Oblicza PRL-u - Praca zbiorowa - ebook
Wydawca: G+J Gruner Jahr Kategoria: Edukacja Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 173 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Oblicza PRL-u - Praca zbiorowa

W PRLu brakowało wszystkiego. Można nawet powiedzieć, że Polska Ludowa była krajem permanentnego niedoboru. Przede wszystkim brakowało prawdy. Bo to, że zamiast czekolady były wyroby czekoladopodobne, można było jakoś wytrzymać. Ale że zamiast normalności występowały obiektywne trudności, zamiast strajków – przejściowe przerwy w pracy, a na dyktaturę mówiło się socjalistyczna demokracja – denerwowało już wszystkich. Oto wstrząsające i tylko czasami zabawne kulisy najweselszego baraku demoludów.

Opinie o ebooku Oblicza PRL-u - Praca zbiorowa

Fragment ebooka Oblicza PRL-u - Praca zbiorowa





Informacje o książce


Towarzysze z morskiej pianki

Lud pracujący spędzał wakacje w placówkach Funduszu Wczasów Pracowniczych. Awangarda klasy robotniczej regenerowała siły w specjalnych kurortach, odgrodzonych od zwykłych śmiertelników wysokimi murami i strażami.

autor Piotr Osęka


Lipiec 1980 roku był upalny. Słońce prażyło, w kraju zaś wzbierała fala społecznego niezadowolenia, z której wkrótce wyłonić miała się „Solidarność". W tym czasie na Krym przybył z Polski specjalny samolot rządowy. Piotr Kostikow, wysoki urzędnik radzieckiej partii komunistycznej, tak zapamiętał tę scenę: „Kiedy na lotnisku w Symferopolu z samolotu zaczęła się wysypywać gromadka członków polskiego Biura Politycznego w otoczeniu żon, dzieci, wnucząt, przeszedł przeze mnie prąd – przeraziłem się. W Polsce wrze […] ludzie organizują strajki, opozycja się konsoliduje, bliscy współpracownicy przygotowują wysadzanie kolegów z siodeł, a czołówka polityczna kraju przyjechała, by się przebrać w kąpielówki i być od tego wszystkiego daleko".

„Prawo do wypoczynku" stało się jednym ze sztandarowych haseł propagandy komunistycznej. Poświęcono mu nawet osobny artykuł konstytucji. Czytamy w nim m.in.: „Organizacja wczasów, rozwój turystyki, uzdrowisk, urządzeń sportowych, domów kultury, klubów, świetlic, parków i innych urządzeń wypoczynkowych stwarzają możliwości zdrowego i kulturalnego wypoczynku dla coraz szerszych rzesz ludu pracującego miast i wsi". Chociaż jakość wypoczynku w powszechnie dostępnych domach Funduszu Wczasów Pracowniczych pozostawiała sporo do życzenia, elity rządzące nie szczędziły czasu i państwowych pieniędzy, aby – w imieniu klasy robotniczej – samemu spędzać udane wakacje. Członkowie najwyższych władz gotowi byli na niejedno poświęcenie. „Już pojutrze zamienię się w jednego z tych idiotów, którzy w letnie upały wsiadają w samochód i jadą do piekieł na odpoczynek do Włoch" – zanotował w lipcu 1975 roku wicepremier Józef Tejchma.

Wakacje pod kontrolą

Od pierwszych lat istnienia PRL-u aż po jego ostatnie dni prawo do korzystania z luksusowych ośrodków wypoczynkowych stanowiło fundamentalny przywilej elit partyjnych. Już w roku 1946 Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego rozpoczęło tworzenie sieci specjalnych kurortów przeznaczonych dla pracowników resortu, a także dla wyższych funkcjonariuszy partyjnych. Największe tego typu ośrodki powstały w Juracie, Szklarskiej Porębie, Karpaczu, Zakopanem, Sopocie i Jastrzębiej Górze. Oferowano tam wczasy na wyższym niż przeciętny poziomie, a wypoczywających odseparowano od świata zewnętrznego. Pensjonaty wyposażone były we własne stołówki i bary, z czasem pojawiło się też zaplecze sportowe takie jak baseny i boiska, a nawet osobne parki i fragmenty plaży. Urlopowicze mogli spędzić wakacje, ani razu nie opuszczając ośrodka, do którego dostępu broniły postronnym wysokie, nieprześwitujące ogrodzenia i wartownicy sprawdzający przepustki. Chodziło nie tylko o wygodę ludzi nowej władzy, ale też o możliwość ich pełnej kontroli. U progu lat 50. wzmagała się obsesja zagrożenia ze strony zachodnich mocarstw, dokonywano aresztowań rzekomych szpiegów, którzy mieli wkraść się w szeregi rządzącej partii. Zamknięte ośrodki okazywały się „złotymi klatkami" – wczasowicze poddani byli stałej inwigilacji, a przyjaźnie i znajomości zawierać mogli wyłącznie we własnym kręgu.

Wszystko, co działo się za murami, w strzeżonych enklawach luksusu, do niedawna okryte było tajemnicą. Dopiero za sprawą wspomnień pisanych przez komunistycznych polityków, a także dzięki kwerendom archiwalnym, historycy mogą dziś odtworzyć, jak wyglądały wakacje komunistycznych prominentów.

Przedstawiciele najwyższych władz wypoczywali w warunkach, o jakich przedwojenni dygnitarze nie mogli nawet marzyć. Zbiegły na Zachód wysoki funkcjonariusz aparatu bezpieczeństwa Józef Światło ze szczegółami opisywał przywileje kierownictwa partii: „Poza willą przy ul. Klonowej i drugą willą w Konstancinie każdy członek biura politycznego ma też willę w jakiejś miejscowości wypoczynkowej. Zależnie od upodobań i od stanu zdrowia – albo w górach, albo nad morzem".

Udane wakacje szczególnie cenił szef partii komunistycznej. „Przed paru laty Bierut wyjeżdżał chętnie na urlop do swej willi w Sopocie – do jednej z dziesięciu rezydencji, które posiada. Willa jest luksusowa, urządzona meblami wyszabrowanymi na Ziemiach Zachodnich. Składa się z dziesięciu pokoi, kuchni i dwóch łazienek. Przy ulicy Poniatowskiego nad morzem. Otoczona ogrodem z alpejskimi wysokogórskimi kwiatami i roślinami. Ogród specjalnie założony i wybudowany przez firmę ogrodniczą z Oliwy.

Tam to udawał się towarzysz Tomasz, by wypocząć, by wykąpać się w Bałtyku i popływać. […] Całą plażę przed willą wyewakuowano z ludności cywilnej, aby towarzysz prezydent i sekretarz partii mógł się swobodnie wykąpać".

Powiedz, gdzie spędzasz wczasy, a powiem, kim jesteś

Prawdopodobnie bizantyjski przepych był naśladownictwem wzorów radzieckich. To w ojczyźnie światowego proletariatu rangę dygnitarza mierzono stopniem odseparowania od reszty społeczeństwa. Speckurorty stanowiły atrybut władzy – taki sam jak gabinet w ministerstwie, miejsce za stołem prezydialnym czy rzędy orderów na piersi.


Dostojnym gościom z Komitetu Centralnego stworzono godne warunki do wypoczynku. Dziesiątki tysięcy hektarów plaż, jezior i lasów otoczono drutem kolczastym i licznymi posterunkami.


Generał Tadeusz Pióro, który w połowie lat 50. przybył do Moskwy jako polski przedstawiciel przy naczelnym dowództwie wojsk Układu Warszawskiego, często spotykał się z wierchuszką armii radzieckiej i dobrze poznał obyczaje panujące w tym środowisku. We wspomnieniach generała znajdziemy plastyczny opis wakacji, jakie co roku spędzał w Suchumi nad Morzem Czarnym marszałek Kirił Moskalenko, dowódca Moskiewskiego Okręgu Wojskowego. „W garażach oczekiwały trzy samochody: duża limuzyna, mniejszy samochód (dla dzieci) i samochód terenowy, przeznaczony na wycieczki w góry" – pisał Pióro. „Na przystani kołysały się trzy jednostki morskie: czteroosobowa łódź motorowa, jacht oraz ścigacz dostarczony Moskalence przez dowódcę Floty Czarnomorskiej, z jedenastoosobową załogą, na wypadek gdyby towarzysz marszałek zechciał udać się w dalszą podróż po morzu. Na lotnisku oddalonym o kilka kilometrów od Suchumi stał samolot do jego wyłącznej dyspozycji. Ale na tym nie koniec. Część plaży przed willą, akurat pośrodku ogólnej, została otoczona prowizorycznym ogrodzeniem i zasłonięta płachtami. Ponieważ plaża była kamienista – wyłożono ją chodnikami z desek, a ponieważ deski mogły być chropowate – przykryto je białymi prześcieradłami. Morze przed wydzieloną plażą, na odcinku pięćdziesięciu metrów, również zostało zastrzeżone do wyłącznej dyspozycji dostojnego użytkownika; wartownik kołyszący się w łódce pilnował, aby nikt przez ten kawałek nie przepływał. I tak marszałek Moskalenko z »plaży Moskalenki« zstępował po prześcieradłach do »morza Moskalenki«, nie narażając się na styczność z pospólstwem".

Pod koniec pierwszego dziesięciolecia PRL-u zaczęły powstawać specjalne ośrodki wczasowe, zarezerwowane dla pracowników Komitetu Centralnego. Najważniejsze tego typu obiekty o standardzie zbliżonym do ekskluzywnych hoteli zbudowano w Zakopanem, Sopocie, Juracie i Mierkach. Jednak najbardziej elitarne wzniesiono w Łańsku i Arłamowie. Były to prawdziwe królestwa prominentów, odizolowane liniami wart i zasieków. Przez całe dziesięciolecia miejscowości tych nie zaznaczano na mapach. Nie tylko okoliczna ludność, ale nawet miejscowe władze nie miały pojęcia, co dzieje się za parkanami długimi na dziesiątki (!) kilometrów. Gęsto porozwieszane tablice ostrzegały surowo (i nieco dwuznacznie): „Ostoja dzikiej zwierzyny. Wstęp surowo wzbroniony".

Łańsk welcome to

Palmę pierwszeństwa dzierżył Łańsk, ulubione miejsce wakacji Władysława Gomułki. Ulokowany w wąskim pasie lądu między dwoma jeziorami, na terenie dawnego ośrodka Hitlerjugend pod Olsztynem, zaczął rozrastać się w błyskawicznym tempie, by ostatecznie zająć obszar blisko 60 tys. ha. Na potrzeby Łańska wysiedlano okoliczne wsie, a terenom rolnym odbierano status ziem uprawnych. Wzniesiono koszary dla kompanii wartowniczej, która zresztą wkrótce urosła do rozmiarów batalionu. Przestrzeń powietrzną nad uzdrowiskiem zamknięto dla lotnictwa cywilnego i wojskowego. Łańsk stał się udzielnym księstwem, wyłączonym spod władzy wojewody i de facto podległym jedynie szefowi kancelarii pierwszego sekretarza.

Wstęp do ośrodka zastrzeżony był dla wyselekcjonowanej grupy kilkunastu najwyższych dygnitarzy. Choć formalnie obiekt stanowił własność Urzędu Rady Ministrów, tylko niektórzy członkowie rządu mogli spędzać w nim urlopy. Gomułka przybywał tu na długie spacery i przejażdżki łódką po jeziorze, często towarzyszyli mu najbliżsi współpracownicy – Zenon Kliszko i Ryszard Strzelecki.

Na dostojnych gości czekały apartamenty w głównym pawilonie ośrodka, tzw. Puszczy. Prominenci chętniej wybierali jednak wille, ulokowane nad brzegiem jeziora. Domki urządzono komfortowo, ale – jak niemal wszystko w realnym socjalizmie – według rozdzielnika. Wnętrza były do siebie podobne jak dwie krople wody.

W tym miejscu warto wspomnieć historię, jaka przydarzyła się gen. Witalijowi Pawłowowi, oficjalnemu przedstawicielowi KGB w Polsce. W połowie lat 70. Pawłow towarzyszył wiceszefowi KGB Mikołajowi Jemmachonowowi podczas jego wizyty w Warszawie, a następnie udał się wraz z pryncypałem na krótki odpoczynek do Łańska. Tam spotkali Stanisława Kanię, wówczas członka Biura Politycznego i Sekretariatu KC.

„Spacerowaliśmy razem długo po lesie, a kiedy trochę zmęczyliśmy się, Kania zaprosił nas do swojego domku »na kieliszek« – pisał Pawłow we wspomnieniach. „Członkowie wyższego kierownictwa odpoczywali w komfortowo urządzonych i wyposażonych domkach, które jak rząd bliźniaczych grzybów, stały wzdłuż alei. Kania zatrzymał się przed jednym z domków, zaprosił nas do środka. Siedliśmy w bardzo wygodnych fotelach. Kania poszedł do kuchni po kawę i koniak. […] W pewnym momencie, kiedy już zawiązała się żywa rozmowa, do domku wszedł nieznany mi człowiek, który dosłownie osłupiał na widok trzech zadowolonych, rozluźnionych mężczyzn [dwóch, dodajmy, w mundurach sowieckich generałów], rozwalonych w fotelach. Kania natomiast bardzo się zmieszał i wyjaśnił nam, że przez pomyłkę zaszliśmy do cudzego domku. Układ wnętrz, wyposażenie domku, nawet dekoracje na ścianach – wszystko było identyczne z tym, jakie było w domku, w którym zatrzymał się Kania. Przeprosiliśmy gospodarza i jak niepyszni wynieśliśmy się".

W skład zabudowań Łańska wchodziła także stadnina koni, hodowla psów myśliwskich, a przede wszystkim – garaże. Zaparkowane w nich samochody mogły zachwycić niejednego miłośnika motoryzacji. Na amatorów przejażdżek czekały limuzyny Fiata i Peugeota, land-rovery (wówczas prawdopodobnie jedyne w Polsce egzemplarze). Motorowodniacy mieli do dyspozycji łodzie z potężnymi silnikami – sprowadzanymi z zagranicy.

Powszechnie ceniono łańską kuchnię. Specjalnością ośrodka były biesiady na świeżym powietrzu i tradycyjne polskie dania. Wiesław Białkowski pisze w książce Łańsk bez kurtyny: „W latach siedemdziesiątych wymyślono nową formę podejmowania dostojnych gości. Były nią kolacje przy ognisku kilka kilometrów od ośrodka. Podczas nich, umilanych występami zespołów »Olsztyn« i »Warmia«, serwowano to, czym łańska kuchnia mogła się pochwalić.

A więc najpierw „grzanka", czyli coś mocnego na rozweselenie [była to wódka z miodem i ziołami], potem polski bigos, ryby z popiołu, dania z dziczyzny, grzyby z patelni i duszone".

Dla miłośników kuchni śródziemnomorskiej sprowadzano homary i owoce morza, w gabinecie komendanta zaś znajdowała się specjalna szafa, wypełniona butelkami koniaku, szampana i whisky. Na Zachodzie były to rzeczy dostępne w każdym lepszym hotelu, jednak po wschodniej stronie żelaznej kurtyny stanowiły rzadkość.

Nawiasem mówiąc, znany z ascetycznego usposobienia Gomułka kategorycznie sprzeciwiał się trwonieniu dewiz na podobne zbytki. Jego współpracownicy, jeśli chcieli zajadać się frykasami, musieli to robić w tajemnicy. Białkowski powtarza anegdotę, krążącą niegdyś w sferach partyjnych: „Przy stole siada samotnie Cyrankiewicz. Menu specjalne, zgodne z upodobaniami premiera: kawior, łosoś, francuski koniak. Wtem wchodzi komendant ośrodka i ściszonym głosem oznajmia: Kilka minut temu, niespodziewanie, przyjechał towarzysz Wiesław. Za chwilę tu będzie. Premier z żalem w głosie wydaje dyspozycję: – Proszę przygotować stół dla pierwszego sekretarza. Kawior, jak z bata strzelił, ustępuje miejsca dżemowi, łososia zastępuje ser, znika koniak, a pojawia się mleko…".

Proletariacka arystokracja

Przywódcy PRL-u, choć mienili się awangardą proletariatu, we własnym, zamkniętym gronie chętnie naśladowali ziemiański tryb życia. Ze szczególnym zamiłowaniem oddawali się polowaniom, a więc rozrywce o typowo „pańskim" rodowodzie. W II RP łowy były wyłączną domeną arystokracji, dyplomatów i wojskowych; działacze lewicowi czy chłopscy raczej w nich nie uczestniczyli.

W ślady Radziwiłłów i Branickich najchętniej podążali premierzy: Cyrankiewicz i Jaroszewicz. Żaden z pierwszych sekretarzy nie lubił polowań, choć wszyscy – od Gomułki po Jaruzelskiego – uczestniczyli w podobnych imprezach urządzanych dla zagranicznych gości. Dodajmy, że na łowy przyjeżdżali do Polski zarówno zachodni politycy, jak i szach Iranu Reza Pahlavi. Honorowymi gośćmi byli oczywiście Chruszczow i Breżniew, a także radzieccy marszałkowie: Rodion Malinowski, Iwan Jakubowski, Andriej Greczko, Wiktor Kulikow.

Największymi terenami łowieckimi były Łańsk i bieszczadzkie Arłamowo. W szczytowym okresie w Łańsku utrzymywano rekordowe pogłowie około 2000 jeleni i 1500 dzików. Zwierzyny było tyle, że trzeba było ją dokarmiać paszą przywożoną z zewnątrz. W takich warunkach łowy nie należały wyczerpujących. Wystarczyło na kilkadziesiąt minut zagłębić się w las, by wrócić z trofeum.

All inclusive

Obsługa ośrodka dokładała starań, by ułatwić myśliwym zadanie. Zwierzynę przyzwyczajano do stałych godzin karmienia, a w pobliżu paśników ustawiano ambony… Teraz wystarczyło zadbać, by goście znaleźli się we właściwym miejscu o właściwej porze. Polowanie na ptactwo wyglądało inaczej: „Wyznaczeni i odpowiednio przeszkoleni żołnierze, jeszcze przed strzelaniem taszczyli w trzciny worki z bażantami, które pojedynczo, z ukrycia, co pewien czas wyrzucano do góry z takim wyliczeniem, aby ptaki frunęły w kierunku premiera" – mówił po latach pułkownik Andrzej Gotówko, szef ochrony.


Pod lufy komunistycznych bonzów podprowadzano tysiące oswojonych jeleni i dzików.
Po łowach przyprowadzano im dziewczyny w regionalnych strojach, gotowe do usług.


Po udanych łowach przychodził czas ma wspólne zdjęcie z pokotem, a potem – jak każe myśliwska tradycja – kolację przy ognisku. Obsługa potrafiła zadbać, by gościom nie zabrakło miłych wspomnień. „Na łące rozbijano namiot, rozstawiano stoły, szykowano frykasy i transportery wódki – wspominał Gotówko. „Dziewczyny były wymyte, w strojach regionalnych, gotowe do usług. Obżarstwo, pijaństwo, politykowanie, poklepywanie. Dziewczyny pozwalały na wiele, chętnie siadały na kolanach utrudzonym rzeźnikom-marszałkom, generałom… wiedziały zresztą, komu i jak siadać".

Swobodna atmosfera podczas uczty sprzyjała rozmowom o polityce. Zawierano sojusze, planowano intrygi. Czasami po alkoholu dochodziło jednak do spięć, które mogły skomplikować sytuację międzynarodową, zwłaszcza jeśli w awanturze uczestniczył radziecki przywódca. Franciszek Szlachcic, wysoki dygnitarz z czasów PRL-u, tak opisuje przebieg wizyty, złożonej w Łańsku przez sowieckiego genseka: „Gdy Chruszczow przekonywał o potrzebie uelastycznienia polityki w stosunku do RFN, powiedział: »Taki jest rachunek sił, taka jest matematyka«. Siedzący przy stole [minister spraw wewnętrznych] Moczar wtrącił: »Ale polityka to nie matematyka, to algebra«. Chruszczow warknął: »A czto wy, algebraist? Nie pozwolę się obrażać, zaraz wyjeżdżam, ja się tu nie prosiłem«. Wiesław go uspokajał. Cyrankiewicz powiedział coś wesołego i z wolna udobruchali go".

Bratnie kurorty

Choć Łańsk, Arłamowo czy Sopot oferowały czołówce dygnitarzy luksus i wymyślne rozrywki, za najbardziej prestiżowe uważano wakacje w ZSRR. Zaproszenie do willi nad brzegiem Morza Czarnego było swego rodzaju namaszczeniem – w ten sposób wyróżniano tylko pierwszych sekretarzy oraz ich najbliższe otoczenie. Tutaj polscy towarzysze mieli do swojej wyłącznej dyspozycji całe kilometry plaży, a także doskonale wyposażone wille. Ulubioną rozrywką Gierka było np. oglądanie filmów popularnonaukowych w prywatnej sali kinowej. Podobno wybrane fragmenty oglądał po kilkanaście razy, robił notatki i na tej podstawie planował zakup licencji i wdrożenia inwestycyjne.

Choć letni pobyt na Krymie pozornie nie różnił się od wakacji w kraju, dla polityków oznaczał okres wytężonej pracy. Wspólne spacery i biesiady z radzieckimi dostojnikami stwarzały okazję, żeby do właściwego ucha szepnąć odpowiednie słowo, pogrążyć rywala w Warszawie i podnieść własne notowania na Kremlu. Wakacyjna sceneria pozwalała na większą otwartość, a także – uniknięcie podsłuchów. „Rozmawiałem również z Adamem [Gierkiem] – wspominał Kostikow – ostatni raz dzieliłem się z nim swoimi troskami, kiedy popłynęliśmy daleko w morze i odpoczywaliśmy, trzymając się boi.

– Adamie, czy zdajesz sobie sprawę, że Kania będzie coraz bardziej zdecydowanie zmierzał do obalenia ojca? – zapytałem wprost, by go sprowokować do działania.

Długo milczał i wreszcie odpowiedział, że on jest o tym przekonany, ale ojciec nie wierzy niestety w takie możliwości Kani. – Ojciec niestety uwierzył, że nikt go nie ruszy – powiedział Adam i zaczął płynąć ku brzegowi".

Właśnie na krymskim wybrzeżu odbywały się rozmowy, które zaważyć miały na historii Polski. W początkach sierpnia 1980 roku Gierek został przyjęty przez radzieckiego przywódcę na specjalnej audiencji. „Spotkanie u Breżniewa zostało wyznaczone na godziny, kiedy upał łagodniał w przedwieczornych wietrzykach znad morza – relacjonował poetycko Kostikow. „Nad samym brzegiem, w skale była niewielka grota. Stał tam mały stolik, cztery krzesła i barek, na którym stały butelki z wodą mineralną, soki. W grocie było przyjemnie chłodno".

Choć rozmowy odbywały się w tak idyllicznym otoczeniu, atmosfera była ciężka. Gierek na próżno usiłował przekonać Breżniewa i towarzyszących mu dygnitarzy, że panuje nad sytuacją, strajki nie stanowią zagrożenia, a kierownictwo PZPR nadal zasługuje na zaufanie. Optymizm I sekretarza zbyt jaskrawo kontrastował z fatalną sytuacją w kraju. Nie minął miesiąc, a VI plenum KC pozbawiło Gierka wszystkich stanowisk i zaszczytów. Podobne rozmowy toczyły się rok później. Tym razem partnerami Breżniewa byli Kania i Jaruzelski. „Spotkanie miało miejsce w wygodnym pawilonie stojącym wprost na plaży – zanotował Jaruzelski we wspomnieniach. – Ta sceneria i krótki spacer odprężały tylko na początku. Gospodarze szybko przystąpili do meritum".

Breżniew grzmiał, domagał się szybkich i zdecydowanych posunięć. W jego wystąpieniu pobrzmiewały słabo zawoalowane groźby. „Spotkałem się niedawno z przywódcami krajów socjalistycznych, którzy odpoczywali lub odpoczywają na Krymie. Są bardzo zaniepokojeni. Wszyscy pytają: dokąd idzie Polska? Chcielibyśmy uzyskać odpowiedź. Niestety, sytuacja się zaostrza, kontrrewolucja wzmaga nacisk. Siły antysocjalistyczne przejawiają coraz większą agresywność, uliczne demonstracje oraz inne ekscesy podważają stabilność władzy. Gdzie rubież, której nie pozwolicie przekroczyć?". Breżniew przypomniał też, że zarówno w Czechosłowacji, jak i na Węgrzech po radzieckiej interwencji od razu poprawiła się sytuacja gospodarcza.

Ten urlop Kani i Jaruzelskiego nie należał do udanych. Choć na plaży szumiało morze, oni słyszeli zapewne zgrzyt czołgowych gąsienic.

Piotr Osęka


Autor jest adiunktem w Instytucie Studiów Politycznych PAN.
Autor książek: Rytuały stalinizmu. Święta i uroczystości rocznicowe w Polsce 1944–1956, Mydlenie oczu.
Przypadki propagandy w Polsce, Marzec ’68.


Komuniści na patriotycznych występach

Na początku Polski było słowo. Słowo towarzysza Stalina. Że należy w okupowanej Polsce założyć partię robotniczą, głoszącą hasła narodowowyzwoleńcze. Ale o żadnej wolnej Polsce ani Stalin, ani pracujący dla niego polscy komuniści – nawet nie myśleli.

Z historykiem dr. Piotrem Gontarczykiem rozmawia Michał Wójcik


W maju 1936 roku podczas Kongresu Pracowników Kultury we Lwowie Władysław Broniewski wyrecytował swój wiersz Zagłębie Dąbrowskie. Wiersz skierowany do sympatyków Komunistycznej Partii Polski (w tym Wandy Wasilewskiej obecnej na sali) miał bardzo rewolucyjny charakter:

„Powiedz, ziemio surowa, komu ty jesteś ojczyzną? Groź nie milczy Dąbrowa w noc głodu, kryzysu, faszyzmu /.../

By te słowa zabrał niejeden, jak lonty dynamitowe, na Hutę bankową, na Reden... – Zapalić! Gotowe? – Gotowe!". Wiersz przyjęty został entuzjastycznie. Ostatnie słowo wykrzyczała cała sala. Na co trzy lata przed wybuchem wojny mogli być gotowi polscy komuniści? Na stworzenie nowej Polski?

Polski? Jeśli tak, to specyficznie rozumieli to pojęcie. Należy tu odróżnić strategiczne cele KPP i Kominternu od stosowanej przez te struktury taktyki. Celem komunistów polskich było wywołanie bolszewickiej rewolucji. Po jej zwycięstwie Polska miała funkcjonować jako Republika Rad w ramach ZSRR, i dla wszystkich było to absolutnie jasne.

Pewnie nie dla samego Broniewskiego. On walczył z bolszewikami w 1920 roku i był polskim patriotą, choć o lewicowych poglądach. Poza tym sami komuniści odwoływali się do haseł niepodległościowych. Jak Feliks

Dzierżyński, który w 1925 roku przyznał, że jeśli ruch komunistyczny chce, aby hasła komunistyczne trafiły w Polsce na podatny grunt, muszą odwoływać się do tradycji niepodległościowej.

Hasła o niepodległości i niezależności to był tylko szyld, propagandowa maskarada. Taką taktykę narzucił polskim komunistom Komintern i wielokrotnie ją zmieniał w zależności od aktualnych potrzeb Kremla. Jeżeli w Moskwie wymyślano jakąś nową taktykę, zmierzającą do wywołania rewolucji w Europie, to do wszystkich partii komunistycznych w krajach zachodnich szły stosowne polecenia, które należało wykonać. Zwracam uwagę na pewien paradoks. Ruch komunistyczny odwoływał się do haseł równości i braterstwa narodów, a w pewnym okresie strategia Kominternu opierała się na wywoływaniu w naszej części Europy konflików etnicznych, tak żeby „puściły szwy" (język oryginału) w państwach wielonarodowościowych. Bo celem strategicznym było zniszczenie ładu wersalskiego, które Kreml traktował jako warunek sine qua non wywołania kolejnego światowego konfliktu zbrojnego, a po nim – rewolucji. Czyli komuniści liczyli na nacjonalizmy, a w razie wybuchu wojny głównymi ofiarami miały być – właśnie umiłowane tak przez Stalina – masy.

Czy po rozwiązaniu KPP przez Stalina w 1938 roku, a potem po zamordowaniu wielu polskich komunistów w ZSRR, ci, którzy przeżyli czystkę, zrozumieli, że są tylko trybikami w zbrodniczej maszynie, i zgłaszali jakieś wątpliwości?

Większość komunistów została przed oficjalnym rozwiązaniem KPP w latach 1936–1938 wymordowana. A głębsza refleksja to chyba raczej rzadkie przypadki. Spotkałem się w zasadzie z jednym dobrze udokumentowanym. Chodzi o znanego przedwojennego komunistę Leona Lipskiego, który mimo decyzji o rozwiązaniu KPP dalej prowadził działalność – jakby wbrew woli Stalina i wszystkich innych komunistów, którzy przecież wolę przywódcy ZSRR uważali za bezdyskusyjny rozkaz. On nawet był aresztowany przez NKWD, potem wydostał się z aresztu i w okresie okupacji w Warszawie wydawał pisemka, w których pozwolił sobie na krytykę Sowietów. U komunistów polskich coś niebywałego! Oczywiście spotkała go za to kara. Gdy tylko zaczęła działać Polska Partia Robotnicza, on poparł ją, przekazał jej nawet starą swoją zakonspirowaną drukarnię kapepowską, ale wśród komunistów nie ma zmiłuj: został w 1943 roku zastrzelony na ulicy przez swoich. Bo ci, którzy ośmielili się wyartykułować inne zdanie od Centrali, stawali się bezwzględnie zwalczanymi wrogami.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com