Obrońca nocy - Agnieszka Lingas-Łoniewska - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 334 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 9 godz. 20 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Obrońca nocy - Agnieszka Lingas-Łoniewska

Gorąca, mroczna, seksowna.

 

Nocny Łowca, samozwańczy obrońca mieszkańców Miasta Aniołów i James Maseratti, milioner, którego prawdziwą twarz poznała Melisa Mallory – najlepsza dziennikarka śledcza. Każde z nich ukrywa przed światem pewną tajemnicę…

 

Kiedy tłem są wzgórza Hollywood, wszystko się może zdarzyć, nawet miłość, jaka nie miała prawa się narodzić…

 

Autorka bawi się formą, zapraszając nas do nieco komiksowej opowieści z elementami fantasy, gdzie jednak zło i zagrożenie są realne, a uczucia gorące i buzujące od pożądania.

Opinie o ebooku Obrońca nocy - Agnieszka Lingas-Łoniewska

Fragment ebooka Obrońca nocy - Agnieszka Lingas-Łoniewska







Strona redakcyjna


Prolog

Ojcze Marsie, błagam i proszę, byś dla mnie, dla mego domu i całej rodziny był zawsze dobry i życzliwy. Aby zjednać twą łaskę, dookoła mej roli, mej ziemi, mego gruntu oprowadzam ulubione twoje zwierzęta ofiarne – świnię, owcę i wołu. Zachowaj nas od wszelkiej choroby, widzianej lub niewidzianej, od powietrza i głodu, i od wszelkiej szkody. Wszystkim płodom ziemi, zbożom i winnicom i sadom użycz urodzaju. Strzeż pasterzy i bydła, a mnie, memu domowi i całej mej rodzinie daj zdrowie i szczęście.

(Modlitwa do boga wojny – Marsa, który należał do najstarszych bóstw italskich. Jego imię należy tłumaczyć jako męską siłę czy też stwarzającą życie. Był również opiekunem roślin, zapewniającym ich wzrost. Bogiem, który wskrzesza naturę do życia.)


Zrzucę tarczę swoją i obronię całe miasto, a ci, którzy dobru się sprzeniewierzą, karę poniosą okrutną. Bo ja jestem obrońcą waszym i wojownikiem, który krew swą przeleje w imię sprawiedliwości, wolności i bezpieczeństwa.

1

Melisa Mallory obiecała sobie, że do końca roku ukończy tę książkę. Przyrzekła także, że nie da sobie odebrać wyłączności na artykuł, nad którym pracowała od ostatnich sześciu miesięcy. I zaszła już tak daleko, że gdyby ktoś teraz próbował przeszkodzić jej w zakończeniu tej sprawy, nie skończyłoby się to dobrze. Dla tego kogoś, oczywiście. Najgorsze było to, że jej gazetę miał kupić nowy wydawca, bo firma, która zarządzała aktywami „L.A. Night”, niestety wpadła w finansowe tarapaty. I w sumie od początku wszyscy wiedzieli, że jedyna osoba, która jest w stanie przebić każdą cenę, to potentat na rynku prasowym, wydawniczym i telewizyjnym, czyli właściciel Maseratti Enterprises. Wszyscy w redakcji, łącznie z prezesem, nie byli z tego tytułu zbytnio szczęśliwi. Każdy najgorszy szef byłby lepszy od tego, który się im szykował. Ale Melisa zupełnie się tym nie przejmowała, tylko robiła swoje. Długo walczyła o prawo pierwszeństwa do tego artykułu i gdy je zdobyła, nie miała zamiaru poprzestać na półśrodkach. Dlatego podejmowała wiele ryzykownych działań, które przyprawiłyby jej bliskich o stan przedzawałowy. Ale... rodzina mieszkała na wschodnim wybrzeżu i do końca nie była wtajemniczona w tajniki profesji Melisy. A ta nigdy nie używała w obecności krewnych terminu „dziennikarka śledcza”. I teraz zbierała materiały do dużego, cyklicznego artykułu, który ukazywał się co dwa tygodnie w piątkowym wydaniu „L.A. Night”, a dotyczył nowej plagi, która zaatakowała Los Angeles. Był to ToxicCristal, najbardziej uzależniający narkotyk, jaki kiedykolwiek wyprodukowano. Po pierwszym zażyciu sprawiał, że człowiek czuł się niepokonany, silny i mogący przenosić góry. Natomiast po drugim powodował, że wpadało się w głęboką depresję i jedynym wyjściem z niej, było zaaplikowanie kolejnej, lśniącej granatowej tabletki, która na wolnym rynku kosztowała pięćdziesiąt dolarów. Najgorsze było to, że za każdym razem człowiek potrzebował coraz większej dawki i w końcu popadał w taki marazm, że kończyło się to nader brutalnym odebraniem sobie życia. Odkąd narkotyk pojawił się na rynku, czyli od około ośmiu miesięcy, w samym Los Angeles odnotowano ponad osiemdziesiąt przypadków takich właśnie samobójstw.

Teraz Melisa siedziała w pokoju, który dzieliła między innymi z Miltonem Knox, zajmującym się, wśród tysiąca innych tematów, także kroniką towarzyską. Był on dwudziestopięcioletnim niskim blondynem z niesamowicie niebieskimi oczami i długimi czarnymi rzęsami, które niejedną kobietę przyprawiały o szybsze bicie serca. Niestety, Milton nie gustował w płci przeciwnej i od czterech lat związany był z jednym z najbardziej topowych w Mieście Aniołów fryzjerów, Giannim Prosco, specjalizującym się w czesaniu głów celebrytów. Melisa przyjaźniła się z Miltonem. Wraz z Eve Lindsen zaliczał się do najbliższych i oddanych ludzi, którym ufała bezgranicznie. Zarówno on, jak i Eve, byli jej jedynym wsparciem podczas trudnego rozwodu z Thomasem, trzydziestopięcioletnim gliniarzem, który trudy swojej pracy odbijał na twarzy Melisy. Ta w końcu stwierdziła, że albo się od niego uwolni, albo już na zawsze zostanie jego workiem treningowym. Ta druga opcja nieszczególnie jej odpowiadała, więc postanowiła jednak spróbować odejść. I dwa lata temu, w swoje trzydzieste urodziny podpisała papiery rozwodowe, raz na zawsze kończąc temat pięcioletniego małżeństwa. Teraz była jedną z najbardziej uznanych dziennikarek śledczych gazety „L.A. Night”, a także autorką książki traktującej o utraconej miłości, ale nieutraconych marzeniach, która to przez wiele miesięcy znajdowała się na liście bestsellerów kobiecej literatury. I pracowała nad kolejną powieścią, noszącą roboczy tytuł Człowiek Ciemności. Melisa nie ukrywała przed Eve i Miltonem, że kanwą tej historii jest ten, o którym całe miasto mówiło, którego bali się przestępcy, a policja nienawidziła. Za to opinia publiczna była w nim zakochana i nie było dnia, żeby jego postać nie pojawiała się w wieczornych wiadomościach bądź w porannej gazecie. Nawet w popołudniówce, w której pracowała Melisa, poświęcano mu osobną rubrykę.

Tak...

Nocny Łowca był na ustach całego miasta.

Pojawił się po raz pierwszy nieco ponad rok temu i od razu sprawił, że nieważne gdzie, nieważne kiedy, ale prawie wszędzie mówiono o nim.

Obrońca niewinnych.

Strażnik miasta.

Bóg wojny.

Postrach zła.

Bohater.

Obiekt westchnień.

Takie i inne tytuły pojawiały się niemal codziennie na okładkach kalifornijskich gazet. Facet zjawiał się znikąd, ubrany na czarno, w kapturze głęboko nasuniętym na oczy. Wysoki, silny, szybki jak błyskawica. Nieustępliwy i niezwykle skuteczny. Jakby kierowany szóstym zmysłem, był zawsze tam, gdzie popełniane było jakieś groźne przestępstwo. Niezliczenie wiele razy udaremnił popełnienie strasznej zbrodni, morderstwa, gwałtu lub handlu narkotykami. A w tym także handlu ToxicCristal. Najczęściej unieszkodliwiał złych ludzi, podając ich jak na tacy policji. Sama policja nienawidziła samozwańczego stróża prawa i robiła wszystko, żeby go ująć. Jego działania stawiały w złym świetle wszystkich kalifornijskich policjantów, których pracę wykonywał, i to z wielkim powodzeniem. Nikt dokładnie nie wiedział, kim lub czym jest. Jedno było pewne: uwielbiały go tłumy, a nienawidził niemal każdy gliniarz w mieście. Również Thomasa Mallory, który za punkt honoru postawił sobie złapanie tego tajemniczego sukinsyna.

Melisa skończyła pisać kolejny raport. Dotyczył tym razem znalezienia ciała młodej dziewczyny, która rzuciła się pod pociąg. Jej charakterystycznie podkrążone oczy, niemal czarne, od razu były sygnałem, że to kolejna ofiara modnego narkotyku. Melisa, wykorzystując oczywiście sobie znane metody, znalazła się w miejscu znalezienia zwłok i zdążyła zebrać pokaźny materiał, dopóki nie została wyrzucona, tak jak zwykle, przez inspektora Dreyera. Ten ostatni, widząc naprzykrzającą się dziennikarkę, przewrócił oczami i kazał posterunkowemu usunąć ją poza żółtą taśmę, odgradzającą miejsce zbrodni. Robił to zawsze, a ona i tak pojawiała się w każdym kolejnym miejscu przestępstwa związanego z ToxicCristal. Można było śmiało stwierdzić, że łączyła ich niewidzialna nić sympatii i gdyby któregoś dnia Melisa nie pojawiła się koło inspektora, ten byłby poważnie zaniepokojony.

Dziewczyna potarła zdrętwiały kark, wykonała kilka ruchów szyją w przód i w tył, zamknęła laptopa i popatrzyła na zegarek.

– Super... – mruknęła, widząc, że dochodzi północ. A miała zamiar jeszcze dzisiaj napisać chociaż ze dwie strony książki.

Wiedziała, że raczej nic z tego nie będzie. Miała tylko nadzieję, że zdąży na nocny autobus, bo w przeciwnym razie będzie musiała iść do kolejnej przecznicy, skąd odjeżdżał inny środek transportu. Wszyscy się dziwili, dlaczego nie jeździ samochodem, ale Melisa wolała czas, jaki spędziłaby stojąc w korkach, przeznaczyć na sporządzanie notatek – albo do tworzonej przez siebie historii, albo do artykułów, które pisała.

Wyszła z budynku i podążyła w stronę przystanku. Miała wrażenie, że ktoś się jej przygląda. Momentalnie poczuła zimny dreszcz przebiegający przez całe ciało. W ogóle, często miała ostatnio takie sugestywne uczucie, że jest obserwowana. Na początku myślała, że to Thomas znowu próbuje się do niej zbliżyć, ale nigdy go w swoim pobliżu nie zauważyła. Zresztą... poprawka. Nigdy nikogo podejrzanego nie zauważała, a jednak miała dziwne, nieodparte wrażenie, że jest obserwowana. Pokręciła głową, mrucząc do siebie, że popada w paranoję. W ostatniej chwili wbiegła do autobusu i usiadła na samym przedzie. Dlatego nie widziała postaci w czerni, wyłaniającej się zza wyłomu muru.

*

Patrzyłem na nią z bezpiecznej odległości. Wziąłem głęboki wdech i poczułem cytrynowo-kwiatowy zapach jej perfum. Wiedziałem, że nie powinienem, ale to było silniejsze ode mnie. Odkąd dostrzegłem ją na miejscu znalezienia zwłok jednej z pierwszych ofiar tej cholernej toksyny, nie mogłem przestać o niej myśleć. I nie mogłem przestać jej pilnować. Była cholernie denerwująca w tym swoim ciągłym pojawianiu się w miejscach, które samotna dziewczyna powinna omijać w dzień, nie mówiąc już o zmroku. A ona z uporem maniaka łaziła tam, gdzie nie powinna, co doprowadzało mnie do szału. Ale nie tak bardzo, jak jej zapach i wygląd. Jak jej krótkie spojrzenia, błysk czarnych oczu, jak nieznaczny ruch dłoni, którymi odgarniała czarne, gęste włosy z policzka. Była śliczna. Miała indiańskie rysy, lekko skośne oczy, włosy czarne jak heban i ciemnobrązowe oczy. Miałem wielokrotnie okazję, aby się jej przypatrzeć. I potem... Karmiłem się tym obrazem podczas samotnych nocy. Oddałbym wiele, aby móc ją dotknąć. Ale... to było niemożliwe. Przynajmniej na razie... .

*

Nazajutrz Melisa już od samego rana była w redakcji, gdyż miał ich odwiedzić przyszły właściciel gazety „L.A. Night”. Prezes był bardzo podekscytowany, a jednocześnie zdenerwowany, ponieważ szef koncernu Maseratti Enterprises nie należał do łatwych ludzi. Znany był ze swego profesjonalizmu i nader wysokich wymagań, zarówno w stosunku do siebie, jak i do swoich pracowników. Melisa siedziała przy biurku. Ściągnęła sportowe buty, podwinęła jedną nogę, drugą, ubraną w kolorową skarpetkę, machała swobodnie, jednocześnie błyskawicznie przebierając palcami po klawiaturze swego notebooka. Mruczała pod nosem sama do siebie, kręciła głową, wykasowując z ekranu komputera jakieś mniej udane sformułowanie. Nagle zorientowała się, że w pokoju dziennikarzy zaległa cisza. Podniosła oczy i zerknęła na swoich współpracowników. Każdy siedział pochylony i wpatrzony w ekran swojego komputera. Niektórzy rozmawiali cicho przez telefon. Było to coś nowego, bo ogólnie rzecz biorąc w ich dziale panował zawsze hałas i wszechobecny rozgardiasz. Popatrzyła na Miltona, który poprawiał włosy i zachowywał się tak, jakby zaraz miał wyjść na randkę swojego życia. Uśmiechnęła się kącikiem ust, zwinęła kartkę papieru, rzuciła w przyjaciela i spytała na cały głos:

– A tobie co odbiło, Mil?

Ten rzucił jej szybkie spojrzenie, wskazując coś wzrokiem na prawo. Melisa odwróciła się i zobaczyła swego szefa, stojącego w otoczeniu jakichś ludzi. Dostrzegła piękną blondynkę o nogach aż do samej szyi, ubraną w kosztowny i doskonale skrojony kostium. Obok niej stał niski Chińczyk, z długimi włosami zaplecionymi w warkocz. Dalej dwóch młodych japiszonów w idealnie dopasowanych garniturach. A nad nimi ujrzała górującą postać wysokiego mężczyzny, który patrzył teraz na nią. Facet miał przenikliwe ciemnobrązowe oczy, czarne, krótko ostrzyżone włosy, ciemny ślad zarostu na twarzy. Wąski nos, ładne usta, szeroką szczękę. I te oczy. Piękne, okolone długimi, gęstymi rzęsami. Melisa odniosła wrażenie, że spojrzenie przystojniaka przenika ją na wskroś. I już wiedziała, dlaczego jej koleżanki i koledzy tak dziwnie się zachowywali. I dlaczego w pokoju zapadła taka cisza. To był nowy właściciel gazety. Szef wielkiego koncernu. James Maseratti. Wiedziała o nim tyle, co każdy, kto czytał kroniki towarzyskie i w ogóle siedział w tej branży. Facet miał trzydzieści dziewięć lat, nie założył rodziny, za to niemal co tydzień widywano go z inną kobietą przy boku. W ciągu ostatnich pięciu lat kilka razy kupił i sprzedał z wielkim powodzeniem sześć stacji telewizyjnych, a także parę topowych tytułów prasy codziennej. Potem zainwestował w kilka większych wydawnictw, a teraz przymierzał się do kupna jednej z największych w Hollywood wytwórni filmowych. Maseratti wszystko, czego dotknął, zamieniał w złoto. Miał swoich najbliższych współpracowników, doradców i nie dopuszczał do siebie nikogo spoza tej grupy. Wybrańców, jak ich nazywała prasa. Znany był jako trudny i często konfliktowy człowiek, zwłaszcza w momentach, gdy ktoś nie podzielał jego zdania czy nie zgadzał się z podjętymi decyzjami. Teraz słuchał wywodu prezesa redakcji swojej nowej gazety, ale jego wzrok utkwiony był w czarnowłosej kobiecie, która patrzyła na niego ze zmarszczonym czołem, nie przestając machać nogą, ubraną jedynie w pstrokatą skarpetę.

Powiedział coś do szefa redakcji, a ten spojrzał przestraszonym wzrokiem na Melisę i zmarszczył brwi w niezadowoleniu. Milton rzucił szybkie spojrzenie na przyjaciółkę, a ta wzruszyła ramionami, widząc, że cała wycieczka zmierza do jej biurka.

– Meliso, to nowy właściciel naszej gazety, pan James Maseratti – głos szefa wyraźnie drżał. – To jedna z naszych najlepszych dziennikarek śledczych, Melisa Mallory.

– Witam – wstała i podała rękę wysokiemu mężczyźnie. Ten uścisnął jej dłoń dosyć mocno, tak jakby ściskał rękę mężczyzny. Dziewczyna zagryzła wargę, żeby nie wydać z siebie cichego syknięcia.

– Dlaczego siedzi pani w redakcji bez butów? – Maseratti miał głęboki, niski głos, ale sam ton był oschły i lekko pogardliwy.

Melisa spojrzała na niego, tak jakby zapytał, po co jej druga para oczu.

– Nie rozumiem – uśmiechnęła się lekko, ale zaraz spoważniała, widząc surowe spojrzenie swojego nowego chlebodawcy.

– To jest biuro, a nie piknik. Proszę popracować nad wizerunkiem – odparł Maseratti, taksując ją spod zmarszczonych brwi.

– Biorę przykład z nowego właściciela – Melisa, zanim się zastanowiła, wypowiedziała na głos te słowa.

No tak...

Bo James Maseratti, w odróżnieniu od osób mu towarzyszących, ubrany był w wytarte dżinsy, wysokie, zamszowe, podniszczone buty, kremowy golf i zamszową kurtkę. Wszystko nosił z luźną elegancją, a i tak wyglądał jak milion dolarów. Których w sumie miał w nadmiarze. No ale nie był to strój na spotkanie biznesowe, na które przecież właśnie przybył. Tak więc Melisa od razu to dostrzegła i zanim zdążyła się powstrzymać, odgryzła mu się, jak robiła zawsze, gdy ktoś nadepnął jej na odcisk.

Szef zrobił się szary na twarzy i rzucił jej niemal mordercze spojrzenie. Za to wysoki, czarnowłosy mężczyzna nadal patrzył na nią tym surowym wzrokiem, jednak na jego dnie czaiło się coś, jakby tłumiony atak śmiechu, nad którym właściciel czarnych oczu z całych sił starał się zapanować.

– Miło mi było poznać – James Maseratti ukłonił się lekko i powiedział coś do wysokiej blondynki, która szybko zanotowała coś w notesie.

Cała delegacja poszła do drugiego pokoju, w którym siedzieli korektorzy tekstów. Melisa odprowadziła ich wzrokiem i spojrzała na siedzącego naprzeciwko Miltona. Patrzył na nią z troską.

– Co? – rzuciła, siadając po turecku na krześle.

– Czasami hamuj się, mała. Nie chcesz chyba wylecieć z pracy przez swoją niewyparzoną buźkę? – Milton pokręcił głową.

– Jasne. Nie będzie mi tutaj zakichany pan i władca połowy medialnego Los Angeles mówił, jak mam się ubierać – mruknęła, przekładając swoje notatki.

– A swoją drogą czasami mogłabyś się ubrać bardziej... kobieco.

– A ty, Milton, mógłbyś się ubrać czasami bardziej męsko – błyskawicznie odpowiedziała, uśmiechając się złośliwie.

– Zdzira – rzucił bez złości i schował się za ekranem swojego komputera.

– Zawsze możesz na mnie liczyć – odparła Melisa i też pochyliła się nad swoim artykułem.

Po skończonym obchodzie nowej inwestycji James wysłał swoją prawniczkę, a jednocześnie prawą rękę, na lunch z redaktorem gazety, a sam wraz z Chanem, przyjacielem, służącym i trenerem w jednym, pojechał do domu. Nazajutrz miał zamiar wprowadzić pewne zmiany w „L.A. Night”, a także porozmawiać z szefem redakcji na temat pewnego cyklu artykułów pisanych przez jedną z dziennikarek, o której nie mógł przestać myśleć. Dzisiaj go jednocześnie zdenerwowała i rozbawiła. Całą swoją siłą woli musiał się powstrzymać, żeby nie wybuchnąć głośnym śmiechem. Podobała mu się ta dziewczyna. I nie chodziło tylko o jej powierzchowność, bo fizyczność Melisy Mallory stanowiła osobny temat do rozmyślań. Na razie skupiał się na tym, że była zadziorna, zabawna i nie dawała sobie w kaszę dmuchać. James Maseratti nie cierpiał ludzi, którzy się przed nim płaszczyli. A tych, którzy się go bali, traktował jeszcze gorzej. Nienawidził słabości i ślepego poddaństwa. Dlatego cenił odwagę, własne zdanie i szczerość. A tego niewiele miał wokół siebie.

Jego limuzyna wjechała przez automatycznie otwieraną bramę i powoli posuwała się drogą wśród cyprysów, prowadzącą do luksusowej rezydencji, zwanej Maseratti House. Gdy kierowca zatrzymał się przed wejściem, James wysiadł, czekając na Chana, który widział, że jego przyjaciel usilnie nad czymś rozmyśla, dlatego całą drogę milczał, przypatrując się tylko zmrużonym oczom swego szefa. Chan towarzyszył jedynemu spadkobiercy majątku rodziny Maserattich od momentu, kiedy ten skończył dwanaście lat. Chan miał wówczas lat trzydzieści i został zatrudniony jako ochroniarz i kierowca chłopca. Od tamtej pory stali się nierozłączni. Chan znał Jamesa jak mało kto i jako jedyny widział jego prawdziwą twarz. I wiedział, co ten przeżył dziesięć lat temu. Dzięki temu zauważył pewną zmianę we wzroku Maserattiego dzisiaj, tam, w redakcji tej nowo kupionej gazety. W momencie, gdy dojrzał siedzącą przy oknie i machającą beztrosko nogą odzianą w tę okropną kolorową skarpetę, czarnowłosą dziewczynę. Teraz Chan podążył za swym przyjacielem, widząc, że ten udaje się na dół. To oznaczało, że pan Maseratti zamierza pracować. Gdy znaleźli się w jego biurze, do którego nikt nie miał wstępu, nawet Luky, ich prawniczka, James popatrzył na niskiego Chińczyka.

– Chan, dowiedz się wszystkiego na temat Melisy Mallory.

*

Obserwowałem tych gnojków. Wiedziałem, że tutaj zaatakują tego zbłąkanego przechodnia, który znalazł się w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie. Zawsze o piątej dwadzieścia pojawiały się w mojej głowie obrazy. Czasami były bardzo wyraźne, czasami zamazane, ale za to głośne i dobrze przeze mnie słyszalne. Dzięki cudom współczesnej techniki zawsze potrafiłem na czas odnaleźć miejsce, które widziałem w swojej głowie. I czekałem. Tak jak teraz. Czekałem, żeby wymierzyć sprawiedliwość. Żeby ochronić niewinnych. Żeby pomóc policji, która, ograniczona systemem, nie dawała sobie rady. I przede wszystkim... żeby złapać kolejnego chorego gnoja, dla którego zasady, honor i ludzkie życie były nic niewarte. Bo może gdyby przeżył to, co ja, inaczej patrzyłby na świat. Bo ja... Właśnie o piątej dwadzieścia dziesięć lat temu narodziłem się po raz drugi. I musiałem oddać temu światu to, co byłem mu winien za ponowną szansę istnienia. I skażony przeszłością, wspomnieniami, zjawami mieszkającymi w mojej głowie, wiedziałem, że nie po to zostałem przywrócony do życia, żeby nie karać tych, którzy mi to życie zabrali.

I dlatego...

Zostałem tym, kim jestem.

Tym, którego bali się ci chodzący po ciemnej stronie ulic tego miasta.

Tym, którego nienawidzili stróże prawa, nie chcąc dostrzec sensu i ideałów w tym, co robię.

Tym, którego kochali ludzie, jednak tak naprawdę nie rozumieli jego postępowania.

Tym, który żył, a jednocześnie umarł już dawno temu.

To ja...

Obrońca tego miasta.

Afirmator życia.

Bóg wojny.

Nocny Łowca.


Pojawię się w każdej chwili i w każdym momencie, gdy będzie działo się coś złego. Bo misją moją chronić jest każdą osobę w tym mieście, która chce spokojnie i bezpiecznie przejść przez ulicę. A także tę, która sama szuka niebezpieczeństwa. Bo do tego zostałem powołany.

2

Nazajutrz Melisa z samego rana była już w redakcji, bo musiała do godziny dwunastej oddać tekst i raport ze znalezienia na torach kolejowych zwłok tej młodej dziewczyny. W pokoju dziennikarzy natknęła się na zbitą grupę swoich koleżanek i kolegów, którzy oglądali coś na jednym z komputerów. Milton, zobaczywszy przyjaciółkę, zamachał do niej ręką i krzyknął:

– Mel, chodź szybko!

Melisa podeszła do kłębiącej i śmiejącej się grupy ludzi.

– Co się dzieje?

– Łowca znowu się pokazał – powiedział z uśmiechem jeden z kolegów. – Złapał dwóch kolesi, którzy chcieli napaść na jakiegoś faceta. Zobacz, co z nimi zrobił – chłopak przepuścił Melisę, żeby miała lepszy widok na ekran, w który wszyscy się wpatrywali.

– Skąd macie ten filmik?

– Jacyś gówniarze wychodzący z klubu nagrali to na komórkę i wrzucili do sieci – odparł Milton, kręcąc głową.

Melisa pochyliła się nad ekranem komputera i zobaczyła zamazane nagranie, przedstawiające dwóch mężczyzn rozebranych do naga, przykutych do latarni ulicznej w ten sposób, że obejmowali siebie nawzajem, trzymając dłonie ściśnięte plastikową linką na plecach partnera.

Pan Nocny Łowca, oprócz tego, że był szybki i bezlitosny, miał poczucie humoru. Melisa pokręciła głową, uśmiechnęła się pod nosem i poszła do swojego stanowiska. Wtedy zadzwonił jej telefon na biurku. Wzywał ją szef.

– Milton, idę do starego – mruknęła do przyjaciela, który spojrzał na nią zaniepokojony.

– Myślisz, że to po wczorajszym?

– Nie wiem – wzruszyła ramionami. – Dzisiaj mam jeszcze lepsze skarpetki – wyszczerzyła zęby, uniosła nogawkę dżinsów i pokazała wściekle kanarkową frotową skarpetę, wychodzącą z czarnych sportowych butów firmy Nike.

– Jesteś niereformowalna – blondyn przewrócił oczami.

– Też cię kocham – Melisa złożyła buzię w ciup, posłała koledze buziaka, złapała swoją komórkę i wybiegła z pokoju.

Idąc na górę, miała nadzieję, że nie będzie tam nowego właściciela gazety, bo w jego obecności nie czuła się dobrze. I nie chodziło o przytłaczającą niemal męską siłę, jaka od niego biła, połączoną z charyzmą i władzą, jaką wokół siebie roztaczał. Po prostu... Melisa obawiała się, że jeśli James, pan i władca, Maseratti, znowu wypowie w jej kierunku jakąś uszczypliwą uwagę tym swoim niskim, suchym głosem, naprawdę będzie musiała pożegnać się z pracą. Bo że nie byłaby w stanie w porę się powstrzymać od ciętej riposty, była pewna jak niczego innego.

Weszła po schodach dwa piętra wyżej i zapukała do drzwi gabinetu szefa. Usłyszała głośne „proszę” i weszła do środka. I już wiedziała, że jej pobożne życzenie, aby prezes redakcji był sam, było niestety daremne. Bo w obszernym gabinecie znajdowała się cała grupa zarządzająca Maseratti Enterprises. Jej dotychczasowy szef był za swoim biurkiem, obok niego siedziała ta niesamowicie piękna blondynka, która rzuciła jej obojętne spojrzenie i pochyliła się nad swoimi notatkami. Dziwny, milczący Chińczyk rozparł się na sofie z małym notebookiem na kolanach i przebierał po nim palcami z szybkością błyskawicy. A ten, którego miała nadzieję już nigdy więcej nie spotkać, stał tyłem do wejścia i wpatrywał się w widok za oknem.

– Chciałeś mnie widzieć, szefie – Melisa powiedziała cicho, podchodząc do biurka Patricka Poe, który od pięciu lat szefował redakcji dziennika.

– Tak, Mel, właściwie nie ja, tylko pan Maseratti ma do ciebie sprawę – Patrick łypnął niespokojnie w stronę swojego nowego szefa, a ten obrócił się nieśpiesznie, powoli taksując zmrużonymi oczami postać dziewczyny.

Melisa poczuła się, jakby nie miała na sobie wytartych dżinsów i T-shirtu z napisem „I’m BigStar”. Poczuła się, jakby nie miała na sobie nic. Maseratti, nie spuszczając z niej wzroku, podszedł bliżej i teraz dopiero zdała sobie sprawę, jak wysoki i potężny jest ten mężczyzna. I jak cholernie... niebezpieczny. Bił od niego aromat drogich perfum, pomieszany z zapachem... ech, same głupie, pensjonarskie porównania przychodziły jej teraz do głowy. Spojrzała w jego ciemnobrązowe oczy i zobaczyła w nich błysk zainteresowania pomieszany ze złością. I już nic nie rozumiała.

– O co chodzi? – spytała, patrząc w te dziwne ciemne oczy.

– Mam dla ciebie nowe zadanie – powiedział krótko, podając jej ciemnoszarą teczkę.

Melisa zerknęła szybko na swojego szefa i z powrotem utkwiła wzrok w nowym właścicielu gazety.

– Ale jakie nowe zadanie? – spytała trochę zdezorien­towana.

– Problem zanieczyszczonej wody w dolinie Sacramento. Chcę, żebyś się tym zajęła – odparł z lekkim zniecierpliwieniem Maseratti. – Szczegóły w środku – kiwnął głową w kierunku trzymanej przez Melisę teczki.

– Ale ja mam swój temat – odparła dziewczyna twardo, kładąc teczkę na biurku.

– Mel... – jęknął jej szef, ale zmierzony zimnym spojrzeniem Jamesa Maserattiego zacisnął usta i utkwił wzrok w biurku.

– Tamten temat został ci zabrany.

Melisa parsknęła śmiechem.

– Jasne. Przez kogo?

– Przeze mnie – odparł krótko właściciel gazety.

– Patrick? – Melisa odwróciła się gwałtownie w kierunku swojego bezpośredniego przełożonego, który rozłożył ręce i powiedział przepraszającym tonem:

– Przykro mi, Mel...

Melisa szarpnęła się do przodu, zadarła głowę i patrzyła wściekłym wzrokiem w zimne ciemnobrązowe oczy stojącego mężczyzny.

– Nie możesz tak postępować. Jestem najlepsza w tym, co robię. Od sześciu miesięcy o tym piszę. Ludzie chcą czytać tylko mnie – dziewczyna uderzyła się otwartą dłonią w piersi. Jego wzrok podążył za jej dłonią, zatrzymał się na chwilę na biuście i wrócił do jej wściekłych oczu.

– Ludzie będą czytać każdego, jeśli tylko w tekście będzie dużo krwi i przemocy – odparł spokojnym tonem James, patrząc Mel prosto w oczy.

– Dlaczego to robisz? – szepnęła, zaciskając szczęki. – Dlatego, że wczoraj miałam czelność się do ciebie odezwać? Nie jesteś bogiem, panie Maseratti! – jej wzrok był przepełniony wściekłością i żalem.

Z kolei w jego oczach pojawił się błysk szaleństwa. Po chwili twarz mężczyzny z powrotem przyoblekła się w maskę. Spojrzał na Melisę z chłodną obojętnością i uśmiechnął się pogardliwie kącikiem ust.

– Nie pochlebiaj sobie, że cokolwiek zapamiętałem z tego, co wczoraj do mnie mówiłaś. Jestem tutaj szefem i uważam, że powinnaś teraz zająć się tym tematem. To wszystko – skrzyżował ramiona i obrócił się z powrotem w stronę okna, uważając rozmowę za skończoną.

Melisa spojrzała na pozostałe osoby zebrane w pokoju, ale siedzący Chińczyk chyba w ogóle nie zwrócił na nią uwagi, blondynka robiła jakieś notatki w grubym notesie, jedynie szef spojrzał na nią z żalem w oczach. Dziewczyna wzięła głęboki wdech, złapała teczkę i ruszyła w stronę drzwi. Gdy łapała już za klamkę, dostrzegła kątem oka, że Maseratti odwraca się i patrzy na nią tak gorącym spojrzeniem, że poczuła, iż drżą jej nogi. I już nie wiedziała dlaczego – czy z nerwów, czy pod wpływem jego hipnotyzującego wzroku. Dla odmiany popatrzyła na niego z nieukrywaną nienawiścią i wyszła, zatrzaskując drzwi z taką siłą, iż miała nadzieję, że zadrżały szyby w oknach.

Widział wściekłość w jej oczach. Miał wrażenie, że zaraz się na niego rzuci. To w sumie mogłoby być nawet zabawne, poczuć jej jędrne ciało zderzające się z jego twardym i napiętym. Bo gdy przebywał tak blisko niej, wszystkie mięśnie miał napięte jak postronki. Jasna cholera! Ta kobieta działała na niego jak żadna inna. Trochę go to niepokoiło, a jednocześnie było bardzo podniecające. Takie zupełnie... zaskakujące. Bo nie spodziewał się, że kiedykolwiek jeszcze będzie tak reagował na jakąkolwiek przedstawicielkę płci przeciwnej. A w ostatnim czasie dość sporo kobiet przewinęło się przez jego ręce. Hm... Nie tylko ręce. Wszystkie zawsze wpatrzone w niego jak w boga. Spijające każde słowo z jego ust. A tymczasem właśnie przed chwilą dowiedział się, że nie jest bogiem. James uśmiechnął się pod nosem i pokręcił głową. To było naprawdę zabawne. Ona była zabawna. A jednocześnie cholernie podniecająca. I to było dla niego zupełnie niesamowite. Bo w końcu... po dziesięciu latach... znowu zaczął coś czuć. I nie była to tylko nienawiść.

Gdyby Melisa wiedziała, jakimi myślami zaprzątnięta jest teraz głowa Jamesa Maserattiego, może nie miałaby ochoty rozwalić na niej pięciokilowego kryształowego wazonu, stojącego w gabinecie jej szefa, który tak naprawdę był szefem chyba tylko na papierze.

– Kurwa mać! – rzuciła przez zęby, siadając ciężko na krześle przy swoim biurku. Milton spojrzał na nią spod zmarszczonych brwi.

– Co jest, siostro?

– Zabrali mi sprawę ToxicCristal – odparła cicho, unosząc dłonie i splatając włosy w krótki i gruby warkocz.

– Co? – blondyn rzucił trzymany długopis i spojrzał na przyjaciółkę z niedowierzaniem.

– To, co słyszałeś. Pieprzony Maseratti zabrał mi ten temat. Mam się zająć zanieczyszczeniami wody. Kurwa...

– Mel, znowu zaczęłaś przeklinać. Płacisz dolara.

– Wiesz co... – Melisa wyszarpnęła z kieszeni pięć dolarów i rzuciła koledze na stół. – Masz na zapas.

– Powiedział, dlaczego to zrobił?

– On się nie musi tłumaczyć. Z niczego. I nikomu. A Patrick boi się go jak ognia. Ale przecież wiemy, dlaczego to zrobił... – Melisa pokręciła głową i popatrzyła w okno. – Śmiałam dyskutować z panem „noszę zegarek za dziesięć tysięcy dolarów”.

– Uważaj, Mel – Milton był zmartwiony.

– Wiem, poradzę sobie – Melisa zaczęła zbierać swoje rzeczy i zapakowała notebooka do specjalnej torby. – Jadę do domu, muszę ochłonąć. I wiesz co? – pochyliła się w stronę przyjaciela. – Jeśli Pan Ferrari myśli, że naprawdę zabrał mi ten temat, to chyba nie zna Melisy Mallory – dziewczyna uderzyła pięścią w biurko przyjaciela, zebrała swoje rzeczy, jak burza przeleciała przez biuro i zatrzasnęła drzwi, napawając się hałasem, jaki wywołała.

Dochodziła dwudziesta druga. Melisa zamknęła notebooka, potarła zmęczone oczy i pogimnastykowała zdrętwiałe mięśnie. Napisała cały rozdział i była z niego bardzo zadowolona.

Starała się nie myśleć o tym, co wydarzyło się w redakcji, o pieprzonym panu miliarderze, który myślał, że może wszystkich rozstawiać jak pionki na szachownicy. Jasne. Wszystkich, ale nie ją. W prostej linii potomkinię wodza Apaczów.

– Zapomnij, James... – mruknęła do siebie, zarzuciła skórzaną kurtkę, wzięła komórkę, mały notatnik i wybiegła z apartamentu, w którym mieszkała od dwóch lat, czyli od momentu, kiedy rozpoczęła swoje drugie życie. Sama. W szukaniu mieszkania i doprowadzaniu się do stanu używalności pomogła jej serdeczna przyjaciółka, Eve Lindsen. Trzydziestosiedmioletnia szefowa dużego działu w jednym z głównych banków w L.A. Żona szwedzkiego architekta, Uwe Lindsena, matka dwójki dzieci, Jacoba i Madelaine. Melisa przyjaźniła się z nią od sześciu lat i Eve była jedyną osobą, która widziała ją pobitą, zmaltretowaną przez męża frustrata. I to w dużej mierze dzięki niej Mel podjęła decyzję o tym, żeby zrobić coś ze swoim życiem.

Melisa miała zamiar zwierzyć się ze wszystkiego przyjaciółce, ale ta wyjechała w delegację na wschodnie wybrzeże i miała wrócić dopiero w przyszłym tygodniu. Dziewczyna tęskniła za nią jak za siostrą. Nie mogła się doczekać, kiedy w piątkowy wieczór jak co miesiąc pójdą do klubu na tequila party, a potem wrócą do domu w stanie, o którym potem chciałyby jak najszybciej zapomnieć.

Teraz zbiegła po schodach, bo wind nie lubiła, i wypadła na oświetloną ulicę. Mieszkała w South Park, dzielnicy hoteli, salonów samochodowych i zakładów przemysłowych. Wsiadła w nocny autobus i pojechała w stronę South LA, dzielnicy o niezbyt dobrej renomie. Miała zamiar pokręcić się koło któregoś z gównianych klubików i zobaczyć, czy pojawiają się tam handlarze ToxicCristal.

Szła ulicą upstrzoną brudnymi neonami, reklamującymi kluby i inne miejsca, w których można było się zabawić. Na wszelkie możliwe sposoby. Przed każdym z klubów stały grupki ludzi w różnym wieku i różnej maści. Melisa zbytnio się nie wyróżniała, ubrana w dżinsy, skórzaną kurtkę i sportowe buty. Włosy miała rozpuszczone i lekki wiatr zdmuchiwał je na twarz. Włożyła ręce do kieszeni i szła nieśpiesznie, wszystko uważnie obserwując. Widziała grupki młodych ludzi podążających za podejrzanie wyglądającymi typkami i skręcających w wąskie prześwity pomiędzy budynkami. Była pewna, że tam właśnie dokonywano transakcji narkotykowych. Postanowiła stanąć koło takiego przejścia i zobaczyć, czy uda się jej zwrócić na siebie uwagę handlarza. Nie czekała długo. Po chwili podszedł do niej wysoki i strasznie chudy chłopak z cienkimi dredami, ubrany w workowate dżinsy z krokiem niemal w kolanach i obszerną bluzę z kapturem.

– Szukasz czegoś? – spytał, strzelając oczami na boki.

– A ty oferujesz coś? – popatrzyła na niego uważnie.

– To zależy... – wzruszył ramionami.

Zmierzyła go wzrokiem i wyciągnęła z kieszeni pięćdziesiąt dolarów.

– Wiesz, co kosztuje tyle na mieście? Dam głowę, że tego nie masz... – uśmiechnęła się krzywo.

– Straciłabyś głowę – mruknął. – Chodź za mną – kiwnął głową i wszedł w wąską uliczkę, rozdzielającą dwa budynki.

Melisa rozglądnęła się dookoła i poszła za chudym chłopakiem. W ogóle się nie bała, nie sądziła, żeby mógł zrobić jej coś złego. To był typowy młodociany dealer, który chciał zarobić kasę. Gdy znaleźli się w pewnym oddaleniu, chłopak odwrócił się gwałtownie w jej stronę, wziął szybki zamach pięścią i Melisa poczuła potężne uderzenie w twarz. Upadła na ziemię, czując, że ma usta pełne krwi. Napastnik pochylił się nad nią i wysyczał:

– Jesteś pierdoloną gliną! – wziął ponowny zamach i w tym samym momencie dziewczyna zobaczyła jego latające w powietrzu nogi. Coś ciemnego mignęło jej przed oczami i po chwili chudzielec leżał w kałuży twarzą do ziemi, z rękoma związanymi na plecach za pomocą plastikowej linki. Czyjeś mocne ręce podniosły ją do góry, jakby ważyła dwa kilo. Usłyszała cichy, głęboki głos:

– Jesteś cała?

Uniosła głowę, czując lekkie zawroty i jedyne, co dostrzegła, to wysoką, potężną postać mężczyzny z głęboko nasuniętym kapturem na twarz i z maską zakrywającą ją tak, że było widać tylko usta. I oczy. Gdy przyjrzała się bardziej, ujrzała je błyszczące i niemal czarne, wpatrujące się w nią ze złością. Odniosła wrażenie, że przeżywa déja vu, ale nie miała czasu się nad tym zastanawiać, bo wybawca złapał ją za ramiona i lekko nią potrząsnął.

– Hej, dziewczyno, powiedz coś!

– Jestem cała... Chyba... – jęknęła, bo poczuła ból opuchniętej zapewne wargi.

– Leci ci krew – powiedział jakimś miękkim głosem, od którego poczuła przebiegający po ciele dreszcz. Uniósł dłoń w ciemnej rękawiczce i lekko obtarł jej okrwawione usta. Był bardzo blisko. Czuła na sobie jego wzrok.

– Lubisz ryzyko? – spytał cicho. Znowu usłyszała w jego głosie nutkę złości.

– Sprawdzałam coś – wzruszyła ramionami.

Usłyszała westchnienie.

– Twoje sprawdzanie doprowadziłoby do tragedii. Na drugi raz pomyśl, zanim sama zapuścisz się w takie rejony – złapał ją za brodę i przekręcił lekko w bok jej głowę, żeby lepiej przypatrzeć się rozwalonej wardze. – Po powrocie do domu przyłóż lód. Ale i tak będziesz miała przez kilka dni niezłą opuchliznę. I siniaka.

– Super... – mruknęła. – Słuchaj... – zawahała się. – Skąd wiedziałeś?

Widziała błysk w jego oku.

– Wiem dużo rzeczy. Na przykład to, że pracujesz w jednej z poczytniejszych gazet.

– Naprawdę? – zacisnęła dłonie, bo nie wiedzieć czemu miała ochotę go dotknąć. Poczuć. Może dlatego, żeby sprawdzić, czy na pewno jest człowiekiem?

– Tak. I piszesz piątkowe artykuły o tym narkotyku. Zaczynam rozumieć, po co tutaj się pojawiłaś i wystawałaś, czekając na kłopoty.

– Już nie piszę tego artykułu... – mruknęła, zła na siebie, że mu to mówi.

– To co tutaj robiłaś? – spytał surowo.

– To zagmatwane.

– Dam radę.

– Nowy szef zabrał mi temat. Ale jeśli myśli, że tak łatwo odpuszczam, to grubo się myli – odparła twardym tonem.

Widziała, jak wysoki mężczyzna pokręcił głową.

– Wydaje mi się, że on doskonale wie, że nie odpuścisz – powiedział cicho i znowu usłyszała, że jest chyba trochę zły.

– Nieważne. To moja sprawa, poradzę sobie. Ale... dzięki, że się tutaj pojawiłeś – czuła, że jest mu to winna.

– Pamiętaj, że nie zawsze zdążę na czas. Dlatego... czasami dwa razy się zastanów, zanim zrobisz coś głupiego, dziewczyno – powiedział to tak pogardliwym tonem, że po pierwsze, miała zamiar odpowiedzieć coś równie uszczypliwego, a po drugie, znowu odniosła wrażenie, że już kiedyś znalazła się w podobnej sytuacji i słyszała ten ton głosu.

Nagle dobiegły ich dźwięki policyjnych syren. Melisa spojrzała zaskoczona na swego wybawcę, a ten mruknął cicho:

– Teraz wytłumaczysz wszystko stróżom prawa i przekażesz im tego marnego gnojka – wskazał ruchem głowy na leżącą postać, odwrócił się i już go nie było.

Melisa też chciała uciec, ale zobaczyła biegnących w jej kierunku policjantów. Uniosła dłonie, mrucząc do siebie ze złością:

– Serdeczne dzięki, panie pieprzony Łowco.

*

Widziałem ją, jak jechała do tej wszawej dzielnicy. Potem jak szła, a wiatr rozwiewał jej czarne włosy. Była niesamowita. I okropnie upierdliwa. Najchętniej złapałbym ją wpół, przerzucił sobie przez ramię, zawiózł z powrotem do domu i dał kilka klapsów w jej śliczny tyłeczek. No... ale wiedząc, jak zaczynam na nią reagować, mogłoby to się skończyć zupełnie inaczej. Okropnie mnie dzisiaj wkurzyła. Była uparta, nieznośna, pewna siebie i nieodpowiedzialna. A jednocześnie taka słodka, że musiałem siłą woli powstrzymywać się od chęci zmiażdżenia jej warg swoimi. Nie mogłem sobie pozwolić na coś takiego. Nie teraz. Teraz miałem więcej rzeczy do zrobienia, a do tego dochodziła ta irytująca kobieta, o której myśli zaczynały się coraz częściej pojawiać w mojej głowie. I już sam nie wiem, co mnie bardziej przerażało. Moje pogmatwane życie? Tragiczna przeszłość? A może uczucia, jakie mnie przepełniały, kiedy znajdowałem się w jej pobliżu? Jedno było pewne. Wiedziałem, czułem, że losy moje i Melisy Mallory zostały ze sobą splecione i nie pozostawało mi nic innego, jak czekać na niespodzianki, które mi jeszcze przyniesie.


Jestem szybszy niż twój cień, niż błyskawica przecinająca niebo podczas letniej burzy. Gdy będę cię mijał, nawet nie zauważysz. To daje mi siłę, władzę i kontrolę. Ale jedno jej spojrzenie... Jej zapach... Czyni mnie słabym i w pełni uzależnionym. Od niej.

3

Następnego dnia Melisa spóźniła się do pracy. Przez cholernego Nocnego Łowcę. Jasne, uratował jej tyłek, ale nie musiał od razu rzucać jej w łapy policji. Oczywiście wylądowała na komisariacie, gdzie prawie do trzeciej w nocy składała zeznania. Musiała dokładnie opowiedzieć o tym, co się wydarzyło, skąd wzięła się w tej gównianej dzielnicy i co robiła w zaułku wraz z jednym z poszukiwanych dealerów. Całe szczęście, że miała legitymację dziennikarską, potem jeden z gliniarzy rozpoznał ją jako autorkę Ucieczki do jutra i poprosił o autograf. W sumie pobyt na komisariacie zakończył się całkiem miłym akcentem. Jeden z gliniarzy odwiózł ją do domu. Ale teraz była wykończona, wyglądała jak ofiara ulicznych zamieszek i spóźniła się do pracy. Stała w biurowcu przed windą i mruczała do siebie, że gdy ponownie spotka pana Nocnego Pieprzonego Łowcę, to skopie mu tyłek za wczoraj. Nagle poczuła, że zmieniła się cyrkulacja powietrza, odniosła wrażenie, że po karku wędruje stado mrówek i zrobiło się jej od razu zimno. I zanim poczuła ten znajomy zapach, już wiedziała, kto za nią stoi.

– Świetnie... – mruknęła, odsunęła się i zerknęła w bok.

Maseratti patrzył na nią zmrużonymi oczami, wyglądając jak gwiazda Hollywood. Ubrany był tym razem w czarne dżinsy, czarną jedwabną koszulę i czarne skórzane buty. W dodatku z tymi czarnymi włosami i ciemnym śladem zarostu na twarzy wyglądał jak pieprzony Książę Ciemności. Zerknął znacząco na zegarek, potem leniwie przejechał wzrokiem po jej ciele i utkwił wzrok w rozwalonej wardze. Dostrzegła, że jego tęczówki pociemniały, jakby od tłumionej wściekłości. Potem przeniósł wzrok na jej oczy i pokręcił głową, wyrażając tym samym niezadowolenie z powodu jej spóźnienia.

Melisa z całych sił zacisnęła szczęki, żeby tylko czegoś nie powiedzieć. Wtedy pochylił się, jakby robił nieznaczny ukłon w jej stronę, i powiedział:

– Witam.

– Dzień dobry – odparła, patrząc w zmieniającą się numerację pięter, poganiając w myśli zjeżdżającą na dół windę.

– Dobrze się spało? – spytał uprzejmie.

– Nieszczególnie – odparła równie uprzejmie.

– A czemuż to?

– Pracowałam – nareszcie przyjechała winda i grupa osób czekająca przed wejściem ruszyła do środka.

Zrobiło się trochę ciasno, Melisa starała się odsunąć jak najdalej od Maserattiego, ale szarmancko przepuścił jakąś kobietę i znalazł się tym samym tuż za nią. Miała wrażenie, że zaraz wyskoczy ze skóry, tak bardzo była teraz uwrażliwiona na każdy ruch stojącego z tyłu mężczyzny. Jechała na szesnaste piętro, on na osiemnaste, a winda zatrzymywała się niemal na każdej kondygnacji. A Maseratti ciągle się kręcił, wyciągał coś z kieszeni, sprawdzał komórkę, za każdym razem nieznacznie dotykając Mel. Jego zapach drażnił jej nozdrza, ciepły oddech muskał jej włosy, co sprawiało, że bezwiednie zaciskała zęby. Winda zatrzymała się na piętnastym piętrze. Stojący przed Mel mężczyzna zupełnie niespodziewanie pochylił się, sięgając po teczkę, którą postawił między nogami. Żeby nie zderzyć się z jego wypiętym... wiadomo czym, cofnęła się i wbiła pośladkami w twarde ciało stojącego za nią mężczyzny.

Cholera.

Tego się nie spodziewała.

Złapała się metalowej rurki, przymocowanej do ścianki windy i zacisnęła na niej prawą dłoń. Miała wrażenie, że w małym pomieszczeniu nie ma już ani grama powietrza. Zaczęła oddychać przez usta. Wyprostowała się i stała sztywno, modląc się, aby on niczego nie zauważył. Wreszcie winda zatrzymała się na jej piętrze. Melisa kiwnęła Maserattiemu nieznacznie głową, oczywiście nie patrząc na niego, i wyszła na korytarz spokojnym, pewnym krokiem.

Nie da mu satysfakcji, że jego obecność tak na nią działa.

James wysiadł dwa piętra wyżej i wszedł do swojego tymczasowego pokoju, który kazał przygotować dla siebie, bo właściwy gabinet był remontowany na ostatnim piętrze biurowca. Chan już siedział u siebie i kiwnął mu głową, widząc go poprzez szklane przepierzenie. James machnął ręką w geście powitania i wszedł do siebie.

Usiadł w skórzanym fotelu i zamknął oczy.

Jasny gwint!

To się robiło coraz bardziej niebezpieczne.

To znaczy jego reakcja na nią.

Gdy zobaczył ją tam na dole... Z tą poobijaną twarzą... Kurwa! Miał ochotę zrobić komuś coś złego. Taka delikatna, taka śliczna.

Wkurzył się i dlatego musiał jej dopiec.

A poza tym... była ewidentnie spóźniona. A tego bardzo nie lubił.

A gdy jechali w windzie... Tego zupełnie się nie spodziewał. Takiej reakcji na jej bliskość. Miał wrażenie, że nie będzie w stanie zapanować nad swoimi dłońmi. Miał tak nieposkromioną chęć dotknięcia jej, że aż poczuł mrowienie w palcach. Starał się nie oddychać, bo jej zapach sprawiał, że kręciło mu się w głowie. Gdy wyciągał telefon z kieszeni, kilka razy musnął dłonią jej plecy i miał wrażenie, że zesztywniała.

Czyżby...?

Czyżby odczuwała to samo, co on?

Poczuł tak wielkie podniecenie, jakiego nie doświadczył od bardzo dawna. A na pewno nie w takiej, zupełnie obojętnej w sumie, sytuacji.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.