Opowiadania odjazdowe - Kazimierz Nagórski - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 168 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Opowiadania odjazdowe - Kazimierz Nagórski

Ten tom opowiadań można porównać do obiadu.

 

Najpierw »przystawka« – trzy miniatury literackie – „Sen”, „Tam” i „Lubię zwierzęta” – trio absolutnie odmiennych pomysłów, podobnych do siebie swoją niesłychanością.

 

Potem »zupa« – cztery krótkie, dość i nie dość fantastyczne opowiadania – „Świnia”, „Pies”, „Kot” i „Sfinks” – wszystkie z zaskakującymi pointami, a „Pies” i „Świnia” to niemal gotowe scenariusze filmowe z pogranicza kryminału.

 

»Danie główne« – „Kamienny krąg” – doceniony i nagrodzony przez czytelników „Nowej Fantastyki”, więc nie wymaga komentarza, oraz pierwsza część powieści „Dozorca systemu”, będąca zresztą osobną całością. „Dozorca…” to właściwie cztery historie, zazębiające się tak perfidnie, że trudno je rozerwać.

 

Wciągające. Nie sposób się oderwać.

Opinie o ebooku Opowiadania odjazdowe - Kazimierz Nagórski

Fragment ebooka Opowiadania odjazdowe - Kazimierz Nagórski





Strona redakcyjna


ŚWINIA

Mieszkanie i pracownia Adama Polaka mieściły się na pierwszym piętrze zaniedbanej, czynszowej kamienicy. Składało się z dwóch pokoi: zewnętrznego, do którego wchodziło się prosto z korytarza, oraz wewnętrznego. Ten pierwszy był pracownią – drugi mieszkaniem.

Adam Polak był wynalazcą i konstruktorem. Przez całe dotychczasowe życie wiodło mu się źle, a okresami bardzo źle. Miał prawie czterdzieści lat i nie znalazł jeszcze sobie towarzyszki życia. W wolnych chwilach (kiedy nie pracował nad wynalazkiem epoki, który miał mu przynieść fortunę) naprawiał zegarki i mechanizmy sąsiadom. Praca ta nie przynosiła wielkich dochodów, ale jakoś żył.

Zapadał zmierzch i Adam zapalił lampę nad zagraconym biurkiem. Kończył już naprawę budzika, kiedy skrzypnęły drzwi. Spojrzał w ich stronę i zobaczył, jak w szparze ukazało się oko.

„Nastraszę smarkacza” – pomyślał.

Cicho otworzył szufladę biurka i wyciągnął plastikową imitację pistoletu.

– Ręce do góry! Stój, bo strzelam! – wrzasnął.

Drzwi natychmiast otworzyły się szeroko, ale na progu, zamiast chłopaka z sąsiedztwa, ukazał się postawny mężczyzna.

– Ty przecież nie umiesz strzelać – powiedział przybysz. Zrobił krok do przodu i zamknął za sobą drzwi.

Adam poznał gościa. Leszek Gramotny jeszcze kilka lat temu był jego bliskim znajomym. Przez moment Adam zaniemówił ze zdumienia, a potem, wolno opuszczając rękę z pistoletem, powiedział:

– Ty śmiesz tu przychodzić? Po tym wszystkim, co mi zrobiłeś!?

– Adasiu – zdołał wtrącić Gramotny.

– Żadne Adasiu, żadne Adasiu – groźnie zagulgotał Polak. – Cały kraj powtarzał, nawet Gierek w telewizji, „Polak potrafi”, tylko nikt nie powiedział tym palantom, że to o mnie chodzi, że tak naprawdę to tylko ja potrafię i co potrafię...

– Ależ Adasiu – znowu zdołał wtrącić Gramotny.

– Panie Adasiu, od dzisiaj Panie Adasiu, palancie. Jesteś mi winien trzy tysiące złotych.

– Przecież to były stare złotówki – łagodnie powiedział Gramotny.

– To była wówczas całkiem niezła miesięczna pensja – nagle bardzo spokojnie odpowiedział gospodarz.

– To znaczy, ile byś chciał obecnie...?

– Tyle samo – powiedział Adam.

– Ale wtedy to było niecałe trzydzieści dolarów, a teraz to prawie tysiąc, a w ogóle, jeśli mowa o starych długach, czy mogę usiąść?

– Jeśli mowa o starych długach – powiedział Adam – to rzeczywiście siadaj.

Usiedli. Gospodarz na swoim miejscu przy biurku, Gramotny na wolnym krześle obok.

– Dam ci dziesięć baniek, tysiąc nowych złotych – rozpoczął targ Gramotny.

– A odsetki? Za co najmniej dziesięć lat?

– Mogę ci te pieniądze dać natychmiast, bo akurat tyle mam przy sobie i będziemy kwita – Gramotny czuł, że zyskuje przewagę.

Adam milczał chwilę, a potem z rezygnacją pokiwał głową.

– Niech będzie – powiedział. – Jestem bez grosza.

Gramotny wyjął portfel i odliczył pieniądze. Nim je jednak wręczył – powiedział:

– Wysłuchaj mnie, proszę.

Adam wyciągnął rękę, delikatnie wziął pieniądze, schował je do tylnej kieszeni spodni, popatrzył na Gramotnego, pokiwał głową i wreszcie powiedział:

– Gadaj.

Gramotny wygodniej usadowił się na krześle i pochylił nieco do Adama.

– Zostałem zrobiony w kiszkę, w konika garbuska, czy – jak kto woli – na cacy. Wyrolowano mnie na dwa miliony.

– Dwa miliony – roześmiał się Adam – dwie stówki nowych złotych?

Gramotny poważnie pokręcił głową.

– Jeżeli zrobili cię na dwa miliony nowych złotych, to jesteś bankrutem.

Gramotny jeszcze raz pokręcił głową i powiedział:

– Zrobiono mnie na dwa miliony dolarów.

– Straszna kupa szmalu. Więc i ty jesteś bez grosza.

– Niewiele zostało. Jeżeli w ciągu kilku tygodni nie odzyskam pieniędzy, firma „GRAMOT” padnie jak strucla. I pomyśleć, że zrobili mi to moi wspólnicy.

– Dobrze wiedziałeś, że to banda złodziei – skwitował Adam. – Na szczęście żyjemy w państwie prawa. Podaj ich do sądu.

– Ta transakcja nie była całkiem legalna. Cała moja nadzieja w tobie.

– Nie mam firmy rewindykacyjnej.

– Ale masz kupę pomysłów.

– Przeceniasz mnie.

– Ale gdyby wymyślić jakąś sprytną inwestycję, dającą szybkie zyski...

– To...? – Adam zawiesił głos.

– To oni byliby skłonni zainwestować i wtedy...

– Wpłaciliby pieniądze na twoje konto.

– Właśnie.

– A ja? – zapytał Adam.

– Dostaniesz dziesiątą część.

– Szkoda, że nie mam pomysłów na zawołanie.

– Ależ masz – Adasiu – masz, rusz tylko głową. No nie bądźże świnią.

Zapadła cisza i nagle oczy Adama zaczęły się rozszerzać, a gdy osiągnęły rozmiary sporych monet, usta jakby automatycznie powiedziały:

– NIE BĄDŹ ŚWINIĄ.

A potem Adam podszedł do kredensu, odwrócił się do Gramotnego i powiedział:

– Dobrze wiesz, że nie piję, koniak, który dostałem od ciebie dwanaście lat temu na imieniny, jest ledwo napoczęty. Dziś jest okazja, żeby wypić po kieliszku.

I otworzył kredens.

***

Było kilka minut po ósmej, kiedy pod siedzibę „GRAMOTU” podjechała furgonetka firmy przewozowej. Wyskoczyło z niej czterech młodych mężczyzn w schludnych kombinezonach, a za nimi wygramolił się Adam Polak. Wpadł prosto na Gramotnego.

– Spóźniłeś się – powiedział Gramotny.

– I owszem – odpowiedział Adam – ale nie bardzo. W sam raz, by trochę ich podgrzać.

Odwrócił się w stronę ekipy.

– Panowie, bierzcie skrzynki i proszę za mną.

Młodzi ludzie wyładowali z samochodu dwie spore i dość ciężkie skrzynki. Cała szóstka ruszyła w stronę wejścia.

W holu, kiedy zmierzali już w stronę sekretariatu, Gramotny zapytał:

– Co jest w tej drugiej skrzyni?

– Części zapasowe i akumulator, który muszę wymienić w prototypie.

Gdy wchodzili, sekretarka parzyła kawę. Chciała poniechać tej pracy, ale Gramotny dał jej znak. Zrozumiała w lot.

Adam wskazał tragarzom miejsce pod oknem. Młodzieńcy ustawili skrzynki i wyszli.

– Długo będzie to trwało? – spytał Gramotny.

– Możesz zaczynać. Zdążę na pewno.

Adam pochylił się nad jedną ze skrzyń.

– Wszyscy są? – zapytał sekretarkę Gramotny.

– Tak. Tutaj są rysunki, plany i schematy – podała Gramotnemu spory rulon – a to – podeszła bliżej i podała kilka dokumentów – przyszło pocztą dziś rano.

Gramotny popatrzył na papiery, które mu podała i natychmiast spojrzał w kierunku Polaka. Adam klęczał, majstrując przy zamkach skrzyń. Gramotny odwrócił spojrzenie na sekretarkę i przytknął palec do ust, gestem tajemnicy. Sekretarka kiwnęła głową.

– Przez interkom będziesz słyszał każde słowo wypowiedziane w gabinecie. Wejdź w odpowiednim momencie, to ważne.

– Według umowy – odpowiedział Adam znad skrzyń.

Gramotny wszedł do gabinetu.

Gabinet Leszka Gramotnego urządzony był wyłącznie w niezbędne do szefowania meble. Okazałe biurko zajmowało najwięcej miejsca w tym bardzo przestronnym pokoju. Na dzisiejsze posiedzenie wniesiono i ustawiono wokół biurka osiem wygodnych krzeseł. Właśnie na nich siedzieli obecnie jego wspólnicy.

Gramotny przeszedł przez gabinet, położył rulony i dokumenty na biurku, po czym usiadł w fotelu.

– Witam panów – powiedział.

Nikt nie odpowiedział.

Gramotny przez chwilę przyglądał się dobrze mu znanym twarzom.

„Sukinsyny, szuje i kanalie” – pomyślał.

Rozłożył rulony na biurku, wziął pierwszy z nich i zawiesił na stojącym obok stelażu.

Rysunek przedstawiał naturalnej wielkości świnię.

– Świnia – powiedział.

Nie było reakcji – zbyt dobrze znali Gramotnego, w ciszy, jaka zapadła, rosło napięcie. Gdy osiągnęło punkt krytyczny, Gramotny powiedział:

– Na europejskich rynkach jedna, około stukilogramowa świnia kosztuje od pięćdziesięciu pięciu do sześćdziesięciu dolarów. Z prostego rachunku wynika, że za milion świń można otrzymać od pięćdziesięciu pięciu do sześćdziesięciu milionów dolarów. To godna zastanowienia kwota.

Gramotny przerwał, przez chwilę patrzył w rysunki na biurku, wreszcie podniósł głowę i powiedział:

– Nie zamierzam hodować świń.

Wziął z biurka następną planszę i zawiesił ją na stelażu. Był to rysunek techniczny ukazujący przekrój przez sztuczną świnię.

– Panowie – powiedział – być może rozpoczniemy pierwszą w dziejach, niejako historyczną, produkcję sztucznej świni.

Gramotny wziął do ręki wskazówkę i pokazując, zaczął objaśniać:

– Ta prosta konstrukcja stawowo-żebrowa będzie zasilana starym, nieco tylko zregenerowanym akumulatorem samochodowym, umieszczonym tutaj. Konstrukcja ta posiada trzy niezależne mechaniczne obwody, zwrotnie sprzężone z minikomputerem, umieszczonym w tym miejscu, i przez komputer ten sterowane. Trzy zapisane w nim programy nakładają się na siebie i uzupełniają. Pierwszy, bezpośrednio sprzężony z synchronizatorem ruchów, ma nadzór nad zachowaniem się kręgosłupa i nóg – steruje tułowiem, głową, nogami i ogonem. Drugi, sprzężony z niesłychanie udaną sztuczną skórą mającą fenomenalne właściwości elektryzowania się ładunkami elektrostatycznymi, jest odpowiedzialny za reakcje naszej świni, bowiem przy każdym dotknięciu następuje ubytek ładunków. I im dotknięcie silniejsze, tym ubytek większy, a co za tym idzie, reakcja świni intensywniejsza. Na koniec trzeci, odpowiedzialny za sztuczną fizjologię świni, sprawia, że może ona jeść, pić, a nawet wydalać.

Gramotny przerwał, popatrzył po zebranych i z uśmiechem powiedział:

– To nie koniec. Tutaj – pokazał – znajduje się urządzenie wydające dźwięki, podłączone do sztucznej skóry tak, że gdybyśmy mocniej uderzyli świnię, to ta chrząknęłaby albo zakwiczała.

Przerwał i tryumfalnie popatrzył na zebranych.

– Złudzenie jest kompletne – powiedział i usiadł.

– Do rzeczy – odezwał się siedzący z lewej, niechlujnie ubrany i zarośnięty typ.

– Koszt produkcji jednej świni – według bardzo dokładnych wyliczeń – nie przekracza pięciu dolarów. Decydują o tym następujące elementy: po pierwsze – konstrukcja stawowo-żebrowa wykonana będzie z żeliwa, a nie ze stali, bowiem świnia musi być ciężka, a nie trwała, po drugie – zawarłem już kontrakt z pewną niemiecką firmą, która ze swego składowiska chce się pozbyć ponad miliona sztuk starych akumulatorów. Płaci za transport i daje trzysta tysięcy marek temu, kto to zabierze, po trzecie – z rozmów, które prowadzę z Koreańczykami wynika, że zamawiając milion sztuk, możemy wynegocjować interesującą nas cenę za minikomputer.

– Chciałbym zobaczyć prototyp – powiedział nieskazitelnie ubrany, szpakowaty mężczyzna.

– Wszystko w swoim czasie – powiedział Gramotny – a na razie, jeśli mielibyśmy rozpocząć produkcję, to moje zakłady muszą zostać przystosowane, czyli zmodernizowane i zrobotyzowane.

– Koszt – powiedziało naraz dwóch przylizanych gogusiów, wyglądających jak bliźniacy.

– Około dwóch milionów dolarów, co się przekłada po dwieście pięćdziesiąt tysięcy na głowę.

– A ty? – zapytał łysy, jajogłowy okularnik.

– Ja daję miejsce, energię i robociznę.

– Ale komu ty te świnie chcesz sprzedać? – powiedział Czerwonogęby Wąsacz.

– To świnie eksportowe, sprzedam je tam, gdzie jest popyt, na wschód.

– Szczegóły – mruknął typ o wyglądzie bandziora.

– Nie zapraszałbym was tutaj, gdybym nie poczynił wstępnych kroków – odpowiedział Gramotny.

– Konkrety – zniecierpliwił się Szpakowaty.

Gramotny poprawił się w fotelu.

– W pewnym miasteczku, blisko wschodniej granicy, założyłem całkiem legalną spółkę eksportowo­-importową, z kompletnie nielegalnym właścicielem. Ta spółka właśnie przeprowadzi transakcję tak, żeby w papierach wszystko się zgadzało. Po wyprodukowaniu całego miliona świń podzieli się je na pięć części, po dwieście tysięcy sztuk każda. W oznaczonym dniu – wy, panowie, i ja z konstruktorem świni – dostarczymy pociągami do pięciu różnych przejść granicznych nasz towar, bowiem te pięć transakcji – ze zrozumiałych powodów – musi się odbyć jednocześnie.

– A dlaczego nie załatwić wszystkiego w jednym transporcie? Koszty byłyby mniejsze – powiedział śmieszny, niewysoki typek o wyglądzie szczurka.

– Powiedziałem moim kontrahentom, że ogołocę Polskę ze świń. Jeden transport mógłby być podejrzany.

Gramotny wstał i powiesił jeszcze jeden rysunek na stelażu.

– Rozeznałem już warunki na przejściach granicznych. Wszędzie są bardzo podobne – powiedział i pokazując na plan, kontynuował:

– Świnie będą musiały pokonać odległość peronu, przechodząc z wagonów o mniejszym rozstawie osi do innych, o rozstawie szerszym, bowiem – jak zapewne wiecie – tory kolejowe u naszych sąsiadów są szersze. Kontrahent płaci złotem, według cen giełdy. Z rączki do rączki.

– Z rączki do rączki, żeby nie było rzeżączki – zaśmiał się Niechluj.

Pozostała siódemka ryknęła śmiechem. Gramotny uciszył rozbawienie ruchem ręki.

– Nim zobaczycie prototyp – powiedział – muszę dodać, że świnie nasze, oprócz ręcznego sterowania przy pomocy uderzeń w sztuczną skórę, mogą być sterowane przy pomocy specjalnego pilota, którym będą również włączane. Nasz prototyp wykonany w pracowni konstruktora jest mniej więcej o połowę mniejszy od produktu, który opuszczać będzie taśmę. Natychmiast po transakcji zostanie zlikwidowana spółka eksportowo-importowa, a po sprzedaży złota zysk zostanie podzielony na dziesięć części, bowiem jedną część otrzyma wynalazca i konstruktor świni.

Gramotny wyprostował się i uroczyście powiedział:

– Oto konstruktor wraz z prototypem.

Drzwi do gabinetu otworzyły się i natychmiast wbiegła przez nie świnia, a za nią ukazał się Adam Polak.

– Chciałbym usłyszeć, jakie wydaje dźwięki – powiedział jeden z Bliźniaków.

Adam kopnął prototyp. Świnia kwiknęła i uciekła pod biurko.

Zebrani wybuchnęli śmiechem.

Szpakowaty schylił się i zajrzał pod biurko, cofnęło go. Wyprostował się i zdumiony powiedział:

– Ona nawet śmierdzi jak świnia.

Adam lekko pobladł, ale natychmiast odpowiedział:

– Tym trwałym zapachowym preparatem będzie nasączana sztuczna skóra.

– Niebywałe – powiedział Szczurowaty.

– Zupełnie jak żywa – Czerwonogęby Wąsacz ucieszył się jak dziecko.

– Ja w to wchodzę -kiwnął głową Niechluj – ochroniarz za godzinę przyniesie pieniądze.

– My też – pierwszy Bliźniak z zadowoleniem pogłaskał walizkę.

– Pieniądze mamy tutaj – powiedział drugi – zostawimy sekretarce.

– Przelew – oznajmił Wąsacz.

– Jeszcze dzisiaj – dodał Szpakowaty.

– Ja mogę dopiero jutro – odezwał się Szczurowaty. – Mam pieniądze w depozycie.

Łysy okularnik i typ o wyglądzie bandziora naradzali się cicho. Wreszcie Łysy powiedział:

– Damy ci czek potwierdzony do realizacji przez dwa dni.

Świnia wyszła spod biurka, pobiegła do okna, zawróciła i przycupnęła pod fotelem Gramotnego.

Wszyscy spojrzeli na Adama. Manipulował pilotem.

– Świetny manewr – powiedział Szpakowaty.

– Wychodzimy – razem szczeknęli Bliźniacy.

– My też – Łysy z Bandziorem podnieśli teczki.

– I my – Wąsacz ze Szpakowatym pomaszerowali w kierunku sekretariatu.

– Zaproś nas do obejrzenia pierwszej seryjnej – powiedział Niechluj.

– Absolutnie, koniecznie – dodał Szczurowaty.

Wszyscy wyszli.

Adam patrzył za nimi, a gdy zobaczył, że znaleźli się w holu, poszedł zamknąć drzwi gabinetu.

Świnia wylazła spod fotela i truchtem ruszyła w jego kierunku. Zamknął drzwi. Świnia stanęła, zrobiła w miejscu zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i ruszyła na Gramotnego. Ten wlazł na stołek i triumfalnie popatrzył na Adama.

– Wyłącz ją – powiedział.

– Z tym będzie kłopot – Adam podrapał się w brodę.

– Dlaczego? – Gramotny ciągle był rozbawiony.

– Bo to jest żywa świnia.

– Nie żartuj.

– Nie żartuję – poważnie powiedział Adam, uśmiechnął się i dodał: – Gdybyś znał prawdę, nie przekonałbyś ich i nie odzyskał pieniędzy.

– A to? – Gramotny wskazał na rysunki.

– To kompletna brednia.

– Jak to? – Gramotny zlazł z krzesła, zbladł, a potem poczerwieniał.

– Zwyczajnie niemożliwe.

Gramotny zsiniał, złapał się za serce i padł na fotel, dysząc ciężko.

Adam dwoma susami dopadł drzwi sekretariatu.

– Panno Agatko – zapiał – szef ma atak.

Sekretarka wyjęła z biurka buteleczkę i ruszyła do gabinetu. W drzwiach stanęła jak wryta.

Na środku gabinetu stała świnia, wpatrując się w nią małymi, świńskimi oczkami.

– Wyłącz pan tę świnię – powiedziała do Adama.

– Tego się nie da zrobić.

– Dlaczego?

– Bo to jest normalna, zwykła, żywa świnia.

– Przecież miał być prototyp! – Sekretarka ciągle stała w progu.

– Chodzi pani o to? – Adam pokazał na rysunki.

– Oczywiście.

– To absolutna brednia. Nie-mo-żli-wość – wyskandował Adam.

– Boże – sekretarka zbladła – przecież myśmy wydali w Stanach całą kupę pieniędzy na reklamę „Niezwykła zabawka ogrodowa – sztuczna świnia jak żywa”. Dzisiaj przyszły pierwsze zamówienia, na dwadzieścia tysięcy sztuk.

Adam osłupiał, a potem z wściekłością spojrzał w kierunku fotela. Gramotny ledwo zipał. Odwrócił się do sekretarki, ale ta z zainteresowaniem patrzyła na środek gabinetu.

Spojrzał na świnię. Lała na dywan. Jak świnia.


SFINKS

Wstęp. Wiedza encyklopedyczna

Sfinks. Długość – siedemdziesiąt cztery metry. Szerokość – około dwudziestu pięciu metrów. Wysokość – dwadzieścia metrów. Zbudowany z odłamów skalnych.

Wiek – oficjalnie mówi się, że ma około czterech tysięcy lat, ale może mieć i dwanaście tysięcy.

Strażnik piramid.

Część pierwsza. Kuternoga

Jestem chromy. Kuleję, bo jedną nogę mam krótszą. W dzieciństwie nabawiłem się paskudnej choroby. Heinemedina. Moi rówieśnicy w szkole nazwali mnie „kuciawka”. I tak zostało przez całą podstawówkę. Kiedy wydoroślałem, sprawiłem sobie but ortopedyczny. Ale i tak utykam. Teraz wszyscy nazywają mnie „kuternoga”. Pewnie dlatego, że mam nieprzyjemny charakter. Jestem zrzędą i gburem.

Część druga. Sknera

To nieprawda, że jestem skąpy. Tak, w rodzinie nazywają mnie dusigroszem, albo czasem skąpiradłem. Ale zwykle mówią „sknera”. A ja tylko umiem gospodarować pieniędzmi. Zarządzam nimi. Nie mam długów i zawsze mam odłożoną niewielką sumę na wszelki wypadek. Nie pozwalam sobie na szaleństwa, na które mnie nie stać. W tych sprawach jestem twardy. Ale w domu nie brakuje niczego. No i mieszkanie jest moje. Kiedy je spłacałem, harowałem do upadłego. Teraz nie muszę już tak dużo pracować. Lubię swój dom i kocham moją wspaniałą, cudowną żonę.

Część trzecia. Żona

Poznaliśmy się na przystanku. Stałem i gapiłem się na nią jak zaczarowany. Najzwyczajniejsza szatynka, nieco przy kości, o mądrych, błękitnych oczach. Kiedy wreszcie zniecierpliwiona spojrzała na mnie – wykrztusiłem:

– Ja panią przecież...

– Tak, wiem, znasz mnie skądś.

– Ja...

– Weź mnie na lody – powiedziała i ruszyła w stronę cukierni.

Pokuśtykałem za nią. Szła dość szybko, więc nie bardzo nadążałem. Tuż przed drzwiami cukierni zatrzymała się i odwróciła. Widząc utykającego, zasapanego faceta, z dezaprobatą pokręciła głową.

Jedliśmy lody. Sprawiało jej to niebywałą frajdę. W połowie uczty przypomniała sobie o mnie.

– Powiedz coś wreszcie.

– Nie mam o czym – powiedziałem szczerze i przestraszyłem się.

Przyjrzała mi się uważnie.

– Nie dość, że kaleka, to jeszcze idiota.

Po chwili dodała jakby do siebie:

– I ja mam z tym facetem spędzić resztę życia.

Potem były jeszcze dwa lata trudnego narzeczeństwa.

Od siedmiu lat jest moją żoną.

Część czwarta. Los

Wygrana drugiego stopnia. Ponad osiem i pół tysiąca złotych. To może być pierwszy w moim życiu samochód. Siadam przy stole w kuchni i czekam, aż wróci moja kobieta.

Część piąta. Kłamstwo

Nie znoszę kłamstw.

Część szósta. Taka gra

Jest już. Siedzi naprzeciwko, piąstkami podpierając brodę. Już wszystko wie.

– Pojedziemy – mówi wolno.

– Może auto?

– Jakiś stary gruchot, bo na nowe za mało.

– Jakbym pomajstrował...

– To byś częściej majstrował, niż jeździł.

Cisza. Wstaje, podchodzi do szafy. Ale nie otwiera jej. Odwraca się.

– Nie mam nawet porządnej sukienki – mówi z żalem w głosie.

Wraca. Znowu siada naprzeciwko.

– Moglibyśmy pojechać do Egiptu. Zobaczyć piramidy i Sfinksa.

Nie odzywam się.

– Czy wiesz – mówi wolno – że ten, kto obejdzie Sfinksa siedem razy, a potem pomyśli jakieś życzenie, to zostanie ono spełnione?

Wstaje. Patrzy na mnie z uśmiechem Giocondy.

– Zbiera tylko ten, kto zasieje – mówi.

– Proszę o czas – podnoszę rękę ruchem trenera siatkarzy.

Oboje wiemy, o co chodzi. To taka gra.

Część siódma. Podróż

Wziąłem czas. Mam prawo przez godzinę zostać sam. Siadam w fotelu. Muszę bliżej przyjrzeć się tej podróży. Nie lubię opuszczać domu.

Co najmniej dwa tygodnie. Zwiedzanie i oglądanie. Kupić nową, solidną laskę.

Pociąg. Tłok, smród, ciężkie walizki. Chce mi się pić, jeść, siku, przepraszam, czy. Bilety do kontroli. Paszporty proszę. Prześpij się, teraz ja będę czuwał. Stop. Nie.

Samolot. Tłok pewnie taki sam. Tak samo ciężkie walizki, ale tylko trzy godziny lotu i jesteśmy na lotnisku w Kairze. Upał, smród i nienajlepszy hotel. Strzeż się złodziei i terrorystów. Zmiana klimatu. Prawie bezsenna pierwsza noc. Musimy wcześnie rano wstać, bo do Gizy jest dziesięć kilometrów, a ja nie chcę iść w upale. Mam nadzieję, że autobus będzie spod hotelu.

Ósma rano. Stoimy przed Sfinksem. Obwód tego kolosa to prawie dwieście metrów. Muszę trzymać się blisko, wtedy będę miał do pokonania dwieście dwadzieścia, w najgorszym razie dwieście pięćdziesiąt metrów. Wybieram najgorszą opcję. Siedem razy dwieście pięćdziesiąt. Niecałe dwa kilometry. Przy moim kalectwie powinienem pokonać pierwsze okrążenie w piętnaście minut, ostatnie w dwadzieścia pięć. Jak dobrze pójdzie, wypowiem życzenie kilka minut po dziesiątej. Laga w dłoń. Naprzód.

Pierwsze okrążenie.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.