Oczy - Zygmunt Niedźwiecki - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 228 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Oczy - Zygmunt Niedźwiecki

Zbiór nowel wydany w 1905 roku. Zygmunt Niedźwiecki (1864–1915) był prozaikiem. Prawie przez całe życie mieszkał w Krakowie, gdzie zajmował się dziennikarstwem. Współpracował z „Nową Reformą” i „Naprzód”. Od 1890 roku publikował w czasopismach nowele, zebrane następnie w tomie „Słońce” (1892). Pisywał humoreski i dokonywał licznych przekładów, głównie z literatury francuskiej. Bliskie były mu idee socjalistyczne. Ulegał tendencjom naturalistycznym. W swojej twórczości prezentował pesymistyczny obraz człowieka i społeczeństwa. Publikował nowele, fraszki, szkice, dzięki którym zdobył znaczną popularność i uznanie, np. „U ogniska” (1894), „Sam na sam” (1895), „Sposób na diabła” (1899), „Nowe erotyki” (1908). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Oczy - Zygmunt Niedźwiecki

Fragment ebooka Oczy - Zygmunt Niedźwiecki






Spis treści

  1. OCZY
  2. ZA MĄŻ
  3. ZAJĄCE
  4. W CYRKU
  5. KURA
  6. DOBRO PUBLICZNE
  7. NIEPRAWEGO ŁOŻA
  8. SWARLIWA
  9. WIELKIE DZIEŁO
  10. W ZACISZU
  11. OPIEKUN
  12. ŚWISTKI
  13. KONFISKATA
  14. PNEUMATYK Nr 301
  15. SPOTKANIE
  16. MARYNATA
  17. ANIOŁ I MAŁPA
  18. CUD
  19. WYGRANA
  20. OWACJA
  21. OSTATNIA WOLA
  22. DEBIUT
  23. HONOR PRASY
  24. BAŚŃ
  25. CZYSTE RĘCE
  26. TESTAMENT
  27. POWRÓT
  28. KOLOFON

OCZY

...Nadzieja!...

Znacie i wy tę cudotwórczą wróżkę, jasną jak słońce wiosennego dnia, dobrą, jak pieszczota matki, jak tęcza na niebie, z którego pierzchnął deszcz, kraśną, a taką rozśpiewaną, uśmiechniętą, słodką, jak dwoje kochanków, gdy niespodzianie spotkawszy się w ustroniu, padną sobie w objęcia?...

W bezmiarze takiej nadziei nurzała się dusza Wita, kiedy opuszczał gabinet słynnego okulisty, wsparty na ramieniu wynajętego człowieka, przedsięwziął tę wyprawę w zupełnej tajemnicy przed siostrą, w godzinie kiedy była w mieście, lekcjach, bo nie chciał jej zmartwić złą wieścią, a nie przypuszczał, nie miał odwagi i wstydził się przypuścić, aby mógł jeszcze istnieć dla niego ratunek, aby możliwym był powrót do władzy, do zdrowia, do cudów światła i barw – dla jego biednych oczu, zakrytych przepaską ślepoty od lat dziesięciu. W nawrotach wzmagającego się zwątpienia biorąc blady promyczek swych nadziei za samolubną idee fixe chorego, za złudne majaki zielonych oaz, jakie mamią oko umierającym z pragnienia w pustyni bez kresu – zwalczał je, niby podszept głupoty lub szaleństwa. I zdawało mu się, że zdołał wreszcie stłumić w sobie na zawsze ten ognik zwodniczy, gdy nagle zmartwychwstał on z całą mocą nurtującej serce wszelkiego żywego tworu żądzy szczęścia, na pierwszą wieść o przyjeździe znakomitego lekarza, i silniejszy od nałogów rezygnacji, od lęku ubóstwa i szyderstw trzeźwego rozumu, pchał go jak wicher za próg czarnej kaźni kalectwa, tam!... do światła!... do biesiadnego stołu jasnego dnia!... do tej czarodziejskiej orgii rozszczepionego na tysiąc barwnych odcieni promienia słońca, co stanowi nieprzebrane źródło rozkoszy, skarb bez nazwy i ceny tych, którzy widzą!...

Przywitać znowu oczyma, po tylu lata niewidzenia, przytulić! objąć! całować! pić! chłonąć! pożerać wszystko, co rzuca w przestrzeń czarowny hymn światła i barw!... Ująć spojrzeniem, tą wątłą, nieuchwytną niteczką, która rozsnuwając się między myślą a wszechświatem, sięga w nieskończoność – zagarnąć nim i przyciągnąć do siebie, do swej duszy, głodnej chleba światłości – rzeczy, istoty, świat i zaświaty!... Przebić tę czarną ścianę, ten głuchy mur bez okien i drzwi, jaki odgradza go od wesela majów i listopadowej żałoby, od szkarłatnego świtu i seledynowych nocy pełni... Powrócić z mrocznych pieczar kalectwa na żywą, widzialną, tysiącem zmiennych barw i kształtów strojną ziemię! Odebrać zrabowaną sobie przez okrucieństwo trafu największą część rozkoszy życia! Zobaczyć łzy radości w oczach tej biednej, świętej siostrzyczki, która zapracowuje się od lat tylu, aby go wyżywić... Rozmawiać znowu z wiekami i ludzkością przez czarne znaki książek... Ujrzeć swój pokój, swoją rękę, swą twarz, swój cień... Zobaczyć muchę, jak przebiera nóżkami po stole i wytrzeszczywszy ślepie, szuka sobie żeru, strzeże się niebezpieczeństw... Widzieć!... Widzieć!!!...

A oto zjawił się człowiek... może to był sam Bóg?... – który mu powiedział, że jeszcze może odzyskać wzrok... Człowiek, co jak czarodziej, leczył i uzdrawiał takich jak on nędzarzy, którego słowo było dla nich wyrokiem.

Jakże upajającą, jak nieprawdopodobnie cudną, po długiem niby wieki badaniu, była dla Wita muzyka tych wyrazów:

– Pan możesz jeszcze widzieć. Odurzony zdumiewającym niby widok cudu ich brzmieniem, przez pół ledwie chwytał uszyma zapowiedź, że kuracją, jakiej poddać-by się musiał, będzie długą, mozolną, kosztowną, pochłonie parę tysięcy i odbyć się może tylko w specjalnym zakładzie...

– Ale przywróci panu wzrok. Czy podobna!...

– Panie doktorze!... panie doktorze!!... – począł bełkotać z sercem bijącym radością, której bronił się jednocześnie, nie mając odwagi uwierzyć.

– Rozumie się, nie spodziewaj się pan zbyt wiele. Nie wiem, czy będziesz mógł pracować, czytać. Ale zobaczysz pan niebo, słońce, ludzi, przestaniesz być ślepym.

– Panie doktorze!!...

Zdaje się, że ucałował ręce lekarza...

Pijany szczęściem wracał do domu, w niemym zachwyceniu tą myślą olbrzymią, na którą za mało było miejsca w jego piersiach – że będzie: widział!!

...Rozumie się, lekarz mówił prawdę. Nie mógł się mylić mistrz takiej sławy. Pod jego kierunkiem kuracją uda się niezawodnie, a co do pieniędzy... Pieniądze się znajdą. Pieniądze są!... Tak, są!... Siostrzyczko!... Moja święta!... Ty dobra, cicha, pełna zaparcia towarzyszko, opiekunko, matko kaleki... Ja wiem... Dwa tysiące, to cały twój mająteczek, zebrany grosz po groszu z nadludzkim wysiłkiem na niepewne godziny wspólnego jutra... Ja się wstydzę... Ja może nie powinienem... Lecz pomyśl: oczy!... oczy, którymi się cieszy najostatniejszy nędzarz i robak najlichszy!... Zapal w mych oczach światło!...

Naraz przerwał niemy wybuch błagań, którymi obejmował w myśli, płacząc, szyję nieobecnej. Co za szaleństwo!... Toż ona je da bez namysłu, bez próśb i nalegań, natychmiast, szczęśliwa, że je dać może, jak gdyby na to przeznaczone były od dawna.

Uspokoił się. Niezmiernie słodka cisza zalała mu serce błogim ciepłem nadziei, bliskich cudownego ziszczenia. Począł marzyć o nowym, rozkosznym życiu, widząc się znowu młodym, jak lat temu dziesięć, na jasnych i ludnych ulicach, uśmiech przeczuwanego szczęścia rozpromieniał mu coraz jaśniejszym blaskiem twarz, a z piersi poczęła się dobywać wesoła piosnka, dawno zamilkła w smutkach lat. Tymczasem zwolna, nieznacznie, spod wonnych kwiatów upojenia począł wypełzać zimny i śliski gad: myśl... Myśl dręczycielka, gorzka i nieubłagana myśl cierpiących, zbudzona z marzeń wszczepionym przez ciosy Wątpieniem, drżąca nieustannym lękiem i wieczną nieufnością zatruta, jak chwast kolący wybujała z złośliwego posiewu życiowych bólów, myśl trucizna, rozkładająca na kruszyny znikomego pyłu – kłamliwie świecących ludzkich radości i wszystkie złudy życia umiejąca szponami zimnej refleksji potargać na szmaty nędzy ostatecznej i nieuniknionej.

...Więc nie dość jeszcze, że dziesięć lat trudu kobiety żywiło twe kalectwo, pasożycie – poświęcić ci ma jeszcze i ostatnią resztkę plonu swych wysiłków?... Kocha cię, więc ci powinna za to zapłacić, w imię swej dla ciebie miłości powinna pozwolić ci, abyś ją ograbił, jak złodziej ograbia kieszenie śpiącego.

Jeszcze w zamiarach Wita stanowczy zwrot nie nastąpił, a już ogarnęło go uczucie, jak gdyby po jednym, krótkim błysku jasności wracał na zawsze do opuszczonych na chwilę pieczar, a mrok, jakim był otoczony od lat dziesięciu, nigdy nie wydał mu się bardziej niż w tej chwili ponurym i bezdennym.

Wtem zadzwonił w powietrzu wesoły głos kobiecy:

– Braciszku!... Gdybyś wiedział, jaką ci wieść przynoszę!... Przyjechał ten sławny okulista, o którym mówiliśmy tyle razy... Przywrócił już podobno nadzieję kilku osobom, które wszyscy lekarze opuścili... Pójdziesz do niego!... Rozbijemy wszystkie moje skarbonki – a pójdziesz!... I to dziś jeszcze!... Prawda?... Boże! co za szczęście!...

Przez chwilę Wit, porwany jak burzą tym wybuchem szczerej radości, zmagał z nadludzkim wytężeniem swe samolubstwo, wybladły, z tchem zapartym, nie mając siły wybrać między zrzeczeniem, się snu o szczęściu a przedłużeniem go w sposób niegodny.

– Czemu nie mówisz nic? – zdziwiła się siostra. – Boję się, że się trochę zmartwisz... – odrzekł spokojnie. – Byłem już w sekrecie przed tobą u tego lekarza, i dałem mu się zbadać.

– Cóż powiedział?...

Ciszej, zupełnie suchymi ustami, odparł czym prędzej.

– Że przychodzę za późno o całe lat dziesięć.


ZA MĄŻ

Dorota Łuś jest wdową po maszyniście kolejowym. Mąż jej opuścił ten padół kradzieży, prostytucji, pijaństwa i zgromadzeń ludowych głównie z powodu nieuleczalnej słabości do napojów wyskokowych. Że jednak śmierć zaskoczyła międzynarodowego pijanicę w godzinach służby, więc dla Doroty wdowieństwo stało się na loterii życia podwójnym ternem, uwalniając ją najpierw stosunkowo wcześnie od tej plagi dozgonnej, za jaką przeważną większość kobiet zamężnych uważać zwykła po przejściu miodowych miesięcy – męża, nadto zapewniając jej znaczną emeryturę i łakomy dla próżności tytuł wdowy po „męczenniku pracy”, uwiecznionym w napuszystym nekrologu kroniczki robotniczego świstka. Spokojna o jutro, obdarzona przez niebo jednym tylko dzieckiem, dwudziestoletnią dziś córką Andzią, kulawa na jedną nogę, co jej pozwalało bez obrazy boskiej i ludzkiego zgorszenia próżnować całymi dniami – Dorota była w przyziemnym światku przedmiejskiego gminu uosobieniem kobiety „szczęśliwej” w oczach obarczonych bębnami, toczących wieczną wojnę z chłopem, zapracowanych kum i sąsiadek, które patrzyły na nią zazdrośnie, jak na wybraną przez los.

A przecież tę kobietę szczęśliwą jadła troska – troska matki o Andziny przyszłość.

Andzia jest czerwoną, tęgą i zdrową dziewuchą. Ma piękne białe zęby, którymi rada świeci, ma geniusz hafciarski, w którym, dzięki emeryturze matki, więcej szuka chluby niżeli dochodów, ma niebywałe szczęście do mężczyzn i co kwartał innego narzeczonego, nie może tylko w żaden sposób po całych tuzinach zaręczynowych pierścionków ślubnego się doczekać.

Obecnie także nie jest bez wielbiciela. Czeladnik introligatorski. Bardzo wesoły chłopak, łgarz trochę i, szczerze mówiąc, ospowaty, ale zresztą do rzeczy. Matce wycałowuje ręce z namaszczeniem szczerego kandydata na zięcia, z córką zaś... ale to sprawa między młodymi. Ożeni się z nią przecie. Dlaczego nie miałby się ożenić, skoro ją lubi i widzi, jak mu są rade obydwie. Spędzałby tu u nich każdy wieczór, pyskując całymi godzinami z dowcipem i werwą, że szukać?... Powracałby dzień w dzień, z coraz to innej strony, z niezmiennie świeżym zapałem do tego samego wciąż tematu: założenia „na siebie” pracowni introligatorskiej?

Dyskursy tego rodzaju świadczyły w oczach Łusiowej i Łusiównej niezbicie, że młody człowiek nie jest lekkoduchem, że patrzy na życie serio, myśli o przyszłości i ma wysokie aspiracje. To też zalewały jego niezmordowane gardło herbatą, nie żałując cukru, przystawiając na zakąskę to pierogów z obiadu, to klusek, to przysmażonych ziemniaków, przy czym koroną traktamentu były zawsze grzane w ukropie „wirsztle”, które wdowa podawała adoratorowi córki z miną tak solenną, jakby to danie wyposażyć chciała w szczególne symboliczne znaczenie. Symbol tkwił również w wilczym apetycie ugaszczanego. „Zostań z nami, a tak ci będzie do śmierci I...” – zdawały się mówić lica kulawej maszyniściny, gdy równocześnie łakome usta ospowatego młodzieńca uśmiechały się niewyrzeczonym: – „Lepiej niż u was nie byłoby mi chyba i w niebie!”

Ponieważ stanowcze słowo konkurenta wbrew gorącemu oczekiwaniu i nadziei dotąd nie padło, Dorota, chcąc skrócić chwile niepewności, zapytała raz praczkę, z którą zajmują do spółki, dla taniości, półciemną suterenę w oficynce:

– Jak też pani Gzygzakowa myśli: ożeni on się z Andom czy nie?

Nie byłaby matką, gdyby wątpiła choć przez sekundę, że usłyszy odpowiedź: tak.

Tymczasem praczka, traktująca spoza swej balii zaloty introligatora dość ozięble, odrzekła krótko, sucho, trzeźwo:

– Ale gdzie! – nie podnosząc wcale oczu od prania i nie przestając ani na chwilę przebierać czerwono – sinymi rękoma w śnieżystych bukietach mydlanej piany, jaka wypełniała wnętrze balii, połyskującej niby mały stawek pomiędzy dwiema białymi górami mokrej bielizny.

– Dlaczegóż to?... – zapytuje Dorota wylękła, czując, że serce poczyna jej słabiej uderzać.

– Bo nie.

Pewny ton tych strasznych słów przejął Dorotę dreszczem.

– Przecież, jeżeli kawaler chodzi tyle czasu... i lubią się... i z żadną go inną nie widać... Po cóżby tak robił?...

Praczka wykręcała właśnie całą mocą żylastych, aż zbłękitniałych od ciągłej wilgoci ramion sztukę bielizny.

– Po to, żeby zjeść kolacjom – odsapnąwszy, wyrzekła z uśmiechem świadomej siebie życiowej mądrości.

Cynizm tych słów oburzył optymistyczną duszę wdowy.

– Iii, co też pani Gzygzakowa wygaduje!...

– Nie daj mu pani jeść choć przez tydzień, a zobaczy pani, co będzie.

Tej samej nocy wdowa, sypiająca z córką w jednym łóżku, zakomunikowała jedynaczce, pod kołdrą, opinię praczki o pobudkach gorliwości konkurenta – co Andzia przyjęła, tak żywym rzucaniem się po posłaniu, aż łóżko zaczęło trzeszczeć i matka przestrzegła:

– Lezie, bo się zawalimy.

– Kiedy mnie takie porywają złości... I mama Gzygzakowej uwierzyła?

– Któż wie, moja ty?... Różne są ludzie...

Najbliższych dni ugaszczały chwackiego introligatora z niejaką rezerwą, skrępowane trochę wobec niego, siebie i praczki. Kawaler, zwąchawszy, że ktoś mu tu buty uszył, był oczy wiście nieswój, upiór podejrzeń zawisł w pogodnej dotąd atmosferze suteren.

Matka i córka przechodziły tymczasem burzę zmiennych uczuć, patrząc chwilami na praczkę jak na skończoną intrygantkę, to znów na adonisa jak na hultaja spod ciemnej gwiazdy, fałszywego „jak wszystkie chłopy”.

Mimo to po wizycie obie wzięły jego stronę, matka, chwycona za serce zwieszonym nosem chłopca, córka, przekonana o jego serdecznych zamiarach wytrwałością, z jaką kopał ją pod stołem przez cały wieczór w odciski. Ambicja jedynie, aby nie dać się wykierować na dudka,

z jednej strony, z drugiej zaś skąpstwo, przestrzegające, by nie dać się darmo objadać, sprawiły, że przez dni trzy z rzędu introligator był przyjmowany „na sucho”, skutkiem czego nie pojawił się więcej.

Praczka wówczas:

– Widzi pani?!...

Wdowa, przygnębiona ciosem, obliczała w milczeniu pary kiełbasek, pożarte przez chytrego gacha od początku zalotów.

Córka, z duszą pełną złorzeczeń pod adresem praczki, próbowała tłomaczyć wesoło:

– Może chory?... Może go coś zaszło? Lecz po tygodniu zerwanie stało się faktem niewątpliwym i wdowa, zgryziona, lecz pełna szacunku dla znawczyni dusz, praczki, szepnęła z goryczą, oddającą cały ból życia:

– Och! te introligatory!... Tak samo pół roku temu biadała: och! Te szewcy!... – a przed rokiem: och! ci drukarze – przechodząc w nieodmiennej kolei życiowych rozczarowań wszystkie fachy, przed ostatecznym, gdy już wszelka nadzieja zgaśnie, odwiecznym, lapidarnym:

– Och! ci mężczyźni!...

Andzia chociaż zła strasznie na introligatora, na praczkę, na cały w ogóle świat, ze wszystkich sił udaje, że sobie nic z utraty konkurenta nie robi, nie kryjąc wcale, że ma w zapasie do wyboru kilku takich, których zdemaskowany wyjadacz w piętę pocałować nie wart. Nie mogła się nadziękować praczce za to, że otworzyła im oczy na brzydki charakter młodzieńca, omal jej nie ucałowała.

W łóżku jednak, po zgaszeniu światła, szepnęła matce:

– Żeby sobie mama wiedziała, że to wszystko robota tej małpy. Obmówiła go przed nami a nas z pewnością przed nim, bo jej było zazdrość, że nie może wylizywać naszych garnków. Ja mamie mówię: jak mama kogo innego nie weźmie na mieszkanie, to ja do śmierci zostanę starom pannom.


ZAJĄCE

...Dlaczego z takim rozmarzeniem w oczach rozglądam się po okolicy?...

Byłem tu pięć lat temu na cudownej wycieczce, która przypomniała mi się właśnie w całej swej krasie... i stąd to westchnienie...

Byłem na niej z Stasią... Tak, z tą, której fotografia uderzyła cię raz takim poczciwym wyrazem oczu...

Zostawiwszy cały ładunek wujów jej, ciotek, ojców i matek chrzestnych, przerażonych odległością zamku, w stacyjnej restauracji nad kuflami, bez których nie ma dla tego towarzystwa pięknej okolicy ani przyjemnej wycieczki, puściliśmy się sami we dwójkę pod bieg strumyka w las, goniąc z miejsca na miejsce bez upamiętania, jak wypuszczone na wolność zwierzęta lub dzieci, aby pochłaniać oczyma łakomie tysiączne niespodzianki, w jakie niebo, drzewa, kamienie i woda układały się przed nami, opromienione cudotwórczym blaskiem wiosennego słońca.

Ach! jak nam było błogo, jak dobrze!... Jak młodymi, silnymi, wolnymi czuliśmy się, z dala od chcącego nas swatać otoczenia podstarzałych faktorów małżeństwa, których każdy gest, słowo, rzut oka, mówiące do znudzenia ckliwie: – „kochajcie się, dzieci” – brudziły wiośnianą nieskazitelność naszej bezinteresownej miłostki.

Przebijając się przez gąszcz, zbiegając pędem z stromych ścieżek, zbierając leśne kwiaty, ścigając motyle, pojąc się wonią traw i iglic, przyjmowaliśmy w siebie – jak hostię – tego boga niewidzialnego, wszechobecnego... powietrze!... który jest zdrowiem i życiem, i w bezbrzeżnym uszczęśliwieniu istot, doznających złudzenia wolności zupełnej, zamienialiśmy najpiękniejszy i najczystszy z ślubów: szczery pocałunek – w najświętszej świątyni: przyrody.

Dziewczyna moja była dnia tego milutką jak nigdy. Z jej szczupłej twarzyczki biła wezbrana radość, w oczach jaśniał przeczysty blask rozpiętych nad nami lazurów i iskry, zażegnięte słońcem, rozpustnie jarzącym się nad naszymi głowami, jak ogniste strzałki zapalały się i pryskały na około. Zdyszana i uśmiechnięta, rozglądając się po szczytach wzgórz, raz po raz pytała: – Gdzież jest nareszcie ten zamek?

A gdyśmy w końcu ujrzeli szczerbate jego mury poza jedną z wyniosłości w delikatnym błękicie oddalenia, klasnęła w ręce z uciechy i głucha na perswazje, odgarnąwszy z czoła rozwiane pasma włosów, rozrumieniona i spocona, w śmiałych poruszeniach chłopca, którym tyle dodawała wdzięku kokieteria jej płci, puściła się pierwsza pod górę.

Na koniec, rozgrzani uciążliwym marszem i podrapani przez gałęzie, stanęliśmy u podnóża ruin, wielkiej kupy na pół rozwalonych murów, zalegających wierzch góry jak skamieniały, rozsypujący się w gruzy, trup przedpotopowego zwierza. Podczas, kiedy Stacha dreptała w miejscu pociesznie z niecierpliwej ochoty dostania się co rychlej do wnętrza zamku, mały, obdarty, bosy, szkaradny pastuszek z batem w ręku i w olbrzymim kapeluszu słomianym na głowie, podbiegł na dół do chaty leśnego po klucz, zostawiając na naszej opiece dwie krowy pstrokate, które ze schylonymi łbami kroczyły noga za nogą w las, skubiąc trawę, mrugając oczyma i zatrzymując się co chwila.

Niebawem przekroczyliśmy zamkowe podwoje i zanurzyli się w zimnym cieniu sieni, z tym żywym wzruszeniem, jakie przejmuje nas w nowych miejscach.

Poczęło się zwiedzanie wszystkich kątów, od bramy wjazdowej, nad którą rozlatywał się do reszty na słotach i wietrze napuszony herb fundatora, słynnego opoja, awanturnika i zabijaki, wykuty temu wieków trzy, aż do pokrajanych scyzorykami marmurowych odrzwi wewnątrz gmachu, gdzie ręce tysiąca współczesnych zer znaczyły swą kilkuminutową bytność imionami, nieznanymi nikomu, nic niemówiącymi, jak mucha ciemną plamką znaczy złocony inicjał pergaminowego foliału, na którym spoczywała przez chwilę.

Zwolna począł nas przenikać grobowy nastrój rozwalonych wnętrz, które czas niszczył, jakby znęcając się nad resztką potężnego dzieła, a słońce-szyderca maiło dziką roślinnością i malowało we wspaniałe, gorące barwy lata.

Potem zaczęliśmy odbudowywać w wyobraźni gmach, przekształcony zniszczeniem, odtwarzaliśmy pozbawione sufitów, ścian i posadzek komnaty, sale, napełniali je sprzętami, ludźmi, życiem sprzed trzech stuleci, aż po zręby muru, oddzielającego stare zamczysko od cudownej panoramy łąk, wsi i lasów, aż po ciemne podziemia, stęchlizną i chłodem spod zapadniętych sklepień ziejące.

Stacha z trzeźwą praktycznością biednego dziewczątka, przerabiającego po sześć razy te same sukienki i kapelusze, żaliła się, że zamek stoi pustką, nieczuła na bezużyteczną piękność ruin.

– Powinni to odbudować, zamieszkać.

Hrabia jednak, właściciel tego szmatu ziemi, wzniósł sobie w innej stronie rezydencję.

– Hrabia U...? – podjęła żywo. – Czy to ten, o którym zeszłego roku opowiadano, że?..

Tak jest, ten sam, którego awanturką miłosną, tu, w pobliżu ruin rozegraną, zajmowało się przed rokiem całe miasto.

I aby nie napinać jej ciekawości, aby wyrzucić z siebie część wstrętu, powtórzyłem z szczegółami, jakie powtarzali wszyscy, to zdarzenie, w którym pewien ojciec, przedsiębiorczy, lecz goły, przyjechał umyślnie do U. na letnie mieszkanie, aby podsunąć ładną córkę bogatemu rozpustnikowi, a skoro tenże postąpił z nią tak, jak chce natura, jak sam chciał, jak chciała ona i jej rodzice – stary zjawił się niespodzianie z rozwianym włosem strasznie pokrzywdzonego rodziciela i pod grozą procesu o uwiedzenie małoletniej, kazał sobie grubo zapłacić za miłosne sukcesy paniczyka.

Dziewczyna moja z szlachetnym oburzeniem, które tak miłym czyni jej rodzaj naiwności, otrząsnęła się z wstrętu, nazywając ten handel czymś bez miary ohydnym.

Ohydne?... hm, zapewne... Co do mnie jednak, oświadczyłem, że znajduję to przede wszystkim... ludzkim, „naturalnym”, zwykłem, i mimo wielkich ocząt Stasi a raczej dla nich właśnie, zapuściłem się w dowodzenia przekorne, nie szczędząc ironii.

– Ludzie urządzili sobie życie, widzisz mój dzieciaku, w taki sposób, że za każdą jego chwilę, każdą cząstkę składową, pieniędzmi musi się płacić. Aby te zdobyć – zdobyć koniecznie, pod grozą śmierci, bo bez nich istnieć niepodobna – trzeba mieć nieustannie coś do sprzedania, coś mniej lub więcej poszukiwanego, za co zapłacą nam także. Tak wszystko, co dzieje się na świecie, przybiera formę wielkiej, nieustającej, powszechnej handlowej szacherki. Wszyscy sprzedajemy nasz geniusz, naszą pracę, naszą rzetelność lub podłość, nasz rozum lub głupotę, gadulstwo albo milczenie, naszą miłość, nienawiść, dobroć i okrucieństwo, naszą duszę i ciało, w całości lub częściowo, za gotówkę, drogą wymiany i na raty – a kto z nas nie ma nic własnego do zbycia, aby z próżnymi rękoma nie jawić się na targu, trudni się sprzedażą rzeczy cudzych, kupczy cudzą pracą, ciałem, dowcipem, uczciwością, grzechem, jest przelewaczem lub przekupniem rzeczy kradzionych, podrabianych, wyłudzonych, pożyczonych, najętych – wszystko to, aby „żyć” – żyć!... to jest szachrować dalej i przekazać swą sztukę następnej generacji za pośrednictwem swych uczniów lub dzieci. Obejrzyj się tylko, a przyznasz mi rację.

...Otóż, jeżeli ktoś za dobre pieniądze sprzedaje córkę, która gotową by była uczynić to sama, ale z powodu braku doświadczenia sprzedałaby się zapewne taniej, a więc ze stratą – daje on w tym wypadku przykład trochę tylko jaskrawszy tego samego, co dookoła w tysiącznych formach robi ogół, tylko może robi w sposób mniej wyraźny, zręczniejszy, bardziej przyjęty, nie tyle zazdrości budzący. Zresztą są kraje, gdzie inaczej nie zdobywa się kobiety, jak tylko drogą kupna. Miejscowy gatunek moralności nie tylko nie uważa tego za rację do gorszenia się, lecz nakazuje to nawet. Tylko, co tam dzieje się po prostu, jawnie i otwarcie, u nas robią pod osłoną dziwacznych form, po kryjomu, obłudnie, po złodziejsku.

Zostawiła mi zupełną swobodę mówienia, zachowując dla siebie wolność pełnego poczciwie naiwnej dumy niesłuchania.

Stacha nie lubiła rozumowań, bała się instynktownie sarkazmu, nie będąc mu w stanie sprostać swą ptasią, trochę, główką. Wolała naiwne żarty, ploteczki, sentymenty. Była optymistką, czym szczyciła się wielce, mnie zaś uważała za godnego współczucia mizantropa, który od czasu do czasu musi odchorować swój paroksyzm zgryźliwości, przechodzący bez następstw, jeżeli nie stawiać mu tamy.

Oddana głupiutkim zachwytom marzycielki z dobrem sercem, lecz bez wielkiego polotu, słuchając śpiewu ptaków i wodząc rozradowanym wzrokiem po okolicy, szeptała raz po raz wśród westchnień: „jak tutaj ślicznie!...” – cała w rozkoszach tuzinkowej niedzielnej sielanki. Przy tym zamek czarował ją coraz bardziej, w miarę jak jej wskazywałem jego malarskie piękności. Patrząc nań, zapadała zwolna w romantyczny sen na jawie, jak gdyby miała przed sobą ilustrację bardzo wzruszającego, bohaterskiego romansu na tle historycznym. Z jej spojrzeń rozmarzonych, z urwanych uwag, przebijała coraz wyraźniej owa płytka, ckliwa i głupia, bezkrytyczna cześć dla wszystkich w czambuł fałszów, jakimi zbiór baśni, zwany historią, tak szczodrze raczy naiwnych.

Począłem szydzić w przyjacielski sposób z prostodusznych jej ideałów. Słuchała w milczeniu, zaniepokojona i zgorszona, jakby świętokradztwem, tymi poglądami na rzeczy, przez ogół jej poziomu umysłowego równie łatwo przyjmowane za wielkie i święte, jak łatwo dziki bierze kawałek ostruganego kija, kamyk lub żabę za bóstwo na pierwsze skinienie swoich kapłanów.

– Sam przecież mówiłeś, że to piękne? – przerwała mi w tonie zarzutu, wskazując ruiny.

– Mury? czy to, co się w nich działo?...

Zaczynaj wszystko od początku!...

Na szczęście zjawił się chłop z poziomkami. Ten widok uciszył w nas natychmiast różnice opinii.

Zakupiwszy po krótkim, zwyczajowym targu cały zbiór, usiedliśmy w zgodzie na stoku pagórka pod bramą zamku i poczęli jeść wyborne jagody najpierw po jednej, po dwie, potem całymi garściami, z żalem połykając ostatnią.

W chwili, kiedy Stacha otrzepywała z listków sukienkę, a ja obejrzałem się za chłopem, aby go zapytać, czy nie ma więcej poziomek, naraz uderzyła mnie w przykry sposób jego twarz chuda, nędzna odzież i owo obrzydliwie smutne piętno sponiewierania, skarlenia w całej postaci, cechujące pewne typy chłopów i chłopskich szkap.

– Musi tu być bieda w okolicy? – spytałem. Potwierdził, zrazu apatycznie, jak rzecz nie nową, nad którą biadać daremnie. Potem rozgadał się.

Wieś liczy z trzysta chałup, zamieszkałych przez samą biedotę bez ziemi. Wynajmują grunt od hrabi małymi kawałkami, położonymi najfatalniej, i których wiatr wywiewa a deszcze spłukują rok rocznie większą część plonu. Wyżyć z tego niepodobna, więc we wsi ciągłymi gośćmi choroby i głód.

– Ale wszystkiemu-by się dało radę, żeby tylko nie te zające.

– Jakie zające?...

Zające hrabi. Dobra U. chlubią się wspaniałym polowaniem. Okolica obfituje szczególniej w zające, które to żyją tysiącami – z chłopskiej pracy, ponieważ grunta, dzierżawione przez chłopów, przytykają do lasów, pełnych zwierzyny, za której tępienie, nawet w obronie zasiewów, zarząd dóbr wymierza surowe kary. To też zające, przywykłe do zupełnego, wyjąwszy czas łowów, bezpieczeństwa swej skóry, tyle robią sobie z człeka w chłopskich łachach, co wróble z stracha w zbożu i pasą się spokojnie na chłopskich polach, aby sportsmeni mieli do czego strzelać w sezonie polowań.

Dusza moja była podówczas obłożnie chorą na ostry altruizm, zawrzałem więc nadzwyczaj szlachetnie udrapowanym oburzeniem na tę krzywdę „braci w sukmanie”, zestawiając ją w myśli patetycznie z gwałtami raubritterów w czasach jawnego panowania praw pięści.

– Ależ brońcie się! skarżcie! szukajcie sprawiedliwości!

Chłop machnął ręką po desperacku. Gdzie jemu toczyć wojnę z hrabskim zającem!...

– Czy słyszałaś coś podobnego?!... – zwróciłem się do Stachy.

Stacha... Ach! Stacha miała łzy w oczach, kobiece, naiwne, łatwe, jak rosa znikome, ale serdeczne łzy współczucia... Odczuła więc szkarady!... Teraz będzie można zakołatać do jej duszyczki, dla tylu rzeczy zamkniętej, i zbudzić ją do czegoś więcej nad instynkty samiczki i mrzonki dziecięce.

Pociągnąłem ją w las i jak ludowy mówca, gdy ujrzy przed sobą gromadę łatwowiernych głuptasków, począłem perorować z zapałem:

– Widzisz?!... Widzisz, co z chłopa zrobiono?... co zrobiono z człowieka?!... I tak dalej – w duchu sztandaru, zwanego przez jednego z moich przyjaciół: „czerwonym skandalem”, pod którym nigdy wprawdzie nie szedłem, ale na który patrzyłem czas jakiś nader protekcyjnym okiem. Filantropijny mój wywód trwał z półtorej godziny i podobał mi się ogromnie. Byłem pewny, że tyle kwiatów wymowy nie mogło na dobrą główkę Stachy spaść bez skutku, więc kiedy dał mi się uczuć ubytek werwy i wyrzucane z ust okresy coraz mniej okrągło były zakrojone – zapytałem jej, co o tym wszystkim myśli.

Rzuciła mi się na szyję za całą odpowiedź, dając do zrozumienia, że woli mnie całować, niż biadać na próżno nad tym, co tam z cudzymi zającami mają gdzieś chłopi. – Żal mi ich, prawda, biedacy... Ale czy warto o tym rozprawiać, kiedy im pomóc nic można?... Tak jak jest, było przecie zawsze i zawsze tak zostanie... Wszystkim ludziom nie może być dobrze, to trudno... A zresztą – myśmy temu nie winni, więc co nas to obchodzi...

Trzeba być pozbawionym zupełnie żyłki wygłaszania porywających przemów, aby nie zrozumieć, jak strasznie mnie ubodła taka odpowiedź jedynej słuchaczki...

Srodze zawiedziony, stając się naraz zupek nie nieczułym na jej umizgliwe minki i szepty potulne, zakopałem się w oziębłym milczeniu i odprowadziłem czym prędzej, z widoczną urazą, na stację samiczkę, która nie umiała być takie „człowiekiem”. Zerwaliśmy...

W dwa lata potem zaślubiłem moją obecną żonę, kobietę – człowieka, społeczniczkę, działaczkę, wziąłem za nią wieś, i po epoce akademickiego ubóstwiania chłopa z szpalt socjalistyczne] szmaty, zacząłem zapoznawać się osobiście z żywym, prawdziwym chłopem.

Panie na, wysokościach!... Ty bądź mi świadkiem, czy nie dałbym dzisiaj upuścić sobie krwi kwaterkę za to, aby bodaj za pośrednictwem zajęcy znaleźć możność poszukania odwetu za wszystkie przykrości i szkody, jakie mój brat w siermiędze wyrządza swemu niegdyś najgorętszemu wielbicielowi: w lesie, w polu, na łące, w stawach, w sadzie i wszędzie...

Niestety!... ustawę o zającach zmieniono dzięki zabiegom mej żony i armii takich samych jak ona wariatek na korzyść chłopa, a ja, bezsilny, zwyciężony orędownik drapieżców, zwanych sielankowo „maluczkimi”, przyznając po niewczasie rację pełnemu prostoty światopoglądowi mej Stachy, daremnie dzisiaj wzdycham za utraconą bezpowrotnie (wyszła za konduktora kolejowego i powiła już po dwakroć bliźnięta) kobietą-samiczką – mając przed oczyma to, czegom chciał, kobietę-człowieka, która nie posiada wprawdzie ani ust, ani piersi, ani bioder, ani bajecznej sztuki całowania mojej Stasi, ale za to pisuje artykuły, którymi redakcję napychają kosze, bierze udział w ankietach, wydziałach, konferuje z społecznikami, przewraca w głowach chłopom, wygłaszając od rana do wieczora z zapałem, moje dawne frazesy, z których mnie dzisiaj nawet śmiać się nie wolno, jakbym pragnął, bo miałbym zaraz o to przez cały tydzień z babą piekło.