Nowa psychologia sukcesu - Carol S. Dweck - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 450 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 13 godz. 2 min

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nowa psychologia sukcesu - Carol S. Dweck

Dzięki tej książce dowiesz się, jak jedno proste przekonanie na swój własny temat w dużej mierze kontroluje twoje życie. Ba, w istocie rzeczy przenika ono wszystkie jego obszary. Większość naszych wyobrażeń o własnej osobowości wyrasta z tego podstawowego nastawienia. I jest ono również źródłem wielu tendencji, które mogą uniemożliwiać ci realizację własnego życiowego potencjału.

Jak dotąd w żadnej innej książce nie wyjaśniono jeszcze kwestii nastawień i nie pokazano czytelnikom, jak je wykorzystać w życiu codziennym. Teraz zrozumiesz zarówno jednostki wybitne – na polu nauki i sztuki, sportu i biznesu – jak i tych, którzy zmarnowali swoją szansę. Zrozumiesz swojego partnera, szefa, swoich przyjaciół i swoje dzieci. Dowiesz się, jak uwolnić potencjał – własny i najbliższych.

Opinie o ebooku Nowa psychologia sukcesu - Carol S. Dweck

Cytaty z ebooka Nowa psychologia sukcesu - Carol S. Dweck

nigdy jednak nie użyła słowa „upokorzenie”. Gdyby zaczęła samą siebie osądzać, gdyby poczuła się niedoskonała i niegodna uczucia – upokorzona – musiałaby uciec, aby się ukryć. Natomiast czysty, szczery ból sprawił, że była w stanie otoczyć się miłością przyjaciół i krewnych i rozpocząć proces zdrowienia.
twierdzi, że najważniejsze jest to, co każdy z nas będzie mógł o sobie powiedzieć po latach. Zgadzam się z nią. Możesz z perspektywy lat pocieszać się słowami: „Mogłem być…”, w wyobraźni odkurzając niezdobyte trofea. Ale lepiej chyba móc powiedzieć: „Dałem z siebie wszystko, aby zdobyć to, co było dla mnie ważne”. Zastanów się, co wolisz, a potem wybierz odpowiednie nastawienie.
„charakteru”. Charakter! – mówili dziennikarze. Można go rozpoznać na pierwszy rzut oka – jest to umiejętność odnalezienia w sobie ukrytych pokładów siły nawet wtedy, gdy wszystko sprzysięgło się przeciw tobie. A następnego dnia
Charakter, serce, wola i umysł mistrza Różnie to nazywamy, ale zawsze chodzi o jedno i to samo. To coś, co zmusza cię do trenowania i pozwala sięgnąć po najgłębsze rezerwy, kiedy jest ci to najbardziej potrzebne.
„Mia, jaka jest najważniejsza cecha piłkarza?”. Bez wahania odpowiadała wówczas: „Wytrzymałość mentalna”. I nie miała tu na myśli jakiejś cechy wrodzonej. Kiedy jedenastu przeciwników chce powalić cię na ziemię, kiedy jesteś zmęczony albo odniosłeś kontuzję, kiedy sędzia się na ciebie uwziął, nie możesz pozwolić, aby to wpłynęło na twoją koncentrację. A jak to zrobić? Tego trzeba się nauczyć. „To jeden z najtrudniejszych aspektów piłki nożnej – mówi Hamm. – Zmagam
obwoływano go najbardziej wartościowym graczem sezonu. Wszyscy nasi bohaterowie mieli charakter. Żaden z nich nie uważał się za kogoś wyjątkowego, komu wygrana się należy i już. Byli zwykłymi ludźmi, którzy po prostu ciężko pracowali, nauczyli się nie tracić koncentracji w chwilach stresu i – jeśli musieli – potrafili wyjść poza granice swoich zwykłych możliwości. Utrzymać
musicie mi pomóc, żebym ja mogła pomóc wam. Nie oczekujcie żadnych rezultatów, jeśli nie będziecie dawać czegoś od siebie. Sukces do was nie przyjdzie – wy musicie iść po niego”. Collins czerpała ogromną radość
który wytrwale prze naprzód i żyje zgodnie ze swoją zasadą: „Codziennie musisz dokładać starań, aby poczynić choćby najmniejsze postępy. Jeśli naprawdę się przyłożysz do tego, aby każdego dnia stać się choćby odrobinę lepszy, w końcu będziesz o wiele lepszy”. On nie żądał, aby jego zawodnicy
się cieszę, że Dougowi się udało”. „Są trenerzy – mówi Wooden – którzy zdobywali mistrzostwa dzięki metodom dyktatorskim, na przykład Vince Lombardi czy Bobby Knight. Ja wyznawałem inną filozofię… Dla mnie troska, współczucie i zainteresowanie były zawsze na pierwszym miejscu”. Raz jeszcze przeczytajcie
nasze własne wyobrażenia o sobie wywierają ogromny wpływ na to, jak będzie wyglądać nasze życie. Mogą one zdecydować o tym, czy staniesz się tym, kim chcesz być, i czy zdobędziesz to, co ma dla ciebie prawdziwą wartość.
• Czy w twojej przeszłości są wydarzenia, które w twoim mniemaniu raz na zawsze cię zdefiniowały? Wynik jakiegoś sprawdzianu? Nieuczciwy lub okrutny postępek? Utrata pracy? Odrzucenie? Skup się na tym wspomnieniu. Wczuj się w związane z nim emocje, a następnie przyjmij perspektywę typową dla nastawienia na rozwój. Uczciwie oceń swoją rolę, nie zapominając jednak, że nie określa ona raz na zawsze twojej inteligencji czy charakteru. I zamiast się zadręczać, zapytaj: Czego się nauczyłem lub mogę się nauczyć z tego doświadczenia? Jak mogę je wykorzystać jako wstęp do dalszego rozwoju? I na tych pytaniach się skupiaj.
Czy zdarza ci się zachowywać niemądrze – „wyłączać” swoją inteligencję? Kiedy następnym razem znajdziesz się w takiej sytuacji, wprowadź się w nastawienie na rozwój – pomyśl o nauce i samodoskonaleniu, zamiast się osądzać – i „włącz” ją z powrotem.
Herodot, piszący w piątym wieku naszej ery, opowiada, że starożytni Persowie wykorzystywali podobne metody jak Sloan, aby uniknąć syndromu „myślenia grupowego”. Zawsze, kiedy grupa podjęła jakąś decyzję na trzeźwo, musiała ją później rozważyć na nowo po pijanemu.
wybierając partnera, decydujemy się w istocie na konkretny zestaw kłopotów. Nie ma bezproblemowych kandydatów. Sztuka polega na tym, aby nawzajem zrozumieć swoje ograniczenia i na tym fundamencie budować.
„Codziennie musisz dokładać starań, aby poczynić choćby najmniejsze postępy. Jeśli naprawdę się przyłożysz do tego, aby każdego dnia stać się choćby odrobinę lepszy, w końcu będziesz o wiele lepszy”.
Podsumowując, ludzie, którzy wierzą w stałe cechy, czują palącą potrzebę odnoszenia sukcesów, a kiedy im się to udaje, odczuwają coś więcej niż zwykłą dumę. Nierzadko ogarnia ich poczucie wyższości, ponieważ sukces oznacza, że ich własne wrodzone cechy są więcej warte niż przymioty innych. Jednak za wysoką samooceną takich osób kryją się wątpliwości, wyrażające się w pytaniu: Jeśli jesteś kimś tylko wtedy, gdy odnosisz sukcesy, to kim będziesz, gdy przestaniesz wygrywać…?
Studentom, którzy uzyskali kiepskie oceny z pewnego sprawdzianu, pozwolono zapoznać się z pracami kolegów. Ci, którzy mieli nastawienie na rozwój, chcieli zajrzeć do odpowiedzi tych osób, które uzyskały znacznie lepszy wynik od nich. W typowy dla siebie sposób dążyli do uzupełniania własnych braków. Natomiast studenci o nastawieniu na trwałość zdecydowali się przeczytać prace tych osób, którym naprawdę źle poszło. W ten sposób poprawiali sobie samopoczucie.
John Wooden, legendarny trener koszykarski, twierdzi, że nikt nie jest przegrany, dopóki nie zacznie zrzucać winy na innych. Chodzi o to, że uczenie się na własnych błędach jest możliwe tylko wtedy, kiedy się do nich przyznajesz.
Problem polega na tym, że w tych historiach mamy prostą alternatywę: albo talent, albo praca. A to jest typowe dla nastawienia na trwałość. Wysiłek jest dla ludzi, którym brakuje zdolności. Osoby wyznające to nastawienie mówią nam: „Jeśli musisz się napracować, to znaczy, że nie jesteś w tym dobry”. I dodają: „Prawdziwym geniuszom wszystko przychodzi bez trudu”.
Dlaczego wysiłek budzi takie przerażenie? Są dwa powody. Po pierwsze – według nastawienia na trwałość – geniusze po prostu go nie potrzebują, zatem sam fakt, że musisz się trudzić, podaje w wątpliwość twoje umiejętności. Po drugie zaś – jak wyjaśnia Nadja – pozbawia cię on wymówek. Jeśli w ogóle się nie starałeś, możesz się jeszcze łudzić: „Mogłem być… (tu wstaw, co chcesz)”. Kiedy jednak podejmiesz nieudaną próbę, to koniec. Ktoś mi kiedyś powiedział: „Mogłem być drugim Paganinim”. Gdyby naprawdę spróbował to osiągnąć, już nie mógłby tak mówić.

Fragment ebooka Nowa psychologia sukcesu - Carol S. Dweck









CAROL S. DWECK

NOWA PSYCHOLOGIA
SUKCESU


Tytuł oryginału:

Mindset. The New Psychology of Success

Przekład: Anna Czajkowska

Redakcja: Sławomira Gibka

Redaktor techniczny: Karolina Bendykowska

Konwersja do formatu EPUB: Robert Fritzkowski

Korekta: Zespół

2008 Ballantine Books Trade Paperback Edition

Copyright © 2006 by Carol S. Dweck, Ph.D.

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2013

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

ISBN 978-83-7758-361-6

MUZA SA

Warszawa 2013

Wydanie I


WSTĘP

Pewnego dnia moi studenci kazali mi usiąść i pisać tę książkę. Chcieli, aby inni ludzie również mogli skorzystać z naszej pracy, dzięki czemu będzie im się żyło lepiej. Już od dłuższego czasu chciałam to zrobić, ale w tym momencie zaczęłam to zadanie traktować priorytetowo.

Moje badania są częścią tej tradycji psychologicznej, która podkreśla siłę naszych przekonań. Uświadomione czy nie, wywierają one ogromny wpływ na nasze pragnienia i na to, czy uda nam się je zrealizować. Tradycja ta pokazuje również, że modyfikacja ludzkich przekonań – nawet tych najprostszych – może mieć daleko idące skutki.

Dzięki tej książce dowiesz się, jak jedno proste przekonanie na swój własny temat – które odkryliśmy podczas naszych badań – w dużej mierze kontroluje twoje życie. Ba, w istocie rzeczy przenika ono wszystkie jego obszary. Większość naszych wyobrażeń o własnej osobowości wyrasta z tego podstawowego nastawienia. I jest ono również źródłem wielu tendencji, które mogą uniemożliwiać ci realizację własnego życiowego potencjału.

Jak dotąd w żadnej innej książce nie wyjaśniono jeszcze kwestii nastawień i nie pokazano czytelnikom, jak je wykorzystać w życiu codziennym. Teraz zrozumiesz zarówno jednostki wybitne – na polu nauki i sztuki, sportu i biznesu – jak i tych, którzy zmarnowali swoją szansę. Zrozumiesz swojego partnera, szefa, swoich przyjaciół i swoje dzieci. Dowiesz się, jak uwolnić potencjał – własny i najbliższych.

Uważam za zaszczyt, że mogę podzielić się z wami tymi odkryciami. Oprócz relacji uczestników moich badań, w każdym rozdziale przedstawiam historie z mediów, a także mojego życia i doświadczenia, abyście mogli zobaczyć nastawienia w działaniu. (W większości przypadków imiona i dane osobowe zostały zmienione dla zachowania anonimowości; niekiedy łączę opowieści kilku osób w jedną, aby wnioski były jaśniejsze. Niektóre wydarzenia odtwarzam z pamięci, dokładając wszelkich możliwych starań, aby je oddać jak najwierniej).

Pod koniec każdego rozdziału, a także w ostatnim, pokażę wam, jak zastosować te obserwacje w praktyce – przedstawię sposoby na to, jak rozpoznać podstawowe nastawienie, które kieruje twoim życiem, zrozumieć, jak ono działa, i zmienić je, jeśli sobie tego życzysz.

Chciałabym tutaj skorzystać z okazji, aby złożyć podziękowania wszystkim osobom, które pomogły mi prowadzić badania i napisać tę książkę. Dzięki studentom moja kariera naukowa była jednym pasmem radości. Mam nadzieję, że oni nauczyli się ode mnie równie dużo, jak ja od nich. Chciałabym też podziękować organizacjom i instytucjom, które wspierały nasze badania: Fundacji im. Williama T. Granta, Narodowej Fundacji na rzecz Nauki, Departamentowi Edukacji, Narodowemu Instytutowi Zdrowia Psychicznego, Narodowemu Instytutowi Zdrowia Dziecka i Rozwoju Człowieka oraz Fundacji Spencera.

Zespół wydawnictwa Random House – Webster Younce, Daniel Menaker, Tom Perry, i przede wszystkim moja redaktorka, Caroline Sutton – zapewnili mi tyle wsparcia, ile tylko mogłabym sobie zażyczyć. Entuzjazm, z jakim podeszliście do mojej książki, i wasze doskonałe sugestie ogromnie mi pomogły. Dziękuję też mojemu wspaniałemu agentowi, Gilesowi Andersonowi, a także Heidi Grant za to, że mnie z nim skontaktowała.

Podziękowania należą się wszystkim, którzy przekazali mi swoje sugestie i opinie, lecz przede wszystkim Polly Shulman, Richardowi Dweckowi i Maryann Pehskin za ich szczegółowe i wnikliwe uwagi. I wreszcie dziękuję mojemu mężowi za jego miłość i entuzjazm, które mojemu życiu przydały dodatkowy wymiar. Przez cały czas zapewniał mi ogromne wsparcie.

W swoich badaniach skupiłam się na kwestii rozwoju, wspomogły one także mój własny rozwój. Mam nadzieję, że i wam również przyniosą podobne korzyści.


Rozdział 1
DWA NASTAWIENIA

Jako młoda badaczka na samym początku kariery przeżyłam coś, co zmieniło moje życie. Ogarnięta obsesją zrozumienia, jak ludzie radzą sobie z porażkami, postanowiłam tę kwestię zbadać, obserwując uczniów borykających się z trudnymi zadaniami. Zapraszałam zatem dzieci pojedynczo do jednej z sal w szkole, do której uczęszczały, sadzałam wygodnie, a następnie dawałam do rozwiązania kilka łamigłówek. Te pierwsze były stosunkowo proste, ale następne już znacznie trudniejsze. Następnie, kiedy maluchy postękiwały i pociły się przy pracy, ja obserwowałam stosowane przez nie strategie i pytałam, co myślą i co czują. Od początku zakładałam, że zaobserwuję różnice w sposobach radzenia sobie z trudnościami, zauważyłam jednak coś, czego się nie spodziewałam.

Otrzymawszy trudną łamigłówkę, jeden dziesięciolatek przysunął krzesło, zatarł ręce, cmoknął i zawołał: „Kocham wyzwania!”. Inny, ślęcząc nad zadaniem, z zadowoloną miną uniósł wzrok i oznajmił z przekonaniem: „Wie pani, właśnie liczyłem na to, że się czegoś nauczę!”.

O co tu chodzi? – zastanawiałam się. Zawsze mi się wydawało, że porażka to gorzka pigułka, z którą można sobie radzić albo nie. Do głowy mi nie przyszło, że niepowodzenia można lubić! Czy te dzieci spadły z księżyca, czy też poznały jakąś cenną prawdę?

Każdy z nas ma jakieś wzorce osobowe, ludzi, których przykład wskazuje nam właściwą drogę w kluczowych momentach życia. Dla mnie taką rolę odegrały te dzieci. Najwyraźniej znały jakiś sekret, o którym ja nie miałam pojęcia, i natychmiast postanowiłam, że muszę go poznać – muszę zrozumieć, jakie nastawienie pozwala zmienić niepowodzenie w dar.

O czym wiedzieli ci uczniowie? Otóż wiedzieli oni, że wszystkie cechy, w tym również sprawność intelektualną, można rozwijać przez pracę. I to właśnie robili – stawali się coraz mądrzejsi. Dlatego właśnie nie tylko nie zniechęcali się porażkami, ale w ogóle nie dostrzegali, że je ponoszą. Oni po prostu uważali, że się uczą.

Ja z kolei byłam przekonana, że nasze cechy są ustalone raz na zawsze. Człowiek może być mądry albo głupi – zaś porażka wskazuje na to drugie. I tyle. Jeśli zatem zdołasz się tak urządzić, aby odnosić sukcesy i za wszelką cenę unikać niepowodzeń, pozostaniesz mądry. Na trud, wytrwałość i błędy nie było miejsca w tym scenariuszu.

Debata o tym, czy cechy ludzkie można kultywować, czy też są one niezmienne, toczy się od wieków. Nowa jest jednak refleksja nad tym, co to wszystko oznacza dla każdego z nas: jakie są konsekwencje przekonania, że inteligencja czy osobowość to coś, co można rozwijać, a nie raz na zawsze ustalona, wrodzona cecha? Najpierw przyjrzymy się tej odwiecznej, zażartej debacie na temat natury ludzkiej; potem wrócimy do pytania, co to wszystko oznacza dla ciebie.

DLACZEGO LUDZIE SIĘ RÓŻNIĄ?

Od zarania dziejów ludzie rozumowali i zachowywali się rozmaicie; różnie też toczyły się ich losy. Nie dało się zatem uniknąć pytania, skąd się biorą te różnice – dlaczego niektórzy z nas są mądrzejsi czy bardziej moralni od innych – i czy jest jakiś czynnik, który sprawia, że są one niezmienne. Eksperci przedstawiali różne opinie. Niektórzy twierdzili, że wszystkie cechy mają mocny fundament cielesny, a zatem są stałe i nieuniknione. Na przestrzeni wieków wskazywano jako podstawę dzielących nas różnic rozmaite cechy fizyczne – na przykład wypukłości na czaszce (badane przez frenologię) albo jej wielkość i kształt (tym zajmowała się kraniologia); współcześnie tę rolę odgrywają geny.

Inni badacze zwracali uwagę na różnice w pochodzeniu, doświadczeniach, wykształceniu czy sposobach zdobywania wiedzy. Być może zaskoczy was informacja, że wielkim zwolennikiem tego podejścia był Alfred Binet, twórca testów na inteligencję (IQ). Czyż nie miały one mierzyć stałej, wrodzonej sprawności umysłowej? Otóż nie. W rzeczywistości Binet, Francuz działający w Paryżu w początkach XX wieku, wymyślił je po to, aby zidentyfikować tych uczniów, którzy nie odnosili korzyści z nauki w szkole, w celu opracowania lepszego programu edukacyjnego, który miał ich sprowadzić z powrotem na właściwe tory. Nie negując indywidualnych różnic intelektualnych, uważał on, że kształcenie i praca umożliwiają fundamentalne zmiany poziomu inteligencji. Oto cytat z jednego z jego głównych dzieł, Pojęcia nowoczesne o dzieciach, w którym podsumowuje wyniki swojej pracy z setkami uczniów mających trudności w nauce:

„Kilku współczesnych filozofów (…) wyraża przekonanie, że inteligencja jednostki to jakość stała i nie można jej zwiększyć. Musimy zaprotestować i przeciwstawić się temu nieludzkiemu pesymizmowi. (…) Dzięki pracy, szkoleniu i przede wszystkim odpowiednim metodom jesteśmy w stanie pogłębić uwagę, wzmocnić pamięć i poprawić osąd, dzięki czemu stajemy się dosłownie bardziej inteligentni niż przedtem”.

Kto ma rację? Obecnie większość ekspertów jest zgodna, że kwestii tej nie można sprowadzać do prostej alternatywy: natura albo wychowanie, geny albo środowisko. Od chwili poczęcia oba te czynniki wywierają na siebie wzajemny wpływ. W istocie rzeczy – jak twierdzi Gilbert Gottlieb, znamienity neurobiolog – geny i środowisko nie tylko współdziałają w procesie rozwoju; informacje zwrotne z otoczenia są bezwzględnie konieczne, aby geny mogły funkcjonować poprawnie.

Jednocześnie naukowcy stwierdzili, że ludzie mają znacznie większe możliwości przyswajania wiedzy i rozwijania swojego mózgu przez całe życie niż wcześniej sądzono. Oczywiście każdy z nas posiada swoje niepowtarzalne dziedzictwo genetyczne. Mamy rozmaite charaktery i różne zdolności, jest jednak jasne, że nasz dalszy rozwój zależy od doświadczenia, nauki i osobistych wysiłków. Robert Sternberg, współczesny ekspert od inteligencji, pisze, że główny czynnik, który decyduje o tym, czy dana osoba osiągnie mistrzostwo „to nie wrodzone zdolności, ale celowe zaangażowanie”. Lub też – jak zauważył jego poprzednik, Binet – nie zawsze ci właśnie ludzie, którzy na początku byli najmądrzejsi, okazują się najmądrzejsi na końcu.

CO TO WSZYSTKO OZNACZA DLA CIEBIE?
DWA NASTAWIENIA

Naukowe dyskusje ekspertów to jedno; odniesienie ich poglądów do siebie to zupełnie inna sprawa. Moje badania prowadzone na przestrzeni dwudziestu lat pokazują, że nasze własne wyobrażenia o sobie wywierają ogromny wpływ na to, jak będzie wyglądać nasze życie. Mogą one zdecydować o tym, czy staniesz się tym, kim chcesz być, i czy zdobędziesz to, co ma dla ciebie prawdziwą wartość. Jak to się dzieje? Jak jedno proste przekonanie może być na tyle sugestywne, aby kształtować twoją psychikę, a w rezultacie i życie?

Przekonanie, że nasze cechy są ustalone raz na zawsze – nastawienie na trwałość – zmusza cię do tego, aby raz po raz udowadniać swoją wartość. Jeśli każdy ma od urodzenia określony iloraz inteligencji, określoną osobowość i określony charakter moralny, to lepiej, żebyś jak najszybciej udowodnił, że posiadasz odpowiednie cechy w odpowiednim stopniu. Braki w kwestiach podstawowych na pewno nie wyszłyby ci na zdrowie.

Niektórym z nas od najmłodszych lat wpajano nastawienie na trwałość. Już jako dziecko starałam się pokazać, że jestem mądra, jednak nastawienie to głęboko wryło się w mój charakter dopiero dzięki pani Wilson, mojej nauczycielce z szóstej klasy. W przeciwieństwie do Alfreda Bineta wierzyła ona, że testy na inteligencję mówią o człowieku wszystko. W klasie siedzieliśmy zgodnie z wynikami testów IQ, i tylko uczniowie mający najwyższy iloraz inteligencji byli na tyle godni zaufania, aby nosić flagę, czyścić gąbki i zanosić wiadomości do dyrektora. W ten sposób nie tylko przyprawiała nas o bóle żołądka, ale tworzyła klimat, w którym każdy uczeń miał tylko jeden cel – wykazać się inteligencją i nie wyjść na głupka. Jak można skupić się na nauce i czerpać z niej przyjemność, kiedy podczas każdego sprawdzianu, każdej odpowiedzi przy tablicy rzucasz na szalę całą swoją osobowość?

Spotkałam już tak wielu ludzi, dla których najważniejszym celem w życiu jest udowadnianie własnej wartości – w szkole, w pracy i w związkach międzyludzkich. W każdej sytuacji muszą oni potwierdzać swoją sprawność umysłową albo pozytywne cechy charakteru. Każda sytuacja podlega ocenie: „Czy to się zakończy sukcesem, czy porażką? Czy zabłysnę, czy wyjdę na idiotę? Zostanę zaakceptowany czy odrzucony? Będę się czuł jak mistrz czy też nieudacznik?”.

Ale przecież w naszym społeczeństwie ceni się inteligencję, osobowość i charakter, prawda? Czy nie jest zatem normalne, że chcemy te pozytywne cechy posiadać? Tak, ale…

Istnieje też inne nastawienie, zgodnie z którym twoje cechy nie są po prostu kartami, które otrzymałeś od losu, i którymi musisz rozgrywać swoje życie, na każdym kroku starając się przekonać siebie i innych, że trzymasz w ręku poker królewski, chociaż w głębi ducha podejrzewasz, że to po prostu para dziesiątek. W tym nastawieniu twoje „karty” to po prostu punkt wyjścia do dalszego rozwoju. To nastawienie na rozwój opiera się na przekonaniu, że podstawowe cechy można rozwijać przez pracę. Chociaż ludzie różnią się na wiele sposobów – pod względem talentu i zdolności, zainteresowań czy temperamentu – każdy z nas może się zmieniać i doskonalić, jeśli tylko odpowiednio się przyłoży.

Czy ludzie wyznający to nastawienie wierzą, że każdy z nas może osiągnąć wszystko, o czym tylko zamarzy – że każdy, kto ma wystarczającą motywację i odpowiednie wykształcenie, może stać się Einsteinem czy Beethovenem? Nie, są jednak przekonani, że pełny potencjał jednostki jest nieznany (i niemożliwy do poznania) i że nie da się przewidzieć, ile każdy z nas zdoła osiągnąć po wielu latach nauki i pełnej entuzjazmu pracy.

Czy wiecie, że Darwina i Tołstoja uważano w dzieciństwie za przeciętniaków? Że Ben Hogan, jeden z największych golfistów wszech czasów, jako dziecko był niezgrabny i miał kłopoty z koordynacją ruchową? Że fotografka Cindy Sherman, którą znajdziecie na niemal każdej liście największych artystów XX wieku, nie zdała egzaminu końcowego na swoim pierwszym kursie fotografii? Że Geraldine Page, jednej z największych amerykańskich aktorek, radzono, aby zrezygnowała z zawodu, bo nie ma talentu?

Później sami zobaczycie, jak przekonanie, że wartościowe cechy można w sobie wyrobić, rozbudza entuzjazm do nauki. Po co marnować czas na udowadnianie, jaki już jesteś dobry, kiedy możesz dalej się doskonalić? Po co ukrywać swoje niedostatki, zamiast z nimi walczyć? Po co szukać przyjaciół czy partnerów wśród ludzi, którzy będą wzmacniać twoje poczucie własnej wartości, zamiast wśród tych, którzy cię zmotywują do dalszego rozwoju? I po co ograniczać się do tego, co pewne i sprawdzone, zamiast szukać nowych doświadczeń, które będą dla ciebie wyzwaniem? Upodobanie do wyzwań i wytrwałość okazywana nawet wtedy (ba, właśnie wtedy), gdy coś idzie nie tak, to wyznaczniki nastawienia na rozwój. To ono sprawia, że ludzie potrafią sobie poradzić w najtrudniejszych chwilach swojego życia.

SPOJRZENIE PRZEZ PRYZMAT DWÓCH NASTAWIEŃ

Dla uzyskania lepszego pojęcia o tym, jak funkcjonują oba te nastawienia, wyobraź sobie – możliwie jak najbarwniej – że jesteś studentem, który ma naprawdę zły dzień.

Idziesz na zajęcia z przedmiotu, który jest dla ciebie bardzo ważny. Wykładowca oddaje prace semestralne i dowiadujesz się, że dostałeś trójkę. Jesteś bardzo zawiedziony. Tego samego wieczoru, wracając do domu, stwierdzasz, że dostałeś mandat za złe parkowanie. Sfrustrowany dzwonisz do swego najlepszego kumpla, aby mu o tym wszystkim opowiedzieć, ale on cię zbywa. Co myślisz w takiej sytuacji? Co czujesz? Co robisz?

Kiedy pytałam o to osoby z nastawieniem na trwałość, oto, co mówiły: „Poczułbym się odrzucony”, „Jestem zupełnym nieudacznikiem”, „Jestem idiotką”, „Jestem do bani”, „Poczułabym się bezwartościowa i głupia, gorsza od wszystkich”, „Jestem zerem”. Innymi słowy, postrzegali oni to, co się zdarzyło, jako miarę swoich kompetencji i osobistej wartości.

A oto, co by pomyśleli o swoim życiu: „Moje życie jest żałosne”, „Nie mam prawdziwego życia”, „Ktoś tam na górze mnie nie cierpi”, „Cały świat się przeciw mnie sprzysiągł”, „Ktoś chyba chce mnie zniszczyć”, „Nikt mnie nie kocha, wszyscy mnie nienawidzą”, „Życie jest niesprawiedliwe i wszystkie moje wysiłki idą na marne”, „Życie jest do bani. Jestem głupia i nigdy nie przydarza mi się nic fajnego”, „Jestem największym pechowcem na świecie”.

Bardzo przepraszam, ale o co tu naprawdę chodzi? O śmierć i ruinę – czy też po prostu o słabą ocenę, mandat i nieudaną pogawędkę?

A może byli to po prostu ludzie mający niskie poczucie własnej wartości? Albo zdeklarowani pesymiści? Otóż nie. Kiedy nie trzeba stawiać czoła niepowodzeniom, ci sami studenci tryskają optymizmem i czują się równie wartościowi – równie mądrzy i atrakcyjni – jak osoby o nastawieniu na rozwój.

A jak sobie poradzą? „Przestałbym poświęcać tyle czasu i wysiłku w celu uzyskania dobrych wyników”. (Innymi słowy, zaczynamy unikać sytuacji, w których ktoś znowu mógłby nas osądzić). „Nie robię nic”, „Leżę w łóżku”, „Upijam się”, „Objadam się”, „Przy najbliższej okazji na kogoś nakrzyczę”, „Jem czekoladę”, „Naburmuszona słucham muzyki”, „Chowam się w garderobie”, „Wdaję się w kłótnię”, „Płaczę”, „Rozbijam coś”, „Co w ogóle można zrobić w takiej sytuacji?”.

„Co można zrobić”! Zauważcie, że opracowując ten scenariusz, świadomie wybrałam trójkę, a nie jedynkę, pracę semestralną zamiast egzaminu końcowego, mandat zamiast wypadku samochodowego i nieporozumienie, a nie zerwanie z przyjacielem. Nie wydarzyła się zatem żadna katastrofa, nie doszło do nieodwracalnej szkody. A mimo to w oparciu o ten materiał u osób z nastawieniem na trwałość rozwinęło się poczucie całkowitej klęski i doszło do paraliżu.

Natomiast kiedy przedstawiłam ten sam scenariusz osobom o nastawieniu na rozwój, tak oceniły sytuację:

„Muszę się przyłożyć do nauki i bardziej uważać, gdzie parkuję auto – a mój przyjaciel chyba miał zły dzień”.

„Uznałbym trójkę za sygnał, że muszę przysiąść fałdów – ale przecież mam jeszcze cały następny semestr na poprawienie oceny”.

Dostałam jeszcze mnóstwo podobnych odpowiedzi, ale myślę, że te wystarczą, aby dać obraz reakcji. A jakie środki zaradcze podejmą ci studenci? Bezpośrednie.

„Postanowię, że będę się lepiej (albo inaczej) przygotowywał do kolejnego sprawdzianu z tego przedmiotu, zapłacę mandat, a przy następnej rozmowie z przyjacielem wszystko sobie wyjaśnimy”.

„Zastanowię się, jakie błędy zrobiłem podczas sprawdzianu, obiecam sobie, że się poprawię, zapłacę mandat i zadzwonię do przyjaciółki, aby jej wyjaśnić, że wcześniej byłam w złym nastroju”.

„Przyłożę się do następnego sprawdzianu, porozmawiam z wykładowcą, będę bardziej uważać, gdzie parkuję, albo zakwestionuję zasadność mandatu i dowiem się, co się dzieje z moim przyjacielem”.

Zmartwienie to nie kwestia takiego czy innego nastawienia. Kto by się nie zdenerwował w podobnej sytuacji? To nic przyjemnego dostać złą ocenę albo doświadczyć odtrącenia ze strony przyjaciela czy ukochanego. Żaden z moich rozmówców nie skakał z radości – jednak ludzie z nastawieniem na rozwój nie przypinali sobie łatek i nie załamywali rąk. Choć przygnębieni, byli gotowi podjąć ryzyko, stawić czoło wyzwaniom i pracować nad rozwiązaniem problemów.

TO CHYBA NIC NOWEGO?

Ale czy te odkrycia wnoszą coś nowego? Istnieje przecież wiele przysłów i powiedzonek, które podkreślają, jak ważna jest wytrwałość i gotowość do podejmowania ryzyka, na przykład: „Kto nie ryzykuje, ten nie je” czy „Nie od razu Kraków zbudowano”. Zatem naprawdę zdumiewające jest dopiero to, że ludzie o nastawieniu na trwałość tej prawdy nie akceptują. Ich motto mogłoby brzmieć: „Kto nie ryzykuje, niczego nie straci” albo „Jeśli Krakowa nie udało się zbudować w trymiga, to pewnie w ogóle nie powinien być zbudowany”. Innymi słowy, ryzyko i wysiłek mogą obnażyć twoje niedostatki i pokazać, że się nie nadajesz. Aż trudno uwierzyć, w jakim stopniu osoby wyznające to nastawienie nie szanują pracy.

Nowością jest też obserwacja, że stosunek do ryzyka i wysiłku wyrasta z naszego podstawowego nastawienia. Nie chodzi o to, że niektóre osoby zdają sobie po prostu sprawę z tego, jak ważne jest, aby ciężko pracować i wychodzić poza dotychczasowe ograniczenia, a inne nie. Nasze badania wykazały, że ta świadomość wywodzi się bezpośrednio z nastawienia na rozwój. Kiedy uczymy go uczestników naszych eksperymentów, te przekonania pojawiają się same z siebie. I podobnie nie chodzi o to, że niektóre osoby po prostu nie lubią trudności i wysiłku. Kiedy doprowadzamy do tego, że badani (chwilowo) przyjmują nastawienie na trwałość, zgodnie z którym nasze cechy są raz na zawsze ustalone, szybko zaczynają odczuwać lęk przed wyzwaniami i podawać w wątpliwość wartość pracy.

Na półkach księgarń zalega mnóstwo pozycji zatytułowanych np. „Dziesięć sekretów ludzi sukcesu”, i można w nich znaleźć wiele przydatnych rad. Jednak są to zazwyczaj zbiory niepowiązanych ze sobą wskazówek, takich jak: „Częściej podejmuj ryzyko!”, „Uwierz w siebie!”. W rezultacie nabierasz szczerego podziwu dla ludzi, którzy to potrafią, ale nadal nie masz jasnego wyobrażenia o tym, jak poszczególne elementy tej układanki pasują do siebie, ani też, w jaki sposób sam mógłbyś się do tych osób upodobnić. Przez kilka następnych dni lektura zapewnia ci inspirację, ale w rzeczywistości sekrety ludzi sukcesu nadal są dla ciebie zagadką.

Tymczasem zrozumiawszy te dwa podstawowe nastawienia – na rozwój i na trwałość – zobaczysz dokładnie, co z czego wynika: jak przekonanie, że twoje cechy są niezmienne, staje się podstawą rozmaitych wyobrażeń, prowadzących do określonych działań, i jak wiara w możliwość rozwoju jest źródłem innych wyobrażeń i innych działań. My, psychologowie, nazywamy to „momentem olśnienia”. Widywałam to podczas naszych eksperymentów u ludzi, których nauczyliśmy nowego nastawienia, a ponadto wciąż czytuję o takich doświadczeniach w listach od osób, które miały okazję zapoznać się z wynikami moich badań.

Osoby te rozpoznają w moich opowieściach samych siebie. „Czytając pani artykuł, powtarzałam sobie raz po raz: »To ja, taka właśnie jestem!«”. Dostrzegają powiązania: „Pani artykuł po prostu zwalił mnie z nóg. Mam wrażenie, jakbym odkryła tajemnicę wszechświata!”. Czują, jak ich nastawienie ulega reorientacji: „Niewątpliwie mogę mówić o swego rodzaju osobistej rewolucji w myśleniu, a to bardzo ekscytujące doświadczenie”. I potrafią wykorzystać to nowe podejście w praktyce, na potrzeby własne i dla innych: „Pani badania pomogły mi całkowicie zmienić sposób, w jaki pracuję z dziećmi i spojrzeć na kształcenie innymi oczami” albo: „Chciałem pani powiedzieć, jak ogromny wpływ – na poziomie osobistym i praktycznym – wywarły na setki uczniów wasze genialne badania”.

SAMOPOZNANIE: KTO MA TRAFNE WYOBRAŻENIE
O WŁASNYCH ZALETACH I SŁABOŚCIACH?

No dobrze, być może ludzie nastawieni na rozwój nie uważają się za Einsteinów czy Beethovenów, ale czy nie częściej się zdarza, że mają oni przesadne mniemanie o własnych umiejętnościach i podejmują się rzeczy, do których się nie nadają? Otóż badania wykazują, że ludzie generalnie bardzo źle sobie radzą z oceną własnych możliwości. Niedawno postanowiliśmy zatem sprawdzić, kto jest w tym najgorszy. Nasze obserwacje potwierdzają skłonność do niewłaściwej oceny swoich działań i umiejętności. Ale dotyczy to w większości osób z nastawieniem na trwałość. Osoby z nastawieniem na rozwój wykazały się zaskakującą trafnością.

Wystarczy chwila zastanowienia, aby przyznać, że to ma sens. Jeśli – tak jak osoba nastawiona na rozwój – wierzysz, że możesz się doskonalić, chętnie poznasz dokładne informacje odnośnie swoich obecnych możliwości, nawet jeśli będą one niepochlebne. Ba, jeśli twoim celem jest samokształcenie (tak jak to bywa w przypadku tych ludzi), takie informacje są ci po prostu niezbędne, abyś mógł się skutecznie uczyć. Jeśli natomiast każda opinia to po prostu zła lub dobra ocena twoich niezmiennych przymiotów – jak to bywa u ludzi nastawionych na trwałość – obraz sytuacji nieuchronnie zaczyna ulegać wypaczeniu. Niektóre osiągnięcia są przeceniane, do innych dorabiasz usprawiedliwienia, i zanim się obejrzysz, w ogóle już nie wiesz, na czym stoisz.

W swojej książce Extraordinary Minds („Niezwykłe umysły”) Howard Gardner przedstawia wniosek, że jednostki wybitne mają „specjalny talent do identyfikowania własnych mocnych i słabych stron”. Co ciekawe, talent ten wydaje się powiązany z nastawieniem na rozwój.

CO PRZYNIESIE PRZYSZŁOŚĆ

Kolejna wyjątkowa cecha, którą posiadają ludzie wybitni, to specjalny talent do przekuwania życiowych porażek w przyszłe sukcesy. Badacze kreatywności zgadzają się z tym twierdzeniem. Niemal wszyscy ze 143 naukowców, którzy wzięli udział w pewnej ankiecie, zgadzali się co do tego, jakie są najważniejsze składniki twórczych osiągnięć. A była to właśnie taka wytrwałość i elastyczność, jaką zapewnia nastawienie na rozwój.

Być może znów zapytacie: Jak to możliwe, że jedno przekonanie daje nam to wszystko – upodobanie do wyzwań, wiarę w znaczenie wysiłku, elastyczność w obliczu niepowodzeń i większe (bardziej kreatywne!) osiągnięcia? W kolejnych rozdziałach pokażę wam dokładnie, dlaczego tak się dzieje: zobaczycie, jak nastawienie dyktuje, do czego ludzie dążą i co postrzegają jako sukces. Jak zmienia definicję, znaczenie i konsekwencje porażki, a także podejście do kwestii wysiłku. Zobaczycie, jak się ujawnia w szkole, w sporcie, w pracy i w związkach międzyludzkich. Dowiecie się, skąd się bierze i jak można je zmienić.


Rozwijaj swoje nastawienie

A jakie ty masz nastawienie? Aby to sprawdzić, przeczytaj poniższe twierdzenia na temat inteligencji, a po zapoznaniu się z każdym z nich zdecyduj, na ile się z nim zgadzasz.

1. Poziom inteligencji to cecha fundamentalna i nie ulega zmianie.

2. Możesz się uczyć nowych rzeczy, ale nie staniesz się przez to bardziej inteligentny.

3. Niezależnie od obecnego poziomu twojej inteligencji, zawsze możesz być jeszcze mądrzejszy.

4. Zawsze można w znaczącym stopniu podnieść poziom swojej inteligencji.

Twierdzenia 1 i 2 wywodzą się z nastawienia na trwałość, zaś 3 i 4 odzwierciedlają nastawienie na rozwój. Z którymi zgadzasz się bardziej? Możesz wyznawać kombinację obu nastawień, jednak każdy z nas skłania się bardziej ku jednemu lub drugiemu.

To samo dotyczy innych umiejętności i uzdolnień. Spróbuj zamiast inteligencji wstawić „talent artystyczny”, „umiejętności sportowe” lub „żyłkę do biznesu”.

Nastawienie może dotyczyć nie tylko umiejętności, ale również cech charakteru. Przeczytaj poniższe twierdzenia na temat osobowości i charakteru i zdecyduj, na ile się z nimi zgadzasz.

1. Każdy z nas jest, jaki jest, i niewiele można zrobić, żeby to zmienić.

2. Niezależnie od tego, jaki masz charakter, zawsze możesz w znaczącym stopniu się zmienić.

3. Możesz zacząć postępować inaczej, ale tego, jaki naprawdę jesteś, zmienić się nie da.

4. Zawsze możesz się stać innym człowiekiem.

Tutaj twierdzenia 1 i 3 wywodzą się z nastawienia na trwałość, zaś 2 i 4 odzwierciedlają nastawienie na rozwój. Z którymi zgadzasz się bardziej?

Czy twoje nastawienie tym razem okazało się inne niż w przypadku inteligencji? To możliwe. Nasze wyobrażenia na temat inteligencji dają o sobie znać w sytuacjach, w których ujawniają się zdolności intelektualne. Te dotyczące osobowości wchodzą w grę wtedy, kiedy chodzi o cechy charakteru – przykładowo, odpowiedzialność, gotowość do współpracy czy pomocy albo umiejętności interpersonalne. Nastawienie na trwałość sprawia, że zaczynasz obawiać się krytyki; nastawienie na rozwój zachęca do poprawy.

A oto jeszcze kilka sposobów na refleksję nad nastawieniem:

• Wyobraź sobie znaną ci osobę, która wyznaje nastawienie na trwałość. Pomyśl o tym, jak nieustannie stara się udowodnić swoją wartość, o jej nadwrażliwości na pomyłki i błędy. Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, skąd jej się to wzięło? A może sam taki jesteś? Teraz zaczynasz już rozumieć, dlaczego.

• Pomyśl o kimś, kto wyznaje nastawienie na rozwój, kto rozumie, że ważne cechy i umiejętności można kultywować. Przypomnij sobie, jak się zachowuje w obliczu wyzwań. Pomyśl o tych wszystkich rzeczach, które robi, aby się rozwijać. A w jaki sposób ty chciałbyś się zmienić albo wyjść poza dotychczasowe ograniczenia?

• A teraz wyobraź sobie, że postanowiłeś nauczyć się języka obcego i zapisałeś się na kurs. Po kilku pierwszych lekcjach nauczyciel stawia cię pod tablicą i zaczyna zasypywać pytaniami.

Wczuj się w nastawienie na trwałość. Tutaj chodzi o twoje wrodzone umiejętności. Czujesz na sobie oczy wszystkich pozostałych uczniów? Widzisz krytyczny wyraz twarzy nauczyciela? Poczuj to napięcie, poczuj, jak spina się twoje ego, jak zaczynają cię ogarniać wątpliwości. Co jeszcze myślisz i czujesz?

A teraz wczuj się w nastawienie na rozwój. Jesteś nowicjuszem – przecież dlatego właśnie poszedłeś na kurs. Uczestniczysz w nim, aby się czegoś nauczyć, a nauczyciel to źródło wiedzy. Poczuj, jak napięcie pryska; poczuj, jak twój umysł się otwiera.

A oto wniosek: każdy z nas może zmienić swoje nastawienie.


Rozdział 2
NASTAWIENIA OD PODSZEWKI

Jako młoda dziewczyna marzyłam o księciu z bajki. Bardzo przystojnym. Człowieku sukcesu. Grubej rybie. Marzyła mi się również błyskotliwa kariera zawodowa – pod warunkiem, że nie będzie wymagała pokonywania trudności ani podejmowania ryzyka. I wszystko to miało do mnie przyjść jako potwierdzenie mojej wewnętrznej wartości.

Minęło wiele lat, zanim poczułam się usatysfakcjonowana. Związałam się ze wspaniałym człowiekiem – ale nie jest on ideałem. Mam świetną pracę, ale ciągle napotykam trudności. Nic nie przyszło mi łatwo. Dlaczego zatem odczuwam satysfakcję? Bo zmieniłam swoje nastawienie.

A stało się to dzięki moim badaniom. Wraz z jedną z doktorantek, Mary Bandurą, próbowałyśmy zrozumieć, dlaczego niektórzy uczniowie mają taką obsesję udowadniania swoich umiejętności, podczas gdy inni potrafią po prostu się uczyć. Pewnego dnia zdałyśmy sobie sprawę, że umiejętności można postrzegać na dwa sposoby: jako cechy stałe, które trzeba udowadniać, lub zmienne, które można rozwijać w procesie nauki.

Tak narodziła się teoria nastawień, a ja natychmiast zrozumiałam, które z nich wyznaję! Zdałam sobie sprawę, dlaczego tak przejmuję się błędami i porażkami. I po raz pierwszy dotarło do mnie, że mam wybór.

Kiedy zmieniasz nastawienie, wchodzisz w zupełnie inny świat. W jednej rzeczywistości – tej, w której królują cechy stałe – sukces polega na udowodnieniu swojej inteligencji czy talentu. Jego istotą jest samopotwierdzenie. W drugiej – tej, w której nasze przymioty ulegają zmianom – na wychodzeniu poza dotychczasowe ograniczenia, aby nauczyć się czegoś nowego. Innymi słowy: na samorozwoju.

W jednej z tych rzeczywistości każde, nawet najmniejsze, niepowodzenie to porażka. Otrzymanie słabej oceny. Przegrana w turnieju. Utrata pracy. Odrzucenie. Wszystko to stanowi dowód, że nie jesteś mądry ani utalentowany. Z kolei w tej drugiej rzeczywistości za porażkę uważa się brak rozwoju. Rezygnację z dążenia do rzeczy, które mają dla ciebie wartość. Innymi słowy, chodzi o to, że nie realizujesz swojego potencjału.

W jednym świecie wysiłek to coś złego. Podobnie jak porażka stanowi dowód, że brakuje ci inteligencji i talentu, bo gdybyś te cechy posiadał, nie musiałbyś się trudzić. W drugim świecie natomiast to właśnie dzięki wysiłkowi rozwijasz swoje uzdolnienia i stajesz się mądrzejszy.

Wybór należy do ciebie. Nastawienie to jedynie zbiór przekonań. Chociaż mają wielką moc, istnieją tylko w twoim umyśle, a zatem podlegają twojej kontroli. Podczas dalszej lektury zastanawiaj się, gdzie chciałbyś dotrzeć i które nastawienie może cię tam zaprowadzić.

CZY SUKCES POLEGA NA ZDOBYWANIU WIEDZY,
CZY TEŻ UDOWADNIANIU SWOJEJ INTELIGENCJI?

Benjamin Barber, wybitny socjolog, powiedział kiedyś: „Nie dzielę ludzi na mocnych i słabych, tych, którym się powiodło, i tych, którzy przegrali (…) Dzielę ich na tych, którzy się uczą, i tych, którzy tego nie robią”.

Co sprawia, że człowiek przestaje się uczyć? Każdy z nas rodzi się obdarzony potężnym pociągiem do nauki. Niemowlęta każdego dnia dążą do tego, aby wyjść poza dotychczasowe ograniczenia. I nie chodzi tu jedynie o drobnostki, ale również o najważniejsze życiowe zadania – naukę chodzenia i mówienia. One nigdy nie dochodzą do wniosku, że to wszystko jest zbyt trudne i niewarte zachodu. Nie przejmują się, że popełniają błędy, nie martwią się, że mogą się ośmieszyć. Stają na nogi, przewracają się, znowu stają. Po prostu prą do przodu.

Co powoduje, że przestajemy podchodzić do nauki z entuzjazmem? Nastawienie na trwałość! Kiedy dzieci są już zdolne do samooceny, niektóre z nich zaczynają obawiać się wyzwań. Martwią się, że okażą się głupie. Badałam tysiące ludzi, poczynając od maluchów w wieku przedszkolnym, i aż strach powiedzieć, jak często wielu z nas rezygnuje z okazji do nauki.

Daliśmy czterolatkom wybór: mogą ponownie rozwiązać łatwą łamigłówkę lub spróbować swoich sił z trudniejszą. Nawet w tak młodym wieku dzieci mające nastawienie na trwałość – te, które wierzyły w niezmienność ludzkich cech – wybierały bezpieczniejszą opcję. „Kto się urodził mądry, nie popełnia błędów”, mówiły nam.

Dla dzieci o nastawieniu na rozwój – tych, które wierzyły, że możemy być coraz mądrzejsi – była to niezrozumiała decyzja. Dlaczego pani mi to proponuje? Kto by chciał ciągle rozwiązywać te same łamigłówki? I za każdym razem wybierały trudniejsze zadanie. „Ale będzie frajda, kiedy się z tym uporam!”, zawołała pewna dziewczynka.

Tak więc dzieci o nastawieniu na trwałość chcą mieć pewność, że im się uda. Według nich ludzie inteligentni zawsze odnoszą sukcesy. Tymczasem w przekonaniu dzieci z nastawieniem na rozwój, sukces polega na przekraczaniu kolejnych granic – na dążeniu do coraz większej mądrości.

Jak podsumowała to pewna siódmoklasistka: „Myślę, że inteligencja to coś, na co trzeba zapracować… Nie dostajemy jej po prostu w prezencie. Większość dzieciaków nie podniesie ręki, żeby odpowiedzieć na pytanie, jeśli nie zna odpowiedzi. Ale ja zazwyczaj to robię, bo jeśli nie będę miała racji, to nauczyciel mnie poprawi. A czasami podnoszę rękę po prostu po to, aby zapytać: »Jak mam to rozwiązać?«, albo poprosić o pomoc, bo czegoś nie rozumiem. I w ten sposób rozwijam swoją inteligencję”.

Nie tylko łamigłówki

Rezygnacja z rozwiązania łamigłówki to jedno; zmarnowanie okazji, która mogła wywrzeć znaczny wpływ na twoją przyszłość to sprawa znacznie poważniejsza. Aby zobaczyć, czy takie rzeczy się zdarzają, skorzystaliśmy z nietypowej sytuacji. Na uniwersytecie w Hongkongu nauka odbywa się po angielsku. W tym języku pisane są podręczniki, w nim prowadzone są wykłady i odbywają się egzaminy. Jednak niektórzy młodzi ludzie, rozpoczynający tam studia, nie władają biegle angielszczyzną, wydaje się zatem rozsądne, że powinni jak najszybciej ten brak nadrobić.

Kiedy studenci przychodzili, aby zapisać się na pierwszy rok, dowiadywaliśmy się, którzy z nich są słabi z angielskiego. Tym osobom zadawaliśmy następnie kluczowe pytanie: Gdyby uniwersytet oferował kursy dla studentów, którzy muszą udoskonalić swój angielski, czy wzięlibyście w nich udział?

Ocenialiśmy też nastawienie każdego badanego, pytając go, na ile zgadza się z twierdzeniami, takimi jak: „Masz tylko określony poziom inteligencji i nic nie możesz zrobić, aby to zmienić”. Osoby, które zgadzają się z taką opinią, wyznają nastawienie na trwałość. Ci, którzy mają nastawienie na rozwój, bardziej utożsamiają się z przekonaniem, że „zawsze możesz w znacznym stopniu zwiększyć swoją inteligencję”.

Później sprawdziliśmy, którzy studenci chętnie skorzystaliby z kursów angielskiego. Ci z nastawieniem na rozwój odpowiedzieli zdecydowanie: TAK; ci z nastawieniem na trwałość nie byli specjalnie zainteresowani.

Wierząc, że kluczem do sukcesu jest zdobywanie wiedzy, młodzi ludzie z nastawieniem na rozwój byli gotowi skorzystać z każdej okazji do nauki. Ci z nastawieniem na trwałość z kolei nie chcieli ujawniać swoich braków. Aby teraz mogli się poczuć nieco mądrzejsi, gotowi byli postawić pod znakiem zapytania swoją akademicką przyszłość.

Oto, jak nastawienie na trwałość sprawia, że ludzie przestają się uczyć.

Wyczytane z fal mózgowych

Te różnice uwidaczniają się nawet w aktywności naszego mózgu. Do naszego laboratorium na uniwersytecie Columbia zapraszaliśmy osoby o obu nastawieniach. Kiedy odpowiadały na trudne pytania, a później dowiadywały się, czy miały rację, my śledziliśmy ich fale mózgowe, aby zobaczyć, na czym się skupią i co wzbudzi ich zainteresowanie.

Badani z nastawieniem na trwałość okazywali zainteresowanie tylko wtedy, kiedy nasze wyjaśnienia odzwierciedlały ich umiejętności. Aktywność ich mózgów świadczyła o tym, że zwracali baczną uwagę na to, czy odpowiedzieli dobrze, czy też nie.

Kiedy jednak podawano im dodatkowo informacje, z których mogli się czegoś nauczyć, nie zwracali na nie większej uwagi. Nawet wtedy, gdy odpowiedzieli błędnie, nie byli specjalnie zainteresowani poznaniem poprawnej odpowiedzi.

Tylko osoby z nastawieniem na rozwój koncentrowały się na tych informacjach, które poszerzały ich wiedzę. Tylko dla nich nauka była kwestią o pierwszorzędnym znaczeniu.

A co dla ciebie jest kwestią o pierwszorzędnym znaczeniu?

A co ty byś wybrał, gdyby to od ciebie zależało? Moc sukcesów i okazji do samopotwierdzenia czy też kolejne wyzwania?

Nie tylko zadania intelektualne wymagają dokonywania takich wyborów. Ludzie muszą też decydować, jakie wolą związki: takie, które wzmacniają ich ego, czy też takie, które zmuszają do rozwoju. A ty jak sobie wyobrażasz swego idealnego partnera? Zadaliśmy to pytanie młodym ludziom – i oto, czego się dowiedzieliśmy.

Osoby z nastawieniem na trwałość odpowiadały, że idealny partner:

postawi je na piedestale,

sprawi, że poczują się doskonałe,

będzie je ubóstwiał.

Innymi słowy, partner idealny ma wynosić pod niebiosa ich cechy wrodzone. Mój mąż opowiada, że kiedyś również miał takie podejście – marzył o tym, aby być dla swojej żony bóstwem jej własnej, jednoosobowej religii. Na szczęście przeszło mu to, jeszcze zanim mnie spotkał!

Ludzie mający nastawienie na rozwój marzyli o zupełnie innym partnerze. Wyjaśniali, że ich druga połówka powinna:

dostrzegać ich wady i pomagać w ich pokonywaniu,

mobilizować do samodoskonalenia,

zachęcać do nauki rzeczy nowych.

Oczywiście nie marzyli o kimś, kto by im dokuczał i podkopywał poczucie własnej wartości, zależało im jednak na tym, aby partner pomagał im w dalszym rozwoju. Nie zakładali, że są ludźmi w pełni rozwiniętymi, pozbawionymi jakichkolwiek wad, którzy niczego już nie muszą się uczyć.

Czy już myślisz: „Ojojoj – a co będzie, kiedy zwiążą się ze sobą dwie osoby o różnych nastawieniach?”. Pewna kobieta z nastawieniem na rozwój tak opowiada o swoim małżeństwie z mężczyzną o nastawieniu na trwałość:

Ledwo przebrzmiały weselne dzwony, a już zaczęłam zdawać sobie sprawę, że popełniłam duży błąd. Za każdym razem, gdy mówiłam coś w stylu: „Może powinniśmy częściej wybierać się gdzieś wspólnie?” albo „Chciałabym, abyś konsultował ze mną swoje decyzje”, on był zdruzgotany. I zamiast rozmawiać o kwestii, którą podniosłam, musiałam poświęcać następną godzinę na ratowanie sytuacji i poprawianie mu nastroju. No i zaraz leciał do telefonu, żeby zadzwonić do mamusi, zawsze okazującej mu to uwielbienie, którego najwyraźniej tak potrzebował. Oboje byliśmy młodzi, małżeństwo było dla nas nowym doświadczeniem, a ja po prostu chciałam, abyśmy się porozumiewali.

Zatem wizja udanego związku, która była bliska mężowi – całkowita, bezkrytyczna akceptacja – nie podobała się żonie. Zaś jej wizja udanego związku – wspólne stawianie czoła problemom – nie odpowiadała jemu. To, w czym jedno z małżonków widziało okazję do rozwoju, dla drugiego było koszmarem.

Choroba dyrektorów

A skoro już mówimy o rządach sprawowanych z wysokości piedestału i pragnieniu, aby wszyscy widzieli w nas chodzący ideał, zapewne nie zdziwicie się, że takie podejście często nazywane jest „chorobą dyrektorów”. Działalność Lee Iacocca to przykład ostrego przypadku tej dolegliwości. Po początkowych sukcesach, które odnosił jako szef Chrysler Motors, zaczął się zachowywać bardzo podobnie do naszych czterolatków z nastawieniem na trwałość. Jego firma wypuszczała ciągle te same modele, wprowadzając tylko kosmetyczne zmiany. Niestety, takich samochodów nikt już nie chciał.

Tymczasem firmy motoryzacyjne z Japonii całkowicie zrewidowały swoje podejście do tego, jak powinien wyglądać i działać samochód. Wszyscy wiemy, jak to się skończyło – japońskie auta szybko zalały amerykański rynek.

Szefowie wielokrotnie stają w obliczu takich wyborów. Czy zmierzyć się ze swoimi słabościami, czy też kreować własny świat, w którym nie mają żadnych wad? Lee Iacocca wybrał to drugie. Otoczył się potakiwaczami, wyeliminował krytyków i szybko przestał dostrzegać, w jakim kierunku podąża branża motoryzacyjna. Iacocca przestał się uczyć.

Nie wszyscy jednak dyrektorzy zapadają na tę chorobę. Wielu wybitnych przywódców regularnie stawia czoło swoim mankamentom. Darwin Smith, patrząc wstecz na swoje niezwykłe osiągnięcia w firmie Kimberly-Clark, wyjaśnia: „Nigdy nie przestałem dokładać starań, aby nabierać kwalifikacji do wykonywanej pracy”. Ci liderzy – podobnie jak nasi studenci z Hongkongu, którzy mieli nastawienie na rozwój – byli gotowi skorzystać z każdej lekcji, która mogła im pomóc.

Dyrektorzy stają też przed innym dylematem. Mogą wybierać strategie krótkoterminowe, które prowadzą do wzrostu ceny akcji, dzięki czemu wychodzą na bohaterów. Albo mogą skoncentrować się na tym, aby uzyskać poprawę na dłuższą metę – ryzykując dezaprobatę Wall Street, ale kładąc podwaliny pod zdrowy, długofalowy rozwój firmy.

Albert Dunlap, który sam przyznaje się do nastawienia na trwałość, wziął na siebie zadanie przekształcenia firmy Sunbeam. Wybrał strategię krótkoterminową, zapewniając sobie poklask Wall Street. Cena akcji poszybowała w górę, ale wkrótce przedsiębiorstwo upadło.

Lou Gerstner, znany z nastawienia na rozwój, został zaproszony, aby odmienił IBM. Kiedy zmagał się z gigantycznym zadaniem przekształcenia całej kultury i polityki firmy, cena jej akcji stała w miejscu, a eksperci z Wall Street szydzili. Nazywali go nieudacznikiem, jednak po kilku latach IBM odzyskała pozycję lidera branży.

Wychodzenie poza dotychczasowe ograniczenia

Ludzie z nastawieniem na rozwój nie szukają po prostu wyzwań – one są ich żywiołem. Im większe wyzwanie, tym intensywniejszy rozwój. Nigdzie nie da się tego zaobserwować równie wyraźnie jak w świecie sportu. Tam ludzie rozwijają się dosłownie na naszych oczach.

Mia Hamm, największa współczesna gwiazda żeńskiej piłki nożnej, mówi o tym wprost: „Przez całe życie grałam »do góry«, to znaczy z zawodnikami starszymi, silniejszymi, bardziej wykwalifikowanymi, bardziej doświadczonymi – krótko mówiąc, lepszymi ode mnie”. Na początku był to jej starszy brat. Potem, w wieku dziesięciu lat, weszła do męskiego zespołu jedenastolatków. Potem rzuciła się na głęboką wodę, dołączając do najlepszej drużyny uniwersyteckiej w USA. „Codziennie dokładałam starań, aby dorównać ich poziomowi… i czyniłam postępy w tempie, o którym nawet mi się nie śniło”.

Patricia Miranda – otyła, niewysportowana uczennica szkoły średniej – chciała uprawiać zapasy. Pobita na macie, usłyszała kiedyś: „Jesteś do niczego”. Najpierw się popłakała; potem jednak przyszła refleksja, o której opowiada tak: „To naprawdę wzmocniło moją determinację… Musiałam iść dalej, musiałam się dowiedzieć, czy praca, koncentracja, wiara w siebie i intensywny trening zdołają jakoś zrobić ze mnie prawdziwego zapaśnika”. A skąd się wzięła ta determinacja?

Miranda początkowo dorastała w świecie bez wyzwań. Kiedy jednak jej matka w wieku czterdziestu lat zmarła na udar mózgu, jej dziesięcioletnia córka sformułowała swoją pierwszą życiową zasadę: „Oto najfajniejsza rzecz, którą człowiek może sobie powiedzieć na łożu śmierci: naprawdę poznałam swoje możliwości. Kiedy moja mama umarła, nagle zaczęłam czuć, że czas mnie goni. Jeśli idziesz przez życie, robiąc tylko rzeczy łatwe, wstydź się!”. Kiedy zatem zapasy okazały się trudnym wyzwaniem, była gotowa, aby stawić mu czoło.

I jej wysiłki przyniosły owoce. W wieku dwudziestu czterech lat Miranda mogła już powiedzieć: Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Wywalczyła sobie miejsce w amerykańskiej reprezentacji olimpijskiej w swojej grupie wagowej i wróciła z Aten z brązowym medalem. A co dalej? Studia prawnicze na uniwersytecie Yale. Znajomi nakłaniali ją, aby trzymała się tego, w czym już jest dobra, ale ona uznała, że ciekawiej będzie znów zacząć od zera i zobaczyć, co tym razem zdoła osiągnąć.

Sięganie poza granice możliwości

Czasami ludzie z nastawieniem na rozwój posuwają się tak daleko, że dokonują niemożliwego. W 1995 roku aktor Christopher Reeve spadł z konia i złamał kark, przerywając połączenie między mózgiem a rdzeniem kręgowym, w rezultacie czego został całkowicie sparaliżowany od szyi w dół. Opinia lekarzy? „Bardzo nam przykro, ale musi się pan z tym pogodzić”.

Reeve jednak rozpoczął wyczerpujący program ćwiczeń, który polegał na poruszaniu wszystkich części sparaliżowanego ciała za pomocą elektrostymulacji. Dlaczego nie miałby się nauczyć poruszać na nowo? Dlaczego jego mózg nie miałby znów zacząć wydawać rozkazów, których ciało będzie słuchać? Lekarze ostrzegali, że sam siebie oszukuje i że czeka go rozczarowanie. Widywali już takie podejście u innych pacjentów i uznawali je za zły znak na przyszłość. Ale powiedzmy sobie szczerze – czy Reeve miał coś lepszego do roboty? Czy ktoś mu zaproponował jakieś lepsze przedsięwzięcie?

Po pięciu latach wysiłków Reeve zaczął odzyskiwać władzę w kończynach. Zaczęło się od dłoni, za nią poszły ramiona, nogi i tułów. Nie został całkowicie wyleczony, ale badania tomograficzne pokazały, że jego mózg znów wysyła do ciała sygnały, a ono je wykonuje. W ten sposób nie tylko rozszerzył własne możliwości, ale zmusił naukę do zupełnie innego spojrzenia na system nerwowy i jego zdolność do regeneracji. Jego wysiłki otworzyły nowe perspektywy dla neurologii i dał nadzieję pacjentom z urazami rdzenia kręgowego.

Ukochanie pewności

Ewidentnie ludzie z nastawieniem na rozwój czują się najlepiej wtedy, gdy przekraczają dotychczasowe ograniczenia. A co gwarantuje dobre samopoczucie ludziom z nastawieniem na trwałość? Rzeczy, które są bezpieczne i łatwe do uzyskania. Kiedy sytuacja staje się zbyt trudna – kiedy nie czują się już inteligentni czy utalentowani – tracą zainteresowanie.

Miałam okazję to zobaczyć, kiedy obserwowaliśmy kandydatów na studia medyczne podczas pierwszego semestru zajęć z chemii. Dla wielu studentów jest to ukoronowanie ich dotychczasowych wysiłków: oto otwiera się przed nimi szansa, aby zostać lekarzem. A te zajęcia mają zdecydować, czy im się to uda. Materiał nie jest łatwy. Średnia ocena z typowego egzaminu to 3+, a zdarza się to młodym ludziom, którzy wcześniej rzadko widywali oceny inne niż 5 i 6.

Na początku wszyscy studenci uznają chemię za interesujący przedmiot. Jednak w trakcie trwania semestru zaczyna zachodzić pewna zmiana. Młodzi ludzie z nastawieniem na trwałość byli zaciekawieni jedynie wtedy, gdy od samego początku dobrze im szło. U tych, którzy doświadczali trudności, obserwowaliśmy znaczny spadek zainteresowania i satysfakcji z nauki. Kiedy zajęcia nie dostarczały już dowodów na ich inteligencję, nie byli w stanie czerpać z nich przyjemności.

„Im trudniej mi idzie – opowiadał jeden z nich – tym bardziej muszę się przymuszać do czytania podręczników i przygotowywania się do sprawdzianów. Przedtem cieszyłem się na naukę chemii, ale teraz, kiedy tylko o niej pomyślę, coś mnie ściska w dołku”.

Natomiast studenci z nastawieniem na rozwój nadal zdradzali wysoki poziom zainteresowania, nawet wtedy, kiedy ciężko im szło. „Przedmiot okazał się o wiele trudniejszy, niż się spodziewałem, ale ponieważ chcę się tego nauczyć, to tylko zwiększa moją determinację. Kiedy ktoś mi mówi, że nie zdołam czegoś zrobić, to naprawdę dodaje mi energii”. Trudności i zainteresowanie idą ręka w rękę.

To samo obserwowaliśmy u młodszych uczniów. Daliśmy piątoklasistom intrygujące łamigłówki, które wszystkim bardzo się spodobały. Kiedy jednak podnieśliśmy poziom trudności, dzieci z nastawieniem na trwałość bawiły się już znacznie gorzej. Straciły też ochotę, aby zabierać zabawki do domu, aby tam dalej ćwiczyć. „Nie ma problemu, zatrzymajcie je sobie. Już takie mam”, skłamało jedno z nich. A tak naprawdę nie mogły się doczekać, aby od nich uciec.

Dotyczyło to w równym stopniu tych dzieci, które wcześniej radziły sobie najlepiej. „Talent” do rozwiązywania łamigłówek nie zapobiegł spadkowi motywacji.

Z kolei dzieci z nastawieniem na rozwój nie mogły się oderwać od trudnych zadań. Te właśnie podobały im się najbardziej i te chciały zabrać do domu. „Czy może mi pani zapisać nazwy tych łamigłówek? – poprosiło jedno z nich. – Żeby mama mogła mi kupić następne, kiedy te już rozwiążę?”.

Niedawno z zainteresowaniem czytałam o Marinie Siemionowej, znakomitej rosyjskiej tancerce i nauczycielce baletu, która stosowała nowatorskie podejście do wyboru uczniów, będące w istocie zmyślnym sprawdzianem nastawienia. Jak opowiada jej dawna uczennica: „Uczniowie Mariny musieli najpierw przetrwać okres próbny, podczas którego obserwowała, jak reagują na pochwały i nagany. Tylko ci, na których lepiej wpływały te drugie, byli uznawani za godnych uwagi”.

Innymi słowy, Siemionowa oddzielała tych uczniów, którzy najbardziej lubią rzeczy łatwe – takie, które już opanowali – od tych, którzy pasjonują się tym, co trudne.

Nigdy nie zapomnę, jak po raz pierwszy zdarzyło mi się powiedzieć: „To trudne – ale frajda!”. W tej właśnie chwili uświadomiłam sobie, że moje nastawienie uległo zmianie.

Kiedy czujesz się mądry:
gdy jesteś bezbłędny, czy wtedy, gdy zdobywasz wiedzę?

Ale sytuacja jeszcze bardziej się komplikuje, ponieważ przy nastawieniu na trwałość sam sukces nie wystarcza. To nie dosyć, że okazałeś się osobą inteligentną i utalentowaną. Musisz być doskonały – i to od samego początku.

Pytaliśmy młodych ludzi w różnym wieku, zaczynając od uczniów szkoły podstawowej: „Kiedy czujesz się mądry?”. Różnice były uderzające. Ci z nastawieniem na trwałość mówili:

„Kiedy nie popełniam żadnych błędów”.

„Kiedy zakończę pracę szybko i rezultat jest bez zarzutu”.

„Kiedy dla mnie coś jest łatwe, a inni sobie z tym nie radzą”.

Chodzi zatem o to, aby natychmiast dojść do perfekcji. Natomiast osoby z nastawieniem na rozwój odpowiadały:

„Kiedy zadanie jest naprawdę trudne i muszę się nad nim mocno napracować, ale w końcu zdołam zrobić coś, czego wcześniej nie potrafiłem”.

„Kiedy pracuję nad czymś przez długi czas i w końcu zaczynam rozumieć, o co chodzi”.

Tym ludziom nie chodzi o błyskawiczne dojście do perfekcji, tylko o stopniowe nabywanie sprawności: stawianie czoła wyzwaniom i robienie postępów.

Skoro masz talent, po co się uczyć?

W istocie rzeczy ludzie z nastawieniem na trwałość spodziewają się, że umiejętności pojawią się same, jeszcze zanim w ogóle rozpoczną naukę. Bądź co bądź, jak masz talent, to go masz, a jak go nie masz, to go nie masz. Spotykałam się z tym wielokrotnie.

Mój wydział na uniwersytecie Columbia spośród wszystkich kandydatów z całego świata wybiera na studia magisterskie sześciu studentów rocznie. Wszyscy oni mają doskonałe oceny ze sprawdzianów, niemal idealne wyniki końcowe i entuzjastyczne rekomendacje od wybitnych naukowców, a ponadto zabiegają o nich najlepsze uczelnie.

Jednak już po pierwszym dniu każdy nowo przyjęty zaczyna się czuć jak impostor. Wczoraj był kimś ważnym – dzisiaj jest nieudacznikiem. A oto, dlaczego. Najpierw zapoznaje się z wykładowcami, z których każdy ma na swoim koncie cały szereg naukowych publikacji. „O mój Boże, mnie się to nigdy nie uda”. Potem widzi swoich starszych kolegów, którzy publikują już artykuły i piszą podania o granty. „O mój Boże, mnie się to nigdy nie uda”. Potrafi zdawać egzaminy i dostawać szóstki, ale tego wszystkiego jeszcze nie umie. Jeszcze nie umie – oto, o czym zapomina.

Czyż nie po to istnieją szkoły, aby uczyć? Ci młodzi ludzie przybyli przecież do nas po to, aby się nauczyć, jak to robić, a nie dlatego, że sami już wszystko wiedzą.

Zastanawiam się, czy nie to przypadkiem przytrafiło się Janet Cooke i Stephenowi Glassowi, dwójce młodych reporterów, którzy błyskawicznie wznieśli się na sam szczyt – dzięki kłamstwom. Janet Cooke zdobyła nagrodę Pulitzera za opublikowane w dzienniku „Washington Post” artykuły o ośmiolatku uzależnionym od narkotyków. Później okazało się, że chłopiec nie istnieje i nagroda została jej odebrana. Stephen Glass, „cudowne dziecko” z dwutygodnika „The New Republic”, trafiał na takie historie i takie źródła, o jakich inni dziennikarze mogli tylko pomarzyć. W rzeczywistości jednak te źródła nie istniały, a historie nie były prawdziwe.

Czy Janet Cooke i Stephen Glass czuli, że od samego początku muszą być doskonali? Czy sądzili, że przyznanie się do niewiedzy pogrąży ich w oczach kolegów? Czy wydawało im się, że muszą od razu dorównać starym wyjadaczom, jeszcze zanim na dobre zaczęli się uczyć swojego fachu? „Byliśmy gwiazdami, nad wiek rozwiniętymi gwiazdami – napisał później Glass. – I tylko to się liczyło”. Czytelnicy widzą w nich tylko oszustów – i rzeczywiście oszukiwali. Ja jednak dostrzegam w nich też utalentowanie – i zdesperowanie – młodych ludzi, którzy nie wytrzymali presji, jaką wywiera nastawienie na trwałość.

W latach 60. XX wieku popularne było powiedzonko: „Stawanie się jest lepsze niż bycie”. Przez nastawienie na trwałość ludzie nie mogą sobie pozwolić na luksus stawania się. Oni muszą być.

Jedna ocena – i koniec

Przyjrzyjmy się dokładniej przyczynom, dla których, przy nastawieniu na trwałość tak ważne jest, aby od samego początku być bez zarzutu. Dzieje się tak dlatego, ponieważ jeden sprawdzian – jedna ocena – może cię podsumować raz na zawsze.

Dwadzieścia lat temu, kiedy Loretta miała pięć lat, jej rodzina przeprowadziła się do Stanów Zjednoczonych. Kilka dni później matka przyprowadziła dziewczynkę do nowej szkoły, gdzie zaraz musiała zdawać test. Ledwo się obejrzała, już trafiła do klasy zerowej – ale nie do najlepszej grupy „Orłów”.

Po jakimś czasie jednak Loretta została przeniesiona do „Orłów” i pozostała w tej grupie aż do końca szkoły średniej, po drodze zdobywając cały szereg nagród za wyniki w nauce. A jednak nigdy nie czuła, że naprawdę do nich należy.

Była bowiem przekonana, że ten pierwszy sprawdzian raz na zawsze ukazał jej umiejętności i potwierdził, że nie jest prawdziwym Orłem. I nieważne, że miała wówczas zaledwie pięć lat, a w jej życiu zaszła właśnie ogromna zmiana, jaką była przeprowadzka do obcego kraju. Kto wie, może w tym czasie w grupie „Orłów” nie było po prostu wolnych miejsc? A może nauczyciele uznali, że dziewczynce łatwiej będzie się przystosować, jeśli znajdzie się w spokojniejszym otoczeniu? Decyzję, którą wówczas podjęli, można interpretować na wiele różnych sposobów. Niestety, Loretta wybrała najgorszy z nich. W świecie nastawienia na trwałość, nie można zostać Orłem. Gdyby zatem naprawdę nim była, doskonale zdałaby test i natychmiast została rozpoznana.

Czy Loretta to odosobniony przypadek, czy też ten tok myślenia jest powszechniejszy, niż nam się wydaje?

Aby się tego dowiedzieć, pokazaliśmy piątoklasistom zamknięte tekturowe pudełko i oznajmiliśmy, że w środku znajduje się test na pewną umiejętność, która bardzo przydaje się w szkole. I na tym się skończyły nasze wyjaśnienia. Potem zaczęliśmy zadawać pytania. Po pierwsze, aby mieć pewność, że dzieci zaakceptowały to, co im powiedziano, zapytaliśmy: „Czy wierzysz, że ten test mierzy umiejętność, która jest ważna w szkole?”. Wszyscy uwierzyli nam na słowo.

Następnie zapytaliśmy: „Czy sądzisz, że ten test pokaże, jak jesteś inteligentny?”, a także: „Czy myślisz, że ten test pokaże, jak inteligentny będziesz, gdy dorośniesz?”.

Uczniowie z nastawieniem na rozwój uwierzyli, że test mierzy ważną umiejętność, nie sądzili jednak, aby pozwolił im poznać poziom własnej inteligencji. A już na pewno nie dali się przekonać, że dowiedzą się dzięki niemu, jak inteligentni będą, kiedy dorosną. Ba, jeden z nich powiedział nam nawet: „Nie ma mowy! Tego żaden test nie wykaże”.

Z kolei uczniowie z nastawieniem na trwałość nie ograniczyli się do zaakceptowania twierdzenia, że test mierzy ważną umiejętność. Równie łatwo uwierzyli, że poznają dzięki niemu poziom swojej inteligencji, a także że mogą się dowiedzieć, jak inteligentni będą, kiedy dorosną.

Innymi słowy, przypisali jednemu testowi moc zmierzenia swojej podstawowej sprawności umysłowej, i to raz na zawsze. Pozwolili, aby ich zdefiniował. Dlatego właśnie dla takich ludzi każdy sukces jest ogromnie ważny.

Inne spojrzenie na potencjał

To prowadzi nas z powrotem do kwestii potencjału i do pytania, czy może on zostać zmierzony za pomocą testów lub oceniony przez ekspertów, aby ustalić, do czego jesteśmy zdolni i jak będzie wyglądała nasza przyszłość. Nastawienie na trwałość odpowiada: tak, możesz ocenić swoje niezmienne możliwości, tu i teraz, a potem rzutować ten wynik na przyszłość. Rozwiąż po prostu test lub zapytaj eksperta. Nie ma potrzeby zerkać w kryształową kulę.

Przekonanie o poznawalności naszego potencjału jest tak powszechne, że Joseph P. Kennedy mógł bez wahania odmówić prawa do życiowego sukcesu Mortonowi Downeyowi Jr. A cóż takiego zrobił Downey (później znany prezenter telewizyjny i pisarz)? Otóż zjawił się w klubie Stork, mając na nogach czerwone skarpetki i brązowe buty.

„Mortonie – powiedział Kennedy – nigdy w życiu nie spotkałem nikogo, kto zakładał czerwone skarpetki do brązowych butów, a pomimo tego odniósł w życiu sukces. Nie można zaprzeczyć, młody człowieku, że się wyróżniasz, ale nie w taki sposób, który może ci kiedykolwiek zaskarbić podziw innych ludzi”.

Wiele wybitnych jednostek naszych czasów w ocenie ekspertów nie miało przed sobą przyszłości. Jackson Pollock, Marcel Proust, Elvis Presley, Ray Charles, Lucille Ball i Charles Darwin – ich wszystkich uznano za pozbawionych potencjału w wybranych przez siebie dziedzinach. A w niektórych przypadkach rzeczywiście na początku niczym specjalnym się nie wyróżniali.

Ale czyż potencjał to nie jest tak naprawdę zdolność do rozszerzania swoich umiejętności poprzez pracę? I o to właśnie chodzi. Skąd możemy wiedzieć, jak daleko ktoś zajdzie, jeśli naprawdę się postara? Kto wie, może ci eksperci, którzy krytykowali Jacksona, Marcela, Elvisa, Lucille i Charlesa mieli rację i trafnie ocenili ówczesny poziom ich umiejętności? Może przyszli mistrzowie nie byli jeszcze tymi ludźmi, którymi stali się później?

Kiedyś, będąc w Londynie, poszłam na wystawę wczesnych prac Paula Cézanne’a. Po drodze zastanawiałam się, jakim twórcą był Cézanne i jak wyglądały jego dzieła, zanim wyrósł na mistrza, którego znamy dzisiaj. Bardzo mnie to ciekawiło, ponieważ jest to jeden z moich ulubionych artystów, a ponadto człowiek, który położył podwaliny pod sztukę nowoczesną. A oto, co zobaczyłam: niektóre z tych obrazów były naprawdę słabe. Przestylizowane sceny, często pełne przemocy, z amatorsko przedstawionymi postaciami ludzkimi. Chociaż na wystawie znalazło się kilka prac, z których przezierał późniejszy geniusz, o większości nie dało się tego powiedzieć. Czy zatem młody Cézanne nie miał talentu? A może po prostu potrzebował czasu, aby stać się tym, kim miał być?

Ludzie z nastawieniem na rozwój wiedzą, że potrzeba czasu, aby potencjał wydał owoce. Niedawno otrzymałam list od zirytowanego nauczyciela, który odpowiedział na jedną z naszych ankiet. Przedstawiamy w niej hipotetyczną uczennicę – Jennifer – która dostała 65 punktów na sprawdzianie z matematyki, a następnie pytamy respondentów, jak by ją potraktowali.

Nauczyciele z nastawieniem na trwałość bardzo chętnie odpowiadali na nasze pytania. Byli przekonani, że poznawszy wynik Jennifer, uzyskali dobre wyobrażenie o tym, z kim mają do czynienia i do czego ta uczennica jest zdolna. Skwapliwie przedstawiali pomocne sugestie. Natomiast pan Riordan nie posiadał się ze złości i w ten sposób wyraził swoje zastrzeżenia:

Do wszystkich zainteresowanych

Po wypełnieniu części dla nauczyciela w waszej ostatniej ankiecie muszę zażądać, aby moje odpowiedzi nie były brane pod uwagę w badaniu. Uważam, że całe badanie pod względem naukowym jest oparte na błędnych przesłankach (…).

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.