Niewidzialne - Fabrizio Battistelli - ebook
Wydawca: Oficynka Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2011

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niewidzialne - Fabrizio Battistelli

Wraz z kawalerem Riziero ponownie wkraczamy na włoskie salony XVIII wieku, by oddać się poszukiwaniom De cultu Sanctorum, zaginionego rękopisu Benedykta XIV. Tajemniczy rękopis, napisany przez papieża w czasach młodości, dziś może mu bardzo zaszkodzić. Chcą to wykorzystać żądni wpływów członkowie tajnego stowarzyszenia Niewidzialne Kolegium. Riziero nie zamierza im tego ułatwiać i rozpoczyna śledztwo.

W drugiej części cyklu, którego bohaterem jest Riziero z Pietracuty, nasz bohater coraz śmielej poczyna sobie nie tylko jako śledczy, ale również jako wytrawny kochanek o libertyńskim nastawieniu do uciech łoża. Między pościgami, pojedynkami na szpady i politycznymi rozgrywkami znajduje czas na pozyskiwanie względów pięknych kobiet i ich dwórek. W jego otoczeniu pojawia się też niejaki Casanova.

Fabrizio Battistelli – profesor socjologii na Uniwersytecie Rzymskim La Sapienza, członek krajowych i międzynarodowych organizacji zajmujących się tą dziedziną. Jest autorem wielu książek poświęconych socjologii wojskowości i administracji. Prywatnie wielbiciel dobrej prozy i autor powieści z cyklu Przygody kawalera Riziera.

Opinie o ebooku Niewidzialne - Fabrizio Battistelli

Fragment ebooka Niewidzialne - Fabrizio Battistelli





Karta tytułowa


Rozdział 1 O eleganckiej konwersacji, fascynującej kobiecie i dwóch potężnych kardynałach

Koła zapadły w żwir i Riziero domyślił się, że dojechali na miejsce. Podniósł zasłonkę i przez okno karocy zobaczył rząd małych drzew ocieniających alejkę. Na jej końcu widać było wielki gmach, oświetlony gdzieniegdzie światłem z okien — willę markizowstwa Rosaspinów.

— Żegnajcie dęby, witajcie cyprysy. Od razu widać, że jesteśmy w Toskanii — zażartował Riziero.

— Takie tu mają zwyczaje — zamruczał, nie wyjmując z ust fajki zrobionej z łodygi jaśminu, siedzący z przodu don Alessandro. Nauczył się palić fajkę, kiedy on i Riziero służyli razem w tym samym regimencie w wojsku cesarza. Pyknął raz jeszcze i dodał: — Podejrzewam, że jesteś tu nie z powodu cyprysów, a z powodu róży.

Riziero zgodził się ze śmiechem:

— Pewnie, że z powodu róży.

Pomyślał jednak: „Będzie to róża czy raczej kolce?”*. Willa, zbudowana w poprzednim wieku, otoczona była murem z dwoma wieżyczkami i solidnymi przyporami, co sprawiało, że wyglądała jak forteca. Z tyłu za nią widać było strome zbocza Monte Parioli. Lokaj markiza otworzył drzwi karocy, wyprzedzając służącego don Alessandra, który dopiero schodził z przedniego siedzenia.

Kiedy dwaj młodzi ludzie w towarzystwie majordomusa weszli do salonu, trwała tam już wcześniej rozpoczęta konwersacja. Ze dwadzieścia foteli — zajętych przez damy, duchownych i kawalerów — ustawionych było w półkole wokół trzech złoconych tronów, z których jeden był pusty. Na pierwszym tronie siedział raczej gruby kardynał o cerze niemowlęcia, różowej jak mantylka okrywająca mu ramiona, na drugim zaś markiza Rosaspina. Markiza była prześliczna. Nieco skośne, podłużne, niebieskie oczy pięknie kontrastowały z blond włosami i śnieżną bielą twarzy i biustu. U jej stóp siedziała młodziutka dama do towarzystwa, śledząca wzrokiem każdy gest swojej pani.

Majordomus przekazał szeptem markizie nazwiska nowo przybyłych gości. Ta z czarującym uśmiechem podała im rękę do ucałowania, zatrzymując wzrok odrobinę dłużej na twarzy Riziera. Kawalerowie zostali następnie przedstawieni kardynałowi, który leniwym gestem wyciągnął do nich swą upierścienioną rękę.

Riziero spotkał markizę po raz pierwszy jakiś czas temu w teatrze, w czasie występu słynnego Hiacynta Mammany. Nie miał jednak wtedy okazji, aby zamienić z nią choćby parę słów. Niemniej jednak przez cały wieczór nie odrywał od niej oczu, starając się napotkać jej wzrok. Zdarzyło się to dwa razy i młody człowiek mógłby przysiąc, że w oczach piękności dostrzegł iskierkę zainteresowania.

Konwersacja, z początku usztywniona przez etykietę jak biust pięknej damy przez fiszbiny, stawała się coraz żywsza. Gospodyni zadawała każdemu z gości pytanie, a ten na nie odpowiadał. Kardynał Stuart milczał, obserwując swoimi świńskimi oczkami zebranych. Mówiło się o głupstwach: o ostatnim sezonie teatralnym, o przyszłym karnawale, o nowej kolonii założonej w Bolsenie przez grupę odstępców z rzymskiej Arkadii. Kiedy nadeszła jego kolej, Riziero — zamiast wygłosić jakiś banalny ogólnik — impertynencko sam zadał pytanie.

— Czy wielmożnej pani podoba się Rzym?

— Tak, bardzo mi się podoba — odparła dama. — Podobają mi się kolory Rzymu. Podoba mi się również śmiałość jego mieszkańców, tak tubylców, jak i cudzoziemców.

Wkroczyli służący niosący napoje chłodzące i Alessandro wykorzystał spowodowaną tym przerwę w rozmowie, aby wyszeptać Rizierowi do ucha:

— Uważaj, Stuart to obecny oficjalny adorator markizy. Patrzy na ciebie krzywo, a jest bardzo mściwy.

— Dobrze, ja i tak już idę, nim umrę tu z nudów — odparł Riziero również szeptem. — Zebranie parafialne jest dużo bardziej zabawne niż to tutaj.

Ale wtedy właśnie sala się z nagła ożywiła. Riziero, który już wstawał ze swojego fotela, poczuł na ramieniu rękę przyjaciela. Alessandro wyszeptał:

— Zaczekaj, teraz dopiero się zacznie.

Na salę wkroczył kardynał Acquaviva, wprowadzany przez majordomusa i poprzedzany przez lokaja ubranego w barwy Hiszpanii, do czego miał prawo jako sługa ambasadora. Za kardynałem szło czterech czy nawet pięciu młodziutkich sekretarzy, nadzorowanych przez głównego sekretarza. Wszyscy obecni skupili uwagę na tej procesji.

Kardynał Acquaviva zbliżył się do środka sali i zatrzymał o cztery kroki przed tronami. Jego ciało było ogromne, głowa prawie kwadratowa, twarz przecięta na pół wielkimi ustami z ironicznym uśmiechem. Ukłonił się.

— Jej wielmożność, racz przyjąć hołd swego pokornego sługi — powiedział.

Kiedy gospodyni powitała nowego gościa, Acquaviva raczył zauważyć swego kolegę, siedzącego na prawo od markizy.

— Jego Przewielebność! — wykrzyknął Acquaviva i otworzył ramiona. Stuart podniósł się wolno i odwzajemnił uścisk.

Obydwaj mieli koło pięćdziesiątki, ale Stuart, spokrewniony z angielską rodziną królewską, miał tendencję do bardziej wyniosłego zachowania. Kiedy Acquaviva usiadł na tronie po lewej stronie markizy, Stuart zdecydował się zabrać głos.

— Eminencjo, co powiadają w Neapolu, w którym w tym roku nie doszło do cudu świętego Januarego?

Stuart mówił doskonale po włosku, choć z silnym akcentem angielskim. Kardynał Acquaviva z kolei, choć pochodził z rodziny hiszpańskiej, mówił po włosku z akcentem neapolitańskim.

— Neapol kocha swoich świętych. Zobaczymy, czy to samo da się powiedzieć o Rzymie.

Temat ten był zbyt delikatny, aby go można było swobodnie omawiać w obecności kardynała Stuarta, o czym Acquaviva dobrze wiedział. Anglik podjął jednak wyzwanie.

— W Rzymie wolimy studiować, zamiast bić hołdy świętym — wycedził. — Odcyfrowujemy napisy na antycznych płytach nagrobnych, prowadzimy badania w archiwach, odtwarzamy historię, ale przede wszystkim... — tu przerwał, żeby podkreślić swoje oburzenie — ...dopuszczamy rozum do głosu!

Kardynał Acquaviva westchnął głęboko, co mogło nawet być wyrazem zgody, ale nic nie powiedział. Wykorzystując milczenie rozmówcy, Stuart ciągnął dalej, coraz bardziej ożywiony:

— Naprawiamy również wiele dawnych błędów. Kongregacja powołana przez Jego Świątobliwość do spraw reformy brewiarza doszła do wniosku, że święty Patryk był zwykłym mnichem jak wielu innych. A jeśli chodzi o świętego Jerzego, to — tu głos mu zadrżał — kongregacja wątpi, czy takowy w ogóle istniał!

W sali zapadła pełna zażenowania cisza. Markiza Rosaspina przestała się uśmiechać i z powagą patrzyła to na jednego, to na drugiego purpurata. Kardynał Acquaviva obracał na palcu wielki pierścień z ametystem. Widać było, że nie miał zamiaru wdawać się w debatę teologiczną, choć sam ją sprowokował. Kardynał Stuart też się w tym zorientował i zmienił ton:

— Proszę nie zważać na to, co mówię, Eminencjo — powiedział słodkim głosem. — Ot, upust myśli pobożnego człowieka, nieistotny dla tych, którzy zajmują się sprawami wielkiej polityki.

— Jego Eminencja zaniża swoje zasługi — odparł poważnie Acquaviva. — Bracia zajmujący się kwestiami religijnymi są najlepszymi nauczycielami w kwestiach politycznych!

Stuart nic nie odpowiedział i wydawało się, że pojedynek oratorski zakończył się zawieszeniem broni. Przynajmniej publicznie, bo Riziero zauważył, że dwa potężne torsy nachyliły się ku sobie i kardynałowie zaczęli coś między sobą szeptać. Uwięziona między dwoma kolosami markiza Rosaspina rzuciła mu spojrzenie błagające o ratunek.

W międzyczasie zgromadzeni, uwolnieni od obowiązku słuchania dwóch znakomitości, zaczęli rozmawiać ze sobą w małych grupkach. Mówiono ściszonymi głosami, ale ton rozmów stawał się coraz bardziej ożywiony i co chwilę słychać było dźwięczny wybuch śmiechu jakiejś damy.

Riziero, kiedy nie miał nic innego do roboty, lubił obserwować. Przyglądał się więc teraz z dużym zainteresowaniem młodemu sekretarzowi z grupy eskortującej kardynała Acquavivę. Widocznie bardziej nieśmiały niż inni, sekretarzyna milczał, ale jego oczy, pełne ciekawości, przesuwały się z jednej osoby na drugą. Dobre parę razy zatrzymały się na jednej z dam dworu markizy. Sama markiza, kiedy tylko upewniła się, że dwaj dygnitarze pochłonięci są rozmową, odsunęła się od nich i zaczęła rozmawiać z osobami siedzącymi blisko niej.

Jej dwórka, na którą tak często patrzył młody sekretarz, nie mogła mieć więcej niż szesnaście lat. Miała wdzięczne zielone oczy, które kiedy nie śledziły ruchów markizy, wbite były w podłogę. Tylko raz je podniosła i wtedy właśnie, zauważył Riziero, jej wzrok przeszył powietrze jak szpada i utonął w oczach sekretarzyny. Ten zalał się nagłym rumieńcem i — po krótkiej wymianie spojrzeń — opuścił wzrok.

Nagle zabrzmiał głos kardynała Acquavivy, który poprosił markizę o pozwolenie odejścia.

— Niestety, o wspaniała i nader czarująca pani, nasza pielgrzymka nie kończy się tutaj — mówiąc to, kardynał wstał, a za jego plecami sekretarze ustawiali się już w ordynku stosownym do ceremonii odejścia. Aby dołączyć do grupy, młody sekretarz musiał przejść koło dwórki i Riziero zobaczył, jak młodzieniec musnął w przelocie jej rękę. Kardynał zaś kontynuował swą mowę pożegnalną: — Tego wieczoru zatrzymać się będziemy musieli na wielu jeszcze stacjach, ale żadna z nich nie będzie tak miła naszym sercom jak ta oto — mówił, kłaniając się.

— A na jakich to przystankach zatrzymywać się będzie kardynał? — zapytał Riziero Alessandra, szepcząc mu do ucha.

— A bo ja wiem... Jakaś inna willa, jakiś inny pałac. Odwiedza co najmniej dwa lub trzy domy każdego wieczoru, ale zawsze przed północą. O tej porze jego przyjaciółka oczekuje go w Villa Medici, aby zmówić razem z nim Glorię.

Zachęceni przykładem kardynała również inni goście zaczęli wstawać i gawędzić w parach lub małych grupkach przy oknach lub przy kominku, gdzie palił się ogień. Riziero zrozumiał, że czas na działanie. Podszedł wprost do markizy, skłonił się i rzekł:

— Bardzo mi się podobały cyprysy jej wielmożności. Uwielbiam to drzewo.

Nie kłamał, ale też nie było pewne, czy jego wyznanie zainteresuje markizę ani czy spodoba jej się poufały ton Riziera. Markiza podniosła wzrok na postawną sylwetkę kawalera, jakby zdziwiona jego obecnością. Nastąpiła cisza.

Po chwili markiza zapytała:

— A więc nie uważa pan, że cyprys jest symbolem śmierci?

— Nie — odparł Riziero, wpatrując się w markizę.

— Uważam, jak Grecy, że cyprys jest symbolem miłości.

— Dla mieszkańców Toskanii jednakowoż jest tylko symbolem elegancji — zaśmiała się markiza, niechcący podkreślając swój akcent z Sieny. A potem ciszej dodała: — Symbolem miłości jest glicynia.

Nie było im dane powiedzieć nic więcej. Kardynał Stuart, obserwujący ich kątem oka, uwolnił się od oblegającej go grupy gości i skierował swe potężne ciało w ich stronę.

Riziero ukłonił mu się, jak wypadało.

— Rozmawialiśmy o drzewostanie, Eminencjo. Czy nie uważa Eminencja, że markiza wprowadzi swymi cyprysami nową modę w Rzymie?

— Nie lubię drzew — odparł sucho kardynał. — Szczególnie zaś nie lubię cyprysów.

Riziero ukłonił się jeszcze raz z uprzejmym uśmiechem, poprosił markizę o pozwolenie oddalenia się i przyłączył się do Alessandra, który na szczęście znajdował się w pobliżu.

— Zakładam, że nie opuścisz domu markizy, nie zapoznawszy się ze swoim najbardziej prawomocnym rywalem — powiedział Alessandro, kierując go w stronę jednych z drzwi.

Drzwi te prowadziły do mniejszego saloniku, gdzie czterech dżentelmenów spokojnie przez cały czas grało w pikietę. Paru innych mężczyzn przyłączyło się do nich, obserwując grę. Uwagę Riziera przyciągnął starzec w przekrzywionej peruce i z wielkim nosem, którym ciągle wciągał tabakę. Po prawej jego stronie stał młodziutki paź; stary pan od czasu do czasu pocierał palcami policzek chłopca — na szczęście. Za plecami starca stał zezowaty mężczyzna w koloratce, który zapisywał punkty i wygrane w małym notesiku. Riziero nie potrzebował szturchnięcia Alessandra, aby w starcu rozpoznać markiza Rosaspinę.

— Poważny rywal — skomentował Alessandro z udawaną powagą, kiedy znaleźli się sami w karocy, wiozącej ich do domu. — Mimo to nie sądzę, aby to on stał ci na przeszkodzie.

— A kto? — zapytał Riziero. — Stuart?

— Nie. O ile mi wiadomo, w tych sprawach Jego Eminencja zachowuje się cnotliwie. Rycerskość w stosunku do markizy to tylko zasłona dymna przed oczami świata.

— A więc?

— Główną przeszkodę stanowi sama markiza. Od czasu gdy przybyła do Rzymu, jest po prostu oblegana, ale żadne z wojsk nacierających nie może się poszczycić zwycięstwem. A kobieta, która przez sześć miesięcy opiera się atrakcyjnym adoratorom, oprze się każdemu.

Alessandro wypuścił z fajki obłok dymu.

— Każdemu mężczyźnie, chciałem powiedzieć. Riziero spojrzał na niego pytająco, ale nic nie powiedział.

Po minięciu bramy del Popolo karoca wjechała na ulicę Corso i po chwili zatrzymała się przed pałacem Orescalich. Alessandro pożegnał się z Rizierem, który — jako że mieszkał na wsi — miał jechać dalej. Karoca przejechała przed kościołem Jezusa i na wysokości Kancelarii Papieskiej wjechała w ulicę Pellegrino. Po półgodzinie dobrego truchtu wjechała na wzgórze Monte Mario.

Stukot kopyt obudził Hiszpanka, żydowskiego służącego Riziera, który otworzył bramę i stał teraz w drzwiach ze świecą w ręku.

— Dobry wieczór panu.

— Dobry wieczór, Siódmaku — odpowiedział Riziero, kierując się w stronę stajni. — Idź spać, bo ja wrócę bardzo późno. — I dodał po cichu, siodłając Garbina: — Taką przynajmniej mam nadzieję...

Wskoczył na konia i ruszył galopem, wzniecając tuman żółtego kurzu.

Noc była ciemna i kiedy dojechał do willi markizowstwa Rosaspinów, panowała tam zupełna cisza. Ominął bramę prowadzącą do alei cyprysów i jadąc stępa, przyglądał się murowi otaczającemu dom. Jak to często miało miejsce w rzymskich willach, mur urywał się niespodziewanie. Zastępował go żywopłot z jeżyn, a za nim znajdowała się niewielka gęstwina krzaków czarnego bzu. W oddali błyskała woda małego jeziorka.

Riziero przywiązał wodze Garbina do drzewa i jednym skokiem przeskoczył żywopłot. Kiedy znalazł się już przed budynkiem, mógł stwierdzić, że miał rację, podejrzewając, iż oprócz ogromnych dębowych drzwi, wyraźnie zamkniętych, od frontu nie było żadnego innego wejścia. Zaczął iść wzdłuż prawego boku domu i odkrył, że miał on kształt litery C. Skrzydło, wzdłuż którego się posuwał, kończyło się zamkniętym portykiem, a za nim zaczynał się wewnętrzny podwórzec. Przeszedłszy tenże w kierunku głównego gmachu, Riziero znalazł się przed małymi drzwiami, za którymi była alejka. W alejce tej kwitła ogromna glicynia.

Nie była to jakaś mała roślinka, tylko prawdziwe drzewo, którego pień wznosił się aż do trzeciego piętra głównego budynku. Co dziwne, zważywszy porę roku, środkowe okno na drugim piętrze było tylko przymknięte. Riziero zwinnie wspiął się po glicynii, myśląc sobie, że utrzymałaby nie tylko jego, ale nawet kardynała Stuarta.

Po tej krótkiej wspinaczce młody człowiek wśliznął się cichutko na parapet przymkniętego okna. Za nim był wielki pokój, w którego środku znajdował się baldachim przesłaniający wielkie łóżko. W powietrzu unosił się zapach róży damasceńskiej. Riziero właśnie stawiał prawą stopę na podłodze, kiedy usłyszał szelest zasłon baldachimu i zaraz potem odgłos cicho zamykanych drzwi.

Zbliżywszy się do łoża, odchylił zasłonę. Jakież było jego zdziwienie, gdy ujrzał na nim kobietę. Była naga, z malutkimi piersiami, które zaraz zakryła. Bez peruki, miała króciutkie włosy, upodobniające ją do ulicznego łobuziaka.

Popatrzyła na Riziera oczyma rozszerzonymi z przerażenia.

— Kim pan jest? — wybełkotała.

— Jestem zbłąkanym wędrowcem — odparł Riziero. — A pani? — zapytał, choć podejrzewał, że zna odpowiedź.

— Jestem Lisetta, dama do towarzystwa markizy Rosaspiny.

Riziero rozejrzał się dokoła — drzwi do sypialni były zamknięte. Panowała absolutna cisza. Słabe światło padało jedynie ze świecy na komodzie. Riziero zdmuchnął płomień i wśliznął się do łóżka.

— Tak naprawdę trudno mówić o zabłąkaniu, kiedy napotyka się na drodze tak przecudne stworzenie — wymamrotał do ucha dwórki.

Ta odsunęła się lekko, bardziej aby zrobić mu miejsce, niż uciec. Nie odepchnęła też ani rąk, ani ust Riziera. Powoli, powoli zaczęła odpowiadać na jego pieszczoty. Dopiero gdy wędrowiec spróbował drogi przez lasek Afrodyty, napotkał opór. Młodzieniec poczuł, jak spotykają go maleńkie usta, aby zawrócić go z niebezpiecznej drogi. Członek Riziera nie miał innego wyboru, jak tylko poddać się swej przewodniczce i zanurzyć się w tej świeżości, niczym podróżnik chłodzący w sierpniu głowę w strumieniu.

Upłynął jakiś czas. Po drugiej próbie osiągnięcia właściwego celu, również w intrygujący sposób udaremnionej, Riziero pomyślał, że czas żegnać się z małą uparciuchą. Pocałował ją w koniuszki palców i powiedział:

— Żegnam panią, słodka Lisetko, i proszę pozdrowić panią markizę.

Ponieważ dziewczątko zamiast odpowiedzi polizało mu palce języczkiem, Riziero pocałował ją w usta, po czym oddalił się tą samą drogą, którą przyszedł. Z łatwością zszedł na dół po glicynii, przeszedł wewnętrzny podwórzec i wrócił, idąc wzdłuż lewego skrzydła budynku. Już miał wejść pomiędzy krzewy czarnego bzu, kiedy najpierw usłyszał szelest, a potem zobaczył jakiś cień w krzakach. W bladym świetle księżyca zabłyszczała wyciągnięta z pochwy szpada Riziera.

Ciszę przerwał młody głos z weneckim akcentem:

— Niech się pan wstrzyma, jestem bez broni.

Z krzaków wyłoniła się wysoka i szczupła postać. Riziero rozpoznał białą koloratkę przy ciemnej sutannie i parę ożywionych oczu. Był to sekretarzyna z eskorty kardynała Acquavivy.

— A pan co tu robi? — zapytał Riziero. Sekretarzyna nie spuszczał z niego oczu, ale nie odpowiadał.

— Nie może mi pan odpowiedzieć, więc odpowiem sobie sam — powiedział Riziero. — Czeka pan na dwórkę markizy Rosaspiny.

Ponieważ młodzieniaszek nadal milczał, Riziero ciągnął dalej:

— Jeśli wolno mi wyrazić moje zdanie, to w takich wypadkach mężczyzna powinien się wspinać, a nie kobieta schodzić na dół.

Rozbrojony przyjaznym tonem, sekretarzyna się rozpogodził.

— Już od trzech godzin wypatruję jakiegoś znaku, ale zaczynam myśleć, że się po prostu pomyliłem — zamruczał z niepokojem. — Ale przecież dała mi coś w zastaw.

— Czy mogę to zobaczyć? — zapytał dobrodusznie Riziero.

Nic nie mówiąc, sekretarzyna wyciągnął rękę. Na dłoni leżała mała gałązka.

— Czy zna się pan na roślinach, panie sekretarzu? Ponieważ sekretarzyna zaprzeczył tylko, kręcąc głową, Riziero mówił dalej:

— To niedobrze, proszę mi wierzyć, bo one często śpieszą z pomocą przedstawicielom rodu ludzkiego.

Młody sekretarz wiercił się już jak na rozżarzonych węglach, więc Riziero zlitował się nad nim.

— To jest gałązka glicynii. Wspaniały okaz tego gatunku rośnie na ścianie po przeciwnej stronie domu, a można do niego dojść, idąc wzdłuż prawego skrzydła budynku. — Podał rękę młodemu człowiekowi. — Żegnam i życzę powodzenia.

Sekretarzyna ścisnął mu z wdzięcznością rękę.

— Nazywam się Casanova, jestem do pańskich usług.

— A ja jestem Riziero z Pietracuty. Cała przyjemność po mojej stronie.

* Nazwisko Rosaspina można by przetłumaczyć jako „Różakolec” (przyp. tłum.).


Rozdział 2 O młodzieńczym dziele papieża poświęconym kultowi świętych

Tego zimnego grudniowego poranka w 1743 roku, kiedy Hiszpanek zapukał do sypialni Riziera, wiatr uderzał w szyby, aż dźwięczały.

— Jest siódma, proszę pana. Powóz już czeka. Riziero uniósł się na łokciu, aby napić się kawy przyniesionej mu przez służącego. Potem wstał i ciągle jeszcze w koszuli nocnej poszedł rzucić okiem na bagaże przygotowane w korytarzu, po czym dał znak Hiszpankowi i woźnicy, aby zaczęli je ładować.

Myjąc twarz w mosiężnej miednicy, myślał o podróży, która go czekała. Cieszył się, że po niemal rocznej nieobecności pojedzie do domu, do Romanii, że uściska swą narzeczoną Angelę i że spędzi Boże Narodzenie z braćmi. Misja, z którą pojechał do Wiednia, była długa i nie było pewne, czym właściwie się zakończyła. Ale wreszcie było już po wszystkim.

Od kiedy Ojciec Święty uznał Karla Alberta z Bawarii za arcybiskupa Świętego Cesarstwa Rzymskiego, postawa dworu austriackiego względem papieża stała się szczególnie wroga. Wojsko Habsburgów wkroczyło do Państwa Kościelnego od północy z zamiarem zaatakowania Neapolu, podczas gdy południowe granice Rzymu zostały pogwałcone przez wojsko hiszpańskie, które przybyło podobno po to, aby zagrodzić drogę Austriakom. Cóż mógł zrobić papież pozbawiony własnych oddziałów? Odwołać się do swojego autorytetu moralnego i do prawa. Ale również do tego niezbędna była administracja, którą właśnie starano się odtworzyć.

Riziero rozmyślał dalej, stojąc przed szafą, którą otworzył mu służący.

Nuncjusz wiedeński był zupełnym idiotą. W dodatku owi dwaj czy trzej agenci utrzymywani w stolicy Habsburgów przez Sekretariat Stanu spędzali dni, grając w faraona albo w pokojach śpiewaczek operowych, o czym Riziero miał możność przekonać się na własne oczy.

Hiszpanek postawił przed swoim panem lustro. Młody szlachcic wybrał jako ubranie podróżne żakiet do jazdy konnej z zamszu wykończonego skórą. Właśnie skończył się ubierać, kiedy do drzwi zapukał woźnica.

— Przyszedł posłaniec z Kurii z listem do wielmożnego pana — oznajmił służący, podając tacę z listem.

Plik zapieczętowany był pieczęcią monsiniora Pietracuty. Riziero otworzył go i przeczytał lakoniczną wiadomość: „15 grudnia, 7 rano. Proszę przyjść jak najprędzej. Oczekuję was w Biurze Kustosza Biblioteki. Wasz oddany brat”.

— Wyjedziemy za godzinę — powiedział Riziero obu służącym.

Dosiadłszy Garbina, Riziero ruszył galopem w kierunku miasta, zastanawiając się, co skłoniło jego brata Oliviera do tego nagłego wezwania.

Po kwadransie zostawił konia w stajni przy Świętej Annie i eskortowany przez służącego udał się do Biblioteki Watykańskiej.

Biuro kustosza znajdowało się na ostatnim piętrze, więc Riziero wspinał się niecierpliwie po ogromnych schodach z marmuru, które o tej porze dnia były zupełnie puste. Inny służący czekał już na niego na szczycie schodów i zaprowadził go do biura bibliotekarza. Tam oczekiwali go Oliviero i jego stary przyjaciel monsinior Bottari, sympatyczny Toskańczyk. Przywitanie było bardzo serdeczne, ale też i bardzo krótkie.

— Mówcie szybko, przewielebni monsiniorzy — powiedział Riziero, stojąc — bo w południe czeka mnie zmiana koni w Castelnuovo.

— Riziero, bracie mój drogi, obawiam się, że w południe ciągle będziecie w Rzymie — powiedział z powagą monsinior Pietracuta. — Jak również w południe dnia jutrzejszego. Usiądźcie, proszę.

— Ale co się stało? — zapytał zaniepokojony Riziero.

Nastąpiła długa chwila ciszy. Przerwał ją wreszcie monsinior Bottari:

— Wydarzenie niezwykłej wagi. Umilkł, lecz po chwili ciągnął dalej:

— Z Sali Rękopisów Niepublikowanych i Rzadkich zginął rękopis Ojca Świętego.

Ponieważ nikt nie powiedział nic więcej, głos zabrał Riziero:

— Rozumiem. Ale zważywszy literacką produktywność Naszego Pana Benedykta XIV, nie jest to przecież strata niepowetowana.

— Nie czas na żarty — powiedział surowo Oliviero. — To jest niepowetowana strata.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com