Niezapomniany wernisaż   - Kate Hewitt - ebook
Wydawca: Harlequin Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Niezapomniany wernisaż ebook

Kate Hewitt

(0)

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Niezapomniany wernisaż - Kate Hewitt

Zoe Balfour, celebrytka i jedna ze spadkobierczyń fortuny Balfourów, na corocznym balu dowiaduje się, że jej biologicznym ojcem jest dawny kochanek matki. Zoe traci poczucie tożsamości i popada w depresję. Oscar Balfour, którego dotąd uważała za ojca, wysyła ją do Nowego Jorku, by tam odpoczęła. Zoe wciąż czuje się nieszczęśliwa, usiłuje jednak uczestniczyć w życiu towarzyskim. Na jednym z wernisaży poznaje biznesmena Maksa Monroe. Znajomość z nim okaże się punktem zwrotnym w jej życiu...

Opinie o ebooku Niezapomniany wernisaż - Kate Hewitt

Fragment ebooka Niezapomniany wernisaż - Kate Hewitt



ROZDZIAŁ PIERWSZY

Max Monroe wpatrywał się w kwiaty wiśni za oknem kliniki na Park Avenue. Świeżo rozkwitłe pączki przypominały różowawe purchaweczki, ale kiedy zamrugał, zlały się nagle w falującą masę. A może tylko to sobie wyobraził? – zastanowił się.

Odwrócił się do lekarza, który uśmiechnął się ze współczuciem.

– A więc? Jak długo to potrwa? Pół roku? Rok? – zapytał.

– Trudno powiedzieć. – Lekarz zerknął w dokumentację pacjenta, w kilku suchych, klinicznych określeniach opisującą dramat utraty wzroku.

– Choroba Stargardta jest nieprzewidywalna. Często bywa zdiagnozowana już w dzieciństwie, w pana wypadku stało się to później. Być może ma pan przed sobą miesiące nieostrego widzenia, stopniową utratę widzenia centralnego, a nawet chwilowe przerwy w widzeniu... – zamilkł wymownie.

– Albo? – zapytał Max.

– Albo w ciągu kilku tygodniu straci pan wzrok całkowicie.

– Tygodni... – powtórzył Max z pozoru obojętnie i przeniósł wzrok na obsypane kwieciem drzewa.

Zatem bardzo prawdopodobne, że nie zobaczy już, jak bladoróżowe płatki brązowieją i opadają, pomyślał.

– Max?

Gest dłoni był wymowniejszy niż słowa. Max nie chciał słuchać, jak przykro jest lekarzowi i jak bardzo on nie zasługuje na taki wyrok. To nie służyło niczemu.

– Pański przypadek jest szczególny. Uraz głowy wskutek wypadku mógł spowodować nasilenie objawów. Wiele osób z tym schorzeniem funkcjonuje zupełnie sprawnie... choć to poważne wyzwanie...

Max parsknął śmiechem.

Utrata wzroku to nie wyzwanie. To perspektywa wiecznej ciemności. Już kiedyś doznał tego uczucia, ale wolał nie zagłębiać się we wspomnieniach.

– Mógłbym pana skontaktować z grupą wsparcia...

– Nie. – Max nie przyjął podanej broszury, tylko spojrzał lekarzowi w oczy kątem oka, bo w ten sposób widział najlepiej.

Mruganie niczego nie zmieniało. Świat tracił ostrość, kontury rozmywały się i ciemniały jak na starych fotografiach. Max już zaczynał sobie zdawać sprawę z nieuchronności tego, co go czekało. Zastanowił się, czy po utarcie wzroku wspomnienia realnych barw zblakną, staną się rozmyte i odległe, coraz trudniejsze do przywołania, a z czasem coraz bardziej nieokreślone? Jak można żyć w całkowitej ciemności? Już kiedyś doznał czegoś podobnego i był pewien, że nie potrafi znów stawić temu czoła. Niestety, nie miał wyboru.

– Nie potrzebuję grupy wsparcia – powiedział. – Dam sobie radę. Ale dziękuję panu.

Wstał z wysiłkiem. Bolała go głowa. Doznał wrażenia, że traci grunt pod nogami, zachwiał się i próbował złapać róg biurka. Nie trafił, wyciągnięta dłoń przecięła powietrze i Max zaklął głośno.

– Max...

– Już w porządku. – Wyprostował plecy i wysoko podniósł głowę, ukazując długą, cienką bliznę, biegnącą od wewnętrznego końca prawej brwi, wzdłuż nosa aż do wyokrąglenia wargi. – Dziękuję – powtórzył i opuścił gabinet, ostrożnie odmierzając kroki.

Za oknem pojedynczy, jedwabisty płatek niefrasobliwie wirował w powietrzu.

Zoe Balfour podała swój połyskliwy, jedwabny szal szatniarce i musnęła dłonią artystycznie potargane włosy. Przez chwilę stała w gwarnym wejściu do galerii Soho, czekając, aż jej pojawienie się przyciągnie wystarczająco dużo uwagi. Wciąż łaknęła zainteresowania i pochlebstw, chociaż zaledwie trzy tygodnie wcześniej w prasie ukazały się doniesienia o jej nieprawym pochodzeniu, a świat, do którego należała sercem i duszą, wydał zbiorowe, zdumione sapnięcie. Sama Zoe natomiast doznała obezwładniającego poczucia utraty tożsamości.

Odetchnęła głęboko i weszła do galerii. Od razu sięgnęła po kieliszek szampana i upiła duży łyk. Przepadała za cierpkim smakiem na języku i lekkim szumem w głowie. Zarejestrowała wzmożone zainteresowanie swoją osobą, ale trudno byłoby rozstrzygnąć, czy przyczyną była jej uroda, czy demaskatorskie artykuły prasowe.

Upiła jeszcze łyk w nadziei, że alkohol poprawi jej nastrój, bo miała szczery zamiar zapomnieć o problemach i świetnie się bawić. Odkąd prasa nagłośniła jej wstydliwą przeszłość, miała wrażenie, że stoi na krawędzi przepaści. Przed trzema dniami przyleciała z Anglii do Nowego Jorku z zamiarem odnalezienia swojego biologicznego ojca, który tu właśnie mieszkał.

Dopiero tego popołudnia zebrała się na odwagę, by stanąć przed lśniącym wieżowcem na Pięćdziesiątej Siódmej ulicy i czekać na mężczyznę, z którym chciała pomówić. Spacerowała. Wypiła trzy kawy. W końcu zaczęła ogryzać paznokcie. Kiedy po dwóch godzinach wciąż się jeszcze nie pojawił, zrezygnowała i wróciła do apartamentu Balfourów na Park Avenue.

Przez dwadzieścia sześć lat żyła w przekonaniu, że jest jedną z dziewcząt Balfour, członkiem jednej z najstarszych i najzamożniejszych rodzin w Anglii. Potem dowiedziała się z pierwszych stron brukowców, że w jej żyłach nie ma ani kropli ich szlachetnej krwi.

Była nikim. Zwykłą przybłędą.

– Zoe!

Karen Buongornimo, organizatorka uroczystości, smukła i bardzo elegancka w małej czarnej, przycisnęła do jej twarzy upudrowany policzek.

– Wspaniale wyglądasz! Gotowa zabłysnąć?

– Jasne. Jak wiesz, jestem w tym najlepsza.

– Zgadzam się w zupełności.

Zoe zmusiła się do uśmiechu.

– Kiedy pomyślę o tym, co mnie czeka... – kontynuowała Karen. – Będę musiała podziękować naszym sponsorom, przede wszystkim Maksowi Monroe. – Przewróciła oczami, a Zoe usiłowała sprawiać wrażenie, że zna to nazwisko. – Najlepsza partia w mieście, ale co z tego.

Zoe upiła łyk szampana. Choć usiłowała sobie wmówić, że świetnie się bawi, wcale tak nie było.

– Zawsze jest okropnie nadąsany i nieprzystępny, ale za to bardzo seksowny... ta blizna jeszcze dodaje mu uroku, nie sądzisz?

– Nie przyglądałam mu się...

– Trudno go nie zauważyć. – Karen wzruszyła ramionami. – Wciąż ma niezadowoloną minę. Miesiąc temu uległ wypadkowi, który zmienił go nie do poznania. – Odstawiła pusty kieliszek i ucałowała powietrze obok policzków Zoe.

– Muszę wracać do moich obowiązków. – Obciągnęła sukienkę, odsłaniając rowek między piersiami.

Zoe uśmiechnęła się blado i, popijając szampana, obserwowała przyjaciółkę, żeglującą przez tłum. Zwykle to ona bywała gwiazdą takich imprez, ale dziś zupełnie nie miała ochoty na pogawędki czy flirty. Wciąż stały jej przed oczami upokarzające nagłówki w brukowcach: „Nieślubny skandal w rodzinie Balfourów! Błękitna krew okazuje się nie taka błękitna!”.

Nigdy nie zdoła zapomnieć tych słów. Że też węszący dziennikarz musiał podsłuchać sprzeczkę jej sióstr na dorocznym balu dobroczynnym Balfourów! Siostry dowiedziały się o wszystkim z zapomnianego dziennika jej matki. Dlaczego musiały go znaleźć? – wciąż zadawała sobie to pytanie Zoe, choć nic już nie mogło tego zmienić.

Pozostało jej tylko ignorować wstyd i ból. Przyjmowała więc zaproszenia, chodziła na przyjęcia i spotykała się z przyjaciółmi, udając, że nic jej to wszystko nie obchodzi. Przez dwa tygodnie, dzień po dniu, wracała do domu o świcie i przesypiała całe dnie.

Oscar Balfour początkowo tylko się temu przyglądał, w końcu jednak poprosił ją na rozmowę do swojego gabinetu, urządzonego w polerowanym mahoniu i miękkiej skórze, w którym niemal zawsze unosił się zapach dobrego fajkowego tytoniu. Od dzieciństwa uwielbiała to miejsce, tak męskie, przepełnione wspomnieniami niedzielnych wieczorów, kiedy skulona w wielkim skórzanym fotelu ojca, zagłębiała się w jego starych atlasach i encyklopediach, marząc o dalekich podróżach, egzotycznych miejscach i zwierzętach. Nigdy nie była wzorową uczennicą, ale kochała wynajdywać w tamtych starych księgach ciekawostki, którymi potem zaskakiwała rodzinę i znajomych.

Tego wieczoru jednak nawet na nie nie spojrzała, tylko stała przy drzwiach, obojętna, wciąż czując skutki wypitego wczorajszego wieczoru alkoholu.

– Zoe. – Ojciec patrzył na nią ze współczuciem, ale miała wrażenie, że są sobie zupełnie obcy. – Nie możesz dłużej tak się zachowywać... Musisz z tym skończyć.

Z trudem przełknęła przez zaciśnięte gardło i wzruszyła ramionami.

– Nie wiem, o czym mówisz...

– Zoe – powtórzył bardziej stanowczo, a jej przypomniał się dzień, kiedy będąc ośmiolatką, pomalowała się kosmetykami macochy. Zużyła większość szminki i cieni do powiek za jednym zamachem. – Przez ostatnie dwa tygodnie spędziłaś poza domem wszystkie noce, Bóg jeden wie z kim i jak...

– Mam dwadzieścia sześć lat – wtrąciła nadąsana – i mogę postępować, jak mi się podoba...

– Nie w moim domu i nie za moje pieniądze. – Mówił spokojnie, ale ostrość w jego spojrzeniu kazała jej spuścić wzrok. – Rozumiem, że jesteś przygnębiona tą całą historią, ale...

– Nie o to chodzi. – Popatrzyła na niego wyzywająco, jak krnąbrne dziecko. – Chodzi o prawdę.

Oscar milczał przez dłuższą chwilę.

– Och, Zoe – powiedział ze smutkiem. – Naprawdę myślisz, że to ma jakiekolwiek znaczenie?

– Oczywiście – odparła ostrym tonem. – Przynajmniej dla mnie.

– Cóż, mogę cię tylko zapewnić, że dla mnie nie ma żadnego. A jeżeli koniecznie chcesz wiedzieć, podejrzewałem to jeszcze przed twoim urodzeniem...

– Jak to? – Aż drgnęła z wrażenia. – Wiedziałeś?

– Podejrzewałem – odparł ze spokojem. – Twoja matka i ja... no cóż, od jakiegoś czasu nie byliśmy już razem szczęśliwi...

– I nic mi nie powiedziałeś? – Potrząsnęła głową, przełykając łzy.

– Dlaczego miałbym ci mówić? – spytał łagodnie. – Jesteś i zawsze byłaś moim ukochanym dzieckiem.

Nie potrafiła wyrazić słowami kłębiących się w jej wnętrzu emocji, czuła jednak, że Oscar nie miał racji. Czuła w głębi sercu, że nie należy do rodziny.

– Wiem, że to dla ciebie trudne. W krótkim czasie straciłaś macochę i dowiedziałaś się, że masz jeszcze jedną siostrę... – powiedział łagodnym, współczującym tonem.

– Przecież z Mią nie łączą mnie więzy krwi.

Wspomnienie Mii zabolało. W ciągu kilku minionych tygodni to właśnie ona odkryła, że, jeszcze przed ślubem z Lilian, Oscar miał krótkotrwały romans, który zaowocował narodzinami córki. W ten sposób wyszło na jaw, że w żyłach Zoe nie płynie błękitna krew Balfourów.

– Nie chodzi o więzy krwi – rzucił ostrzej, niż się spodziewała. – Może popełniłem błąd, utrzymując cię w nieświadomości, ale wiesz doskonale, że bardzo cię kocham.

Odwróciła głowę, próbując powstrzymać łzy.

– Ale nie należę do rodziny.

Oscar milczał na tyle długo, że poczuła się lekceważona.

– Rozumiem – powiedział w końcu, a w jego głosie brzmiało rozczarowanie. – W gruncie rzeczy chodzi ci o nazwisko i opinie znajomych. Obawiasz się ich ocen?

Zarumieniła się po korzonki włosów i pospiesznie odwróciła plecami.

– A jeżeli tak? To nie twoje zdjęcia pojawiły się na pierwszych stronach brukowców.

– Owszem, niestety i moje, i twoich sióstr – westchnął. – Moje błędy ujawniono przed całym światem i mogę się tylko starać trzymać głowę wysoko. Mam nadzieję, że ciebie też na to stać.

Nie odpowiedziała.

Dorastając, zawsze czuła się inna, jakby obca w swoim środowisku. Bella i Oliwia były bliźniaczkami i łączyła je nierozerwalna więź. I tylko ona jedna zupełnie nie pamiętała matki, bo Aleksandra zmarła przy porodzie. Emily miała kochaną przez wszystkich Lilian; Kat, Sophie i Annie miały swoją matkę, także uwielbianą przez wszystkie dziewczęta, Tilly.

Tylko Zoe żadnej z matek nie mogła nazwać swoją.

Teraz zrozumiała, dlaczego wtedy czuła się taka inna. Po prostu nigdy nie należała do rodziny.

– Chciałbym, żebyś pojechała do Nowego Jorku. – Oscar wyciągnął z szuflady skórzany portfel, w którym był bilet lotniczy pierwszej klasy. Możesz zostać w naszym tamtejszym apartamencie, jak długo będziesz chciała.

Wzięła portfel i pogładziła miękką skórę.

– Dlaczego?

Oscar westchnął i potarł zmęczone oczy.

– Przeczytałem dziennik twojej matki i domyśliłem się, kto jest twoim biologicznym ojcem.

– Wiesz, kto to jest?

Wskazał portfel.

– Szczegóły znajdziesz w środku. Mieszka w Nowym Jorku i zapewne zdołasz go odnaleźć. – Uśmiechnął się smutno. – Jesteś silniejsza, niż ci się wydaje, Zoe.

Jakoś wcale nie czuła się silna. Nie umiała się nawet zdobyć, by odnaleźć tamtego mężczyznę. Nie miała odwagi zagadnąć kogokolwiek na tym przyjęciu i z każdym dniem coraz mocniej odczuwała żałość.

Max spoglądał na tłum okupujący galerię, ale widział jedynie mnóstwo jasnych, nieokreślonych kształtów. Czy jego wzrok pogorszył się w ciągu ostatnich godzin, czy to tylko reakcja na stres? – zastanowił się.

Upił łyk szampana i rozejrzał się po ścianach galerii, na których wisiały płótna współczesnych artystów. Szczegóły na szczęście były dla niego niedostrzegalne.

Przyszedł tu tylko z obowiązku, bo to jego firma, Monroe Consulting, była głównym sponsorem tej wystawy. Nie miał pojęcia, dlaczego wydali ćwierć miliona dolarów na wystawienie czegoś tak paskudnego, ale skoro ktoś z rady nadzorczej podjął taką decyzję, podpisał się pod nią, bo w sumie niewiele go to obchodziło.

– Max. – Dwie kobiece dłonie zacisnęły się na jego ręku, nozdrza podrażnił przesłodzony i duszący zapach perfum. – Miło, że przyszedłeś. – Zniżyła głos do szeptu. – Tym bardziej, że... – przerwała, ale Max nie zamierzał jej niczego ułatwiać.

Nie widział dokładnie jej rysów, ale dusząca woń perfum i charakterystyczny szept odsłoniły tożsamość kobiety. Letitia Stephens, jedna z najbardziej znanych nowojorskich bywalczyń, starzejąca się, wybitnie złośliwa i notoryczna plotkara.

Uniósł brew, błyskając zębami w uśmiechu.

– Tym bardziej, że co, Letitio?

Nastąpiła chwila milczenia.

– Och, Max. – To zabrzmiało niemal jak wymówka, ale Monroe uśmiechnął się tylko i czekał. – Wszyscy tak bardzo martwiliśmy się o ciebie...

Chwila lepszego nastroju prysła jak bańka mydlana. Wciąż bronił się przed wspomnieniami o wypadku... Tak bardzo starał się o tym nie myśleć.

– Niepotrzebnie – odparł, prostując się.

To była wyraźna odprawa i Letitia Stephens okazała się na tyle rozsądna, by ją zaakceptować.

Szczęśliwie nie dostrzegł morderczego spojrzenia, jakim go obdarzyła, ani zabójczo przesłodzonego uśmiechu.

Pozostawiony sam sobie dopił szampana i zaczął myśleć o wyjściu. Nie było jeszcze dziewiątej, a organizatorka imprezy, atrakcyjna Karen Buongornimo o sztucznie wybielonym uśmiechu, który nawet on dostrzegł, właśnie zamierzała przemówić i zapewne złożyć mu oficjalne podziękowania. Postanowił, że ostatni raz uczestniczy w podobnym cyrku. Nawigowanie pośród morza zamazanych twarzy i ciał sprawiało mu coraz więcej trudności i nie zamierzał dłużej tego ciągnąć.

Zoe torowała sobie drogę przez tłum, unikając znajomych twarzy. Usłyszała, jak Karen prosi zebranych o uwagę i wygłasza płomienne przemówienie o konieczności wspierania młodych artystów i chlubnym udziale Monroe Consulting w tej chwalebnej misji. Monroe Consulting... to zapewne firma Maksa Monroe, tego słynnego ponuraka. Zoe poczuła lekkie zaciekawienie i dopiła swojego szampana. Ta noc nie nadawała się na refleksje czy wspomnienia. Dobra zabawa powinna jej pozwolić o wszystkim zapomnieć.

– A teraz, jestem przekonana, pan Monroe zechce powiedzieć kilka słów...

W sali zapadła krępująca cisza, a wszystkie głowy odwróciły się w stronę mężczyzny w rogu.

Zoe wyciągnęła szyję i stanęła na palcach, ale tłum był zbyt gęsty, a kolumny zasłaniały widok, więc nie zdołała go zobaczyć.

W końcu, kiedy cisza zdawała się nieznośna, Karen sprawiała wrażenie zarówno poirytowanej, jak i zakłopotanej, a ludzie zaczęli chrząkać znacząco, mężczyzna odezwał się niskim, suchym tonem.

– Tylko dwa słowa – powiedział. – Na zdrowie.

Znów zapadła cisza, a potem ktoś zawołał:

– Brawo! Brawo!

Wokoło rozległ się śmiech i napięcie zelżało.

– Na zdrowie! – powiedziała Zoe głośno, sięgając po następny kieliszek.

Choć rozpoznawała większość osób, znała tylko kilkoro i była z tego zadowolona. Dziś nie chciała rozpamiętywać przeszłości. Dziś chciała się tylko dobrze bawić.

– Topimy swoje smutki, co kochanie?

Zoe zamarła. Znała ten głos i nienawidziła go. Odwróciła się wolno i stanęła twarzą w twarz z Holly Mabberly, jej koszmarem ze szkoły z internatem. Choć większość ich wspólnych znajomych sądziła, że się przyjaźnią. Publicznie całowały powietrze obok swoich policzków, gawędziły, wybuchały perlistym śmiechem i przynosiły sobie nawzajem drinki. Pewnego wieczoru Holly pożyczyła jej nawet swój najładniejszy ciuszek i Zoe do dziś nie była pewna, czy jej go wtedy oddała.

Pomimo to nie nazwałaby Holly przyjaciółką. Wciąż pamiętała, jak na czwartym roku w Westfields ich koleżankę ze szkoły złapano na kradzieży szminki z perfumerii w miasteczku i wydalono ze szkoły. Holly uśmiechnęła się wtedy zimno.

– Co za ulga – powiedziała cicho do siebie.

Ten zimny uśmiech zmroził ją do szpiku kości, a bezduszna uwaga zraniła do głębi. Zapewne wyczuła w Holly osobę, która chętnie widzi bliźniego pognębionego i upokorzonego. A teraz ona sama mogła zostać jej ofiarą, pomyślała Zoe.

Wysączyła swojego drinka do ostatniej kropelki i odstawiła kieliszek.

– Co masz na myśli, Holly? – spytała słodko. – Dawno się tak nie bawiłam.

Kąciki ust Holly opadły lekko w dół w geście udawanego współczucia. Ścisnęła nagie ramię Zoe, wbijając długie paznokcie w delikatną skórę.

– Przede mną nie musisz udawać. Dobrze wiem, jak się czujesz... zawstydzona, zagubiona.

Stwierdzenie było zaskakująco wnikliwe i trafne. Zoe tak się właśnie czuła. Zagubiona, opanowana wrażeniem, że ziemia osuwa jej się spod nóg. Przed oczy wypłynęła jej złośliwie uśmiechnięta twarz pseudoprzyjaciółki.

– Zagubiona? Strasznie to melodramatyczne. Czułam się tak, kiedy wracałyśmy na piechotę z regat Oxford-Cambridge, pamiętasz? – Roześmiała się perliście. – Cztery bite godziny z Putney Bridge do Mayfair. Ależ byłyśmy pijane!

– Kochanie. – Holly mocniej ścisnęła ramię Zoe, a paznokcie głębiej wbiły się w ciało.

Zoe przygryzła policzek od wewnątrz, żeby się nie skrzywić.

– Przy mnie nie musisz udawać. – Holly zniżyła głos do szeptu. – Czy było aż tak strasznie, że musiałaś przyjechać tutaj, do Nowego Jorku? Uciec od tych wszystkich plotek, szeptów i spojrzeń? – Wyraz fałszywego współczucia na jej twarzy przyprawił Zoe o dreszcz.

– Czuję się świetnie – powiedziała obojętnym tonem.

Od ukazania się informacji w prasie upłynęły trzy tygodnie, ale dopiero Holly odważyła się tak otwarcie zabrać głos na ten temat. Na tym świecie nie brakowało ludzi podobnych Holly, okazujących pogardę pod przykrywką współczucia. Zoe strząsnęła jej dłoń z ramienia i uśmiechnęła się lodowato.

– Przykro mi, że cię rozczarowałam. Zapewne wolałabyś mnie widzieć w strugach łez. Nic z tego, moja droga.

Holly tylko potrząsnęła głową.

– Kochanie, naprawdę nie powinnaś odgrywać się na mnie – odparła Holly z udawanym współczuciem w głosie i poklepała ją po policzku.

– Mogę sobie tylko wyobrazić, jak ogromnie jest to dla ciebie trudne... Spojrzeć w oczy ludziom w Anglii, prawda? Przynajmniej tym, którzy się liczą. – Cmoknęła językiem i głos zabrzmiał mocniej. – To bardzo, bardzo smutne.

Zoe nie była w stanie powstrzymać łez. Zdawała sobie sprawę, że uwagi Holly miały wbić jej szpilę, ale ta świadomość w niczym nie pomagała. Wcale nie czuła się tak silna, jak sądził o niej Oscar.

– Och, Zoe – zaszeptała Holly, wyciągając do niej rękę, ale Zoe cofnęła się.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com