Nigdy - Zuzanna Morawska - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 134 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nigdy - Zuzanna Morawska

Zuzanna Morawska, na przełomie XIX i XX w. autorka poczytnych powieści historycznych dla młodzieży, opowiada interesującą historię o ostatnim roku życia księcia Józefa Poniatowskiego. Akcja powieści zaczyna się w październiku 1812 r. Książę w rozmowie ze swoją siostrą, Teresą Poniatowską hrabiną Tyszkiewiczową, stanowczo podkreśla, czego Nigdy w życiu nie zrobi, jakim wartościom hołduje, do czego dąży w swoich działaniach. Autorka umiejętnie wplata w tok powieści wiele wydarzeń historycznych, dzięki czemu czytelnik jako świadek wydarzeń podąża za armią księcia aż do ostatniego dnia życia polskiego bohatera. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Nigdy - Zuzanna Morawska

Fragment ebooka Nigdy - Zuzanna Morawska




Spis treści

  1. ROZDZIAŁ I  Brat i siostra
  2. ROZDZIAŁ II Dukat
  3. ROZDZIAŁ III Przestrach
  4. ROZDZIAŁ IV Na stopniu karety
  5. ROZDZIAŁ  V W drodze
  6. ROZDZIAŁ VI Niema rozmowa
  7. ROZDZIAŁ VII Garstka szarpi
  8. ROZDZIAŁ VIII Markietanka
  9. ROZDZIAŁ IX Plotki
  10. ROZDZIAŁ X Damy
  11. ROZDZIAŁ XI Wędrowni kupcy
  12. ROZDZIAŁ XII Zwycięstwo
  13. ROZDZIAŁ XIII Wszyscy!
  14. ROZDZIAŁ XIV Ciężkie chwile
  15. ROZDZIAŁ XV Ostatni
  16. Przypisy
  17. KOLOFON

ROZDZIAŁ I 

Brat i siostra

– Ależ, mój drogi Pepi, ty nie możesz puścić się w dalszą podróż; jesteś jeszcze zgorączkowany, zwichnięta noga ci dolega.

– Ja też nie myślę twego gościnnego dworu opuścić jutro; za dni kilka przy twoich staraniach, Tereniu kochana, przyjdę zupełnie do siebie i podążę za moimi niedobitkami.

I westchnął.

Westchnęła i pani Teresa.

Każde jednak westchnienie brzmiało inaczej.

Pierwsze najwyraźniej oznaczało żal za „niedobitkami” w drugim dawało wyczuwać się zniecierpliwienie.

Była chwila milczenia.

– Mógłbyś przecież na jakiś czas usunąć się zupełnie od trudów wojennych, wypocząć – poczęła pani Teresa.

Chory, leżący na wygodnym szezlongu z wyciągniętą nogą, gorzko się uśmiechnął.

– Z natury rzeczy usunę się od trudów wojennych, nieszczęśliwa wojna skończona, a wojsko rozpuszczone.

– Nad nieszczęśliwym wojskiem nawet nieprzyjaciel boleje, a nieszczęście to jest tak wielkie, że wszelkie poświęcenie się z twej strony, drogi mój bohaterski bracie, jest tylko narażaniem życia z twej strony.

– Mylisz się, droga Tereniu, wytrwanie do końca na stanowisku jest obowiązkiem każdego żołnierza, obowiązkiem każdego syna ojczyzny.

– Ach! – westchnęła pani Teresa – ojczyznę łudzono tylokrotnie i tak nieszczęśliwie poprowadzoną do zguby, mógłbyś inaczej ratować.

Chory spojrzał na nią rozognionym, surowym wzrokiem.

– Sami nie podołamy walącym się nieszczęściom, trzeba zwrócić się w tę stronę, skąd pomoc pewniejsza przyjść może.

– Pomoc? skąd? – zapytał chory głucho.

– Wielu zrozumiało już opłakane położenie, szuka, więc ratunku i oddaje się w opiekę cesarza Aleksandra.

– Tereniu, i ty to mówisz... ty, moja siostra! – porwał się leżący, siadając na szezlongu.

– Uspokój się, drogi Pepi. Miłuję kraj mój nieszczęśliwy, a właśnie dlatego, że go miłuję, uczyniłabym ofiarę z moich przekonań.

– Nigdy! – zawołał z zapałem chory.

– A jednak, gdybyś nie szedł za gasnącą gwiazdą Napoleona, a przyjął propozycję cesarza Aleksandra.

– Nigdy! – zawołał po raz wtóry leżący.

I zerwał się na równe nogi.

Pani Teresa objęła go serdecznym uściskiem i kojąc jego wzburzenie najczulszymi wyrazy, zmusiła do położenia się na powrót.

Rozmowa ta toczyła się między księciem Józefem, a siostrą jego z Poniatowskich hrabinę Tyszkiewiczową.

Wracając z nieszczęśliwej przeprawy przez Berezynę, a nie mogąc towarzyszyć resztkom swoich pułków, z powodu zwichniętej nogi, zatrzymał się w Wilnie, gdzie podówczas bawiła i jego siostra, z dość licznym swoim dworem.

W tej chwili książę Józef wyczerpany rozmową, nielicującą z jego politycznymi przekonaniami, leżał blady, ciężko oddychając.

Pani Teresa srodze zmartwiona, wpatrywała się w wymizerowane, pokryte zmarszczkami oblicze brata, trzymając w swoich dłoniach jego rękę.

Książę usunął rękę, przymknął powieki i odwrócił głowę do ściany.

– Gniewa się, a jednak powinnam była to powiedzieć dla ocalenia go... I dla ocalenia nieszczęśliwej ojczyzny! – dodała wzdychając.

– Hrabia Toll, jako pełnomocnik cesarza Aleksandra, nie mogąc nic wskórać przed wojną, w ujmujących wyrazach, polecił mi teraz wpłynąć na brata, ażeby przeszedł na stronę cesarza – myślała.

I skłoniwszy głowę rozważała snać słowa powierzonej sobie misji.

Nie mogła widocznie jej rozplątać.

Brat, bohater narodu, był i dla niej bohaterem, gdyby zeszedł z raz obranej drogi, czy byłby nim nadal?

Zadawała sobie po stokroć razy to pytanie i nie umiała na to odpowiedzieć.

Wybrała więc drogę pośrednią.

– Tak, dziś nie będę mu nic już o tym wspominała... może sam rozważy... może propozycje cesarza Aleksandra uzna za zbawienne... wszak wielu najlepszych patriotów skłania się ku temu – myślała.

Nagle snać inna myśl przyszła jej do głowy.

Uśmiechnęła się do niej.

– Tak, Pepi potrzebuje rozrywki... pozostawanie w smutnym kole wypadków, może przyprawić o melancholię – rozważała w sobie.

– Trzeba coś ułożyć, żeby go choć na chwilę od tych smutnych myśli oderwać.

I zamyśliła się jeszcze więcej nad ułożeniem niespodzianki i rozrywki.

Nie ruszyła się jednak z miejsca, aby nie zbudzić brata, który zdawał się drzemać, lub udawał drzemanie.

Wodziła jeno okiem po ścianach dość skromnie przybranych, jakby tam szukała natchnienia.

Zapadający mrok krótkiego grudniowego dnia, nie pozwolił jej nic dostrzec, co by mogło dać jej wątek do rozsnucia myśli kiełkującej w jej głowie.

W tym przyszło jej nagle coś do głowy.

Uśmiechnęła się.

Spojrzała ruchomym swym okiem na zegar1.

Nie dostrzegła godziny, lecz zegar syknął, dając znać, że ogłosi godzinę.

Pani Teresa zerwała się, jakby obawiała się jego głosu.

Nieubłagana jednak sprężyna wybiła godzinę czwartą.

Książę poruszał ustami licząc uderzenia.

Wtem zapukano do drzwi.

Hrabina zerwała się, chcąc oddalić natręta.

– To mój ordynans, niech wejdzie – ozwał się książę.

Pani Teresa odsunęła oponę, odchyliła drzwi i zniknęła za nimi.

Jednocześnie ukazał się młody podoficer, Jędrzej Olszak.

– Co tam? – spytał książę.

– Melduję pokornie jego książęcej mości, że reszta wojsk naszych opatrzona, jako tako na drogę przed dwoma godzinami opuściła miasto pod dowództwem generała, Izydora Krasińskiego.

– Wiem, cóż więcej?

– Jak by to powiedzieć...

– Mów śmiało! – zachęcił książę.

– W mieście zjawiają się tacy, co przebąkują, iż lada chwila wejdą Rosjanie.

– To spodziewane – szepnął książę do siebie. – Cóż dalej?

– Żydkowie podobno ułatwiają im wejście i donoszą, którędy nasi idą.

– Hm...

– Ale to najgorsze, że zjawił się jakiś kulas i dziewczyna, niby obłąkani, niby nawiedzeni, co sieją postrach między ludem.

– Ty zawsze musisz spotkać jakąś wiedźmę, albo nawiedzonych – przerwał książę z uśmiechem.

– Taka już snać moja dola – westchnął ordynans.

– Więc cóż ów kulas i dziewczyna? – spytał książę...

– Nie tylko kulas, ale i jednooki, ale dziewczyna jak słońce.

– To jeszcze nie zbrodnia – uśmiechnął się znów książę.

– Ba, kiedy ona tymi swoimi ślepiami, z przeproszeniem otumani każdego.

– I ciebie otumaniła? – żartował książę.

– Ii... ja takim nie daję do siebie przystępu – odrzekł Olszak – ale ona się wkręci wszędzie, opowiada, że kto nie otworzy swego domu i nie będzie trzymał ze zwycięzcami, to go na kawałki poćwiartują, albo ze skóry obedrą i tak odartego będą obwodzili po mieście. A nie mówi ona tak po prostu, jeno skacząc, śpiewając, krztusząc się i klaszcząc w dłonie, jak by się cieszyła, a kulas jej przygrywa na jakichś patykach, które z siebie piskliwy głos wydają.

I przerwał nagle, wskazując na okno.

Książę mimo woli spojrzał.

W pokoju było ciemno, łatwo więc przez niezbyt wysokie okno dojrzał światło migające z latarni wysoko na kiju niesionej, a kołyszącej się w dziwny sposób.

Jednocześnie doszedł zza okna śpiew dziki, bezładny i towarzyszenie również bezładnego i dzikiego brzdąkania.

Prócz tego słychać było rytmiczne przytupywania, a latarnia chwiała się na wszystkie strony.

Tupot wielu nóg po zmarzniętym śniegu oznajmiał, iż wielu ciekawych słuchało tej dziwnej muzyki i przypatrywało się przedstawieniu.

Po chwili wszystko ucichło.

W pokoju z mroku zapadła zupełna ciemność.

Nie mógł, więc książę widzieć wystraszonej twarzy ordynansa, ani ten zdziwienia na obliczu swego pana.

W tej chwili zapukano do drzwi przeciwnych.

Entrez! – rzucił książę.

Drzwi się otworzyły, służący wniósł kilkoramienny świecznik, postawił go tak, żeby światło nie raziło leżącego i z należnym uszanowaniem, stąpając na palcach oddalał się, robiąc miejsce hrabinie Tyszkiewiczowej.

– Czy cię nie przeraziło zbiegowisko? – spytała troskliwie, zbliżając się do brata.

– Bynajmniej! tym więcej, że byłem już niejako uprzedzony przez mego ordynansa.

I wskazał na stojącego przy drzwiach podoficera, którego pani Teresa w na w pół oświetlonym pokoju nie dostrzegła.

– Jak to? – spytała hrabina.

Książę powtórzył opowiadanie Jędrzeja.

– I ja słyszałam o zjawieniu się dwóch jakichś dziwacznych postaci, nie chciałam jednak powtarzać, aby nie rozsiewać plotek gawiedzi.

– Teraz jednak przekonałam się, że jest w tym część prawdy – dodała tamując w sobie niepokój.

– W czasie wojny zdarzają się najdziwaczniejsze rzeczy; ludzie przejęci okropnościami wypadków, wpadają w obłęd, opowiadając i to, co widzieli, i to, co wciąż podnieca ich chorą wyobraźnię – mówił książę kładąc nacisk na każdy wyraz.

– Poprosisz porucznika Bujno, żeby był u mnie dziś wieczorem! – zwrócił się do wyprężonego jak struna, stojącego przy drzwiach ordynansa.

– Według rozkazu jego książęcej mości! – odrzekł tenże.

I uczyniwszy zwrot na lewo, znikł za oponą bez najmniejszego szelestu.

– Czy cię nadto nie zmęczy to przyjmowanie i słuchanie raportów? – zapytała ze zwykłą swą troskliwością pani Teresa.

– Muszę się przecież z nimi porozumiewać. Zresztą, wypoczywam już blisko tydzień pod twoim gościnnym dachem, a dzięki twym staraniom czuję się dość silnym do zniesienia dalszej podróży.

– Chciałbyś... – poczęła pani Teresa.

– Tak, kochana siostro, namyśliłem się – przerwał książę – powinienem jak można najprędzej opuścić Wilno. Sama doskonale pojmujesz przyczyny.

Hrabina nic nie mówiąc, ścisnęła go za rękę.

– W każdym razie, gdyby nawet weszli, żadne niebezpieczeństwo ci nie grozi – szepnęła.

– Niebezpieczeństwo nie, ale przykrość rozmowy z wysłańcami cesarza Aleksandra.

– Czy i mnie do nich zaliczasz? – spytała rozdrażnionym głosem hrabina.

– Nie, ciebie zaliczam do najtroskliwszych z sióstr na świecie, które dla rzekomego ocalenia mnie i wydźwignienia z niebezpieczeństwa tłumi nawet w sobie uczucia Polki. Gdybyś bowiem nie podzielała moich zapatrywań i uczuć dla narodu i ojczyzny przestałbym nazywać cię siostrą.

Hrabina spuściła głowę, z oka jej łza spłynęła.

Książę dłoń jej uścisnął.

– Wiesz, kochana siostro, jaka plama leży na naszym nazwisku, gdyby nawet nie miłość ojczyzny i obowiązek wodza, spoczywa na mnie obowiązek zmycia plamy, jaką nam ukoronowany stryj zostawił.

Hrabina szybkim ruchem skłoniła głowę i złożyła pocałunek na ręce brata.

– Ciężar mi z serca spada, wiedz o tym, że jestem i będę zawsze nieodrodną twą siostrą, czułam się jednak w obowiązku przygotować cię do wizyty, jaką w tych dniach masz odebrać.

– Wyczułem to w twej rozmowie, otóż powiem ci to, co już powiedziałem hrabiemu Tollowi przed wojną.

Pani Teresa zwróciła pytające oko na brata.

– Wysoko sobie cenię łaskę najjaśniejszego cesarza Rosji; przysięgi jednak danej naszemu narodowi nie złamię: Bóg mi powierzył honor Polaków, Bogu go oddam.