Opowiadania z lumpeksu - Marta Hanna Precht - ebook
Wydawca: Bernardinum Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 158 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Opowiadania z lumpeksu - Marta Hanna Precht

Książka zawiera sześć z pozoru bardzo zwyczajnych historii dziejących się w różnych zakątkach świata (Londyn, Paryż, kanadyjskie Chicoutimi, Kopenhaga, Nowy Jork, okolice Rovaniemi), których bohaterami są przedstawiciele wielu narodowości (również Polacy). Opowiadania osnute są wokół najzwyklejszych przedmiotów, które odegrały znaczącą, przełomową rolę w życiu tych ludzi, często radykalnie je zmieniły.

Mimo że bohaterowie opowiadań są mieszkańcami różnych części świata, wiele ich łączy: samotność, pragnienie miłości, przyjaźni, bliskości, poszukiwanie swojego miejsca w życiu, szczęścia, ale również życzliwość, bezinteresowność, łagodność. Historie opowiedziane przez autorkę są ponadczasowe, skłaniają do przemyśleń, refleksji, ale też wywołują uśmiech i niosą ukojenie.

Opinie o ebooku Opowiadania z lumpeksu - Marta Hanna Precht

Fragment ebooka Opowiadania z lumpeksu - Marta Hanna Precht

Człowiek jest tylko epizodem
w życiu przedmiotu

Franciszek Starowieyski

Przez duże szklane okno sklepu z używaną odzieżą słońce oświetla wieszaki ze spodniami. najbliżej okna. Za nimi wiszą spódnice, a potem w długim szeregu bluzki, sweterki, dziecięce ubranka i kurtki. W koszach na podłodze budzą się buty i torebki. Biustonosze i bielizna kłębią się, plącząc zapachy wielu ciał.

Personel sklepu jeszcze śpi w swoich domach. Za dwie godziny żaluzja podniesie się majestatycznie, a klucze zadźwięczą w zamku. Drzwi się otworzą i świeże powietrze wtargnie w zduszony zapach chemicznego prania i nieokreśloną woń rzeczy porzuconych.

Za trzy godziny sklep zapełni się kobietami. Z rozbieganymi oczami lub w skupieniu godnym filozofa będą szacować rzeczy, oglądać je pod światło, zastanawiać się nad kupnem albo odrzucą coś zdecydowanie.

Rzeczy będą się starać, aby je zauważono. Jak to możliwe? A jednak!

Porządek rzeczy

Czubki prawie nowych czarnych męskich butów łapały promyk słońca. Gdyby mogły, stuknęłyby się obcasami po żołniersku. Ich blask zwrócił uwagę starszej siwej pani w czerni.

Mama myśli, że ja będę to nosić? – zapytał młody, krótko ostrzyżony chłopak, żując gumę.

Kobieta ze zdziwioną miną, z czarnymi półbutami w rękach, stała oparta o stół kuchenny, na którym leżało otwarte pudełko. Jej ufarbowane brązowe włosy z odrostami siwych wyglądały na zaniedbane.

A dlaczego nie miałbyś nosić? Może wreszcie kiedyś zrozumiesz i kupisz sobie garnitur, koszulę, krawat i w tym pójdziesz szukać pracy. Wtedy na pewno ktoś ci ją da. Może nawet w biurze. A tak zawsze będziesz popychadłem na budowie – mówiła, potrząsając butami.

Mama, wyluzuj! Sam wiem, co mam robić. Masz coś na ruszt? Za godzinę muszę być w klubie.

W klubie, w klubie… Już ja wiem, w jakim klubie. Pijecie piwo i marnujecie czas. – Postawiła talerz przed synem. – Anthony, kiedy ty zaczniesz słuchać matki. – Kręciła głową, nakładając na talerz jedzenie.

Anthony pochylił się nad talerzem i zaczął jeść. Matka podeszła do okna. Patrzyła na zadeszczoną ulicę. O tej porze roku Londyn był najbrzydszy. Nie pomagały nawet kolorowe parasolki kobiet. Mokry asfalt, szare przemoczone domy, smutne drzewa i śmieci odsłonięte przez gołe krzaki. Naprzeciwko jakaś kobieta, ubrana w muzułmańską suknię, wrzeszczała na małą dziewczynkę otuloną wielką chustą. To romskie żebraczki, wysługujące się małymi brudnymi dziećmi, które łatwiej wzbudzają litość przechodniów, prosząc z rozpaczą w ślicznych czarnych oczach o cokolwiek, a najlepiej o pieniądze. Dzisiejsza pogoda nie dawała szans na duży zysk.

No i co, jednak wychodzisz gdzieś dzisiaj?

– Może wieczorem, jak deszcz przestanie padać. Przecież nie będę siedział w domu. Jestem umówiony z Robertem i jego dziewczyną. Pobalujemy trochę. Będę w domu przed północą.

A ja mogę siedzieć w domu i na dodatek sama.

Nie masz jakichś przyjaciółek? Zakręć się, to nie będziesz sama. Ludzie wychodzą nawet w deszczu, a ty ciągle narzekasz.

– Łatwo ci mówić, synu, masz dwadzieścia dwa lata. Jak będziesz w moim wieku, to ci przejdzie latanie po klubach. Będziesz siedział w domu z żoną i dziećmi.

O nie! Nigdy! – Odsunął talerz. – Jakbym tatę widział. Oboje jak kukły siedzieliście na kanapie.

– Przestań! Nie mów źle o ojcu. Był dobrym człowiekiem. Starał się nas utrzymać i jakoś mu się to udawało. A co będzie z tobą?

Oj, nie przynudzaj, mamo, ciągle to samo. Nie wytrzymam. Idę. Najwyżej zmoknę, nie chcę już tego słuchać.

Był wysokim, silnym, młodym mężczyzną. Jego ciemne nastroszone włosy zupełnie nie pasowały do dziewczęcych oczu i ust z zarysowanym grymasem niezadowolenia. Aby podkreślić męskość, nosił hiszpańską bródkę. Dbał o nią. Założył kurtkę, naciągnął kaptur na głowę i wyszedł.

Padał drobny, gęsty deszcz. Taki, co pada nie tylko z góry, ale z boków, a nawet od dołu. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Anthony uniósł ramiona, aby podtrzymać zsuwający się kaptur, i nie omijając kałuż, poszedł w górę ulicy, utkanej po obu stronach wąskimi, rozmaitymi domami, do których prowadziły różniące się wyglądem schody.

W jednej z nisz między schodami a murem domu siedział średniej wielkości czarny pies. Był mokry i trząsł się z zimna. Brązowymi oczami z niemal ludzkim cierpieniem patrzył na zbliżającego się Anthony'ego.

No i co, stary?

Pies, nie zmieniając pozycji, zamachał ogonem.

Bieda z nędzą? Widzisz, na co ci przyszło? Tak jak i mnie. Chodź! – Zagwizdał w jego kierunku.

Pies, nie dowierzając, powoli wstał i podszedł bliżej.

Ale z ciebie ofiara. O, masz obrożę. Jest tam jakiś list do znalazcy? Nie. Rany, ale się trzęsiesz. Chodź ze mną, osuszysz się w domu.

Pies jakby wszystko rozumiał. Grzecznie podszedł do nogi i spojrzał chłopakowi w twarz. Anthony zawrócił i skierował się do domu.

– Coś takiego! Anthony, co się stało? Wróciłeś do domu? – krzyczała matka z salonu, gdzie oglądała jakiś serial. Telewizor był nastawiony na cały regulator, więc musiała wrzeszczeć.

Wiedział, że nie ma sensu odpowiadać – serial był ciekawszy niż jego odpowiedź. Powiesił kurtkę. Pies otrząsnął się i pytającym wzrokiem patrzył na Anthony'ego. Kiedy ten wchodził po schodach do swojego pokoju, pies podreptał za nim, jakby był na niewidzialnej smyczy.

W pokoju Anthony wytarł go ręcznikiem, ze starego swetra zrobił coś w rodzaju legowiska i pokazał psu to miejsce.

– Leż tutaj, zaraz wracam – powiedział i wybiegł jeszcze raz na ulicę.

Co tak biegasz w tę i z powrotem? Stało się coś? – wrzasnęła matka i nawet pofatygowała się do okna. Widziała, jak Anthony, skulony, szybkim krokiem oddala się tym razem w dół ulicy.

Na samym jej końcu, tuż przed skrzyżowaniem zauważył sklep dla zwierząt. Na drzwiach ktoś przyczepił kartkę: „Potrzebny sprzedawca, wiadomość na miejscu”. Anthony nacisnął klamkę i wszedł w chmurę zapachu, jaki wydziela suchy pokarm. Pomieszczenie nie było wietrzone zbyt często. Stare sklepowe meble były pomalowane na kolor zbliżony do lawendowego. Za ladą nie było nikogo. Akwaria stały jedno na drugim i zasłaniały całą ścianę. Dwie ściany zastawiono regałami z jedzeniem dla różnych zwierząt, na czarnej drewnianej podłodze stało kilka klatek z myszkami, chomikami i miniaturowymi królikami. Po przeciwnej stronie okna część ściany zajmowały akwaria, a za wysoką szklaną gablotką, w której były zwierzęce zabawki, można było dostrzec drzwi prowadzące na zaplecze sklepu.

Anthony postał chwilę, popatrzył na rybki pływające w mętnej wodzie, w końcu zawołał:

– Dzień dobry!

Gdzieś z zaplecza dobiegło szuranie butami i zza gabloty wyłoniła się chuda, przygarbiona postać w staromodnych grubych okularach.

Tak? Słucham pana – powiedział starszy człowiek, wycierając ręce ścierką wiszącą za ladą.

– Chciałbym kupić jakieś jedzenie dla psa, ale niezbyt drogie.

A czym pan go dotąd karmił?

Niczym, bo mam go od godziny. Nie mam zbyt dużo kasy, aby w niego ładować. Już mi zeżre dzisiejsze piwo w klubie.

To proponuję panu to. – Pokazał sporą torbę z radosną mordą psa na opakowaniu.

Obawiam się, że to dla mnie za drogie, nie ma pan mniejszych?

To jest najmniejsze… Tylko trzy funty.

No to mamy problem. Nie mam tyle. Po co ja się ulitowałem nad tym psem? Nie mam pracy, sam ledwo żyję, a wziąłem sobie darmozjada.

Ten problem akurat może pan rozwiązać. Poszukuję pracownika, sprzedawcy, bo sam już nie daję rady. Nie zarobi pan wiele, ale to zawsze lepsze niż nic. Właśnie dzisiaj wywiesiłem kartkę i zaraz pan przyszedł, jakieś zrządzenie losu, czy co? No tak, ale pan jeszcze nie powiedział, czy chce przyjąć tę pracę.

No, nie wiem…

A jedzenie dla psa może pan zabrać, nic nie płacąc, to prezent.

To ciekawe. Tyle razy tędy przechodziłem i nie widziałem tego sklepu. Może nie zwróciłem uwagi. Mówi pan, że mógłbym tu pracować?

– Tak. Proszę przyjść jutro na dziewiątą. Pokażę, co będzie pan robić i zorientuje się pan w szczegółach. Klientów mam niewielu, więc będzie miał pan dużo czasu dla siebie. No to jak?

– Dobrze. Przyjdę jutro o dziewiątej – odpowiedział z pewnym ociąganiem, zabierając z lady opakowanie suchej karmy.

I niech pan pamięta, żeby dać mu miskę wody. Musi pić do tego jedzenia. Jeśli pan tu będzie pracować, biorę pańskiego psa na utrzymanie – powiedział staruszek, a uśmiech rozjaśnił mu twarz. W sklepie też zrobiło się jaśniej. – To do jutra, panie Anthony.

Do jutra – odpowiedział chłopak, zamykając drzwi. Po chwili przystanął, zastanawiając się, skąd dziadek zna jego imię? Nie powiedział przecież, jak się nazywa i na pewno nigdy go na oczy nie widział. Dziwne.

Odwrócił się. Sklep był na swoim miejscu, ale kartka zniknęła. Chciał zobaczyć przez szybę stojącego za ladą właściciela, ale nikogo nie zauważył. Sklep wyglądał na zamknięty. Dziwne, pomyślał. Deszcz padał coraz intensywniej. Założył kaptur i szybkim krokiem pomaszerował w stronę domu.

– Jesteś! Cały mokry. Gdzie byłeś?

– Załatwiłem sobie pracę, mamo – rzucił w jej stronę, wchodząc na schody.

No nareszcie.

Zerknął na jej sylwetkę. Matka stała u podnóża schodów ze złożonymi jak do modlitwy dziękczynnej rękoma.

Pies już wysechł. Leżał na zaimprowizowanym posłaniu. Na widok swojego pana podniósł głowę i pomerdał ogonem. Anthony nie chciał schodzić na dół, aby nie musieć opowiadać o szczegółach zatrudnienia. Wziął więc podstawkę od doniczki i nasypał trochę suchej karmy. Pies jadł łapczywie. Był bardzo głodny.

Co ty jesteś? Pies czy suczka? Pokaż. – Sprawdził. – Pies na szczęście! Czarny jak diabeł, to nazwę cię Angel, z przekory. A może jesteś aniołem? Może mi szczęście przyniesiesz.

Pies przeciągnął się rozkosznie i wrócił na swoje posłanie. Położył głowę na przednich łapach i uważnie obserwował Anthony'ego.

– Siedź grzecznie, przyniosę ci wody.

Matka wróciła do kuchni, zaczęła zmywać naczynia. Usłyszała kroki na schodach.

– Chodź, Anthony, powiedz, gdzie ta praca, opowiedz coś matce.

Oj, mamo, to nie to, o czym myślisz. Będę sprzedawcą w sklepie dla zwierząt na naszej ulicy, od jutra.

Aaaaa, u Barneya Higginsa. Wiem. Ale wydawało mi się, że on ten sklep sprzedał i wyjechał. A może umarł, dawno go nie widziałam, może wrócił… – mówiła do siebie.

Anthony napełnił miskę wodą i poszedł z powrotem do siebie.

Gdzie ty z tą wodą?

Dla psa.

Jakiego psa?!

Zobaczysz jutro.

Deszcz nie przestawał padać. Anthony był zbyt przemoczony, aby znów wychodzić. Przebrał się w domowy dres. Leżąc na łóżku ze słuchawkami w uszach, słuchał dudniącej muzyki z charkotem solisty w tle. Pies chyba zasnął.

Rano obudził go Angel, cichutko popiskując, domagał się wyjścia. Anthony przez chwilę nie mógł zrozumieć, co się dzieje, wreszcie dotarło do niego, że nie jest już sam. Niechętnie zwlókł się z łóżka, a gdy jeszcze przypomniał sobie, że to pierwszy dzień jego pracy, błyskawicznie otrzeźwiał i spojrzał na zegarek. Była dopiero ósma. Deszcz w nocy przestał padać i ulice były już suche. Niebo przebłyskiwało błękitem. Zapowiadał się ładny dzień.

Czekaj chwilę, Angel – powiedział. – Muszę się ogarnąć.

Ubrany zbiegł z psem na dół, przywiązał do obroży pasek od szlafroka i w zupełnie innym już nastroju wyszedł ze zwierzakiem na ulicę.

Angel, Angel – powtarzał. – Teraz jesteś Angel, pamiętaj.

Pies załatwiał po kolei wszystkie swoje psie sprawy, obwąchiwał drzewa i słupki przy krawężniku, zostawiając swój zapach dla innych psów, aby wiedziały, że jest tu nowy. Co chwila zadzierał łeb i patrzył w twarz swemu panu, jakby szukał pochwały. Po piętnastu minutach byli z powrotem w domu.

Matka już wstała. Mieszała coś w garnku na kuchence.

Nie mogłam spać, taka jestem ciekawa, jak ci dzisiaj pójdzie. Robię kakao, masz tutaj bułki maślane. Szybko zjedz i leć do pracy. Naprawdę się cieszę, i to jeszcze tak blisko. Na lunch możesz wpadać do domu. Pij.

Na progu kuchni stanął pies. Uważnie przyglądał się matce. Nie znał jej jeszcze, więc musiał wyczuć jej życzliwość.

*

Do sklepu miał niecałe dziesięć minut spacerem. Drzwi były już otwarte. Pan Higgins wietrzył pomieszczenie.

Witaj, Anthony – powiedział. – Musisz być zawsze trochę wcześniej, właśnie po to, aby wywietrzyć sklep i nakarmić zwierzęta. Dobrze?

– Zrobione. Będę wcześniej.

– Będziemy dzisiaj razem, pokażę ci wszystko, co masz robić, ale od jutra będziesz już sam, bo ja muszę wyjechać. Nie pytasz, ile możesz zarobić?

Nie. Ile by nie było, będzie dobrze. Lubię zwierzęta. Chcę tu pracować.

To dobrze – powiedział pan Higgins, uśmiechając się nieznacznie. – Mam zastępcę.

Dzień szybko minął. Anthony już wiedział, u kogo zamawiać towar, jak wpisywać do ksiąg wszystkie transakcje i jak na koniec miesiąca je wyliczać. Zyski i podatki miał odprowadzać na osobne konta, do których, z pełnym zaufaniem, pan Higgins dał mu dostęp.

Obsłużył trzech klientów, na szczęście sami wiedzieli, jakiego towaru szukają i gdzie on się znajduje. Pan Higgins sprawiał wrażenie nieobecnego. Krzątał się po sklepie, poprawiał karteczki z cenami, ścierał jakieś pyłki, czasami znikał na zapleczu za gablotą. Sprawiał wrażenie człowieka, który się żegna z przedmiotami przed wyjazdem. O osiemnastej zamknęli sklep. Pan Higgins podał klucze Anthony'emu.

– Oddaję ci klucze do mojej twierdzy. Opiekuj się nią i przyprowadzaj tu swego psa, niech nie siedzi tyle godzin sam. Może wkrótce się zobaczymy.

*

Anthony, jak minął dzień? – powitała go matka i nie czekając na odpowiedź, poinformowała: – Wyszłam z twoim psem, bo chciał. Znalazłam w domu smycz. No, mów.

W porządku.

Ile zarobisz?

Nie wiem, na razie się uczę, zobaczę, ile mi przeleje na konto. To chyba dobry człowiek.

Nie znam go dobrze, ale też nic złego o nim nie słyszałam.

Masz coś do jedzenia? – zapytał, siadając przy kuchennym stole.

Na korytarzu rozległ się dziwny dźwięk, jakby chrobot. Nagle w kuchni pojawił się Angel. Sam otworzył sobie drzwi, usłyszawszy głos Anthony'ego, nie mógł wytrzymać w zamknięciu. Zbiegając po schodach, dzwonił pazurami po drewnie. Wpadł do kuchni i po chwili zdezorientowania znalazł tego, kogo szukał. Wspiął się na tylne łapy, opierając przednie na udzie Anthony'ego, i domagał się pieszczot.

Dobrze, dobrze, Angel, ja też się cieszę! Co za pies. Dopiero wczoraj się przypętał, a już mnie kocha. Dobrze, że chociaż on jeden.

O matce jak zwykle zapomniałeś. Życie ci poświęcam, a ty mizdrzysz się do psa. No dobrze, ja też go polubiłam. Aż chce mi się wyjść na ulicę, mam trochę ruchu. Zostanie u nas? Angel zostaniesz? Głupio gadam, ale co tam. Jedz, synu. Pójdziesz potem do klubu? Wczoraj nie byłeś.

Tak. Dzisiaj pójdę. Jak możesz, to wyjdź z psem. Będę go zabierać do pracy, to nie będziesz go musiała w dzień wyprowadzać, ale wieczorem, jeśli możesz, to będzie okej.

*

Szedł dobrze znaną trasą do klubu, a raczej baru, bo tutejsza społeczność nie potrafiła stworzyć grupy o wspólnych zainteresowaniach czy poglądach. Młodzi nie mieli żadnych przemyśleń. Ważne było dziś, a jutro o tyle, o ile przyniesie jakiś zarobek, by można go przepuścić w barze lub na dziewczyny. Koło się zamykało.

W dole ulicy było parę opuszczonych domów, w jednym z nich już kilka razy zauważył uchylone drzwi. Brudne, potłuczone szyby i wyszczerbione gzymsy, odpadająca farba to stałe elementy dekoracyjne tych niepopularnych dzielnic. Czasem na schodach siedziały grupki młodych ludzi z poobijanymi deskorolkami, w szerokich spodniach i czapkach założonych daszkiem do tyłu. Kiedy przejeżdżał patrol policji, milkli i jednoczesnym, synchronicznym poruszeniem głowy podkreślali ruch samochodu.

Hej! Anthony! Poczekaj, idziesz do klubu? – zawołała ruda dziewczyna ubrana na czarno. Jej skórzana ramoneska była dodatkowo ozdobiona ćwiekami. Także w nosie i na dolnej wardze świeciły się kolczyki. – Coś cię dawno nie widziałam.

A chciałaś zobaczyć?

No tak… jak wszystkich, Robert i Martin są podobno codziennie.

Anthony stawiał duże kroki, więc drobna dziewczyna musiała szybciej dreptać. Jej buciory były niewiele mniejsze od butów Anthony'ego.

A już myślałem, że mam wielbicielkę.

No wiesz… Nie przesadzaj, tylko razem się spotykamy. W domu ze starymi nie da się wytrzymać. Nawet kot od nich ucieka.

Masz kota?

– Mam. Łobuza. Lubię go.

Wiesz, Amy, mam psa.

O! Od kiedy?

Od wczoraj. Dałem mu na imię Angel, może być?

Okej, ale dlaczego go nie wziąłeś ze sobą?

A ty wzięłaś swojego kota?

Doszli do baru. Anthony pchnął drzwi i wszedł pierwszy. Za nim podreptała Amy.

– Hej, chłopaki, Anthony ma psa! – wołała, sadowiąc się na barowym stołku. Nazywa się Angel.

– Ha, ha! – zaśmiał się Martin. – No tak, anioł mu się przyda.

Co pijecie? – zapytał Anthony. – Dzisiaj ja stawiam.

Z okazji psa? – zapytał Robert.

No, niech ci będzie! Psa i pracy. Amy, możesz do mnie przychodzić kupować karmę dla kota.

To w sklepie pracujesz? – spytała.

No. Dobra praca. Nie umorduję się, spoko jest. Klientów mało. Siedzę i muzy słucham.

Patrzyli na niego z podziwem. Taka życiowa zmiana oznaczała pieniądze na jedzenie, ubranie z taniego sklepu i piwo w barze. Oni żebrali u rodziców albo wykonywali jakieś prace ogrodowe w bogatszej dzielnicy. Co robiła Amy, nie wiadomo.

Piwo i orzeszki dla wszystkich, proszę – zwrócił się do barmana.

– Ben, słyszałeś? Migiem dla spragnionych, bo się jeszcze rozmyśli! – krzyczał Martin. Amy wpakowała do ust całą garść orzeszków. Siedziała na wysokim stołku, machając nogami jak dziecko.

Martin ogolony na łyso demonstrował swój tatuaż na tylnej części czaszki. Na środku widać było owalną blaszkę z dziurką na klucz. Nawet śrubki były wykonane perfekcyjnie. Po bokach piął się bluszcz sięgający aż do uszu. Martin śmiał się, mówiąc, że klucz do głowy ma w innym miejscu. Dziewczynom proponował pokazanie. Robert usiłował naśladować Martina, ale jego czaszka była nieforemna, a łysina zupełnie nie pasowała do grubych rysów twarzy. Nawet tatuaż był gorszy. Na czubku widniał duży pająk i tyle.

Anthony nie lubił tatuaży, nie lubił krwi i strupów. Masywność jego ciała zastępowała znamiona niby-twardzieli.

Amy zawsze na niego zerkała i starała się siedzieć obok. Dla Anthony'ego była bezpłciową istotą. Jeszcze nie wiedział, jak powinna wyglądać jego dziewczyna. Miał kilka przygód bez znaczenia, nie szukał związków. Widział, jak jego kolega się wpakował, tracąc w jednej chwili wolność i pieniądze.

Wyszli razem. Anthony zawsze wszystkich odprowadzał do autobusu. Czasem czekali długo, ale nie nudzili się nigdy. Trochę się wygłupiali, biegali wokół wiaty, goniąc Amy, która piszczała jak mysz. Autobus wreszcie przyjechał. Wsiadłszy, dalej skakali i drażnili kierowcę, ale po jego uwadze zgrzecznieli i zajęli miejsca przy oknie.

Pomachali mu na pożegnanie.

W końcu mieli ze mną dzisiaj dobrze, pomyślał. Wypili po dwa duże piwa za darmochę.

Było tuż przed północą. Anthony szedł tą samą ulicą, wyludnioną i źle oświetloną. Nawet w mieszkaniach światła były już pogaszone z oszczędności. Tak jak w moim domu, pomyślał, kiedy doszedł do opuszczonego budynku.

To dziwne. W opuszczonym domu drzwi były zamknięte. W trzech oknach paliło się światło. Przed domem stały dwa samochody. Czarne BMW i jakaś terenówka.

Postał chwilę, czekając na jakiś ruch. Nic się nie zdarzyło. Ruszył więc dalej.

*

Przywitał psa. Matka jak zwykle już spała. Noc w towarzystwie zwierzaka była inna. Pełniejsza.

Rano z radością szedł do sklepu. Wiedział, że będzie sam. Będzie wyglądać jak właściciel. Zabierze dla swojego Angela owalne miękkie posłanie. Pewnie pan Higgins nie miałby nic przeciwko temu. Klienci, jak nigdy dotąd, nagle zauważyli ten sklep albo pogłowie czworonogów się powiększyło, bo Anthony miał prawie jednego klienta za drugim.

– Dzień dobry – powiedziała siwa staruszka w białym płaszczu. Wyglądała, jakby wyszła z młyna. – A kto to? Pan Higgins? O nie! Chyba tak nie odmłodniał – zaszczebiotała. – Nie wiedziałam, że ma syna… Wnuka chyba.

Czym mogę służyć?

Ach, no tak. Zapatrzyłam się na pana… Poproszę suchą karmę dla kota.

Anthony miał wrażenie, że już gdzieś widział tę staruszkę, i to niedawno. Pożegnał ją, zapraszając ponownie, i założył słuchawki, aby posłuchać muzyki. Przed nim na drewnianym staromodnym regale stały torebki z karmą. Banalne rude koty, uśmiechnięte golden retrievery, piękne i puchate króliki patrzyły na niego zadowolonymi oczkami. Na samej górze, zbyt wysoko, aby chciało mu się tam sięgnąć, zobaczył stare opakowanie kociego jedzenia, a na nim identyczną siwą staruszkę w białym płaszczu. Trzymała na rękach dużego czarnego kota.

Kijem do zamykania okien zrzucił torebkę na ziemię. Nie było wątpliwości, to była ta sama osoba.

Anthony wybiegł na ulicę. Była pusta. Zaniepokojony zaczął baczniej oglądać pomieszczenia sklepowe. Za gablotą znalazł drzwi, z których wyszedł pan Higgins, kiedy zobaczył go po raz pierwszy. Nacisnął klamkę.

W pokoju nie było niczego poza stojącym na środku fotelem. Przez okno wpadał snop światła, a kurz, jaki wzbił się po wejściu Anthony'ego, tańczył w słońcu. Zakurzone obicie fotela nie wskazywało, aby ktoś na nim siadywał.

Co tu robił ten Higgins?, pomyślał. Może w nocy się wyprowadził? Muszę go zapytać, jak wróci.

Halo! Jest tam kto? – Usłyszał głos dziewczyny.

Aaaa, to ty, Amy. Co tu robisz?

– Przyszłam zobaczyć, jak ci się pracuje. Ach, jakie fajowe króliczki. Ten biały cuuudny jest.

Chcesz go kupić?

Nie