Opętanie - Helena Rotwand - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 386 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Opętanie - Helena Rotwand

Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli. W listach codzienne zdarzenia przeplatają się z marzeniami, także tymi, z których oboje nie zdawali sobie sprawy. Powoli wciąga ich magia słów, pojawia się erotyczne napięcie i rosną wzajemne oczekiwania.

 

To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem.

 

Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

 

 

Inteligentnie błyskotliwa. Nie ma mowy o nudzie, sztampowości i nijakości. Opowieść, która ma ręce, nogi... i zgrabny tyłek. Czego chcieć więcej?!

pajeczyca.bloog.pl. 4.109.000 odsłon.

 

Opętanie...” to książka z gatunku tych, które kładzie się na brzegu półki, żeby ławo było po nią sięgać. Ta opowieść nie ma jednego klucza, ale każdy znajdzie do niej swój własny klucz oparty na doświadczeniach i emocjach.

rodorek.bloog.pl. 2.312.000 odsłon

Opinie o ebooku Opętanie - Helena Rotwand

Fragment ebooka Opętanie - Helena Rotwand




Strona redakcyjna


Opętanie, czyli zgubne skutki masażu stóp

„Głos Mazowiecki” z dn. 15.09.2010 roku

Kronika sądowa

„Sąd Rejonowy w Otwocku, II Wydział Karny zawiadamia o wszczęciu postępowania z urzędu. Pierwsza rozprawa w sprawie o sygn. akt nr II/Ks. 81/10 przeciwko Fryderykowi T. Anielskiemu, oskarżonemu o czyn z art. 156, par. 1, pkt 2 kodeksu karnego odbędzie się w dniu 19.09.2010 roku w sali nr 8 Sądu Rejonowego przy ul. Kościelnej 13. Obecność pokrzywdzonej na rozprawie jest obowiązkowa”.

Jak dowiedzieli się nasi reporterzy, zapowiada się sprawa bez precedensu. Prokuratura zarzuca oskarżonemu doprowadzenie 50-­letniej kobiety do choroby psychicznej i trwałej niezdolności do pracy za pomocą listów mailowych i... masażu stóp. Dowodami w sprawie bodaj po raz pierwszy w historii ma być dziennik pokrzywdzonej, a także zawartość jej skrzynki, zawierającej ponad tysiąc listów. Pikanterii sprawie dodaje fakt, iż zarówno oskarżony, jak i pokrzywdzona pozostają w związkach małżeńskich, a ponadto oskarżony jest o 15 lat od niej młodszy.

Ze względu na ochronę dóbr osobistych pokrzywdzonej proces będzie się toczyć przy drzwiach zamkniętych.

1 kwietnia

Nie poszukuję drugiej ani trzeciej połówki, bo taką już mam. Szukam osoby, która dodałaby coś do wiedzy, jaką posiadam. Szukam partnera intelektualnego (ale nie jestem fizykiem jądrowym, więc spoko) do popisania, pogadania przy kawie czy pójścia na jakiś odjechany film. Kocham Gabę Kulkę i peruwiańskie, tudzież norweskie kino.

Chciałabym umieć chodzić na takim luzie, jak Murzyn na Bronksie, ale nie potrafię. Pędzę. Próbuję wyciągnąć z życia, ile się da. Szukam kogoś nowego, z kim będę mogła o tym pogadać.

21 kwietnia

No, nareszcie! Po trzech tysiącach wizyt, dwustu banalnych zaczepkach i stu zaproszeniach na kawę od ludzi absolutnie nieinteresujących, napisało do mnie nagle trzech ciekawych mężczyzn. Ciekawych, czyli takich, którzy na portalu pokochasz.pl stworzyli sobie porządny profil, a o to trudniej niż o Świętego Graala.

Marcin, lat 30

Witaj,

Pozwalam sobie bezczelnie od samego początku...

Twój opis „partnera”... po przeanalizowaniu (oczywiście, że skrupulatnym, a jakżeby inaczej)... cholera... pasuje...

Odpisałam:

Mówisz, że ten opis... cholera... pasuje. Nie wyglądasz mi, co prawda, na miłośnika kina peruwiańskiego, ale nie chcę Cię tak od razu skreślać. Może rzeczywiście masz coś do powiedzenia? Przekonaj mnie.

Adam, 45 lat

Miło było poczytać Twój opis.

Uśmiałem się, zwłaszcza ten Murzyn mnie rozbawił... A dokąd i po co tak gnasz?

Pozdrawiam serdecznie. A.

Dzięki za uznanie. To niestety nie mój pomysł... Choremu z nadciśnieniem lekarz powiedział: Niech Pan zacznie chodzić jak Murzyni z Bronksu. Czy Pan widział, żeby oni się gdzieś spieszyli? :-)

Miłego dnia!

Tomasz, 34 lata (najciekawszy profil!)

Znalazłaś już rozmówcę i fana norweskiego kina? Jeżeli nie, to polecam się na próbę talentów epistolograficznych.

Cześć. Na te trzy tygodnie bytności coś się da wybrać, choć to jeszcze nie jest TO. Miło, że ktoś zadaje sobie trud opisania siebie i swoich oczekiwań w stopniu szerszym niż „sama zobaczysz”. Mam alergię na leni.

Sam sobie stworzyłeś ten opis na profilu? Bo coś on jest podejrzanie dojrzały...

Prawie się obraził. Nic na to nie poradzę, że mam ograniczone zaufanie do bardzo mądrych tekstów pisanych przez szczawiów. Bo jak ktoś jest tylko parę lat starszy od mojego syna, to jest szczawiem i już! Ale ten nie dał za wygraną...

Nie jestem leniem. Staram się jak świeca zmieniać odblask na ścianie...

Posłuchaj nieśmiało, potem opisz... to jak norweskie kino... coś niesłyszalnego, nieznanego... Gaba Kulka jest OK. Znasz jednakże Michała Jelonka?

Pierwsze słyszę. Któż to, ach, któż?

Nie czekając na odpowiedź, Jelonka natychmiast sprawdziłam na You Tube. Rzeczywiście, znakomity...

Czternaście maili od Tomasza pierwszego dnia, większość pod tytułem: „Nie poddać się bez walki”. Nie nadążam odpisywać na jedne, już przychodzą następne. Gość chyba naprawdę szuka na poważnie.

Coś w nim jest intrygującego, zwłaszcza to zestawienie z wiekiem... uwiera.

A wszystko zaczęło się 1 kwietnia, w prima aprillis. Tak jest, zarejestrowałam się na portalu dla samotnych, zawiedzionych, poszukujących drugiej połówki. Założyłam sobie profil na pokochasz.pl.

Wiem, wiem, co mówiłam przez lata, że to bezpłatne stręczycielstwo, uwodzenie bez konsekwencji... OK, OK! Już! Wystarczy!

Wszystko przez Maję. Dziewucha jest o 20 lat młodsza i ma charakterystyczną dla tego wieku manierę wykazywania wyższości wobec takich 50-letnich staruszek jak ja... Lubię ją, bo jest bystra i lekko zakręcona, ale ten ton pobłażliwości, kiedy poruszamy tematy damsko-męskie, doprowadza mnie do furii!

No i dałam się sprowokować, kiedy rozdyskutowałyśmy się na temat takich randkowych portali, na których ona buszuje. Ostrożnie zapytałam, po co jej to, skoro ma 30 lat i ładną buzię. Na co ona, że takie portale są właśnie dla ludzi w jej wieku, którzy nie mają czasu ani okazji poznać kogoś w inny sposób, bo tyrają do nocy w tych swoich bankach czy agencjach reklamowych. Ale takie starszaki jak ja nie mają tam czego szukać, bo zwykle mają już swoje rodziny, a poza tym w TYM wieku to już się o głupotach nie powinno myśleć.

„Ożeż ty!”, pomyślałam.

Jakie „starszaki”, jakie „nie powinno”? To teraz już jeden wielki OVER, bo skończyłam pięćdziesiątkę? Habit na plecy, a termofor do łóżka? To po co ja wydaję bajońskie sumy na kremy, botoks, colorans na głowę? Po kiego czorta od 18. roku życia jestem na diecie, przez co permanentnie chodzę głodna? Dla kogo? „Dla męża” – usłyszałam.

No dobra, mąż jest najważniejszy, ale przecież świat zapełniony jest różnymi osobnikami... Przybyło ich trochę na tej planecie od czasu Adama. To już nikomu nie można się podobać, tak niezobowiązująco?

Nie wiem, co we mnie wstąpiło! Założyłam się z nią, że w ciągu miesiąca znajdę na randkowym portalu korespondenta na poziomie, który w ciągu następnego miesiąca straci dla mnie głowę. Ma być młodszy o co najmniej 10 lat i obiektywnie przystojny, nie jakiś pokurcz czy niewidomy. I jak w Niebezpiecznych związkach... dowodem mają być jego listy. Założyłyśmy się o weekend w SPA, full wypas, pełna opcja.

Mam nadzieję, że wygram, bo jak nie, to leżę... Nie pójdę przecież do męża po pieniądze, a ostatnie zakupy (prezent na ślub Iwony, no i garsonka) mocno nadszarpnęły moje oszczędności...

22 kwietnia

Korespondencja z Tomkiem rozpędza się i nie chce się zatrzymać. Nie mogę wysiedzieć w pracy, rozsadza mnie ciekawość, co też dziś wysmarował. Po dwudziestym liście próbuję go wypunktować, a on od razu odpowiada:

Zaznacz, do których cech się nie przyznajesz:

– wysokie poczucie własnej wartości (no nie powiem, czasami staję na wysokości poczucia własnej wartości),

– duża pewność siebie (czasami pewnie siebie dużo daję),

– lekkie poczucie wyższości nad plebsem, czytaj przeciętnym Kowalskim, tendencja do lekkiego snobizmu? (NIGDY!),

– wieczny apetyt na wiedzę (Leonardem już nie zostanę... ale się staram),

– apetyt na życie, stan nienasycenia (lubię smaki życia, nie powiem),

– potrzeba ciągłego sprawdzania się i udowadniania swojej wartości, drażliwość na uwagi, które mogą być uznane za krytykę, czyżby jakiś kompleks u źródła? (NIGDY!),

– ADHD – wieczny bieg, lęk przed zardzewieniem (BINGO!),

– indywidualizm (okresowo w warstwach odkrywkowych), może czasem zbyt duży (nie przeginam), chęć bycia nietuzinkowym za wszelką cenę? (Znak zapytania na właściwym miejscu. Nie idę w tym kierunku).

Innym problemem jest ustalenie, czy my rzeczywiście szukamy tego samego (jakoś nasze łopaty spotkały się na tej pustyni).

Ty chyba kładziesz nacisk na potyczki słowne, rozbujanie słownictwa, delektowanie się językiem... (to sinusoidalne). Ja już ten etap mam za sobą. Teraz interesuje mnie wyłącznie sens, treść, najprostszy przekaz. Nie chce mi się zgadywać, co poeta miał na myśli. Wolę dostać pytanie wprost i wprost odpowiadać... (zahaczam czasami o narrację, ale nie przeginam), co nie zwalnia mnie oczywiście od poprawności językowej ani nie zabrania mi bawić się formą czy skojarzeniami...

(Uff! Czy wiesz, o co mi chodzi? – O NORMALNOŚĆ MYŚLOWO-JĘZYKOWĄ, to znaczy chodzi o to, aby język giętki zrobił wszystko, co pomyśli głowa [czy jakoś tak...], szukam dojrzałych emocjonalnie ludzi, takich słownie ułożonych. Układających palce na klawiaturze, aby coś przekazać... Zaintrygować... Podsycić tempo rozmowy. A potem spokojnie bawić się słowem).

Ale Ty narzucasz straszne tempo! Nie wyrabiam się, bo nie mogę przecież spędzić przy laptopie całego wieczora... Mąż siedzi obok, na stole stoi melon z prosciutto, a ja klepię w te klawisze. Spróbuję jakoś uporządkować to wszystko, ale potrzebuję chwili...

Po co ten pośpiech? Jak odpiszesz jutro, też będzie dobrze. Nie jestem frustratem życiowym, który będzie słał Ci ponaglające myśli...

Łatwo powiedzieć... Ale co począć, kiedy to tak wciąga? Czasem jest bardzo zabawnie, czasem męcząco. Chłopak jest chaotyczny, rozpoczyna różne wątki, ale zanim zdążę się do nich dopiąć, już je porzuca i zaczyna inne.

Jest taki zachłanny, jakby bał się, że za chwilę wszystko się skończy. Jakby chciał wtłoczyć w te parę zdań wszystko, co wie i czego chciałby się dowiedzieć. Jest bystry i wyszczekany. Po raz pierwszy zaczynam się bać, że to ja za nim nie nadążę. Kurczę! Nie tak miało być!

Aha, i muszę coś zrobić z jego imieniem. Tomasz jest banalny... Nazwę go Fryderykiem.

ALE, ALE! Pierwszy etap zakładu wygrałam: JEST facet, młodszy o 15 lat, czyli normę wykonałam w 150 proc., przystojny, sądząc po zdjęciu, inteligentny i z pewnością nie niewidomy. No i chyba zainteresowany. Nie omieszkałam pochwalić się Majce pierwszym sukcesem. Prychnęła jak kotka, ale chyba spojrzała na mnie z lekkim podziwem. Zobaczymy, co będzie dalej...

Sama jestem zaskoczona, że tak dobrze mi poszło, bo początki były straszne. Nieźle się namordowałam, żeby zaistnieć na tym portalu.

Zaczęłam od szukania odpowiedniego zdjęcia i – utknęłam. Przejrzałam wszystkie, rodzinne, portretowe, wycieczkowe i... nic!

Cholera by to! Stwierdziłam, że nie mam przyzwoitego zdjęcia, na którym wyglądam adekwatnie do wieku, ale nie nazbyt poważnie, w pewnym zbliżeniu, ale bez przesady, bez psów, kotów i przyjaciół, no i nie infantylnie. Bez kokietowania dekoltem, żeby nie podsuwać głupich pomysłów, no i nie to z mewami, chociaż jest piękne, i tak dalej, i tak dalej.

Szukałam trzy godziny, wreszcie wybór padł na świeży portret, przeznaczony do firmowego folderu. Zdjęcie było dość poważne, ale ładne.

A potem wzięłam się za układanie mojego profilu. Szukanie zdjęcia to był przy tym pryszcz... Wpadłam w otchłań wątpliwości, jak przedstawić siebie i swoje oczekiwania, żeby nie ośmieszyć ani siebie, ani rodziny, w razie gdyby jednak ktoś znajomy tu trafił?

Uczciwie podałam swój wiek. 50 lat to w końcu żaden wstyd. Stan cywilny, wykształcenie, języki. Na pytanie: czego szukasz – przyjaźni, partnera, przygody? – wpisałam zgodnie z prawdą: przyjaźni. Nie chciałam okłamywać mężczyzn szukających na poważnie, aż tak zepsuta nie jestem.

Idąc dalej tym torem, wzięłam się za układanie swojego profilu. Pisałam i kreśliłam. Znów pisałam i kreśliłam, a zajęło mi to całe popołudnie. Napisałam, że nie szukam drugiej połówki, bo już taką mam, że potrzebuję NIE seksu, tylko intelektualnych wyzwań, nowych przyjaźni, partnerów do dyskusji.

Istniało ryzyko, że przez tę szczerość nikogo nie „uwiodę”, ale trudno.

Na szczęście (i nieszczęście) okazało się, że tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia, co człowiek napisze. I tak zaczęły spływać listy typu:

Być może zbyt bezpośrednie i nietaktowne będzie to pytanie, ale w związku z tym, że jesteś piękną kobietą, pozwolę sobie je zadać – czy jesteś może zainteresowana romansem z 30-latkiem? Pytanie jest jak najbardziej poważne. Pozdrawiam.

Albo list 19-latka:

Uważam, że pomimo mojego wieku i różnicy lat, jaka nas dzieli, taka znajomość może być bardzo owocna dla obu stron... Myślę, że tak atrakcyjną kobietę jak Ty mogę zaspokoić zarówno jeśli chodzi o ciało i ducha.

No, ja myślę... 31 lat pomiędzy... to by było coś! Ale to może w drugim życiu, teraz nie mam czasu!

Listy zaczęły spływać szeroką strugą. Już w kilka godzin po zainstalowaniu się na pokochasz.pl miałam 15 wiadomości od różnych facetów. Jedne beznadziejne, inne całkiem interesujące. „Chude mięso z kością oddam w dobre ręce”. To jeden z lepszych. Prawie nikt nie załączył zdjęcia, więc oceniałam tylko ich wnętrze, żeby była jasność... Sporo zaproszeń na kawę, ale mało kto zadał sobie trud, żeby się jakoś zaprezentować. Pracowicie odpisałam wszystkim, marnując cenny czas w biurze, aż musiałam sama na siebie wrzasnąć i przywołać do porządku!

Najgorsi byli ci najmłodsi, bo nie tylko nic o sobie nie potrafili napisać, ale szli na łatwiznę, próbując mnie zwyczajnie poderwać. Początkowo dawałam się wciągać w takie rozmówki, z czasem zaczęłam ich spławiać:

Nie chcę byś czuła się staro, absolutnie, a ja nie chcę czuć się jak małolat, chcę, żeby było miło i przyjemnie.

A ja zastanawiałam się, co by było, gdyby w kafejce zaskoczyła nas grupa Twoich przyjaciół... Już widzę tę panikę w oczach i gwałtowny proces myślowy: co powiedzieć, kto to jest? Ciocia z Ameryki czy koleżanka matki?

Rany, ale by się działo!!

Hej, a może kawa? Wojtek.

Dzięki, ale jednak jesteś dla mnie za młody.

Do wypicia kawy?

A co będzie, jeśli kelnerka zapyta mnie: A co dla syna?

I po co ja się tak męczyłam z tym profilem?

24 kwietnia

Tomasz... pardon, Fryderyk pisze jak na speedzie. Boję się otworzyć laptop, bo mam wrażenie, że te listy się z niego wysypią jak z przepełnionej skrzynki. Cholera, on też jest dla mnie za młody!!! No, jasne, że mi pochlebia, ale to się nie może udać.

Dziś zażądał wypełnienia tego samego testu na osobowość. Odpowiadam więc, czy mam:

– generalnie wysokie poczucie własnej wartości (mam),

– dużą pewność siebie (mam, chociaż nie jestem bezczelna),

– lekkie poczucie wyższości nad plebsem, czytaj przeciętnym Kowalskim (mam. Motłochu bał się nawet Marszałek Piłsudski. Nie widzę powodu, żeby się zniżać do poziomu plebsu),

– wieczny apetyt na wiedzę (Nie mam aż takiego jak ty. Może wiek daje mi ten przywilej. Nie dokończę już doktoratu z prawa, bo mi to wisi i nie widzę dla siebie z tego żadnych korzyści),

– apetyt na życie, stan nienasycenia (mam, no, wreszcie coś wspólnego),

– potrzeba ciągłego sprawdzania się i udowadniania swojej wartości (Nie bardzo. Znam swoją wartość, teraz nawet bardziej niż przedtem),

– drażliwość na uwagi, które mogą być uznane za krytykę (czyżby jakiś kompleks u źródła? – NIGDY!),

– ADHD -wieczny bieg, lęk przed zardzewieniem (zupełnie nie. Próbuję chodzić o 50 proc. wolniej niż dotychczas),

– indywidualizm (staram się).

Teraz widzisz, ile nas dzieli? Czy naprawdę masz jeszcze ochotę się ze mną pomęczyć?

Chciał.

Wypróbuj mnie... jak rodzaj grejpfruta... Czy nie jestem za kwaśny, czy nie mam zbyt grubej dla palców skórki? Czy dam się przełamać na pół, na cząstki... lub wycisnąć na sok? Zaciekawił mnie Twój opis, więc jestem. Tupię nieśmiało przed furtką, abyś porozmawiała przez szczebelki. Opisała, co sądzisz o rzuconej róży... z czym Ci się kojarzy?

I tak w kółko.

Znów nie mogłam dziś doczekać końca pracy... Jeszcze bieg do dentysty, na szczęście tylko na czyszczenie kłów, ale nie wiedziałam, że to teraz całe misterium. Założono mi czepiec, gogle i przykryto sporym obrusem (przypomniała mi się instrukcja kąpania kota: „Załóż maskę, fartuch, a najlepiej zbroję!” Wiem coś o tym.), po czym rozpoczęła się rzeź pod tytułem piaskowanie... Boże!

Dziś w ogóle jakiś dzień-zmora, bo cholerna zima nie odpuszcza! Nasypało ze 25 centymetrów śniegu, więc wykopanie samochodu spod tej zaspy nadwyrężyło moje i tak wątłe siły. W dodatku sama sobie strzeliłam w stopę, bo najpierw dokładnie oczyściłam dach i drzwi od kierowcy, żeby nie naprószyć do środka, delikatnie jednym półdupkiem wsunęłam się na fotel, zostawiając resztę ciała chwilowo na zewnątrz, po czym przekręciłam kluczyk, żeby włączyć ogrzewanie... W tym momencie ruszyły wycieraczki i jednym ruchem wrzuciły do środka górę śniegu!!! Drzwi z kieszenią pełną płyt, podłoga samochodu, moja spódnica, tudzież lewa noga utonęły pod białą pierzyną. Klęłam i śmiałam się jednocześnie.

To już czwarty tydzień na tym portalu. Ilość wejść nie spada, chociaż dawno przestałam być świeżakiem. Paru ludzi pisze do mnie intensywnie, obraża się nawet, kiedy nie odpisuję... Powoli uczę się asertywności, bo nie daję już rady odpowiadać wszystkim. Przekrój wiekowy od 19 do 55 lat. Sporo szczawiów, których ewidentnie kręci dużo starsza kobieta. Mój mąż miał rację, coś w tym jest. Jakiś wieczny kompleks Edypa czy co...?

Największym zaskoczeniem jest specyficzny podgatunek tych bardzo młodych, 25-, 30-letnich, piszących lepiej niż ich dwa razy starsi koledzy.

Jeden na przykład punktuje mnie z rosyjskich filmów, a ja za cholerę nie mogę się odgryźć tym samym. Co prawda, mogę zaszpanować kinem peruwiańskim, ale traktowałam je raczej jako straszak na idiotów, mający ich zniechęcić do pisania do mnie.

Nie podziałało...

Odpisał.

Chyba nie ma większego znaczenia, co odpiszę na pytanie, czy jestem idiotą... Jeżeli idiota odpowie Ci, że nim nie jest, to czy mu uwierzysz?

W pracy lubię tworzyć coś z niczego. Układając ciąg zdjęć, tworzysz coś zupełnie nowego jako całość. Możesz stworzyć Frankensteina albo dzieło sztuki. Nawet jeżeli odbywa się to w parszywej korporacji, w obecności ludzi, którzy wiedzą, jak sprzedać i kupić, ale nie jak tworzyć...

Jak wrażenia po Madeinusa? Italianiec był już dość dawno temu w kinach, bardzo krótko, przy okazji jednego z festiwali. Teraz trwa Doc Review – wybierasz się może?

Inny dwudziestopięcioletni mądrala podał w swoim profilu, że szuka tylko przyjaźni. Napisałam do niego:

Naprawdę szukasz tylko przyjaźni? Matko, to jakiś ewenement! A sądząc po wieku, to podwójne dziwo. Wszyscy szukają seksu albo drugiej połówki. Jesteś pewien, że dobrze wypełniłeś formularz?

Czekaj, a może Ty wyznajesz to staroświeckie przekonanie, że z partnerem trzeba się przede wszystkim lubić i przyjaźnić? Z seksem wszyscy sobie lepiej czy gorzej radzą, ale z przyjaźnią klapa. No, to już byś się wtedy kwalifikował do muzeum! Takich młodych ludzi po prostu nie ma! Więc Ciebie nie ma...

Śmieję się sama z siebie. Wciąż mam przed oczami Meg Ryan w filmie Masz wiadomość, jak sprawdza przez okno, czy jej narzeczony odjechał do pracy, po czym pędzi w piżamie do komputera, żeby odebrać pocztę... To ja tak samo! Opanowałam do perfekcji sztukę kamuflażu. Wpadam na portal jak huragan, kiedy tylko Misiek wychodzi po gazetę, kąpie się albo zasiada w pracowni.

Listy wciąż przychodzą. Coraz ciekawsi ludzie, coraz dłuższe listy. Obserwuję już u siebie lekką schizofrenię, korespondenci zaczynają mi się mylić... Strasznie muszę się pilnować, żeby się nie powtarzać, a samych poważnych partnerów mam już siedmiu.

Chociaż nikt nie jest w stanie przebić Tomka...

Zaczynam już widzieć pewne prawidłowości rządzące tym portalem, bo to niezły materiał do socjologicznych studiów.

Refleksja pierwsza: w mieście, w którym cztery kobiety przypadają na jednego mężczyznę, mieszkają tłumy samotnych panów. Jakim cudem nie udaje im się ze sobą zgrać...?

Refleksja druga, dość oczywista: wiek ani pozycja społeczna nie są żadną wykładnią poziomu korespondenta. Bardzo ciekawe i mądre teksty przychodzą czasem od naprawdę młodych, i odwrotnie. Refleksja trzecia: chyba większość kłamie jak najęta w temacie wykształcenia i nałogów. Gdyby za średnią krajową przyjąć statystykę netu, to jesteśmy najlepiej wyedukowanym narodem na świecie, kochającym teatr, podróże i wypoczynek na łonie przyrody, w dodatku niepijącym i niepalącym.

W skrzynce kilkadziesiąt nowych listów, przestaję nadążać! Listy zupełnie głupie...

Szkoda, że nie szukasz seksu, bo oddałbym Ci się calusieńki!!!

Taki jest z wami problem – oddajecie się z ochotą calusieńcy i oczekujecie adoracji jak Przenajświętszego Sakramentu! A samemu popracować nie łaska?

...albo nieporadne...

Witaj, Piękna Kobieto! Właśnie przed chwilką przeczytałem Twój profil i postanowiłem skreślić parę słów. Co prawda, nie wiem za bardzo, co mam napisać, aby zainteresować Cię moją sobą i skłonić do odpisania, ale...

Chłopcze drogi... sam się skreślasz, pisząc coś takiego. Czy ja mam ci podpowiadać, jak masz mnie sobą zainteresować? Jeden z moich korespondentów bezczelnie mnie sprowokował, drugi opisał swój problem z dziewczyną i poprosił o poradę, trzeci umiejętnie wziął na litość... Wszystkie te sposoby są już zajęte, więc musiałbyś wymyślić coś oryginalnego.

Chciałbym cię poznać. Marek.

Ambitne plany... Niektórym poznanie mnie zajęło ze 30 lat i wciąż nie są pewni, czy wszystko o mnie wiedzą...

25 kwietnia

Stwierdzam straszną rzecz – moje życie zawęziło się do ekranu laptopa. Na szczęście do pracy jeszcze wychodzę, ale też nie wiem, jak długo. Próbuję zachować resztki zdrowego rozsądku i wymyślam zajęcia pozalekcyjne.

Dziś na przykład wizyta u dawno niewidzianych znajomych. Ktoś powiedział, że nie ma gorszej rozrywki niż oglądanie cudzych zdjęć z wakacji... Święte słowa. Ale jeszcze gorsze jest oglądanie cudzych zdjęć w telewizorze, w dodatku bez żadnej selekcji.

Kiedyś się człowiek szczypał z kliszą, potem musiał zapłacić za wywołanie i odbitki. Pięć razy się zastanowił, zanim wybrał najlepsze. Teraz można przywieźć cyfrowe 500 zdjęć albo 5000 i... wszystkie puścić na ekran, jak leci. Trzy godziny murowane, gość nie wyjdzie! Cykl: Ja i katedra, Ja i wielbłąd, Ja i chatka Beduina jakoś zniosę. Ale Ja i morze, czyli fale albo piasek, albo fale i piasek razem... to jakaś masakra jest!!! Dlaczego ludzie nie mają za grosz szacunku dla innych i nie spróbują chociaż trochę ulżyć im w tym męczeństwie? Choćby redukując ilość fotek do 10 proc. albo 5.

Przy okazji – jakie jest najgłupsze pytanie, jakie można zadać w rozmowie?

Szczerze?

No, to właśnie było TO pytanie... Kiedy zapytają mnie: „I jak się podobało?”, odpowiem: „Szczerze? Bardzo mi się podobało”. Idiotyczne, nie?

Korespondencja trwa. Znów inny 25-latek nie daje za wygraną.

Mam nadzieję, że się nie gniewasz?

Nie, coś mnie w Tobie rozczula. Jak poczuję przypływ uczuć macierzyńskich, będzie niedobrze. Wtedy dopiero poczuję się staro! Na razie daję radę :-)

Ale trochę cię zaciekawiam?

Czy mnie ciekawisz – tak, bo wciąż nie rozumiem, dlaczego interesuje cię ktoś w wieku Twojej matki. Dlaczego Ci odpisuję? Bo mam obsesję zbawiania świata, to znaczy uczenia ludzi, jak lepiej budować wspólne życie. Skoro mnie się udało, to innym też może. Tylko do tego trzeba zmienić podejście. Wy jesteście zupełnie inni – niby luz dużo większy, a kompletnie wam nie wychodzi budowanie relacji. Strasznie mi was żal w gruncie rzeczy.

Tak po angielsku odeszłaś... :-(

...do kuchni robić jaja faszerowane. W końcu mimo zewnętrznej, może mylącej powłoki, jestem jednak też kurą domową.

26 kwietnia

Kozetka u psychoszki dzisiaj mokra od łez. Nie, żeby się wydarzyło coś strasznego, po prostu nagle poczułam się zostawiona sama sobie. Od pięciu miesięcy tu przychodzę, bo mimo pozorów bycia kobietą sukcesu też przechowuję parę trupów w szafie. Tylko że ona nie chce mi powiedzieć, co robię dobrze, a co źle! Niby mam dom, rodzinę, dobrą pracę, niby jestem ustawiona finansowo... Ale nie wiem, jak mogę pomóc bratu, który przechodzi kolejne załamania, i jak odpępowić rodziców? Jak przestać martwić się za cały świat? Czuję, że stoję w punkcie wyjścia. Do tej pory wierzyłam, że ta metoda ma sens, że sama muszę obserwować, jakie skutki odnoszą moje działania i wyciągać wnioski. Dziś coś we mnie pękło. Ja już nie mam czasu na uczenie się na błędach... Robię to od pięćdziesięciu lat, wieczna Wielka Improwizacja!!! Miałam nadzieję, że teraz ktoś weźmie mnie za rękę i lekko popchnie we właściwą stronę. Nic z tego. Ryczałam jak bóbr, ona zachowała pełne współczucia kamienne milczenie. No nic, zobaczymy, co będzie dalej.

W domu mała rekompensata za te nerwy. Mój balkon wychodzi na olbrzymie, monstrualnie wprost rozrośnięte drzewo. Niby to pięknie mieć tyle zieleni w mieście, a jednak wystarczy wejść do salonu w środku letniego dnia, żeby dostać depresji, i to skandynawskiej. Drzewo plus winobluszcz zabierają 85 proc. światła. Nie zostaje nic, od czego mogłyby się budować kości, albo poprawiać wzrok. A dziś niespodziewanie pod moją nieobecność drzewo zostało skrócone o połowę i obrzezane z każdej strony! Alleluja!!! Wreszcie widać niebo! Może tego lata salon nie będzie przypominał ziemianki?

Przez ten miesiąc napisało do mnie około dwustu mężczyzn i jedna kobieta, ale interesowało ją tylko GG. Mnie jakby mniej, choć sama kobieta bardzo. Wciąż cierpię na deficyt przyjaciółek z klasą. Liczba wejść przekroczyła 5 tysięcy. Nie robi to już na mnie wrażenia, chociaż wciąż nie mogę zrozumieć, dlaczego ja?

Z Tomkiem szaleństwo, jemu nie przechodzi, więc mnie też nie. Nurzamy się w oparach absurdu, przekomarzamy jak dzieci, testujemy swoją wytrzymałość na prowokację. Wciąż jestem na najwyższych obrotach, samo powitanie i pożegnanie w liście urosło do rangi jakiegoś rytuału. Już nie można po prostu napisać „cześć”.

Wieczorem przed snem analizuję, planuję, tworzę konstrukcje, a czasem coś fajnego wpada mi do głowy na granicy jawy i snu? I nawet potrafię to sobie powtórzyć i się napawać, jakie mądre i trafne, ale zanim się na dobre rozbudzę, wszystko znika jak sen jaki złoty.

Zaczęłam spać z kartką i ołówkiem przy głowie i po ciemku, nieprzytomna, coś bazgrzę. Nie zawsze potem wiem, co było genezą akurat takiego zwrotu czy historii, ale jak się dobrze skupię...

Dziś na przykład zapisałam: „Zdania jak butelki po wodzie, zmięte kartki papieru...”. Pół dnia kombinowałam, skąd się to wzięło, aż wreszcie sobie przypomniałam! Przyśniła mi się taka myśl (a propos mojej pisaniny na tym randkowym portalu), że złe zdanie, czyli niemądre, nietrafne sformułowanie trzeba zdeptać na płasko, tak jak się gniecie puste PET-y, żeby je było łatwiej zmieścić w koszu na śmieci. Robi się przy tym strasznie dużo hałasu, ale ono (to zdanie) zasługuje na takie traktowanie... A zmięte kartki to wspomnienie z dawnych czasów, kiedy pisarz energicznie wyrywał kartkę z maszyny, robił z niej kulkę i rzucał na podłogę... Kto dziś tak robi? Nie ma kulek z papieru, tylko klawisz DELETE. Nie można więc odzyskać tego, co się chwilowo nie podobało, a może nie było takie złe... Pokój już nie jest malowniczo usiany śnieżnymi kulami, więc i dowodów nie ma, że się pisarz namęczył...

27 kwietnia

Starość nie radość. Ból z karku zaczął promieniować do ramienia, jakby mi wbijali sześciocalowy gwóźdź. Nie mogę pracować ani czytać. Mam ochotę odciąć sobie głowę, żeby przestała tak ciążyć karkowi. Teraz rozumiem Annę Boleyn, która tuż przed egzekucją martwiła się: „Mam taką cienką szyję”. Właściwie powinna się cieszyć, kat nie musiał poprawiać...

Poddałam się w końcu i korzystając ze znajomości, wdarłam do przychodni rehabilitacyjnej w okolicy. Jakimś cudem kierownik placówki osobiście zajął się moim obolałym karczkiem, a potem wypisał skierowanie na cito, na dwutygodniowy turnus rehabilitacyjny w tejże placówce. Panie na wysokościach! Po raz pierwszy od 30 lat chyba będę leczona ZA DARMO! I to od ręki.

Szczęście mnie nie opuściło, bo trafiłam z marszu na najlepszego moim zdaniem rehabilitanta w tym przybytku. To, że ma urodę modela i długie palce, jakie może mieć tylko pianista albo ginekolog, NIE MA ABSOLUTNIE ŻADNEGO ZNACZENIA! Ani to, że ma 28 lat. No, może trochę... Ale cóż to za fachowiec, matko! Po dwóch sesjach mogę już kręcić szyją! Cuda, Panie!

No, przecież muszę być pełnosprawna! Kiedyś się chyba spotkam z Tomkiem oko w oko, a wtedy co? Zjawię się w kołnierzu ortopedycznym? Powiem, że nie mogę się wyprostować, bo mnie w krzyżu strzyka? Paranoja!

I po co mi było zadawać się z młodzieżą?

28 kwietnia

Matka natura daje nam popalić. Jeszcze nie odetchnęliśmy po tej cholernej zimie, jak nalazło nowe nieszczęście: parę dni temu na Islandii wybuchł wulkan, którego nazwy nikt nie jest w stanie wymówić. Wali z niego w niebo jedenastokilometrowy słup popiołu, przez co ruch lotniczy nad całą Europą zamarł całkowicie. Osłupiało też ptactwo przelotowe... Moim zdaniem to Pan Bóg nie mógł już patrzeć na nas i na całą Europę, więc zrobił sobie zasłonę dymną. Na szczęście kazał odkorkować ten mniejszy stożek. Przy większym ludzkość europejska mogłaby zacząć sobie wybierać dowolny kontynent, byle daleko stąd... Przy okazji Stwórca odsapnie też od hałasu, bo uziemione samoloty zalegają na wszystkich lotniskach. Nikt nie wie, jak długo to potrwa, ale przecież nie ma kogo zapytać... ON nigdy nie odbiera telefonu!

29 kwietnia

Padła sieć! Nie teraz, na litość! Dzień bez internetu to dla mnie jak miesiąc w klasztorze dla seksoholika. Miotam się jak pantera w klatce, nie mogę sobie znaleźć miejsca. Przy okazji zaczynam widzieć oznaki uzależnienia, zwłaszcza od listów Tomka. Nigdy nie odczuwałam braku adrenaliny, nie potrzebuję stresu, żeby pracować wydajnie. Ale to, to ZUPEŁNIE CO INNEGO!!!

Kiedy odpisuję na listy, muszę się maksymalnie skupić. Nie jest łatwo pisać do czterech czy pięciu osób naraz i nie powtarzać się, zwłaszcza kiedy zadają podobne pytania. To trudniejsze od rozwiązywania krzyżówek. Wstyd powiedzieć, zaczynam robić notatki, żeby uniknąć wtopy!! Za to jaka jestem dumna, gdy wyjdzie mi jakaś odkrywcza myśl, niezłe sformułowanie! Kiedy po godzinie na stepperze człowiek ocieka potem, ale czuje ten strzał energii ze spalonego tłuszczu, tak ja widzę te zmęczone synapsy, jak ledwo zipią z przegrzania, wachlują się co sił, ale też machają do mnie z uznaniem: „No, no, nie jest z tobą jeszcze tak źle, staruszko...”. Od tego naprawdę się można uzależnić.

30 kwietnia

Mija miesiąc mojej obecności w sieci. Czas na podsumowania. Mój profil zwiedziło ponad 6,5 tysiąca osób. Dostałam w sumie około 300 listów, Tomka nie liczę. Wartościowych kontaktów – maksymalnie 15. Reszta to dziecinne zaczepki.

Z tych wartościowych utrzymało się na razie pięć, reszta gdzieś się zgubiła. Przyjaciel twierdzi, że na takich portalach kobietom chodzi wyłącznie o trwały związek, rzadziej o niezobowiązujący seks, natomiast mężczyznom głównie o niezobowiązujący seks, czasem związek. Ale na pewno nie o zwykłą przyjaźń, pogaduchy, wypady do kina! Coś w tym pewnie jest, bo w pierwszej kolejności wykruszyli mi się korespondenci spoza Warszawy, tak jakby brak perspektywy spotkań prędzej czy później pozbawiał ich motywacji do pisania. Parę razy zrobiło mi się przykro, bo przecież to nie ja się za nimi uganiałam, tylko oni próbowali... Wciąż jestem naiwna jak dziecko.

Ale też wciąż dostaję dowody sympatii i podziwu. Nie będę sama sobie wciskać ciemnoty, że jest mi to obojętne, zwłaszcza że od paru lat coś ewidentnie trzymało mnie za szyję w kontaktach z młodymi. Paraliżowała mnie obawa, żeby się nie ośmieszyć, nie zachować jak dzidzia-piernik. Prędzej milczałam, niż pozwoliłam sobie na swobodną rozmowę z młodym człowiekiem. A teraz widzę, że zaczęłam inaczej chodzić, wyżej trzymam głowę, patrzę ludziom w oczy i się uśmiecham. Jestem bardziej swobodna w kontaktach z młodymi, nieważne, czy to konsultant w Erze czy kucharz w Sakanie.

W samochodzie śpiewam na całe gardło. Wcześniej też śpiewałam, ale ciszej i na ogół było to: Znowu w życiu mi nie wyszło, a teraz chętniej: Luz, blues, w niebie same dziury... albo Ten blask, który inni we mnie dostrzegają...

Jest fajnie!

Powoli ograniczam swoją aktywność na portalu. Wycofałam zdjęcie, więc ilość listów drastycznie spadła. Nie mogę już tracić czasu na odpisywanie walniętym 25-latkom albo zbłąkanym duszom, szukającym pocieszenia czy pustej rozrywki. I tak tonę w tej korespondencji, czas przecieka mi przez palce, jakbym zanurzyła je w miodzie. Telewizja straciła jakiekolwiek znaczenie. Muszę sama siebie za włosy wyprowadzać do spania, kiedy mija moja godzina duchów, bo tracę kontakt z rzeczywistością. Przestałam też czytać. Nieee, to się musi zmienić!

1 maja

Wyjeżdżam na urlop do Austrii. Będę szwendać się po tych cudnych, czystych miasteczkach, wśród ludzi mówiących po niemiecku, ale będzie mi strasznie brakować internetu... Tomek nadal zasypuje mnie mailami, zaległości rosną. Żegnam się z moim korespondentem, jakbym miała nigdy nie wrócić...

Żegnaj, Przyjacielu. Na tę setkę zadanych pytań odpowiem, jak znajdę chwilkę wolną pomiędzy załatwianiem ostatnich spraw przed wyjazdem, żeby się firma przez ten tydzień nie zawaliła, a pakowaniem klamotów. Albowiem na tydzień zabiera się pół domu, nie wiedzieć po co... Od jutra ode mnie odpoczywasz, ale nie ma zakazu pisania.... Tyle że raczej nie będę w zasięgu, więc najbliższy termin na over to 9 maja.

Pa, pa!

8 maja

Po pierwsze, nie zabrałam ze sobą dziennika, więc możliwości opisywania na bieżąco jakby nie było. Skleroza. Po drugie, nie miałam znów za wiele do opisywania. Wróciłam z tej Austrii z mieszanymi uczuciami i chyba muszę zmienić swoją opinię, bo tym razem się zawiodłam. Nie było ani tak powalająco w temacie zabytków, ani tak czysto, jak zazwyczaj. Sporo pięknych rzeczy niszczeje, niektóre miasteczka są – jak mówił mój mały siostrzeniec – „umarte”, nie tonie to wszystko w kwiatach jak w innych rejonach. Zwiedziliśmy Graz, Klagenfurt, zobaczyliśmy religijne kiczowisko, czyli kościół autorstwa niejakiego Hundertwassera w Baernbach, bazylikę w Mariazell. Krajobrazowo było oczywiście fajnie, te przyklejone do zboczy kościółki, rezydencje... Ale to mnie tak nie cieszyło, jak wcześniej.

Moja przyjaciółka skwitowała to krótko: „W d... się poprzewracało!!!”. A i owszem, ale jak się widziało wielką czwórkę klasztorów portugalskich, to prosta katedra w Grazu... jakby to powiedzieć...? Jak zachwyca, kiedy nie zachwyca?

Za to pojedliśmy bardzo zacnie, opiliśmy się niezłych austriackich win i... pora była wracać. Nietrudno zgadnąć, co zrobiłam najpierw, zaraz po otwarciu drzwi mieszkania i rzuceniu bagaży na ziemię. Nie zawiodłam się. Listów czekało sporo, na przykład od Adama:

Cholera, nie wiem, o której wracasz. Przygotowałbym transparenty, jakieś dzieci zorganizował z chorągiewkami, a tak?

Fryderyk poszedł na całość i napisał powieść SF w odcinkach, czym zupełnie mnie rozłożył. Pisał ją przez cały tydzień, żeby skrócić męki oczekiwania na mój powrót:

Mój statek wylądował... (wdech). Kraina jest pusta (wdech). Krzyczę z oddali do oddalających się postaci, aby zostały (dramatyczny wdech), a może to miraże? Ocieram pot z czoła... Muszę jakoś zagospodarować czas, aż przylecą inni wybrani. Posadzić parę kwiatków... (wdech). Obliczam zapasy mocy, tlenu starczy na 10 dni. Wtedy przybędzie zaopatrzenie (wdech)... nowa porcja mocy... nowe rozkazy. Rozglądam się z ciekawością. Wokół pustka. Komunikator milczy. Nadaję okresowe SOS. Planeta wydawała się nieprzystosowana do lądowania, ale wstępne parametry okazały się błędne... (wdech) pobrano próbki gleby... zasadzono ziarno, pojawiły się pierwsze kiełki... (wdech) kolonizacja możliwa. Koniec przekazu.

Zmiana formy nadawania.

Dziennik planetarny dzień pierwszy: Odnaleziono człekopodobną formę życia. Logika na poziomie zaawansowanym. Kojarzenie faktów mocno rozbudowane. Empatia pulsacyjna. Działanie wynikowe. Organizm genetycznie poszukujący innych form życia. Focha nie ujawniono. Agresji zero. Broń obusieczna. Konieczność wypracowania wspólnego języka. Alfabetu gestów. Konieczność poznania zwyczajów życiowych. Form karmienia i pojenia. Wypracowanie algorytmu. Koniec przekazu.

Dziennik planetarny dzień drugi: Nareszcie słońce... o ja pierniczę... trzy słońca! Ile mam olejku do opalania? Ufff, wystarczy... to tylko 10 dni. Planeto, nadchodzę! I tak Cię znajdę kosmitko, nie uciekniesz... skanowanie było zbyt obiecujące. Nadal brak kontaktu z kontrolą lotu. Powietrze staje się ciężkie.

Próbki gleby pobrane.

Próbki roślin zasadzone. Co tu robić? Gdziekolwiek nie spojrzę, ten sam widok. Wszystko przezroczyste, nie ma o co palców zahaczyć. Po co właściwie zrobili dwa miejsca w łaziku planetarnym, skoro lecę sam? Trudne pytanie... może dla tego kosmicznego gościa? Muszę zostawiać próbki różnego typu myśli wszędzie, gdzie dojdę na tej pustej planecie... może kiedyś ktoś je wykopie lub zielona ludka je kiedyś odczyta... Message in the bottle. Dobrze, że fizycy z Polski zapakowali do rakiety kilka skrzynek wina, będzie w co wrzucać listy.

Trzy słońca już zaszły.

Trzy razy dłuższe pożegnanie dnia.

Znalazłem kamień, siedzę.

Czekam cierpliwie na kontakt z ufoludką.

Już wiem, że na tej planecie nie jestem sam.

Za każdym razem, kiedy staję w oknie lądownika i przykładam puste butelki do oczu, próbując coś zobaczyć za horyzontem, słyszę donośny, wyjątkowo radosny śmiech... A może to złudzenie?

OK, będę zachowywać się jak przedstawiciel ludzkości, z godnością. Koniec z winem! Żadnej kosmitki na horyzoncie.

Trudno się prowadzi monologi, ale można się przyzwyczaić.

Kontrola lotów, gdzie jesteś? ET phone home.

Hello, anybody home? Knock, knock, knockin’ on Hellen’s door.

Muszę mniej spożywać, bo zacznę widzieć zielone ludki... Obcy, decydujące starcie! A niech mnie zje! Myśli, że tylko on ma kwas w sobie hi, hi, hi. Idę na kamień.

Kontrola lotuuuuuuuu... czy Ci nie żaaaaaaal? Hi, hi.

Posiedzę trochę... popiję... i idę spać... Jutro poszukam życia na tej planecie.

Do następnego wschodu słońc. Moje wino, moje wino, moje bardzo pyszne wino! Mogli nie wysyłać Polaka... Lem ostrzegał, hi, hi, hi.

Widzę fortepian na tym pustkowiu! Biały! No tak, zaczęło się... Najpierw białe fortepiany, a potem latanie bez skafandra... A nie, to tylko wyobraźnia... luzik.

Nie myśleć. Mówić. Pisać.

Nie myśleć o nagich zielonych ludzikach.

Muszę się skupić. Przy kontakcie z inną inteligentną istotą nawet technika zbierania kamieni może stać się sztuką samą w sobie. Chcę chwilę pomilczeć. Mam nadzieję, że to zrozumiesz.... choć Cię nie ma.

Kontrola lotu.

Jutro zbliżę się na wyciągnięcie ręki.

Bez odbioru.

Komunikat: Wyprawa w nieznane rozpoczęta. Na chwilę obecną na planecie, z której odebrano sygnał, wylądował pojazd z Ziemi, pilotowany przez starannie wyselekcjonowanego pasjonata nawiązywania kontaktów międzyludzkich. Badanie planety trwa.

No, to się chłopiec wysilił. A potem już było tylko gorzej.

Witaj. Mam nadzieję, że wypoczęłaś i jesteś gotowa do walki ze światem.

Hej! Po przeleceniu z – nomen omen – kosmiczną prędkością Twojego dzieła, już chciałam Cię opierniczyć, że tylko nogę za próg wystawiłam, a Ty już zdradzasz mnie mentalnie, potencjalnie z jakąś zieloną! Ale zerknęłam jeszcze raz... i... o, ja głupia!

1. Najważniejsze to, czy dobrze się bawiłaś?

Nieźle, nieźle.

2. Co widziałaś fajnego?

Tak naprawdę powaliła nas tylko bazylika w Mariazell. Ale reszta banalna.

3. Dlaczego mnie tam nie było, hi, hi, hi?

Bo się w tym czasie łajdaczyłeś z kosmitką.

4. Co jadłaś zagranicznego?

Apfelstrudel, Wienerschnitzel. Nic oryginalnego, ale bardzo dobre. Zwłaszcza szparagi mają takie, jakie kiedyś serwowano w Kosmicznym Krabie. Nazywały się Las na Wenus. O kurczę, to już blisko twoich przygód!!!

5. Jak w Austrii mówi się: „Ratunku! Skończył się papier”?

Bardzo śmieszne! Naprawdę chcesz wiedzieć?

9 maja

Fryderyku. Wszystko, co wyprodukowałeś przez ten tydzień, zasługuje na poważniejsze traktowanie. Z braku czasu przeleciałam tylko pobieżnie, ale się poprawię, obiecuję. I tak dobrze, że wbrew swojej zasadzie nie zaczęłam od końca.

Odwaliłeś kawał wielkiej roboty. Jestem po prostu wzruszona. Wiedz, że stoisz bardzo wysoko w rankingu na korespondenta, chociaż chwilami wpędzasz mnie w kompleksy. To znaczy wpędziłbyś, gdyby nie moja zatrważająco wysoka samoocena, żeby nie powiedzieć: samouwielbienie. Żartowałam. Znam swoje mocne strony, ale bez przesady.

Mój mąż twierdzi, że SŁOWEM można kobietę omotać, zauroczyć, żeby nie powiedzieć: uwieść najszybciej, ze skutkiem długotrwałym. Ani mi się waż! Aby się przed tym ustrzec, znowu cię żegnam, albowiem:

a) sterty klamotów czekają na rozpakowanie i nie wiedzieć czemu, nie chcą tego zrobić same,

b) w lodówce oprócz światła i niskiej temperatury niczego nie ma, może jeszcze poza dojrzewającym serem, porzuconym przed wyjazdem, ale akurat w tym przypadku lepiej by było, gdyby go nie było,

c) trzeba podlać kwiaty, zawiadomić rodzinę i partię, że po raz kolejny się udało, przeczytać 160 służbowych maili i trochę prywatnych, wypić powitalnego drinka i tak dalej.

A potem się odezwę. Miło wiedzieć, że komuś mnie przez ten tydzień brakowało.

12 maja

Powrót z urlopu oznacza stos listów do przeczytania. Panowie z ­pokochasz.pl nadal piszą, chociaż rzadziej. Logiczne: nie loguję się regularnie, powoli staję się jak na tej reklamie lekarstw... niewyraźna.

Nie cierpię z tego powodu. Przez półtora miesiąca poznałam mechanizmy rządzące tym portalem i wiem, że już wystarczy. Znudziło mnie odpowiadanie na zaczepki pełne błędów ortograficznych, płytkich komplementów, zaproszeń na słynną kawę. Nie mogę już po raz dwusetny tłumaczyć, że nie jestem niedopieszczoną, znudzoną mężatką. I tak odniosłam sukces, bo oprócz paru świetnych kumpli znalazłam korespondenta, o jakim nawet nie marzyłam. To znaczy może marzyłam, ale wiary we mnie nie było, że ktoś taki się znajdzie i że mogę wygrać cały ten zakład... A tu proszę. Chociaż czasem mam ochotę mu przywalić. Ależ mam ochotę!

Jedno pytanie nie daje mi spokoju: naprawdę powiedziałeś, że nie idziesz na żadne świąteczne obiady i wszyscy to zaakceptowali? ŚWIAT SIĘ KOŃCZY?

Powiedziałem, że nie jadę na święta i dyskusja była niepotrzebna. Nie uznaję zasady „co ludzie powiedzą”. Odnosi się to do wyjazdu na święta, chodzenia w zimę bez skarpetek czy jazdy starym, odrapanym samochodem. Weekend to korowód nadrabianych, zaniedbanych uczynków rodzinno-towarzyskich lub jakieś szkolenia. Tydzień zawsze jest luźniejszy.

Pisz, nie kombinuj.

A przy okazji... nie traktuj tego jako zła koniecznego lub partii szachów błyskawicznych. Powoli, bez napięcia. Niech słowo płynie. Ja też nie zawsze jestem na tyle blisko klawiatury, aby szybko odpisać.

Łatwo Ci mówić. Niby mnie nie popędzasz, ale ręce mi się trzęsą, kiedy widzę pięć twoich listów, a jeszcze nie odpowiedziałam na żaden... To nie jest zarzut, miło, że piszesz. Ale gdybyś nagle zamilkł na dwa dni, od razu pomyślałabym, że tramwaj obciął Ci głowę albo zatrułeś się arszenikiem.

Miałam w sieci bardzo fajnie zapowiadające się kontakty, ale niektóre się zgubiły, a inne nagle się budzą po dwóch tygodniach milczenia, jak gdyby nigdy nic. Ależ mnie to wpienia!

Nurtuje mnie cały wieczór jedno Twoje stwierdzenie „czy poszukujemy tego samego”. Rozwiń trochę myśl.

To proste: piekielnie się różnimy. Ty masz zadatki na literata abstrakcjonistę, a ja lecę dwa metry nad ziemią. Wystarczająco wysoko, żeby nie wybrudzić atłasowych ­pantofelków, ale dość nisko, żeby nie stracić kontaktu z ziemią. Widzisz mnie, czy przynajmniej słyszysz szum skrzydeł?

Trzy godziny później:

Dobry wieczór, Hellu!

W telegraficznym skrócie: przeziębiłem się (to na wyprzedzenie faktów, że lekko bredzę – gorączka), mam zwichnięty/skręcony nadgarstek (to na wyprzedzenie faktów, że rzadko piszę – ból ręki), ciągle wysiada mi mój mechaniczny rumak (to na wyprzedzenie faktów, że kiedyś spóźnię się do kina – mam wycieki z silnika). Ale luzik. Wszystko przejdzie.

PS Na dzień dzisiejszy wszystkie powyższe tłumaczenia są jak najbardziej prawdziwe :-) Martwi mnie tylko to, że pomimo tego, że jestem praworęczny, zęby myję lewą ręką, tą po kontuzji :-)

Pozdrawiam Cię wieczornie.

PS Z abstrakcją i opisami nie będę przeginał, chyba że znajdę coś konkretnego lub energetycznego do przekazania. Czasami wprost nie mogę się powstrzymać :-)

Ależ możesz się rozpisywać, nie widzę przeszkód. Przecież zawsze mogę przelecieć w powietrzu przez parę linijek, coś zamarkować, jak się znudzę...

A nie boisz się klasówek w stylu: „Co autor miał na myśli?” albo „Streść ostatni piętnastostronicowy opis relacji autora z przyrodą”?

Autor nie odważy się mnie odpytywać. Z kim by się dalej boksował? A tak a propos twoich opowieści o kosmitce, wiesz, że mam zielone oczy? To jakiś chichot natury. Sam zobacz, wysyłam zdjęcie.

Widzisz, tego nie wiedziałem, chociaż zawsze czułem, że w Tobie jest coś zielonego. Stąd ta kosmiczna tęsknota, ta chandra planetarna... Mam nadzieję jeszcze odkryć w Tobie to coś, wymagające pielęgnacji, chuchu i dmuchu, aby wzrosło i stało się kwiatem... hi, hi, hi.

Już mnie dziś nie będzie... Kolorowych snów!

Łatwo powiedzieć, kolorowych...

Nie mogę zasnąć, więc włączyłam wiadomości, a w telewizji znów walka o in vitro. Walka walką, ale dlaczego oni w komentarzu wciąż pokazują ten sam filmik: gigantyczna igła (na ekranie wygląda jak dzida!)wbija się temu biednemu jaju w brzuch! Auuuć... boli! Zwijam się w kłębek, solidaryzując się z tym jajem... Jutro chyba się oflaguję i zapiszę do przeciwników in vitro. Teraz to już na pewno będą kolorowe, te sny...

13 maja, godz. 22.00

Cholera, list teraz? O tej porze jestem mało twórcza. Uprasza się o kontakt popołudniowo-wieczorny. Teraz dla mnie nadchodzi godzina duchów, a tu jeszcze pranie nierozwieszone, makijaż niezmyty... Jak chcesz, pisz w nocy, ale ja będę odpowiadać w biały dzień.

„...pisz w nocy, ale ja będę odpowiadać w biały dzień”. To zabrzmiało jak ze Zmierzchowego romansu, hi, hi. Młody, niedoświadczony wampir spotyka na swej drodze doświadczoną, zielonooką, prawie dziewicę. Zaatakowana po zachodzie słońca nie okazała strachu. Zatrzepotawszy rzęsami nad i pod zielonymi oczami, sprawiła, iż wampir uwierzył, że warto czekać na wschód słońca, bo ona wtedy wstanie, przeciągnie się słodko i zerknie na pozostawiony w skrzynce tajemniczy list. Przebiegnie go czułym wzrokiem, a euforia nim wywołana przełoży się na parę ciepłych zdań.

Po tym liściku nawet bezksiężycowa noc wyda się wampirowi całkiem urocza. Wstając z leża i łaknąc krwi, zanurzy dłonie w zbitce słów. O nie, nie pójdzie, aby stać się krwiożerczą bestią.

On przysunie trumnę bliżej komputera... Usiądzie i roztoczy zielonookiej słowną wizję księżycowej nocy. Otuli ją słowami, jak swym czarnym płaszczem i uniosą się wieloskładniowo ku księżycowi w pełni. Zielonooka odwzajemni to głębokie, epistolograficzne uczucie. Jej słowa nie będą, nie staną się i nigdy nie uderzą jak osikowy kołek. O nie...

Do tej historii to ja jeszcze wrócę :-)) Zbok jeden! Prawie dziewica, też coś!

14 maja

Koniec laby, jutro zaczyna się szarość i powrót do pracy... Powoli, z trudem, loguję się do rzeczywistości. Przed snem krótkie résumé:

– paznokcie na błysk – są!

– tabletka na sen – połknięta, żeby szybciej zasnąć, bo jutro pobudka o 6.00, a przez te 10 dni odwykłam,

– pomysł: Co jutro na siebie włożę? – jest!

– myśl, że skoro nie ma samochodu przed domem, to znaczy, że trzeba rano wezwać taksówkę – jest,

– świadomość, że skoro nie ma samochodu przed domem, to nie znaczy, że go ukradli, tylko że jest w warsztacie – jest!

– kieliszek wina – wypity. W połączeniu z tabletką może dać taki efekt, że zasnę w drodze do łóżka.

Dziś dotarło do mnie, że chyba wypoczęłam. Godzina pedałowania na stepperze zleciała nie wiadomo kiedy, od dawna nie pamiętam takiego powera. Może jakoś dotrwam do właściwego urlopu, który chyba dopiero we wrześniu.

Śniło mi się, że umarłam. I... wcale mnie to nie obeszło. Boję się wyłącznie starości, niedołęstwa, chorób, śmierci nie. Uwielbiam cmentarze. Nie jestem walniętą nekrofilką, ale na cmentarzach się wyciszam. Zwłaszcza takich ślicznych jak w Austrii, a już z Pere Lachaise to musieli mnie wyprowadzać siłą. Te zdobione grobowce wielkości małego domku jednorodzinnego, te przepiękne kobiety jako płaczki strzegące wejścia, nawet skromny, ale urokliwy grób Chopina – śliczna dziewczyna z białego marmuru, spokojna i zamyślona.

To zdanie o przysuwaniu trumny do komputera było baaar­dzo inspirujące. Wizja omszałego lochu, wampira, pajęczyn, kapiącej ze ścian wody... a tu laptopik, najlepiej srebrny Mac Pro „żyletka”. Myszka laserowa, naturalnie. Trzy pendrive’y różnych kolorów. Cudne.

Aha, ani myślę gnić w ziemi! Mają mnie rozsypać nad Tatrami, w które wsiąkło tyle mojego potu, łez i zwierzęcego strachu. Wtedy się pozbieram do kupy.

A w ogóle to ostatnio odczuwam znów jakiś bałwochwalczy zachwyt nad Pilchem.

Takie zdanie po śmierci przyjaciela: „Dziś, osłupiały niedorzecznością jego nazwiska w tak kontrowersyjnym miejscu, jak nekrolog, próbuję pozorować zdrowie psychiczne...”. Ja wymiękam...

Ja też mam się stać popiołem. To będzie jedyna szansa, aby czasami wpaść komuś w oko, zmusić do uronienia łzy na myśl o mnie lub sprawić, aby przeciwnicy mieli chrzęszczące powieki i cierpienie nad cierpieniami!

Można też zrobić ze mnie babkę w foremce i położyć obok innej babki. Może być z tego niezły romans. Takie przyleganie ziarnko do ziarnka, wspólne toczenie się z wiatrem. „Szary wiruje pył, tylko on mnie nie opuszcza”.

Gdybym był rodzaju żeńskiego, to leżąc w popielniczce, od dołu widziałbym baszty swojego zamku. Co jakiś czas zbliżałby się do mnie jakiś długi, rozżarzony amant, aby połączyć swoją rozpaloną końcówkę z moim stale podgrzewanym jestestwem.

Widzisz, nawet po śmierci nie ma końca. Zawsze można coś czuć, w każdym stanie skupienia...

15 maja

Wczoraj zaliczyliśmy winną degustację u pana M. Nie wiem jak, ale jakoś zasłużyliśmy sobie na zaproszenie. Lokal jest ze wszech miar godny polecenia. Ogromny wybór win z całego świata po dobrych cenach, z możliwością spróbowania.

Mój mąż w każdy piątek wracałby na bani, gdyby nie całkowicie niezrozumiały zakaz jeżdżenia na bani, bo leci tamtędy w drodze do domu.

Wczoraj jak zawsze dotarł tam tłum warszawskiej śmietanki, i to nie celebrytów z bulwarówek, tylko ludzi naprawdę z klasą (takich jak my, hoho), po których nie zawsze widać duże pieniądze, ale zawsze tak zwany poziom. Sporo cudzoziemców, ale na szczęście nie tylko.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.