dla nas otworem trzy razy w tygodniu, jak już poprzednio napomknąłem; poza tym zawsze bywała zamknięta. Toteż w każdym zgrzycie jej ogrom­nych zawiasów kryło się dla nas mnóstwo tajemnic – i powstawał cały świat zbożnych spostrzeżeń i jeszcze zbożniejszych rozpamiętywań.

Rozległy dziedziniec był nieregularnego kształtu i miał wiele obszernych ustroni. Trzy lub cztery największe spośród nich tworzyły miejsce zabaw. Było ono wyrównane i pokryte drob­nym, twardym żwirem. Pamiętam dokładnie, iż było najzupeł­niej ogołocone z drzew, ławek i tym podobnych przedmiotów. Znajdowało się za domem, zaś przed nim roztaczał się niewielki trawnik, zasadzony bukszpanem oraz innymi krzewami. Atoli w tej uświęconej okolicy bywaliśmy nader rzadko, mianowicie kiedyśmy po raz pierwszy przyjeżdżali do szkoły lub gdyśmy rozstawali się z nią na zawsze, albo wreszcie kiedy zawitał jaki krewny czy przyjaciel i ku wielkiej naszej radości zabierał nas ze sobą na święta Bożego Narodzenia lub na uroczystość świętoja­ńską.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.