Nowe erotyki - Zygmunt Niedźwiecki - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 352 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nowe erotyki - Zygmunt Niedźwiecki

Zbiór krótkich utworów obyczajowych wydanych w 1908 roku. Zygmunt Niedźwiecki (1864–1915) był prozaikiem. Prawie przez całe życie mieszkał w Krakowie, gdzie zajmował się dziennikarstwem. Współpracował z „Nową Reformą” i „Naprzód”. Od 1890 roku publikował w czasopismach nowele, zebrane następnie w tomie „Słońce” (1892). Pisywał humoreski i dokonywał licznych przekładów, głównie z literatury francuskiej. Bliskie były mu idee socjalistyczne. Ulegał tendencjom naturalistycznym. W swojej twórczości prezentował pesymistyczny obraz człowieka i społeczeństwa. Publikował nowele, fraszki, szkice, dzięki którym zdobył znaczną popularność i uznanie, np. „U ogniska” (1894), „Sam na sam” (1895), „Sposób na diabła” (1899), „Nowe erotyki” (1908). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Nowe erotyki - Zygmunt Niedźwiecki

Fragment ebooka Nowe erotyki - Zygmunt Niedźwiecki





Spis treści

  1. JEDYNE DZIEŁO
  2. ZAZDROŚĆ
  3. SCHADZKA
  4. WAKANS
  5. W OBŁĘDZIE
  6. WANNA
  7. CHOLERA
  8. ZA PIECEM
  9. ZAZDROSNY
  10. MALEŃSTWA
  11. MARA
  12. ZASTĘPCA
  13. W DRODZE
  14. SIASIA
  15. ODKRYCIE
  16. PRZYJACIÓŁKA
  17. ŚLUB
  18. SAM NA SAM
  19. ANONIM
  20. WELON ŚLUBNY
  21. MAMKA
  22. POKUSA
  23. KOBIETA Z GIPSU
  24. NIEZNAJOMA
  25. SPRZECZKA
  26. OSTATECZNOŚĆ
  27. SERCE Z PIERNIKA
  28. ALBUM
  29. ŁZY
  30. MAJÓWKA
  31. OCH! TA LITERATURA!...
  32. W SZKLANCE WODY
  33. KLESZCZOWY PORÓD
  34. W GNIAZDKU
  35. LISTEK FIGI
  36. KOLOFON

JEDYNE DZIEŁO

– W miłostkach, jak we wszystkim, istnieją tysięczne pasje, nałogi, uprzedzenia i kaprysy, cała skala popędów i, że się tak wyrażę, specjalności, którymi kierują się w wyborze przedmiotu swoich uczuć spomiędzy płci drugiej zarówno mężczyźni, jak kobiety – mówił w gronie młodzieży tonem człowieka podającego się w traktowanej materii za znawcę i bywalca, łysawy mężczyzna z miną łobuza.

– Jedni na przykład oglądają się tylko za miłością sprzedajną, dlatego że ta nie wymaga zachodów; drudzy na odwrót, przypisują wartość bezinteresownej, uczciwej wyłącznie, dlatego właśnie, że ich wymaga. Ci szukają jej tylko u żon własnych, owi, z zasady niemal, u cudzych. Jednych czaruje miłość dyskretna, tajemnicza, cicha, jak noc!... – innych przeciwnie, burzliwa, jawna, prawie wyuzdana, jak dzień. Niektórzy poza uściskiem niczego w niej nie umieją dopatrzyć, gdy równocześnie wielu wydaje on się drobną tylko cząsteczką skarbów nieprzebranych... I tak bez końca!... że trudno by było znaleźć dwóch ludzi, co by się w tych rzeczach na jedno zgodzili, bez zastrzeżeń.

To samo jednak widzimy w każdej dziedzinie: ten pije piwo tylko z glinianego kufla, nigdy inaczej, tamten pali z pianki z bursztynem albo nie pali wcale, a inny da się raczej zarżnąć, niż się położy spać od ściany. Ostatni z wymienionych objawów towarzyszy zwykle usposobieniu do zazdrości.

Znałem dziewczynę, u której względów daremnie by było szukać, jeśli się nie było – malarzem.

Nie dowiedziałem się tego ani od malarzy, ani od niej samej, pouczył mnie o tym przypadek.

Tłuściutka ta, różowa i świeża blondynka, z oczyma ciemnymi i ciemną rzęsą, o mince skromnej a wyzywających kształtach, które uwydatniał jasny, perkalowy stanik i przypięty na biuście fartuszek z czarnej połyskującej ceraty, zajmowała jeden z kiosków z wodą sodową. Było to temu lat sporo, w czasach, kiedym jeszcze przykładem większości szukał po kioskach rozgrzewających spojrzeń, słów i uśmiechów, a nie napoju, który chłodzi. Ujrzawszy Felę w dniu, w którym szczególnie byłem do płci pięknej usposobionym, jak spokojnym i wdzięcznym ruchem ręki odkręcała mosiężny kurek, z którego gwałtownie musujący, a tak niewinny płyn gazowy wytryskał z taką wściekłą pasją, jak gdyby był najbardziej zabójczą z trucizn świata, zapełniłem widokiem tej blondynki od razu moją duszę, chwilowo wolną od obrazu kobiety, lecz bardzo za nim stęsknioną.

Od owego dnia zrobiłem się stałym, hurtownym rzec mogę jej odbiorcą.

Ponieważ usilna chęć przypodobania się jej nie odnosiła skutku, więc, by go przyśpieszyć, chłonąłem gazówkę jak smok po połknięciu nadzianego ogniem barana wodę Wisły pochłaniał.

Lecz nie wzruszyło jej to bynajmniej. Mimo przesiadywania mego w kiosku przez godziny całe i zapełniania tych godzin niezliczonymi szklankami „czystej” i „z sokiem”, najwyszukańszymi komplementami i najświeższymi dowcipami z pism humorystycznych ostatniej daty, pozostawała zimną w jednakim zawsze stopniu. Na wszelkie aluzje miłosne otrzymywałem ciągle tę samą odpowiedź:

– Iii, głupstwo – za całe uznanie, za całą wdzięczność dla mej ciężkiej pracy i kosztów przechodzących kieszeń dwudziestodwuletniego akademika.

Zacząłem już podejrzewać, że ta zimna jak i lód dziewczyna musi być chyba dotkniętą jakimś błędem ustrojowym, czymś nienormalnym, jakimś wrodzonym lub nabytym kalectwem, gdy raz, po słowach mych, z powodu jej zachowania, zda się obcego wszystkiemu co ziemskie, od ślinki wyrzeczonych:

– Z pani to można by wymalować jaką świętą... – odmieniła się.

Lalka mówiąca, nalewająca wodę i zgarniająca drobne, uśmiechnęła się, ożywiła, błysnęła oczami, okazała się dziewczyną!... co ważniejsze, zdawała się po raz pierwszy dostrzegać we mnie mężczyznę...

Mężczyznę?... Nie! malarza!... bo zresztą, jak się okazało, w jej pojęciu, a przynajmniej w skłonnościach, to pierwsze bez tego drugiego nie liczyło się.

– Pan malarz?... – głosem, w którym zadrgało utajone dotąd życie, spytała, zaczepiając po raz pierwszy z własnej inicjatywy rozmowę o ten wyraz.

Nie wahałem się ani chwili skłamać, wobec kobiety gotów do tego zawsze, o cokolwiek by nie szło.

– Jak to?... to pani tego nie wiedziała?!... Ależ rozumie się... malarz od głowy aż do pięty, malarz na obie ręce...

Uśmiechnęła się, zgrabnie przekrzywiając główkę.

– Nie wiedziałam, jak mamę kocham, chociaż znam tylu... malarzy...

– Zapewne tutejszych, a ja co dopiero wróciłem z Monachium.

I przemieniłem się niezwłocznie w malarza. A ona z bryły ciała stała się naraz do reszty dziewczyną uzbrojoną we wszystkie pokusy. I sztuczki, jakie jej płeć ma dla mężczyzn, jakie ona miała tylko dla jednego fachu.

W przeciągu jednej doby przyjaźń została zawartą i posunęła się aż do zwierzeń. Powiedziała mi, że ma „na osiemnasty”. Byłem na to przygotowany, widząc dobrze, że jej dwadzieścia na pewno minęło. Wtajemniczyła mnie dalej, że jest modelką, o ile się trafi okazja i o ile mama może ją zastąpić w kiosku. Wyznała także, bez wszelkiej przesady, w jakim kapeluszu jej najbardziej do twarzy, nie kryjąc, że takiego na razie nie posiada, a wreszcie, nie urągając blondynom ani brunetom z powodu barwy ich włosów, z wzniesionymi w niebo oczyma, które po drodze w górę o mnie zawadziły, zapewniła, że „nie ma to jak szatyni!”

No, dzisiaj zmieniłem już porządnie moją ówczesną maść, szpakowacieję jak stary nowofundlandczyk, ale wtedy byłem szatynem okazowym.

Najbliższych dni zgodziliśmy się oboje w jednej bardzo ważnej rzeczy: że mama Feli nie powinna fatygować się wieczorami w celu odprowadzania córki do domu, skoro ja uczynić to mogę bez trudu, a z rozkoszą. Lecz zaraz okazała się między nami sprzeczność w czymś o wiele ważniejszym: Fela pozwalała się odprowadzać bezwarunkowo tylko prosto do domu.

Wtedy to poznałem, że malarzem, takim sobie opowiadanym, być dłużej nie na wiele się przyda i że należy mi koniecznie na serio wziąć się do pędzla.

Propozycja, aby mi zechciała pozować, była teraz całkiem naturalną i została też bez długiego wahania przyjętą, po czym umówiliśmy tylko dzień i godzinę, a ja, z całym natężeniem pomysłowości i kredytu, wziąłem się do przerobienia kawalerskiego pokoiku łatwymi środkami na pracownię. Poszukałem ich w kramach antykwarzy. Wypożyczonymi arkuszami studiów kredkowych, olejnymi „półaktami” i głowami na tekturach zapełniłem ściany, umieściłem pod oknem kulawą sztalugę, na niej łokciowy blejtram, na kołku starą paletę, na krześle garść zdartych pędzli i siedem cynowych tub w siedmiu kolorami tęczy. Wydawało mi się to aż za wiele na początkującego malarza, było zaś tego za wiele, szczególnie na moją kieszeń, w której od kosztów tego awanturniczego figla ocalały ostatecznie zaledwie trzy szóstki.

Ale serce me za to, serce! Bogatym było wtedy jak wyobraźnia właściciela losu, na który nazajutrz przypada ciągnienie!... Nie! bogatszym!... Ciągnienia zawodzą! Ja zaś grałem na pewne...

Pewność jednakowoż nie wyklucza w takich razach obawy. Im pragnienie jest gorętsze, im szczęście oczekiwane wyższym się wydaje, tym bardziej potęguje się niepokój, aby coś nieprzewidzianego, jakaś niespodziewana psota przypadku nie obróciła wszystkiego w niwecz... A dopóki czekałem na przybycie Feli, nadzieje moje równoważyły się jeszcze ciągle szansami niedoczekania się...

Byłem jak w febrze. Szumiało mi w uszach, migało przed oczyma, świerzbiała mnie skóra, na wskroś cierpnąłem cały i nie mogłem sobie znaleźć miejsca...

Na koniec przyszła...

Teraz już byłem w stanie uspokoić się nieco, zapanować na powrót nad sobą... gdybym nie był tak bardzo uradowanym, tak bardzo szczęśliwym, widząc ją tu jako mego gościa, tę śliczną, tę rozkoszną Felę, u siebie, w mym mieszkaniu, za mymi drzwiami, które zamknąłem nieznacznie, w moim atelier, do którego wiedziała przecież chyba, po co przychodzi, nie od dzisiaj znając malarzy.

Z jakim wdziękiem ona mi się wymknęła, kiedy ją chciałem zaraz u drzwi pocałować...

– O! ja na to nie pozwalam nikomu!...

– A ja mam zwyczaj zawsze witać modele w ten sposób.

– Mnie pan tak niech nie wita.

– Jeszcze nie... tylko aż pani zdejmie woalkę.

– A jak nie zdejmę?

– To ja ją zdejmę, rzecz prosta.

– Prawda, to już wolę sama zdjąć... Wyście tacy zgrabni...

Wyście!... w tym „wyście” ja się mieściłem, było to preludium do „ty”, to „wyście” zbliżało nas, spoufalało.

Zaczęła zdejmować kapelusz, a ja zbierałem tymczasem całe me męstwo, humor i blagę, szczególnie tę ostatnią.

Te modelki piekielnie muszą się znać na malarstwie... Cudem chyba wybrnąłem z powodzi jej fachowych zapytań, którymi mnie zasypała, a które, aby się nie zdemaskować, musiałem zbywać żartami.

Głowę można było stracić, słysząc jej ciągłe: A co pan teraz maluje? A co pan ma na wystawie? Jak długo pan byłeś za granicą? Gdzie? Do jakiej szkoły pan należy? Czemu pan nie ma północnego światła? Dlaczego przynajmniej szyby nieumyte?”

W końcu jednak sama wybawiła mnie z dalszego ambarasu pytaniem: co to będzie, w czym ona ma figurować?...

Odpowiedź miałem gotową.

Będzie to Wenus śpiąca.

W pomyśle krył się fortel, ściśle biorąc dwa.

– Wenus?

– Tak: bogini miłości i piękności.

– Aha... No, a ta święta, co pan wtedy mówił?...

– Co za święta?

– Chciał mnie pan w niej malować...

– O tej pani mówisz!... Ech, dosyć nią pani byłaś tam, w kiosku.

Uśmiechnęła się i zaraz nowe pytanie:

– Jakiż kostium?

– Klasyczny.

– To niby jaki?

– Lekka draperia na lewym biodrze.

– Co? Na lewym tylko?

– No tak, na lewym albo na prawym, wszystko jedno.

– A zresztą?

– Zresztą nic.

– Iii, głupstwo.

Słowa z kiosku; przypomniały mi one najgorsze chwile mej sprawy.

– Dlaczego głupstwo?

– To przecież nie jest żaden kostium.

– Przepraszam: klasyczny!

– Widać, że to wszystko jedno...

– Gdyby się chciało rozbierać, to... no... to... może i tak... Ale...

– Więc pan chyba żartuje? Przecież pan nie przypuszcza, żebym ja w ten sposób pozowała?

– Ciekawym, czemu nie.

– Ależ to nieprzyzwoicie!...

– Dlaczego?!

– Na jednym biodrze...

– Lepiej przecież na jednym, niż na żadnym!...

– Ach nie, sama myśl!...

– Więc pani niech nie myśli. Po co!...

– I to wobec mężczyzny!...

– Tu przecież nie ma mężczyzny – jest tylko malarz!...

– Nie, nie!... O tym nie ma co nawet mówić.

Zaniepokoiłem się, nie wiedziałem, co począć. Jej opór krzyżował moje plany.

Zacząłem jej przedstawiać, że to skrupuły dziecinne, że tu przecież idzie o sztukę, że obraz tego wymaga, że ja nie mogę samowolnie zmieniać postaci, w jakiej Wenus dała się poznać światu, że już draperia na jednym tylko z bioder jest z mojej strony ustępstwem, wiadomo bowiem, że Wenus obchodziła się bez niej całkowicie.

Nie mogłem na niej wymóc zgody. Nie liczyła się nic a nic z prawdą historyczną.

– Proszę mnie nie obrażać – mówiła, podnosząc czoło tak wysoko, a powieki opuszczając przy tym na oczy tak nisko, że przyszło mi na myśl, czyli przypadkowo nie byłem pierwszym z malarzy, co tak śmiałą odważał się jej czynić propozycję.

Wstała nawet z miejsca i zwróciła się ku drzwiom, jak gdyby zamierzała odejść.

Lecz był to manewr ostrzegawczy. Nie zbliżając się bowiem bynajmniej do progu, łukiem obeszła pokój.

Wówczas jednego jeszcze spróbowałem argumentu.

– Tyle obrazów przedstawia boginie w takim... w takiej... toalecie – rzekłem – i najpiękniejsze kobiety nie wahały się służyć do nich malarzom za model, a panią to gorszy... A toż to przecie tryumf własnej urody przedstawiać: boginię piękności!... szczyt – sam szczyt, arcywzór, ponad który nie ma już nic doskonalszego!... Ja, gdybym był kobietą, kobietą tak piękną jak pani, od rana do wieczora pozowałbym do wszystkich bogiń...

Milczy, zagryzając usta. Wydało mi się, że się waha.

– Panno Felo, ja panią proszę!...

– Ale bo...

– Czyż jeszcze się pani ociąga? mimo mych ustępstw?...

– Widzi pan... bo ja... ja tylko raz w życiu pozowałam w ten sposób...

– Co! i namyśla się pani, czy uczynić to po raz drugi?!...

– Ale wtenczas draperia była na obu biodrach...

– Ha! niechże więc wreszcie będą oba, kiedy już pani chce tego koniecznie... Niech stracę i niech straci tradycja... Ale panią trzymam za słowo i weźmy się raz do tego malowania.

– Ja jeszcze nie przyrzekłam...

– Pani mnie chyba chce zamęczyć?...

– Zresztą nie widzę draperii...

– Oto jest... Mam się obrócić?...

Stanąłem twarzą do okna, z oczyma zwróconymi na ganek przeciwległego skrzydła domu, gdzie wykręcaniem ścierek w tej chwili zajęta nad zlewem służąca pokazała mi zęby, pewna, że ją kokietuję. Właśnie w tej chwili jej do tego przyszła ochota, a kiedy indziej to udawała, jakby miała wielbicieli w bród.

Za mymi plecami tymczasem i w mojej myśli Fela stopniowo upodobniała się do bogini w postępie rozpinania guzików i rozwiązywania węzłów. W chwili, kiedy w mej wyobraźni zupełnie była do nieśmiertelnej podobną, usłyszałem: „Panie...” – obróciłem się – i ujrzałem na sofce prześcieradło, nic tylko prześcieradło, nietłumaczącymi się wcale wypukłościami spod spodu wypełnione. Głowy, z grymasem zażenowania i zimna, jak u kogoś, co wbrew woli wepchnięty został do chłodnej kąpieli, nie liczę.

– O, panno Felo!... nic z tego!... – zawołałem. – Pani się owinęła po brodę, jak zakonnica, tak nie można.

Dopieroż w targi o każdy kawałeczek skóry, o każdy cal, na jaki trzeba było obniżyć draperię dla zadosyćuczynienia umowie. A w tej walce jeszcze po dwa razy musiałem zdobywać jedno: wynurzyło się po prawym ramieniu lewe, w tej samej chwili prawe już znika, odzyskałem tamto, to znów tracę z oczu... Lecz w końcu postawiłem na swoim.

Wtedy to, sprawdzając naocznie dawne moje domysły, z niepodrabianym rzekłem entuzjazmem:

– Wie pani?... Nie marzyłem nawet nigdy o tak przepysznym modelu do mego obrazu!

– Tak pan tylko pewnie mówi...

– O nie! dość powiedzieć, że gdyby nie pani, nie malowałbym go wcale...

– Przesadza pan...

– Słowo honoru daję... Ach, panno Felo...

– No, tylko z daleka!... bo wstaję i ubieram się!

– A malowanie?...

– Więc niech pan maluje...

– Proszę się wygodniej ułożyć... Nie bójże się pani, przecież stoję na miejscu!... Główka cokolwiek w górę... Tak... Ramiona nie tak ściśnięte... Oczy zamknąć.

– Co znowu!

– Rzecz prosta. Przecie to ma być osoba śpiąca, więc trzeba na nią wyglądać, trzeba zamknąć oczy.

– Oho! nie chcę. Zasnęłabym naprawdę. Poszłam wczoraj późno spać. Prasowałam.

Rzeczywiście miała oczy zaczerwienione.

– Łatwa na to rada. Nie dam pani zasnąć. Będziemy rozmawiać.

– Czemuż pan nie maluje raz?

– Już maluję.

– A pędzel?

– Ach prawda. Przy pani głowę się traci.

Jakże mi ciężko teraz było: patrzeć na nią i stać od niej z dala, czuć dla niej tyle szczerego uwielbienia, a zamiast jej o nim mówić, zamiast je okazać, zamiast pozyskać ją sobie szczerze i otwarcie – grać tymczasem tę lichą komedię, bawić się niesmacznie w malarza i modelkę. Lecz trzeba było już kończyć, zacząwszy, zadając gwałt uczuciom. Za mało miałem zresztą odwagi i zręczności, aby wyrzec się niedorzecznych forteli, a dać rzeczom bieg naturalny... Mój plan mnie krępował.

Mściłem się za to wszystko na płótnie.

Zmuszony udawać, że maluję, zasmarowywałem je najpotworniejszymi kleksami, które utworzyły wkrótce na przestrzeni kwadratowego łokcia prawdziwy cmentarz barw.

Wśród tego plotłem, co mi tylko na język przyszło, przypominając Feli stale, by oczy były zamknięte.

– Dużo pan już zrobił?

– Sporo.

– A co?

– Głowę.

– Podobna?

– Jeszcze nie dość piękna...

– Ciekawam też bardzo...

Na koniec po jakimś czasie, znużona pozycją, nieruchomością, zamkniętymi oczyma, moim gadaniem coraz mrukliwszym, coraz monotonniejszym, nudniejszym i cichszym... usnęła, przybierając naprawdę pozę śpiącej, a z piersi jej wymknęło się westchnienie i równy, długi oddech snu...

Ogarnąłem ją wówczas spojrzeniem szczerego, gwałtownego pożądania i podziwu, nie potrzebując już nic udawać – i uczułem się szczęśliwym, szczęśliwym!... Chociaż i cokolwiek drżącym...

Drżącym, jak człowiek... który z największą ostrożnością odkłada pędzel i paletę... Który skrada się na palcach, umęczając swe nogi, aby obuwiu nie dać zaskrzypieć... Który zapiera oddech, z obawy spłoszenia nim snu sprzymierzeńca... Któremu sześć kroków oddalenia wydaje się milą... Którego trzy tylko pozostałe przerażają jeszcze... Który, stawiając ostatni z nich, zapomina już o całym świecie...

– A! panie!... panie!... Idź pan... to szkaradnie...

– Dlaczego?

– Wstydź się pan... Powiedziałeś, że nie dasz mi zasnąć...

– Czy pani nie zbudziłem?

– Ale w jaki sposób!

– Przecież się pani nie myślisz gniewać o jednego całusa...

– Odejdź pan!... Fe! nie spodziewałam się tego po panu... Gdybym była wiedziała, że pan taki to... No! proszę mnie puścić... Cóż to znowu?!... Puśćże mnie pan...

– Dobrze – ale proszę nie drapać.

– Puści mnie pan, czy nie?

– Przeprosiwszy... bez tego nie.

Nadąsana, z rozdętymi nozdrzami, przestała się bronić, ale oczy gniewnie patrzyły w sufit. Dyszała ciężko.

A ja, dysząc także, zacząłem się wstawiać za sobą. Zacząłem jej prawić czułości, okadzać jej piękność, reklamować moje gorące uczucia i odwoływać się do jej dobroci...

– Wszyscy jednacy – szepnęła z chichotem.

Obsypałem ją teraz pocałunkami bez rachuby i bez jej oporu już, gdy naraz szepnęła z odcieniem prośby w głosie:

– Zimno mi...

Uciszyło to na chwilę moje samolubstwo pewne zwycięstwa.

– Może się napijemy kawy?

– Ee...

– No?... Wypijemy ją razem, jestem bez śniadania. Jeszcze jeden całus i już mnie nie ma.

Jak burza przebiegłem trzy piętra tylnymi schodami na dół, potem jeszcze osiem schodków do suteren do stróża, któremu kazałem przynieść dwie kawy, dwie skromne, „małe” kawy z rogalikami, pozbywając się ostatka pieniędzy. Przypilnowałem tylko, aby przy mnie wyszedł, bo mi zależało na pośpiechu i co prędzej, przesadzając po trzy schody naraz, powracam na górę z sercem bijącym niecierpliwością.

Co to znaczy?... Drzwi otwarte.

Wpadam do pokoju... struchlałem... pusty!...

Oglądam się po kątach w przypuszczeniu, że się schowała przez psotę... nie ma jej!

Wybiegam zrozpaczony na ganek, na schody, jedne, drugie...

Nie! nikogo!... Ani osoby, ani jej echa... Uciekła... Dlaczego!?

Naraz znalazłem się przed mym płótnem.

Na ciemnym, brudno zamazanym jego tle iskrzyły się, wyrywały, wrzeszczały prawie, żółtą, kanarkową farbą niekształtnie nabazgrane litery, składające wyraz: dureń – na domiar szyderstwa błędnie nakreślony ręką tej, która opuściła ze wzgardą me mieszkanie, zobaczywszy, przekonawszy się, żem ją oszukał, że nie jestem malarzem, że studia i rysunki podpisane są cudzymi nazwiskami, każde innym, że w kapeluszach moich przyklejone są wewnątrz karty wizytowe z dopiskiem: słuchacz filozofii, że na płótnie, gdzie miała być ona, są tylko plamy i kleksy, jednym słowem, że dowód zaufania, podstępnie od niej wyłudzony, jakim obdarzała jedynie artystów za cenę uwiecznienia jej piękności, odpłaciłem jej zdradą jak najhaniebniejszą...

Jej głosem ciskały mi teraz w oczy te żółte smugi obelgę, którą modelka mściła się za to, że ją wywiodłem w pole, niestety nie tak daleko, jak chciałem.

Wtem szmer za mną.

To stróż z tacą, na niej dwie kawy.

– Cóż to to jest, proszę pana...? – pyta bałwan, śmiejąc się i przenosząc oczy z płótna na mnie i na powrót, jak się to porównywa osobę z portretem, czy trafiony. Już miałem zawołać:

– A diabliż ci do tego, kpie jakiś!

Ale wolałem spytać go pierwej:

– Umiecie wy czytać?

– Nie.

– No to postawcież kawę i wynoście się do wszystkich piorunów!...

Musiałem wypić sam obie kawy, a owo płótno, to jedyne dzieło mojego pędzla, podarłem w pierwszej pasji na drobne strzępy i wyrzuciłem.

Gdyby nie to, miałbym je do dzisiaj, bo chętnie zbieram pamiątki.


ZAZDROŚĆ

Siedzieli obaj w pokoju zaciemnionym roletą od słońca, bez surdutów, w kamizelkach tylko, w niedbałych pozach ludzi, udręczanych upałem letniego popołudnia, senną ociężałością poobiednich godzin trawienia, paląc papierosy i przesuwając figury na szachownicy leniwie, w roztargnieniu, przerywając nagłym ziewaniem nieszczere wybuchy nerwowego śmiechu nudów, gotowi każdej chwili odwrócić uwagę od gry ku lada drobnostce i nie zająwszy się nią dłużej niż na jedno mgnienie oka, znowu ziewać.

Naraz rozległo się gdzieś na piętrze trzaśnięcie drzwiami, od którego zadrżał dom cały.

– Cóż tam za bydlę! A już zasypiałem... – zaklął przez zęby, sapiąc, na wpół leżący na krześle przechylonym brunet, z maleńkimi, kształtnymi baczkami, dowodami próżności i powodzenia u kobiet, na twarzy pełnej, świeżej, młodej, utrzymanej starannie jak płeć kokietki.

– Widzisz? To tak ciągle!... Mam to od rana do wieczora. I wuj się dziwi, że wolę przesiadywać w mieście niżeli w domu. Upatruje w tym pociąg do lampartki, co jest najprostszym popędem do spokoju. Co za ohydna buda ten jego dom; jedyną jej zaletą, że mi się kiedyś dostanie. Każde otwarcie drzwi, każdy przechodzący, napełniają klatkę schodową takim hukiem, jakby się po stopniach staczała lawina. Szczególna akustyka: potęguje dźwięki, jak soczewka kształty. Zupełnie inaczej, niżeli u Wandy, co? W tym magazynie wełnistych portier, miękkich mebli i grubych dywanów tłumiących głos w połowie drogi, wskutek czego się tam tak gładko plecie największe bezeceństwa...

– Ależ nie! Tobie tu chyba na złość robią!... To ktoś umyślnie wali obcasami dla powiększenia hałasu... Posłuchaj tylko.

– Gdzież tam. Zaręczam ci, że to jest stąpanie kobiety o lekkich i zwinnych nóżkach. Znam je.

– Ze słuchu?

– Na własne oczy. I ty je poznasz: zaraz wejdą.

– Tu, do ciebie?... W takim razie ja...

– Daj pokój, nie potrzebujesz się chować ani ubierać, skoro ja tego nie czynię. To służąca mojego wuja.

– Ta młoda? Ta ładna, o której mi coś kiedyś wspomniałeś?...

– Z taką żałosną miną. Ta: lat osiemnaście – prześliczna!

– Do diabła! Twój wujaszek dba o ciebie jak Mahomet o swych wyznawców.

– Przeciwnie, ten stary nie dba o mnie wcale i pastwi się nade mną. To potwór!

– Zabiera ci ją? Czyż jemu jeszcze podobne figle w głowie?

– Ależ nie.

– Więc ona sama mu się narzuca? Takiej konserwie człowieka!... Szkaradna dziewczyna.

– Nie dajesz mi przyjść do słowa. Ona...

W tej chwili drzwi się otwarły, przerywając rozmowę. Z ręką na klamce, z drugą obładowaną stosem białych, świeżo uprasowanych sztuk bielizny, ułożonych warstwami jedna na drugiej, aż pod jej brodę, którą je przyciskała od góry, ukazała się jak w ramach młodziutka szatynka, zbytkowna pokojóweczka, jakby stworzona do zajmowania się rzeczami przyjemnymi i ładnymi, do omiatania cacek, prasowania koronek i miłostek z ładnymi chłopakami, ubrana w świeże, pełne smaku perkaliki obciskające jej kibić, godną przywdziać zarówno toaletę damy, jak ubiór wiejskiej dziewuchy, jak każdą suknię, każdy strój i ozdobą być dla każdego.

– Wejdź Józiu, śmiało. Nie będziesz nam przeszkadzać.

– Może później? – odparta dźwięcznym głosem, inteligentnie akcentując, z takim ruchem ciała, jakby zamierzała się cofnąć, zarumieniona pod spojrzeniami tych dwóch par napadających na nią męskich oczu.

– Nie, nie; będę zaraz potrzebował coś z tego.

Uśmiechnęła się z lekka, na znak, że rozumie pretekst, ale nie śmie i nie chce się opierać i weszła ostrożnie, z oczyma w dół spuszczonymi, pod nogi, aby nie rozsypać śliskich, krochmalonych sztuk bielizny. Zatoczywszy przy zamykaniu drzwi krąg fałdami spódniczki, poniżej których ukazały się zgrabnie stąpające małe stopy w płytkich świecących bucikach, skierowała się ku komodzie, zarumieniona, z falującą piersią, czując, że ją obejmują, przyciągają, zagarniają ich oczy, którymi towarzyszyli jej krokom i każdemu ruchowi aż do otwarcia szuflady, do rozpoczęcia pracy układania w niej bielizny, przy czym uklękła na jednym kolanie.

– I cóż? – zapytał po chwili w języku francuskim gospodarz gościa, śledząc z nieco złośliwym zadowoleniem podziw, w jakim tamten pochłaniał dziewczynę od stóp do głowy, nie tracąc żadnego jej gestu, nie przeoczając żadnej z linii jej ciała i rysów.

– Zachwycająca. Od jak dawna jest twoją kochanką?

– Zwariowałeś?

– Niby dlaczego?

– A wuj?

– I cóż wuj?

– Pilnuje jej jak stróż haremowy.

– Nie zechcesz przecie, aby ci ją stręczył.

– Czyni wprost przeciwnie.

– Ależ mając ją w domu, pod bokiem, sto okazji dziennie znalezienia się z nią sam na sam... – porzucając francuszczyznę, zawołał gospodarz:

– Czy słyszysz Józiu?... Ten pan sądzi... Prawda, nie mogłaś nas rozumieć... Szkoda. Ale wiesz przecie chyba, że mówimy o tobie.

Zaśmiała się ślicznie, błyskając oczyma, uszczęśliwiona, na chwilę tylko odwróciwszy głowę od swej pracy z niezrównanym wdziękiem.

– Jak ona się rusza! Jak ona się pysznie rusza!... – podziwiał brunet, wracając do obcego języka i kiwał głową w prawo i w lewo, przymrużywszy oczy utkwione w pokojówkę i wciągnąwszy policzki dla zapalonego co dopiero papierosa, którego świeżym dymem lubieżnie upajał płuca.

– Bój się Boga – ponowił – mówiłeś przecie, że stary jej nie bałamuci.

– Ach! nawet nie udaje czegoś podobnego. To już przepadło. Zanadto gorliwie pracował, aby tę chwilę przyspieszyć.

– Więc jeżeli i z jej strony nie ma w tym żadnej rachuby, co może stać na przeszkodzie tobie wyjść ze sfery westchnień, które wobec pokojówki...

– Co?... Jego zazdrość.

– Czyja?

– Mojego wuja;

– Który nawet udawać nie może bałamuta?!

– Który go nawet udawać nie może.

– Żartujesz. Gdzież tutaj zazdrość możliwa?

– Ależ to właśnie jest grunt dla zazdrości, jedynej, prawdziwej, typowej zazdrości ekskobieciarza, czciciela kobiet z urodzenia, ich wyznawcy, który poświęcił im pół życia, trzy czwarte majątku, całą duszę, wszystkie myśli i który – pomyśl tylko: naraz traci je, traci wszystkie; nie jedną, tę lub ową, po której postradaniu można u boku drugiej, dziesiątej, szukać pociechy, ale wszystkie, wszystkie od razu, co do jednej – na zawsze! – na rzecz innych, szczęśliwszych, na rzecz całego świata kochających i kochanych, do rzędu których on już nie należy, należeć nigdy nie będzie, wykluczony z ich grona niepowrotne, wyzuty nieodwołalnie z prawa do szczęścia, do pocałunków, do pieszczot, do rozkoszy uwodzenia, kochania, zdradzania – tego wszystkiego, jednym słowem, co było wyłączną niemal treścią jego burzliwego życia, jedynym zajęciem, w którym zresztą doprowadził do mistrzostwa. Zapewne, że odniósłszy tyle co on zwycięstw, z honorem można by spocząć na laurach. Tak robi wielu i robi słusznie. Skoro się zdobyło parę pięknych kart w życiu, jest się czym pocieszyć, gdy smutne nadchodzą. W jego usposobieniu to jednak nie leży widocznie. Nie potrafi on powiedzieć sobie: „Basta – spełniłem zadanie” i wycofawszy się z obiegu, z filozoficznym uśmiechem uspokojonego patrzeć na szaleństwa młodszych, mrucząc: „wszystko to już było”. Myśl o tym, że inni w pełni rozkoszują się tym, czego on nie zakosztuje więcej nigdy, nie daje mu pokoju, upokarza go, zawstydza, dręczy. Nie może się pogodzić z prawem natury i popada w najstraszniejszą, chorobliwą zazdrość ku całemu światu, któremu chciałby wydrzeć, odebrać wszystkie kobiety, aby ich nikt nie posiadał, skoro dla niego raj grzechu zamknięty na wieki. Ideałem jego odtąd jest czystość, niewinność. Wszystkie kobiety chciałby konserwować w dziewictwie i niepokalaniu, bo upadek najpiękniejszej, najbardziej czarującej dla niego pozostać musi bez pożytku. Nie mogąc wzbudzić i odwzajemniać miłości żadnej z nich, zwraca swój zachwyt ku tym, które nie należą do nikogo, stwarza je. Przyjmuje sobie co parę miesięcy nową sługę, jakąś śliczną, młodą, świeżą dziewczynę, wyszukaną nie wiadomo gdzie, z pozazdroszczenia godną zręcznością i szczęściem, bezużytecznymi dziś zabytkami dawnych, lepszych czasów. A potem zamęcza ją swą podejrzliwością, szpiegowaniem, śledztwami i wykładami moralności, w mniemanej trosce o jej cnotę mszcząc się na niej za swą wobec niej bezradność. Ale przede wszystkim nienawidzi mężczyzn. Nienawidzi ich jako szczęśliwszych od siebie – jak żebrak nienawidzi bogacza, chory zdrowego, karzeł olbrzyma, niedołęga siłacza, jak kobieta brzydka, opuszczona przez wszystkich, nienawidzi piękną, którą kochają, jak wszelkie upośledzenie nienawidzi wyższości. Otóż najpierwszym celem tych uczuć, ich kozłem ofiarnym jestem ja, który jako generalny spadkobierca wujaszka z natury rzeczy obowiązany jestem do pewnej wyrozumiałości wobec jego manii. On jednak wyzyskuje sytuację w całej pełni, postępując sobie ze mną jak z zakładnikiem nieprzyjacielskiej armii, który głową własną odpowiada za wszystkich swoich. W ten sposób co kilka tygodni zjawia się tutaj jakieś cacko rodzaju żeńskiego w rodzaju tej ot przyczyny wielu grzechów przeszłości, a ja – wyobraź sobie, co za męka – patrzeć muszę na nie z tego oddalenia, jak ty obecnie.

– Lecz gdyby mnie tu nie było?

– Te same szanse. W najmniej spodziewanej i pożądanej chwili wpadłby wuj. Tak jest zawsze. Dziwię się, czemu się jeszcze nie pojawił – co tylko go nie widać.

– Ależ schody go zdradzą.

– Schody są w porozumieniu z nim. Jest to jedyna osoba, której kroków nigdy nie słyszę – może dlatego że zjawia się zwykle w chwilach, kiedy jestem bliski zapomnienia o całym świecie, lecz może i dlatego że się bestia spuszcza po poręczy, czy ja wiem?...

W tej chwili drzwi się z nagła otwarły, a na progu ukazał się z wytrzeszczonymi badawczo oczyma mężczyzna pięćdziesięcioletni, starannie ubrany, ogolony, wymuskany, ufarbowany, który pomimo całego wysiłku uczynienia się młodszym, na pierwszy rzut oka przedstawiał się jako ruina.

– Ach, masz gościa?... Przepraszam... – wyrzekł, nagle zmieniając postawę. – Chciałem cię prosić, żebyś mi przysłał Józię, skoro ci nie będzie potrzebną.

Gdy drzwi się zamknęły, pokojówka niżej nachyliła się nad robotą, chichocząc, oni zaś mówili:

– Widzisz? To tak dwadzieścia razy dziennie.

– A w nocy?

– W nocy Józia na górze, pod kluczem.

– I jakże się to kończy?

– Najfatalniej dla wujaszka. Ponieważ dzięki nosowi doświadczonego kobieciarza dobiera sobie same dziewczęta z temperamentem, dojrzewają one szybko w opisanej atmosferze i prawie wszystkie jego pupilki dotąd, wydostawszy się spod jego opiekuńczych skrzydeł, co prędzej sięgają po ten owoc, który tak im się starał zohydzić.

– Czy się przyczyniasz do tego?

– Ile razy tylko mogę.