Odrodzona - Cecylia Niewiadomska - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 246 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Odrodzona - Cecylia Niewiadomska

Niezwykle interesująca powieść nie tylko dla młodzieży, choć tak brzmi podtytuł książki. W zamożnej rodzinie państwa Snarskich, żyjącej spokojnie z trójką dzieci, niespodziewanie dochodzi do wypadku. Ośmioletnia Julia po upadku z huśtawki doznaje kalectwa. Przez wiele lat nie może samodzielnie się poruszać i traci radość życia. Staje się dla otoczenia złośliwa, kapryśna, niejednokrotnie rani uczucia najbliższych sobie osób – rodziców i rodzeństwa, zwłaszcza starszej siostry, której zazdrości wyglądu, towarzystwa i swobody zabawy. W pewnym momencie myśli nawet o popełnieniu samobójstwa, aby zakończyć swój marny żywot. Momentem przełomowym w życiu dziewczynki jest choroba matki. W domu pojawiła się wówczas do pomocy kobieta, która całkowicie odmienia życie kalekiej dziewczynki i pozwala jej w nowy sposób spojrzeć na świat i własne życie. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Odrodzona - Cecylia Niewiadomska

Fragment ebooka Odrodzona - Cecylia Niewiadomska





Spis treści

  1. WSTĘP
  2. ROZDZIAŁ I Imieniny Julci
  3. ROZDZIAŁ II Dni smutku
  4. CZĘŚĆ I
  5. ROZDZIAŁ I W Ciechocinku
  6. ROZDZIAŁ II Panna Janina
  7. ROZDZIAŁ III Nowa jutrzenka
  8. CZĘŚĆ II
  9. ROZDZIAŁ IV Blaski i cienie
  10. ROZDZIAŁ V Życie płynie
  11. ROZDZIAŁ VI Przed odlotem
  12. CZĘŚĆ III
  13. ROZDZIAŁ VII W samotności
  14. ROZDZIAŁ VIII Piorun
  15. ROZDZIAŁ IX Po burzy
  16. ROZDZIAŁ X O życie
  17. ROZDZIAŁ XI Na długo
  18. ROZDZIAŁ XII Po dwudziestu latach
  19. Kolofon

WSTĘP


ROZDZIAŁ I

Imieniny Julci

– Julciu, co tobie? Co się Julci stało? – zapytała z niepokojem pani Snarska, spojrzawszy na niezwykle wzruszoną twarzyczkę 8-letniej może dziewczynki, która ze starszą siostrą weszła do pokoju.

Śliczne to było dziecko: szczupła i wysoka, trochę mizerna, ale na bladej twarzyczce świeciły jak dwie gwiazdy wielkie, czarne oczy, dziwnie głębokie, pełne blasku i wyrazu, ponad ciemnymi brwiami, kształtne, białe czoło otaczały miękko wijące się włosy, ciemne i lśniące, spadając następnie grubym warkoczem na jasną sukienkę. A ileż wdzięku w tej całej postaci, w każdym jej ruchu!

– Nic się nie stało, mamo – odparła z zakłopotaniem widocznym dwunastoletnia Mania – nic zupełnie, tylko Julcia taka jest wrażliwa, że nie wyjdę z nią więcej bez ciebie, mateczko.

– Przecież Andrzej owa była z wami? Co ci jest, Julciu?

Drobne usta dziecka zadrżały, w oczach błysnęły łzy, które nagle spłynęły po twarzy, wyciągnęła ręce i ruchem namiętnym rzuciła się na szyję matki.

– Co tobie, dziecko? Pieszczotko ty moja!

Ale pieszczotka przemówić nie mogła, czy też nie chciała, aby nie wybuchnąć płaczem. Zacięła usta i mocno, serdecznie tuliła się do matki. Pani Snarska łagodnie przesunęła rękę po ciemnych jej włosach i nie spuszczała oka z twarzy dziecka. Mania milczała; przekonała się już nieraz, jak łatwo rozdrażnić Julcię nieostrożnym słówkiem i nie chciała narażać się na to, zwłaszcza dziś, przy imieninach.

Benjaminek całego domu pp. Snarskich nie był wprawdzie tyranem, złośnikiem, bynajmniej; lecz był dzieckiem zepsutym trochę przez pieszczoty, bardzo wrażliwym i bardzo drażliwym. Stąd łzy i uśmiech zmieniały się często, jak desenie w kalejdoskopie. Łez lękali się wszyscy, uśmiech był tak śliczny, tak porywający, wesoły, rozkoszny, że dogadzano jej zanadto może, byle ją widzieć wesołą, szczęśliwą.

I nie było to trudno: dobre, serdeczne dziecko miało tylko dwie wady: lubiła się stroić i rządzić. Ładna sukienka i pierwsze miejsce między dziećmi – to jedyne jej marzenia, spełniane zwykle, gdyż jej towarzyszki ulegały jej instynktownie. Umiała zdobywać władzę i panować, stworzoną do tego była. W gronie dzieci starszych zwykle, bo takie sobie dobierała, kierowała zabawą, stawała się duszą każdego przedsięwzięcia, każdego zamiaru. Wiedziała o tym i z pewnym triumfem spoglądała na towarzyszki, niby królowa pośród swych poddanych.

– Opowiedzże mi, Julciu, co cię spotkało przykrego...? Albo ty, Maniu.

– Przechodziłyśmy przez ogród – wtem Julcia zobaczyła małego chłopczyka bez nogi i takie to na niej zrobiło wrażenie, że – że...

– O mateczko, gdybyś go widziała...! Ma najwyżej lat 10, taki blady, smutny... Siedział z matką na ławce i z takim żalem patrzył na bawiące się dzieci... Z takim żalem...!

– Biedne dziecko!

– Taki mały, mateczko! Taki mały chłopczyk i nigdy już, nigdy w życiu nie będzie mógł biegać, ścigać się z dziećmi... Pewno go unikają... To tak okropnie patrzeć na puste miejsce zamiast nogi... On nigdy, mamo, nie może być chyba wesoły, śmiać się, cieszyć... To okropne...!

– Tak, dziecko drogie, kalectwo jest wielkim nieszczęściem, lecz nie największym.

– Nie największym?

– Pomyśl sama: czy wolałabyś stracić nóżkę czy rodziców?

– O mamo – ja bym wybrać nie umiała... Ja nie chcę być kaleką, ja nie chcę!

– Nie jesteś!

– Ach! To prawda...! To dobrze.

– Ale to nie koniec, mamo: Julcia zaprosiła do nas kulawego chłopczyka.

– Któż to taki?

– Jaś Karpiński. Mieszka niedaleko. Tak mi go żal było, mamo, tak mi go żal było...! Będę się z nim często bawiła, zobaczysz, jak spokojnie bawić się potrafię.

Matka ucałowała ją w czoło w milczeniu.

– Powiedziałam mu, że dziś moje imieniny, że będą goście, ale dziś nie przyjdzie; wcale go nie namawiałam, smutno by mu było patrzeć... Odwiedzę go pierwej sama, pójdziesz ze mną, mateczko?

I już się uśmiechała ślicznymi ustami, ukazując ząbki równe jak perełki. W żywej, ale dziecinnej jeszcze wyobraźni wrażenia zacierały się szybko i łatwo, i teraz już marzyła i cieszyła się nadzieją, że dobrą będzie dla biednego Jasia, że rozweseli mu niejedną chwilę. To ją pocieszyło tymczasem.

Państwo Snarscy byli to ludzie zamożni, mieli ładne mieszkanie, willę pod Warszawą, pokoje pięknie umeblowane, ogródek. Ojciec, inżynier przedsiębiorca, znanym był i szanowanym powszechnie, dochody miewał znaczne, pani Snarska jednak praktycznie wychowywała obie córki, żądając od nich już teraz pomocy w domowych zajęciach. Mania z zamiłowaniem wyręczała ją w każdej pracy, a Julcia, chociaż nie skończyła jeszcze lat ośmiu, miała powierzony sobie klucz od szafy z dziecinną bielizną.

Wprawdzie Władzio, brat jedyny, żartował bardzo dowcipnie z jej pracy, ale któryż brat na świecie sprawiedliwym jest dla siostry i cóż za zdanie mieć może w kwestii tak poważnej młodzieniec 10-letni?

Mimo tych żartów Władzio był najgorętszym może z całego domu wielbicielem Julci i w głębi duszy uznawał ją szczerze za najmądrzejszą i najpiękniejszą istotę, z którą równać się nie mogła żadna ze znajomych panienek. Od trzech dni bardzo gorliwie wpajał to przekonanie w Stasia, stryjecznego brata, którego ojciec przywiózł teraz do Warszawy, ażeby zdał egzamin do gimnazjum, gdzie po wakacjach uczęszczać miał razem z Władziem.

Imieniny Julci dawały sposobność poznania Stasia z całym młodym towarzystwem, to też oczekiwano ich z niecierpliwością, a chociaż od tygodnia układano wszystkie szczegóły radosnej tej uroczystości, dziś od samego rana tyle jest zajęcia, że godziny biegną jak chwile.

Jeszcze się ubrać trzeba, załatwić niektóre sprawunki, przygotować pokój mamy, gdzie będą żywe obrazy!

W ogrodzie Staś i Władzio pozawieszali na drzewach własnej roboty papierowe latarnie, a ojciec upragnioną od dawna huśtawkę. Obiad podano wcześniej, bo na czwartą byli zaproszeni goście; będą żywe obrazy, potem podwieczorek, gry w ogrodzie, a na zakończenie tańce. Bal, co się zowie.

Julcia w różowej sukience wyglądała prześlicznie i długo stała dziś przed lustrem, przypatrując się swej ładnej twarzyczce, układając ciemne włosy i z widocznym zadowoleniem podziwiając lekką, wysmukłą figurkę.

– Wstydź się, Julciu – rzekła Mania – zaczynasz być próżną, zanadto sama podobasz się sobie, to brzydko. Pamiętasz, co mama mówiła, że kto zachwyca się własną urodą, ten wkrótce zapomni o wszystkim, co jest dobrem i pięknem na świecie, i siebie tylko kochać będzie, o sobie myśleć.

– Nieprawda; nieprawda! Ja kocham wszystkich dobrych ludzi, ale – cieszę się, że jestem ładną. I cóż w tym złego? Chciałabym być najpiękniejszą na świecie, chciałabym być królową! Nosiłabym prześliczne suknie, koronę i rządziła wszystkimi. Zobaczyłabyś, jak by dobrze było. Wszystkim biednym rozdałabym pieniądze, a wszystkim ładnym dziewczynkom prześliczne sukienki. Chciałabym, żeby świat cały był piękny i wesoły.

– Pleciesz, Julciu, spytaj się mamy, a zobaczysz, jak jej przykro patrzeć na ciebie, kiedy wdzięczysz się przed lustrem.

Julcia wydęła niechętnie usteczka i wyszła do ogrodu, gdzie nęciła ją nowa huśtawka.

Co to komu szkodzi, że ona jest ładną? Każdy lubi piękne kwiaty, piękne sprzęty, wszystko, co jest pięknem, więc bardzo naturalnie, że i własną osobę.

Nagle przyszło jej na myśl, że mogła być brzydką. – Nie, nie – to już jej nie grozi. Po co na świecie pan Bóg stworzył ludzi brzydkich? Wszyscy powinni być piękni, zdrowi i szczęśliwi.

W drzwiach jadalnego pokoju ukazał się Staś z dzwonkiem, potrząsając nim z całej siły. Był to znak rozpoczęcia uroczystości. Widocznie goście już przyszli, a ona nie widziała nikogo. Zerwała się z huśtawki i pobiegła do pokoju. Andzia, Cześ, Maryś i kilkoro innych dzieci powitało ją hałaśliwie. Ale to nie wszyscy przecież, gdzież reszta.

– Poszukamy ich – rzekł Władzio.

I poszedł naprzód. W sali nie było nikogo, nagle podwoje od pokoju mamy otworzyły się na rozcież i ukazał się w głębi żywy obraz, ułożony z czterech dziewczynek, przedstawiających cztery pory roku. Śliczna Alinka w zielonej sukience, przybrana fiołkami i konwalią, była uroczą wiosną, Helenka w postaci róży przedstawiała lato. Andzia jesień, a Stefcia zimę. Ta ostatnia w bieli spała w kryształowej grocie z przezroczystej bibułki. Dzieci przyklasnęły zachwycone. Żywy obraz nie drgnął całe dwie minuty, ale dłużej trwać nie mógł, dziewczynki porzuciły swoje miejsca i pobiegły do solenizantki. Stefcia tylko została na swym śnieżnym łożu.

– Wstań, Stefciu, już skończone – zawołała Wandzia.

Ale Stefcia nie poruszyła się z miejsca.

– Co, ona śpi naprawdę!

Otoczono zimę, która na koniec otworzyła oczy ze zdziwieniem. Śmiechom nie było końca. Stefcia usprawiedliwiała się, jak mogła. Ułożono ją najprzód i kazano zamknąć oczy. Tak długo musiała leżeć... Żywe obrazy miały powodzenie, zaczęto obmyślać nowe. Chłopcy mieli ochotę należeć do nich także, więc przedstawiano bitwę, okrężne, następnie ktoś zaproponował wesele.

– Wesele! – zawołała Julcia – ale nie zwyczajne.

– A jakie?

– Zobaczycie. To będzie cała historia. Ja jestem niby królewną i będę wybierała sobie królewicza. Każdy będzie wychwalał swoje państwo, jak w bajce. Dopiero nastąpi wesele.

– Ślicznie! Wybornie! Wiwat Julcia! – wołały uradowane tym pomysłem dzieci – Maniu kochana, pomagaj!

I Mania, która dzisiaj grała ważną rolę suflera i reżysera, pospieszyła z pomocą.

Przygotowania trwały dosyć długo. Tron urządzono wspaniały, wysoki, trzeba było wchodzić po schodach, Julcia w złotej przepasce na bujnych ciemnych włosach, w długim purpurowym płaszczu z adamaszkowej kapy – wyglądała wspaniale. Sama była zachwycona, zdawało jej się, że jest naprawdę królową. Jak poważnie spoglądała na swój orszak: rycerzy i damy dworu, tron otaczające.

Czterech królewiczów przybyło starać się o jej rękę, na czele licznej świty weszli do tronowej sali i stanęli przed królewną. Mania, jako mistrz dworu, stała tuż obok tronu, gorliwie pomagając obu stronom i nie szczędząc rad i wskazówek.

– Cóż was przywiodło tutaj, szlachetni rycerze i królewicze? – przemówiła na koniec Julcia. – Wypowiedzcież wasze życzenia, abym wiedziała, czy je spełnić będę mogła.

Staś wystąpił najpierwszy.

– Najjaśniejsza królewno – odezwał się śmiałym głosem – przybyłem tu z daleka, spoza wielkiego morza, na srebrnym okręcie z jedwabnymi żaglami. Jestem królem wielkiego państwa i posiadam skarby, jakich nikt inny w świecie mieć nie może. Mieszkam w bursztynowym pałacu z koralowym dachem i diamentowymi oknami; wszystkie w nim sprzęty ze słoniowej kości, perłowej muszli, złota i drogich kamieni, gdyż w kraju moim znajdują się góry pełne nieprzebranych skarbów i morze pełne korali, pereł i bursztynu. Jeżeli zechcesz zostać moją żoną, piękna królewno, przyjmij w darze szaty, z najcieńszego jedwabiu, wyszywane perłami i drogimi kamieniami, które jaśnieją jak słońce na niebie i piękniejszych nie posiada żadna królowa na ziemi.

Na skinienie królewny czterech paziów wniosło skrzynię, z której zaczęli wydobywać drogie szaty i zachwalać ich piękność.

Królowa podziękowała uprzejmie.

– Podoba mi się twoje państwo, królewiczu Bogaczu, ale chciałabym wiedzieć, co mi ofiarują inni.

Teraz Cześ zbliżył się do stopni tronu.

– Najjaśniejsza pani – przemówił – znam państwo królewicza Bogacza, i nikt opisać nie zdoła wszystkich skarbów jego; lecz nie mogłabyś wyjść nigdy z bursztynowego pałacu, bo od gór wiatr przynosi jęki nieszczęśliwych ludzi, co pracują ciężko w kopalniach i nigdy nie widzą słońca, a od morza westchnienia tych, co odpływają w dalekie kraje po drogie towary i może nie powrócą, więcej. Moje państwo nie tak bogate, lecz weselsze o wiele.

Kraj to rozległy, równy, otoczony lasami, poprzerzynany srebrnymi rzekami, pełen śmiechu i gwaru, śpiewu i wesela. Ledwo nas zbudzi słonko wiosenne do pracy, zaczynamy pieśń radosną. Śpiewają ptaszki w lesie i skowronki w polu, ludzie przy pracy, pszczółki i inne owady. I wśród tej wesołości wszystko zielenieje, kwitnie, złoci się zbożem, rumieni owocem. I jakże tu nie śpiewać! Tyle chleba w polu, owoców w sadach, tyle miodu w ulach, wszędzie dostatek, szczęście. Toteż, gdy zbierzemy wszystko, a ziemia pod białym śniegiem zasypia spokojnie, my śpiewamy znowu, bawimy się, tańczymy wesoło do wiosny, która nas wezwie do pracy na nowo. W kraju wesela smutku nie zaznasz, królewno, a oto przyjmij w darze owoce kraju mego, które przywiozłem z sobą.

Czterech paziów wniosło kosze z owocami, które na stopniach tronu postawili.

Królewna skinęła berłem, skosztowała przysmaków i kazała podać damom dworu i dworzanom, a gdy wszyscy z przyjemnością opróżnili kosze, odezwała się uprzejmie:

– Pięknym i bogatym jest kraj twój, królewiczu Wesoły, skoro wydaje takie wyborne owoce, pozwól jednak, że nim odpowiem, wysłucham twoich towarzyszy.

Władzio i Maryś spojrzeli na siebie.

– Idź pierwej – szepnął Maryś – bo nie wiem, co mówić.

Władzio zbliżył się poważnie do tronu.

– Najpotężniejsza królewno – przemówił – muszę powiedzieć ci naprzód, że państwo królewicza Wesołego piękne jest i wesołe, jeśli sprzyja pogoda; jeżeli jednak zdarzy się susza lub słota zbyt długa, milkną i tutaj pieśni, a echo przynosi i stamtąd skargi na głód i niedolę. Ja skarbów żadnych ci nie ofiaruję. Przybyłem z kraju Sławy. Kraj to skalisty i bardzo ubogi, lecz my nie dbamy o to, gardzimy skarbami świata, życiem nawet. Nie lękamy się niczego. Za to jesteśmy nieśmiertelni. Nieśmiertelność ofiarować mogę ci, królewno, jeśli zechcesz się udać ze mną do kraju Sławy. Ostrzegam cię wszakże, że droga trudna to i niebezpieczna, trzeba się do niej zbroić w męstwo i wytrwałość.

– Pięknem jest państwo twoje, królewiczu Sławy – szepnęła Julcia – lecz cóż powie rycerz czwarty?

Czwarty królewicz widocznie był trochę zakłopotany, ale nie chciał się przyznać, że mu brakuje dowcipu.

– Dobra królewno – zaczął – przyjechałem tu bardzo smutny. W kraju moim nie brak także wszelkich bogactw, lecz wielu jest nieszczęśliwych i ubogich, potrzebujących wsparcia i pociechy. Król wszystkich znać nie może, nie ma na to czasu, a źli ludzie nieraz z tego korzystają i dzieje się niesprawiedliwość i krzywda. Moja matka staruszka jak opiekuńczy anioł czuwała nad tym dotąd, aby pocieszać i wspierać, ratować i nagradzać prawdziwie biednych i zasłużonych, lecz umarła niedawno, a od tego czasu coraz więcej spotykam twarzy smutnych i bladych, coraz częściej zamiast pieśni albo śmiechu słyszę westchnienie, skargę lub jęk cichy... Nie mogłem znieść tego dłużej i powiedziałem sobie: objadę ziemię od końca do końca, aż znajdę tak szlachetną i dobrą królewnę, że wzruszy ją los nieszczęśliwych i zechce podzielić ze mną smutek i radość, jakie spotkać nas mogą w życiu i będzie, jak matka moja, aniołem pocieszycielem tych wszystkich, którzy cierpią. Nic za to w zamian przyrzec ci nie mogę ani ofiarować w tej chwili, bo nic nie wziąłem z sobą, jeżeli jednak nie odrzucisz mojej prośby, poznam, żeś jest najlepszą i kochać cię będę za to sercem całym wraz z biednym ludem moim.

Umilkł królewicz czwarty; trzej inni spojrzeli na prześliczną królewnę, która z łagodnym uśmiechem podniosła się z swego tronu i tak przemówiła.

– Zacni królewicze, lubię bogactwa i pieśni, chciałabym być nieśmiertelną, ale najbardziej żal mi nieszczęśliwych, potrzebujących opieki i sprawiedliwości, dziękuję więc wam wszystkim za wasze dary, a z tobą, królewiczu Dobrutku, pojadę zaraz po weselu, aby biedni i pokrzywdzeni nie czekali bardzo długo na twój powrót.

To mówiąc, podała rączkę Marysiowi, który bardzo poważnie sprowadzał ją po stopniach tronu, ażeby się nie zaplątała w dywany albo płaszcz własny. A tymczasem uszczęśliwiona jej wyborem drużyna klaskała w ręce i głośnymi okrzykami wypowiadała swoje uznanie i radość.

Teraz się rozpoczęła uroczystość weselna i spieszono już trochę, bo zastawione stoły oczekiwały w jadalnym pokoju i Mania przypominała, że czekolada stygnie. Z wielkim też zadowoleniem zasiadły wreszcie dzieci do podwieczorku, a ciastka i owoce znikały z talerzy tak prędko, jak gdyby jaka niewidzialna siła porywała je złośliwie. A co przy tym śmiechu i gwaru! Wandzia trochę łakoma (ale bardzo mało), nie mogła oderwać oczu od przysmaków i nie widziała, jak psotne sąsiadki zabierały jej spod ręki ciastka i owoce. Potem za dużo włożyła do buzi jakiegoś biszkopcika, z czego korzystając, Andzia pobudziła ją do śmiechu i wyfrunęło wszystko. Dzieci śmiały się znowu, aż Stefcia z wielkiej radości wylała czekoladę, Zosia ciastko z kremem upuściła na sukienkę, a linka, pomagając jej wycierać plamę, rozmazała na niej dwie wiśnie.

Rozweselona, rozbawiona gromadka wybiegła wreszcie do ogrodu, tu gonitwy, piłka, obręcze, huśtawka, słowem do samego zmroku nie zbraknie przyjemności, a gdy się zmierzchnie – tańce. Dopiero o 9 przyjdą po dzieci służące, a jeszcze odpoczną trochę.

Największe powodzenie miała dziś huśtawka, dobijano się o nią prawie; Staś i Władzio kolejno umieszczali na niej amatorów i huśtali po 10 minut każdego. Julcia uprzejmie także ustępowała pierwszeństwa swym gościom i ostatnia usiadła na ulubionej zabawce.

– Tylko wysoko! – zawołała zaraz.

O kilka kroków dalej grano w piłkę, Mania ustawiała krokieta.

– Wyżej – dopominała się Julcia. – Jeszcze wyżej!

– Spadniesz.

– Wstydźcie się, tchórze. No, Władziu, królewiczu Sławy.

– Dość – rzekł Staś – ja się boję.

– Tylko raz, żebym mogła pochwycić tę gałąź.

Huśtawka podnosiła się i wzlatywała jak ptak, prawie poziomo naprężając mocne sznury, a Julcia za każdym razem wyciągała rękę, aby pochwycić gałąź starej lipy. Nagle coś się stało w górze – zakręciło jej się w głowie czy ześliznęła się z deski i nie miała siły odzyskać równowagi dosyć prędko, dość, że huśtawka zaklekotała dziwnie, a dziewczynka z głuchym jękiem upadła krzyżem na kamień, leżący o parę kroków.

W ogrodzie zapanowała cisza przerażająca, przez parę sekund nikt nie drgnął, dzieci stały jak skamieniałe, bez ruchu, bez głosu. Pierwsza Mania z krzykiem trwogi rzuciła się ku siostrze, a jednocześnie wołanie: Ratunku! Wyrwało się ze wszystkich piersi.

Julcia leżała blada, z zamkniętymi oczami, bez ruchu – jak nieżywa. Głowa zwisła w tył bezwładnie, plecy spoczywały na dużym kamieniu, nogi i ręce miała wyciągnięte.

– Wody! Mamy! – wolała Mania, nie śmieć dotknąć siostry.

Pani Snarska już biegła, chłopcy nieśli wodę. Julcia otworzyła oczy i zamknęła je znowu, krew ukazała się na jej ustach.

Pani Snarska uklękła przy nieszczęśliwym dziecku, bielsza od białej koronki, zdobiącej jej ciemną suknię i chciała podnieść zwisła głowę Julci. Okropny jęk dziewczynki powstrzymał jej rękę, nie wiedziała co począć, a nie śmiała jej poruszyć.

– Julciu, Julciu – szeptała prawie nieprzytomna. – Wody!

Mokrą chusteczką zmyła krew z ust dziewczynki, lekko dotknęła jej skroni, Julcia nie drgnęła nawet, nie otworzyła oczu...

– Doktora! – krzyknęła nagle nieszczęśliwa matka, chwytając się za głowę. – Doktora! Ratunku! Moje dziecko zabite...!

Na ten krzyk okropny, dzieci z płaczem rozbiegły się na wszystkie strony, pozostałą przy matce tylko jedna Mania. Nie straciła ona przytomności, lecz nie wiedziała kogo ma ratować: matkę czy siostrę.

– Po doktora, Władziu – szepnęła do brata.

– Staś już pobiegł.

W tej samej chwili Staś się zjawił z doktorem, który szczęśliwym trafem mieszkał w tym samym domu i właśnie powrócił z wizyt.

Doktor bardzo poważnie ukląkł obok dziewczynki, podniósł jej rękę, głowę, a widząc krew z ust płynącą, pochylił się bardziej, kazał przynieść prześcieradło, powoli i ostrożnie złożył na nim Julcię i tak ją przeniesiono do pokoju.

Wesołe imieniny skończyły się smutnie. Dzieci po części same wróciły do domów, po części odprowadziła je służba państwa Snarskich; w całym mieszkaniu zaległa cisza uroczysta, przesuwano się na palcach, szeptano cicho, spoglądano na siebie wzrokiem przerażonym i smutnym; matka nie odstępowała od Julci, która leżała ciągle jak bez życia, chwilami tylko jęcząc cicho i boleśnie. Posłano po doktorów, po ojca; obecny lekarz nie oddalał się także, jakby przypuszczał, że może być jeszcze potrzebnym.

Późno wieczorem zebrało się kilku doktorów, aby zbadać stan dziecka i wyrazić swoje zdanie o sposobach ratunku. Matkę na w pół zemdloną wyprowadzono z pokoju, a gdy w godzinę później stanęła przy łóżeczku Julci, dziewczynka już leżała zabandażowana odpowiednio, uśpiona jeszcze snem sztucznym, sino-blada straszna.

– Doktorze? – przemówiła biedna matka głosem zmienionym i o nic więcej pytać już nie mogła, ale doktor ją zrozumiał.

– Wszystko jest w ręku Boga, szanowna pani – rzekł poważnie. – Co było w naszej mocy, zrobiliśmy, nie trzeba tracić nadziei.

I to było całą pociechą. Nie ukrywano przed nią, że niebezpieczeństwo jest groźne, lecz pozwolono mieć nadzieję. O, czyż mogła jej się wyrzec?

Noc tę spędziła całą na modlitwie, klęcząc przy łóżeczku Julci, wciąż nieprzytomnej, czy uśpionej, wstawała tylko, aby zmieniać jej zimne okłady, lub podawać lekarstwo. Okropna noc, a jak wiele czekało ją jeszcze podobnych...