Ognie świętego Wita - Jarosław Klonowski - ebook
Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 223 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opinie o ebooku Ognie świętego Wita - Jarosław Klonowski

Fragment ebooka Ognie świętego Wita - Jarosław Klonowski





Dedykacja

Monice i Zosi


Księga pierwsza: Czarownica


Wstęp

4 marca Roku Pańskiego 1488, Bydgoszcz

Służba uwijała się jak w ukropie. Dwóch rosłych parobków wniosło masywny stół, przywleczono też krzesła dla sędziego, pisarza sądowego oraz dla pana starosty bydgoskiego, Jędrzeja Kościeleckiego. Na stole ułożono arkusze czerpanego papieru i pióra, obok stanął kałamarz, lichtarze ze świecami oraz butelczyna wódki i kilka kubków.

Czterech mężczyzn wniosło wielki kloc z żelaznym pałąkiem. Następnie zamontowali w otworze sufitu koło od wozu, z którego zwisały grube jak ramię mężczyzny powrozy.

Dwa pozbawione okiennic okna osłonięto kotarami. Parobkowie zapalili świece. Wnętrze bydgoskiego ratusza wypełnił miękki, stłumiony blask i zapach łoju.

W tym samym czasie przed drzwiami ratusza zaczął gromadzić się tłum. Po chwili można było usłyszeć pierwsze okrzyki, bo zasłonięte kotarami okna wychodziły wprost na ulicę. Przeważał język polski, choć słyszało się też zwroty niemieckie.

Do środka weszło kolejnych dwóch ludzi, ich długie cienie padały na pobielone ściany. Pierwszy był krępym, mocno zbudowanym mężczyzną o szorstkim spojrzeniu zimno niebieskich oczu, spoglądających zza pokrytego cienkimi żyłkami, zakrzywionego nosa. Jego głowę pokrywały krótkie, szpakowate włosy. Delikatne zakola i łysina na czubku głowy dodawały mu powagi. Miał na sobie pikowaną gęstymi ściegami fioletową jopulę, z wywatowanymi rękawami, ozdobioną na piersi złotym łańcuchem o grubych jak palec ogniwach, a na nogach proste nogawice. Cichym głosem rozmawiał z drugim człowiekiem, znacznie młodszym i odzianym w długie houppelande z czarnego jedwabiu. Służący usiłowali wychwycić choć słowo, lecz toczona po łacinie rozmowa najwyraźniej nie była przeznaczona dla ich uszu.

Ten drugi, szczuplejszy, na oko trzydziestoletni mężczyzna, którego piwne oczy sprawiały wrażenie bezczelnie roześmianych, kaleczył słowa twardą, słowiańską wymową. Można było wyczytać ze spojrzenia, że czuje się nieswojo.

Starał się jednak zachować poważną twarz w obliczu starszego towarzysza. Zwłaszcza że bądź co bądź był zwierzchnikiem bydgoskiego burgrabiego, któremu towarzyszył. Raz po raz odrzucał opadające na twarz płowe włosy i szarpał gustownie przycięte wąsy. Mimo wysiłku nie potrafił ukryć wzburzenia, które targało nim od dwóch już dni. Najgorsze zaś było, że z nikim nie mógł się troskami podzielić. Pan Andrzej Kościelecki czuł się samotny jak nigdy dotąd.

W dodatku na nerwy działały Kościeleckiemu zwisające nisko do ziemi koronkowe rękawy szaty czy raczej jej fałdy, ciągnące się po bokach. Drogie perfumy nie potrafiły skryć zapachu potu, wydzielanego przez ciało zdenerwowanego mężczyzny. Miał wrażenie, że trzydniowy zarost wchodzi mu pod skórę. Jego długie, pokryte żyłkami dłonie drżały, co próbował ukryć, łapiąc się za zwisający z biodra pas ze srebrnych płytek czy pochwę przytroczonego do pasa miecza.

Przyczyną zdenerwowania była kłótnia, którą odbył ze swoją kochanką. Na domiar złego dziewczyna nie dawała od tej pory, to jest od dwóch już dni, żadnego znaku życia.

Nie sądził, że tak łatwo da sobie zajść za skórę. A jednak… Mimo toczonej rozmowy myśli Kościeleckiego cały czas pomykały do młodej, rudowłosej mieszczki. Od niechcenia tylko odpowiadał burgrabiemu.

Co się z nią dzieje? – zapytywał sam siebie Andrzej. Może po prostu znudziła się kochankiem i poszukała sobie kolejnej zdobyczy.

Mężczyźni podeszli do stołu, burgrabia nalał do kubków gorzałki. Przepłukanie gardła dodało animuszu staroście.

– A to co takiego? – Spojrzał na podwieszone pod sufitem koło.

– Wzorowałem się na tym, co zobaczyłem onegdaj w Toruniu – odparł drugi mężczyzna. – To narzędzie tortur jest zmyślną produkcją własnej roboty.

– Jak działa? – zapytał starosta.

– Nagą czarownicę stawia się na klocku, a nogi mocuje się powrozem. Bardzo mocno związując. Na plecy wkłada się szpągę.

– Szpągę?

– Takie grabie z żelaznymi zębami. Mają w ciało na plecach wchodzić i krwawienie powodować. Wiążę się nieszczęśnicę pasami, na krzyż, o tu, na piersiach, a końce wiąże się z powrozami zwisającymi z koła. Sędzia zadaje pytania, a jak kobieta nie chce odpowiadać, to wiadomo… Każe się parobkom, siedzącym na górze, żeby ciągnęli koło. Powrozy obwijają się wkoło walca, pociągając za postronki u rąk. Kości w ramionach trzeszczą i…

Starosta wzniósł rękę na znak, że nie zamierza słuchać dalej.

– Myślałem, że to tylko wstępne przesłuchanie – zauważył.

– Bo tak jest. – Burgrabia wzruszył ramionami. – Zresztą kat dopiero nazajutrz z Torunia zjedzie. Ale do tortur na pewno dojdzie, jak zawsze przy tego typu procesie. Więc kazałem zmontować całe to ustrojstwo.

– Nie mogli sprawy zostawić sądowi ławników? – Starosta skrzywił się, przechodząc na polski. – Zostawiać ją burgrabiemu jest moim zdaniem trochę nie na miejscu. Nie uważasz?

Służba właśnie wyszła i mogli rozmawiać swobodnie. Andrzej nie przepadał za łaciną i kiepsko się nią posługiwał.

– Widać nie mogli inaczej, panie. – Mężczyzna wzruszył ramionami. – Mnie też odciągnięto od ważnych spraw, Andrzeju.

Kościelecki spojrzał ostro w oczy kompana.

– Co to miało znaczyć? – spytał. – Czy mnie aby uszy nie mylą? Usłyszałem przytyk?

– A co ja takiego powiedziałem? – wybąkał niebieskooki. Poczuł, że głos grzęźnie mu w gardle. Kazał obserwować pana Andrzeja swoim najlepszym ludziom i to bardzo dyskretnie. Czy możliwe, aby starosta coś podejrzewał?

– Nic już – odparł Kościelecki. – Zupełnie nic, panie Bartłomieju Nieciszewski. Zabrzmiało to po prostu, jakbyś doskonale wiedział, co i kiedy robię. Ale może to ja przesadzam. Zmęczony jestem. Potwornie zmęczony… Słabo ostatnio sypiam.

Nieciszewski złapał starostę za rękę. Kościelecki aż zadrżał na tę niespodziewaną poufałość.

– Jesteś ostatnio nieswój, Andrzeju. Może się przepracowujesz? – zapytał Bartłomiej.

– To nie to – odrzekł starosta.

– A co? Znikasz na całe dnie. Ludzie zaczynają gadać.

Kościelecki wyrwał się z uścisku.

– Niech gadają – mruknął. – Co i z kim robię, to moja sprawa.

Burgrabia posłał w jego stronę nieprzyjemnie śliski uśmiech.

– Oczywiście, panie – odparł, zderzając się spojrzeniem ze starostą. – Ale to, co robisz, nie służy najlepiej rodzinie Kościeleckich.

Andrzej nie mógł uwierzyć w bezczelność mężczyzny.

– Choć to oczywiście nie moja sprawa – wycofał się Nieciszewski. Starosta skwitował jego słowa szybkim skinieniem.

– Ludzie zbyt często zajmują się nie swoimi sprawami – oznajmił. – Weźmy ten proces. Nie podoba mi się to, co ma miejsce. Maleficia? Tutaj? Na Kujawach?

Z tymi słowami powiódł spojrzeniem po pławiącej się w blasku świec sali.

Bartłomiej wzruszył ramionami.

– Nic nie możemy poradzić. Tę kobietę oskarżono o species venefica, a to poważny zarzut.

– Oskarżający nie wystąpi publicznie, żeby powtórzyć zarzut – zauważył starosta. – Ten proces to zwykła farsa.

– A jakie to ma znaczenie? Prawo takich chroni. A co ja mogę uczynić? Jako burgrabia bydgoski muszę przeprowadzić proces, nawet jeśli uważam, że, tak jak mówisz, jest to zwykła farsa.

Nalał staroście do kubka, po czym obaj zgodnie wychylili gorzałki.

– Kim ona właściwie jest? – spytał, wycierając usta Kościelecki.

– Mieszczanką z dobrej bydgoskiej rodziny. Dobrze wydana za mąż, za jednego z cechowych rzemieślników. Małżeństwo było bezdzietne – odrzekł, przełykając ostry napój, Bartłomiej.

– Było?

– Było. Przypuszcza się, że oskarżona otruła męża tojadem. Wszystko mam na akcie oskarżenia.

Kościelecki drgnął.

– A rodzice oskarżonej? Czekają przed ratuszem?

– Cała rodzina czeka, ale w ciemnicy. Na swoją kolej.

– Też są oskarżeni?

Burgrabia pokiwał niechętnie głową. Odwrócił twarz, a potem podszedł do drzwi. Wylał na wymoszczoną sianem podłogę resztę tego, co zostało w jego kubku.

– Przyprowadzić czarownicę – nakazał nieznoszącym sprzeciwu głosem. Oczy mężczyzny iskrzyły się po wypitym alkoholu. – I dajcie mi no jakąś wierzchnią szatę, nie jestem odpowiednio ubrany.

Po dwóch pacierzach przed oblicze sędziego sprowadzono kobietę. Wiodło ją dwóch mężczyzn w kolczugach i kapalinach, ze strzałą starosty przecinającą krwistą czerwień tunik. W międzyczasie Bartłomiej przywdział długi jaquet o rozciętych rękawach. Wpuszczono też do sali zgromadzonych wkoło ratusza i na ulicy bydgoskich mieszczan.

Nikt nie zwrócił uwagi na przerażenie, jakie pojawiło się na twarzy pana Andrzeja, gdy ujrzał wprowadzoną, szamoczącą się kobietę. Pierwsze, co rzucało się w oczy, to jej włosy. Rude kędziory zdobiły głowę niewiasty, przyodzianą w rozchełstaną na pełnych piersiach koszulę. Rozwichrzone kłaki były tak gęste, że, zmierzwione, zakrywały całą twarz.

Przyciskany do kruchego ciała materiał giezła był splamiony krwią. Brunatne plamy wyglądały niczym wielkie, orientalne kwiaty. Kobieta przez chwilę zmagała się z blaskiem rażącym jej przywykłe do ciemności oczy. Chorobliwy blask bił z zielonych źrenic. Białą niczym lód skórę pokrywały rozgałęzienia świeżych ran.

Kobieta szarpała się. Nieciszewski rozkazał strażnikom ją wypuścić. Uwolniona, dała kilka niezdecydowanych kroków do przodu, po czym stanęła. Zachwiała się. Dłońmi obmacała powietrze. W tej samej chwili spostrzegła Andrzeja. Na początku posłała mu nic nierozumiejące spojrzenie i nieme pytanie wykrzywionych warg. Potem zerknęła bardziej ufnie w oczy mężczyzny. Napotkała kamienny wzrok.

W jej oczach stanęły łzy. Na szczęście dla starosty twarz kobiety zakrywały rozczochrane włosy.

Usiłowała coś powiedzieć. Wygrały jednak przerażenie i zmęczenie, dygotała na całym ciele, zęby jej dzwoniły

– Czy wiesz, czemu tu jesteś, Katarzyno Kucharczykowa? – zapytał, unikając wzroku starosty, Bartłomiej. Okrążył stół i zbliżył się do krzesła. Zakreślił dłońmi łuk na powierzchni blatu, po czym opadł na siedzenie. Palce wplótł w kółka wielkiego, złotego łańcucha, zdobiącego szyję. Oparł plecy na oparciu niewygodnego, przypominającego kształtem kielich krzesła. Nieciszewski nie mógł się powstrzymać, rzucił okiem w stronę Andrzeja, by sprawdzić jego reakcję. Młody mężczyzna wyglądał przez moment niczym zgarbiony, brzydki muł.

Burgrabia rozejrzał się po sali. Wszystko idzie zgodnie z planem – pomyślał. Sprawa zaczyna żyć własnym życiem. Prostaczkowie nie lubią czarów. Już teraz szepczą, coraz bardziej wściekli na tę biedną, Bogu winną kobietę, za sam fakt jej istnienia.

Burgrabia poczuł nagłą niechęć do sytuacji, w której się znalazł. I złość. Co właściwie wyobrażał sobie brat Andrzeja, Mikołaj, i jego siostra Barbara, kiedy rozkazali Nieciszewskiemu najpierw śledzić starostę, a następnie, gdy już odkrył, co było do odkrycia, zlecili mu wymyślenie całej tej, pożal się Boże, intrygi?

Zatopił wzrok w barwnej kotarze.

Materiał dzielił ukryte za zasłoną okno na dwie części. Widniały na nim powiązane w supły herby miasta Królewiec oraz wyszyte złotą nicią łacińskie słowa, będące według miejscowej legendy powtórzeniem zdania wypowiedzianego przez Kazimierza Wielkiego, gdy nadawał miastu magdeburskie prawo. Materiał był stary i podarty. Prawdę mówiąc, nie wyglądał godnie. Mimo to, wzór na nim w jakiś niepojęty sposób fascynował burgrabiego.

Zmieszał się, gdy zrozumiał, że spostrzeżono jego zadumę. Wszyscy umilkli, spoglądając na niego.

Cisza pękła prawie natychmiast. Wkoło zawrzało. Tłum, który zebrał się w ratuszu, wykrzykiwał niezrozumiale. Były tam kobiety bawiące dzieci na rękach, mężczyźni w sile wieku i starcy, ledwo utrzymujący się na gruzłowatych nogach. Pomiędzy nimi stali przyodziani w czerwień Kościeleckich zbrojni. Bartłomiej prychnął pod nosem. Czarownice zawsze przyciągają zainteresowanie.

Dłoń burgrabiego wzniosła się w geście uciszenia.

Co ty wyprawiasz?! – zaklął w myślach. Jeden niepotrzebny ruch, głupie słowo, a wmiesza się Andrzej. I wtedy… Cały misterny plan obróci się przeciw Nieciszewskiemu.

Żołnierze wykręcili ramiona oskarżonej. Jeden z mężczyzn szarpnął kobietę za włosy, zmuszając ją, by spojrzała w kierunku sędziego. Burgrabia dostrzegł grymas złości przebiegający przez oblicze Kościeleckiego. Starosta stał jak wrośnięty w ziemię. Zgodnie z planem. Nawet w chwili, gdy strażnik zmiażdżył twarz niewiasty pięścią, obleczoną wysadzaną ćwiekami rękawicą, Andrzej nie zareagował.

Burgrabia spokojnie wyciągnął dłoń i pstryknął palcami. Pisarz sądowy oderwał się od spisywanego protokołu, prawie przewróciwszy kałamarz. Przeszukiwał pośpiesznie papiery zgromadzone przed nim, po czym wręczył Nieciszewskiemu akt oskarżenia, przygotowany dwa dni wcześniej.

– Jesteś wdową, prawda? – zapytał kobietę burgrabia, choć dobrze znał odpowiedź. Nic dziwnego, że nie czekał na jej słowa. Wbił spojrzenie w dokument.

– Otrułaś własnego męża – oznajmił z niezachwianą pewnością. Niewiasta spojrzała w twarz Bartłomieja z ogniem w oczach.

– No, co tak patrzysz? – spytał burgrabia. – Został otruty. Widocznie biedak odkrył, czym para się jego małżonka. Musiał więc umrzeć.

Zerknął raz jeszcze, przelotnie, na akt oskarżenia.

– Wszystko tu jest, moje dziecko. Pod progiem, gdzie są chlewy, widziano cię, jak kopałaś rów, żeby założyć w nim czary – oznajmił łagodnie, rozpierając się na krześle. – I na trzeci dzień pomarło całe bydło. Widziano, jak odgrażałaś się na rynku mieszczce Jadwidze, żonie Szymona, a ona na trzecią noc doznała ataku apopleksji i do dziś dzień nie powróciła do zmysłów.

Nie musiał czytać. Sam sporządzał dokument. Słowo po słowie, kłamstwo po kłamstwie.

Kobieta spojrzała wprost na Bartłomieja. Z jej spojrzenia nie można było nic odczytać. A może jednak coś… Śmiertelną, zimną nienawiść.

Nieciszewski odchrząknął.

– Znaleziono też ugodę, zawartą między tobą a diabłem, przez diabła opieczętowaną. Pisarzu Mikołaju, proszę o dowód.

Skryba kiwnął głową i podał rzeczony „dokument”. Miał on postać pożółkłego zwitka papieru, złożonego na trzy części. W rzeczywistości był luźnym fragmentem rachunku dotyczącego wydatków bydgoskiej kasztelanii i z diabłem nie miał nic wspólnego. Nie było jednak czasu na skrupulatne fałszerstwa.

– Występek czarostwa jest większy niż mężobójstwo, cudzołóstwo i złodziejstwo. – Sędzia wypowiedział te słowa z osobliwym namaszczeniem opuszczając powieki. Nie omieszkał spojrzeć na starostę, który pobladł jak ściana. – Czarownica bowiem odstępuje od Boga, diabłu się kłania, swą duszę i ciało na wiekuiste potępienie diabłu odsprzedając. Dlatego oskarżanie o podobne czyny powinno być w dwójnasób ostrożne. Wielki grzech popełnia ten, kto oskarża z czystej zawiści, lub zazdrości.

Katarzyna potrząsnęła głową, nie odrywała wzroku od starosty. On również na nią patrzył, lecz w spojrzeniu tym nie było ani odrobiny litości.

Wzrok Andrzeja może oznaczać tylko jedno – pomyślała ze zgrozą. – Już podjął decyzję, że nie będzie się mieszał. Choćby ją mieli spalić.

Bartłomiej dał znak dwóm aktorkom, aby rozpoczęły swoje przedstawienie. Przebrane za bydgoskie mieszczki, zmierzyły sędziego spojrzeniem od stóp do głowy. Następnie wystąpiły z tłumu, z rękami zaplecionymi na piersiach. Obie spoglądały surowo spod ściągniętych brwi, przez co stosunkowo ładne buzie stały się nagle szpetne. Przemaszerowały przez salę, prowadzone zdziwionymi spojrzeniami pozostałych mieszczan. Burgrabia zachichotał pod nosem. Byle nie przesadziły. Znalazł te dwie w wędrownej trupie inowrocławskich wagantów. Były wszechstronnie utalentowane. Posługiwały się na równi gestem, mimiką, tańcem, akrobatyką, jak i kuglarstwem. Potrafiły recytować, opowiadać i śpiewać. Nieciszewski zauważył kobiety podczas przedstawienia na rynku w Inowrocławiu. Starsza grała Maryję, młodsza Marię Magdalenę w którymś z przedstawień liturgii Wielkiego Tygodnia. Pan burgrabia uratował trupę przed rozwścieczonym tłumem. Podburzeni przez inowrocławskich franciszkanów mieszczanie, oburzeni, że w przedstawieniu grają kobiety, obrzucili wagantów wyzwiskami i obierkami. Prawie doszło do rękoczynów.

Nic dziwnego, że z tak wielką ochotą trupa przyjechała do Bydgoszczy. W końcu nie co dzień zdarza się możliwość odwiedzin u możnego protektora, a tym bardziej wspomożenie go w potrzebie. No i nie bez wpływu pozostawał fakt, że to Bartłomiej opłacał kwatery.

Nieciszewski teraz już nie był pewien, czy jego pomysł był taki dobry, jak mu się na początku wydawał. Aktorki świetnie radziły sobie w roli biblijnych świętych. To już udowodniły. Ale tu nie chodziło o występ na miejskim rynku. Czy poradzą sobie w bardziej ziemskim dramacie?

– Widziałam tę kobietę, jak rozmawiała z psami – odezwała się starsza z kobiet, o trochę bardziej zniszczonej twarzy. – A one jej odpowiadały, obdarzone przez wiedźmę ludzką mową.

– Wykrzykiwała imię diabła – dodała młodsza. – Na własne uszy słyszałam.

– Tylko spokojnie. – Burgrabia wzniósł pojednawczo dłoń.

Rudowłosa rzuciła się do przodu z krzykiem. Zbrojni zareagowali natychmiast. Szarpnęli kobietę za ramiona i przycisnęli do klepiska. Kiedy wykręciła głowę do góry, ujrzała, że pan Bartłomiej wstaje od stołu. Zerknęła w stronę starosty. Mężczyzna mierzył ją obojętnie wzrokiem, stanąwszy w wielkopańskiej pozie, obrócony bokiem.

– Dość! – zawołał do strażników Bartłomiej. – Puśćcie natychmiast tą nieszczęsną kobietę.

– To była ona! – zawył nagle jakiś mieszczanin, wskazując Katarzynę. – Jak mi Bóg miły! To ona przyprawiła moim dzieciakom kołtuna!

– Ty mały śmierdzący pętaku, jak się nie myje głowy, to się robią kołtuny! – wysyczała, nie mogąc dłużej znieść kłamstw. Odrzuciła głowę w bok i spojrzała morderczym wzrokiem na mężczyznę. Bydgoszczanin zadrżał i cofnął się. Rzucił szukającym wsparcia spojrzeniem na zbrojnych, lecz ci stali niewzruszeni.

Choć Kucharczykowa obiecała sama sobie, że będzie milczeć, słowa same cisnęły się do ust.

– Wy małe, cuchnące gady – wykrzyknęła. – Niewarte nic prosiaki! Co ja wam zrobiłam?! No, powiedzcie, wy małe wypierdki!

Obrzuciła zaperzonym spojrzeniem zbrojnych. Widząc, że się cofnęli, rzuciła się ku drzwiom, ale strażnicy zastąpili kobiecie drogę. Odepchnięta z powrotem, zachwiała się, ale spojrzała wyzywająco w twarz Kościeleckiego.

– A ty?! Co tak stoisz, jak ta łajza?! Dlaczego nic nie zrobisz?!

Głos Andrzeja był zimny jak lód.

– Nie wiem o czym mówisz, kobieto. A jeśli dłużej będziesz się do mnie zwracać tym tonem, pożałujesz.

– Jak to nie wiesz?! Aaaa, rozumiem, teraz nic nie wiesz! – parsknęła wulgarnie. – A jak rozkładałam przed tobą przez cztery miesiące nogi, to wiedziałeś! A ty?!

Zerknęła na Nieciszewskiego.

– Jak przyszłam z podejrzeniem, że ktoś do strawy mojego męża, świętej pamięci – to mówiąc, uczyniła znak krzyża, na co cała sala aż westchnęła – dodał tojadu, palcem nawet nie kiwnąłeś!

– To nie należało do mnie. – Głos burgrabiego przeszedł nagle w krzyk. – Trzeba było z tym iść do rady miejskiej. Nie do mnie.

– A myślisz, że nie byłam?! – warknęła. – Kazali mi iść do ciebie!

– Myślę, że sama go otrułaś – mruknął Bartłomiej. – To właś­nie myślę.

– Dość tego, przyjaciele! – wykrzyknął ktoś z tłumu. Ludzie rozstąpili się na boki. Pan Andrzej podziękował w duchu za to zrządzenie losu. Z tłumu wyszedł odziany w biały habit siwowłosy mężczyzna. W dłoniach trzymał czarny szkaplerz.

– Dość tych bluźnierstw – dodał, przeżegnawszy się. Mnich był siwy jak gołąbek. Palce przełożył przez płócienny pas przepasujący szatę. Jego ostro wykrojone policzki pokrywał liszaj, a agrestowe oczy sprawiały wrażenie mętnych, jakby mężczyzna był zamroczony.

Burgrabia posłał mnichowi miękki uśmiech.

– Kim jesteś, dobry człowieku? – ściągnął brwi. – I dlaczego nam przeszkadzasz? Nie widzisz, że to świecki sąd?

– Zwą mnie brat Marcin, mości burgrabio. – Zakonnik skłonił lekko głowę, ukazując krążek wyciętej na czubku głowy tonsury. – Przybywam z domu zakonnego braci cystersów w Koronowie. I tak się składa, że posiadam dowody świadczące niezbicie o winie tej kobiety. Dlatego zabrałem głos. Bojaźnią bożą powodowany.

– To na co czekasz? – rzucił ktoś z tłumu.

– Na to, aby wszyscy wyszli – odparł spod opuszczonych powiek. – To, co mam do powiedzenia, jest skierowane jedynie do uszu pana starosty i burgrabiego Nieciszewskiego.

– Co masz do powiedzenia, powiedz tu i teraz – rzucił Nieciszewski. – Przy wszystkich. To publiczna rozprawa.

Zakonnik przez moment się namyślał.

– Nie wiem, czy mogę.

– To twój obowiązek – napomniał mnicha starosta.

– Dobrze zatem. Dalibóg nie stanie się z tego żadna krzywda.

– To już nie twoje zmartwienie.

Cysters pokiwał głową, czując, że ciężar spada z jego sumienia.

– Czarownice z dawien dawna na swoje miejsce wybrały Grabin. To blisko Byszewa, gdzie dawniej swą siedzibę miał mój konwent. Kiedy w dolinę Brdy przybyliśmy, zakładając nowe miasto, Koronowo, nasz opat powziął decyzję o przepędzeniu wiedźm. Tak też się stało. Czarownice uciekły. Lecz wiem z wiarygodnych źródeł, gdzie znalazły przyczółek. Długo błądziły, a w końcu zjechały na miotłach do Bydgoszczy.

– I ty temu dajesz wiarę? – Kościelecki nie wierzył własnym uszom.

– Czy wierzę? Bardziej niż wierzę – duchowny mówił coraz szybciej. Jego słowa pełne były skrytej zawiści. – Zapytaj, panie, miejscowych bernardynów. To oni mi powiedzieli o dzisiejszym sądzie. Oni też wiedzą, gdzie czarownice od lat mają swój przyczółek. To miejsce w bydgoskich Karpatach, zaraz przy drodze kujawskiej. Od lat jędze różne czary odprawiają pod nosem kolejnych kasztelanów. A to pomór na miasto sprowadzają, to choroby na bydło rzucają, to znów pożary powodują. Bywało, powiadali mi bracia bernardyni, że kominy zatykały, a wodę czerpaną do piwa wyrobu psuły. Masz li tu, panie, czarownic dostatek. A jedną dziś sądowi poddawaną widzę.

Katarzyna spiorunowała cystersa spojrzeniem. Jej dłonie zacisnęły się w pięści.

– To w guście bernardynów. – Burgrabia pokręcił głową. Na ustach mężczyzny widniał kwaśny uśmiech. – Jeno o piwie myślą.

– No dobrze – wtrącił starosta. – A jak to się ma do Kas…ekhm… Do oskarżonej?!

– Zapytaj lepiej panie, skąd jej rodzina pochodzi – odparł dziwnie łagodnym głosem zakonnik. – Bo jej nazwisko z niczego się nie wzięło. To nazwisko należało do jednej z czarownic wygnanych przez byszewskiego opata. A z tego, co mi bernardyni powiedzieli, rodzina Katarzyny Kucharczykowej wywodzi się właśnie z Byszewa. Zbieg okoliczności? Przypadek? Ja tam w takie przypadki nie wierzę. Kobieta, którą sądzicie, nie jest stworzeniem bożym.

– Zaraz, zaraz – wtrącił Andrzej. – Przecież burgrabia powiedział, że oskarżona była mężatką.

– Ale nie przyjęła nazwiska męża – odparł Bartłomiej.

– Bardzo niezależna. – Zakonnik uśmiechnął się przelotnie. – Jak wszystkie czarownice we wszystkim ma własne zdanie.

– Jeszcze nikt nie udowodnił jej winy – zaprotestował starosta.

– W rodzinie Kucharczyków czarostwo było przekazywane z pokolenia na pokolenie. – Cysters potrząsał głową. – Od was, moi drodzy panowie sędziowie zależy, czy na pokoleniu Katarzyny ta obraza boska się skończy. Czy też może chcecie, aby szatan na dobre w Bydgoszczy się rozgościł. To wasz wybór, ale niech Bóg was broni, jeśli źle wybierzecie.

Usta starosty poruszyły się, jakby obdarzone własną wolą. Cichy głos, który z nich dobiegł, nie uszedł uwagi burgrabiego.

– Co mówisz, panie? – zapytał. Zauważył, że wyraz uprzejmości całkiem zniknął z twarzy starosty.

– Wszyscy wyjść – Kościelecki wysyczał przez zaciśnięte wargi. – Tylko zakonnik i burgrabia zostają. Wyprowadzić oskarżoną.

– Ale… – zaprotestował Bartłomiej.

– Bez dyskusji – powiedział mocniej Andrzej. – Mam z wami do pomówienia. Na osobności.

***

– Co to za teatr mi tu odstawiacie?! – warknął starosta, gdy plecy ostatniego strażnika zniknęły za drzwiami.

– Nie bardzo rozumiem… – Burgrabia ściągnął brwi. Oparty w krześle, zaciskał mocno pięści.

– Jak to co?! – Andrzej wskazał mnicha. Poznaczone brzydkimi krostami policzki cystersa spłonęły rumieńcem. – Myślisz, że nie pamiętam, gdzie twój braciszek mieszka? Myślisz, że uwierzę w ten zbieg okoliczności?! Grubymi nićmi szyta ta wasza historyjka!

– Bóg broń! Słyszałem o tej sprawie od bernard… – usiłował obronić swoje stanowisko brat Marcin.

– Zawrzyj gębę, klecho – parsknął Kościelecki. – Brat naszego drogiego Bartłomieja, Mikołaj Nieciszewski, jest zakonnikiem w Koronowie. Na pewno go znasz. Więc bądź łaskaw nie opowiadać mi tu bajek. Nieciszewski!

Burgrabia na okrzyk starosty zerwał się z miejsca.

– Pojedziesz do Kruszwicy. Zabierzesz z sobą dziewczynę.

– Panie, ale…

– Jakie znowu „ale”?! Dobrze wiedziałeś, kim jest dla mnie Kasia. Skąd i po co, tego naprawdę nie wiem. Ale wiedziałeś. Tego jestem pewny. Dlatego bez dyskusji. W Kruszwicy rządzi Jan z Oporowa, to mój krewny i przyjaciel. Dziewczyna pójdzie do niego na służbę. A ty zadbasz, żeby niczego jej nie brakowało, jasne?!

Starosta zerknął na cystersa.

– Chcesz coś dodać?

Zakonnik złożył dłonie jak do modlitwy i z marsową miną spojrzał w podłogę.

– To dobrze. Włos ma jej z głowy nie spaść, burgrabio. Inaczej wrócimy do rozmowy, dlaczego do procesu doszło. A i tak po powrocie zdasz mi dokładną relację z twojej rozmowy z moją matką.

Nieciszewski poczuł, jak ciarki przebiegają mu po plecach. Głos całkiem uwiązł mu w gardle.

– Wiem, że maczała w tym palce – dodał Kościelecki. – Ta kobieta bez opamiętania wtyka nos w moje sprawy.

– Proces się już zaczął – zauważył suchym głosem burgrabia. – Będą plotki.

– Nic nie będzie. Ludziom się powie, że Katarzyna zmarła w ciemnicy. Uniknęła w ten sposób procesu, tortur i zapewne stosu. To się bardzo wszystkim spodoba. Powiedzą, że szatan czy inny diabeł zabrał ją ze sobą. A nasz brat Marcin zaniesie tę wiadomość do Koronowa.

To mówiąc, stanął na wprost zakonnika i zmierzył go z góry na dół.

– Znam Koronowskiego opata Wiesława i obiecuję ci, że jeśli choć słowem piśniesz, coś tu usłyszał, tak ci życie umilę, że pożałujesz spotkania ze mną. No, coś taki markotny? Burgrabio, nalej no naszemu braciszkowi gorzałki, bo widzę, że coś jest nieswój.

***

Katarzyna ukryła drżące i lodowato zimne palce pod przeżartym przez myszy pledem. Jej ładne, choć wąskie usta wykrzywiał brzydki grymas bólu. Nie, nie fizycznego, choć podczas aresztowania bito ją po twarzy i ramionach. Zacisnęła usta. Przez okno celi widziała korony drzew bujające się na nocnym wietrze niczym cienie pijanych ludzi.

Leżąc na niewygodnym barłogu, rozmyślała o przeszłości. A nader wszystko o mężczyźnie, który pozwolił jej zgnić w tym lochu…

Wszystko zaczęło się poprzedniego lata.

***

– Gdzie mistrz Kaźko? – spytał, błądząc wzrokiem po obejściu, wysoki, szczupły mężczyzna. Wjechał na podwórze przez otwartą na oścież bramę. Tuż za bramą rozciągało się okazałe podwórze ze stajniami, warsztatem i studnią, przy której stała urodziwa mieszczka. Młody człowiek siedział na pięknej, karej klaczy. Sam rząd koński kosztował tyle, co niejeden wierzchowiec. Ubrany w czarną jopulę z kulistym wykończeniem rękawa, nogawice i wysokie buty, mężczyzna sprawiał wrażenie zadowolonego z siebie. Posłał w stronę dziewczyny uśmiech, pokazując rząd białych równych zębów.

Stała pochylona przy studni, skąd jeszcze przed chwilą nabierała wody. Obwiązała wilgotny sznur dookoła kołka, blokując kołowrotek, i wyprostowała się, łapiąc pod boki.

Uwadze mężczyzny nie uszła zgrabna figura niewiasty, podkreślona przez obcisłą górę poszerzonej od bioder klinami spódnicy, z dużym, odsłaniającym ramiona i wydatne piersi łódkowym dekoltem i długimi, zakrywającymi połowę dłoni, wąskimi rękawami.

Wpatrywała się w przybysza jak zaczarowana. Jej spojrzenie było jednocześnie zuchwałe i urocze. Wytarła brudne dłonie w wierzchnią suknię o stonowanej zielonej barwie i poprawiła wywinięty przy uszach kapturek. Zmierzchające słońce rzucało czerwony blask na bladą twarz kobiety. Największy skwar co prawda minął, ale powietrze wciąż było ciepłe, panowała duchota. Ponad dachami domów fruwały jaskółki, rzadziej nietoperze. Kobieta rozejrzała się niepewnie, jakby pierwszy raz oglądała dobrze znane jej miejsce. Podwórko było niemalże puste. Promienie słońca padały na wielkie dęby, pokryte przez bluszcz.

– A po cóż szanownemu panu potrzebny mistrz Kaźko? – odparła lekko zachrypniętym głosem.

Młody mężczyzna zeskoczył żwawo z klaczy i uśmiechnął się pod wąsem.

– Chciałem mu zlecić pracę. Bardzo intratne zlecenie. To panny ojciec?

– Mąż – odparła lodowatym głosem. – A cóż to za praca?

Przybysz spokojnie sięgnął po cebrzyk i odczepił go, ujmując w obie ręce. Woda chlusnęła na noski jego butów.

– Przy miejscowym kościele świętego Mikołaja. Mój ojciec ufundował tam kaplicę Przenajświętszej Panience. Niestety, wymaga już renowacji. Są i inne prace wykończeniowe, do których potrzebowałbym zdolnego rzemieślnika.

– Na miły Bóg. – Oczy kobiety stały się okrągłe niczym monety. Mężczyzna z przyjemnością pomyślał, że niewiasta zaraz padnie na kolana. – Mości pan jest naszym nowym starostą!

– Spokojnie, moja droga. – To mówiąc, pan Andrzej rozejrzał się raz jeszcze po podwórzu. Zatrzymał spojrzenie na kobiecie. – No? To gdzie go znajdę?

– Pojechał do Fordonu. Wróci dopiero na świętych Apostołów.

Kościelecki zatrzymał wzrok na dziewczynie. Poczuł, jak tętno mu przyspiesza. Bez słowa podszedł do progu domu, a dokładnie jego wpółotwartych drzwi. Budynek był jednopiętrowy, kryty czerwonym dwuspadowym dachem i mało okazały. Poza czarno białym szachulcem nic nie ozdabiało fasady domu.

Niby to mimochodem, odstawiając drewniane wiadro, starosta pchnął wzmacniane żelaznymi sztabami wrota. Pochyliwszy głowę, zajrzał do środka, w sień. Przywitała go ciemność, zapach trocin, dymu z węgla drzewnego i ziół.

Kobieta spojrzała za Kościeleckim, odwracając się ze zdziwioną miną w kierunku drzwi domu.

– Macie służbę? – zapytał Andrzej.

– Nie potrzebujemy służby – odparła cicho, śmiejąc się do mężczyzny oczami.

Patrzyła na Kościeleckiego bez skrępowania, nawet z dziwnym wyzwaniem w zielonych oczach.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.