Ogniwa - Natalia Korwin-Szymanowska - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 279 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ogniwa - Natalia Korwin-Szymanowska

Natalia Korwin-Szymanowska (1858–1922), z domu Krzyżanowska, to pisarka i tłumaczka, publikująca często pod pseudonimem Anatol Krzyżanowski. Była autorką licznych artykułów publicystycznych w prasie warszawskiej, a także tekstów dotyczących polskich wydarzeń literackich w czasopismach angielskich i francuskich. Jej twórczość literacka cieszyła się swego czasu niezwykłą popularnością, np. nowele „W więzach” czy powieści „Dwa prądy”, „Pasierby”, „Ogniwa”. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Ogniwa - Natalia Korwin-Szymanowska

Fragment ebooka Ogniwa - Natalia Korwin-Szymanowska





Spis treści

  1. CZĘŚĆ I
  2. ROZDZIAŁ I
  3. ROZDZIAŁ II
  4. ROZDZIAŁ III
  5. ROZDZIAŁ IV
  6. ROZDZIAŁ V
  7. ROZDZIAŁ VI
  8. CZĘŚĆ II
  9. ROZDZIAŁ VII
  10. ROZDZIAŁ VIII
  11. ROZDZIAŁ IX
  12. ROZDZIAŁ X
  13. ROZDZIAŁ XI
  14. ROZDZIAŁ XII
  15. ROZDZIAŁ XIII
  16. ROZDZIAŁ XIV
  17. ROZDZIAŁ XV
  18. ROZDZIAŁ XVI
  19. ROZDZIAŁ XVII
  20. ROZDZIAŁ XVIII
  21. ROZDZIAŁ XIX
  22. ROZDZIAŁ XX
  23. ROZDZIAŁ XXI
  24. ROZDZIAŁ XXII
  25. ROZDZIAŁ XXIII
  26. ROZDZIAŁ XXIV
  27. KOLOFON

CZĘŚĆ I


ROZDZIAŁ I

Słońce, chylące się ku zachodowi, siało dokoła złote blaski. Powietrze, przepojone nimi, a nieporuszane najlżejszym powiewem, roztaczało atmosferę półsenną, dyszącą jeszcze żarem minionego południowego upału. Liście drzew odwiecznych nie śmiały dotąd szeptać poufnie, lecz, obezwładnione gorącem, tuliły się do siebie w milczeniu, jakby omdlałe od bezlitosnego skwaru, po którym stopniowo dopiero przychodziły do siebie. Słońce bowiem, nie piekąc już ogniem, całowało je z lekka tylko i, w powolnej swej ku zachodowi wędrówce, słało na ziemię całą gamę barw i tonów.

Korzystając z tej ulgi chwilowej, przyroda oddychała głęboko, a z każdym jej tchnieniem nie tylko promieniował żar, jakim była przepojona, lecz i roztaczał się w przestworzu cały subtelny obłok woni, cały odurzający czar zapachów, płynący z kielichów kwiatowych, które teraz dopiero, rozchylając swe usta różnobarwne, chciwie piły powietrze. Rosa nie orzeźwiła ich jeszcze, a jednak podniósłszy dumnie korony, zdawały się słońcu, w zamian za siłę życiodajną, słać hymn dziękczynny.

W przyrodzie głęboka panowała cisza. Na lekki poszept układającej się do snu natury za wcześnie było jeszcze. Ptaki nawet nie śmiały się trzepotać, ludzie zaś i zwierzęta domowe zatrzymywała w polu poobiednia robota. Zresztą ani gwar uznojonych żniwiarzy, ani ryk trzód pędzonych lub pomruk ludzkiego mrowiska, nie byłby doszedł do tej części borowskiego parku, którą gęste szpalery lip stuletnich zdawały się odbiegać od zwykłej prozy życiowej. Staroszlachecka, na pańską stopę urządzona siedziba stanowiła istną oazę zieleni wśród pól, skwarem spieczonych, a dojrzałymi falujących kłosami.

U końca szpalerów chłodnych, zacienionych, tchnących świeżością i ciszą, ładny w tej chwili rysował się obrazek. Na foteliku wśród dwóch potężnych lip zawieszonym, a stanowiącym zazwyczaj huśtawkę, odcinającą się żywo od tła ciemnej zieleni, przykuwała oko ślicznymi kształtami gibka postać niewieścia. Nad poziom trochę wzniesiona i jakby zawisła w powietrzu mogła, w bujnej wyobraźni, wydawać się z daleka zaczarowaną królewną, czy boginią, spływającą po promieniu słonecznym na ziemię.

Z bliska pierzchało złudzenie legendowego zjawiska lecz w zamian pozostawała lepsza nad nie rzeczywistość, przybrana w kształty ślicznej kobiety.

Strojna w jasną, skromną sukienkę, z pękiem szkarłatnych gwoździków u paska, odrzuciła w tył główkę, ciemnymi splotami uwieńczoną i oczy głębokie, rozmarzone w przestrzeń utkwiła. Jakaś myśl wewnętrzna zajmowała ją widać żywo, szafir bowiem źrenic tych skrzył się i błyskał tak silnie, że aż go pod długie ukryła rzęsy, usta w prześlicznym rozchylając uśmiechu.

U stóp jej słońce, przedzierające przez boczne, rzadsze lip konary, rzucało na ziemię całe pęki ruchomych, świetlanych arabesek.

Wzrok kobiety, spocząwszy na nich, spoważniał natychmiast.

– To obraz życia – wyszeptała. – Światła i cienie, walczące z sobą na przemian. Co w moim zwycięży? Czy światło?

Półuśmiech zniknął, pozostawiając tylko wyraz słodyczy na różowych, delikatnie zarysowanych ustach. Oczy znów głębokie i poważne, w ciemnej oprawie, a pod silnie zarysowanym łukiem brwi czarnych, czyniły ją starszą, niż była w rzeczywistości. Młodzieńcza wysmukłość postaci i delikatny owal twarzy o rysach niezmiernie regularnych, jakby dłonią Stwórcy wypieszczonych, mówiły o pierwszej wiośnie życia. Wskazywały ją również: czoło niskie z alabastru wykute i cera u lilii zapożyczona. Wielka za to powaga oczu, świadcząc o myśli nad wiek rozwiniętej, nadawała dziewczęcej tej twarzyczce cechę dojrzałej kobiety.

Raz jeszcze podniosła oczy w przestrzeń i chcąc snąć oderwać się silą woli od pytania, co w jej życiu zwycięży: czy światło? Podjęła tomik, złożony przedtem na kolanach. Słowa przeczytane dziwnie się zdawały zgadzać z chwilowym nastrojem jej ducha.

O Boże, czegoż do pieśni trzeba?

Tak mało!

Spójrz tylko na kwiat i w stronę nieba,

By się twe Serce zaśmiało!

Spojrzyj w twe wnętrze, by ci boleśniej

Załkało, łkało i łkało,

By się na rubin ścięła krew pieśni –

Tak mało.1

    – Tak mało! Chciała powtórzyć, gdy w tym dwie silne ręce przysłoniły jej oczy i przechyliwszy w tył główkę, oparły ją o ramię poważnego, niemłodego mężczyzny, który z tkliwością ucałował jej czoło.

– Wuj Tadeusz – zabrzmiał radośnie i serdecznie głos dziewczęcia.

Przybyły odsłonił jej powieki.

– A, widzisz maleńka, wuj Tadeusz, który umyślnie zaszedł od tyłu, by zaskoczywszy znienacka marzycielkę, wziąć ją w niewolę i w jasyr zagnać.

Dziewczę chciało rękę jego, z powiek swych zdjętą, do ust przycisnąć. Mężczyzna wszakże cofnął dłoń szybko, a w zamian całą kibić jej serdecznie do piersi przygarnął.

Wysoki i silnie zbudowany, równał się on stojąc za fotelikiem huśtawki, z ramionami siedzącej na nim kobiety.

Przechyliwszy też bardziej jeszcze w tył główkę, przytuliła ją do klapy jego surduta, a patrząc z wdzięcznością w oczy, siwymi brwiami ocienione, wyrzekła słodko:

– Dziękuję, wujaszku.

– Za co?

– Za pieszczotę i dobroć twą dla mnie. – Wtem lica jej nagła oblała purpura. W tył bowiem przechylona, podniósłszy oczy, spostrzegła dopiero, iż za panem Tadeuszem Boreckim, cofnięty o kilka kroków, stał wykwintnie ubrany młody mężczyzna.

– A zarumieniliśmy się – żartował Borecki – zostaliśmy bowiem złapani na gorącym uczynku marzeń o niebieskich migdałach i gonieniu chmur po niebie. Na szczęście chmur tych niema – dodał – a żniwa wzywają mnie w pole. Przyprowadzam ci też, Iro, twego dobrego znajomego, pana Henryka Korskiego, z prośbą, abyś jako wicegospodyni zechciała mu czasu trochę poświęcić. Żona moja zajęta, a córki przy lekcjach jeszcze. Zostawiam więc miłego naszego gościa pod twą wyłączną opieką, w nadziei, że mu się nudzić nie pozwolisz.

– Zlecenie bardzo pochlebne, wujaszku, ale czy je potrafię wypełnić?

Młody człowiek odpowiedział jej spojrzeniem tylko. Było ono jednak tak wymowne, iż pan Tadeusz Borecki, kryjąc uśmiech znaczący pod bujnymi wąsami, pogroził jej lekko:

– Ej, hipokrytko, bo powiem, co myślę.

– Wujaszku...

– Powiem, ale innym razem, teraz bowiem czekają mnie u żniwa. Do widzenia!

I uniósłszy kapelusza, w boczną skręcił aleję.

Ira zwróciła oczy na młodego człowieka.

Stał zapatrzony w nią, z wyrazem nieukrywanego podziwu i gorącego uwielbienia. Wysoki, zręczny, ubrany z całym wykwintem wielkomiejskiego światowca, tworzył na tle zieleni elegancką i pociągającą sylwetkę. Jasny kapelusz przykrywał krótko przystrzyżone blond włosy, takiż zarost a la Henri IV otaczał owal o regularnym zarysie. Pogoda usposobienia bijąca z dorodnego oblicza, oraz proste, szczere spojrzenie, pociągały mimo woli. Wargi wydatne, pąsowe, rozchylające się nad szeregiem zębów białych, znamionowały wyraźnie pewną żądzę życia i użycia.

Z całej też postaci Korskiego biły: młodość, zdrowie i radość z istnienia, które zdawał się pełną pić piersią.

Ira nie studiowała go zresztą w tej chwili. Nie rozbierała cech znamiennych fizjonomii, w której temperament młodości i siła najwydatniejsze stanowiły rysy, lecz wskazując mu obok ustawioną ławeczkę, zaprosiła uprzejmie.

– Może pan raczy spocząć.

Objął jednym spojrzeniem postać jej, malowniczo zawieszoną w powietrzu, szpaler rozległy, zakończony w oddali wodotryskiem i skrawek nieba, błyskający nad nimi. Jak gdyby chciał obrazek ten, w najdrobniejszych szczegółach na zawsze zachować w pamięci, po czym, zdjąwszy kapelusz, położył go na ławeczce, sam zaś zajął obok wskazane sobie miejsce.

Z odkrytą głową, siedział w tej chwili u stóp jej nieledwie. Pozwalało mu to tym lepiej podziwiać całą jej postać, od czubka miniaturowego pantofelka, aż do kibici, w tył nieco podanej, a uwydatniającej w ten sposób niezwykłą gibkość młodzieńczą, do szyi śnieżnej, uwieńczonej drobną główką, o bardzo regularnym greckim profilu.

Korski, który dotąd lubił kobiety o gorącym, południowym kolorycie, o wargach purpurowych i oczach jak węgle rozżarzonych, czuł się trochę onieśmielonym wobec panny Iry Halińskiej. Jej matowo blade, a delikatnie rzeźbione rysy, wydawały mu się za doskonałe, za bardzo uduchowione. Spokój ich z chłodem graniczył na pozór. Ciemno oprawne, szafirowe oczy patrzyły na świat tak, jak gdyby widziały przed sobą nie ziemię, życiem kipiącą, lecz skrawek nieba, od którego zapożyczyły barwy. Nawet blade ślicznie zarysowane jej usta zdawały się nie znać całej gamy śmiechu, lecz lekko rozchylane, mówiły poniekąd, iż myśl jej błąkała się równocześnie gdzie indziej. To skoncentrowanie w sobie, ten spokój, pierzchający tylko wobec wuja Boreckiego, dziwił go u tak młodej istoty. Milionowy pan Henryk Korski nie przywykł, by go w ten sposób traktowano i dla tego może właśnie, powściągliwość i chłód Iry, tym silniej go pociągały. Licując bowiem, zarówno z powierzchownością jej, jak całym pańskim otoczeniu, stanowiły w jego przekonaniu cechę iście arystokratyczną, zgodną z wykwintem i subtelną pięknością Iry.

Dziewczę, nieświadome wszystkich tych refleksji, nawiązało tymczasem obojętną rozmowę:

– Taka głęboka cisza wiejska musi nużyć pana?

– Nużyć? Nie, pani. Piękno rzeczywiste ma własność oddziaływania na najmniej nawet wrażliwe natury.

– Czy pan, doprawdy, do tak mało wrażliwych należy?

W głosie jej brzmiało niedowierzanie, w spojrzeniu źrenic błękitnych, jakiem obrzuciła młodzieńczą, dorodną jego postać, przebijało się pewne życzliwe zaciekawienie. Korskiego ośmieliło to natychmiast.

– Wrażliwość moja zależną jest od pobudzających ją czynników – odparł. –  Czym oporniejsza jednak, z tym większą wybucha siłą. Piękno przyrody zaś, uwieńczone nieśmiertelnym czarem niewieścim, to jedna z potęg, której silniejsi ode mnie oprzeć się nie umieli.

Dziewczę zdawało się nie rozumieć. W ślicznej jego twarzyczce nie drgnął ani jeden muskuł nawet.

– Więc Borów tak bardzo podoba się panu?

– Może nie sam Borów, ale...

– W takim razie transakcja panów przyjdzie pewno do skutku?

– Niestety, wątpię bardzo. Wuj pani, pan Tadeusz Borecki, chce wyłączyć od sprzedaży folwark główny, wraz z rezydencją, a mnie o tę ostatnią chodziło przede wszystkim. Dziś – dodał z naciskiem – tym silniejszą do niej przywiązuję wagę. Sam ten szpaler wart więcej dla mnie, w tej chwili, od całej złotodajnej gleby Borowa.

Spojrzenie Iry nie skarciło go zimno, lecz marzycielskie, w dal pobiegło.

– Wieś – ciągnął dalej – nie może być dla mnie celem spekulacji ani warsztatem, służącym do mnożenia majątku. Od tego są nasze fabryki – dodał wzgardliwie i jakby uderzony nową myślą, pochylił się, a patrząc jej w oczy mówił z prostotą:

– Szczerość jest podstawą mojej natury. Przyznaję też chętnie, iż, poszukując piękne rezydencji, chcę znaleźć w niej to, czego mi nie mogą dać wielkie zakłady przemysłowe mego ojca. Pragnę zyskać: piękno, spokój, feudalne nieco, pańskie otoczenie i to szersze, swobodniejsze tchnienie, jakie wieś tylko zapewnić zdoła. Niech mi wolno będzie choć czasem, oderwać się od ciasnej atmosfery miasta.

– A jednak – zarzuciła – cały ruch umysłowy, cały rozkwit cywilizacji w stolicy koncentruje się głównie.

Błysk radości rozjaśnił rysy Korskiego.

– Dziękuję. Pani raczyła – jak widzę – zauważyć i zapamiętać moje zdanie. Tak miasta, jego ruchu i skoncentrowanej siły życiowej nic zastąpić nie może. Nie mam też bynajmniej zamiaru opuszczać na stałe Warszawy. Chciałbym jednak zdobyć podstawę i prawo do wejścia w sferę ziemiańską, a zarazem do wyrobienia sobie wśród niej należnego stanowiska.

Ira patrzyła na niego ciekawie i badawczo.

– Dziwi panią, moja otwartość. Tak, nie ukrywam tego, jestem ambitny... Nie wystarczają mi pieniądze mego ojca. Młody, dumny, a silny, pragnąłbym iść wyżej i... i sięgnąć wyżej.

Zmieszana gorącem jego spojrzeniem, Ira opuściła długie rzęsy i bezwiednie prawie, ujęła złożoną obok siebie robótkę.

Korski, świadomy słów wyrzeczonych, a podniecony niemi poniekąd, patrzył z nieukrywanym podziwem na delikatną jej twarzyczkę, która z przysłoniętymi powiekami i długim cieniem, przez rzęsy na lica rzucanym, nabierała cech posągowego piękna. Było w niej coś dziwnie dziewiczego i poważnego zarazem, jakieś tchnienie idealizmu, połączone z rasowym, arystokratycznym wdziękiem. Znać w niej było dziecię długiego szeregu pokoleń, przywykłych do wyższej kultury umysłowej, do panowania nad sobą i nad innymi, do całej dziedziny uczuć wykwintnych i wrażeń podniosłych, a szlachetnych.

Korski wiedział, że pojęła doskonale ukrytą doniosłość słów jego, a jednak nie dostrzegł w szafirowych jej źrenicach ani jednego błysku zalotności, ani przelotnej choćby iskry tryumfu. Gdyby nie poruszenie szkarłatnych gwoździków, podnoszonych w miarę rytmicznego falowania piersi, mógłby sądzić, że śmiałość jego przebrzmiała na próżno, nie zwróciwszy nawet jej uwagi.

Od wiązanki kwiatów purpurowych i główki klasycznej w zarysach, którą kapryśny promień słońca, przedarłszy się przez gęstwinę, otaczał w tej chwili snopem blasków zmiennych, wzrok Korskiego przeszedł do delikatnych, białych jej paluszków, zwężających się i zaróżowionych u paznokci, a haftujących w tej chwili miniaturową, batystową chusteczkę. Tak, Ira, z tą swoją królewską urodą i arystokratycznym spokojem, była uosobieniem tych wszystkich cech rasowych, jakich nie spotykał u panien swego świata.

Cisza stawała się kłopotliwą tymczasem.

– Czy wolno wiedzieć – przerwał milczenie Korski – co oznacza ten powikłany hieroglif, tak misternie uwieczniany rączkami pani?

– Herb nasz rodowy. Bończę – brzmiała uprzejma odpowiedź.

– Niestety, nie znam go. Heraldyka polska jest dla mnie w ogóle językiem umarłym.

– Szkoda, tyle ona nieraz pięknych mówi rzeczy.

I, wyciągając delikatny płatek batystu, podała go grzecznie Korskiemu.

Młody człowiek pochylił się nad nim uważnie.

– Wszak to korona hrabiowska?

– Tak. Bończa. Halińscy stale jej używają. Opuszczamy od jakiegoś czasu tytuł hrabiowski przy nazwisku, lecz na dowód praw do niego, nie odrzucamy korony.

W oczach mężczyzny zapaliły się jakieś dziwne błyski. Przez lica jego fala krwi przebiegła. Znać było, że do pytania, jakie zadaje, nadzwyczajną przywiązuje wagę.

– Panno Ireno – wyrzekł wreszcie głosem stłumionym – czy herb jest dla pani naprawdę bożyszczem?

Spojrzała mu prosto i szczerze w oczy.

– Nie. Cenię go jednak, jako widomy znak tradycji, która zasługuje na to, aby być kultem i religią zarazem.

Rozumieli oboje, że było to poniekąd wyznanie wiary, mogące ich zbliżyć na przyszłość. W oczach Korskiego zabłysła radość, źrenice panny Ireny Halińskiej rozjaśniły się zapałem.

– Herb nie daje, według mnie, żadnych prerogatyw – ciągnęła.

– A jednak – wtrącił – jest on walorem na giełdzie świata.

– Nie znam się na tym. Wiem tylko, że w moim przekonaniu nakłada on jedynie obowiązki. Kto bowiem pojmuje dostojeństwo odziedziczonej tradycji, ten zamiast szukać czczej chwały w zasługach przodków, będzie się starał dorównać im tylko według miary własnej i możności. Jak zakonnikowi memento mori przypomina bezustanną służbę Bożą i znikomość rzeczy ziemskiej, tak dla szlachcica herb powinien być znakiem widomym, stawiającym mu ciągle na oczy nie poczucie honoru, bo o tym się nie zapomina, lecz obowiązki służby publicznej i społecznej, która jest rodzajem służby Bożej także.

Lica jej zaróżowiły się, w oczach błyszczał zapał, połączony z odrobiną młodzieńczej egzaltacji.

– Boże – ciągnęła, wadząc palcem po odebranej od Korskiego chusteczce – A cóżby mię mogła obchodzić ta korona? Siedem, czy dziewięć pereł, czyż to nie wszystko jedno? Jeżeli też zachowuję właściwą ich liczbę, to jedynie dla tego, że tytuł hrabiowski nadany został pradziadowi memu, przed dwustu laty, przez cesarza austriackiego, pod murami Wiednia, za bohaterską ich obronę. Obcego tytułu nie potrzebował szlachcic i wojewoda polski. Do herbu jednak, zdobytego niegdyś zasługą, dodał koronę hrabiowską, jako dowód nowych laurów, krwią własną stwierdzonych. I odtąd krew ta, z pokolenia w pokolenie przelewana, cementowała prawa każdej nowej generacji do ziemi, za którą walczyli, dla której żyli i pracowali. Czyż tradycja taka nie jest dostojeństwem, której znak widomy, jako przypomnienie obowiązku, uszanować należy.

Korski ze czcią pochylił głowę.

– Rozumiem panią – wyrzekł – bo gorączka ta polska ogarniała i nas przybyszów, w miarę jak w siebie soki tutejsze czerpiemy. Dziad mój nazywał się po prostu Korz, a przybył do Polski piechotą, jako ubogi kolonista. Ojciec odziedziczoną po nim sporą fortunkę, pomnożył dziesięciokrotnie, a jednak, będąc możnym już przemysłowcem, nie pomyślał sobie o kupieniu niemieckiego tytułu. I chociaż „baron von Korz” szumnie by brzmiało, wolał postarać się o przywilej, pozwalający mu spolszczyć nazwisko swe na „Korski”. Na tej ziemi wyrośliśmy – mówił – niech więc moje dzieci pod polskim służą jej mianem.

Dziewczę słuchało ze wzrastającym zajęciem, szczerej tej spowiedzi.

Korski, widząc, iż nadzwyczajną otwartością kupuje prawo do sympatii jej i szacunku własnymi rozgrzewał się słowami:

– Rozumiem więc dumę pani – ciągnął gorąco – bo wielką ambicją mego życia jest świeże i nowe imię postawić mocą zasługi obok tych, przed którymi świat zwykł chylić głowę.

Gdy kończył ostatnie wyrazy, Ira Halińska stała już przed nim, z życzliwie wyciągniętą dłonią. Królewna, porwana wymową upokarzającego się przed nią wasala, zstąpiła z wyżyn i wysmukła, z łuną rumieńca na twarzy, a iskrą wzruszenia w źrenic szafirze podawała mu dłoń bratnią, wołając:

– Brawo! Tylko zacny człowiek mówić tak może. Gdybym była u steru władzy, za same te słowa już bym panu dała polski indygenat.

On paluszki te ujął, a zatrzymawszy je w gorącej swej dłoni, pochylił się i patrząc w jej oczy prześliczne – odparł stłumionym głosem:

– Jesteś pani u steru władzy... O herb więc, przez nią nadany, gotów jestem starać się gorąco, ale pod jednym warunkiem.

– Nie rozumiem.

– Pod warunkiem, że w polu, jak niebo błękitnym, będzie widniała ręka pani...

Stali wprost siebie, oboje młodzi, piękni, dorodni, oboje wzruszeni mimo woli. Ona nierozumiejąca jasno o co chodzi, on, gotów grę wyrazów cofnąć i unicestwić w razie gdyby jednym wyniosłem spojrzeniem skarciła jego śmiałość.

W miarę jednak przychodzącej świadomości w królewnie, w arystokratycznej, panującej nad sobą kobiecie, budziło się dziecko-dziewica. Ira pobladła i zalękniona, z firanką rzęs długich, opadających na oczy, stała przed nim, niezdolna, w czarownym tym pomieszaniu, słowa znaleźć na razie.

Korski, czując, że zwycięża – rączkę jej do ust podniósł.

– Ja o nic nie proszę i żadnej nie żądam odpowiedzi – mówił głosem wzruszonym. Rozumiem, że nie mam do tego jeszcze prawa, że zbyt obcym jestem pani, jej sferze, jej pojęciom i rodzinie całej.

– Nie mam rodziny – przerwała z żalem bezwiednym. – Prócz wuja Tadeusza, nikt na szerokim świecie nie troszczy się o mnie.

Zrozumiał, że to jeden atut więcej w jego ręku.

– A więc tym bardziej, może mi będzie dane zastąpić ją pani. Proszę tylko na razie, aby mi wolno było powrócić tutaj w charakterze gościa i starać się o pozyskanie przychylnej opinii pani. Panno Iro, przysięgam, że nie będę kładł żadnego na panią nacisku, że jednym słówkiem odprawisz mnie lub zatrzymasz. Czy zgoda? – wyciągnął dłoń ku niej.

Słowa były proste i nie wyszukane, w głosie jednak była szczerość, w męskim, dorodnym obliczu jaśniał zapał, w oczach błyszczała prośba gorąca. Ira, opanowując zalękniecie patrzyła na niego długo, głęboko i jakby wymową tych jasnych a otwartych rysów przekonana, rączkę swą ze wzruszeniem w dłoni jego złożyła.

Korski ponownie do ust ją podniósł:

– Dziękuję – wyszeptał – przysięgam, że uczynię wszystko, co będzie w mej mocy by dłoń tę na zawsze dla siebie zatrzymać. U stóp Iry liście ruchome rzuciły w tej chwili snop blasków. Cofnęła się przypominając sobie własne swe słowa: „Cienie i światła, walczące z sobą na przemian to obraz życia. Co w moim zwycięży, czy światło?”. Spojrzała na Korskiego i uśmiechnęła się z ufnością. Tak, teraz była pewną, że światło.

I szli obok siebie, długim, cienistym szpalerem, jakby po zaczarowanych błądząc kminach. Jeżeli jego zachwycała arystokratyczna uroda Iry, tak dobrze licująca z całym otoczeniem pańskiej tej rezydencji, jeżeli w połączeniu z nią widział pozyskanie jednego czynnika, jakiego jemu, wnukowi ubogiego kolonisty, brakowało dotąd, jeżeli zbliżenie do tego wymarzonego świata wzruszało go i czyniło niezwykle wymownym, to i w niej nawzajem jawny podziw Korskiego budził jakieś miękkie rozrzewnienie, któremu nie próbowała bronić się nawet. Młody człowiek, szczery z natury, widząc, iż drogą tą zwycięża, szedł nią śmiało, a logicznie naprzód.

– Nie spotkałem w życiu kobiety – mówił z zapałem – która by wcielała tak wszystkie me marzenia o ideale niewieścim, jak pani.

Chciała zaprzeczyć, powiedzieć, że nie zna jej charakteru, jej ducha, lecz Henryk Korski ciągnął dalej, z niezwykłym u niego ogniem.

– Otoczony od urodzenia dostatkami, nie przywiązuję wagi do rubla. Przeciwnie, złoto nagromadzone zgrubiałymi od pracy rękami mego dziada i ojca, lekceważenie we mnie budzi. Tam, gdzie oni widzieli cel istnienia i jego bożyszcze, ja dostrzegam tylko konieczną podstawę, ale nie czar życia. Kołom bogatego przemysłu brak takich właśnie, jak pani, kobiet. Przy twej pomocy też, stanę na wyżynie, przed którą świat zawsze chyli głowy.

Spostrzegłszy zaś, że ambitne te plany mogą jej się wydać zbyt egoistycznymi, dodał miękko:

– Nie znając pani, śniłem już o niej. Marzyłem o takiej świetlanej istocie, wzrosłej w innym niż ja, otoczeniu, w czystej atmosferze wiejskiego dworu, jego tradycji praw i obyczajów. Piękność twa panno Iro, dokonała reszty. Podbiła mnie i na zawsze w niewolę zabrała.

– Nie uprzedzajmy przyszłości – przerwała miękko. – Wszystko to tak nagle spada na mnie... Pozostaw mi pan, proszę, trochę czasu do namysłu, do zrozumienia własnych wrażeń i uczuć.

– Wszak ja nie proszę o odpowiedź, lecz tylko o słówko nadziei.

Ira spojrzała mu prosto w oczy. Jeżeli w wyrazach jego brzmiała niekiedy nuta pospolitej ambicji, ładne męskie rysy jaśniały za to rzeczywistym zachwytem. Drobne jej usta śliczny rozchylił uśmiech.

– A więc – odparła – miejmy ją oboje i wierzmy, że przyszłość szczęście nam przyniesie.

Było to prawie zezwolenie, dane bezwiednie może pod wrażeniem chwili, ale nie mniej obowiązujące. Równocześnie stanęli u skraju szpaleru, a słońce które posunęło się dalej ku zachodowi, łuną złocistą oblało postać Iry. Zaróżowiona od poprzedniej rozmowy, z iskrą wzruszenia w pociemniałym szafirze źrenic i z lekko rozchylonymi ustami, traciła w blaskach tych eteryczno-arystokratyczne swe piętno, lecz nabierała w zamian cech tryskającej życiem młodości i piękna. Henryk Korski patrzył na nią w niemym zachwycie. Złoto zamieniało się na zachodzie w fiolety i szkarłaty. Ira zapatrzona w tę grę barw, wskazała ją Korskiemu.

– Patrz pan, to dobra wróżba – mówiła. – Może blaski takie i naszą uścielą drogę.

– Obym równą im królewską purpurę mógł rzucić pod stopy pani – odparł z zapałem.

1 Jarosław Vrchlicky, przekład Grabowskiego.