Operacja Mamba - Marcin Sobecki - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 334 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Operacja Mamba - Marcin Sobecki

 

W Krakowie tajemniczy mężczyzna zaczyna wyręczać nieskuteczne organa ścigania i wymierzać sprawiedliwość. Stosuje przy tym niekonwencjonalne metody likwidacji groźnych przestępców, wykorzystując do tego doświadczenie nabyte podczas pobytu w Afryce, gdzie zajmował się odłowem dzikiej zwierzyny. Staje się przez to niezwykle niebezpieczny dla miejscowego półświatka. Przeciwko tajemniczemu mścicielowi staje nie tylko policja, lecz również zatrudniony przez bossów mafii płatny zabójca.

 

Opinie o ebooku Operacja Mamba - Marcin Sobecki

Fragment ebooka Operacja Mamba - Marcin Sobecki






Strona redakcyjna


CZĘŚĆ I
POLOWANIE


Rozdział I

Mimo że do rozpoczęcia mszy żałobnej w intencji zakatowanego studenta, Jacka Wilka, było jeszcze sporo czasu, katedra wawelska była wypełniona po brzegi. W środku panował półmrok. Palące się świece rzucały cienie na bogato zdobione ściany prezbiterium. Panowała atmosfera powagi, spotęgowana przez nastrój tego świętego dla Polaków miejsca. Umęczona twarz Jezusa, oblicza królów zastygłe w misternie rzeźbionych marmurach, cisza... od czasu do czasu przerywana tłumionym szlochem zrozpaczonej matki – wszystko to tworzyło klimat tragiczny. Wszyscy, także nieznający Jacka oraz jego bliskich, przeżywali ból i towarzyszyli im w cierpieniu. Dźwięk dzwonków wyrwał wszystkich zgromadzonych z odrętwienia. Rozpoczęła się ceremonia. Gdy zebrani klęcząc, odmawiali modlitwę, w tłum wmieszał się mężczyzna, który bacznie przysłuchiwał się słowom kazania:

– ...ci, którzy zabrali mu życie, nie mieli Boga w sercu, mieli za to okrutne dłonie, którymi długo zadawali mu ból, aż wycieńczyli go zupełnie, czym spowodowali jednym ból trudny do opisania, sobie zaś zagwarantowali satysfakcję złoczyńcy. Dlaczego Bóg ich nie zatrzymał? Dlaczego pozwolił, aby szatan zawładnął ludzką duszą? Czy ktoś z nas może na to odpowiedzieć? W takich chwilach rodzi się we mnie zwątpienie, czy Bóg o nas nie ­zapomina, a może chce, abyśmy... – w tym momencie zawiesił głos i zdania już nie dokończył.

– Módlmy się...

Gdy wszyscy zaczęli przyklękać, mężczyzna, który pojawił się niespodziewanie, równie szybko opuścił katedrę, czym naraził się na zgorszone spojrzenia zebranych. Po wyjściu ze świątyni minął się na schodach z dwoma oficerami policji, którzy prowadzili śledztwo w sprawie zabójstwa studenta...

– Na razie nic nie mamy – mówił jeden z nich wyglądający na starszego. – Oględziny zwłok ani miejsce, gdzie zostały odnalezione, nie przyniosły żadnych interesujących informacji. Trzeba poczekać na wyniki sekcji, ale już teraz wiadomo, że był bity po całym ciele jakimś twardym przedmiotem. Pewnie kijem bejsbolowym... Skurwysyny!

Podsłuchany strzępek rozmowy nie wywołał żadnej reakcji nieznajomego. Miał twarz o regularnych rysach, nieco zeszpeconą przez sporą bliznę nad prawym okiem. Dość długie włosy zaczesane do tyłu, siwiejące w okolicach skroni, dodawały mu powagi. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Ktoś, kto chciałby określić jego wiek, miałby zapewne duży kłopot, gdyż mężczyzna ten mógłby mieć lat równie dobrze sześćdziesiąt, co czterdzieści. Ze sposobu, w jaki się poruszał, można byłoby wnioskować, że uprawiał sport. Krok miał zdecydowany i sprężysty, a szerokość barków wskazywała na to, że ułomkiem nie był.

Gdy oficerowie stojący przed katedrą dalej prowadzili rozmowę na temat zabójstwa, mężczyzna wszedł w ulicę Kanoniczą i ruszył w kierunku Rynku Głównego. Po drodze zahaczył o mały pub, gdzie zamówił kawę i paczkę salemów. Siedząc na mało wygodnym metalowym krzesełku, wrócił myślami do 15 lipca 1998 roku, kiedy to odebrał telefon z Komendy Wojewódzkiej Policji. Przypomniał sobie rozmowę beznamiętnie prowadzoną przez funk­cjonariusza, z której wynikało, że córka jego ­przyjaciółki została brutalnie zgwałcona przez pijanych, młodych ludzi. W konsekwencji dziewczyna doznała tak poważnego urazu, że nie mogła normalnie żyć. Dodatkowo proces przysporzył jej tyle złych emocji, że straciła zupełnie chęć do życia. Skończyło się to samobójstwem. Dziewczyna była dobrze ułożona, świetnie się uczyła i miała wielkie plany na przyszłość. Była oczkiem w głowie swojego nowego opiekuna, który dbał, aby niczego jej nie brako­­wało. Zastąpił jej biologicznego ojca, w każdym znaczeniu tego słowa. Na wspomnienie tych wydarzeń oczy mężczyzny zrobiły się zimne, nawet okrutne. Wiedział, że wszyscy sprawcy są już na wolności. Poza jednym, ­który chwilę po wyjściu z zakładu karnego zamordował rencistkę dla paru złotych. Dostał 15 lat. Mężczyzna dopił kawę i wyszedł przed lokal. Musiał zmrużyć oczy, bo tak intensywnie raziło słońce. Nałożył ciemne okulary i udał się w kierunku domu. Była godzina 13.00.

***

Tego dnia w małym mieszkaniu na Kleparzu dwóch młodych mężczyzn prowadziło ożywioną rozmowę. Pili piwo i chciwie zaciągali się papierosami.

– Dzisiaj go chowają... po kiego się stawiał? Chyba nie z powodu tej młodej dupy?

– Zwykły chojrak – dokończył drugi.

– Wiesz, Jimmy, trochę przesadziliśmy. Trzeba było mu wlać, ale po cholerę waliliście go tymi kijami? To był słabeusz. I tak by dał kapustę. Teraz tylko z tego kłopot. Tak, wiem, że nikt nie sypnie, żadnych świadków... Sprawa jest czysta, ale... nie trzeba było.

– Przestaniesz pieprzyć! Co nie było trzeba? Wymuskany, bogaty gnojek. Nie pamiętasz, co nam powiedział, gdy chcieliśmy potańczyć z tą jego laską? Fakt, wszyscy byliśmy naprani, ale to nie miało żadnego znaczenia. I tak by dostał. Co to, pierwszy raz robimy zadymę? Zapomniałeś, ilu już wyłożyliśmy? Poza tym zawsze tak marudzisz, jak kończy się forsa. To jak? Jest forsa, to wszystko okay, kończy się, to wyrzuty sumienia?

– Dobra, dobra! Stary, nie rozumiesz, że trzeba się na coś zdecydować! Albo robimy w narkotykach i puszczamy działki przedszkolakom, albo moczymy się w takim gównie. Ja na to drugie nie idę. Prędzej czy później nas namierzą i żegnaj, swobodo. Co? Źle ci jest, mało masz sosu z interesu? Potrzebujesz jeszcze drobne? Długi... powiedział wyraźnie, że nie będzie nas chronił, jak wplączemy się w jakiś kryminał. A masz gwarancję, że aby chronić własne tyłki, to będą mieli opory, aby przyszykować dla nas jakiś dołek? Ty się robisz niebezpieczny. Nie tylko dla siebie... Dla wszystkich.

– Wiesz co, przestań prawić morały. Możesz tak gadać tym małym żołnierzykom z rynku. Ja za długo siedzę w tym interesie, żeby wysłuchiwać takiego ględzenia. A poza tym... – W tym momencie kłótnię przerwał natarczywy dźwięk dzwonka do drzwi.

– Czekasz na kogoś? – zapytał Robert.

– Tak, miała wpaść Agniecha. – Wstał od stołu i podszedł do drzwi. – Kto tam?

– Ja do pana Kotowskiego. Mam dla pana przesyłkę – odpowiedział chłopięcy głos.

– Kie cholera?! – mruknął Jimmy i otworzył drzwi. W korytarzu stał chłopaczek o bystrych oczkach. „Jeden z tych, którzy myją szyby na skrzyżowaniach albo naciągają turystów na starym mieście” – pomyślał Jimmy. – Jaką przesyłkę?

– Jakiś starszy pan dał mi tę kopertę. Mówił, że pan na nią czeka. Powiedział, że zarobię parę złotych.

– To się okaże. No, dawaj, co jeszcze stoisz?

Chłopak zza pazuchy wyciągnął sporych rozmiarów ko­­­pertę, owiniętą taśmą klejącą. Jimmy wziął ją ­delikatnie do ręki, obejrzał z każdej strony, wykonał ruch, jakby chciał ocenić jej wagę, po czym spojrzał na małego.

– Co za facet, mówił coś? Podawał nazwisko?... No, gadaj – dodał niecierpliwie.

– Nic poza tym, co powiedziałem. Aha!... że to jakiś dług czy coś w tym rodzaju.

– No dobra, spadaj.

– A za fatygę? – rezolutnie zareagował maluch.

Jimmy poszperał w kieszeniach i wyciągnął banknot dwudziestozłotowy. Chwilę się zastanawiał, po czym z nieukrywaną rezygnacją wręczył go chłopakowi.

– Cześć! – krzyknął chłopak. Po chwili zbiegał po schodach, czym wprawiał w stan najwyższej gotowości wszystkich mieszkańców, w szczególności oburzonego dozorcę. Wracając do pokoju, Jimmy zaczął rozrywać kopertę. Wybuch był tak gwałtowny, że wyrwał drzwi wejściowe wraz z futryną, a lżejsze meble, wraz ze szkłem z wybitych okien, poszybowały na ulicę. Jimmy leżał na podłodze bez połowy twarzy, a jedna ręka groteskowo zawisła na ramie okiennej. Robert podczołgał się w kierunku korytarza i nagle głową uderzył w to, co zostało z twarzy kolegi. Wtedy zemdlał.

Mniej więcej w tym czasie, gdy ręka Jimmy’ego konwulsyjnie drgała w oknie małego mieszkania na Kleparzu, w gabinecie aspiranta Wójcickiego zadzwonił telefon.

– Komenda Wojewódzka Policji, słucham.

– Przed chwilą w jednym z mieszkań na Kleparzu w dłoniach niejakiego Kotowskiego wybuchnął mały ładunek – usłyszał w słuchawce spokojny, męski głos. – Tenże, o ksywie Jimmy, brał udział w katowaniu chłopaka, którego dzisiaj jest pogrzeb. Chcę, żebyście wie­dzieli, że pozostałych pięciu czeka podobna niespodzianka.

– Proszę się przedstawić... Halo! – kilka razy wykrzykiwał do słuchawki, ale słyszał już tylko monotonny sygnał odłożonej słuchawki.

Policjant wykręcił wewnętrzny numer wydziału śledczego.

– Mieliście jakieś zgłoszenie o wybuchu na Kleparzu? – zapytał. – Kto...?! Wójcicki, ośle, w całej komendzie jest tylko jeden, dawaj mi szybko Borkowskiego. Po chwili zwrócił się do wywołanego: – Marek, tam masz samych kretynów... Słyszałeś o jakimś napadzie czy wybuchu na Kleparzu? Miałem dziwny telefon.

– Tak... Dosłownie 5 minut temu wysłałem grupę. Pewnie wybuch gazu czy coś w tym rodzaju. Ale o jakim telefonie mówisz?

– Przed chwilą jakiś facet powiedział, że namierzyli się na Kotowskiego. To chyba ten, który miał sprawę o narkotyki... i że go załatwili jakimś ładunkiem.

– To pewnie ktoś z konkurencji, wiesz, że piorą się o wpływy.

– Chwila moment, kolego! Nie zgadniesz, co mówił dalej.

– No, gadaj, mam tu sterczeć z tą słuchawką jeszcze godzinę?

– Facet powiedział, że podesłał Kotowskiemu ładunek i słuchaj za co... Za pobicie Jacka Wilka – dzisiaj był jego pogrzeb.

– O cholera!

– To jeszcze nie wszystko, powiedział, że pozostałych pięciu – słyszysz? – pięciu, czeka równie niemiła niespo­dzianka.

– O, jasna dupa! Nagrywałeś?

– Chyba zgłupiałeś! Na czym? Może na dziurkaczu.

– No dobra. Jeden – jeden. Wpadaj do mnie i jedziemy na miejsce. Wszystkie telefony z zewnątrz dajemy na podsłuch. Uprzedź tych z wydziału, może uda im się namierzyć gościa. Aha, zaczekaj chwilę...

W czasie, gdy aspirant Wójcicki czekał ze słuchawką przy uchu, dochodziły do niego słowa szefa... „Kto tam pojechał?... No, do tego wybuchu gazu. Medyk sądowy, dwóch z dochodzeniówki i kto jeszcze?! Z pożarnictwa... Marecki. Wysłać mi błyskiem pirotechnika, ale szybko, żeby te guły nie zadeptały tego, co najważniejsze”.

– No, jestem.. Jak cię znam, to podsłuchiwałeś, więc wiesz wszystko. Jedziemy.

Gdy dojechali na miejsce, teren wokół kamienicy oznaczony był kolorową taśmą. Przed głównym wejściem stały wozy policyjne i jeden wóz straży pożarnej. Spory tłumek gapiów głośno komentował swoje spostrzeżenia. Na jezdni walały się odłamki szkła, połamane ramy okienne, jakieś szmaty. Gdy wysiedli z samochodu, zoba­czyli osmalone otwory, które jeszcze niedawno były oknami. Kawałki tkanin, które pozostały po zasłonach, powiewały na wietrze. – Chodź no tutaj! – Borkowski krzyknął w kierunku jednego z policjantów. Mów krótko, co zastaliście i co się dzieje.

– Jeden w strzępach leży na górze, robią właśnie protokół, a drugiego zabrała karetka. Podobno żyje...

– Nie może być inaczej, skoro zabrała go karetka – przerwał niecierpliwie Borkowski. Dokąd go zabrali?

– Do kliniki – odpowiedział niespeszony policjant.

– Szybko do radiowozu – rzucił do Wójcickiego.

Podbiegli do samochodu. Borkowski złapał za telefon i błyskawicznie wykręcił numer kliniki.

– Porucznik Borkowski z komendy policji. Z ordynatorem oddziału chirurgii urazowej proszę, ale bezzwłocznie!

W oczekiwaniu na połączenie zwrócił się do zdziwionego kolegi:

– Dzwoń z radiotelefonu do komendy, niech natychmiast przyślą do szpitala kogoś z naszych. Ma warować przy nim dzień i noc.

– Halo. Tak, tak, doktorze, porucznik Borkowski. Jest już ten chłopak z Krzywej. Jaki jest jego stan? Aha, rozumiem. Zaraz przyjedzie jeden z funkcjonariuszy. Tak, nikogo do niego nie dopuszczać. Proszę, aby ­bezpośrednio mnie informował pan o jego stanie... Tak, oczywiście, że chodzi o jak najszybsze przesłuchanie. Do widzenia! Zakończył rozmowę i zwrócił się do Wójcickiego: – No, stan jego jest ciężki, ale wyjdzie z tego. Na razie jest podłączony do tlenu. Utrzymują go w śpiączce farmakologicznej. Serce pracuje normalnie, kilka kości jest połamanych, głowa w porządku. Będziemy chyba mieli z niego pożytek. Wygląda na to, że jest tak wystraszony, że powie o tym napadzie na Wilka.

– A jaką mamy pewność, że ten z telefonu mówił prawdę? – zapytał Wójcicki.

– Niegłupia uwaga, ale dopóki go nie przesłuchamy, możemy sobie gdybać do woli – z nutką złośliwości odpowiedział porucznik. – Idziemy na górę – dodał.

Kamienica była stara, odrapana jak większość budynków w tej dzielnicy, ale architektonicznie urocza. Borkowski od razu zwrócił uwagę, że nad bramą znajduje się ciekawy portal z herbem w kształcie czegoś, co kiedyś mogło być twarzą aniołka, a dzisiaj wyglądem przypominało raczej satyra. W komendzie upodobanie Borkowskiego do dzieł sztuki było powszechnie znane. Dlatego Wójcicki cierpliwie czekał, aż szef nasyci swoje estetyczne żądze. Po krótkiej chwili byli już na górze. Zewsząd dochodził smród spalenizny i słodkawy zapach krwi, której wszędzie było pełno, zwłaszcza w korytarzu mieszkania. W środku uwijali się policjanci i specjaliści od materiałów wybuchowych. Borkowski z kolegą zbliżyli się do jednego z nich, który z zegarmistrzowską precyzją lokował fragmenty różnych przedmiotów do szklanych ampułek.

– I co tam mamy? – zapytał Borkowski.

– A, to pan... Na razie trudno o konkrety, ale to, co tutaj mamy, wskazuje na profesjonalnie skonstruowany ładunek. O!... tutaj, widzi pan, jest to fragment zapalnika produkcji czeskiej, teraz już nie robią takich, ale jeszcze kilka lat temu w naszym wojsku je stosowano.

– Może pan określić rodzaj materiału i jego ilość?

– Najprawdopodobniej plastik... Żeby zrobić taki burdel... w zupełności wystarczy około 100 gram. A jakie efekty, to widać. Taki jest plastik. Dzisiaj nietrudny do zdobycia.

– I co jeszcze? – nieco rozczarowanym głosem zapytał porucznik.

– Mamy jeszcze małe fragmenty jednorodnego papieru, może pochodzić z opakowania, w którym całe to gówno siedziało. Oczywiście damy to do analizy, może znajdą jakieś ślady należące do naszego tajemniczego nadawcy.

Porucznik zastanowił się. Czuł, że sprawa wymyka się spod jego kontroli. To, co dotychczas uzyskali, to było nic. Jednocześnie zaczął zdawać sobie sprawę, że chyba trafił na przeciwnika, z którym może mieć spore kłopoty. Człowieka, który jest zdeterminowany i do tego profesjonalnie przygotowany do swojej roboty. Widać było, na razie, że to on rozdaje karty. Odczuł do nieznajomego nawet pewien podziw. Ale mimo wszystko był dobrej myśli. Przesłuchanie tego drugiego w szpitalu było kwestią najbliższych godzin. Wszystko wskazuje na to, że poda nazwiska pozostałych sprawców napadu na Jacka. Wtedy wystarczy tylko objąć ich ścisłą ochroną i ptaszek sam wpadnie w sidła. Odetchnął z ulgą, gdyż poczuł, że wraca mu dobre samopoczucie.

***

Pół godziny wcześniej na Rynku Głównym do mężczyzny, który fotografował stare kamieniczki, podszedł rezolutnie wyglądający mikrus.

– Zabrakło mi na bułkę, może mi pan pożyczyć kilka drobnych?

– A wiesz, gdzie jest ulica Krzywa?

– No pewnie. Na Kleparzu.

– W takim razie co wolisz: małą jałmużnę czy niezły zarobek?

– Wiadomo – odpowiedział malec.

– No, to słuchaj. Na Krzywej 13, pod trójką, mieszka znajomy. Nazywa się Jan Kotowski. Zaniesiesz mu paczkę. Małą. Nie przedźwigasz się ani nie nachodzisz, no co?

– I co mam powiedzieć?

– Że to zwrot długu od starego przyjaciela. Zapamiętasz?

– Spoko... a zarobek?

– Masz tu 50 złotych... Tylko pamiętaj, że dżentelmeni, którzy umów nie dotrzymują, krótko żyją. Rozumiemy się?

– Jasne...

– No, to startuj.

Gdy chłopak zniknął za rogiem Floriańskiej, mężczyzna wszedł do pobliskiego urzędu pocztowego.

Zamknął za sobą dokładnie drzwi kabiny telefonicznej, wsunął kartę i wybrał numer.

– Dzień dobry pani! Telefonuję z komendy policji. Proszę mi powiedzieć, kto ma dzisiaj ostry dyżur, chodzi o chirurgię urazową, tak... mamy ciężko rannego... Na blok reanimacyjny. U was? No, to świetnie! Ranny musi przebywać w izolacji. Będzie z nim nasz pracownik. Oczywiście, że chodzi o jego ochronę. Tak, dziękuję pani. Do widzenia!

Mężczyzna odłożył słuchawkę i szybkim krokiem opuścił pocztę. Następnie udał się do ciemnego renaulta zaparkowanego w małej uliczce. Po 15 minutach podjechał na tyły szpitala św. Łazarza. Z bagażnika wyciągnął torbę monterską, po czym ruszył w kierunku budynku. Bez problemów minął portiernię i wszedł na teren garaży, gdzie stało kilka karetek reanimacyjnych. Przez chwilę obserwował teren. Gdy upewnił się, że garaż, który go interesował, jest pusty, wszedł do środka i ulokował torbę za maską erki. Otworzył torbę, w której były różne narzędzia. Ze środka wyciągnął granatowy kombinezon jednoczęściowy, który zręcznym ruchem nałożył na siebie. Torbę przewiesił przez ramię i ruszył w kierunku ­bloku ­reanimacyjnego. Znał ten szpital doskonale. Wcześniej wielokrotnie przychodził tu do córki swojej przyjaciółki z głęboką nadzieją, że wyjdzie ona z ciężkiej traumy, którą zgotowały jej te dranie. Do końca życia będzie pamiętał rozkład korytarzy i gabinetów lekarskich, w których przeżył największe rozczarowanie swojego życia. Dlatego też bez najmniejszych kłopotów doszedł do bloku chirurgii urazowej. Otworzył podwójne przeszklone drzwi. Wiedział, że jest we właściwym miejscu. W środku było pusto i cicho. Na końcu korytarza zobaczył otwarte na oścież drzwi. Dochodziła stamtąd spokojna muzyka. „Pokój pielęgniarek” – pomyślał. Minął kilka pomieszczeń i stanął przed drzwiami, nad którymi znajdowała się czerwona lampka z napisem „Nie wchodzić”. Lampa była wygaszona. Energicznie, ale i bezszelestnie, otworzył drzwi i wsunął się do środka. Przez chwilę oswajał wzrok z panującym półmrokiem. Sala nie była zbyt obszerna, ale za to szczelnie wypełniona urządzeniami do reanimacji. Wzrokiem poszukał tego, co go najbardziej interesowało. Za ścianką działową stały dwie wysokie butle oraz jedna mniejsza, w żółtym kolorze. Do nich podłączone były przeźroczyste przewody, połączone z aparaturą tlenową. Przez chwilę przyglądał się symbolom i oznaczeniom na butlach. Miały różne kolory. Wiedział, że te w kolorze niebieskim zawierają tlen, a żółta azot. Gdy był już pewien, że oznaczenia i symbole zgadzają się z kolorami butli, zsunął z ramienia pasek torby, którą położył na leżance. Rozsunął zamek błyskawiczny i wyciągnął klucze nasadowe różnych wymiarów oraz jedwabiste rękawiczki. Wszystko to ułożył na leżance. Wprawnym ruchem nałożył rękawiczki i sięgnął po właś­ciwe klucze. Dokręcił kolejno dwa zawory od butli z tlenem i azotem. Potem do butli z azotem wkręcił mosiężną redukcję i podłączył zawór od butli z tlenem. Potem odkręcił główne zawory od trzech butli i przystawił ucho. Wszystkie były ­szczelne. Wtedy powoli, ­używając śrubokręta, odkręcił niewielki zaworek od redukcji, wkręconej do butli z azotem. Usłyszał cichy syk azotu przepływającego do niebieskiej butli. Zadowolony odkręcił wszystkie zawory, pochował klucze i ruszył do wyjścia. Delikatnie otworzył drzwi i przez małą szparę obserwował korytarz. Upewniwszy się, że ma wolną drogę, korytarzem poszedł do głównego wyjścia... gdy nagle zza pleców usłyszał wołanie:

– Pan kogoś szuka?!

– Pomyliłem wejścia, awaria jest piętro wyżej – odpowiedział spokojnie, nie odwracając głowy. Po chwili był już w samochodzie. Gdy wyjeżdżał z parkingu, zobaczył zbliżający się z dużą prędkością wóz policyjny na sygnale a tuż za nim karetkę reanimacyjną. Włączył radio. Akurat podawano wiadomości o zdarzeniu przy ulicy Krzywej.

– Niedługo będzie czas na wiadomości ze szpitala – skomentował półgłosem.

***

Kiedy Marcin Drucki wysiadł z tramwaju i skierował się w stronę Kleparza, znowu wyszło słońce. Poprawiło mu to trochę nastrój, ale ciągle wracał myślami do tego, czy podjął właściwą decyzję. Pochodził z domu z tradycjami i mimo że rodzice nie okazywali mu tego, wyczuwał, był nawet pewien, że nie zaakceptowali jego pracy w policji. Gdy ukończył prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, sądzili, że podobnie jak jego koledzy rozpocznie aplikację, tym bardziej że dyplom uzyskał z wyróżnieniem. Co prawda Marcin wielokrotnie wspominał o swoich planach, jednakże byli pewni, że to chwilowy kaprys. Inaczej wyobrażali sobie przyszłość syna. Nie chcieli, aby pracował w instytucji, która tyle złego zrobiła ich rodzinie. Marcin zawsze był dumny z ojca. Nigdy, nawet kiedy był małym chłopcem, nie wstydził się, że tata znowu siedzi w więzieniu. Mimo że wielokrotnie na własnej skórze odczuł dezaprobatę niektórych nauczycieli czy też okrucieństwo kolegów, nigdy nie zwątpił w ojca. Tak był wychowywany. Traktowany po partnersku, bez względu na wiek czy różnice poglądów. Gdy ojciec wrócił z internowania, Marcin był już w pełni dojrzałym i odpowiedzialnym mężczyzną. Jego pasje związane z działalnością organów ścigania wcale nie osłabły z powodu krzywd ojca. Wręcz odwrotnie. Uznał, że swoje smutne doświadczenia, ale także nabyte w domu rodzinnym wartości, będzie potrafił odpowiednio wykorzystać w zawodzie, który – jak to mawiał ojciec – „jest dla ludzi bez charakteru”. Niestety, poznał słuszność tych słów szybciej, niż mógł przypuszczać. Układy, które zastał, poziom umysłowy i moralny... i to potworne chamstwo! Czuł, że długo w tym towarzystwie nie wytrzyma. Jeden Borkowski, szef wydziału śledczego... temu nic zarzucić nie mógł. Zauważył też, że Borkowski traktuje go inaczej niż innych. Nie żeby specjalnie go wyróżniał – wręcz odwrotnie! W subtelny sposób dawał mu do zrozumienia, że ulepieni są z tej samej gliny. To pozwoliło mu przetrwać najgorsze i hamowało jego decyzje o odejściu. Zamyślony nie zauważył w pierwszej chwili, że stoi przed kamienicą przy Krzywej 13. Wokół było pełno szkła, leżały jakieś fragmenty framugi, części mebli, szmaty. „Ale pobojowisko!” – pomyślał. Z zamyślenia wyrwało go pytanie młodego policjanta:

– Dokąd to? Taśma niewidka... co?

W odpowiedzi machnął mu blachą przed twarzą i nie czekając na reakcję, wszedł do bramy.

Podszedł do listy lokatorów i przez chwilę się jej przyglądał. Czekała go rutynowa rozmowa z mieszkańcami kamienicy. Szczerze tego nienawidził, więc bez specjalnego zapału zaczął wspinać się na najwyższe piętro. Stanął pod drzwiami oznaczonymi numerem 15. i nacisnął przycisk dzwonka. Po dłuższej chwili skrzypiące drzwi się otworzyły. Drucki zobaczył wiekową już, ale sympatycznie wyglądającą panią.

– Jestem z policji, nazywam się Marcin Drucki i chciałbym zapytać, czy w związku z wybuchem zauważyła pani coś szczególnego?

– Słucham! – dość głośno zareagowała.

Drucki powtórzył formułkę w wersji skróconej i o parę tonów wyżej. Rezultat był taki sam.

Już miał zamiar zrezygnować, gdy zza pleców starszej pani ukazała się twarz młodej dziewczyny.

– Nie zorientował się pan jeszcze, że babcia słabo słyszy? – rzuciła trochę niegrzecznie.

– Owszem, zorientowałem się i zarządziłem odwrót... no ale ukazała się tak piękna osoba, że postanowiłem zostać na miejscu.

Z zadowoleniem zauważył, że jego odpowiedź spodobała się dziewczynie.

– Proszę wejść... Słyszałam, o co pytał pan babcię, więc nie musi pan tego powtarzać. – Pochyliła się do starszej pani i głośno zaprezentowała Druckiego. Gdy Drucki wchodził do wnętrza stylowo i ze smakiem urządzonego mieszkania, uświadomił sobie, że przepada za atmosferą tych starych domów, pełnych wiekowych mebli, pozornego bałaganu i specyficznego zapachu. Do tego ta dziewczyna. Śmiejące się oczy, olśniewająco białe zęby i ta śliczna twarz, znamionująca bystrość i klasę. Nawet nie zauważył, że dziewczyna się z niego śmieje. Odpowiedział śmiechem. Wiedział, że błyskawicznie go rozgryzła.

– A młody pan to kolega z uniwersytetu? – przerwała ciszę starsza pani.

– Nie, babciu, pan jest z policji w sprawie tego wy­­buchu.

– Aha! To może zrobię herbatę. – I nie czekając na od­­powiedz, podreptała do kuchni.

– W czym mogę panu pomóc? – zapytała, tym razem już sympatyczniej.

Drucki znowu poczuł zakłopotanie. Mimo że nie należał do nieśmiałych, w sytuacjach, kiedy czuł gwałtowny przypływ adrenaliny, tracił rezon. A ona naprawdę robiła wrażenie!

Odchrząknął i w skrócie opisał, w czym rzecz, i na ko­­niec zapytał:

– Czy przed eksplozją widziała pani kogoś obcego kręcącego się tutaj?

– Byłam w tym czasie na uczelni, gdy wróciłam, było już po wszystkim. Jak to przebiegało, dowiedziałam się od sąsiadów. Nie mówili, aby widzieli coś podejrzanego. Babcia to nawet nie usłyszała wybuchu – zakończyła z lekkim uśmiechem, poprawiając lśniące włosy.

– Znała pani lokatora tego mieszkania?

– Wynajmował to mieszkanie od około miesiąca, raz tylko minęłam się z nim w bramie.

– Przychodził ktoś do niego?

– Nie zwracałam uwagi, zresztą w domu jestem rzadko... Mam tyle zajęć.

W tym momencie weszła starsza pani i zupełnie wprawnie poustawiała filiżanki i paterę z okrągłym plackiem.

– A mówiłaś panu, co widział dozorca?

– No, właśnie, wspominał o jakimś chłopaku, który krótko przed tym wybuchem gazu pytał o Kotowskiego.

– O! – ożywił się gwałtownie Drucki. Gdzie znajdę dozorcę?

– Mieszka na parterze... wejście od podwórza.

– Wielkie dzięki! Jesteście panie kochane!

– Obie tak samo? – filuternie zapytała zdecydowanie młodsza z pań.

Drucki poczuł, że się czerwieni, ale pytanie sprawiło mu błogą przyjemność. Uznał, że czas na atak jest najbardziej sprzyjający.

– Nie byłbym natrętny, gdybym poprosił o dodatkowe spotkanie, niekoniecznie dotyczące spraw służbowych?

Z niepokojem czekał na odpowiedz, wykazał niezły refleks, ale chyba się zagalopował.

– W porządku, zapiszę tylko telefon – odpowiedziała, nie przestając się uśmiechać, po czym wyciągnęła do niego rękę.

– Basia!

– Marcin – z ulgą wykrztusił z siebie Drucki. Oboje znowu się roześmiali.

***

Dozorcę znalazł w podwórzu przy naprawie roweru. Owszem, widział on chłopaka, który niczym specjalnym się nie wyróżniał. Ot, gówniarz, jakich pełno. Widać, że pyskaty. Tak, pytał o Kotowskiego.

– Pokazałem mu, bo Kotowskiego nie było na liście lokatorów. Czy widziałem, jak wychodził? Nie, ale słyszałem. Tak hałasował na schodach. Chwilę potem tak walnęło, że aż przysiadłem z wrażenia. Gówniarz miał sporo szczęścia. Wie pan, jedno mnie tylko dziwi. Krótko przed tym sprzątałem klatkę schodową i nie czułem gazu. Wszystkie te drzwi są nieszczelne i powinienem coś poczuć. Nie uważa pan?

– No tak... a chłopak coś niósł?

– Małą paczkę. Nie. To wyglądało na szarą kopertę, średniej wielkości. Pamiętam, że owinięta była jakąś taśmą. Tak... tak, na pewno klejącą.

– Pytał o coś, mówił, co za paczka, od kogo?

– Na pewno mówił, że dla tego Kotowskiego. Czy coś jeszcze...? Zaraz, teraz sobie przypominam. Mówił, że dał mu jakiś facet na rynku, tak, chyba głównym.

– Może pan opisać wygląd chłopca?

Drucki zanotował w notesie co istotniejsze spostrzeżenia dozorcy. Potem obszedł pozostałych lokatorów, ale ci nic ciekawego nie zauważyli. Mimo to uważał dzień za bardzo udany. Gdy wychodził z bramy, obejrzał się. W oknie zobaczył postać Basi. Nie namyślając się, posłał jej całusa. Pomachała mu. Ruszył w kierunku Barbakanu.

***

Kiedy dotarł do komendy, było dobrze po piątej. Trafił akurat na naradę zarządzoną przez Borkowskiego.

– Dobrze, że już jesteś – przywitał go i wskazał mu miejsce. Gdy Drucki usiadł, rozejrzał się po gabinecie. Nie wszystkich znał, większość była pracownikami ko­­mendy, dwóch mężczyzn widział po raz pierwszy.

– To nasz młody pracownik – aspirant Marcin Drucki. Wiele sobie po nim obiecujemy. – Uśmiechnął się. – No dobra! Zaczynamy. Wiecie, panowie, że prowadzimy sprawę o zabójstwo Jacka Wilka. Do dziś nie posunęliśmy się ani o krok, aby wyjaśnić tę tragedię. Właś­­­­­­nie dzisiaj nastąpił przełom w śledztwie. Jesteśmy już po wstępnych ustaleniach dotyczących zamachu przy ­ulicy Krzywej. Tak, na Kleparzu – rzucił w kierunku jednego z obecnych – gdzie zginął młody człowiek. Drugi odniósł powierzchowne rany... Za dzień, dwa będziemy mogli go przesłuchać...

– No tak, ale jaki ma to związek ze śmiercią Wilka? – zapytał Borkowskiego jeden z szefów.

– Właśnie! Dzisiaj, kilka minut po eksplozji na Krzywej, aspirant Wójcicki odebrał tajemniczy telefon. Od rozmówcy (mężczyzny) dowiedział się, że Jan Kotowski był, między innymi, sprawcą zabójstwa nieszczęsnego Jacka. Jednocześnie mężczyzna ten powiedział, że to on podłożył bombę w mieszkaniu Kotowskiego. Zapowiedział również, że pozostałe osoby, które brały udział w śmiertelnym pobiciu studenta, czeka podobny los.

– Czy powiedział, jakie to osoby? – zapytał jeden z obecnych.

– Nie, ale zapowiedział, że zrobi to w odpowiednim czasie.

– Czy coś wiemy o tym, który przeżył eksplozję?

– Znamy jego nazwisko, adres. Wiemy, że był bliskim kolegą Kotowskiego. Wiemy też, że razem z nim handlował narkotykami, ale na pewno robił to na cudzy rachunek. Domyślamy się, że brał udział w katowaniu Jacka, ale pewności nie mamy. Jak powiedziałem, wiele sobie obiecujemy po jego przesłuchaniu i po badaniach daktyloskopijnych...

– To znaczy?

– Na miejscu zabójstwa Jacka Wilka zabezpieczyliśmy różne przedmioty, którymi był bity. Na niektórych były ślady linii papilarnych.

W tym momencie do gabinetu wszedł pracownik laboratorium, który podszedł do Borkowskiego i chwilę z nim porozmawiał. Gdy zniknął, porucznik powiedział:

– Otrzymałem przed chwilą ważną informację. Wyniki daktyloskopii potwierdziły udział tego rannego w napadzie na Wilka. Jest to na tyle ważna informacja, że poz­­wala nam założyć z dużym prawdopodobieństwem, że nasz nieznajomy przygotował swoją paczuszkę nie tylko dla Kotowskiego, lecz także dla Roberta Witulina. Musiał zatem wiedzieć, że w tym dniu i o tej porze będą razem w tym mieszkaniu...

– Skąd mógł to wiedzieć? – spytał ktoś z zebranych.

– Na razie tego nie wiemy, pracujemy nad tym. Zanim przejdziemy do konkluzji, czy ktoś z panów ma jakieś uwagi, spostrzeżenia?

– Jeśli panowie pozwolą – Drucki mówił płynnie, mimo że był trochę spięty. – Mamy świadka, dozorcę kamienicy, który widział posłańca tej niezwykłej przesyłki... Chłopca w wieku około dziesięciu lat. Typowy urwis, jakich pełno, zwłaszcza tam, gdzie są turyści. Przesyłkę przekazał mu jakiś mężczyzna, który powiedział, że ma ją dostarczyć pod adres na Krzywej...

– Wiemy, gdzie nastąpiło przekazanie paczki? – padło z sali.

– Na Rynku Głównym... oczywiście jeśli dozorca dobrze zapamiętał.

– A widział tę paczkę?

– Średniej wielkości szara koperta owinięta taśmą klejącą – odpowiedział Drucki. – W tej chwili dozorca siedzi w laboratorium i próbujemy stworzyć portret pamięciowy tego chłopca.

Gdy Drucki skończył, Borkowski wstał z fotela i po­­wiedział:

– Panowie! Pozwólcie, że przypomnę, co na razie wiemy. Zamach na Krzywej ma związek z zabójstwem Jacka Wilka. Wiemy, że sprawców tego mordu było sześciu i że zostało pięciu. Człowiek, którego określimy jako „X”, zapowiada, że podobny los spotka pozostałych pięciu. Proszę, czy panowie macie jakieś uwagi?

– Może aspirant Drucki spróbuje... świeży, nieskażony rutyną umysł – nieco z przekąsem powiedział jeden z komendantów.

Propozycja zaskoczyła Druckiego, czuł wyraźną tremę. Jednak zachęcające spojrzenie Borkowskiego spowodowało, że poczuł się pewniej.

– Myślę, że nieznajomy na rynku i telefonujący do ko­­mendy to ta sama osoba. Za tym przemawia między innymi to, że poinformował nas o wybuchu chwilę po fakcie. Wszyscy, nie wyłączając policji, sądzili, że mamy do czy­­­­nienia z typową eksplozją gazu. On od razu mówił o ładunku wybuchowym. Teraz... Kim jest ten człowiek oraz dlaczego to robi? Odpowiedź na drugie pytanie powinna pozwolić poznać jego nazwisko. Dlaczego to robi? Sądzę, że mogą być następujące powody: albo jest to człowiek niezrównoważony psychicznie, albo w jakiś sposób skrzywdzony przez tych, których wybrał na ofiary. W pierwszym przypadku, gdy brak motywów, ­odnalezienie tego ­człowieka na pewno nie będzie łatwe. Należałoby spodziewać się szybszych sukcesów, gdy uzyskamy pewność, że człowiek ten jest emocjonalnie zaangażowany, że realizuje swój plan kierując się... no... na przykład chęcią zemsty. Ta wersja wydaje mi się najbardziej prawdopodobna... Ostatecznie nie można też wykluczyć i takiej możliwości, że działa na zlecenie...

– No to mamy faceta! – triumfalnie przerwał jeden ze zwierzchników Borkowskiego. – Rodzina Jacka Wilka zleciła tę robotę specjaliście, nie wierząc w sprawiedliwość.

– Pan wybaczy, komendancie, ale jest to wątpliwe. Przede wszystkim dlatego, że każdy, nawet niezaangażowany w sprawę, swoje podejrzenia od razu kierowałby na krewnych ofiary. Sądzę, że nasz nieznajomy mógł kiedyś doznać wielkiej krzywdy, ale niekoniecznie od tych, których chce teraz unicestwić. Natomiast śmierć Jacka mogła w nim obudzić narosłą krzywdę. I teraz dochodzimy do paradoksalnej sytuacji. Znamy dwóch sprawców napadu na Jacka Wilka dzięki naszemu nieznajomemu. To, czy poznamy nazwiska pozostałych, będzie zapewne zależało od niego. Wygląda na to, że musimy się śpieszyć. Ale nie po to, by ich wykryć i oskarżyć, ale po to... żeby uratować im życie.

– Pierwszą rzeczą, którą powinni teraz zrobić, to zgłosić się na policję – zauważył Borkowski.

– Dokładnie – poparł szefa Drucki.

Zapadła cisza, po chwili przerwana przez natarczywy dźwięk aparatu telefonicznego na biurku Borkowskiego.

– Pani Heleno! Prosiłem, aby nikogo nie łączyć... Mhm! Chyba że tak... Słucham, doktorze.

W czasie, gdy Borkowski prowadził rozmowę, uczestnicy spotkania półgłosem wymieniali uwagi, dotyczące wydarzeń ostatnich dni. Co chwilę kierowali nowe pytania do Druckiego, który spokojnie i z rozmysłem na nie odpowiadał. Jego wyważone sądy zrobiły na większości zebranych pozytywne wrażenie. W pewnej chwili wszyscy umilkli. Patrzyli na Borkowskiego, któremu krople potu poczęły spływać po twarzy. Zapanowało dziwne napięcie. Nikt z zebranych nie odważył się przerwać panującej ciszy. Borkowski powoli odłożył słuchawkę.

– Panowie! Przed chwilą ordynator oddziału reanima­cyjnego powiadomił mnie, że Robert Witulin zmarł z po­­wodu niedotlenienia mózgu. Było to całkowitym zaskoczeniem dla lekarzy do momentu, kiedy ustalili, że pacjent zamiast tlenu został nafaszerowany azotem.

– Jasna cholera! – nie wytrzymał jeden z zebranych. – Takie pomyłki nie mogą się zdarzać, to karygodne! Odpowiedzą za to!

– Panie pułkowniku... – cicho przerwał Borkowski. Witulinowi celowo podmieniono przewody i... zrobiono to, zanim go przywieźli!

– Jak to możliwe...?! Skąd ktoś mógł wiedzieć, że tam go zawieziemy?

– W rozmowie ordynator zwrócił mi uwagę na dziwną rzecz. Otóż szpital został powiadomiony, rzekomo przez nas, kilka minut po eksplozji, że na reanimację przywiozą rannego, który ma być pilnie strzeżony.

– Jest inteligentny, przewidujący i ma stalowe nerwy. Nie doceniłem go – ciężko powiedział Borkowski. Narada była skończona. Była godzina 18.00.

***

Lanckorona! Jakże sympatyczne i miłe jest to miejsce. Obojętnie, z której strony patrzy się na okolicę, zawsze widzi się pejzaż, który chce się zapamiętać – charakterystyczne załamania horyzontu, powodowane przez liczne pagórki i wzniesienia. Tu i tam wyłażące jasne ślady wapiennych skał, z których od dawien dawna budowano zamki, potem inne budowle, tworzące specyficzny ­klimat tych miejsc. Niepowtarzalny, a jakże swojski jest to widok. Nad okolicą dominuje wielokrotnie odbudowywany kościółek, najpierw spalony po najeździe tatarskim w XIII wieku, później doszczętnie zniszczony przez protestanckich, szwedzkich żołdaków. U stóp wzgórza, na którym osadzona jest świątynia, ciągną się liczne zabudowania. W większości parterowe domki, niektóre z frontową niszą przykrytą gontem. Prawdziwym rarytasem są – niestety nieliczne – chałupy z drewnianych bali, kryte strzechą, pamiętające powstanie kościuszkowskie. Centralnym punktem miasteczka jest czworoboczny rynek – miejsce towarzyskich spotkań mieszkańców, szczególnie dziadków, którzy godzinami rozgrywają szachowe partie przy niskich betonowych stołach. Wyjeżdżający z miasteczka szosą w kierunku Krakowa po drodze mijają okazałe wille, zazwyczaj ukryte przed spojrzeniami ciekawskich za wysokim murem.

Pod jednym z takich domów od pewnego czasu panował ruch niezwykły dla tej okolicy. Przy bramie wjazdowej stało dwóch mężczyzn, którzy kontrolowali kierowców i pasażerów wjeżdżających samochodów. Wreszcie, gdy uznali, że lista gości jest już kompletna, zamknęli bramę i zajęli wyznaczone pozycje.

W czasie, gdy ostatnie limuzyny czekały na wjazd, w olbrzymim salonie kilku mężczyzn w różnym wieku rozsiadło się w przepastnych skórzanych fotelach i popijało podane przez służbę napoje. Niektórzy z nich nerwowo sięgali po słone orzeszki, inni – widać obyci ze zwyczajami gospodarza – cierpliwie czekali na rozwój wypadków. Rozmawiali półgłosem, jakby obawiali się, że za chwilę zostaną skarceni. Widać było, że większość czuje respekt przed właścicielem rezydencji. Inni po prostu zwierzęcy strach. Nagle uciszyło się. Do salonu wszedł szczupły, niewysoki mężczyzna, nienagannie ubrany. Znawca bez trudu wymieniłby znane domy mody, gdzie kupione zostały spinki do koszuli czy krawat.

– Zaprosiłem tutaj panów – zaczął bez specjalnych ceregieli – abyśmy wspólnie uradzili, jak najmniejszym kosztem wybrnąć z kłopotów, które spadły na nas nieoczekiwanie z powodu... – tutaj spojrzał nieprzyjaźnie w stronę młodego mężczyzny, który nerwowo przechylił szklankę z alkoholem – nieodpowiedzialności członków naszej organizacji. Jeżeli nie wszyscy panowie wiedzą, o co chodzi, to krótko wyjaśnię. Zapewne wszyscy wiecie o historii młodego Jacka Wilka, studenta, który stracił życie na skutek pobicia. Nie chcę wnikać, czy należało mu się, czy też nie. Nie o to tu chodzi. Chodzi o metody pracy, których jako szanowany przemysłowiec tolerować nie mogę, gdyż są wynikiem niesubordynacji i totalnej głupoty. Na efekty zresztą długo nie czekaliśmy. Znalazł się jakiś postrzeleniec, który podjął się roli sprawiedliwego i sam chce wymierzać wyroki. Jeszcze nie wiemy, kim jest ten człowiek i jak daleko sięgają jego plany. Ale jedno jest pewne. Jest niebezpieczny z dwóch powodów: determinacji i profesjonalnego działania. Od zaprzyjaźnionych osób z kręgu policji wiem, że traktują ten przypadek jako niezwykle poważny. Do chwili obecnej zgładził jednego z naszych pracowników i zapowiada, że podobnie postąpi z pozostałymi sprawcami śmierci Jacka Wilka. Nie podjąłem jeszcze decyzji, jak zostaną ukarane osoby winne tej sytuacji. Nie to teraz jest najważniejsze. Jak wspomniałem na początku, musimy się zastanowić, w jaki sposób tę sprawę załatwić, jak najszybciej unieszkodliwić tego człowieka. Proszę bardzo, oddaję panom głos...

– Przyznaję, to jest moja wina – zaczął drżącym głosem Gerard Musiał, pseudonim „Długi”. – Zawsze powtarzałem chłopakom, żeby nie przesadzali. Ale oni nie czują tego interesu. Wolą rozróbę, bijatyki, jakieś wymuszenia, to... co powinno być już historią. Ciężko się teraz pracuje z młodzieżą. Nawet ostre kary nie pomagają. Zresztą, jeżeli są naćpani albo, w najlepszym razie, po wódzie, to nic do nich nie trafia. Ostatnio jednego takiego zabraliśmy do lasku, gdzie zostawił dwa paluszki, ale czy to coś pomoże, wątpię...

– Słuchaj, Długi – spokojnie przerwał gospodarz spotkania – mnie nie interesują wywody na temat twoich problemów. To, co się stało, wskazuje, że nie panujesz nad ludźmi, nie masz autorytetu. Czy możesz sobie wyobrazić, że którykolwiek z panów – i tutaj przesunął ręką po salonie – powiedziałby, że czegoś nie zrobi albo zrobi wbrew mnie... – Jagielski zaśmiał się jak z niezłego dowcipu.

Nikt z zebranych nie odwzajemnił radości szefa. Wszyscy doskonale wiedzieli, jaki los spotkał kilku facetów z konkurencji, którzy nie docenili determinacji Jagielskiego w poszerzaniu własnego imperium. Po kilku takich spektakularnych akcjach Jagielski stał się niekwestionowanym szefem całej Małopolski, a może i dalej. Ci, którzy zbytnio zawierzyli własnej intuicji, podpowiadającej, że można lekceważyć niepozornie wyglądającego, o nienagannych manierach Jagielskiego, mieli szybko się przekonać, jak bardzo się mylili. Ten, można by rzec, jowialnie wyglądający, starszy już mężczyzna w sytuacjach krytycznych okazywał się człowiekiem bezwzględnym, niemającym litości wobec tych, którzy go zawiedli...

– ...Dlatego też dam ci ostatnią szansę. Masz odnaleźć tego człowieka i go zlikwidować. Nie muszę mówić, co będzie, jeżeli nie wywiążesz się z tego dość prostego za­­­dania. Wiesz, że nie rzucam słów na wiatr. Panowie zresztą też...

Przez dłuższą chwilę w salonie panowała cisza, przerwana jedynie trzaskiem zapalonej zapałki, którą jeden z obecnych przypalał szefowi cygaro. Nikt z zebranych nie odważył się przerwać tej ciszy. Z kłopotu wybawił ich jeden z ludzi Jagielskiego, który dyskretnie wszedł do salonu i przez chwilę szeptał coś szefowi do ucha. Kiedy to robił, na twarzy Jagielskiego pojawił się wściekły grymas. Zaklął szpetnie i opadł na sofę. Po chwili był już zupełnie opanowany.

– Nasz informator przekazał nam – zaczął bezbarwnym głosem Jagielski – że dwie godziny temu Robert zmarł w szpitalu św. Łazarza. Powodem zgonu było niedotlenienie mózgu spowodowane podaniem dużej ilości azotu. Nie ma mowy o pomyłce. Policja ustaliła, że ktoś zamienił przewody doprowadzające tlen... Nie muszę panom mówić, czyja to robota!

– Ale skąd facet wiedział, że Witulina zawiozą do Łazarza? – podnieconym głosem zapytał Długi.

– Skąd? skąd!... Bo w przeciwieństwie do ciebie myśli – zniecierpliwionym tonem odpowiedział Jagielski. Widzę – kontynuował – że ta sprawa cię przerasta...

– Ależ szefie – próbował oponować Długi.

– Milcz, do jasnej cholery! – wściekle przerwał Jagielski.

Długi aż się skurczył na krześle. Na jego twarzy odmalował się strach. Znowu zapanowała nieprzyjemna cisza.

– Panowie! – oficjalnie zaczął Jagielski przechadzający się po salonie. – Nie doceniliśmy tego człowieka. Zlekceważyłem sygnały policji, że mamy do czynienia z inteligentnym facetem potrafiącym przewidywać, wyciągać właściwe wnioski i konsekwentnie realizować swoje plany. Widzę teraz, że może on zagrażać moim interesom, a tego tolerować nie będę. Dlatego też daję wam trzy dni na opracowanie planu, w jaki sposób można wykryć tego człowieka i go unicestwić. Wiem od zaufanego człowieka, że policja traktuje sprawę niezwykle poważnie. To dobrze. Ich rękoma możemy sporo załatwić. Ale też nie możemy przeceniać ich możliwości. Mają trochę inne cele... niż my – dodał sarkastycznie. – Tak więc oczekuję panów w najbliższy wtorek. Oczywiście z dalszego prowadzenia tej sprawy Robert Musiał jest wyłączony. To zbyt trudne dla niego.

Spotkanie było skończone. Był 14 lipca 1999 roku, godzina 20.00.


Rozdział II

Marcin Drucki powoli przechadzał się Floriańską i uważnie omijał kałuże, które nie zdążyły wyschnąć po ostatniej ulewie. Sposób, w jaki trzymał bukiet kwiatów kupionych u kwiaciarek na rynku, wskazywał, że sprawia mu to ­sporą mękę. Nie potrafił wytłumaczyć sobie swojego zażenowania, gdy chwilę wcześniej minął się na ulicy ze znajomym z komendy. Może konfidencjonalny uśmiech, którym go uraczył, był tego powodem.

– Pies go drapał – mruknął.

– Słucham? – nagle zza pleców usłyszał znajomy głos. Obejrzał się. W pierwszej chwili oniemiał z zachwytu. Gdy poznał Basię w jej mieszkaniu, od razu zwrócił uwagę na jej nieprzeciętną urodę. Ale wówczas nie miała makijażu ani wystrzałowego ubrania. Krótka, opięta sukienka znakomicie podkreślała jej wspaniałe kształty, a oczy z lekkim makijażem aż nazbyt bezczelnie wpatrywały się w Druckiego, co już zupełnie odebrało mu mowę.

– Ach! Basia, cześć! – usłyszał swój zmieniony głos. Nie namyślając się, wręczył jej kwiaty.

– Miło... dzięki. – Znowu się uśmiechnęła.

– No to jakie plany? – zapytała.

– Może do Orient Expressu? Jest tam sympatycznie, no i... kolejowo.

– Ale spacerkiem...

– Koniecznie. – Uśmiechnęli się do siebie.

Gdy przyszli na miejsce, w lokalu było prawie pusto, jedynie w końcu sali siedziało kilku facetów głośno się zachowujących.

– Co dla państwa? – usłyszeli, gdy ledwo zdążyli zająć miejsce.

– Basiu, na co masz ochotę?

– Chyba lody... i... białe wino, może być Muskat. – Znowu się uśmiechnęła.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.