Nocny gość - Fiona McFarlane - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 347 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nocny gość - Fiona McFarlane

Nocny gość, hipnotyczna powieść Fiony McFarlane, nie jest zwykłą historią o popełnionej zbrodni i rozwiązaniu jej zagadki. To historia, która wykracza poza swój suspens, by z wyjątkowym wdziękiem i wyczuciem opowiedzieć nam o starzeniu się, miłości, zaufaniu, zależności od drugiej osoby i o strachu; o procesach kolonizacyjnych; a także o rzeczach (i osobach), które znajdują się nie tam, gdzie powinny. Oto pisarka, która objawia nam się w pełni ukształtowana, czyniąc cuda z językiem i odnawiając naszą wiarę w moc literatury, w jej zdolność do opisywania tajemniczych wędrówek naszych umysłów.

Jak film Hitchcocka, psychologiczne studium manipulacji z mistrzowsko rozłożonymi napięciami. Cudownie czytać powieści, które pozostawiają uczucie lekkiego zdenerwowania.

„Marie Claire”

Opinie o ebooku Nocny gość - Fiona McFarlane

Fragment ebooka Nocny gość - Fiona McFarlane

Fiona McFarlane

NOCNY
GOŚĆ

Tytuł oryginału: The Night Guest

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja: Beata Słama

Redakcja techniczna: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Steglińska

Fotografie wykorzystane na okładce:

© Warren Goldswein/Shutterstock

© taviphoto/Shutterstock

© 2013 by Fiona McFarlane.

By arrangement with the author.

All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014

© for the Polish translation by Katarzyna Bieńkowska

ISBN 978-83-7758-740-9

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2014

Wydanie I

Moim Rodzicom

Spis treści

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

Podziękowania

Przypisy

1

Ruth obudziła się o czwartej nad ranem, a jej zmącony umysł stwierdził: „Tygrys”. To było naturalne; śniła. Ale w domu rozlegały się jakieś hałasy, które usłyszała po przebudzeniu. Dobiegały z salonu. Coś wielkiego ocierało się o kanapę i o telewizor, a także, podejrzewała, o rozkładany fotel w pszenicznym kolorze. Doszły do tego jeszcze inne odgłosy: ziajanie i sapanie wielkiego zwierzęcia; gwałtowny oddech świadczący o potworności i złych zamiarach; były charakterystyczne dla ssaka, najpewniej kocie, jak gdyby to jej własne koty urosły do ogromnych rozmiarów i swymi wielkimi nosami węszyły w poszukiwaniu jedzenia. Ale one spały na brzegu łóżka Ruth, więc to było coś innego.

Leżała i nasłuchiwała. Chwilami w domu zapadała cisza i słyszała jedynie głuchy odgłos własnej pulsującej krwi. A potem znów odległy stłumiony jęk i po chwili badawcze posapywanie. Koty obudziły się, przeciągnęły, chwilę patrzyły i wreszcie, gdy to coś, co było w salonie, wydało gwałtowne fuknięcie, zeskoczyły z łóżka i podminowane własnym strachem pobiegły korytarzem do kuchni, by wymknąć się na zewnątrz przez uchylone kuchenne drzwi. Ten nagły ruch sprawił, że w salonie rozległo się dziwne zduszone wycie, i to właśnie ten dźwięk, po którym nastąpiło głośniejsze niuchanie, potwierdził przypuszczenie, że intruz w salonie to tygrys. Ruth widziała kiedyś jedzącego tygrysa w niemieckim zoo, wydawał dokładnie takie odgłosy: głośne i mokre, a towarzyszył im niski, gardłowy pomruk oddechu, przerywany krótkim ostrzegawczym skowytem, jakby w każdej chwili mógł zaryczeć, tyle że był zajęty jedzeniem. Tak, to brzmiało właśnie tak, jak tygrys jedzący jakieś wielkie krwiste cholerstwo, chociaż te odgłosy wydawały się zarazem czcze i bezmięsne. Tygrys! Podekscytowana tym przypuszczeniem Ruth zapomniała, że powinna się bać, i musiała na powrót nakłaniać się do strachu. Tygrys znów wciągnął chrapliwie powietrze, jakby równocześnie się ślinił. Obrócił się na swoich wielkich łapach, jakby chciał się wygodnie ułożyć.

Ruth odważnie wyciągnęła rękę, żeby w ciemności wymacać telefon na nocnym stoliku. Wcisnęła przycisk zaprogramowany do wybrania numeru swojego syna Jeffreya, który zapewne teraz, jak przystało na osobę tak rozsądną jak on, spał w swoim domu w Nowej Zelandii. Telefon zadzwonił. Usłyszała chrząknięcie Jeffreya, gdy odebrał, ale nie miała najmniejszych wyrzutów sumienia.

Słyszę hałasy oznajmiła przyciszonym, natarczywym głosem, jakiego rzadko używała w rozmowach z synem.

Co? Mama? Został wyrwany ze snu. Jego żona też się zaraz obudzi; zaniepokojona przekręci się na łóżku i zapali lampę.

Słyszę tygrysa, nie ryczy, ale dyszy i prycha. Trochę jakby jadł, ale też skupiał się na czymś ze wszystkich sił. Wiedziała jakoś, że to samiec, co było pocieszające; samica tygrysa wydawała się groźniejsza.

Teraz głos Jeffreya zabrzmiał szorstko.

Która godzina?

Posłuchaj… powiedziała Ruth. Oddaliła słuchawkę od ucha, wysunęła w noc, ale zdrętwiała jej ręka, więc przyłożyła słuchawkę z powrotem do ucha. Słyszałeś to?

Nie odparł Jeffrey. Czy to koty?

To coś dużo większego niż kot. Niż zwykły kot.

Chcesz powiedzieć, że co? Że masz w domu tygrysa?

Ruth nic nie odpowiedziała. Nie mówiła, że w domu jest tygrys; mówiła, że słyszy tygrysa. Ta różnica wydawała się ważna, skoro już się obudziła i Jeffrey się obudził, i jego żona też, a do tej pory pewnie również i dzieci.

Oj, mamo. Nie ma tam żadnego tygrysa. To albo koty, albo sen.

Wiem odparła Ruth. Wiedziała, że w domu nie mogło być tygrysa, ale nie miała pewności, że to był sen. Przecież już nie spała. I bolały plecy, a to się nigdy nie zdarzało w snach. Ale teraz spostrzegła, że hałasy ustały. Z zewnątrz dobiegał tylko zwykły szum morza.

Chcesz tam pójść i sprawdzić? zapytał Jeffrey. Będę cały czas przy telefonie. Jego głos zdradzał spokojne znużenie; Ruth podejrzewała, że z zamkniętymi oczami kręci właśnie głową, żeby zapewnić żonę, że wszystko w porządku, że to tylko jedna z tych chwilowych słabości jego matki. Gdy odwiedził przed kilkoma tygodniami, na Wielkanoc, Ruth zauważyła u niego nową czujną cierpliwość, odruch zaciskania ust, ilekroć powiedziała coś, co uznał za niecodzienne. Tak więc wiedziała, dzięki krzywemu zwierciadłu twarzy Jeffreya, że weszła już w okres, gdy jej synowie martwią się o nią.

Nie, kochanie, nie trzeba powiedziała. Jestem niemądra! Przepraszam. Śpij dalej.

Jesteś pewna? zapytał Jeffrey, ale wydawał się półprzytomny; już porzucił.

Zlekceważenie sprawy przez Jeffreya sprawiło, że Ruth poczuła przypływ odwagi. Wstała z łóżka i przeszła przez pokój, nie zapalając światła. Patrzyła na swoje białe stopy kroczące po wyłożonej dywanem podłodze, doszła do drzwi sypialni; tam przystanęła i zawołała: Halo? Nie było odpowiedzi, ale na długim korytarzu unosił się, Ruth była tego pewna, roślinny zapach, a powietrze przywodziło na myśl wnętrze kontynentu i nie pasowało do tego domu nad morzem. Ta parna noc była zdecydowanie za gorąca jak na maj. Ruth zaryzykowała kolejne „Halo?” i równocześnie wyobraziła sobie nagłówek: „Australijka zjedzona przez tygrysa w swoim własnym domu”. A może raczej: „Tygrys dokłada emerytkę do listy dań”. To zachwyciło, ogarnęło także inne uczucie, całkiem nowe, któremu poświęciła więcej uwagi: świadomość nadmiernej doniosłości tej chwili. Działo się z nią coś ważnego, ale nie była pewna, co właściwie o tym stanowiło: tygrys czy sama świadomość wagi chwili. Jedno i drugie zdawało się ze sobą powiązane, jednak owo poczucie doniosłości było nieproporcjonalne do faktycznych wydarzeń tej nocy, na które składały się przecież zły sen, bezsensowny telefon i parę kroków do drzwi sypialni. Czuła, że coś wychodzi jej na spotkanie, coś wielkiego, nic rzeczywistego, ma się rozumieć, nie była tak szalona ale jakiś kształt, czy w każdym razie cieplejsze powietrze. Wywołało to dziwne wrzenie w piersi. W domu panowała cisza. Ruth przyłożyła rękę do tego czułego miejsca w swojej piersi; zamknęła drzwi sypialni i idąc w ślad za własnymi stopami, wróciła do łóżka. Głowę przepełniły jej myśli, przetoczyły się i znów zmąciły. Tygrys pewnie teraz śpi, pomyślała Ruth, więc ona też zasnęła i obudziła się dopiero późnym rankiem.

Salon, kiedy Ruth weszła do niego przy dziennym świetle, był niegroźny. Wszystkie meble stały na swoich miejscach, grzeczne, schludne, niemal jakby zabiegały o jej uznanie, jakby sprzeciwiły się jej wcześniej w jakiś sposób i teraz czekały na wybaczenie, ubrane w najlepsze stroje. Ruth poczuła się przytłoczona przymilną poufałością. Podeszła do okna i dramatycznym gestem rozsunęła firanki. Ogród przed domem wyglądał dokładnie tak jak zwykle grewilla wymagała przystrzyżenia ale na końcu podjazdu Ruth dostrzegła żółtą taksówkę, na wpół zakrytą przez kazuaryny. Wydawała się taka samotna, taka niepotrzebnie jaskrawa. Pewnie kierowca zabłądził i chciał, żeby mu wskazać drogę; to się od czasu do czasu zdarzało na tym pozornie pustym odcinku wybrzeża.

Ruth raz jeszcze rozejrzała się po pokoju. Ha! powiedziała, jakby rzucając mu wyzwanie, żeby przestraszył. Gdy tego nie zrobił, opuściła go z pewnego rodzaju odrazą. Poszła do kuchni, podniosła żaluzje i popatrzyła na morze. Czaiło się tuż za ogrodem i chociaż nie była w stanie zejść nad brzeg wydma była zbyt stroma, a jej kręgosłup nazbyt nieprzewidywalny jego obecność podziałała na nią kojąco w pewien nieokreślony sposób, podobnie wyobrażała sobie muzyka Mozarta może działać na rośliny. Był przypływ, woda zalewała plażę. Koty wyłoniły się z porastających wydmy traw; przystanęły w progu, trącając powietrze wewnątrz domu podejrzliwymi nosami, wreszcie nagle uspokojone weszły do środka. Ruth nasypała im do miseczek suchej karmy i patrzyła, jak jedzą bez przerwy, dopóki karma nie zniknęła. W ich sposobie jedzenia było coś biblijnego, uznała; coś, co przywodziło na myśl plagę.

Teraz Ruth zaparzyła herbatę. Usiadła w swoim fotelu jedynym, w którym jej kręgosłup mógł wytrzymać dowolnie długo i jadła na śniadanie pestki dyni. Ten fotel był drewnianym kolosem, odziedziczonym po rodzinie jej męża; na czymś takim mógłby huśtać się wiktoriański pastor podczas pisania kazań. Mebel dawał oparcie plecom Ruth, więc trzymała go obok stołu w jadalni, przy oknie z widokiem na ogród, wydmę i plażę. Siedziała w swoim fotelu, piła herbatę i analizowała to nowe uczucie przesadę, doniosłość które ogarnęło w nocy i które wciąż jej towarzyszyło. Niewątpliwie było jak ze snu; rozwiewało się jak sen. Wiedziała, że do obiadu może całkiem o nim zapomnieć. To uczucie niosło ze sobą pewną witalność przypominało jej nie tyle samą młodość, ile gwałtowność młodości i chciała zatrzymać je jak najdłużej. Już od jakiegoś czasu miała nadzieję, że kres jej życia będzie równie niezwykły jak początek. Równocześnie rozumiała, jak mało to prawdopodobne. Była wdową i mieszkała sama.

Pestki dyni, które Ruth jadła na śniadanie, były jedną z niewielu rzeczy w spiżarni. Wysypała je na lewą dłoń, a prawą po dwie unosiła do ust. Jedna musiała trafić na lewą stronę, do tylnych zębów; druga na prawą. Podobnie traktowała też swoje codziennie zażywane pastylki; będą lepiej działać, jeśli połknie je z należytą skrupulatnością. Poprzez symetrię zawsze zaczynała wchodzić po schodach lewą nogą, zawsze kończyła prawą nadawała porządek swoim dniom. Jeśli zdąży przygotować kolację przed wiadomościami o szóstej, obaj jej synowie przyjadą na Boże Narodzenie. Jeśli ten kierowca taksówki nie zadzwoni do frontowych drzwi, będzie mogła posiedzieć w swoim fotelu przez dwie godziny. Patrzyła na morze i obserwowała cykl fal: jeśli przed kolejną dużą będzie mniej niż osiem małych, wymiecie piasek z ogrodowej ścieżki. Wymiatanie piasku ze ścieżki było karą boską, syzyfową pracą, więc Ruth zastawiała na siebie pułapki, żeby przesądzić sprawę. Nienawidziła zamiatać, nienawidziła takich bezsensownych zajęć; nienawidziła ścielić łóżka, by znów je rozścielać wieczorem. Dawno temu wpoiła wagę tych domowych obowiązków synom i wtedy sama w nią wierzyła. A teraz myślała: Jeśli w ciągu najbliższych dziesięciu minut po plaży przejdzie jedna osoba, w moim domu nocą jest tygrys; jeśli przejdą dwie, tygrys nie zrobi mi krzywdy; jeśli trzy, ten tygrys mnie wykończy. Ta ostatnia ewentualność wywołała jeden z owych przelotnych, niekontrolowanych dreszczy, Ruth miała wrażenie, że zaczynają się w głowie, a wychodzą poprzez podeszwy stóp.

Już prawie zima powiedziała na głos, patrząc na opadające morze; zbliżał się odpływ. Już prawie cholerna zima.

Ruth chciałaby znać inny język, do którego mogłaby wracać w chwilach wielkiej frustracji. Zapomniała hindi, który znała, gdy jako dziecko mieszkała na Fidżi. Ostatnio przeklinanie któremu oddawała się w łagodny, dziewczęcy sposób było jej drugim językiem. Naliczyła siedem małych fal, co oznaczało, że będzie musiała pozamiatać ścieżkę, więc powiedziała: Cholera ale nie ruszyła się z fotela. Tego ranka tankowiec czekał na skraju świata, a dalej na zatoce, blisko miasta, Ruth mogła dostrzec surferów. Płynęli na falach, które stąd miały wielkość falek w wannie, zrobionych przez dziecko bawiące się w kąpieli. I widok ten był w każdym sensie zwyczajny, poza tym, że w jej stronę szła potężna kobieta, zupełnie jakby wyłoniła się prosto z morza. Mozolnie wdrapywała się na wydmę na wprost domu, wlokąc za sobą walizkę, którą w końcu pozostawiła wśród traw. Ta zsunęła się kawałek w dół zbocza. Kiedy kobieta dotarła wreszcie na szczyt wydmy, z nie mniejszą determinacją ruszyła przez ogród. Z każdym krokiem przesłaniała trochę więcej nieba. Jej rozłożystość, ciepły odcień skóry i ciemny połysk prostowanych niewątpliwie włosów wydały się Ruth fidżyjskie; podniosła się z fotela, by powitać gościa w kuchennych drzwiach. Kręgosłup nie dokuczał jej, gdy wstawała; ten fakt, a także domniemana narodowość kobiety sprawiły, że Ruth z optymizmem podchodziła do spotkania z nią. Wyszła do ogrodu i zaskoczyła tamtą, która bez swojej walizki przywodziła na myśl rozbitka; była wyczerpana wspinaczką pod górę, miała na sobie cienki szary płaszcz, a za sobą cienki szary pas morza. Może naprawdę była rozbitkiem albo została tu wysadzona na ląd i pozostawiona na pastwę losu.

Pani Field! Jest pani w domu! wykrzyknęła kobieta i podeszła do Ruth z beztroską energią, która sprawiła, że przestała wyglądać na rozbitka.

Jestem odparła Ruth.

We własnej osobie dodała tamta i wyciągnęła przed siebie złożone ręce, jakby właśnie złapała w nie dokuczliwą muchę. Ruth musiała odwzajemnić ten gest i podać jej swoje dłonie; zrobiła to; tamta chwyciła je i dobrą chwilę trzymała w pewnym, mocnym uścisku; stały tak w ogrodzie, jakby to właśnie stanowiło cel wizyty tej kobiety. Czubek głowy Ruth nie sięgał nawet do ramienia niespodziewanego gościa.

Musi mi pani wybaczyć powiedziała tamta.–Strasznie się zmachałam. Martwiłam się o panią! Zapukałam do drzwi frontowych, a kiedy pani nie otworzyła, pomyślałam, że spróbuję od tyłu. Nie wiedziałam, że to taka góra! Puff! powiedziała, jakby naśladowała dźwięk odległego wystrzału.

Nie słyszałam pukania.

Nie? Kobieta zmarszczyła czoło i spojrzała na swoje dłonie, jakby zawiodły w jakiś sposób.

Czy ja panią znam? spytała Ruth. To było szczere pytanie; być może naprawdę znała. Może ta kobieta była kiedyś małą dziewczynką siedzącą na kolanach matki Ruth. Może matka tej kobiety zachorowała na jakąś niegroźną chorobę, akurat taką, która sprowadziła do przychodni ojca Ruth. W przychodni zawsze były dzieci; bawiły się i wygłupiały, garnęły się do każdego, kto się akurat napatoczył, i zawsze wychodziły razem ze swoimi rodzinami. Może ta kobieta wywodziła się z tamtych dawnych czasów, miała do przekazania jakąś wiadomość albo pozdrowienia. Chociaż była pewnie za młoda, żeby należeć do tamtych dzieci Ruth oceniała na tuż po czterdziestce, miała gładką twarz i wyraźnie dbała o wygląd. Była bez makijażu, ale natura obdarzyła ciężkimi powiekami, które zawsze wydawały się pomalowane na delikatny brąz.

Przepraszam, przepraszam. Kobieta puściła dłonie Ruth, jednym ramieniem oparła się o ścianę domu i oznajmiła: Wcale mnie pani nie zna. Po czym przybrała profesjonalny ton: Nazywam się Frida Young i jestem tu po to, żeby się panią zaopiekować.

Och, nie miałam pojęcia! wykrzyknęła Ruth, jakby zaprosiła kogoś na imprezę towarzyską, a potem zupełnie o tym zapomniała. Wysunęła się z cienia wspartej o ścianę Fridy Young. Niepewnym, zdziwionym, niemal zalotnym tonem spytała: Czy ja wymagam opieki?

Nie przydałaby się pani pomoc w domu? Gdyby ktoś stanął w moich frontowych drzwiach kuchennych drzwiach i zaproponował, że się mną zaopiekuje, całowałabym go po rękach.

Nie rozumiem powiedziała Ruth. Czy to moi synowie panią przysłali?

Przysłała mnie opieka społeczna odparła Frida, która zdawała się radośnie pewna wyników ich pogawędki: zsunęła buty tenisówki, z których wyjęto sznurowadła i ruszała palcami w piaszczystej trawie. Była pani na naszej liście oczekujących i właśnie zwolniło się miejsce.

Na co? Zadzwonił telefon. Czy ja za to płacę? zapytała Ruth, podenerwowana całym zamieszaniem.

Nie, kochanieńka! Za wszystko płaci państwo. Niezły interes, co?

Przepraszam powiedziała Ruth, wchodząc do kuchni. Frida ruszyła za nią.

Ruth podniosła słuchawkę i bez słowa przyłożyła do ucha.

Mama? odezwał Jeffrey. Mama? To ty?

Oczywiście, że ja.

Chciałem tylko sprawdzić. Upewnić się, że nie zostałaś w nocy pożarta. Jeffrey pozwolił sobie na pobłażliwy chichot, jakiego swego czasu używał jego ojciec w chwilach pełnej czułości irytacji.

To nie było konieczne, kochanie. Wszystko ze mną w porządku powiedziała Ruth. Frida zrobiła ruch, który Ruth odczytała jako prośbę o szklankę wody; kiwnęła głową, dając do zrozumienia, że zaraz się tym zajmie. Posłuchaj, kochanie, jest u mnie ktoś teraz.

Frida krzątała się po kuchni, otwierała szafki, zajrzała do lodówki.

Och! W takim razie nie będę przeszkadzał.

Nie, Jeff, chciałam ci powiedzieć, że mam tu swego rodzaju pomoc domową. Ruth zwróciła się do Fridy. Przepraszam, ale kim pani właściwie jest? Pielęgniarką?

Pielęgniarką? zdziwił się Jeffrey.

Opiekunką społeczną sprostowała Frida.

To określenie bardziej się Ruth spodobało.

Jest opiekunką społeczną, Jeff, i twierdzi, że przyjechała, żeby mi pomóc.

Żartujesz powiedział Jeffrey. Jak cię znalazła? Co to w ogóle za osoba?

Stoi tuż obok.

Daj mi ją.

Ruth podała słuchawkę Fridzie, która wzięła ochoczo i przytrzymała ramieniem przy uchu. To był staroświecki telefon, słuchawka była duża i ciężka, w kształcie półksiężyca, kremowa i połączona z aparatem na ścianie wyjątkowo długim białym kablem, dzięki czemu Ruth mogła z nią chodzić po całym domu.

Jeff odezwała się Frida i teraz Ruth słyszała jedynie pomruk głosu syna. Frida przedstawiła się:

Frida Young. Powiedziała: Oczywiście. A potem jeszcze: Program państwowy. Jej nazwisko było w naszych rejestrach i właśnie zwolniło się miejsce. Ruth nie podobało się, że mówi się o niej w trzeciej osobie. Czuła się jak podsłuchiwacz. Na początek godzinę dziennie. To bardziej ocena sytuacji, chodzi o to, żeby zobaczyć, jakie potrzeby, i od tego zaczniemy. Tak, tak, zajmę się tym wszystkim. I wreszcie: Pańska matka jest w dobrych rękach, Jeff i Frida oddała słuchawkę Ruth.

To może być wspaniała sprawa, mamo odezwał się Jeffrey. To może być dokładnie to, czego nam trzeba. Ależ świetny, naprawdę świetny użytek z pieniędzy podatników.

Zaczekaj powiedziała Ruth. Koty, zaciekawione, obwąchiwały palce stóp Fridy.

Ale chcę zobaczyć dokumenty, dobrze? Zanim cokolwiek podpiszesz. Pamiętasz, jak działa faks taty?

Chwileczkę powiedziała Ruth, zarówno do Fridy, jak i do Jeffreya, po czym z wstydliwym pośpiechem, jakby odczuwała pilną potrzebę oddania moczu, popędziła do salonu i stanęła przy oknie. Żółta taksówka wciąż była widoczna na końcu podjazdu.

Teraz jestem sama. Zniżyła głos i przyciskała usta do słuchawki. No więc nie jestem do tego przekonana. Radzę sobie nie najgorzej.

Ruth nie czuła się dobrze, rozmawiając o tym z synem. Uwłaczało jej to i zawstydzało ją. Pewnie powinna być wdzięczna za jego miłość i troskę, ale miała poczucie, że jeszcze za wcześnie; nie była stara nie nazbyt, miała dopiero siedemdziesiąt pięć lat. Jej własna matka przekroczyła osiemdziesiątkę, zanim tak naprawdę zaczęły się kłopoty. I że to się akurat zdarzyło dzisiaj, kiedy było jej głupio, że zadzwoniła do Jeffreya w środku nocy z powodu tego całego bzdurnego tygrysa. Zastanawiała się, czy wspomniał coś o tym Fridzie.

Radzisz sobie wspaniale odparł Jeffrey, a Ruth wzdrygnęła się na te słowa, plecy drżały jej trochę, więc wyciągnęła lewą rękę, żeby się przytrzymać parapetu. Dokładnie to samo powiedział, gdy podczas swoich ostatnich odwiedzin poruszył temat wioski dla emerytów albo stałej opieki w domu. Frida jest tam tylko po to, żeby ocenić twoją sytuację. Prawdopodobnie przejmie jedynie część prac domowych, a ty sobie odpoczniesz i będziesz mogła się odprężyć.

Jest Fidżyjką powiedziała Ruth, głównie dla własnego pokrzepienia.

No widzisz, coś was łączy. A jeśli nie będziesz zadowolona, jeśli jej nie polubisz, to pomyślimy o innym rozwiązaniu.

Tak odparła Ruth z większym powątpiewaniem, niż faktycznie czuła; jego słowa podniosły na duchu, chociaż wiedziała, że Jeffrey traktuje protekcjonalnie; jednak znała zasięg własnej niezależności, jej dokładne granice, i zdawała sobie sprawę, że nie jest ani bezradna, ani szczególnie dzielna; znajdowała się gdzieś pośrodku; ale wciąż zachowała autonomię.

Zawiadomię Phila. Poproszę go, żeby do ciebie zadzwonił. I pogadamy jeszcze o tym w niedzielę powiedział Jeffrey. Niedziela była dniem, w którym zwykle rozmawiali, o czwartej po południu: pół godziny z Jeffreyem, piętnaście minut z jego żoną, po dwie minuty z każdym z dzieci. Nie dzielili czasu w ten sposób rozmyślnie, tak jakoś wychodziło. Dzieci trzymały telefon za blisko ust: „Cześć, babciu” sapały jej do ucha i było jasne, że prawie zapomniały. Widziała się z nimi na Boże Narodzenie i wtedy uwielbiały; upływał kolejny rok i stawała się anonimowym głosem, charakterem pisma w liście, dopóki znów nie zjawiały się pod jej udekorowanymi świątecznie drzwiami; ten rytm trwał już od trzech czy czterech lat, ustalił się, gdy opadły szaleńcze emocje po śmierci jej męża. Młodszy syn Ruth, Phillip, był inny: zdarzało się, że gadał z nią przez telefon dwie albo i trzy godziny i potrafił tak rozbawić, że parskała ze śmiechu. Ale on dzwonił tylko co kilka tygodni. Gromadził wszystkie szczegóły swego wesołego, intensywnego życia (uczył angielskiego w Hongkongu, miał własnych synów, rozwiódł się i powtórnie ożenił, lubił windsurfing); zasypywał nimi, po czym znikał na kolejny miesiąc.

Jeffrey zakończył rozmowę z taką serdecznością, że Ruth po raz pierwszy naprawdę zaczęła się o siebie martwić. Ta jego czułość była obezwładniająca. Ruth trochę się bała synów. Bała się, że zostanie zdemaskowana przez ich młodzieńczy autorytet. Kiedy była młoda, udane rodziny, których każdy członek jest pełen życia, atrakcyjny i towarzyski, wprawiały w zdenerwowanie, a teraz sama była matką takich synów. Ich głosy miały pewną wagę.

Ruth wróciła po kablu telefonu do kuchni i zastała tam Fridę siedzącą przy stole, pijącą wodę ze szklanki i czytającą wczorajszą gazetę. Zdjęła szary płaszcz, wisiał teraz bez życia, niczym zrzucona skóra, na oparciu krzesła. Pod spodem miała białe spodnie i białą bluzkę; może niezupełnie strój pielęgniarki, ale prawie. Torebkę, schowaną przedtem pod płaszczem, miała przewieszoną przez ramię, zrzucone tenisówki leżały przy drzwiach. Nogi trzymała wyciągnięte pod stołem. Nagie palce oparła na niskiej poprzeczce krzesła naprzeciwko, przedramionami przyciskała gazetę do stołu. Czytała, wciąż zmieniając wyraz swojej szerokiej twarzy. Brwi miała wyskubane w tak cieniutkie kreseczki, że powinny nadawać jej wyraz wiecznego zdziwienia; tymczasem wyolbrzymiały jeszcze każdy jej grymas niby wprawnym pociągnięciem pędzla. Jej twarz była jedną wielką ekspresją: znieruchomiała mogłaby zniknąć w swej własnej gładkości.

Niech pani tylko posłucha tego powiedziała. Facet w Kanadzie, tak? Na wózku inwalidzkim. Pewnej nocy odcięli mu prąd, przez przypadek, pomylili domy, a on zamarzł do rana. Umarł z zimna.

Ojej! Ruth uśmiechnęła się bezmyślnie. Zauważyła, że Frida rozciąga samogłoski, ale spółgłoski wymawia wyraźnie i dobitnie. To okropne. Bez problemu znalazła pani wodę?

Frida podniosła głowę zdziwiona.

Nalałam sobie z kranu powiedziała. Kto chciałby żyć w miejscu, gdzie można zamarznąć w ciągu jednej nocy? Mnie tam upał nie przeszkadza, ale bardzo odczuwam zimno. Choć zdaje mi się, że nigdy w życiu tak naprawdę, prawdziwie nie zmarzłam. Wie pani odchyliła się na krześle nigdy nawet nie widziałam śniegu. A pani?

Tak. Dwa razy, w Anglii odparła Ruth. Plecy jej drżały, mimo to schyliła się, żeby wziąć na ręce kota. Nie bardzo wiedziała, co mogłaby zrobić innego. Kot wymknął jej się i wskoczył Fridzie na kolana. Frida nie spojrzała na kota ani nie powiedziała nic na jego temat, ale pogłaskała go fachowo knykciami prawej dłoni. Nie miała żadnych pierścionków.

Miły ten pani syn stwierdziła Frida. Ma pani więcej dzieci?

Tylko dwóch synów.

Wyfrunęli z gniazda. Frida złożyła gazetę, zostawiając na wierzchu rozmazaną twarz zamarzniętego Kanadyjczyka, i strąciła kota z kolan.

Dawno temu potwierdziła Ruth. Mają własne dzieci.

Babcia! wykrzyknęła Frida z beznamiętnym entuzjazmem.

Więc, jak pani widzi, przywykłam do tego, że jestem sama.

Frida zwiesiła głowę nad stołem i spojrzała w górę na Ruth, tak że każde brązowe oko zdawało się wtulone w swoją brew. Była w niej jakaś nowa powaga; jakby wchłonęła z co ważniejszych przedmiotów znajdujących się w kuchni, z gazety na stole i z poprzeczek krzesła Ruth.

Niech mnie pani nie traktuje jako osoby dotrzymującej pani towarzystwa, pani Field oświadczyła Frida. Nie jestem pani gościem. Każdego ranka przyjdę na godzinkę, codziennie o tej samej porze, zrobię swoje i będzie mnie pani miała z głowy. Żadnych niespodzianek. Żadnych obcych ludzi pojawiających się o dowolnej porze dnia i nocy. Nie jestem ani obca, ani też znajoma, jestem pani prawą ręką. Jestem pomocą, której sama pani sobie udziela. To pani troszczy się o samą siebie, to pani się tu liczy. Wie pani, o co mi chodzi? Ja wszystko kapuję, pani Field, naprawdę.

Och powiedziała Ruth, która uwierzyła w tej chwili, że Frida Young „wszystko kapuje”, że rozumie jak to możliwe? odwiedziny tygrysa, zapach na korytarzu, Fidżi oczywiście, to dziwne, bezpieczne miejsce, i sen o doniosłości podczas tej zwariowanej nocy.

Ale Frida zniweczyła to wrażenie, wstając. Jej cielsko ułożyło się wokół niej całkiem ładnie; pasowała do swoich rozmiarów. A głos miała teraz radosny; zatracił swoje drżące, stłumione brzmienie.

Zostawmy to tak na razie powiedziała. Ma pani sporo do przemyślenia. A ja zostawiłam na dworze walizkę.

Ruth wyszła za nią do ogrodu.

Piękny dzień stwierdziła Frida, chociaż dzień był bezbarwny i blady, matowe morze graniczyło z matowym piaskiem. Frida nie zwracała uwagi na widok. Schodziła po wydmie w stronę walizki, ręce zgięła w łokciach, dłonie trzymała na wysokości ramion, jakby bała się, że upadnie. Przy schodzeniu miała więcej gracji; jej plecy wydawały się tak mocne, że Ruth poczuła ból w swoich. Gdy Frida dotarła do walizki, przystanęła, żeby sprawdzić stan swoich włosów, które były ciemne i upięte w prosty kok z tyłu głowy. Walizka wydawała się ciężka, a ona trajkotała, dźwigając ją.

Nie ma się czym przejmować, pani Field mówiła. Jutro porozmawiamy o moich obowiązkach. Gotuję, sprzątam, pilnuję, żeby brała pani lekarstwa, pomagam przy ćwiczeniach. Kąpiel? Zgaduję, że na razie ma to pani pod kontrolą. Cokolwiek sprawia pani trudność, służę pomocą. Ma pani chory kręgosłup, prawda? Widzę, jak ostrożnie się pani z nim obchodzi. Trzeba na niego uważać. No i proszę. Frida wciągnęła walizkę na szczyt wydmy, przeniosła przez ogród i wniosła do domu, gdzie postawiła obok fotela Ruth pod oknem jadalni.

Co tam jest? spytała Ruth.

Tylko jakieś trzy tysiące kilo. Muszę sobie sprawić taką na kółkach. Frida kopnęła walizkę i w tym samym momencie przed domem rozległ się klakson samochodu, tak że można było odnieść wrażenie, że to walizka zatrąbiła. To moja taksówka powiedziała. Przyjdę jutro rano. Dziewiąta pani odpowiada? Chwyciła płaszcz i rozglądała się za tenisówkami, Ruth wskazała je tam, gdzie leżały przy drzwiach. Znów rozległ się klakson; koty poderwały się i zataczały teraz szaleńcze koła wokół nóg Fridy. Frida nie schyliła się, by je pogłaskać; zamiast tego rozejrzała się po kuchni i jadalni, jakby podziwiała własne dzieło, po czym pewnym krokiem przeszła korytarzem do frontowych drzwi.

Ma pani ładny dom powiedziała. Otworzyła drzwi. Ruth, idąca za nią, zobaczyła prostokąt światła z zewnątrz, sylwetkę Fridy w tym świetle oraz, niewyraźnie, złoty bok taksówki.

A walizka? zapytała Ruth.

Zostawię ją, jeśli to pani nie przeszkadza powiedziała Frida. Na razie! Już zamykała drzwi. Kiedy Ruth podeszła do okna w salonie, nie dostrzegła ani Fridy, ani taksówki. W zimowym ogrodzie trawa była wysoka i nie było słychać żadnych dźwięków poza szumem morza.

2

Mąż Ruth, Harry, miał zwyczaj chodzić codziennie do pobliskiego miasteczka, żeby kupić gazetę. Spacerował tak za radą swego ojca, który zachował żwawy krok jeszcze dobrze po osiemdziesiątce i miał ciśnienie mężczyzny znacznie młodszego. To podczas tego właśnie spaceru Harry umarł, w drugim roku po przejściu na emeryturę. Szedł od drzwi frontowych domu wąską drogą (Ruth i Harry nazywali ją podjazdem), oddalając się od morza. Morze zniknęło; powietrze zmieniło się nagle, stało się cięższe i pachniało owadami, a nie wodorostami; droga była akurat szeroka na jeden samochód, tak więc Harry, rosły mężczyzna, mógł wyciągnąć ręce na boki i dotknąć wysokich traw i kazuaryn po obu stronach podjazdu. Za plecami miał dom, stromą wydmę, rozległą plażę i wschodzące słońce. Tak było o wpół do siódmej rano bez względu na pogodę. Szedł już równym krokiem, kiedy dotarł do nadbrzeżnej szosy, która biegła w dół piaszczystego wzgórza, na którym stał jego dom. U stóp zbocza czekał lichy przystanek autobusowy – podarty billboard, połamana ławka – i tutaj właśnie Harry oparł się o biało-żółty znak PRZYSTANEK AUTOBUSOWY, i poczuł dziwny trzepot swego żwawego serca. W każdym razie tak to sobie wyobrażała Ruth. Harry usiadł na ławce, zwrócony tyłem do szosy. Miał na sobie jasnoniebieską puchową kamizelkę, która wydymała się odrobinę na plecach, jakby została zaprojektowana tak, by móc pomieścić niewielki garb. Stąd mógł obserwować ruch mew nad zatoczką oddzielającą szosę od plaży. Kochał tę plażę od dzieciństwa.

Słuszny wzrost Harry’ego, jego przesadnie wyprostowana postawa, zdeformowana jedynie przez wydęcie puchowej kamizelki, jego schludna biała czupryna i uderzająca czerń brwi, jego delikatne seksowne uszy, które odstawały od głowy pod nieco dziwnym kątem, a także niecodzienne drżenie rąk złożonych z godnością na podołku: to wszystko przyciągnęło uwagę przejeżdżającego kierowcy, który zatrzymał się przy krawężniku. Siedząca za kierownicą młoda kobieta przechyliła się przez siedzenie pasażera, otworzyła okno i zapytała Harry’ego głośno, czy dobrze się czuje. Harry nie czuł się dobrze. Jego pierś unosiła się gwałtownie wraz z każdym uderzeniem serca, a kiedy odwrócił się od morza w stronę szosy, zaczął wymiotować na zapiaszczony beton. Kobieta przypomniała sobie później, że Harry wychylił się do przodu, żeby nie zabrudzić ubrania, i że przycisnął lewą dłoń do żeber, jakby w kobiecym zdziwieniu, oraz że nogą usiłował przysypać wymioty piaskiem, kiwając przy tym głową, w górę i w dół, w bezradnym geście zgody.

Kobieta, która nazywała się Ellen Gibson, opisała to wszystko Phillipowi i Jeffreyowi nazajutrz po śmierci ich ojca. Wypytywali ją, a ona chętnie udzielała odpowiedzi. Harry miał takie swoje powiedzonko: konać jak pies w rynsztoku. Używał go wobec ludzi, za którymi nie przepadał, ale był skłonny ich tolerować (niektórych premierów na przykład): „Nie podoba mi się to, co on ma do powiedzenia, ale nie pozwoliłbym, żeby konał jak pies w rynsztoku”. Ta postawa wpisywała się w jego ogólną demokratyczną życzliwość. Jeffrey, mimo pewnych obiekcji młodszego brata, powtórzył Ruth, co powiedziała im Ellen, i Ruth pokochała tę Ellen, która zadbała o to, żeby Harry nie konał jak pies w rynsztoku. Ellen podtrzymywała Harry’ego, kiedy zaczął osuwać się z ławki na ziemię; zapewniała go raz po raz, że wszystko będzie dobrze. Nie żył już, kiedy przyjechała karetka.

Na pogrzebie Harry’ego grupka uprzejmych żałobników przedstawiła Ruth tę drobną, niepłaczącą, niepewną kobietę. Nazwali ją „młodą samarytanką”. Aż do tej chwili Ellen Gibson była swego rodzaju symbolem humanitarnego postępowania w niespodziewanie dramatycznej sytuacji; teraz Ruth musiała poznać ją jako żywą osobę, która widziała, jak Harry umiera. Wyglądała jak nastolatka, chociaż wiadomo było, że ma dwóch małych synków. Ellen nie chciała przyjąć podziękowań Ruth; Ruth nie chciała przyjąć wyrazów ubolewania Ellen. Kobiety trzymały się za ręce długą chwilę, wśród kłębiących się wokół innych żałobników, jakby w nadziei, że przekażą sobie nawzajem miłość, która nie znajdowała uzasadnienia w tak pobieżnym kontakcie.

Teraz, już od pięciu lat bez Harry’ego, Ruth potrafiła dopuścić możliwość, że pojawiają się dobrzy nieznajomi i kochają ją bez żadnego innego powodu poza własną dobrocią. Ellen była tego dowodem; czemuż Frida Young nie miałaby być kolejnym? Kobieta innego pokroju mogłaby przekonać samą siebie, że to Harry – wciąż w jakiś sposób obecny – przysłał Fridę, by zaopiekowała się jego żoną; ale nie Ruth, która ogólnie była optymistką, jeśli chodzi o życie pozagrobowe, ale nie pozwalała sobie na konkretne fantazje na ten temat. Podobny stosunek miała do państwa i gotowa była przyjąć, że obdarzyło ją Fridą po długim, rozsądnym, praworządnym życiu. Ruth i Harry nigdy nie ociągali się z płaceniem podatków. Drogi! Biblioteki! Szkoły! Opieka społeczna! Jasne, że to nie Harry przysłał Fridę, ale Ruth miała poczucie, że zaaprobowałby jej obecność. Jej synowie by ją zaaprobowali, ich żony, a także Ellen Gibson, która wpadała od czasu do czasu z ciastem albo nową książką. A Ruth lubiła aprobatę. Stanowiła podporę jej życia. Dzięki aprobacie wszystko było cudownie zwyczajne, czasem Ruth miała ochotę przeklinać, ale mimo to lubiła ją.

Skoro Frida i taksówka zniknęły, Ruth miała dzień dla siebie. Och, delikatny, oszałamiający bezmiar dnia, konieczność wypełnienia jakoś tych wszystkich długich godzin. Obejrzała walizkę Fridy, która zuchwale zajmowała miejsce w salonie: staroświecka, kremowa, podobna do tej, którą miała ze sobą Ruth, gdy po raz pierwszy płynęła do Sydney w 1954 roku. Była ciężka i zamknięta na kluczyk. Ruth denerwowała się przez chwilę, że może zawierać bombę, więc trąciła ją delikatnie nogą i wydało jej się, że słyszy chlupot płynu w butelce. To ją uspokoiło. Zgodnie z wcześniejszą umową zawartą z falami widzianymi z okna zmiotła piasek z ogrodowej ścieżki. Dała plecom odpocząć i patrzyła na morze. Zjadła sardynki na grzance. Wzięła długi prysznic, siedząc na plastikowym stołeczku, który kupił jej Jeffrey podczas swoich ostatnich odwiedzin.

Cały czas myślała o tygrysie. Myślała także o innych okresach swego życia, gdy doznawała czegoś zbliżonego do owego poczucia własnego znaczenia. Wspominała swoje misjonarskie dzieciństwo, kiedy to wciąż słyszała, że należy do narodu wybranego, królewskiego duchowieństwa, ludu bożego. Teraz postrzegała je jako dziwnie gorączkowe życie, w którym jej ojciec musiał leczyć chorych i zbawiać ich dusze, a kwiaty kwitły zbyt obficie i wszystkiego było za dużo: słońca, zieleni i miłości. Rodzice pięknie śpiewali i matka co wieczór grała hymny na zawilgotniałym pianinie. Ruth czytywała listy od kuzynów z Sydney i współczuła im z powodu ich zwyczajnego życia. Jej rodzice zostali powołani do wyjątkowej służby, a ona wraz z nimi. Dostała imię na cześć biblijnej Rut, obcej w obcym kraju. „Jakże gorzka jest ścieżka radości” – mówiła do siebie; gdzieś to przeczytała. Nie było wtedy ani chwili do stracenia. Nawet gdy już urosła i silne, wilgotne światło Fidżi mniej ją olśniewało, a również hymny wydawały się mniej świetliste, Ruth wciąż miała poczucie doniosłości. Zakochała się – oczywiście że tak – w mężczyźnie nazwiskiem Richard Porter. Była niezręczna, pruderyjna i speszona miłością; marnie sobie z nią radziła. To też było jak ze snu. Każdej nocy nawiedzały ją gwałtowne sny o niemożliwej rozkoszy. Godziła się z własnym ciałem, a rano potulnie jadła śniadanie.

A potem Ruth dorosła i opuściła Fidżi. Pojechała do Sydney, gdzie jej kuzyni nosili właściwe ubrania i znali właściwe piosenki; wymieniali przyjacielskie żarciki o jej dziwacznym żarliwym dzieciństwie. Tak więc odtąd podjęła świadome starania, by żyć zwyczajnym życiem, jak ci, którzy ją otaczali: ludzie, którzy dorastali tam, gdzie się urodzili, wśród swoich, i podążali swoją wesołą, smutną drogą po świecie, który w pełni rozumieli. Po przyjeździe do Sydney Ruth tylko raz odzyskała tamto poczucie niezwykłości: podczas dziecięcej choroby Phillipa, ciężkiego przypadku zapalenia opłucnej. Przez cztery tygodnie Phillip leżał w łóżku z obwiązaną piersią. Chorobie towarzyszyły gorączka, ból i suchy kaszel przywodzący na myśl szelest trzcin papirusu. Ruth zapamiętała ten okres swego życia bardziej szczegółowo niż jakikolwiek inny; napięcie, jakie wówczas odczuwała, przydawało znaczenia najbardziej błahym sprawom. Wciąż pamiętała na przykład dokładny porządek książeczek na półce przy łóżeczku Phillipa. Oddychał z trudem, a jego posapywanie przywodziło jej na myśl pociąg zabawkę jadący pod górę; myślała teraz o tym, gdy myła się pod prysznicem, balansując na plastikowym stołeczku. Myślała o tym rządku dziecięcych książeczek. Widziała w łazienkowych płytkach pyszczki zwierzątek, a także człowieka na Księżycu. Było już ciemno, udało jej się przeżyć ten dzień; przetrwała go. Zanim poszła spać, zamknęła drzwi salonu w ramach zabezpieczenia przed tygrysami.

Obudziła się tuż po trzeciej, nasłuchując odgłosów w salonie. Koty poruszyły się razem z nią, ale zapadły z powrotem w sen. Leżała tak chwilę, mrugając w ziarnistej ciemności, ale słyszała jedynie niecodzienną wrzawę ptaków i owadów, jakby na zewnątrz było lato, albo może dżungla. Raz czy dwa dobiegło ją stęknięcie, które mogło oznaczać tygrysa, ale mogło to także być pochrapywanie kotów; wydawały bardzo dużo odgłosów jak na dwa śpiące stworzenia. Ruth nasłuchiwała swojego tygrysa, swego ważnego gościa, aż oczy zaczęły jej się zamykać. Czyli był jednorazowy, pomyślała rozczarowana, już na krawędzi snu.

Następnego ranka taksówka podjechała pod dom. Ruth na palcach podeszła do okna salonu. Była pewna, że to ta sama taksówka, którą widziała wczoraj: żółty holden, stary model z powozowym połyskiem i wypisanymi na drzwiach słowami YOUNG LIVERY oraz numerem telefonu. Szyby były przyciemnione na odcień, który Harry nazwałby nieprzepisowo ciemnym. Frida wysunęła się z siedzenia pasażera i zatrzasnęła drzwiczki mocno, lecz jednocześnie niedbale, jakby wymagały takiego traktowania, by w ogóle dały się zamknąć. Miała na sobie swój szary płaszcz, a pod spodem białe spodnie i te same szarobiałe tenisówki, rozpuszczone włosy opadały jej na twarz łagodnymi falami, co sprawiało, że wyglądała młodziej. Frida przeszła kilka kroków w stronę wozu Harry’ego, srebrnego mercedesa, zaparkowanego z boku domu. Badawczo nacisnęła tylne koło nogą i wróciła do taksówki; nachyliła się do otwartego okna kierowcy, słuchając jego słów, roześmiała się i zastukała w lśniący dach taksówki. Ta wycofała się powoli podjazdem, jakby w obawie, że mogłaby zakłócić miejscowy porządek.

Ruth podeszła do frontowych drzwi. Dzwonek zadzwonił w chwili, gdy je otwierała; staroświecki dzwonek z dwudźwiękową melodią, w której Ruth zawsze słyszała dosłowne: „dzyń-dzyń”.

– Wczoraj nie zauważyłam dzwonka – powiedziała Frida. Uśmiechała się i nie była aż tak wysoka jak wczoraj, a przez rękę miała przewieszoną siatkę z pomarańczami; pochyliła się, by ująć dłonie Ruth, podobnie jak wczoraj, gdy witały się po raz pierwszy, a równolegle z tym gestem zdołała wyminąć Ruth i wejść do przedpokoju. – Pukałam zawzięcie, ale nic dziwnego, że mnie pani nie usłyszała, skoro jest pani przyzwyczajona do tego uroczego dzwonka. Dzień dobry! Dzień dobry! Mam pomarańcze.

Idąc korytarzem do kuchni, machała siatką jak ksiądz kadzielnicą.

– Nie musiała pani nic przynosić – zaprotestowała Ruth.

– Wiem, wiem – odparła Frida, przekładając pomarańcze do miski, którą wyjęła z górnej szafki. – Ale mam tych piękności aż nadto. Mój brat George zna faceta, który dostaje je za darmo. Nie wiem skąd i nie pytam. To właśnie brat mnie tu przywiózł. Własną taksówką, ma jednoosobową firmę. Gdyby kiedyś potrzebowała pani taksówki, proszę mi dać znać, a ja wezwę George’a.

Pomarańcze tworzyły wspaniałą wielką stertę.

– Dziękuję – powiedziała Ruth. – Mam samochód.

– Cóż – odrzekła Frida, wyraźnie zaskoczona odmową; otworzyła szerzej oczy jakby z dezaprobatą.

– Ale czasem człowiek potrzebuje taksówki, prawda? – dodała Ruth. – Szczerze mówiąc, nienawidzę prowadzić samochodu.

Frida, udobruchana, poklepała Ruth po ramieniu.

– No to rozpocznijmy obchód. – Powiesiła swój szary płaszcz na wieszaku za kuchennymi drzwiami. Dzisiaj miała inną bluzkę. W jaśniejszym odcieniu bieli, dopasowanym do bieli spodni. Wyglądała jak kosmetyczka.

Frida zachowywała się jak kierowniczka wycieczki. Wkraczała do kolejnych pomieszczeń, zaglądała do szaf i korytarzy, obwieszczając: „Łazienka”, „Bieliźniarka!”, zupełnie jakby Ruth była potencjalnym kupcem oglądającym nieruchomość. Żadne nowe odkrycie nie robiło na niej większego wrażenia. W sypialni Ruth była taktowna, ale w pokojach gościnnych bezlitosna, posuwała się do tego, że zaglądała pod łóżka i z ukrytych kątów wyciągała kłęby kociej sierści, kręcąc swoją kędzierzawą głową. W odpowiedzi Ruth uśmiechała się przepraszająco, na co Frida jedynie cmokała z dezaprobatą; otoczyła Ruth ramieniem, jakby chciała powiedzieć: „Nic się nie martw, kochanieńka, odtąd wszystko będzie wyglądać inaczej”.

– To były sypialnie moich synów – wyjaśniła Ruth – kiedy przyjeżdżaliśmy tu na wakacje. To był nasz letni dom.

– Rozumiem – odparła Frida. Powiodła palcem wskazującym lewej dłoni po półce, sprawdzając ilość kurzu. Były w pokoju Phillipa, pełnym książek dla bystrych małych chłopców. – A co się stało z waszym drugim domem?

– Naszym domem w Sydney? Sprzedaliśmy go. Przeprowadziliśmy się tutaj po przejściu na emeryturę – powiedziała Ruth.

– My?

– Mój mąż i ja. Harry.

Frida znów objęła Ruth.

– Naprawdę nie przeszkadza pani, że mieszka tu całkiem sama?

– Bynajmniej – odrzekła Ruth. – Dlaczego miałoby mi to przeszkadzać?

Matka ostrzegała ją kiedyś: samotność jest odpychająca, nuda jest mało atrakcyjna. Ruth była przekonana, że oba te doznania odbijają się na jej twarzy. Była pewna, że wykonuje dziwne, nieoczekiwane ruchy osoby przywykłej do samotności; kiedy na przykład oglądała telewizję, naśladowała mimikę aktorów. Czasem robiła sobie z tego zabawę. Kiedyś, czytając w gazecie artykuł na ten temat, pomyślała, że może ma depresję, ale ponieważ Harry nie wierzył w takie rzeczy – „Szczęście to kwestia wyboru”, mawiał – nigdy nie wspomniała o tym swemu lekarzowi, ani, oczywiście, synom. Całkiem niedługo po śmierci Harry’ego zorientowała się, że jej żałoba nie wpływa na jej kontakty z ludźmi, gdy już się z nimi spotykała. A przecież spodziewała się długiego okresu zamknięcia się w sobie.

– Napijmy się herbatki, to wszystko sobie przegadamy – zarządziła Frida.

Ruth niepokoiła się, że jeśli zostanie przyciśnięta do muru, będzie za dużo mówić o Harrym; marzyła o takiej okazji i z góry czuła się zażenowana.

Ale Frida od razu przystąpiła do spraw zasadniczych.

– Musi pani przejrzeć pewne dokumenty – oznajmiła, znajdując swoją walizkę w jadalni i wciągając ją na stół ze wspaniałym stęknięciem. Walizka wydawała się mniejsza, niż Ruth pamiętała. Zajmowała jedynie tyle miejsca co duża aktówka. Frida przeszukała jej zawartość i wyjęła plastikową teczkę pełną papierów. Podając ją Ruth z wyrazem cierpliwej odrazy, oświadczyła: – Formalności.

Zanim jednak Ruth zdążyła wziąć od niej teczkę, Frida podeszła do okna.

– Proszę tylko spojrzeć – powiedziała.

Widok z okien z tyłu domu często wywoływał takie reakcje. Wydma opadająca ku plaży na krańcu ogrodu; bezmiar wody i łuk zatoki po prawej stronie, z odległym srebrem miasteczka i białą latarnią morską na cyplu. Swego czasu Harry stawał w ogrodzie, brał się pod boki i stwierdzał z satysfakcją: „Zupełnie nic pomiędzy nami i Ameryką Południową”. Od jego śmierci Ruth miała poczucie, że dom uczestniczy w przyjemnym dryfie kontynentów, powolutku zmierzając na własnej wyspie na otwarte morze. Ruth lubiła wyspy. Całe życie spędziła na wyspach, odpowiadały jej.

– Coś obrzydliwego – powiedziała Frida.

– Ojej – wyrwało się Ruth. Zawsze była zakłopotana wspaniałością tego widoku, jakby posiadanie na własność takiego piękna świadczyło o jej próżności, i zastanawiała się, czy Frida nie jest gościem, na którego czekała, tym, który jej to wypomni.

– Niech no pani tylko spojrzy!

Ruth spojrzała i zobaczyła grupkę osób na plaży. Było ich dziewięcioro, może dziesięcioro, wszyscy nadzy albo prawie. Niektórzy leżeli na piasku, inni bawili się w wodzie. Ruth czuła bijącą od nich radosną niewinność; to tak, jakby stać na górskiej przełęczy i widzieć w dole miasteczko w przytulnej dolinie. Ale Frida wyraźnie traktowała zachowanie tamtych jako afront, podobnie odebrałby je Harry, i wyszła do ogrodu. Ruth ruszyła za nią. Zimą tak mało się działo na tym krańcu plaży – pojedynczy biegacze, kilka psów. Kiedyś stare molo rozpadło się od uderzeń sztormowych fal i w ciągu zimy zostało zabrane przez morze. Nadzy plażowicze z całą pewnością stanowili wydarzenie i Ruth czuła do nich sympatię.

– Myślicie, że nikogo tu nie ma, co? – wyrzekała Frida. – Wydaje wam się, że jesteście tu sami i możecie robić, co chcecie?

Kierowała się w kąt ogrodu, gdzie dwa porzucone aluminiowe kubły, dawno temu używane do kompostu, nabrały nowego życia zgodnie z wojenną powagą zamiarów Fridy. Zdjęła z kubłów pokrywy, potrząsnęła nimi na próbę i odwróciła się do Ruth z wyrazem radosnego sprytu na twarzy. Jej mina wystraszyła Ruth. Kim była ta obca kobieta, przemierzająca jej ogród i idąca nad ocean z pokrywami od kubłów na kompost w obu dłoniach? Co mogłoby usprawiedliwić ten wojowniczy marsz? To była zarazem wspaniałe i niepokojące.