Obrazki z życia - Anna Lisicka - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 377 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Obrazki z życia - Anna Lisicka

Obrazki z życia” to powieść Anny Lisickiej (1829–1916) wydana w 1893 roku. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Obrazki z życia - Anna Lisicka

Fragment ebooka Obrazki z życia - Anna Lisicka




Spis treści

  1. Dziwactwo losu
  2. Marzenie i rzeczywistość
  3. Marzenie
  4. Rzeczywistość
  5. Sztuka czy miłość?
  6. Miodowa sielanka
  7. Alboż ja wiem?
  8. Rozdział I
  9. Rozdział II
  10. Rozdział III
  11. Rozdział IV
  12. Kosztem życia
  13. Rozdział I 
  14. Rozdział II
  15. Rozdział III
  16. Przeznaczenie
  17. Rozdział I
  18. Rozdział II
  19. Rozdział III
  20. Niewierny Tomasz
  21. Rozdział I
  22. Rozdział II
  23. Rozdział III
  24. Rozdział IV
  25. Rozdział V
  26. Rozdział VI
  27. Rozdział VII
  28. Skora do buntu
  29. Bóg zapłać!
  30. Bez miłości
  31. „Wart pałac Paca, a Pac pałaca”
  32. KOLOFON

Dziwactwo losu

Miałem lat 28; byłem zdrów, wesołego usposobienia, z majątkiem niezależnym, i mieszkałem na wsi, wraz z najlepszą – jaką kiedykolwiek świat widział – matką. W tak korzystnych warunkach, byłoby mi życie mlekiem i miodem płynęło, gdyby nie mała, ale dolegająca u tej najlepszej matki przywara, a raczej mania. Chciała koniecznie doczekać się wnuków, a że byłem u niej jedynakiem, nikt inny krom mnie, nie mógł życzeniu temu zadość uczynić. W życzeniu tym nie było wprawdzie nic zadziwiającego, a cóż dopiero zdrożnego – boć, kiedy mnie tak serdecznie matka kochała, byłaby najniezawodniej te samą miłość rozciągnęła i na moją, choćby najliczniejszą, progeniturę; sęk był w tym, że mając głowę ciągle jedną myślą nabitą, myśl ta zbliżała się z wolna do monomanii, która się we wszystkie zajęcia, rozmowy, czynności i zamiary życia naszego wplątywała.

Nie byłem ja osobiście bynajmniej przeciwny małżeństwu; i owszem, pragnąłem tę naszą swobodną egzystencję obecnością młodej, ładnej, miłej żony – w swoim czasie i dziatek – jeszcze uprzyjemnić; ale tę właśnie żonę, chciałem sobie wyszukać z wolna, przy sposobności – może ją znaleźć i bez szukania. Tymczasem, ciągle nawoływania mojej matki, zamiast mnie w zamiarach ożenienia utwierdzić, coraz mnie bardziej od nich oddalały. Niemal co dzień, przy drugim śniadaniu poczciwa mama – gdy się już służący był oddalił, a my z wolna popijali herbatę – zaczynała przegląd wszystkich okolicznych panien na wydaniu. O każdej – co prawda – mówiła w taki sposób, że gdybym ją był wziął nagle za słowo i oświadczył, że będę się starał czy o pannę Joannę z Krzykówki, czy o pannę Anielę z Ząbia lub pannę Julię z Kosowa, byłaby najniezawodniej z zapalczywością przeciwko temu protestowała, bo choć chciała mnie jak najspieszniej ożenić, nie znajdowała jakoś przy tym, aby jakakolwiek panna w naszym sąsiedztwie tak wielkiego zaszczytu godną była. Biedna, droga matka patrzyła na mnie przez powiększające szkło niezgłębionej miłości; lecz szkło to, jedynie zalety powiększało, nigdy zaś wad i narowów, właściwych każdemu człowiekowi, zatem i mnie właściwych. Obracaliśmy się w biednym kole, z którego jedno tylko było wyjście, mianowicie: żebym na kilka tygodni – może i parę miesięcy – wyjechał gdzieś dalej, np. w Poznańskie lub na Podole, albo do Krakowa, owej perły, owego brylantu bez skazy, w innej szukać części naszego kraju. Po krótkiej walce, między żalem rozstania się ze mną, a życzeniem uzyskania wreszcie upragnionej synowej – postanowionym zostało dnia jednego, że po zupełnym ukończeniu żniw, gospodarstwo oddam w ręce matki i rządcy, a sam puszczę się na matrymonialną Odyseję. Jeszcze miałem jakie trzy tygodnie czasu przed sobą, a już kochana matka, starannie przeglądała moją bieliznę, a nie znalazłszy na poddaszu żadnego kufra, dość pokaźnie na taką podróż wyglądającego, w sekrecie przede mną sprowadziła nowy kufer – prawdopodobnie bardzo drogi, skoro się ceny nigdy dowiedzieć nie mogłem – aż z samej Warszawy.

Lecz gwiazda moja, snać nie była wędrującą gwiazdą. W jaki tydzień przed dniem oznaczonym na mój wyjazd z Żarnina, gdym przyszedł po całodziennej pracy w polu zgłodniały do domu na obiad, ledwo siedliśmy do stołu, matka – której wzruszenie dopiero wówczas zmiarkowałem – rzekła do mnie po francusku, żeby przez służbę nie być zrozumianą:

– Stefku, mam dla ciebie ważne wiadomości. Być może, że się i bez podróży obejdzie.

– Cóż takiego, mamo? – nie bez pewnego zapytałem żalu, bo jakkolwiek nie lubiłem w ogóle ruszać się z domu, tym razem zamierzona przejażdżka jakoś mi się uśmiechała, com za dobry prognostyk uważał.

– Dziś rano, wracając z kościoła – mówiła dalej matka – spotkałam prezesa; przywitawszy się ze mną, oznajmił mi, że jedzie na kolej po siostrzenicę, która do Olejówki na kilku tygodni przyjeżdża.

– Dobryś! – pomyślałem sobie. – Znów wyrosła pod ziemi nowa pretendentka! – jest powiedziane, że z domu nie wyjadę.

– No i cóż! Nic na to nie mówisz? – już zniecierpliwiona pyta matka.

– Cóż mam mówić, kochana mamo? Czekajmy przynajmniej aż panna przyjedzie. Nie wiemy, ani jak ona wygląda, ani jaka jest: czy zła, czy dobra, czy ładna, czy brzydka.

– Może garbata albo kulawa! – dodała, niby śmiejąc się, ale nieco zirytowanym śmiechem.

Obiad był skończony, poszliśmy na taras, gdzie się w pogodne dnie czarną kawę pijało. Usiadłem tuż przy matce i drogie ręce jej ucałowałem po parę razy.

– Niech się mama nie gniewa. Opatrzność wszystko i bez nas urządzi. Jeśli siostrzenica prezesa jest mi przeznaczona na żonę, to rzeczy same tak się złożą, że z domu nie wyjadę; ale nie zmieniajmy raz powziętego zamiaru; niech ja po świecie trochę się rozejrzę, zanim ostatecznie klamka zapadnie, żebyśmy czasem tego nie pożałowali później.

Matka pogłaskała mnie po głowie.

– Zrób jak chcesz, mój Stefku, przecież to o twoją, a nie o moją idzie przyszłość.

– Alboż to moja przyszłość od matczynej da się rozłączyć?

– W moim wieku o przyszłości już się nie mówi.

– A to dlaczego, matko droga? Chwała Bogu, mama zdrowa, bynajmniej nie w podeszłym wieku i będziemy jeszcze – da Bóg – długie lata szczęśliwie ze sobą żyli. Czy tak?

– Może i tak, dziecko moje – serdecznym odrzekła głosem – es kommt einem Alles, man muss es mir erleben können, a ja bym chciała...

– Już wiem, mamo, już wiem – przerwałem śmiejąc się. – Mama chciałaby mieć synową, a nade wszystko wnuczęta. Wszystko to w swoim czasie będzie, tylko się nie spieszmy, bo „co nagle, to po...”

– Niech i tak będzie, Stefku; wyjeżdżasz od jutra za tydzień, jak było postanowione; wszystko ci na podróż sama przygotuję; wszystko przy sobie zapakować każę, tylko mi jedną jeszcze, przed wyjazdem, zrobić musisz przyjemność.

– Pojechać z mamą do Olejówki! – odrzekłem na to śmiejąc się. – Dobrze, pojedziemy razem, którego dnia mama zechce, byłem nie potrzebował zaraz, przy pierwszym spotkaniu, pannie się oświadczyć. Czy zgoda?

– Zgoda, Stefku, zgoda! – i kochana matka uściskała mnie serdecznie. Szczęściem zameldował się ekonom i tym sposobem przerwana została rozmowa, która byłaby mogła inny jeszcze, niefortunny dla mnie wziąć obrót. Postanowiłem zatem z matką do Olejówki pojechać, przedstawić się tam w najświetniejszym humorze, prezesa i nowo przybyłą pannę oczarować, mamę uszczęśliwić ale swoją drogą w oznaczony pierwotnie dzień w zamierzoną puścić się podróż.

*

Trzeciego dnia po powyższej rozmowie, wybraliśmy się do Olejówki. Matka, zawsze bardzo starannie około swojej osoby chodząca, ubrana była w ciężką, materiałową suknię czarną – bo tylko czarną nosiła – i czarny koronkowy kapelusz, przy którym białe jej włosy, a dziwnie jeszcze młoda twarz, ślicznie wyglądały. Siadając do powozu, rzekłem do niej żartem, „że jeżeli panna we mnie się nie zakocha, to najniezawodniej w mamie zakocha się prezes”, za co dostałem porządnego klapsa. W godzinę potem, zajeżdżaliśmy przed dwór w Olejówce. Pan prezes do sieni wyszedł na nasze spotkanie, matkę kilka razy po staropolsku w rękę cmoknąwszy, poprowadził nas do salonu, gdzie, z powodu nieco wilgotnego powietrza, wesoły palii się ogień. Przy kominie stała panna Irena, wysmukła, o bardzo pięknych rysach brunetka, wyraźnie południowe zdradzająca pochodzenie, matka jej bowiem była Włoszką. Młodszy brat prezesa, pan Izydor, zaciągnąwszy się r. 1867 do znawów papieskich, ranny pod Meutaną, wyleczył się wprawdzie z odniesionych na polu bitwy ran, ale jedynie chyba na to, by nieco później, w samo serce być ugodzonym pięknymi oczami szesnastoletniej córki jednego z pierwszych rzymskich malarzy. Ożenił się z nią wbrew woli brata – będącego zarazem i jego opiekunem – we Włoszech osiadł i w parę lat później nagle zmarł, pozostawiając młodziutką wdowę i dwuletnią córeczkę. Na wieść o śmierci brata, prezes od razu udał się do Florencji, poznał się z bratową i zaofiarował podjąć się całkowicie wychowania i przyszłości Irenki, byle mu ta oddaną została. Na to oczywiście matka przystać nie chciała, obiecując wszakże solennie prezesowi, że gdy córka dojdzie do lat szesnastu, przyśle mu ją na parę tygodni do Polski. O byt ich materialny nie było co się troskać; prócz majątku odziedziczonego po mężu, miała jeszcze młoda wdowa dość znaczną rentę, przez ojca wypłacana.

Było coś dziwnie ujmującego w całym obejściu młodej dziewczyny. Mówiła po polsku płynnie, choć z lekkim, włoskim akcentem, znajomość naszego języka zawdzięczając staremu polskiemu emigrantowi, u którego umierający ojciec Irenki, łaskę tę dla córeczki wybłagał. Jakkolwiek prezes okazywał jej najserdeczniejszy, prawdziwie ojcowski afekt, widocznie czułą się jeszcze obcą w domu stryja-kawalera; to też, ujęta niezrównaną dystynkcją oraz życzliwym wejrzeniem mojej matki, od razu do niej, niemal po dziecinnemu, przylgnęła; czyż dodać potrzebuję, że jeśli ona „po dziecinnemu” do mojej matki się zbliżyła, to ta „po macierzyńsku” wabiła ją ku sobie. Atrakcja zatem była wzajemna. Zabawiliśmy ze dwie godziny, przy pożegnaniu zaprosiwszy prezesa i siostrzenicę na obiad do Żarnina na następny dzień.

Jechaliśmy ku domowi tęgim kłusem. Wbrew memu oczekiwaniu, matka milczała; przeczekałem cierpliwie kilka minut, potem rzekłem uśmiechając się wesoło: „Mama się obawia, aby słowami nie rozwiać doznanych wrażeń oraz towarzyszących im nadziei. Czy tak?”

– Może i tak, Stefku – odrzekła półgłosem i znów zamilkła.

– Oho! – pomyślałem sobie, to coś nie na żarty tym razem. Przy herbacie zacząłem mówić o naszej wizycie w Olejówce, o prezesie, nawet o pannie Irenie; wszelkimi sposobami starałem się wyciągnąć z matki zdanie o tej pięknej dziewczynie, którą myśl jej widocznie zajętą była; otrzymałem ogólnikowe tylko, niemal obojętne odpowiedzi. Dałem więc za wygraną, postanowiwszy niezłomnie już ani słówkiem nie wspomnieć o pannie Irenie, chyba że matka pierwsza sprawę poruszy. Nie poruszała jej wszakże, a my tymczasem – młodzi – widywaliśmy się niemal co dzień i to co dzień z większym z mojej strony zajęciem, co nie mogło ujść uwagi ani mojej matki, ani prezesa. Zakochany – w prawdziwym znaczeniu tego wyrazu – nie byłem, ale dziewczyna niewypowiedzianie mi się podobała, może dlatego, że była tak zupełnie inną od wszystkich panien na wydaniu, które się były dotąd przed moimi oczami przesunęły, może i dlatego, że matka, zamiast żeby mnie – jak to zwykle czyniła – do ożenienia namawiać, ułatwiała nam, co prawda, jak najczęstsze spotkania, to u nas, to w Olejówce, ale o pannie Irenie mówiła ze mną jak najmniej i jakby o obojętnej osobie. Że jej jednak obojętną nie była, to z oczu mamy tryskało, gdy tylko śliczna postać dziewczyny na horyzoncie się ukazywała; była nią po prostu oczarowana i nie łatwo jej przychodzić musiało, nie zdradzać się przede mną z wzrastającym tym wrażeniem. Co mnie także w niemały wprawiało kłopot, to że sobie nie mogłem zdać sprawy z uczuć panny Ireny względem mojej osoby. Swobodna, szczera, wesoła, okazywała mi prawdziwą życzliwość; ale czy miłość jakąkolwiek w uczuciu tym odgrywała rolę, tego bym nie mógł był powiedzieć.

Po dwóch tygodniach takiego arcymiłego, ale koniec końcem niepokojącego dla mnie stosunku, nagły wypadł mi interes i musiałem na dwa dni do Kowna pojechać. Na godzinę przed wyjazdem poszedłem do matki i tam – pomimo danego sobie słowa, że pierwszy o pannie Irenie mówić nie zacznę – zapytałem się jej, uśmiechem ukrywając silne wzruszenie, czy nie znalazła wreszcie owej, od tylu lat upragnionej synowej? Na zapytanie, zapytaniem odpowiedziała: „A ty Stefku, czy znalazłeś upragnioną żonę?” I to mówiąc przyciągnęła umie ku sobie; ukląkłem, kolana jej obejmując.

– Czy znalazłem, matko, tego nie wiem, ale co wiem, to, że Irena więcej mi się podoba od wszystkich panien, jakie dotąd zdarzyło mi się spotkać. Jeśli zatem ma ona być synowa według twego serca, a zechce być moją żoną, to niech mama do Olejówki jutro pojedzie i prezesa zapyta, czy o rękę siostrzenicy starać się mogę.

Matka tak była wzruszona, że na żadną odpowiedź zdobyć się nie mogła; tymczasem służący przyszedł oznajmić, że już wielki czas jechać. Ucałowałem więc jeszcze raz jej ręce i z pokoju wybiegiem. Gdy powóz z miejsca ruszył, ujrzałem w oknie ukochaną postać matki, znakiem krzyża świętego wyprawiającą mnie w drogę.

Nieco zawikłany interes zatrzymał mnie w Kownie o dwa dni dłużej, niżem się tego był spodziewał; z tym większą też niecierpliwością wracałem do domu. Ujrzawszy matkę, stojącą na progu drzwi wchodowych, zapytałem półgłosem:

– Dobre czy złe wiadomości?

– I dobre, i złe – odrzekła.

Termometr od razu opadł na zero; uczułem to z przykrością, ale nie z owym srogim bólem, doznawanym przez ludzi prawdziwie zakochanych, gdy ich zła lub co najmniej niepewna, dochodzi wiadomość.

– Byłaż to przyjaźń, czyli też kochanie? – spytałem siebie samego, nie bez wewnętrznego frasunku.

Rezultat wizyty mojej matki w Olejówce był następujący: sam prezes, jak najżyczliwiej, jak najserdeczniej propozycję przyjął, dodając, że uważałby to za prawdziwe szczęście, gdyby Irenka za mnie wyszła. Wszelako różne przedstawiały się ku temu trudności. Przybywszy do Olejówki, Irena przywiozła list od matki, w którym wyraźnie wypisane było, że nie zgodzi się na wydanie córki za Polaka, chyba w jedynym przypadku, gdyby Irenka w Polaku szalenie się zakochała – że i w takim jeszcze razie żąda, aby prezes nie dozwala! Nikomu oficjalnie starać się o rękę jej córki, zanim ona, matka, konkurenta osobiście nie pozna, a doczekawszy się powrotu Irenki do Włoch, stanu jej serca nie zbada.

– A jakiż jest tego serca stan? – zapytałem, przerywając opowiadanie matki.

– Otóż właśnie w tym sęk; prezes bowiem, zobowiązany listem bratowej, żadnego wyraźnego zapytania siostrzenicy zadać nie mógł; a z drugiej strony, jakżeż bratowej donieść, czy Irenka zakochana lub nie, jeżeli z nią o tym się nie pomówi? Chwilowo sama Opatrzność trudność tę rozwiązała, Irenka bowiem, powołana przez rodzinę, z którą do Polski z Włoch przyjechała, nagle wyjechać musiała do Warszawy, skąd rodzinie tej do Karlsbadu towarzyszyć będzie.

– Jak to! – zawołałem z przerażeniem – Więc Irenki już nie ma w Olejówce?

– Wyjechała rano tego samego dnia, kiedy ja wieczorem do prezesa w misji jeździłam.

– Tym sposobem i z nią marna się nie widziała?

– Nie widziałam! – odrzekła matka ze smutkiem w głosie.

– Ale nie na tym koniec. Irenka z wyraźnej woli matki, nie ma wychodzić za Polaka, chyba że w nim zakocha się szalenie. Tymczasem, z wyraźnej woli ojca – i to zmarłego ojca – Irenka nie ma iść za Włocha.

– A to sprawa, jakby w jakim dramacie skomplikowana. Biedna Irenka! Jeszcze jej wypadnie wyjść za Chińczyka! Cóż mama radzi mi robić? Pojechać do Karlsbadu?

– Powiem ci raczej, Stefku, co prezes radzi, żebyś uczynił.

– Cóż takiego? – zapytałem nie bez wzruszenia.

– Radzi ci, sprawy tej nie odwlekając, pojechać wprost do Włoch, z przyszłą teściową się poznać, zezwolenie jej otrzymać i dopiero wówczas za Irenką do Karlsbadu pojechać. Tak ci prezes zrobić radzi, jeżeliś w Irence prawdziwie zakochany.

Te ostatnie słowa wymówiła matka głosem dobitnym, w oczy mi się wpatrując. Ja zaś oczy spuściłem, jak skromna, piętnastoletnia panienka; lecz tylko na chwilę, po czym zerwawszy się nagle z miejsca, zawołałem wesoło:

– Mam paszport w kieszeni – ten właśnie, co mi miał służyć na objechanie świata za wynalezieniem żony; jutro wyjadę do Włoch, a za jakie dwa tygodnie – da Pan Bóg, odbierze mama telegram z Karlsbadu, z prośbą o błogosławieństwo, podpisany: Irena-Stefan.

– Oby tak było! Oby tak było! – odrzekła matka, przyciskając mnie do łona. W głosie jej wszakże brzmiało pewne powątpiewanie, które mnie srodze trapiło. Czyżby i ona wątpiła – tak jak ja czasem powątpiewałem – o miłości mojej dla Irenki?

Bądź co bądź, postanowiłem zaraz nazajutrz do Włoch wyjechać... I wyjechałem, z góry uprzedziwszy matkę, że ją ani słówkiem o niczym nie uwiadomię, dopóki cała ta moja matrymonialna sprawa – czy tak, czy inaczej – ukończoną nie będzie. Listy lub telegramy, miały zawierać jedynie wiadomości o szczęśliwym przybyciu do głównych miast i o dobrym stanie mego zdrowia.

*

Po trzytygodniowej podróży wróciłem do domu w pierwszych dniach października. Na samym wstępie oświadczył mi służący, że matka, po lekkim zaziębieniu jeszcze z pokoju nie wychodzi. Nieco zaniepokojony, a niezmiernie żądny ucałowania drogich rąk jej, jednym susem skoczyłem na górę. Siedziała przy oknie w zwykłym, dużym krześle, z otwartą książką na stoliku przed sobą i robotą w ręku. Jeszcze nie była miała czasu obejrzeć się, kto drzwi odmyka, a już byłem u jej kolan. Ściskała mnie i znów ściskała, nie mogąc się nasycić obecnością moją, tak jak człowiek bardzo spragniony podanej szklanki od ust oderwać nie może. Dopiero po chwili obie ręce na moich ramionach złożywszy:

– No, i cóż Stefku? – zapytała z uśmiechem na ustach, a łzą w oku.

Na to pytanie odpowiedziałem, pokazując na palcu moim pierścień z ogromnym turkusem. Matka wówczas pierścień z palca mi zsunęła, zrobiła nad nim krzyżyk, potem złożyła na nim pocałunek, dodając:

– Oby pierścień ten był zapowiedzią błogosławieństwa Bożego i szczęścia dla ciebie, dziecko moje i dla naszego domu.

Zamilkliśmy oboje na chwilę, by wzrastające stłumić wrażenie. Matka uspokoiła się pierwsza; kazała mi powstać – bo wciąż jeszcze klęczałem – i wskazawszy tuż przy sobie na zwykłe od lat niemal dziecinnych przeze mnie zajęte miejsce, rzekła:

– Teraz Stefku opowiedz mi wszystko. Cierpliwość moja do ostatniej kropli wyczerpana; należy mi się za nią sowite wynagrodzenie. Mów; słucham cię nie tylko uszami, ale sercem, duszą całą.

Po kilku chwilach skupienia, z bijącym sercem zacząłem moje opowiadanie.

– Nie wiem, czy droga mama dobrze zapamięta rozmowę naszą po powrocie mamy z Olejówki, w wigilię mego wyjazdu do Włoch?

– Czy zapamiętam! Toć ja niczym innym nie żyję od trzech tygodni, jeno tymi wspomnieniami.

– Zatem mama nie zapomniała także, że udzielając mi dosłowną treść rozmowy z prezesem, następującymi zakończyła ją słowami, silny na nie kładąc nacisk.

– Sama ci je powtórzę, jeśli chcesz, Stefku. Oto powiedziałam ci: jeżeliś w Irence prawdziwie zakochany... Czy tak?

– Tak, matko droga. Na słowa te zaś nacisk kładłaś. Dlaczego? Boś w głębi duszy nie była przekonana, abym był rzeczywiście zakochany.

– Tak jest, Stefku. Zdawało mi się, że ci się Irenka podoba, jak każdemu spodobać się musi dziewczyna ładna, inteligentna, dystyngowana, miła, a prócz tego będąca dla ciebie widocznie dobrze usposobioną; ale prawdziwej miłości, prawdziwego, co się zowie zakochania, w tobie nie widziałam. Więcej powiem, nie widziałam tego i u Irenki względem ciebie. Ale to nic nie dowodzi i jak widzisz – dodała, wskazując na mój pierścionek – nic nie dowiodło. Uczucie miłości różne u różnych przybiera kształty; u jednych spada jak grom z nieba, nieprzewidzianie, nagle, bez przygotowania; u drugich, jak wschodzące słońce, ukazuje się z wolna, różnymi poprzedzone na niebie barwami, zanim światłem i ciepłem ziemię uraduje.

– Ślicznie powiedziałaś, matko moja – odrzekłem, ręce jej całując. – Co zaś do Irenki, świętą miałaś rację; podobała mi się niewypowiedzianie; widziałem, że i mamie do serca przypada; dlaczegóż więc gdzieś daleko szukać żony, powiedziałem sobie, skoro ta śliczna istota wszystkie przedstawia warunki, odpowiednie naszym życzeniom. Dlatego postanowiłem – po maminej rozmowie z prezesem – nic rozbijać się za dalekimi mrzonkami, lecz brać to, co mi Opatrzność sama w ręce wciskała i dlatego także od razu do Włoch wyjechałem. Podróży mamie dziś opisywać nie będę; odłożymy to na później. Jechałem bez przerwy, nie zatrzymując się nigdzie, prócz raz w Wiedniu dla przenocowania, a drugi raz w Mediolanie. Tak lecąc, już piątego dnia koło południa stanąłem w San Remo. Przebrawszy się i zjadłszy naprędce trochę śniadania – przy którym, dla dodania sobie fantazji, wypiłem pół butelki szampana – kazałem się zawieźć do owej Vilia Rosmarini, o której nam Irenka tyle razy wspominała. Kartę oddałem pokojówce i po chwili oczekiwania, wskazano mi drogę do salonu, pełnego wschodnich plant, woniejących kwiatów i kilku pięknych obrazów na ścianie wiszących. Nie mogę nie przyznać, że byłem gwałtownie wzruszony, tak dalece, że gdy po kilku minutach – zamiast oczekiwanej przyszłej świekry – weszła do pokoju młoda, jak bóstwo piękna dziewczyna czy mężatka, doznałem pewnej ulgi na myśl, że rozmowa, mająca o przyszłym moim losie nieodwołalnie zadekretować, choć na chwilę odłożoną została. Tymczasem moja bogini, ruchem pełnym wdzięku i prostoty, podała mi rękę, po czym wskazując mi miejsce na niskiej sofce, obok mnie usiadła. Czekałem, by pierwsza przemówiła, podziwiając swobodę jej wobec mego głębokiego wstrząśnienia.

– Irena nieraz mi w listach swoich o panu wspominała – rzekła owym harmonijnym, ciepłym głosem, południowym kobietom właściwym. – Długo pan ma zamiar bawić we Włoszech?

– To od okoliczności zależeć będzie – odrzekłem, wpatrując się w nią jak w tęczę, bo mówię mamie: w życiu moim nic tak doskonale pięknego nie widziałem.

– Jeśli pan jesteś po raz pierwszy we Włoszech – dodała – trzeba zacząć od Rzymu: a lout seigneur, tout honneur; mogę panu dać listy rekomendacyjne, jest to rzeczą bardzo pożądaną dla cudzoziemców.

– Dziękuję pani stokrotnie – odrzekłem, czując, że coraz głębiej pogrążam się w niewytłumaczony jakiś zamęt, że pomieszanie moje coraz wyraźniej się zdradza. Z wolna ogarniało mnie poczucie, że mnie zmysły odchodzą. Musiała się moja Włoszka czegoś dopatrzeć, bo wstała i okno na oścież otwarła, mówiąc z lekkim drżeniem w głosie:

– Nadto tu jest kwiatów. Duszno się zrobiło. Chce pan do ogrodu wyjść ze mną?

– Ja bym chciał widzieć się z panią domu, z matką panny Ireny.

Na te słowa, Włoszka rozśmiała się na głos i kłaniając mi się z filuternym uśmiechem:

– Pani domu oraz matka Ireny, stoi przed panem.

– Święty Boże! – zawołała moja matka, ręce załamując. – Ty się w niej kochasz, Stefanie!

– A mama skąd to wie? – zawołałem, zrywając się z miejsca.

– Skąd to wiem, Stefku? Słyszę to w twoim drżącym od wzruszenia głosie; czytam to w twoich rozżarzonych oczach; widzę to w każdym twoim ruchu, w całej twojej osobie.

I to mówiąc, powstała z miejsca i ująwszy mnie za rękę, przed duże poprowadziła zwierciadło.

– Spójrz no tu i sam powiedz, czy to ten sam Stefek, który trzy tygodnie temu Żarniny opuszczał.

Rzuciłem okiem w zwierciadło i ujrzałem w nim, obok bladej, drżącej postaci mojej matki, moją postać, rzeczywiście tak zmienioną, tak zupełnie inną, żem aż się zdumiał. Odprowadziłem matkę na jej zwykłe miejsce, ukląkłem przed nią i wziąwszy ręce jej w moje, rzekłem do niej wzruszonym głosem:

– Mamo moja najukochańsza; mówiłaś sama przed chwilą, że uczucie miłości, różne u różnych przybiera kształty, u jednych spada jak grom z nieba, nieprzewidzianie, nagle, bez przygotowania. Otóż, matko droga, grom ten z nieba spadł na mnie w chwili, gdy po raz pierwszy ujrzałem Leonię; spadł i serce moje zdruzgotał. Uczułem od razu, że bez tej kobiety żyć nie potrafię, że mi jest od Boga przeznaczona, że mnie sama ręka Opatrzności wiodła aż nad Morze Śródziemne, bo tam czekało na mnie spełnienie mego przeznaczenia. Grom ten, tak gwałtownie we mnie uderzając, żem o mało zmysłów nie postradał, uderzył tak samo i w Leonię. Broniliśmy się oboje; walczyli oboje z niewidomą tą potęgą, potężniejszą od wszelkiej ludzkiej woli, od wszelkiego ludzkiego postanowienia. Zaklinam ciebie więc na klęczkach, mamo droga, nie odmawiaj nam twego zezwolenia, błogosławieństwa twego, bez którego Leonia nigdy żoną moją zostać nie zechce; powtórzyła mi to kilkakrotnie przy pożegnaniu. Piękna jest jak anioł – i to mówiąc wyciągnąłem z kieszeni fotografię, nad którą, nawet chwilowo uprzedzone oczy mojej matki, podziwu zataić nie zdołały – ale i dobra jest jak anioł. Będziesz w niej miała kochającą, wdzięczną córkę, a mnie zrobisz tak szczęśliwym, tak szczęśliwym, że już chyba w niebie większe nie znajdzie się szczęście!

– Cicho, Stefku, cicho; nie bluźnij.

Skryłem rozgorączkowaną twarz w matczyne, nie mniej rozgorączkowane dłonie; oboje zamilkliśmy na chwilę, po czym, już widocznie nieco ułagodzona matka, zapytała.

– Ale wieleż ona ma lat? Musi być o wiele od ciebie starszą, skoro ma szesnastoletnią córkę; to nie jest korzystna w małżeństwie różnica; powinno być odwrotnie. Dużo od męża starsza żona, często mężowi się sprzykrzy.

– Oh! Mamo, mnie Leonia do grobowej deski się sprzykrzyć nie zdoła! Żebyś ją tylko znała! Zresztą, ma ona lat trzydzieści i trzy – nie miała bowiem nawet szesnastu, gdy za mąż wyszła; ja skończę rok dwudziesty dziewiąty niebawem.

– Dopiero za pięć miesięcy, Stefku. Nie jest to zupełnie niebawem.

Ale mówiąc to, już matka się uśmiechała; żaden promień słońca nigdy mnie nie był tak ogrzał, jak mi uśmiech ten jej w owej chwili ogrzał serce. Nie byłem wszakże jeszcze u końca indagacji, czułem to dobrze, ale na zbliżające się, nieuniknione zapytania, miałem już w zanadrzu, chwała Bogu, gotową odpowiedź.

– Stefku, a co mi teraz powiesz... o Irence?

– Powiem rzecz bardzo prostą, rzecz, która mamę co do niej zaspokoi zupełnie. Gdyśmy się spostrzegli, Leonia i ja, że niespodziewana, wzajemna nasza miłość, silniejszą jest od wszelkich, choćby najracjonalniejszych postanowień, moja piękna pani, do której zastosować można słowa Szujskiego żelazna duszka w pieszczonym ciele, stanowczo oświadczyła mi, że jakkolwiek kocha mnie całą duszą i do końca życia kochać będzie, ręki mi nie odda, póki nie przekona się naocznie, że córka jej mną nie jest zajęta, a po wtóre, że ty, matko moja najdroższa, łaskawym okiem na nasze połączenie spoglądać zechcesz. Stanęło więc na tym, że pojedziemy od razu: naprzód do Karlsbadu, żeby tam gruntownie stan uczuć Irenki względem mojej osoby wybadać, a w razie szczęśliwego rezultatu onego badania, miała Leonia wraz z Irenką udać się do Drezna, ja zaś do Żarnin, by u nóg twoich, mamo, pokorną prośbę naszą złożyć.

– No i cóż dalej? – pytała z wzrastającym wzruszeniem.

– W Karlsbadzie przekonaliśmy się, że Irenka, choć się ze mną bardzo serdecznie przywitała, nie tylko mną zajętą nie jest, ale że jej w oko wpadł młody, wielce przystojny magnat węgierski, który około niej się kręci. Ta pierwsza misja udała nam się więc najzupełniej i nad wszelkie nasze spodziewanie, skoro Irenka, nie tylko że we mnie zakochaną nie jest, ale afekt jej w inną podążył stronę.

– W stronę Węgier – rzekła matka, śmiejąc się.

– Oh! Kiedy się mama śmieje, to już widzę, że i druga misja na nie najgorszej jest drodze. Czy tak, mamo jedyna? – I ręce jej całowałem stokrotnie.

– Moje dziecko drogie – rzekła wreszcie, kładąc rękę na moją głowę. – Czy ty myślisz, że ja czego innego w życiu pragnę, prócz szczęścia twego? Wszakże to jedyna moja myśl, jedyny cel moich modlitw. Ja o niczym innym nie marzę, niczego innego nie żądam, jak widzieć ciebie szczęśliwym.

– A zatem?...

– A zatem... poślij zaraz konnego posłańca do Kowna po paszport dla mnie; ja się tymczasem spakuję, ty interesy gospodarskie uregulujesz i w sam dzień przybycia paszportu, wyjedziemy razem do Drezna.

– Mama mi niebo na ziemi uchyla! – zawołałem, upadając jej do nóg.

*

Z końcem listopada pobraliśmy się w Dreźnie. Prócz mojej matki, Irenki, prezesa i dwóch Włochów, dalekich krewnych Leonii, nie było nikogo. Wszystko odbyło się poważnie, cicho, skromnie. Moja matka, od pierwszej chwili oczarowana Leonią, nie mogła jej dosyć się napatrzeć. Poradziła nam – idąc w tym za milczącym popędem mego serca – abyśmy od razu do Żarnin pojechali, szczęściem miodowych miesięcy szczęście przyszłości zapewniając tam, gdzieśmy odtąd życie spędzać mieli. Sama zaś, wziąwszy w opiekę Irenkę, w towarzystwie prezesa, rozpromienionego myślą, że odbędzie podróż z damami, co mu się jeszcze w życiu nie zdarzyło, pojechała na sześć tygodni do Wenecji. Zjawił się tam niebawem i nasz magnat węgierski, co Irence bynajmniej obojętnym nie było.

Niespełna w rok po naszym ślubie, najdroższe marzenie mojej matki spełnionym zostało – i to nawet z nieprzewidzianym dodatkiem – Leonia bowiem, bardzo szczęśliwie powiła jej nie jednego, ale od razu dwóch wnuków.

Trudno było więcej od niej żądać.