Olvido znaczy zapomnienie - Maria Duenas - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 607 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Olvido znaczy zapomnienie - Maria Duenas

Blanca Perea, doktor filologii u szczytu zawodowej kariery, dowiaduje się, że mąż zostawił ją dla młodszej kobiety i będzie miał z nią dziecko. Rozżalona i załamana postanawia wyjechać, jak najdalej od domu i życiowych problemów. Dostaje grant na niewielkim uniwersytecie w Kalifornii, gdzie ma zbadać archiwum tragicznie zmarłego hiszpańskiego profesora. Czy będzie miała odwagę, by skorzystać z kolejnej szansy, jaką da jej życie?

Opinie o ebooku Olvido znaczy zapomnienie - Maria Duenas

Fragment ebooka Olvido znaczy zapomnienie - Maria Duenas











MARÍA DUENAS

OLVIDO
znaczy zapomnienie


Tytuł oryginału: Misión Olvido

Projekt okładki: Aleksandra Szmak

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Janina Zgrzembska

Zdjęcia wykorzystane na okładce

NejronPhoto/shutterstock

Aleshyn_Andrei/shutterstock

© MISORUM, S.L. 2012

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014

© for the Polish translation by Katarzyna Okrasko

ISBN 978-83-7758-729-4

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2014

Wydanie I


Dla Pabla Duenasa Vinuesy, mojego brata,

w zamian za to, co mu zawdzięczam – on wie za co

Wszystkim, którzy z entuzjazmem i uporem toczą swoje

codzienne bitwy w klasach i salach wykładowych

– moim kolegom, moim nauczycielom, moim przyjaciołom


Rozdział pierwszy

Czasem całe nasze życie w jednej chwili wywraca się do góry nogami tak gwałtownie, jak wypadająca z szyn lokomotywa.

To właśnie poczułam, otwierając drzwi gabinetu. Przedtem tak przytulnego, ciepłego, tak bardzo mojego.

Na pierwszy rzut oka nie było powodu do niepokoju. Zastałam wszystko dokładnie tak, jak sama zostawiłam. Półki uginające się pod ciężarem książek, korkową tablicę, a na niej plan zajęć i niezliczone notki. Teczki, segregatory, plakaty zapowiadające zamknięte już wystawy, zaadresowane do mnie koperty. Kalendarz, który zatrzymał się dwa miesiące wcześniej, na czerwcu 1999 roku. Nic a nic nie zmieniło się w tej przestrzeni, która przez czternaście lat stanowiła mój azyl i zarazem miejsce pielgrzymek całych chmar studentów poszukujących rady, poprawiających niezaliczone zajęcia. Niby wszystko było tak jak zawsze. Z wyjątkiem jednej, jedynej rzeczy – fundamentów mojego życia. Które zostały zrównane z ziemią.

Od chwili gdy otworzyłam drzwi, minęły jakieś trzy minuty. Może było ich dziesięć, a może nie upłynęła nawet jedna. W każdym razie tyle czasu wystarczyło mi, by podjąć decyzję. I nie czekałam ani chwili z jej realizacją – natychmiast podniosłam słuchawkę i wykręciłam numer. Po tamtej stronie powitała mnie lodowato uprzejma automatyczna sekretarka. Po chwili zastanowienia, czy się rozłączać, czy nie, postanowiłam w końcu zostawić wiadomość.

– Mówi Blanca Perea. Rosalío, muszę stąd wyjechać, potrzebuję twojej pomocy. Nie wiem dokąd i prawdę mówiąc, wszystko mi jedno. Gdzieś, gdzie nikt nie będzie znał mnie, a ja nie będę znała nikogo. Wiem, że to fatalny moment, za chwilę zacznie się semestr, ale zadzwoń do mnie, jak tylko będziesz mogła, proszę.

Kiedy skończyłam, poczułam się lepiej, jakbym uwolniła się od psa, który szarpie mnie za rękaw w jakimś koszmarnym śnie. Wiedziałam, że mogę zaufać Rosalíi Martín, jej empatii, jej energii. Poznałyśmy się w chwili, kiedy obie stawiałyśmy pierwsze kroki na uniwersytecie, ja jako młoda wykładowczyni zatrudniona na nędznych warunkach i na czas określony, ona jako koordynatorka nowo otwartego działu współpracy z zagranicą. Chyba nie byłyśmy przyjaciółkami w ścisłym tego słowa znaczeniu i pewnie z biegiem lat nasze kontakty stawały się coraz bardziej powierzchowne, ale znając rozwagę Rosalíi, wiedziałam, że mój krzyk rozpaczy nie pozostanie bez echa.

Dopiero po tym telefonie zdołałam zebrać siły, by stawić czoło obowiązkom, które przynosił rozpoczynający się wrzesień. Moja skrzynka e-mailowa otworzyła się niczym rzeka, która grozi przerwaniem tamy, dość długą chwilę spędziłam, odpowiadając na niektóre wiadomości i usuwając inne, nieistotne lub przestarzałe. Przerwał mi dźwięk telefonu, „halo”, powiedziałam sucho.

– Czyś ty kompletnie zwariowała? Dokąd chcesz jechać? I skąd ten pośpiech?

Jej zatroskany głos natychmiast obudził we mnie wspomnienia wspólnych chwil przeżytych tak wiele lat temu. Godzin spędzonych przed czarno-białym monitorem prehistorycznego komputera. Wspólne wizyty na zagranicznych uniwersytetach, negocjowanie warunków wymian studenckich i umów o współpracy, dwuosobowe pokoje w niezliczonych podrzędnych hotelikach, oczekiwanie nad ranem na samolot w pustych lotniskowych poczekalniach. Z czasem nasze drogi się rozeszły i nasza znajomość trochę przerdzewiała. Ale pod tą warstwą rdzy kryły się jeszcze ślady dawnej zażyłości. Dlatego bez żadnych zahamowań opowiedziałam jej wszystko. Z rozbrajającą szczerością, unikając jednak wartościujących sądów. Unikając przymiotników i użalania się nad sobą. Bez ogródek.

Dowiedziała się ode mnie wszystkiego, co powinna wiedzieć. Że Alberto wyprowadził się z domu. Że na samym początku lata moje rzekomo stabilne małżeństwo rozpadło się jak domek z kart, że moje dzieci żyły już swoim życiem, a ja spędziłam ostatnie dwa miesiące, nieudolnie próbując przystosować się jakoś do nowej rzeczywistości, a teraz, kiedy nowy semestr ma się właśnie rozpocząć, brakuje mi sił, żeby utrzymać się na powierzchni w tej samej co zawsze scenerii, by borykać się z tymi samymi co zawsze obowiązkami, stawiać czoło tym samym rytuałom, jakby w moim życiu nic się nie zmieniło, jakby nie dokonało się w nim to radykalne, bolesne cięcie.

Rosalía, dziewięćdziesiąt kilo chodzącego pragmatyzmu, w mig zorientowała się w sytuacji. Zrozumiała, że ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuję, są pełne współczucia i fałszywego optymizmu rady. Nie pytała o szczegóły, nie zaoferowała mi swojego miękkiego ramienia, bym się mogła wypłakać. Z drugiej strony nie chciała mi też robić zbytnich nadziei.

– Obawiam się, moja droga, że czeka nas trudne zadanie – powiedziała w liczbie mnogiej, jakby chciała podkreślić, że problem dotyczy nas obu. – Jeżeli chodzi o te naprawdę interesujące stypendia, wyniki rekrutacji ogłoszono już kilka miesięcy temu. W każdym razie daj mi trochę czasu, wakacje dopiero się skończyły, zobaczę, czy przez ostatnie tygodnie nie dostaliśmy czegoś ciekawego, jakiejś niespodziewanej propozycji. Zadzwonię do ciebie przed samym wyjściem z pracy, dobrze?

Przez resztę dnia jak cień snułam się po uniwersytecie. Podpisałam zaległe papiery, oddałam książki do biblioteki, poszłam na kawę. Nie mogłam jednak znaleźć sobie miejsca, nie udało mi się doczekać spokojnie obiecanego telefonu. Za piętnaście druga zapukałam ostrożnie do uchylonych drzwi jej gabinetu. Rosalía, zupełnie pozbawiona kompleksów, z włosami ufarbowanymi na fioletowo, siedziała przy swoim biurku.

– Właśnie miałam do ciebie dzwonić – oznajmiła natychmiast, nie dając mi nawet czasu, żeby się przywitać. Zaczęła wodzić palcem po monitorze i bombardować mnie wiadomościami. – Wybrałam dla ciebie trzy rzeczy, które nie wydały mi się zupełnie beznadziejne, przyszły podczas wakacji. Jeśli mam być szczera, sądziłam, że będzie gorzej. Trzy różne instytucje, trzy zupełnie odmienne zadania dydaktyczne. Litwa, Portugalia i Stany Zjednoczone. A konkretnie Kalifornia. Żaden cymes, to chyba jasne, wszystkie trzy wymiany obiecują ciężką harówę, nie wnosząc w zamian nic nowego do twojego CV, ale lepsze to niż nic, prawda? Od czego mam zacząć?

Wzruszyłam obojętnie ramionami, a moje usta wykrzywił grymas, który chyba mógłby zostać uznany za uśmiech: pierwszy od bardzo dawna. Rosalía poprawiła okulary w kolorze „guma do żucia zielone jabłuszko”, spojrzała znów na monitor i mówiła dalej.

– Dajmy na to Litwa. Potrzebują metodyka nauczania języków obcych do nowego programu kształcenia nauczycieli. Dwa miesiące. Dostali unijne dotacje, a Unia wymaga od nich, by zespół był międzynarodowy. To twoja specjalność, prawda?

Rzeczywiście, był to właśnie obszar moich akademickich zainteresowań. Lingwistyka stosowana, dydaktyka języków obcych, tworzenie programów, dynamika zajęć. Zajmowałam się tym przez ostatnie dwadzieścia lat. Ale zanim dałam się skusić temu syreniemu śpiewowi, postanowiłam zapytać o inne możliwości.

– A Portugalia?

– Universidade do Espírito Santo w Sintrze. Prywatna, nowoczesna i bogata uczelnia. Oferują studia podyplomowe, nauczanie hiszpańskiego jako drugiego języka, i szukają metodyków. Termin składania wniosków upływa już w ten piątek. Intensywny, dwunastotygodniowy moduł, liczba godzin lekcyjnych dla prawdziwego tytana pracy. Płacą nieźle, więc podejrzewam, że chętnych nie zabraknie. Ale na twoją korzyść przemawiają lata doświadczenia, poza tym mamy bardzo dobre relacje z tym uniwersytetem, więc może nie byłoby wcale tak trudno.

Ta możliwość wydała mi się o wiele bardziej kusząca niż Litwa. Sintra, z jej lasami i pałacykami, poza tym blisko do Lizbony i blisko do domu. Rozmarzyłam się, ale głos Rosalíi przywrócił mnie do rzeczywistości.

– I wreszcie, Kalifornia – ciągnęła, nie odrywając wzroku od monitora. – Chociaż to stypendium pewnie zainteresuje cię najmniej, ale na wszelki wypadek możemy mu się przyjrzeć. Uniwersytet Santa Cecilia, na północy stanu, niedaleko San Francisco. Na razie nie mogę powiedzieć ci zbyt wiele, tę propozycję otrzymaliśmy dopiero co. Na pierwszy rzut oka: stypendium finansuje prywatna fundacja, chociaż praca jest na samym uniwersytecie. Nie oferują zbyt dużo forsy, ale da się przeżyć.

– Na czym dokładnie polega?

– Chodzi o uporządkowanie i skatalogowanie jakichś dokumentów, szukają kogoś hiszpańskiej narodowości, ze stopniem naukowym doktora w jakiejkolwiek dziedzinie nauk humanistycznych. – Zdjęła okulary i zaznaczyła: – Ten typ stypendiów skierowany jest do osób znacznie mniej doświadczonych od ciebie, myślę, że z twoim życiorysem dostałabyś je bez problemu. A Kalifornia, kochanie, to piękne miejsce, mogę spróbować dowiedzieć się czegoś więcej.

– Sintra – ucięłam, nawet nie zastanawiając się nad tą nową możliwością. Dwanaście tygodni. Może to wystarczy, żeby moje rany zaczęły się goić. Wystarczająco daleko, żeby oderwać się od codzienności, wystarczająco blisko, by wracać do domu, w wypadku gdyby sytuacja odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni i wszystko jakimś cudem wróciło do normalności. – Sintra, zdecydowanie Sintra – powtórzyłam.

Kiedy pół godziny później wychodziłam z gabinetu Rosalíi, miałam już wypełnione podanie. Miałam też natłok myśli w głowie, plik papierów w ręku i wrażenie, że szczęście, nieśmiało, bo nieśmiało, ale chyba w końcu się do mnie uśmiechnęło.

Reszta dnia upłynęła mi w swego rodzaju czyśćcu. Bez apetytu zjadłam kanapkę z tuńczykiem w wydziałowym bufecie, po południu usiłowałam się skupić i trochę popracować, a o siódmej poczucie obowiązku kazało mi się stawić na promocji książki kolegi zajmującego się prehistorią. Chciałam wymknąć się zaraz po zakończeniu części oficjalnej, ale znajomi nalegali, że koniecznie muszę pójść z nimi na piwo. Kiedy znalazłam się w końcu w domu, dochodziła dziesiąta. Zanim zdążyłam zapalić światło, jeszcze w półmroku zauważyłam migające w salonie światełko automatycznej sekretarki. Przypomniałam sobie wówczas, że przed rozpoczęciem imprezy wyłączyłam telefon, a potem zapomniałam go włączyć.

Odsłuchałam pierwszą wiadomość. Nagrał się Pablo, mój młodszy syn. Słodki, niepozbierany, roztargniony; w tle nieznośnie jazgotliwa muzyka i śmiechy, sporo wysiłku kosztowało mnie złożenie w całość tej niezbornej wypowiedzi.

Mamo, to ja, gdzie się podziewasz? Dzwonię do ciebie na komórkę i nigdy nie odbierasz, a chciałem tylko ci powiedzieć, że w tym tygodniu też nie chce mi się wracać… zostanę na plaży… ale jeśli, no wiesz… a zresztą spróbuję zadzwonić później, dobra?

– Pablo – mruknęłam, instynktownie szukając jego zdjęcia na regale. Stały tam ich całe tuziny. Czasem był na fotografii sam, ale najczęściej z bratem, obaj tacy podobni. Szerokie uśmiechy, przydługie grzywki wchodzące w oczy. Chaotyczne sekwencje ostatnich dwudziestu dwóch, dwudziestu trzech lat. Indianie, piraci, jaskiniowcy w szkolnym przedstawieniu, kolejne urodzinowe torty, a na nich coraz więcej świeczek. Wywołane na fotograficznym papierze Kodaka urywki wspomnień kochającej się rodziny, która przestała być rodziną.

Mając cały czas przed oczyma obraz Pabla, machinalnie nacisnęłam jeszcze raz klawisz sekretarki, by wysłuchać kolejnej wiadomości.

Yyyy… Blanco, to ja, Alberto. Nie odbierasz komórki, nie mam pojęcia, czy jesteś w domu. No iii… dzwonię, bo muszę… mmmmm… chciałem powiedzieć ci, yyyyy, nie, lepiej opowiem ci wszystko później, kiedy uda mi się z tobą skontaktować. Zadzwonię później, cześć, na razie. Cześć.

Zaniepokoił mnie ten chaotyczny monolog mojego męża. A właściwie mojego byłego męża. Nie miałam pojęcia, co takiego chciał mi zakomunikować, ale ton jego głosu zapowiadał niezbyt przyjemne wiadomości. W pierwszym odruchu pomyślałam, jak zawsze, że coś złego mogło stać się któremuś z moich synów. Z poprzedniego nagrania mogłam się domyślać, że u Pabla wszystko w porządku; w pośpiechu wygrzebałam z torebki komórkę i zatelefonowałam do Davida.

– Wszystko dobrze? – zapytałam nerwowo, kiedy tylko w słuchawce rozległ się jego głos.

– Jasne, mamo. U mnie wszystko w porządku. A ty? Jak się masz?

Wyczułam w jego głosie napięcie. Ale być może to odległość sprawiała, że odniosłam takie wrażenie.

– Ja, no cóż, tak sobie… Dzwonił do mnie tata i…

– Wiem, wiem – przerwał. – Do mnie też dzwonił przed chwilą. I jak to przyjęłaś?

– Co przyjęłam?

– Wiadomość o dziecku.

– Jakim dziecku?

– Tym, które będzie miał z Evą.

Przestałam myśleć, czuć, widzieć. Byłam jak marmurowa statua albo płyta chodnika, zamarłam w bezruchu na jakąś chwilę, nie mam pojęcia jak długą. Kiedy znów zaczęły docierać do mnie strzępy rzeczywistości, usłyszałam głos Davida wrzeszczącego do słuchawki, która spadła mi na kolana.

– Tak, jestem – powiedziałam w końcu. I zanim zdołał o cokolwiek zapytać, skończyłam rozmowę. – Wszystko w porządku, zadzwonię do ciebie później.

Opadłam na kanapę i zapatrzyłam się w sufit, starając się dopuścić do świadomości myśl, że mój mąż będzie miał dziecko z kobietą, dla której zostawił mnie zaledwie dwa miesiące wcześniej. Trzecie dziecko Alberta – trzecie dziecko, którego, mimo moich wieloletnich nalegań, nigdy nie chciał mieć ze mną. Dziecko poczęte nie w moim łonie, które urodzi się w domu niebędącym naszym domem.

Ogarnęła mnie rozpacz, poczułam, że już dłużej nie wytrzymam, że zbiera mi się na wymioty. Obijając się o ściany i framugi drzwi jak pijana, dotarłam do łazienki. Uklękłam przez sedesem, oparłam czoło na dłoniach, zwymiotowałam.

Klęczałam tak, z czołem opartym o chłodne kafelki przez dłużące się w nieskończoność minuty, próbując odnaleźć jakieś okruchy sensu w zalewającym mnie chaosie. W końcu udało mi się podnieść. Umyłam ręce. Powoli, starannie; długo patrzyłam, jak woda i piana spływają mi z palców. Potem wyszczotkowałam dokładnie zęby, dając czas umysłowi, by zaczął pracować w miarę normalnie. Kiedy wracałam do salonu, ręce miałam czyste, żołądek pusty, oczy zupełnie suche. Rozejrzałam się w poszukiwaniu telefonu, leżał na dywanie. Wykręciłam numer, nikt nie odpowiedział. Nagrałam się więc jeszcze raz na sekretarkę.

– To znowu ja, Blanca. Zmiana planów. Muszę wyjechać dalej i na dłużej. I jak najprędzej. Dowiedz się coś więcej na temat Kalifornii, bardzo cię proszę.

Dziewięć dni później wylądowałam w San Francisco.


Rozdział drugi

Ocknęłam się z zamyślenia w chwili, gdy stukanie młotów gwałtownie ustało. Spojrzałam na zegarek. Południe. Dopiero wówczas zdałam sobie sprawę, że już od kilku godzin przerzucam papiery, nie mając zielonego pojęcia, co właściwie powinnam z nimi zrobić. Z wysiłkiem podniosłam się z podłogi, przeciągnęłam się, rozprostowałam zdrętwiałe stawy. Otrzepując ręce z kurzu, wspięłam się na palce i wyjrzałam przez wąskie okienko znajdujące się tuż pod sufitem. Zobaczyłam przez nie plac budowy, wstrzymanej na czas przerwy śniadaniowej, ciężkie buty kilku robotników, którzy pałaszowali kanapki oparci o sterty desek. Poczułam ssanie w żołądku, mieszaninę osłabienia, zdumienia i głodu.

Dotarłam do Kalifornii poprzedniej nocy, mając za sobą długie godziny podróży trzema samolotami. Odebrawszy bagaż, po kilku minutach niepewności zobaczyłam na dużej kartce swoje nazwisko wypisane grubym niebieskim flamastrem. Kartkę trzymała krępa kobieta o nieobecnym wzroku i w bliżej niesprecyzowanym wieku. Trzydzieści siedem, czterdzieści, może czterdzieści kilka lat. Włosy miała przycięte równo na wysokości policzków, ubrana była w sukienkę koloru wanilii. Podeszłam do niej, ale nawet kiedy stanęłam naprzeciwko, zdawała się nie zauważać mojej obecności.

– Blanca Perea, chyba mnie pani szuka.

Myliłam się, nie szukała mnie. Ani mnie, ani nikogo. Stała tylko nieruchoma i nieobecna, nie zwracając najmniejszej uwagi na przemieszczające się masy ludzi, na panujący w terminalu ruch.

– Blanca Perea – nalegałam. – Doktor Blanca Perea, z Hiszpanii.

W końcu zareagowała, zamknęła i otworzyła oczy, jakby postanowiła wrócić ze swojej międzyplanetarnej podróży. Wyciągnęła do mnie rękę, mocno uścisnęła moją dłoń; potem bez słowa ruszyła przed siebie żołnierskim krokiem, a ja starałam się za nią nadążyć z dwiema walizkami, ogromną torbą oraz laptopem.

Przed budynkiem lotniska czekał na nas biały jeep, zaparkowany bezczelnie w poprzek na dwóch miejscach parkingowych. Jesus Loves You głosiła naklejka na tylnej szybie. Ruszyliśmy w wilgotną noc zatoki San Francisco z prędkością, o którą nie podejrzewałam spokojnej na pierwszy rzut oka kobiety. Naszym celem była Santa Cecilia.

Prowadziła kurczowo uczepiona kierownicy, całkowicie skoncentrowana na drodze. Nie rozmawiałyśmy prawie wcale, na moje pytania odpowiadała monosylabami, niechętnie wypluwając maleńkie porcje informacji. Mimo wszystko udało mi się dowiedzieć kilku rzeczy. Na przykład, że nazywa się Fanny Stern. Że pracuje na uniwersytecie i że w tej chwili polecono jej zawieźć mnie do mieszkania, które razem ze skromną pensją składało się na przyznane mi w końcu stypendium. Nie wiedziałam jeszcze zbyt dokładnie, co miałam tu właściwie robić, towarzyszący wyjazdowi pośpiech sprawił, że nie zdołałam ustalić wszystkich szczegółów. Nie przejmowałam się tym zbytnio, na wszystko przyjdzie czas. Domyślałam się w każdym razie, że moja praca nie będzie fascynującym ani wzbogacającym doświadczeniem. Ale na razie w zupełności wystarczyło mi to, że stypendium pozwoliło mi uciec od codziennej rzeczywistości z prędkością duszy czmychającej przed diabłem, który chce ją zabrać do piekła.

Mimo że ostatnio zarwałam kilka kolejnych nocy, kiedy wyłączyłam budzik o siódmej rano, umysł miałam całkiem trzeźwy i przytomny. Wstałam i natychmiast pobiegłam pod prysznic, nie chcąc pozwolić, by pamięć podążyła z samego rana ciemnymi ścieżkami ostatnich dni. W świetle słonecznym moje wieczorne przeświadczenie potwierdziło się: to mieszkanko przeznaczone dla profesorów przyjeżdżających na czasowe kontrakty będzie dla mnie idealnym schronieniem. Mały salonik połączony z kuchnią, sypialnia i niewielka łazienka. Puste ściany, neutralne podstawowe umeblowanie. Anonimowe, ale przyzwoite wnętrze. Na pewno dało się w nim wygodnie mieszkać.

Wyszłam na ulicę w poszukiwaniu miejsca, gdzie mogłabym zjeść śniadanie, przyglądając się z ciekawością widokom, które roztaczała przede mną Santa Cecilia. W mieszkaniu znalazłam teczkę ze swoim nazwiskiem, a w niej kilka rzeczy, które miały pomóc mi odnaleźć się w nowym miejscu: plan miasta, prospekty, niezapisany zeszyt z emblematem uniwersytetu. Nie potrzebowałam niczego więcej.

Ku swojemu zdziwieniu, przechadzając się po miasteczku, nie znalazłam w nim ani śladu Kalifornii, jaką znam z telewizyjnych seriali. Nie było tu ani plaż, ani wysokich palm, ani willi z dziesięcioma łazienkami. Bogatej, nonkonformistycznej Kalifornii, stolicy show-biznesu, zdecydowanie należało szukać zupełnie gdzie indziej.

Byłam głodna jak wilk, więc usiadłam w jednym z kawiarnianych ogródków i rozglądając się z zainteresowaniem wokół, rzuciłam się na babeczkę z porzeczkami i kawę, która okazała się okropnie lurowata. Znalazłam się przy dużym obsadzonym drzewami rynku, otaczały go odnowione budynki zbudowane chyba z niewypalanej cegły, przywodzące na myśl przeszłość, w której to, co amerykańskie, mieszało się z tym, co meksykańskie. Architektura tych budowli nosiła bardzo delikatny ślad dziedzictwa hiszpańskiego. Oddział First National Bank, sklep z pamiątkami, nieodzowna poczta, apteka CVS stanowiły główną pierzeję placu.

Po śniadaniu ruszyłam na poszukiwanie Guevara Hall. Tam znajdował się wydział neofilologii, który miał się stać, na dobre czy na złe, moim nowym miejscem pracy przez najbliższych kilka miesięcy – sama jeszcze nie wiedziałam jak długo. Nie wiedziałam też, czy upływający czas zdoła rzeczywiście zagoić moje rany, czy będzie tylko doraźnym opatrunkiem. Ale nie chciałam znów zagłębiać się w strefę cieni, przywołałam siebie samą do porządku, żeby nie zgubić się w czymś w rodzaju parku pełnego przecinających się ścieżek i studentów spieszących, pieszo bądź na rowerze, do swoich sal wykładowych.

Szum kserokopiarki stłumił odgłos moich kroków, stojąca przy niej Fanny zdała sobie sprawę z mojej obecności, dopiero kiedy znalazłam się tuż przy niej. Podniosła wzrok i znów obrzuciła mnie jednym z tych swoich spojrzeń bez wyrazu, a potem wyciągnęła do mnie rękę i wskazała uchylone drzwi gabinetu.

– Czekają na panią – oznajmiła. I oddaliła się tym samym żołnierskim krokiem, jakim poprzedniej nocy prowadziła mnie przez lotnisko.

Przeczytałam szybko nazwisko na tabliczce wiszącej na drzwiach: Rebecca Cullen – więc miałam wreszcie poznać osobę, której podpis widniał pod prawie wszystkimi wiadomościami otrzymywanymi przeze mnie przed wyjazdem. Oficjalny wygląd, jakiego nadawały jej gabinetowi rzędy teczek i segregatorów, przełamywały wiszące na ścianach obrazy w żywych kolorach, rodzinne zdjęcia i bukiet białych lilii. Serdecznie uścisnęła mi dłoń na powitanie. Miała piękne, jasne oczy i równie piękną twarz, której nawet zmarszczki nie odejmowały urody. Na czoło opadał jej gęsty, srebrny kosmyk. Oceniłam jej wiek na mniej więcej sześćdziesiąt lat, a intuicja podpowiedziała mi, że mam do czynienia z jedną z tych niezastąpionych sekretarek, które, zarabiając jedną trzecią tego, co ich szefowie, są zwykle od nich trzy razy bardziej kompetentne.

– Blanca! Cieszę się, że cię widzę. Nie spodziewaliśmy się, że uda nam się znaleźć kogoś już w tym semestrze, naprawdę bardzo się cieszymy…

Z ulgą stwierdziłam, że mogę porozumieć się z nią bez problemów z mojej strony. Nauczyłam się podstaw angielskiego jeszcze jako dziecko, wyjeżdżając kilkakrotnie do Wielkiej Brytanii, a potem uczyłam się w czasie studiów i pracy naukowej, dzięki której miałam częste kontakty z brytyjskimi uniwersytetami. Niestety z amerykańską wersją angielskiego zdarzało mi się stykać sporadycznie: kilka kongresów, rodzinna wycieczka do Nowego Jorku, kiedy świętowaliśmy maturę Pabla, krótkie stypendium w Maryland. Dlatego tak bardzo ucieszyłam się, widząc, że mój angielski sprawdza się też tutaj, na Zachodnim Wybrzeżu.

– Chyba pisałam ci w jednej z ostatnich wiadomości, że doktor Zárate w tym tygodniu jest na kongresie w Filadelfii. Dopóki nie wróci, to ja będę czynić honory domu i zapoznam cię z nowym stanowiskiem pracy.

W zastępstwie doktora Luisa Zárate, dziekana wydziału, Rebecca Cullen wyjaśniła mi z grubsza wszystko, czego już zdążyłam się dowiedzieć na temat stypendium – zadanie, którego się podjęłam, finansowała nowo powstała prywatna fundacja o dziwnej i w dodatku hiszpańskiej nazwie – Fundación de Acción Científica para Manuscritos Académicos Filológicos, w skrócie FACMAF. Polegać ono miało na uporządkowaniu spuścizny byłego pracownika uniwersytetu zmarłego kilkadziesiąt lat wcześniej.

– Nazywał się Andrés Fontana i, jak już wiesz, był Hiszpanem. Mieszkał w Santa Cecilia aż do śmierci w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym dziewiątym roku. Był osobą bardzo tu szanowaną i lubianą, ale nie miał rodziny, nikt nie zgłosił się po jego rzeczy i zanim ktokolwiek zdążył zdecydować, co z tym wszystkim począć, jego papiery wylądowały w naszej piwnicy i przeleżały w niej kilkadziesiąt lat.

– I od czasu jego śmierci nikt nic z nimi nie zrobił?

– Trudno w to uwierzyć, ale tak się właśnie stało. Dopiero teraz FACMAF, nowa fundacja, przeznaczyła na ten cel stypendium. Jeśli mam być szczera – wyznała, ściszając nieco głos – uważam za skandaliczne, że minęło już trzydzieści lat, ale sama wiesz, jak to jest, na uniwersytecie wszyscy mają zawsze mnóstwo pracy, wykładowcy przychodzą i odchodzą, a tych, którzy znali Andresa Fontanę osobiście, jak ja, można policzyć na palcach jednej ręki.

Usilnie starałam się nie dać po sobie poznać, że spuścizna zmarłego profesora interesuje mnie jeszcze mniej niż jego kolegów.

– A teraz, jeśli nie masz nic przeciwko temu, pokażę ci gabinet, a potem magazyn, w którym znajdziesz rzeczone papiery – oznajmiła, wracając do spraw praktycznych. – Z góry uprzedzam, musisz nam wybaczyć, nie spodziewaliśmy się nikogo tak szybko i nie udało się nam wygospodarować lepszego pomieszczenia.

Pilnowałam się też, by ani słowem nie napomknąć o powodach, które skłoniły mnie do uchwycenia się, jak tonący brzytwy, tego skromnego stypendium, tak dalekiego od moich rzeczywistych naukowych zainteresowań. By ukryć zmieszanie, sięgnęłam po chusteczkę i wytarłam nos, czekając, aż Rebecca Cullen zmieni temat; miałam nadzieję, że nie przyjdzie jej do głowy dociekać, dlaczego hiszpańska nauczycielka akademicka o ugruntowanej pozycji, dobrym CV, mająca rodzinę, kontakty i przyzwoitą pensję, postanawia nagle spakować walizki i wyruszyć na drugi koniec świata jak ktoś, kto ucieka przed epidemią dżumy.

Mój nowy gabinet okazał się położonym na uboczu pomieszczeniem, małym, z jednym tylko oknem, podłużnym i wąskim, wychodzącym na kampus. Umeblowany był nader skromnie – biurko, na nim stary komputer i toporny telefon stojący na dwóch starych książkach telefonicznych. Sprzęt z innej epoki, pamiętający innych właścicieli, już nikomu niepotrzebny. Będzie nam ze sobą dobrze, pomyślałam. Jako starocie, których nikt już nie chce, znajdziemy wspólny język.

– Musisz też wiedzieć, gdzie znaleźć Fanny Stern, to ona zadba, byś miała wszystkie niezbędne materiały biurowe – powiedziała Rebecca, wskazując mi drogę do jej gabinetu.

Kiedy się tam znalazłam, ogarnęło mnie dziwne uczucie, coś pomiędzy rozczuleniem a rozbawieniem. Ściany pomieszczenia były szczelnie oklejone plakatami, pocztówkami i kalendarzami – zachodami słońca w górach albo nad morzem z nieodzowną optymistyczną dewizą: „Dasz radę, nie poddawaj się”, „Po burzy zawsze wychodzi słońce”, „Zawsze znajdzie się ktoś, kto poda ci pomocną dłoń”. Za biurkiem Fanny konsumowała tabliczkę białej czekolady z żarłocznością pięciolatki, niepomna na swój prawdziwy wiek – na oko dobiegała czterdziestki.

Rebecca podeszła do niej i poczekała, aż przełknie, a potem uścisnęła serdecznie.

– Fanny, poznałaś już doktor Pereę, która przyjechała do nas na stypendium. Pamiętasz, gdzie urządziliśmy jej gabinet, prawda? Pamiętaj, że powinnaś jej pomagać, ilekroć cię o to poprosi, dobrze?

– Dobrze, pani Cullen – odpowiedziała z pełnymi ustami. Parę razy pokiwała przy tym głową, jakby chciała podkreślić swoje dobre intencje.

– Fanny jest bardzo uczynna i pracowita, a jej matka przez wiele lat związana była z naszym wydziałem – wyjaśniała mi Rebecca. Mówiła powoli, miałam wrażenie, że starannie dobiera słowa. – Darla Stern pracowała na stanowisku, które teraz zajmuję ja. Jak się czuje twoja mama? – zapytała, znów zwracając się do Fanny.

– Mama czuje się dobrze, pani Cullen, dziękuję – odparła Fanny, mlaszcząc, i znów pokiwała głową.

– Pozdrów ją ode mnie. A teraz już pójdziemy, muszę pokazać doktor Perei magazyn – powiedziała.

Kiedy wychodziłyśmy, Fanny znów wbiła zęby w czekoladę, a ja pomyślałam, że wśród tych świątobliwych widokówek być może na dnie jakiejś szuflady kryje się diabeł.

– Matka Fanny, zanim opuściła swoje stanowisko sekretarki dziekana i odeszła na emeryturę, zatroszczyła się o to, by zostawić nam w spadku córkę – wyjaśniła Rebecca, a w jej głosie nie wyczułam ironii. – Ma dość ograniczony zakres obowiązków, dostosowany do jej możliwości, i wypełnia je bez większych wpadek: zajmuje się rozdzielaniem poczty, robi ksero, zamawia artykuły biurowe oraz załatwia różne drobne sprawy. Zawsze możesz liczyć na jej pomoc.

Pokonawszy labirynt schodów i korytarzy, znalazłyśmy się w odległym zakątku piwnicy. Rebecca szła przodem, pewnym krokiem osoby pracującej w tym samym miejscu od lat. Ja usiłowałam zapamiętać pełną zakrętów drogę i wyobrażałam sobie, ile jeszcze razy tu zabłądzę, zanim na dobre oswoję się z tym miejscem. Tymczasem moja przewodniczka opowiadała pokrótce historię uniwersytetu. Około czternastu tysięcy studentów, mówiła, prawie wszyscy spoza Santa Cecilia. Z początku był to college, który z biegiem lat stał się tym, czym jest dziś – niewielką wyższą uczelnią o ugruntowanej pozycji. Dodała też, że uniwersytet jest instytucją przynoszącą miasteczku największy dochód i tworzącą najwięcej miejsc pracy.

W końcu dotarłyśmy do korytarza oflankowanego przez kilka par metalowych drzwi.

– A to, moja droga Blanco, twój magazyn – oznajmiła, przekręcając w jednych klucz. Chwilę mocowała się z zamkiem. Potem zapaliła światło, a jarzeniówki na suficie zaczęły żałośnie mrugać.

Przed nami rozciągało się wąskie, kiszkowate pomieszczenie przypominające wagon kolejowy. Na nieotynkowanych ścianach dostrzegłam przemysłowe półki, a na nich mnóstwo pogrążonych w kompletnym zapomnieniu pism, książek i papierów. Przez dwa poziome okna do środka przesączało się mdłe światło i odgłosy najprawdopodobniej z jakiejś budowy. Po chwili, idąc za Rebeccą, zobaczyłam, że w pierwszej ocenie pomyliłam się co do wielkości i kształtu pomieszczenia, gdyż pod oknami zakręcało ono, tworząc literę L.

– Voila – powiedziała, włączając kolejne jarzeniówki. – Oto spuścizna profesora Fontany.

Ogarnęło mnie przygnębienie tak silne, że niewiele brakowało, a zaczęłabym błagać Rebeccę, by mnie tu nie zostawiała, żeby zabrała mnie ze sobą i pozwoliła zająć miejsce w jej przytulnym, miłym gabinecie, gdzie jej obecność, emanujący z niej spokój, podziałałyby kojąco na mój podły nastrój.

Chyba musiałam mieć niewyraźną minę, bo Rebecca starała się dodać mi otuchy.

– Przytłaczające, co? Ale nie przejmuj się, za kilka dni na pewno uda ci się zrobić tu porządek, zobaczysz…

Nigdy nie przyszło mi do głowy, że archiwizowanie zakurzonych papierzysk jakiegoś nieżyjącego profesora będzie deską ratunku, której uchwycę się podczas życiowej zawieruchy. Kiedy ogarnęło mnie niepowstrzymane pragnienie, by uciec od moich domowych demonów, wydawało mi się, że zmiana pracy i otoczenia wystarczą, by uciszyć burzę. Ale na widok piętrzących się tu pudeł i segregatorów, rozrzuconych po ziemi otwartych teczek, materiałów poupychanych gdzie bądź bez ładu i składu, zrozumiałam, że się myliłam.

Najgorsze było to, że nie mogłam się teraz wycofać. Za późno, spaliłam za sobą zbyt wiele mostów. Rebecca wyszła, a ja zostałam sam na sam ze swoimi myślami, zamknięta w piwnicy jakiegoś prowincjonalnego miasteczka na wybrzeżu zupełnie obcego mi kraju, podczas gdy tysiące kilometrów stąd moje dzieci samotnie stawiały pierwsze kroki w dorosłość, a mężczyzna, który był dotychczas moim mężem, postanowił właśnie przeżyć raz jeszcze przygodę ojcostwa z jasnowłosą panią adwokat, piętnaście lat młodszą ode mnie.

Oparłam się o ścianę i schowałam twarz w dłoniach. Jak na złość nic nie chciało się ułożyć, a mnie zaczynało brakować sił, żeby z godnością znosić tę sytuację. Problemy nie chciały się rozwiązać, wszystko szło coraz gorzej. Nawet daleka podróż nie zdołała wykrzesać ze mnie ani krzty optymizmu, miałam wrażenie, że życie uparcie starało się robić mi na złość. Chociaż obiecałam sobie, że będę silna, że dzielnie zniosę wszystko i tak łatwo się nie poddam, poczułam, że do oczu napływają mi łzy.

Otarłam twarz i zebrałam siły, starając się uspokoić. Nie chciałam się pogrążać. I właśnie w tej chwili, kiedy znajdowałam się tylko o krok od przepaści, moja wyobraźnia przyszła mi z pomocą, wykonując potrójne salto mortale i przenosząc w przeszłość, w czasy mojej wczesnej młodości.

Oczyma duszy ujrzałam siebie samą, te same gęste kasztanowe loki, to samo ciało, chociaż o wiele młodsze i kilka kilogramów szczuplejsze, kiedy stawiałam czoło przeciwnościom losu, które, choćby nie wiem jak ciężkie, nigdy nie zdołały mnie przygnieść. Chociaż niejednokrotnie obrywałam od losu, nigdy się nie ugięłam. Byłam świetną studentką, ale na czwartym roku zaszłam w nieplanowaną ciążę; nietolerancyjni, konserwatywni rodzice nie potrafili stanąć na wysokości zadania. Smutny, pospieszny ślub. Niedojrzały do nowej roli mąż przygotowujący się do egzaminu państwowego. Zimne mieszkanie w suterenie. Dziecko słabego zdrowia, płaczące bezustannie, i nieznośna niepewność jutra. Czasy kanapek z makrelą, papierosów bez filtra, wody z kranu. Korepetycje i źle płatne tłumaczenia robione w pośpiechu na kuchennym stole, w których warsztatowe braki nadrabiałam intuicją i wyobraźnią, dni przeżyte w ciągłym pędzie, z oczami klejącymi się z niewyspania, dni niedostatku, niepokoju, zagubienia. Nie miałam wtedy nawet konta w banku, mogłam liczyć tylko na tę nieświadomą do końca siłę, jaką dawało mi moje dwadzieścia jeden lat, urodzone dopiero co dziecko i bliskość kogoś, kogo miałam za mężczyznę mojego życia.

Teraz cały mój świat nagle stanął na głowie. Teraz byłam sama, nie musiałam już myśleć przede wszystkim o moim płaczliwym, chudym synku i jego młodszym bracie, który przyszedł na świat zaledwie półtora roku później. Nie musiałam już walczyć o to, by moje zawierane w pośpiechu małżeństwo przetrwało, nie musiałam wspierać męża w realizowaniu jego zawodowych aspiracji ani zdawać końcowych egzaminów, ucząc się po nocach z pożyczonych notatek, skulona z zimna przy elektrycznym grzejniku. Nie musiałam składać pesety do pesety, by najpierw móc opłacić opiekunki, przedszkola, kaszki, a w końcu wysłużonego renault 5, a potem czynszu w wynajmowanym mieszkaniu, które miało centralne ogrzewanie i balkon. Nie musiałam udowadniać całemu światu, że moje życie nie jest porażką. Wszystko to było już za mną, teraz otwierał się przede mną rozdział, w którym znaczenie miałam tylko ja.

Ten ciąg niespodziewanych obrazów z przeszłości dodał mi sił. Opuściłam dłonie, zimne światło jarzeniówek znów poraziło mi oczy. Potem podwinęłam rękawy aż do łokci.

– Nie z takich opałów udawało mi się wyjść.

Nie miałam pojęcia, od czego zacząć porządkowanie tej stajni Augiasza, jaką w moich oczach stanowiła spuścizna profesora Andresa Fontany, ale rzuciłam się w wir pracy z taką determinacją i zawziętością, jakby od jej rezultatów zależało moje życie.


Rozdział trzeci

Pierwsze dni były najgorsze: odizolowana od świata w piwnicznym magazynie, usiłowałam znaleźć jakąś nić przewodnią w tym bałaganie, wśród tych tuzinów zeszytów, setek zapisanych po obu stronach kartek, bezliku zeszytowych stron przewiązanych sznurkiem, nie mówiąc już o nieprzeliczonych listach i wizytówkach. A wszystko to leżało na podłodze, piętrzyło się w stosach pod ścianą, na półkach uginających się pod tonami papieru i w stertach zagrażających w każdej chwili katastrofą.

Po upływie tygodnia zaczęłam czuć się nieco pewniej. Mój początkowy lęk przed tym, zdawać by się mogło, nieogarnionym chaosem powoli ustępował. Z każdym dniem poruszałam się coraz pewniej wśród przerażającej masy papierów. Stworzyłam sobie prowizoryczny plan działania – zamierzałam przeprowadzić coś na kształt wstępnej inwentaryzacji. Brałam więc do ręki dokument po dokumencie, przebiegałam go wzrokiem i dokonywałam wstępnej, pobieżnej klasyfikacji. Krytyka literacka, poezja i proza, historia Hiszpanii, historia Kalifornii. Korespondencja zawodowa, listy prywatne. W papierach świętej pamięci profesora można było znaleźć wszystko.

Pierwszy etap katalogowania okazał się bardziej żmudny, niż przypuszczałam. Stawiałam się w pracy codziennie przed dziewiątą i wychodziłam grubo po piątej, pozwalając sobie jedynie na niezbyt długą przerwę na lunch, który jadłam sama w jakimś ustronnym miejscu kampusowej stołówki, kartkując uniwersytecką gazetę. Zjawiałam się tu zwykle trochę po zwyczajowej godzinie lunchu, koło drugiej, kiedy pracownicy firmy sprzątającej zaczynali zmywać podłogę swoimi gigantycznymi mopami. Przy stołach siedzieli już tylko pojedynczy studenci. Niektórzy z nich czytali, inni przysypiali, opierając się na łokciach, byli i tacy, którzy starali się przezwyciężyć senność i podkreślali pojedyncze linijki w swoich skryptach; najbardziej wygłodniali w pośpiechu kończyli posiłek.

Po upływie kilkunastu dni poznałam wreszcie Luisa Zárate, dziekana naszego wydziału. Pilnie potrzebowałam nożyczek, żeby rozpakować kilka zawiniątek, a moje zaginęły gdzieś pod tonami papierów. Najpierw próbowałam pożyczyć je od Fanny, ale nie mogłam jej znaleźć, udałam się więc do sekretariatu i tam zastałam nie tylko Rebeccę, ale i jej szefa, przeglądających katalog kursów. Ona siedziała za biurkiem i tłumaczyła mu coś, on stał obok, z rękoma opartymi o blat i wydawał się słuchać z uwagą. Dyskretnie otaksowałam go spojrzeniem: wysoki, ciemnoszare spodnie, szara koszula, grafitowy krawat. Okulary bez oprawek, starannie przystrzyżone kasztanowe włosy; wiek trudny do określenia, choć chyba zbliżony do mojego.

Po wstępnej wymianie uprzejmości zaprosił mnie do swojego gabinetu. Nie mogłam sobie wybaczyć swojej mało zachęcającej aparycji. Ubrana byłam w swój codzienny, roboczy strój, to znaczy wygodne ciuchy, wprost idealne do walki z kurzem i pajęczynami, aczkolwiek niezbyt odpowiednie na pierwsze spotkanie z osobą, która miała być moim nowym szefem. Poprawiłam w pośpiechu związane byle jak włosy i ukradkiem wytarłam dłonie w spodnie, zanim odważyłam się wyciągnąć ku niemu rękę.

– Jest mi niezmiernie miło powitać panią na naszym wydziale, pani doktor – powiedział, wskazując mi fotel naprzeciwko swojego biurka. – Czy może raczej powinienem się zwracać do pani po imieniu?

Jego serdeczność sprawiała wrażenie niewymuszonej, a hiszpański brzmiał nienagannie, starannie dobrane słowa, miły ton… Może miał delikatny akcent, na który z początku nie zwróciłam uwagi.

– Blanca, tak będzie lepiej – potwierdziłam. – Też jest mi bardzo miło i bardzo dziękuję za to, że mnie przygarnęliście.

– Nie ma za co, absolutnie nie ma za co. Dla nas to wielki zaszczyt przyjmować wizytujących profesorów, chociaż nie mieliśmy zbyt wielu gości z Hiszpanii. Dlatego twoje przybycie sprawia nam podwójną radość.

Skorzystałam z tej kurtuazyjnej wymiany zdań pozbawionej całkowicie esencji, by rozejrzeć się po gabinecie. Lampka na biurku z surowej stali, nowoczesne grafiki, książki i papiery w nienagannym porządku, jakiego można tylko pozazdrościć. Wnętrze urządzone oszczędnie, niemal minimalistycznie.

– Ucieszyliśmy się bardzo – kontynuował – nawiązując współpracę z fundacją, która sfinansowała twój pobyt tutaj. Wszelkie działania przyciągające badaczy z zagranicy są zawsze mile widziane. Chociaż muszę przyznać, że nie spodziewaliśmy się nikogo z twoim doświadczeniem.

Na dźwięk jego słów zapaliła mi się w głowie czerwona lampka. Nie chciałam zdradzać od samego początku powodów, które skłoniły mnie o staranie się o stypendium tak odbiegające od moich akademickich zainteresowań, ani myślałam być szczera. Z drugiej jednak strony nie chciałam wymyślać jakiegoś mało wiarygodnego kłamstwa. Postanowiłam więc skierować rozmowę na inne tory. Albo przynajmniej spróbować.

– Fundacja i pański wydział uporały się ze wszystkimi formalnościami niezwykle sprawnie. Nie miałam najmniejszych trudności z dotarciem tutaj i szybko udało mi się wdrożyć w nowe obowiązki. Muszę przyznać, że Santa Cecilia okazała się bardzo przyjemnym miejscem. Idealnym wręcz na zakończenie tego niezwykłego roku. Mam nadzieję, że nie będę tu oglądać zapowiadanego końca świata – zaimprowizowałam naprędce.

Na szczęście nie skwitował milczeniem mojego przyciężkiego żartu.

– Ach tak, koniec tysiąclecia, cóż za obłęd. W dodatku w Hiszpanii zbiegło się wam z wprowadzeniem euro. A skoro już o tym mowa, kiedy stare pesety zostaną na zawsze wycofane z obiegu?

Powody, dla których zdecydowałam się ubiegać o to stypendium, okazały się dla mojego rozmówcy znacznie mniej interesujące niż zmiany w moim kraju, stojącym na progu nowego wieku. Rozmawialiśmy więc o Hiszpanii, a w szczególności o hiszpańskim szkolnictwie wyższym, o wszystkim i o niczym. Udało mi się kolejny raz uniknąć kłopotliwych pytań i przy okazji przyjrzałam się uważnie mojemu rozmówcy.

Musiał być trochę młodszy ode mnie. Chociaż z drugiej strony na pewno po czterdziestce. Tak, na pewno. Świadczyły o tym pierwsze siwe pasma na skroniach i drobne zmarszczki w kącikach oczu, które w żaden sposób nie ujmowały mu atrakcyjności. Syn chilijskiej psycholożki, tak mi powiedział, i pochodzącego z Santander traumatologa, od lat mieszkającego w Stanach, z którym, jak twierdził, nie utrzymywał zbyt bliskich stosunków. Inteligentny, biegły w sztuce prowadzenia konwersacji.

Nie ulegało wątpliwości, że Luis Zárate lubił mówić, a ja niecnie to wykorzystałam i ograniczyłam się do przytakiwania. Uznałam, że im mniej opowiem mu o swoim życiu, tym lepiej. On, niezrażony, zapoznał mnie z przebiegiem swojej kariery akademickiej, dowiedziałam się między innymi, że przyjechał do Santa Cecilia zaledwie kilka lat temu. Z jego słów wywnioskowałam także, iż nie zamierzał zabawić tu długo, raczej marzył o objęciu jakiegoś stanowiska na którymś z bardziej prestiżowych uniwersytetów Wschodniego Wybrzeża. Ku mojemu zadowoleniu, po półgodzinnej pogawędce byłam już pewna, że ten specjalista od postmodernistycznej teorii kultury nie będzie się szczególnie interesował pożółkłymi papierami profesora zmarłego trzy dekady temu. A mnie bardzo zależało na tym, by móc działać we własnym rytmie i nie musieć składać sprawozdań z postępów w pracy.

Kiedy znalazłam się na korytarzu, zamierzając powrócić do swojej piwnicy, stanął w drzwiach swojego gabinetu i zawołał za mną:

– Myślę, że powinniśmy zorganizować jakieś spotkanie, żebyś mogła poznać pozostałych pracowników naszego wydziału. – Nie czekał na moją odpowiedź. – Pasowałby ci czwartek w porze lunchu? Moglibyśmy spotkać się w sali konferencyjnej.

Czemu nie. Na pewno dobrze mi zrobi wyjście z podziemi i spędzenie chwili z ludźmi, pomyślałam. Poza tym najwyższy czas bliżej poznać nowych kolegów, których widywałam codziennie na korytarzach wydziału, spotykałam w kolejce po kawę w Starbucksie albo czekając na windę, albo wkładając do koszyka zakupy w sklepie spożywczym. Trzeba dopasować imiona do twarzy mijanych codziennie na terenie kampusu.

Nadszedł w końcu umówiony dzień. Sala konferencyjna okazała się przestronnym pomieszczeniem z dużymi oknami na dwóch ścianach. Trzecią zajmował regał z opasłymi tomami oprawnymi w skórę. Na czwartej natomiast wisiała bogata kolekcja zdjęć. Obsługa gastronomiczna uniwersytetu przygotowała nam zimny bufet – wędliny, sery, owoce i sałatki. Nikt z nas nie siadał, nakładaliśmy sobie na talerze, a potem rozmawialiśmy w niewielkich grupkach, które formowały się i rozpraszały w zależności od rytmu rozmów.

Starałam się rozmawiać ze wszystkimi – dziekan prowadził mnie od grupki do grupki, przedstawiając kolejnym wykładowcom rozmaitych języków, wśród których najliczniej reprezentowani byli wykładowcy hiszpańskiego. Osiedli w Stanach obywatele Ameryki Łacińskiej, obywatele Stanów Zjednoczonych zafascynowani wszelakimi przejawami hiszpańskiej i latynoskiej tożsamości i kilkoro osobników niezmiernie trudnych do zaklasyfikowania, pochodzących z szeroko pojętych rubieży ziemi niczyjej. Profesorowie specjalizujący się w literaturze meksykańskich imigrantów wychowanych w USA, wielbiciele Vargasa Llosy, namiętni czytelnicy Galdosa, wielbiciele Eleny Poniatowskiej, miłośnicy lingwistyki porównawczej, zaprzysięgli akolici Bryce’a Echenique; pomysłowi interpretatorzy wyławiający nowe sensy z jakże starych jarras; poszukiwacze kulturowego synkretyzmu – wszystkich było po trochu. Większość z nich znałam z widzenia, choć znaleźli się i tacy, których twarze były mi całkiem obce. Wśród gości zauważyłam też Rebeccę, która uczestniczyła w rozmowach, obserwując jednak stoły wprawnym okiem gospodyni. Fanny stała sama w rogu, przebywała jak zwykle w swoim własnym świecie i pochłaniała rostbef i dietetyczną pepsi z zachłannością przemysłowego odkurzacza.

Spotkanie zaczęło się w południe i trwało dokładnie sześćdziesiąt minut. Punktualnie o pierwszej goście zaczęli się rozchodzić, a kilku studentów w żółto-niebieskich uniformach (dowiedziałam się, że to barwy uniwersytetu) zaczęło sprzątać resztki lunchu. I wtedy, kiedy prawie wszyscy opuścili już salę konferencyjną, mogłam wreszcie przyjrzeć się wiszącym na ścianie fotografiom. Jak domyślałam się od początku, przedstawiały one historię wydziału, który – nie wiem, czy na dobre, czy na złe – stał się moim własnym.

Zobaczyłam migawki z najrozmaitszych momentów uniwersyteckiego życia, fotografie kolorowe i czarno-białe, indywidualne i grupowe. Większa ich część ilustrowała ważne uroczystości – wręczenie dyplomów, inauguracje roku akademickiego, kongresy – a ich uczestnicy ubrani byli w galowe stroje, często w togi i birety. Przyglądałam się uważnie, chcąc wypatrzeć jakąś znajomą twarz, kiedy zauważyłam, że podchodzi do mnie Rebecca.

– Historia twojego nowego domu, Blanco – powiedziała z nutą nostalgii w głosie.

Przez chwilę stała w milczeniu, potem pokazała mi cztery różne zdjęcia.

– Andrés Fontana, pewnie jego szukasz.

Dobrze zbudowany, silny mężczyzna, inteligentne spojrzenie ciemnych oczu spod gęstych brwi. Bujne, kręcone włosy, zaczesane do tyłu. Długa broda, wydatne usta, skupiony wyraz twarzy, jakby kogoś słuchał. Człowiek z krwi i kości na nieruchomych fotografiach. Energia nieżyjącej już osoby schwytana w kadr statycznych obrazów.

Nagle zrozumiałam. Popełniłam niewybaczalny błąd. Zanim zobaczyłam go na przydymionych starych zdjęciach, sądziłam, że moim celem jest mniej lub bardziej mechaniczne zrobienie porządku w stercie papierzysk zredagowanych ręką człowieka, którego osobowość, myśli i dusza nie obchodziły mnie wcale a wcale. Przyglądając się fotografiom, pojęłam, że co prawda rzuciłam się w wir pracy z godnym pozazdroszczenia zapałem, ale swoje zadanie potraktowałam z obojętnością robotnika w białym fartuchu, który pakuje produkty spożywcze aseptycznie, bezmyślnie i biernie. Pogrążona w osobistych nieszczęściach, zmuszałam się do kompulsywnej pracy, by uciec od własnych problemów, ale przez to byłam zupełnie głucha i ślepa na charakter tego człowieka, który z pewnością prześwitywał z katalogowanych przeze mnie pism. Nie umiałam czytać między wierszami, nie dostrzegłam osobowości stojącej za każdym zdaniem, nie rozumiałam uczuć i myśli zwisających jak pajączki na niciach z każdego napisanego przezeń słowa.

Odeszłam od ściany, czując, że ściska mnie w żołądku.

Potrzebowałam więcej przestrzeni, dystansu, powietrza. Po raz pierwszy od przyjazdu do Santa Cecilia postanowiłam dać sobie chwilę wytchnienia.

Nie wróciłam nawet do magazynu, by pogasić tam światła. Wyszłam na spacer po Santa Cecilia, idąc w miejsca, gdzie nigdy wcześniej się nie zapuszczałam. Szłam ulicami, po których tylko od czasu do czasu przemykał pojedynczy samochód albo przejeżdżał samotny student na rowerze, prowadzącymi przez osiedla mieszkaniowe i nieużytki. W końcu nogi same zaniosły mnie do czegoś w rodzaju dużego sosnowego zagajnika, który piął się po stoku niewielkiego wzniesienia, przesłaniającego horyzont. I choć nie było to miejsce jak z widokówki, o jakiejś szczególnej, niespotykanej urodzie, emanowało spokojem, dawało odwiedzającemu chwilę wytchnienia od codziennych problemów. Koiło nerwy i zmysły.

Na parkanie okalającym zagajnik rozwieszono plakaty, z których dowiedziałam się, że ten lokalny raj miał wkrótce zmienić się w coś zupełnie innego. Z ogromnej płachty uśmiechały się do mnie szczęśliwe na pozór twarze, a półmetrowe litery informowały o losie czekającym to urokliwe miejsce. Premier Retail Center. Exciting Shopping, Dining and Entertainment. Speciality Stores. Restaurants and Attractions. Family Fun.

U stóp płachty i wokół niej umieszczono mnóstwo transparentów i tabliczek domowej roboty, z drewna, kartonu i materiału, które wyglądały niczym miniaturowe figurki Dawida otaczające Goliata, wszystkie powtarzały dziesiątki razy to samo słowo. NIE. „Nie” dla exciting shopping, „nie” dla speciality stores, „nie” dla tego rodzaju family fun. Przypomniałam sobie wtedy, że kilka razy widziałam wzmianki na ten temat w uniwersyteckiej gazecie. Artykuły i listy do redakcji sprzeciwiające się planowanemu właśnie w tym miejscu centrum handlowemu; wywiady, zapowiedzi protestów i felietony. Świadectwa zażartego sporu.

Odeszłam od tablicy reklamowej obiecującej konsumpcyjne eldorado i szampańską zabawę. Powoli zapadał wieczór, zauważyłam, że inni spacerowicze zaczynają już myśleć o powrocie do cywilizacji. Kilkunastu spoconych studentów zapamiętale spalających kalorie, matka z dzieckiem na trójkołowym rowerku, para zakochanych staruszków. Ludzie, spędzający tu swój wolny czas, którzy być może niedługo zostaną tego miejsca pozbawieni. Pomyślałam, że ta historia o bezmyślnej dewastacji zdaje mi się dziwnie znajoma. Postanowiłam, że czas wracać do domu.

Po drodze przypomniałam sobie, że powinnam kupić coś na kolację. Zwykle robiłam domowe zakupy w Meli’s Market, w niewielkiej uliczce odchodzącej od rynku. Wystrój był bezpretensjonalny – podłogi z surowego drewna, ściany z nieotynkowanej czerwonej cegły – i przywodził na myśl sklep z jakiegoś starego westernu, ale oferowana tu żywność organiczna z prostymi, eleganckimi etykietkami, przeznaczona była raczej dla grupy wyrobionej kulinarnie i zamożniejszej niż studenci czy rodziny mające problem, by związać koniec z końcem.

Kiedy przyjechałam do Santa Cecilia, zupełnie zmieniłam swoje codzienne przyzwyczajenia. Przestałam robić gigantyczne zakupy co dwa tygodnie w wielkich supermarketach, w których niemilknący głos z megafonów anonsował promocję za promocją, dziesięć procent zniżki na mrożonki, przy zakupie dwóch puszek trzecia gratis. Jak wiele innych części składowych mojej codzienności i ta odeszła w przeszłość. Zastąpiły ją znacznie przyjemniejsze codzienne wizyty w Meli’s Market.

Zbliżała się już godzina zamknięcia, ostatni klienci w pośpiechu wrzucali do koszyków produkty, a pracownicy w obszernych czarnych fartuchach wydawali się tęsknie wyczekiwać końca zmiany. Przeszłam przez dział z serami, niewiele myśląc, wzięłam z półki kawałek parmezanu, potem sięgnęłam po słoik suszonych pomidorów w zalewie i torebkę rukoli, a w końcu skierowałam się do działu z pieczywem, spodziewając się, że niewiele już znajdę. Nagle poczułam, jak ktoś dotyka mojego ramienia. Dwoma palcami, delikatnie, żeby mnie nie spłoszyć. To Rebecca Cullen, której wcześniej nie zauważyłam, zakłóciła chwilę absurdalnej zupełnie medytacji nad tym, czy wziąć mały chlebek z oliwkami, czy pełnoziarnistą bułkę z sezamem. – Jak się masz, zobaczyłam cię z daleka, nie możesz się zdecydować, ja też nie, nie wiem, co kupić na kolację, też nie mam pojęcia, a najgorsze, że już zamykają.

I wtedy, zupełnie niespodziewanie, za jej plecami wyrosła jakaś postać. Był to wysoki i przystojny mężczyzna ubrany w białą koszulę, z jasną brodą kontrastującą z ciemną, ogorzałą cerą i jasnymi, poprzecinanymi pasmami siwizny włosami, trochę dłuższymi niż nakazuje konwenans. Trzymał butelkę wina, a okulary do czytania na czubku nosa zdradzały, że przed chwilą studiował etykietkę. Mój przyjaciel Daniel Carter, dawny wykładowca naszego uniwersytetu, tak właśnie przedstawiła Rebecca swojego towarzysza. I były to dobre referencje.

Wyciągnął na powitanie ogromną dłoń; na nadgarstku zauważyłam nowoczesny zegarek elektroniczny, z tych, które widuje się raczej u sportowców niż u kasty wykładowców uniwersyteckich. Podałam mu rękę i układałam w głowie słowa powitania. Sztampowe zdania, recytowane tyle razy, odkąd przyjechałam do Stanów. Jak się miewasz, bardzo miło poznać, miałam na końcu języka. Ale mnie uprzedził. Ku mojemu niepomiernemu zdumieniu, ten Amerykanin o wysportowanym i niemal młodzieńczym wyglądzie, choć bez wątpienia w dojrzałym już wieku, z aparycji wnosząc mający niewiele wspólnego z moimi kolegami po fachu, nie wypuszczał mojej dłoni, przyglądając się uważnie swoimi jasnymi oczyma, a w końcu odezwał się nienaganną hiszpańszczyzną, która zupełnie zbiła mnie z pantałyku.

– Rebecca wspomniała mi o twojej obecności w Santa Cecilia, droga Blanco, o twojej zaszczytnej misji ocalenia dziedzictwa naszego drogiego profesora. Miałem wielką ochotę, żeby cię poznać, gdyż na naszym krańcu globu niełatwo napotkać niewiastę szlachetnego hiszpańskiego rodu.

Wybuchnęłam śmiechem. Spodobały mi się ta przemowa stylizowana na staromodne szarmanckie powitanie, inwencja i ciepło przebijające z jego słów. A po szarych tygodniach odosobnienia w piwnicy, na drugim końcu świata znowu słyszałam ojczystą mowę, która podziałała jak balsam na moją duszę.

– Spędziłem wiele lat w twojej ojczyźnie – dodał, cały czas trzymając moją dłoń. – Z tymi pobytami wiążą się wielkie uczucia, wielkie przyjaźnie, wśród nich przyjaźń z Andresem Fontaną. Ponad pół życia spędziłem rozdarty między Hiszpanią a Stanami, w nieustannej podróży. Wiele moich najpiękniejszych wspomnień związanych jest z twoim krajem. Ciągle tam wracam. Ciągle. I pewnie nigdy nie przestanę.

Nie udało nam się porozmawiać dłużej. Pracownicy sklepu zaczęli już opuszczać żaluzje. W kolejce do kasy zdążyłam się tylko dowiedzieć, że Daniel pracuje na kalifornijskim uniwersytecie w Santa Barbara, chociaż akurat w tej chwili jest na urlopie i dlatego mógł odwiedzić starą przyjaciółkę w Santa Cecilia. Wieczorem byli zaproszeni na kolację, mnie zaś czekał kolejny samotny posiłek w pustym mieszkaniu.

– Nie wiem jeszcze, jak długo tutaj zostanę – mówił, otwierając przed nami drzwi. – Kończę właśnie książkę i myślę, że pobyt w Santa Cecilia, z dala od tego, co rozprasza mnie na co dzień, dobrze zrobi i mnie, i książce. Proza hiszpańska końca wieku, z pewnością pisarze tego pokolenia nie są ci obcy, mam nadzieję, że uda mi się powiedzieć coś nowego na ten temat.

Pożegnaliśmy się na ulicy, niezobowiązująco umawiając się na kolejne spotkanie w bliżej nieokreślonej przyszłości. Potem ja ruszyłam do domu, oni na umówioną kolację. Na niebie pojawiały się pierwsze gwiazdy.

Chociaż spędziłam popołudnie w scenerii odległej od codziennej rutyny, przypadkowe spotkanie z Rebeccą Cullen i jej przyjacielem na chwilę poprawiło mi humor, a Daniel Carter sprawił, że roześmiałam się szczerze pierwszy raz od bardzo dawna. Gdy znalazłam się z powrotem w pustym mieszkaniu, znów ogarnęło mnie to samo dziwne, trudne do nazwania i bardzo nieprzyjemne uczucie, które dręczyło mnie od czasu lunchu na wydziale zorganizowanego na moje powitanie.

Spałam tej nocy niespokojnym snem, jakby moja nieświadomość przepracowywała ideę, której dokładnego znaczenia nie udało mi się świadomie rozwikłać. Widok prawdziwego Andresa Fontany, jego twarzy, ciała, siły ducha emanującej z jego postaci nawet na fotografiach, w jakiś sposób zachwiał moimi ustalonymi z góry schematami, wzbudzając nie bardzo dla mnie zrozumiały niepokój. Nad ranem przyśnił mi się koszmar: stare zdjęcia, cała masa przesuwających się przed moimi oczyma fotografii, na których usiłowałam rozpoznać jakieś znajome twarze, ale ich rysy, jak za sprawą jakiejś diabelskiej sztuczki, zaczynały się rozmywać, tworząc w końcu tylko pozbawione formy, rozwodnione plamy.

Obudziłam się zlana potem. Męczyło mnie pragnienie. Pierwsze światła świtu pojawiały się nieśmiało za oknem, otworzyłam je na oścież, licząc na orzeźwiający podmuch świeżego powietrza. Prawie nie było słychać samochodów, tylko kilku biegaczy przetruchtało pod moim oknem, przerywając ciszę rytmicznymi uderzeniami adidasów o bruk. Machinalnie sięgnęłam po szklankę i nalałam sobie wody z kranu. Zaczęłam pić i przy pierwszych łykach przed oczyma stanęły mi obrazy z poprzedniego dnia. Wtedy, właśnie w tym momencie, wszystko zrozumiałam.

Nareszcie dotarło do mnie, że podeszłam do mojego zadania z zupełnie nieodpowiedniej strony, nareszcie pojęłam, na czym polegał mój błąd. I chociaż narzuciłam sobie żelazną dyscyplinę, chociaż spędzałam całe godziny w piwnicy, walcząc z tonami papierzysk, umknęło mi to, co najważniejsze. Coś, co pozwoliłoby mi potraktować papiery Andresa Fontany inaczej niż skrzynki śrubek i nakrętek. Coś, co sprawiłoby, że moje zadanie nie oznaczałoby włażenia z butami w duszę innego człowieka.

Pomiędzy materiałami, nad którymi pracowałam, a starymi okolicznościowymi fotografiami z sali konferencyjnej istniał związek silniejszy, niż na początku przypuszczałam. Związek pomiędzy pismami tego człowieka a nim samym, osobą, którą dotąd znałam tylko z nazwiska, nie z twarzy, zasługiwał na moją uwagę. I zaniedbanie go było błędem, błędem niewybaczalnym.

Tego ranka dotarło do mnie z całą wyrazistością, że jeśli chcę pracować dalej nad zapiskami, które zostawił po sobie profesor Fontana, muszę się pokusić o radykalną zmianę perspektywy. Nie mogę poprzestać na pobieżnym klasyfikowaniu dokumentów z prędkością godną przodownika pracy. Teraz wiedziałam już, że nie zostałam zesłana do magazynu pełnego bezdusznych papierów, które można potraktować równie bezosobowo jak dane statystyczne czy zamówienia złożone w hurtowni obuwia. Nie mogłam torować sobie drogi przez jego życie jak ktoś, kto kopie rów, musiałam przyjąć inną metodologię. Musiałam zbliżyć się do podmiotu swoich dociekań, zrekonstruować wyłaniającą się zza dokumentów osobę.

Zrozumiałam, że moja praca ma na celu przywrócenie czyjejś pamięci.

Pogrzebanej w piwnicy pamięci zapomnianego człowieka.


Rozdział czwarty

Ojciec był górnikiem, właściwie analfabetą. Matka – służącą w bogatym domu, która nauczyła się z trudem składać litery. Konieczność sprawiła, że nauczyła się liczyć, musiała nieźle się nagimnastykować, by nie umarli z głodu, żeby mizerne dochody rodziny starczyły na życie. Nazywała się Simona. Wydała na świat Andresa, mając trzydzieści siedem lat. Przez poprzednich piętnaście pozostawała niepłodna, po trzech kolejnych ciążach z dwiema starszymi siostrami Andresa i bezimiennym noworodkiem, który urodził się martwy i został pochowany właściwie bez żalu. Nie wspominano o nim prawie nigdy. Mieszkali w chatce typowej dla wsi z południowej Manchy – dwa połączone pokoje, klepisko zamiast podłogi – bez wody i elektryczności. Niespodziewane pojawienie się na świecie kolejnego domownika przyjęto z niewielkim entuzjazmem – jeszcze jedna gęba do wyżywienia, jeszcze trochę mniej miejsca w tej i tak już bardzo skromnej przestrzeni. Dzień przed porodem Simona poszła do pracy – parkiety dziedziczki musiały błyszczeć, niezależnie od niechcianych potomków jej służby, przychodzących na świat nie w porę. Pierwszego dnia połogu matka stawiła się w domu doni Manolity z noworodkiem. Cierpliwie skrapiała wodą niemiłosiernie rozgrzane patia, by je schłodzić i, jak gdyby nic się nie stało, dźwigała wiadra z węglem. Owinięte w pieluszki dziecko leżało w koszyku w kuchennym kącie.

Dona Manolita, chlebodawczyni, miała wówczas pięćdziesiąt parę lat. Jeszcze dziesięć lat wcześniej wszyscy uważali, że umrze jako stara panna, była przecież nie tylko brzydka, ale na dodatek kulawa. Los chciał, że zakochała się w chłopie pracującym w tłoczni oliwy, którą odziedziczyła po ojcu. Ramón, ogorzały młodzieniec o szerokich ramionach i zawadiackim uśmiechu, za sprawą niepohamowanej żądzy dziedziczki niespodziewanie awansował na don Ramona Otero. Któż mógłby przypuszczać, że ten przystojny i bystry chłopak, który jesień w jesień musiał razem z braćmi uciekać przed bezlitosnym mrozem skuwającym jego rodzinną górską wioskę i najmować się jako parobek w okolicach o łagodniejszym klimacie, zajdzie w życiu tak daleko… Cóż, doni Manolicie podobali się młodzi mężczyźni, zwłaszcza tacy, którzy mogli się pochwalić pełnym wigoru ciałem, śmiałym spojrzeniem i skórą w kolorze cynamonu. Zimowe noce były przecież takie długie i zimne, a ona nie miała najmniejszego zamiaru zostać pochowana jako najbogatsza na cmentarzu, więc bez zahamowań i wstydu, jak ktoś, kto dobrze wie, że ma władzę, dona Manolita zaczęła umizgiwać się do Ramona w sposób niepozostawiający wątpliwości co do jej intencji. Najpierw były spojrzenia, po nich przyszły ukradkowe pieszczoty, przypadkowe niby i pikantne żarciki wplatane w banalne rozmowy. Nie minęły nawet trzy tygodnie, a już leżeli razem na trzech miękkich piernatach jej mahoniowego łoża. Pierwsze cielesne zbliżenie okazało się niezwykle przyjemne dla obojga, choć z odmiennych zupełnie powodów. Dla niej dlatego, że nasyciła się wreszcie muskularnym ciałem, którego przez ostatnie dni pragnęła do szaleństwa. Dla chłopaka głównie dlatego, że pierwszy raz w swoim mizernym jak dotąd życiu poznał smak takich przyjemności, jak dotyk delikatnych prześcieradeł, stąpanie boso po puszystym dywanie czy zanurzanie ciała w ciepłej kąpieli.

Ku zadowoleniu obu stron spotkania odbywały się regularnie przez dwa kolejne miesiące. Ramón był jednak przekonany, że ów związek, stojący w jawnej sprzeczności ze społecznym konwenansem, skazany jest na porażkę i niechybnie dobiegnie kresu wraz z końcem zbioru oliwek, kiedy on będzie zmuszony wrócić do domu. Intuicja go jednak zawiodła. Pewnej burzowej nocy, gdy Ramón kąpał się w porcelanowej balii doni Manolity, a ona polewała mu plecy kolejnymi dzbankami gorącej wody, nagle zaproponowała mu małżeństwo. Ramón nie był głupi, lata przymierania głodem nauczyły go przebiegłości, więc w myślach oszacował możliwe korzyści z tej transakcji i rachunek nie pozostawiał żadnych wątpliwości: bycie mężem na utrzymaniu majętnej żony opłacało się zdecydowanie bardziej niż koczownicza egzystencja i dorywcza praca przy wyrębie lasu czy zbiorze oliwek w cudzych majątkach. Nie zastanawiał się długo, niemal natychmiast powiedział „tak”.

Niespodziewana wiadomość wywołała wśród pracowników młyna radość pomieszaną jednak z zawiścią. Cała wioska aż huczała od plotek. Ale narzeczonych niewiele to wszystko obchodziło. Dona Manolita nie musiała się nikomu spowiadać ze swoich uczuć ani ze swoich transakcji, była wystarczająco bogata, by być panią jednych i drugich. Krótka ceremonia w parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny przypieczętowała związek i uczyniła donę Manolitę i Ramona mężem i żoną. Bez względu na niebagatelną różnicę wieku, dwadzieścia trzy lata.

Ona już nigdy więcej nie spała sama, a on nie musiał pracować od świtu do zmierzchu. Poza tym, zgodnie z przewidywaniami złośliwych sąsiadów, w małżeństwie zaszły dwie rzeczy. Po pierwsze, nie mieli dzieci. Po drugie, młody mąż, don Ramón, nie czekał nawet aż skończy się miodowy miesiąc i zaczął zdradzać żonę z każdą ładną dziewczyną, jaka pojawiła się na jego drodze. Wobec takiego stanu rzeczy dona Manolita miała dwie strategie: po pierwsze, zgodziła się na obecność w domu maleńkich dzieci swoich służących. Po drugie, zamykała drzwi przed nosem każdej ładnej i młodej dziewczyny, która chciała przyjść do niej na służbę. Trudno powiedzieć, co właściwie chciała osiągnąć, podejmując takie decyzje – cudze dzieci nigdy nie zastąpiły jej tych, których sama nie mogła mieć, a brak wśród służących młodych dziewczyn nijak nie powstrzymywał małżonka przed dziesiątkami pozamałżeńskich przygód.

Syn służącej Simony został ochrzczony jako Andrés, na cześć zmarłego ojca chlebodawczyni, po którym dostała w spadku fortunę, brzydką twarz i mało ponętne kształty. To ona była jego matką chrzestną i podarowała chłopcu złoty medalik Matki Boskiej Łaskawej, który jego ojciec sprzedał jeszcze tego samego dnia, by zaraz zamienić swój niespodziewany przychód na kilka flaszek bimbru. Nie wiadomo, czy dona Manolita zobaczyła coś szczególnego w tym chłopcu, który po roku zaczął już sam myszkować po domu, czy też po prostu robiła się stara, ale prawda jest taka, że darzyła to dziecko szczególnymi względami, choć nie były to absolutnie uczucia matczyne; jej osobę można by przyrównać raczej do zrzędliwej i nudnej, choć w głębi duszy czułej przyszywanej ciotki. Wykazując się niebywałym zupełnie brakiem wrażliwości na prawdziwe potrzeby górniczej rodziny, zaczęła obsypywać chłopca kosztownymi prezentami, których ani on, ani jego matka nie mogli docenić: aksamitne garniturki, by towarzyszył jej w niedzielę na mszy głównej, miniaturowa pianola, albumy z obrazkami, a nawet marynarski kapelutek, który wzbudzał salwy śmiechu wśród sąsiadów, gdy mały paradował w nim w niedziele.

Cóż miała zrobić Simona, kiedy jej syn od święta tylko nosił drogie ubrania, na co dzień zaś zadowalać się musiał pocerowanym łachmanem i łapciami na słomianych podeszwach. Nie wydawał się jej rozsądny upór chlebodawczyni, by nauczyć malca posługiwać się srebrnymi sztućcami, skoro na co dzień rodzina jadała kaszę drewnianymi łyżkami i ze wspólnej miski. Ta szczególna matka chrzestna nie zastanawiała się nigdy nad prawdziwymi potrzebami dziecka, wydawała się też nie zauważać, że każdy z prezentów, które obstalowywała dla niego w samej stolicy, wart był więcej niż tygodniówki jego rodziców razem wzięte. Ale Simona nigdy nie pomstowała ani też nie miała za złe chlebodawczyni tych kaprysów, nawet nie śmiała się z ich okrutnej ironii. Przyjmowała jej gesty z potulną rezygnacją, a kiedy co wieczór, zazwyczaj już dobrze po zmroku, brała syna za rękę i skostniali z zimna zaczynali brnąć przez mgłę do swojej nędznej chałupiny, obojgu chodziły po głowie te same myśli, choć nigdy nie odważyli się wypowiadać ich na głos.

Po szóstych urodzinach Andresa coś się jednak zmieniło. Zarówno syn, jak i matka zaczęli doceniać prezenty chlebodawczyni, kiedy chłopak nauczył się czytać w jednej ze szkół założonych przez ojca Manjona. Bo dona Manolita zaczęła kupować mu książki. A Simona nie była może przesadnie inteligentna, ale od dziesięcioleci obserwowała z bliska, jak żyją bogaci i miała na tyle oleju w głowie, by zrozumieć, że o jakości ich życia nie decydują tylko posiadłości i pieniądze, ale też dostęp do kultury i edukacji. Dlatego, kiedy syn zaczął dostawać książeczki dla dzieci, do których inaczej nigdy nie miałby dostępu, poczuła, że wreszcie dostaje coś naprawdę ważnego.

Mając czternaście lat, Andrés rzucił szkołę i zaczął pracować jako goniec w lokalnym sklepiku. Ojciec nalegał, że czas już najwyższy, by zszedł do kopalni, nie potrafił wyobrazić sobie dla syna zawodu innego niż jego własny. Simona natomiast robiła wszystko, by oddalić ten moment, który wydawał się jej nieunikniony. Na piętnaste urodziny chłopak dostał od doni Manolity młodzieżową encyklopedię Skarb młodzieży, która natychmiast stała się jego oknem na świat. Na urodziny szesnaste nie było już prezentu, gdyż matka chrzestna stała nad grobem. Dona Manolita zmarła dzień przed wigilią Bożego Narodzenia 1929 roku, a jej majątek odziedziczył po niej mąż.

Ku zaskoczeniu wszystkich, do swojej ostatniej woli dołączyła dwa listy. Pierwszy skierowany był do Simony i jej syna, drugi do niejakiego don Eladia de la Mata. W sposób niezwykle suchy i precyzyjny, bez wylewnych uczuciowych deklaracji, w pierwszym liście przyznawała swojemu beniaminkowi rentę przeznaczoną wyłącznie na jego kształcenie. Warunki, jakie spełnić musiał chłopak, wyłożone zostały w sposób jednoznaczny. Andrés miał przeprowadzić się do Madrytu i zamieszkać ze stróżami w będącym jej własnością budynku przy ulicy Princesa. Tam miał przygotować się do egzaminu maturalnego, a jeśli przejdzie go pomyślnie, zapisać na studia uniwersyteckie, które sam wybierze. Don Ramón Otero miał łożyć na jego utrzymanie i pokryć wszelkie koszty związane z edukacją. W przeciwnym wypadku, jeśli Andrés nie pójdzie na studia, straci prawo do wszelkiej pieniężnej gratyfikacji. Testament nie pozostawiał wątpliwości – jego autorka chciała za wszelką cenę ocalić swojego podopiecznego od czarnej jak węgiel przyszłości w kopalnianych szybach. Chciała dać mu możliwość społecznego awansu i zaprojektowała go w najdrobniejszych szczegółach.

Ten oświecony co prawda, ale bądź co bądź despotyzm w takim samym stopniu cieszył Simonę i syna, jak rozjuszył jej męża. Nie umiejąc znaleźć wytłumaczenia dla tak dziwacznej ostatniej woli, górnik klął na swój pieski los i w sposób daleki od cenzuralnego uwłaczał pamięci nieodżałowanej nieboszczki dobrodziejki. Wyzywał ją i jej matkę od najgorszych, w swej rozpaczy wznosząc kielich za kielichem, aż sponiewierał się tak, że stracił przytomność na ulicy, gdzie znaleźli go nad ranem zamiatacze z Pozo Norte i miłosiernie doprowadzili do domu.

Simona rozumiała decyzję swojej chlebodawczyni zupełnie inaczej i przeciwstawiła się mężowi z tą samą energią, z jaką zmywała podłogi w cudzych domach właściwie od dziecka. Ale górnik Fontana był uparty jak osioł i za każdym razem, gdy żona próbowała tłumaczyć mu korzyści płynące z tej sytuacji, ciskał na nią grad obelg i ciosów. Przekonana o bezsensowności dalszej dyskusji postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Ostatniej nocy w roku przygotowała nędzny tobołek ze zmianą bielizny, czystą koszulą, połówką chleba i kawałem sera i cierpliwie czekała. O trzeciej nad ranem do domu wrócił stary Fontana po kolejnej libacji. Kiedy zdołała wpakować go do łóżka, usiadła na wiklinowym krześle, pochyliła się nad piecykiem węglowym i, zatopiona w myślach, wpatrywała się w żar.

Godzinę później obudziła Andresa i powiedziała mu szeptem, by się ubrał. Na gałęziach osiadł szron porannego przymrozku. Przemarznięci do szpiku kości szli szybkim krokiem ku stacji. Tam wręczyła mu kopertę z banknotami i papierami, które dostała poprzedniego ranka od don Ramona Otero. Potem przycisnęła go do siebie tak mocno, że poczuła wystające kości jego chudego ciała. O piątej dziesięć rano 1 stycznia 1930 roku Andrés Fontana wsiadł do pociągu mającego go zawieźć do zupełnie nowego świata, świata, z którego już nie powrócił. Nigdy więcej nie zobaczył swojej matki.

Simona wróciła do domu po śladach, owinięta w swój postrzępiony czarny szal, człapiąc żałośnie łapciami. Chociaż była smutna jak nigdy dotąd, nie uroniła ani jednej łzy. W jej zmęczonych, suchych oczach łez już nie było.


Rozdział piąty

Majestatyczna konstrukcja dworca Mediodía z kutego żelaza zachwyciła Andresa Fontanę. Nie miał pojęcia, że z tej imponującej stacji hiszpańskie oddziały wyruszały na wojnę w Afryce ani że tu, dziesięć lat wcześniej, tłumy wyszły przywitać zmarłego toreadora Joselita, który zginął na arenie w Talaverze. Gdybyśmy mieli wyliczać rzeczy, o których nie miał pojęcia, byłoby ich znacznie więcej. Przede wszystkim nie wiedział nawet, co zrobi, kiedy opuści już to miejsce pełne wrzawy i pary, tłumu podróżnych biegających po peronach, taszczących ciężkie walizki, niecierpliwie wypatrujących swoich krewnych.

Miał na sobie przetarty sztruksowy garnitur i stary beret. Chociaż dopiero skończył szesnaście lat, wzrostem przewyższał już niejednego z dorosłych mężczyzn, którzy co dzień schodzili do kopalni w jego rodzinnej miejscowości. W lewej ręce trzymał przygotowany przez matkę tobołek, lżejszy o chleb z serem, który zdążył zjeść w pociągu. Prawą ściskał schowaną w kieszeni kopertę, którą don Ramón Otero wręczył dzień wcześniej Simonie. Były w niej kartka z adresem, pod który miał się udać, trochę pieniędzy na pierwsze wydatki i list mający otworzyć mu drogę do wiedzy. Kolejne, comiesięczne zapomogi wypłacać mu będzie pani Antonia, dozorczyni, u której miał zamieszkać. W jaki sposób pieniądze zapisane mu przez donę Manolitę trafiały do rąk tej kobiety, nie wiedział ani też specjalnie się tym nie interesował. Dołączając do strumienia spieszących się podróżnych, znalazł wyjście z dworca i po raz pierwszy stanął oko w oko z niezmierzonym i nieznanym miastem. Słoneczne światło zalewało ulice, choć jednocześnie było przenikliwie zimno. Poczuł promienie na twarzy, przechylił beret, uniósł klapy marynarki i ruszył przed siebie, nie mając pojęcia, w którym właściwie kierunku powinien się udać. Jego młode nogi same go niosły, a mieszanka euforii i podniecenia sprawiła, że szybko znalazł właściwą drogę.

Trzy godziny trwało, zanim dotarł na miejsce, nie dlatego że odległość była tak duża, ale dlatego że zatrzymywał się ciągle, by podziwiać coraz to nowe wspaniałości, które roztaczało przed nim miasto: pierwszy raz w życiu widział tak wysokie i okazałe budynki, tak szybkie samochody, tak wspaniałe wystawy sklepowe, tak eleganckie kobiety przemierzające na wysokich obcasach bruk imponującej Gran Vía. W końcu, pytając kilka razy przechodniów, znalazł ulicę Princesa i numer 47, bardzo blisko pomnika Agustina de Argüellesa.

Pani Antonia okazała się niską kobietą, o wiele młodszą, niż przypuszczał. Lubiła sobie podśpiewywać pod nosem. Jej mąż Marcelino był murarzem i działaczem związkowym, zrzeszonym w nielegalnym wówczas CNT. Za cały majątek wystarczyć im musiało dwóch synów, Joaquín i Angelito, żaden nie skończył jeszcze dziesięciu lat. Andresowi przydzielono własny pokój, mały i ciemny, w skromnym mieszkanku dozorczyni – pod ścianami, z których łuszczyła się farba, stało niklowane łóżko, wysłużona szafa i kuchenny stolik mający mu zastąpić biurko. Niewielkie okienko wychodziło na wewnętrzne podwórko, na którym pani Antonia prała i suszyła bieliznę, poza tym było na nim kilka doniczek pelargonii, dwie klatki z kanarkami i prymitywny wychodek, dzielony przez rodzinę z sąsiadem stolarzem. Codziennych zabiegów higienicznych dokonywali domownicy w kuchennym zlewie, ale staranniejszych ablucji musieli dokonywać w ocynkowanej balii.

Marcelino, który nie miał wówczas pracy, wziął na siebie ciężar oprowadzenia chłopaka po dzielnicy i zapoznania z nowym otoczeniem. Nie upłynął nawet tydzień, a już zdążył przedstawić nowego lokatora większości sąsiadów, przy okazji, jako zaprzysięgły anarchista i niestrudzony orator, nie omieszkał nakreślić przed nim ostatnich wydarzeń historycznych, okraszając swe mowy zapalczywymi politycznymi komentarzami, które Andrés, zafascynowany otaczającymi go nowościami, puszczał mimo uszu. Prawdę mówiąc, ledwie docierało do niego, że z końcem stycznia król Alfons XIII przyjął dymisję Primo de Rivery, że generał Berenguer wziął na siebie misję sformowania nowego gabinetu, a lud Madrytu – biedny, niewykształcony i coraz bardziej wzburzony takim stanem rzeczy – zaczyna w sposób coraz bardziej stanowczy domagać się od swoich przywódców radykalnych zmian.

Marcelino zaprowadził też Andresa do gimnazjum im. kardynała Cisnerosa. To właśnie tam, według zostawionych przez donę Manolitę instrukcji, chłopak miał przygotować się do egzaminu maturalnego, który otworzy mu drogę na studia. Jego braki w wykształceniu były wtedy jeszcze ogromne. Całą wiedzę, którą miał w głowie, zawdzięczał kilku klasom najbardziej elementarnej edukacji, lekturze książek kupowanych wedle widzimisię kapryśnej matki chrzestnej i tomom młodzieżowej encyklopedii połykanej z zapałem przez ostatnie lata. To dzięki niej miał pojęcie o tak egzotycznych dziedzinach, jak geografia, technika stosowana czy folklor rozmaitych ludów świata. Brakowało mu natomiast podstawowych wiadomości z matematyki, gramatyki, łaciny czy francuskiego; nie miał zielonego pojęcia o koncepcjach etycznych czy socjologicznych, nie wiedział też, co oznacza systematyczna nauka. Był nieodrodnym dzieckiem hiszpańskiego systemu oświaty z początków XX wieku, kiedy prawie sześćdziesiąt procent społeczeństwa nie umiało pisać i czytać, a nauczyciele – których wciąż brakowało – otrzymywali z opóźnieniem swoje i tak bardzo skromne pensje.

Ale Andrés niewiele sobie robił z problemów owego zimnego poranka, gdy szedł ulicą Reyes razem z Marcelinem, i razem z nim przekroczył po raz pierwszy próg gimnazjum im. kardynała Cisnerosa. Ich listem żelaznym była prośba napisana przez donę Manolitę do samego dyrektora. W pełnej namaszczenia ciszy przemierzali za bedelem korytarz, przez którego okna sączyło się do środka zimowe światło. Ściskali w dłoniach swoje proletariackie berety, starali się stawiać bezszelestne kroki, świadomi tego, jak bardzo nie pasują do tak szacownego miejsca.

Nie musieli czekać długo – usiedli posłusznie na ławce, którą pogardliwym gestem wskazał im bedel, ale już po chwili kościsty, łysy jegomość wyszedł im na spotkanie. Zerwali się z ławki na równe nogi, jakby ktoś ukłuł ich w pośladki. Mężczyzna ledwo się uśmiechnął. Był to don Eladio de la Mata, dyrektor we własnej osobie.

Zaprosił ich do swojego gabinetu, pełnego książek, oprawnych w ramki dyplomów i portretów równie znamienitych mężczyzn, którzy przed nim piastowali to zaszczytne stanowisko. Przeczytał z uwagą list będący częścią testamentu doni Manolity, wysłuchał potem przemowy chłopaka, wiele razy łagodnym, acz stanowczym gestem nakazując milczenie gadatliwemu Marcelinowi, który chciał wziąć sprawy w swoje ręce i zmienić się w adwokata Andresa. Potem zadał młodzieńcowi kilka pytań, na które ten odpowiedział ze spokojem i dojrzałością zupełnie niezwykłą dla jego wieku i społecznego pochodzenia.

Potem głos zabrał don Eladio. Modulowanym, dobitnym tonem, wyłuszczył chłopcu, na jakich to filarach miała się odtąd wspierać jego egzystencja, jeśli naprawdę chciał uzupełnić braki w wykształceniu i zdawać na uniwersytet. Opowiedział mu o trygonometrii, deklinacjach i wysiłku, o greckich poetach, wzorach chemicznych i uporze. O równaniach, rozbiorze zdania, o wytrwałości. Młodzieniec słuchał jak urzeczony, starając się nie uronić ani słowa z tej przemowy i zapamiętać wszystkie koncepcje, wszystkie padające nazwiska, wszystkie idee. Kiedy pół godziny później opuszczali gabinet, zarówno dyrektor, jak i przyszły uczeń mieli wrażenie, że to przedsięwzięcie może się udać. Biedny Marcelino zaś zrozumiał, że w życiu umknęło mu coś bardzo ważnego.

W milczeniu opuścili gimnazjum. Kiedy znaleźli się na ulicy, Marcelino z rękami w kieszeni ruszył przodem, stawiając kroki tak wielkie, że trudno go było dogonić. Andrés, któremu w głowie rozbrzmiewały wciąż słowa don Eladia, starał się nie stracić go z oczu. Po chwili Marcelino wszedł do baru przy targu Mostenses. Przepychając się łokciami, dotarli do kontuaru i zamówili dwie szklaneczki wina. Popijali w milczeniu otoczeni gwarem rozmów. Chłopak nie bardzo rozumiał, co się stało Marcelinowi, dlaczego tak zwykle gadatliwy, teraz się nie odzywał. W końcu anarchista o wielkim sercu i równie wielkich brakach w wykształceniu dopił swoje wino i z hukiem odstawił szklankę, waląc nią w kontuar. Otarł usta rękawem, spojrzał na chłopaka i poprosił, żeby nauczył go czytać i pisać.

Jeszcze tego samego dnia rozpoczęła się w życiu młodego Andresa zupełnie nowa epoka, okres następujących po sobie dni poświęcanych wyłącznie na naukę, spędzanych samotnie w pokoju, nad książkami. Spał tylko tyle, ile było absolutnie konieczne, jadł tylko wtedy, kiedy zmusiła go do tego pani Antonia. Siadał przy stole z rodziną dozorczyni i jadł z nimi zupę albo jajka sadzone z pisto, próbując uczestniczyć w rozmowach, słuchać wieści z ulicy przynoszonych przez Marcelina albo żartować z dzieciakami. Ale tak naprawdę myślami był gdzieś daleko, zastanawiał się nad twierdzeniem Pitagorasa, tablicą Mendelejewa albo recytował w pamięci wersy Eneidy: At regina gravi iamdudum saucia cura

Miesięczna zapomoga zapisana mu przez matkę chrzestną pozwalała na życie bez zbytnich ograniczeń. Mógł sobie pozwolić na zakup niezbędnych przyborów szkolnych – ołówków, stalówek, atramentu, papieru – a czasem nawet bardziej luksusowych pomocy dydaktycznych, jak atlas Hiszpanii i jej prowincji czy zbiór rycin ilustrujących sekrety anatomii ludzkiego ciała albo niewielką tablicę marki La Moderna. Nierzadko kupował też jakiś drobny upominek swojej gospodyni, zapraszał Marcelina do baru, dawał dzieciakom drobniaki, by kupiły sobie rożek gorącej ciecierzycy albo lizaka.

W czasie kiedy Andrés przygotowywał się do egzaminu, naokoło zaczęły dziać się rzeczy, które miały odmienić na zawsze historię jego kraju, rzeczy, o których on sam, skupiony na zaspokajaniu głodu wiedzy, pewnie nigdy by się nie dowiedział, gdyby nie niekończące się słowotoki Marcelina, wiernego swojemu postanowieniu i opanowującego, powoli, ale skutecznie, tajniki czytania i pisania.

Andrés spędził ze swoimi gospodarzami Boże Narodzenie i sylwestra, wznosili toasty tanim winem rozcieńczonym wodą sodową za spokojny i szczęśliwy nowy rok. I choć 1931 do spokojnych na pewno nie należał, zachodzące w kraju zmiany zostały przyjęte w tym domu z radością. Z nadzieją powitano abdykację króla i ożywczy podmuch związany z nastaniem Drugiej Republiki.

Dwudziestego trzeciego maja 1932 roku syn niepiśmiennego górnika i prostej służącej, elegancko ubrany, uczesany i pod krawatem, znakomicie i bez tremy zdał egzamin maturalny przed surową komisją. Dona Manolita z pewnością czułaby się dumna, widząc, jak jej protegowany wypełnił skrupulatnie nakreślony przez nią plan. Z domu pani Consuelo z drugiego piętra, pochodzącej z Asturii oschłej sąsiadki, zamówili rozmowę z Simoną, która, gdy zadzwonił telefon, akurat prasowała koszule swojego chlebodawcy, don Ramona Otero. Wzruszenie odebrało jej mowę, niezbadana odległość telefonicznych drutów onieśmielała; ściskając swój perkalowy fartuch, powtarzała tylko w kółko: „Mój synek, mój synek”.


Rozdział szósty

Zgodnie z zapisami testamentu kolejnym etapem w życiu Andresa Fontany miały być studia uniwersyteckie. Na początku lat trzydziestych Uniwersytet Madrycki nie miał jeszcze wspólnego centrum, a jego budynki, stare i w ogromnej większości podupadające, rozsiane były po całym mieście. Miasteczko uniwersyteckie znajdowało się jeszcze w budowie, rozpoczętej w 1927 roku z inicjatywy Alfonsa XIII, który wymarzył sobie dla hiszpańskiej stolicy kampus podobny do tych amerykańskich, o funkcjonalnej architekturze i rozległych terenach mogących pomieścić boiska sportowe i miejsca służące rekreacji.

Nastanie Drugiej Republiki i emigracja króla nie powstrzymały wcale prac, przeciwnie, kontynuowano je z nie mniejszym zapałem, eliminując jednak z projektów wszystkie elementy służące jedynie wywoływaniu wrażenia zbytku i przepychu. Kiedy Andrés rozpoczynał naukę na pierwszym roku, wydziały humanistyczne mieściły się jeszcze w starym gmachu przy ulicy San Bernardo. Niedługo później, już w 1933 roku, wydział filozofii i literatury przeniesiony zostanie do nowego, nieukończonego jeszcze budynku w miasteczku uniwersyteckim, kwadratowego pawilonu z czerwonej cegły, z dużymi oknami, do którego studenci dojeżdżali nowoczesnymi piętrowymi autobusami. Zmiany nie ograniczyły się do nowej lokalizacji, lecz wiązały się z reorganizacją całej jednostki i z nowym programem nauczania. W owych latach na wydziale wykładały takie znakomitości, jak Amércio Castro, Ramón Menéndez Pidal, Xavier Zubiri, Tomás Navarro Tomás, Pedro Salinas, Rafael Lapesa… Taki był uniwersytet, na którym przyszło studiować Andresowi Fontanie – instytucja czyniąca wysiłki, by zasłużyć na miano nowoczesnej, starająca się sprostać nowym akademickim wyzwaniom, pełna nadziei na przyszłość.

Ta sama wytrwałość i ambicja, dzięki której udało mu się zdać egzamin maturalny, towarzyszyła Fontanie na uniwersytecie. Był wyróżniającym się studentem i pewnie dlatego już na trzecim roku otrzymał propozycję od Enrique Fernandeza de la Hozy, kierownika katedry gramatyki historycznej. Miał współpracować przy organizacji kursów hiszpańskiego dla obcokrajowców. Fontana zgodził się, nie do końca jeszcze wiedząc, na czym ta współpraca, mająca trwać trzy kolejne miesiące, będzie właściwie polegać.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.