Obrazki z krainy dOc - Adam Wodnicki - ebook
Wydawca: Austeria Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 154 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Obrazki z krainy dOc - Adam Wodnicki

Obrazki z krainy d’oc to druga po Notatkach z Prowansji książka Adama Wodnickiego. Ale nie jest to książka o piękności Prowansji – polach lawendy, słonecznikach, igraszkach światła i cienia, lekkości życia. O urokach tego kraju powiedziano już wszystko, albo prawie wszystko.

„Prowansja, o której piszę – mówi autor – nie jest zwykłą Prowansją. To kraina z drugiej strony lustra, miejsce magiczne. Krótko mówiąc, ta Prowansja istnieje tylko we mnie, jest mitem – próbą zaspokojenia głodu cudowności, który od dziecka każdy z nas w sobie nosi, a którego naprawdę nigdy nie daje się zaspokoić; marzeniem, które się spełnia – w wyobraźni – nie w rzeczywistości.

Przeżyłem Prowansję jak rodzaj święta, zauroczony jej niezwykłością. I tak próbowałem ją opisać. Próbowałem odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego za nią tęsknię – nawet kiedy tam jestem. Ale na to pytanie chyba nie ma odpowiedzi. I pewnie być nie może”.

Opinie o ebooku Obrazki z krainy dOc - Adam Wodnicki

Fragment ebooka Obrazki z krainy dOc - Adam Wodnicki







Adam Wodnicki

Wydawnictwo Austeria

Kraków . Budapeszt

2013


Adam Wodnicki:
Obrazki z krainy d’Oc

© Copyright by Adam Wodnicki
© Copyright for this edition Wydawnictwo Austeria

Projekt graficzny książki:
Adam Wodnicki

Akwarela na okładce:
Juliusz Joniak,
Pejzaż z Prowansji

Współpraca i realizacja:
Karolina Wałaszek

Korekta:
Grzegorz Małek, Karolina Wałaszek

Konwersja do formatów epub i mobi:
Karolina Wałaszek

ISBN 978-83-7866-048-4

Wydawnictwo Austeria
Klezmerhojs sp. z
o. o.
31-053 Kraków, ul. Szeroka 6
tel. (012) 411 12 45
austeria@austeria.eu
www.austeria.eu


Wojtkowi Ornatowi
z wdzięcznością
za marzenia, szalone pomysły,
i wielką przygodę Austerię




Dlaczego Prowansja? No właśnie, dlaczego?… Dlaczego raz poznana rzuca urok, z którego nie można się wyzwolić, budzi głód, którego nie da się zaspokoić? No tak, ale czy to na pewno Prowansja? Trzeba długich lat bliskiego obcowania, aby odkryć, że Prowansja to nie kraj, ale sposób myślenia, nie miejsce, ale szczególny stan ducha, który rodzi się z codziennego wsłuchiwania się w dobiegające z przeszłości głosy, zaplątane w codzienność mity, w mowę kamieni, światła, obłoków, wreszcie z gotowości stawania się wśród rzeczy i zdarzeń, które co dzień, na każdym kroku, niosą w sobie zapowiedź tajemnic i cudów.

Prowansja nigdy nie była jednością. Z biegiem lat granice Provincia Romana rozszerzały się lub kurczyły. W istocie była to bardziej idea niż region – pisze w Caesar’s Vast Ghost. Aspects of Provence znawca tego kraju, autor Kwintetu awiniońskiego, Lawrence Durrell. – To raczej wspaniała metafora, zrodzona z niecierpliwości Cezara dla tego geograficznego korytarza obłożonego ruinami setek kultur, setek narodów i plemion, stu armii.

Prowansja to meandry odniesień helleńskość, łacińskość, romańskość stopy stawiane w świeże ślady Fryderyka Mistrala, Alfonsa Daudeta, Marcela Pagnola, Yves’a Bonnefoya, Jeana Giono; to cwałowanie przez zielone pagórki Lure u boku szlachetnego karbonariusza, pułkownika huzarów Angelo do bramy de la Saunerie obok składów soli w oniemiałym ze zgrozy, wyludnionym cholerą Manosque; to dzwony nad dachami miasteczek jak osie gniazda wśród skał; to święci, rycerze i trubadurzy, jedenaście tysięcy dziewic pod żaglami z koronki, zamki sięgające wieżami nieba, filozoficzne dysputy w szuadit w przedsionkach papieskiego pałacu, proroctwa Nostradamusa z Saint-Rémy, obrzędy consolamentum nocą wśród rzymskich stel.

Prowansja to obrazy: wirujące słońce z płynnej siarki, plamy fioletu i zieleni na trawie, pola maków, oplecione bluszczem drzewa, światło na murach, senne cykady o zmierzchu. A może obrazy bardziej odległe, z innego czasu, z innego życia; sen, który nie do końca prześnił swój sen o antyku, pół sen, pół jawa jak w fantasmagorycznym teatrze cieni, zalesione zbocza Alpilles, gdzie wśród jarów i urwisk błąka się skarga Echo, rozbrzmiewa tętent centaura, w zaroślach kolcolistu przemyka cień brodatego satyra, który pohukując, chichocząc, ślizgając się kozim kopytem po skałach, ugania się za nimfami?

Kiedy się to wszystko zaczęło?

Może od spotkania z mistrzem Arnautem Danielem, który w bukolicznych zagajnikach Aureilles uczył wygnańca z Florencji sztuki tercyny, może od opowieści Plutarcha o przebiegłości Mariusa, który pod Aquae Sextiae rozbił nieprzeliczoną jak gwiazdy armię barbarzyńców, a może wcześniej jeszcze, dużo wcześniej, w szkolnej ławie, od skandowania Juliusza Cezara w rytm kroku maszerujących legionów wystukiwany linijką o krawędź katedry: Gallia est omnis divisa in partes tres. Quarum unam incolunt Belgae, aliam Aquitani, tertiam qui ipsorum lingua Celtae, nostra Galli appellantur.

I to wraca, gdy patrzę na rozwleczone nad horyzontem chmury, kiedy rozgrzana słońcem ziemia pachnie jak młode ciało, w brzęku owadów, tańcu kolorów, srebrze odwróconych wiatrem liści, w chrzęście żwiru na górskich ścieżkach przetykanych kępami macierzanki, w migotaniu gwiazd odbitych w przydrożnej studni.

Wraca w replikach z fabula atellana Plauta w antycznym teatrze w Arles, kiedy głos aktora miesza się z graniem świerszczy (jakże łatwo wyobrazić sobie klepanie się z uciechy po udach i rechot żołnierzy VI legionu Ferrata), w uroczystym geście odsłonięcia czoła, kiedy otwierają się wrota torilu i na arenę wpada pierwszy toro, w słowach Bernarda de Ventadour, Bertrana de Born wplecionych w tyrady ulicznego sprzedawcy tellines, w chwili olśnienia, gdy nagle odsłaniają się tajemnice boskiej proporcji we frontonie Trofimowej katedry.

Jestem nieufny: sprawdzam, rozkładam moje nostalgie, moje zauroczenia na cząstki, rozdzielam na pojedyncze włókienka, staram się dotrzeć do źródła, wyjaśnić sobie to nieustanne poczucie zawieszenia między między tutaj i tam, zrozumieć, skąd to wrażenie, ba, pewność, że za Nicolasem Poussinem mógłbym powiedzieć et in Arcadia ego.

I nic się nie zmienia, zawsze jest tak samo; nostalgia powraca – i może w tym właśnie tkwi tajemnica, kiedy – o paradoksie – staram się ukryć przed sobą, gdy szukam miejsca schronienia, gdy czuję, że ziemia pod stopami obraca mi się za szybko, gdy chcę na chwilę przystanąć, spojrzeć za siebie, odnaleźć zapomniane klimaty dzieciństwa, głosy, zapachy, obrazy świata, którego już nie ma, którego może nigdy nie było – zapach kamieni w wiosennym deszczu, dymu z owocowego drewna, irysów kwitnących w przydrożnym rowie, zapach ogrodów w wielkanocny poranek pod białą odyseją obłoków, gdy dzwonią dzwony, a przede wszystkim odnaleźć poczucie ładu, wiary w bezpieczny porządek rzeczy, w trwałość i niezmienność wszystkiego, co jest.

Prowansja to miejsce szczególne. Czas toczy się tutaj kołem, traci linearność, zatrzymuje się, nawraca, ulega zakrzywieniu. Wczoraj, przedwczoraj, przed rokiem znaczy to samo; wychodzi się na chwilę ze zwykłego życia, wraca z różnych miejsc, różnych wymiarów rzeczywistości tej prawdziwej i tej wyobrażonej zawsze do siebie. Czas jest przyjazny, nawet kiedy odmierza godziny przemijania.

To obsesyjne śledzenie, podglądanie, sprawdzanie czasu nie trwa od wczoraj.

Kiedyś w małym miasteczku na skraju Puszczy Świętokrzyskiej, na cmentarzu obok kościoła, w którym spoczywa Jan Kochanowski, zobaczyłem grobowiec. Wyryty napis mówił, że spoczywa tu Izabela Z., córka pułkownika gwardii napoleońskiej, zmarła w listopadzie 1936 roku. Patrzyłem z niedowierzaniem. A więc jako dziecko mogłem był znać osobę, której ojciec znał Napoleona? Mogłem słuchać jej opowieści, wejść choćby na chwilę w inny czas.

Kiedy indziej na murach domu jednego z moich arlezjańskich przyjaciół zobaczyłem małe, kamienne epitafia: tabliczki z wyrytymi imionami i datami śmierci członków rodziny: ktoś zginął, walcząc u boku księcia d’Enghien pod Rocroi, inny, wierny złożonej królowi przysiędze, został zgilotynowany na placu Republiki, jeszcze inny poległ pod Sedanem, ostatni, zasłużony dla miasta, zmarł w otoczeniu rodziny – czternaściorga synów i córek. Czas odmierza spokojną konieczność przemijania, mówi, że ludziom, którzy mieszkają w tym miejscu, w tym domu, w tym kraju, łatwiej żyć i umierać; gdzieś w głębi podświadomości wiedzą, że są ogniwami w łańcuchu pokoleń, który trwa, zawieszony między przeszłością a przyszłością. Świadomość takiej ciągłości daje poczucie zakorzenienia i spokój, który pozwala stawić czoło upiorom przeszłości i lękom przyszłości.

Śmierć jest łagodna – mówi Saint-Exupéry – kiedy należy do porządku rzeczy, kiedy stary wieśniak z Prowansji u kresu swego panowania przekazuje w depozyt synom kozy i oliwki, które oni z kolei mają kiedyś przekazać synom swoich synów. W rodzie wieśniaczym umiera się tylko w połowie. Każde istnienie, gdy przychodzi jego kolej, pęka jak strąk i oddaje swoje ziarna.

*

Prowansja, o której piszę, nie jest zwykłą Prowansją. To kraina z drugiej strony lustra, miejsce magiczne. Ta Prowansja nie istnieje poza mną, istnieje tylko we mnie, jest mitem  próbą zaspokojenia głodu cudowności, który od dziecka każdy z nas w sobie nosi, a którego naprawdę nigdy nie daje się zaspokoić; marzeniem, które się spełnia w wyobraźni  nie w rzeczywistości.

Antoine de Saint-Exupéry powiedział także, że tylko dzieci potrafią zatknąć kij w piasku, uznać, że jest królową, i obdarzyć go miłością.

To nieprawda. Dorośli też to potrafią.

Przeżyłem Prowansję jak rodzaj święta. I tak próbowałem ją opisać. Próbowałem odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego za nią tęsknię – nawet kiedy tam jestem. Ale na to pytanie chyba nie ma odpowiedzi. I pewnie być nie może.

Oczywiście, jest jeszcze inna Prowansja: szarzyzna listopadowych wieczorów, chłód kamiennych domów, szaleństwa mistralu, smutek leżących odłogiem pól, opuszczonych zagród, bieda, troski, kłopoty, problemy ale o tym niech piszą inni.




Juliusz Joniak, Pejzaż z Prowansji. Rysunek tuszem

Moja Prowansja to nieoczekiwane odkrycia, zdarzenia, wzruszenia, olśnienia, ciągłe poszukiwania, ciągłe błądzenia między tym, co realne, a tym, co wyobrażone, między tutaj i tam w czasie i przestrzeni.

*

Wśród wielu zdarzeń, niezwykłych spotkań z historią i z samym sobą, pamiętam trzy epizody, które zostawiły we mnie szczególny ślad.

Kiedyś, między klasztorem Montmajour a rzymskimi kamieniołomami w Fontvieille, tuż nad krawędzią stromego zbocza porośniętego gąszczem karłowatych dębów, kolcolistu i cierni, skąd już, jak okiem sięgnąć, ścieli się płowozielona dolina Rodanu, odkryłem mały, romański kościół otoczony cmentarzem. Kościół był opuszczony, zamknięty na głucho od lat, może od czasów Rewolucji. Stał, a właściwie wyrastał z nagiej skały, jak jakiś niezwykły, geologiczny twór bardziej kaprys natury niż dzieło ludzkich rąk. To wrażenie wzmacniały wydrążone w skale płytkie groby ułożone w sekwencjach po trzy lub cztery, tworzące dziwny geometryczny wzór, rodzaj regularnego ornamentu. Między grobami sterczały resztki porośniętych rudym liszajem kamiennych tablic. Czas pozacierał na nich imiona zmarłych, ale widoczne między plamami porostów fragmenty liter i cyfr mówiły, że ludzie, którzy tu spoczywają, żyli w czasach bardziej odległych niż sięga pamięć.

Przez szczelinę w rozeschniętych deskach, którymi przed wielu laty zaślepiono okno absydy, zobaczyłem fragment zasypanego gruzem, zatopionego w półmroku wnętrza i jakiś czarny, wiszący na kamiennej ścianie przedmiot. Długo wpatrywałem się, zanim odgadłem, że to część żelaznej kotwicy. Używano takich na galerach żeglujących po Morzu Śródziemnym jeszcze w pierwszych wiekach naszej ery. Skąd się tutaj wzięła? Kto ją tam zawiesił? Może było to jakieś zapomniane ex-voto za ocalenie podczas podróży do Ziemi Świętej albo trofeum z jakiejś łupieżczej wyprawy?

Zapadał smutny, listopadowy wieczór. Wiatr pędził od morza ciemne, wełniste chmury, które płynęły tak nisko, że wydawało się, iż wspinając się na palce, można zanurzyć w nich rękę. Stojący na pustkowiu kościół i cmentarz skąpany w szarożółtym, surrealistycznym świetle otaczała atmosfera jakiejś posępnej tajemnicy.

Kilka dni później na półce biblioteki mojego Kolegium zauważyłem dzieło Gerwazego z Tilbury: Otia Imperialia, we francuskim przekładzie Jeana de Vignay. Kiedy wziąłem je do ręki, wiedziałem już, że natrafiłem na dzieło niezwykłe.

Jego autorem był marszałek dworu cesarskiego królestwa Arles (maréchal de la cour impériale pour le royaume d’Arles), prawnik i erudyta, bliski powiernik cesarza Ottona IV. Urodził się w Anglii około roku 1150, prawdopodobnie w hrabstwie Essex. Dyplomatyczne ostrogi zdobywał na dworze Henryka II Plantageneta, wykształcenie prawnicze i tytuł doktora uzyskał na uniwersytecie w Bolonii. Bardzo wcześnie rozpoczął międzynarodową karierę jako prawnik i negocjator w sporach między możnymi tego świata. Po licznych podróżach po Europie w roku 1183 roku osiadł na stałe w Arles i oddał się bez reszty pracy nad swoim opus magnum, które ukończył w roku 1212.

Otia Imperialia albo Liber de mirabilibus mundi, Solatia imperatoris ou Descriptio totius orbis, dzieło napisane w oryginale wytworną, średniowieczną łaciną, skomponowane, jak mówi sam tytuł, ku rozrywce cesarza jest rodzajem encyklopedii, kompendium wiedzy o ówczesnym świecie. Kiedy je pisał, Ziemia była płaska jak liść pływający po morzu, krążyły nad nią Słońce i Księżyc, a gwiazdy były przymocowane do sfery niebieskiej, za którą znajdowała się siedziba Boga i Aniołów. Dzieło pełne barwnych opisów, obrazów i przypowieści podzielone zostało na trzy części. Pierwsza (Prima Decisio) opowiada o początku świata i czasach biblijnych; druga (Secunda Decisio) jest opisem różnych krajów i zamieszkujących je ludów, trzecia (Tertia Decisio) to zbiór opowieści o cudownościach, anomaliach, dziwnych zdarzeniach i niezwykłych obyczajach.

Z rosnącym zainteresowaniem przeglądałem dzieło,
czytałem fragmenty opisów i nagle, w XIII rozdziale pierwszej części (Prima Decisio), zatytułowanym De mari, odkryłem fragment tekstu o tak wielkiej sile poetyckiej sugestii, a jednocześnie tak bliski przeżyć i wrażeń sprzed kilku dni, że wpatrywałem się weń, wstrzymując oddech, jakbym natrafił na opis dobrze mi znanego, nawiedzającego mnie często snu, którego obrazy, ukryte dotąd w ciemności nieoczekiwanie przebiły się na powierzchnię i zyskały realne istnienie.

Takie stany odbiera się jako stany poetyckiej wizji, przeżycia o szczególnej intensywności.

Obraz oglądanego niedawno, ukrytego w gąszczu karłowatych dębów i cierni kościoła, zagadka dostrzeżonej w mroku absydy kotwicy, a przede wszystkim emanująca wokół aura tajemnicy, nabrały nagle jakiegoś niezwykłego sensu: przesłania, znaku sprzed wieków, ostrzeżenia przed jednoznacznym widzeniem świata.

Zgodność miejsca i czasu, okoliczności, nie mogły być
przypadkowe. Nie mogłem się mylić. W
tym miejscu zdarzyło się rzeczywiście coś niezwykłego. I oto znajduję w Otia Imperialia przejmujący opis zdarzenia, którego pełna powściągliwości surowość emanuje prawdą, które musiało wstrząsnąć ludźmi i pozostawić po sobie trwały ślad.

Opis ten uderzyć musiał także Fryderyka Mistrala, który z Otia Imperialia czerpał garściami. Przytoczył go bowiem w zbiorze legend, cudów, niezwykłych wydarzeń w tomie zatytułowanym Prose d’almanach.

Les gens pouvaient croire que notre atmosphere était une mer céleste, une mer pour ceux qui vivaient au-dessus. Cette histoire était sur des gens qui sortaient de l’église, et ils voyaient une ancre pendant du ciel au bout d’une corde. L’ancre s’est prise dans les tombes, et alors ils ont vu un homme descendre le long de la corde pour la libérer. Mais quand il a atteint la terre, ils se sont approchés de lui et il était mort… Mort, comme s’il s’était noyé.

Ludzie mogli uwierzyć, że nasza atmosfera jest morzem niebieskim morzem dla tych, którzy żyją ponad nim. Ta opowieść jest o ludziach, którzy wychodząc z kościoła, zobaczyli kotwicę na końcu zwieszającej się spomiędzy chmur liny. Kotwica uwięzła między grobowcami i wtedy ujrzeli człowieka, który schodził po linie, by ją odczepić. Kiedy dotknął stopami ziemi, zbliżyli się do niego, ale on już nie żył Umarł tak, jakby się utopił.

W dalszej części mowa jest o tym, że parafianie pochowali żeglarza na przykościelnym cmentarzu, a na wieczną pamiątkę odciętą od liny kotwicę powiesili w kruchcie kościoła.

*

Pamiętam także kwietniowy dzień w masywie Luberonu, kiedy zabłądziłem, szukając klasztoru w Valsaintes, dawnego domu mojego przyjaciela Poety. Pamiętam narkotyczne upojenie samotną wędrówką przez górskie bezdroża, wśród karłowatych dębów, nagich kamieni i pustego nieba, to uczucie czystości i majestatu, żarliwego milczenia i samotnej ekstazy, jakiego niekiedy doznają na górskich przełęczach pielgrzymi wędrujący do świętych miejsc i to niezmierzone milczenie, które przybliża ludzką istotę do spraw życia i śmierci, jak wszędzie tam, gdzie obecność świata ciąży mocniej niż obecność człowieka…

Wspinałem się na zbocze i nagle, mocą jakiegoś czaru, doznałem osobliwego rozdwojenia: zobaczyłem siebie z góry, jak we śnie, z perspektywy wiszącego na niebie ptaka  krogulca albo orła z wijącym się wężem w szponach. Z zakamarków pamięci wróciły słowa, fragmenty poematu o zagubieniu, o zabłąkaniu się w krainę dzieciństwa, poematu, który narodził się właśnie tu, w opuszczonym klasztorze, którego szukałem, przemierzając płowe pustkowia Luberonu:

Mais pourquoi gravit-il maintenant cette butte presque escarpée, encore que les arbres y soient aussi serrés qu’en dessous, le long d’étroites ravines? Ce n’est surement pas par ici que le chemin passe.
Et ce n’est pas de la-haut qu’il aura vue.
Ni pourra crier son appel.
Je le vois pourtant qui monte parmi les futs, dans les pierres.
S’aidant d’une branche basse quand il sent le sol trop glissant a cause des feuilles seches parmi lesquelles il y a
toujours ces cailloux roulant sur d’autres cailloux: losanges de bord acéré et de couleur grise, tachée de rouge.
Je le vois – et j’imagine la cime. Quelques metres d’a-plat, mais si indistincts du fait de ces ronces qui atteignent parfois aux branches. La me
me confusion, le meme hasard que partout ailleurs dans le bois, mais ainsi en est-il pour tout ce qui vit. Un oiseau s’envole, qu’il ne voit pas. Un pin tombé une nuit de vent barre la pente qui recommence.
Et j’entends en moi cette voix, qui sourd du fond de l’enfance: Je suis venu ici, déja – disait-elle alors – je connais ce lieu, j’y ai vécu, c’était avant le temps, c’était avant moi sur la terre.
Je suis le ciel, la terre.
Je suis le roi. Je suis ce tas de glands que le vent a
poussés dans le creux qui est entre ces racines.

Ale po co wdrapuje się teraz, na prawie niedostępną stromiznę pagórka, tym bardziej że drzewa rosną tam równie gęsto, jak w dole, na obrzeżu parowu? Z pewnością nie tędy droga.
I z pewnością nie mógłby dostrzec jej z góry.
Ani krzyknąć, zawezwać.
A jednak widzę go, jak wspina się, między pnie, między głazy.
Chwyta się niskich gałęzi, gdy czuje, że teren jest zbyt śliski z powodu suchych liści; zawsze są tam jakieś kamienie zsuwające się po innych kamieniach: romby z ostrymi brzegami, szare, skropione czerwienią.
Widzę go – i
wyobrażam sobie wierzchołek. Kilka metrów równej, lecz niewidocznej powierzchni, bo gąszcz jeżyn miejscami sięga pierwszych gałęzi. Pomieszanie i ślepy traf jak wszędzie w lesie i we wszystkim, co żyje. Ptak się podrywa, lecz on go nie widzi. Sosna, przewrócona jakąś wichrową nocą, zagradza zejście po zboczu, które się tu rozpoczyna.
I słyszę w duszy głos, który dobywa się z głębi dzieciństwa: już tutaj byłem powiada znam to miejsce, żyłem tu, nim jeszcze nastał czas, nim jeszcze byłem na ziemi.
Jestem niebem i ziemią.
Jestem królem. Jestem tą garstką żołędzi, które wiatr naniósł w szczelinę między korzeniami.
(Yves Bonnefoy, Tam, gdzie pada strzała. Fragment)

I nagle w tej jednej, jedynej chwili, jakby wyciętej z wieczności, światło stało się mineralne, ziemia stała się mineralna, zanikło wszystko, co było słodyczą, miękkim dotykiem, zapachem rzeczy żywych ich słabością, świat zastygł w uniesieniu jak w końcowym amen Mesjasza, kiedy wysoki głos trąbek es zawiesza na zawrotnej wysokości chwilę ekstazy, jakby na chwilę przed objawieniem Jedni – najbardziej niedostępnej z tajemnic.

*

Wracają fragmenty wspomnień, znaczą miejsca i czas, jak milowe kamienie przy drodze. Pamiętam wieczór 15 maja 2007 roku na moście Trinquetaille; stałem w milczącym tłumie, patrząc z góry na zakotwiczoną na Rodanie barkę. Na burcie widniał napis: Nocibe II. Departament archeologii podmorskiej DRASSM, Marsylia. Już rano lotem błyskawicy miasto obiegła wiadomość, że w mułach Rodanu, tuż przy prawym nabrzeżu rzeki, odnaleziono marmurowe popiersie Juliusza Cezara. Wiadomość tę powtarzano z ust do ust na ulicy, w kawiarni, na targu. Nieznajomi zatrzymywali się, rozmawiali, potrząsali głowami, rozchodzili się, śpiesząc, aby przekazać wiadomość innym.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.