Nieprzyjaciel ludzi - Bronisław Teodor Grabowski - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 172 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nieprzyjaciel ludzi - Bronisław Teodor Grabowski

Nieprzyjaciel ludzi” to opowieść o małym miasteczku Marnogrodzie i jego mieszkańcach. Autor w lekki i ciekawy sposób kreśli ich prowincjonalne życie. Bronisław Teodor Grabowski, etnograf, polski pisarz i slawista. Studiował filologię w Petersburgu, Warszawie, Częstochowie i Pińczowie. Pracował jako nauczyciel gimnazjalny. Był autorem dramatów (m.in. „Mściwój i Swanhilda” 1876, „Syn Margrafa” 1880, „Królewicz Marko” 1880), komedii, sztuk ludowych i powieści. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Nieprzyjaciel ludzi - Bronisław Teodor Grabowski

Fragment ebooka Nieprzyjaciel ludzi - Bronisław Teodor Grabowski






Spis treści

  1. MOTTO
  2. ROZDZIAŁ I
  3. ROZDZIAŁ II
  4. ROZDZIAŁ III
  5. ROZDZIAŁ IV
  6. ROZDZIAŁ V
  7. ROZDZIAŁ VI
  8. ROZDZIAŁ VII
  9. ROZDZIAŁ VIII
  10. ROZDZIAŁ IX
  11. ROZDZIAŁ X
  12. ROZDZIAŁ XI
  13. ROZDZIAŁ XII
  14. ROZDZIAŁ XIII
  15. ROZDZIAŁ XIV
  16. ROZDZIAŁ XV
  17. ROZDZIAŁ XVI
  18. ROZDZIAŁ XVII
  19. ROZDZIAŁ XVIII
  20. ROZDZIAŁ XIX
  21. KOLOFON

Omnibus obstare, neque vitis aliorum, neque proprio capiti parcere, estne duvities animi, an summa virtus ac sapientia?

Sententia anonymi


ROZDZIAŁ I

W miasteczku naszym zrobił się... skandal. Pozwalam sobie tak mianować Marnogród, aczkolwiek liczy około dwudziestu tysięcy mieszkańców, jest siedzibą różnych władz, albowiem sami marnogrodzianie, lubo poczytujący go za miasto co się zowie, za rodzaj małego Paryża, nazywają go... pieszczotliwie miasteczkiem.

Otóż w Marnogrodzie stał się skandal.

Wprawdzie skandale po miastach i miasteczkach są faktami powszednimi, ten wszelako miał charakter całkiem niepowszedni do tego stopnia, iż fantazja publiczna nie wiedziała, jak się wziąć do niego i nie potrafiła obrobić go i przekształcić na swój sposób.

Marnogrodzianie są ciekawi, więc nie dziw, że skwapliwie dopytywali się, co się to stało u... Marcinka. Firtecki, jeden z uczestników owego wypadku, bardzo chętnie o nim wszystkim opowiadał.

– Wyobraźcie sobie, państwo – mówił – siedzimy sobie u Marcinka... przy buteleczce... jak zwykle w naszym małym kółeczku, ja... Dubeltyński, Podrywko...

– Ogralewicz, Gordzik – dodawali słuchacze.

– Tak jest, Ogralewicz, Gordzik... a jeszcze był Łużyński z Biedoszkowic i jeszcze drugi obywatel... Otóż siedzimy i opowiadamy sobie rozmaite anegdotki i zdarzenia wesołe i tym podobne rzeczy. Wtem przystępuje do nas jakiś jegomość, zupełnie nam nieznany, i powiada: Panowie przebaczycie, że, lubo człowiek obcy, pozwalam sobie wtrącić się do ich rozmowy, ale... panowie mówicie publicznie i to tak głośno, iż poniekąd upoważniacie do wzięcia w niej udziału; wszak prawda? Nie przeczyliśmy; każdemu wolno mieć i objawiać swoje zdanie, więc też on powiada: Sądziłbym, że byłoby najwłaściwszym, abyście poglądy i wyobrażenia swoje manifestowali jedynie przy zamkniętych szczelnie drzwiach, gdyż nawet prawo zabrania obnażać się nieprzyzwoicie... w miejscu publicznym.

– No, i cóż... cóż dalej? – pytali słuchacze.

– Cóż ma być dalej... trzasnął drzwiami i poszedł.

– I panowie... nic na to?

– A cóż mieliśmy powiedzieć... No, poszedł sobie... z Panem Bogiem... wolna droga każdemu.

– To dziwne! – mówiono – A pan nie wie, kto to taki?

– Ja miałbym nie wiedzieć! – krzyknął Firtecki. – Wnet wywiedziałem się o wszystkim. Nazywa się Mścisław Draziński i przysłano go do akcyzy na miejsce Brozego.

Słuchacze kręcili głowami, Firtecki zaś mknął dalej i coraz innym ludziom zdarzenie to opowiadał.

Inni uczestnicy skandalu nie byli tak chętni do opowiadania, a nawet Dubeltyński huknął na Firteckiego.

– Co pan tak po mieście trąbi, u milion kroć!?...

– No, cóż? Opowiadam tylko to, co się stało.

– Stało się... stało... ale tak się stać nie było powinno. Pozwoliliśmy sobie powiedzieć grubiaństwo i słuchaliśmy go pokornie, jak żaki, kiedy ich profesor łaje za swawolę.

– Trzeba go było wziąć za kark i za drzwi wyrzucić – dodał Podrywko.

– I bez tego się wyniósł – rzekł wzgardliwie Firtecki – A właśnie chciałem mu powiedzieć...

– Czego żeś mu pan nie powiedział, czego? – miotał się Dubeltyński. – To tak, panie, zawsze. Do głupstwa się dopuści, a potem dopiero rozgadywanie po mieście, jak gdyby było się czym chwalić!

Czego się nikt ani od Firteckiego, ani od nikogo nie dowiedział, to tego, co mianowicie dało pohop nieznajomemu do tak brutalnego wtrącenia się do rozmowy za cnego grona. Była to może anegdotka w stylu... naturalistycznym, albo też rozprawa o jakimś... nieuczciwym kawale, który chwycono ze strony komicznej, ujawniając przy tym pewne uznanie dla sprytnego nicponia. Ponieważ znam... moich marnogrodzian, skłaniam się do przypuszczenia, że coś podobnego, jak to ostatnie, oburzyło świeżo przybyłą do miasta figurę.

Każdy nowoprzybyły budzi na prowincji niepomierną ciekawość, wszyscy na ulicy oglądają się na niego, więc też nic dziwnego, że panu Mścisławowi Drazińskiemu przyglądały się tłumy, jakby rzadkiemu zwierzęciu z dalekich stron świata. Na wieść o zdarzeniu w handlu Marcinka, ogarnął wszystkich czysty szał ciekawości; mało brakowało do tego, żeby zgraje chodziły za nim jak za murzynem. Był to nie tylko człowiek nowy w mieście, ale nadto taki, co robi... awantury.

Dubeltyński przyglądał się mu zawsze tak, jak gdyby miał przed sobą zwierzynę, którą na cel bierze. Ten sposób patrzenia na ludzi przypadał całkiem do jego charakteru, Dubeltyński bowiem był biegłym i namiętnym myśliwym.

– No, powiadam wam – mówił on pewnego razu – ten jegomość, skoro się rozochoci, na jednym skandalu nie poprzestanie.

Nikt nie jest prorokiem między swymi, zazwyczaj urągamy własnym wróżbitom, jak Trojanie Kasandrze jednakże na tę przepowiednię Dubeltyńskiego zimny dreszcz przebiegł po obecnych.

Wkrótce zdarzyły się nowe skandale i pamięć o wypadku, który Firtecki roztrąbił był po mieście, zatarła się poniekąd. Wspomnienie o nim, przykrym było dla Dubeltyńskiego et comp – nie mogli sobie darować tego, że zaczepnika puścili z calutką, nietkniętą skórą. Gdyby go byli stłukli na leśne jabłko, byliby niewątpliwie pieścili się słodkim wspomnieniem; ale, ponieważ tak się nie stało, więc radzi byli, że Marnogród zajął się innymi wypadeczkami, i udawali przed sobą samymi, że zapomnieli o wszystkim. Natenczas poznałem, że ludzie umieją wprawdzie pamiętać, lecz i zapomnieć potrafią, jeśli to jest im... dogodnym.

Po kilku tygodniach nowoprzybyły począł zaznajamiać się z miejscowymi, nawet z członkami przezacnego grona i ci witali się z nim, jak gdyby nic nie było zaszło. Wprawdzie czasami zdawało mi się, że do powitania idą jak ów pies, co to zbliża się do ręki, z której niegdyś pamiętny odebrał był basarunek. Draziński, nie szukał ich towarzystwa, oni zaś łaskawie przysiadali się do niego, na pojedynkę jednak, nigdy in gremio. Razu jednego Firtecki okazywał mu niezmierną tkliwość i w zapale swym zapoznał nas ze sobą zwyczajną formułą:

– Panowie się nie znają? Pan Draziński, pan Euzebiusz.

Nie za długo pan Mścisław począł składać wizyty. Na nowoprzybyłego, zajmującego pokaźne stanowisko, a w dodatku nie splątanego jeszcze różanymi okowami małżeństwa, ojcowie i mamy i nadobne córunie spoglądają z niepowszednim zajęciem, więc też Draziński wszędzie był mile widzianym.

Wybrał się on i do mnie, ale mnie w domu nie zastał, obecność wszelako swą pod mymi drzwiami zaznaczył wetknięciem biletu wizytowego w dziurkę od klucza. Skrzywiłem się, znalazłszy ten nieoczekiwany dowód pamięci o mojej osobie: byłem naonczas w niezmiernie mizantropijnym nastroju. Nie miałem ani trochę ochoty zawiązywać bliższych z Drazińskim stosunków, przeto umyśliłem pozbyć się niemiłej powinności przez pozostawienie biletu.

Wybrałem się do Drazińskiego w taką porę, w której według mego rachunku prawdopodobieństwa nie powinienem był zastać go w domu. Mieszkał on w ustronnej uliczce, w domku małym, nader schludnym, prawie eleganckim, wsuniętym poza żółte sztachety i kłąb bzów na środku podwórza. Wchodząc przez furtkę z przygotowanym zawczasu biletem, spostrzegłem gospodarza, siedzącego z książką przy oknie, i obawa, że i on mnie zobaczył, zniweczyła obmyślony fortel.

Zadzwoniłem do drzwi z miną złapanego w pułapkę. Otworzył je sam gospodarz. Powitał mię bardzo uprzejmie, wprowadził do małego saloniku i posadziwszy w miękkim fotelu, cygarem częstował.

Rozejrzałem się dokoła. Salonik służył zarazem za pracownię, gdyż pod oknem stało misternie rzeźbione biurko palisandrowe. Panowała tu czystość i elegancja, ład i gust, rzeczy tak rzadkie w mieszkaniach kawalerskich.

Siadłszy naprzeciwko pana Mścisława, mogłem bacznie przyjrzeć się jego twarzy. Drazińskiego istotnie można było nazwać pięknym mężczyzną. Rysy miał prawidłowe, delikatne, nos cienki, prosty, usta kształtnie zakreślone, ale wąskie i blade. Niebieskie oko na pierwsze wejrzenie łudziło pozorem łagodności, wszelako patrzyło ono uważnie, bacznie, zda się, przenikało do głębi duszy. Coś surowego, nieubłaganego prawie tkwiło w tym dziwnym spojrzeniu. Chwilami wydawało się, że pan Mścisław wyczytuje w tajnikach ducha mego podstępne zamiary, z którymi szedłem do jego domu, że je bezlitośnie na jaw wydobędzie i osądzi bez najmniejszej względności.

Rozmowa pomiędzy nami toczyła się o sprawach publicznego żywota i poznałem zaraz, że kwestie tego rodzaju Drazińskiego niezmiernie zajmują. Już dawno nie miałem w Marnogrodzie sposobności prowadzić rozmowy wychodzącej poza ciaśniutki obręb wypadeczków małomiejskich. Pan Mścisław w roztrząsaniu kwestii sięgał głęboko, a przy tym o wielu rzeczach wydawał sąd bezwzględny, nieubłaganie surowy. Na ułomności i zboczenia ludzkie spoglądał ze stanowiska, które mnie samego dreszczem przejmowało.

W poglądach jego było coś ponurego – przy tym marszczył brwi, oczy miotały błyskawice, a w twarzy jawiło się coś niby pragnienie czynu, działalności, idącej jednak na przekór obecnemu stanowi świata. Czasami, gdy wydawał jakiś wyrok potępiający, zdawało się, że go zdejmuje nieprzemożona ochota wyrok ów wykonać osobiście i to niezwłocznie.

Pesymistyczne pojęcia Drazińskiego rzuciły gruby cień i na moje duszę; wyszedłem od niego już wieczorem niemal odurzony i zdawało mi się, że pogodne niebo powlokło się nie ciemnawym błękitem, ale jakąś czarniawą, barwą. Gniewałem się i ja na świat, ale tylko marnogrodzki – i mnie on wydawał się pokrytym kirem, tonącym w ciemności, ale fantazja przedstawiała mi resztę świata, opromienioną słonecznym blaskiem, zrumienioną zórz rumieńcem, osrebrzona promieniami księżyca – tymczasem pod wpływem rozmowy z Drazińskim uczułem, jak gdyby czarna barwa, niby z obalonego kałamarza atrament, rozlewała się i na takie rzeczy, które Judziły mię weselszymi barwami, ponieważ właściwie dotąd nie zastanawiałem się należycie nad nimi.


ROZDZIAŁ II

Łatwo zrozumieć, że nie kwapiłem się wcale z nową u Drazińskiego bytnością. Życie jest samo przez się tak niewesołe, po cóż więc zatruwać je sobie jeszcze bardziej, przez stosunki z tymi, co nam jad pesymizmu sączą do duszy?

Kto wie, czy nie lepiej grywać przez kilka godzin w resursie w preferansa, lub w cukierni w bilard, albo, nie mogąc dorwać się do kija, śledzić oczyma, jak bile toczą się po zielonym suknie, aniżeli zastanawiać się nad kwestiami, które ani zabawią, ani korzyści kieszeni nie przyniosą?

Nie zazdrościłem więc Drazińskiemu, że go ciągle podobne kwestie dręczyły, ale nie pragnąłem wcale, aby mię swoimi myślami zarażał i nie szukałem jego towarzystwa. Unikać go jednak nie potrzebowałem, bo miał on urząd z obowiązkiem ciągłych wyjazdów, więc nieczęsto ukazywał się na ulicach Marnogrodu, zwłaszcza oczom tych, co się także mało po mieście kręcili.

Pewnego dnia po dłuższym niewidzeniu spotkałem go na ulicy, biegnącego z teką pod pachą, z obliczem rozpromienionym dziwną energią. Zrozumiałem, że pędzi go pragnienie czynu, czy gotowość do czynu. Miał coś tak pociągającego w sobie, że mimowolnie zszedłem z drugiej strony ulicy, aby go powitać.

– Dokąd pan tak spieszysz? – zapytałem,

– Do magistratu – odrzekł. – Zaproszono mię na posiedzenie komitetu straży ogniowej. Jest to ważna instytucja, tak ważna, że należy ją postawić na właściwej stopie.

I poszedł szybko dalej.

Straż pożarna była w Marnogrodzie w nader nieuciesznym stanie. Przez lat dziesięć z górą wołano o jej założenie, gdyż miasteczko niemal periodycznie nawiedzał ogień. Mieszkańcy kładli się do łóżka z obawą, że mogą być w nocy upieczeni jak kartofle, lub kasztany. Pożary trafiały się zwłaszcza w dzielnicach przedmiejskich, gdzie stał domek przy domku, drewniany, kryty gontami; bywały wypadki, że całe ulice zmieniały się w zgliszcza, rażące obrzydliwością spustoszenia.

Wypływały one więcej może z chciwości i zemsty, aniżeli z nieostrożności, tak zwyczajnej u naszych warstw niewykształconych. Skoro łyk pokłócił się z łykiem, jużci niebawem jakaś stodoła szła z dymem, rzucając snopy iskier na sąsiadki swoje. Gdy który przemyślny obywatel, to jest właściciel na wpół zrujnowanego domiska, realność swoją ubezpieczał wysoko, aliści realność ową spotykała przygoda.

Byli tacy faworyci fortuny, co z łaski owych przygód straciwszy jedną, drugą ruderę, przychodzili do pokaźnych kamieniczek i poczciwy ludek mawiał o nich zazwyczaj, że „im ogień dopomógł”. Że lokatorzy tracili przy tym mienie, że ucierpieli mniej przemyślni sąsiedzi – to bynajmniej w rachubę nie wchodziło.

Wobec takich wypadków potrzeba uorganizowania straży pożarnej stała się niezbędną, bo niepowołani amatorzy gaszenia, więcej szkody robili pogorzelcom, aniżeli ogniowi – więcej kradli, niż pożar tłumili. Uorganizowano ją wreszcie, pościągano na członków dzielnych chłopaków z klasy rzemieślniczej, posprawiano im bluzy i kaski, toporki, beczki, kupiono kilka sikawek, na co obrócono fundusz zebrany z przedstawień amatorskich. Wszelako skończyło się na tym; dalszych środków nie było, nadaremnie zarząd wołał do... sławetnych obywateli. Glos jego przebrzmiewał bez echa, bez skutku, aż w końcu zniecierpliwieni strażacy odesłali do magistratu popsute sikawki i kilka wozów i innych przyborów.

Krzyk straszny rozległ się w mieście – burmistrz wezwał obywateli na posiedzenie.

Postanowiono radzić dopóty, dopóki się coś stanowczego nie uradzi. Ponieważ jednak przez kilka posiedzeń panowie kamienicznicy nic uradzić nie zdołali, przeto dla wzmocnienia szeregu radzących zaproszono kilka powag, nie posiadających realności.

Odszedłszy od śpieszącego na posiedzenie, spotkałem Firteckiego. I on szedł chyżo, ale mimo to stanął i zatrzymał mnie.

– No, co pan powiesz na to? – zapytał.

– Na co?

– No, na to, że i ten tam idzie. – To mówiąc, wskazał na Drazińskiego. – A co najciekawsza, że go sami zaprosili. Toż im dopiero wytnie reprymendę!

– Tak pan sądzisz?

– Panie kochany, to ziółko! Zawsze znajdzie coś do przyganienia. Nieraz się tak odezwie, że padam do nóżek. Nie dalej jak tydzień temu zmył głowę u Duszewiczów Gorgulewskiemu, iż ten dał słowo honoru, że go o sto kroków omijać będzie. Ale, ale, ja tu gadu, gadu, a tam w magistracie posiedzenie się zacznie.

– Czy i pana także zaproszono?

– Eh, nie. W każdym razie warto zajrzeć, bo tam nie obędzie się bez jakiej historyjki.

– A jak pana nie wpuszcza, albo wyproszą?

– Mnie! – krzyknął z oburzeniem Firtecki – mnie! Co też panu w głowie?

I zawróciwszy się, pomknął jak koń wyścigowy.

Istotnie Firteckiego wpuszczono i nie wyproszono za drzwi; stąd też na drugi dzień uczęstował mnie obszerną relacją. Opowiadanie okrasił zwykłym sobie satyrycznym humorem.

– Powiadam panu – prawił – już poprzednio wysunięto myśl, żeby kamienicznicy zobowiązali się do jakiejś... dobrowolnej składki, ale tak to jakoś zagadywano, każdy proponował coś innego i w końcu było ni to, ni sio. Burmistrzowi aż głowa puchła, chciał się do łóżka położyć. I teraz, gdy się zeszli, Draziński wystąpił z tą samą myślą. Wszczął się gwar, kamienicznicy gadali wszyscy naraz, ale Draziński poprosił burmistrza o zaprowadzenie porządku parlamentarnego, lub o zawieszenie narad, gdyby uciszyć się nie chcieli. Długo burmistrz dzwonił i dzwonił, aż go łapa zabolała – pan wiesz, że od czasu swego upadku na środku ulicy... w ową noc, kiedy podpił sobie poczciwie.. ciągle na nią nie domaga. Już wstawał z krzesła, kiedy się trochę uciszono; wtedy dał głos Dubeltyńskiemu. Ten zaczął dowodzić, jak to obywatele są uciśnieni, jak na nich ciążą rozmaite opłaty, jak mały procent posesje przynoszą, jaki to smutny los kamienicznika... Tak się zapalił, iż dowiódł jak dwa razy dwa cztery, że mieć kamienicę, to lepiej z torbą i paciorkami siedzieć pod kościołem. O mały włos obecni nie rozpłakali się niby bobry, takie to czułe serduszka na krzywdę kieszeni... własnej. Ale jakże mu odpowiedział Draziński – aj! aj! Dojechał im pod ostatnie żeberko. Dowiódł, że oni mają najwięcej interesu w utrzymaniu straży, że ich interesów najbliżej dotyczy, że im najwięcej usług oddaje itd.. Gadano długo jeszcze i do rzeczy i od rzeczy, aż w końcu i ten i ów zadął w dudkę Drazińskiego i buzie kamienicznej braci pomiękły. Zgodzili się na składkę... dobrowolną... ale odchodząc okrutnie na tę dobrowolność sarkali.

– Bogu dzięki, że się tak skończyło.

– Śliczne Bogu dzięki! Nie ma się z czego cieszyć.

– Jak to nie ma? Będziemy przecież bezpieczniejsi.

– Zapłacimy my za to bezpieczeństwo. Toż z nas właściciele domów ostatnią skórę zedrą... wszystkim popodnoszą komorne. Ot, to skutki, kiedy ktoś kwestie bierze z głęboka i filozofiami jakimiś głowę sobie i innym zawraca.

I Firtecki ruszył dalej, nie dawszy mi możności zapytania, skąd się w tym wszystkim niespodzianie filozofia znalazła.

Obawa Firteckiego udzieliła się i innym mieszkańcom Marnogrodu – po mieście obiegały zatrważające pogłoski o zmowie kamieniczników, którzy postanowili odbić sobie na lokatorach nową opłatę... w dziesięciokrotnej mierze. Sarkano powszechnie na Drazińskiego, że taki obrót nadał był sprawie.

Jakież było moje zdziwienie, gdy dowiedziałem się, że pan Mścisław, pomimo, że zdołał zasłużyć na niechęć współmieszkańców, został obrany naczelnikiem straży pożarnej. Był to wypadek dość zagadkowy, na który wszelako rzucił pewne światło dodatkowy komentarz, że od godności tej wszyscy się wymawiali wobec rozmaitych kłopotów, wynikłych z niedostateczności funduszów.

– Panowie – rzekł Mścisław do właścicieli stodół – strata tego biedaka ocaliła was od szkody. Należałoby, abyście mu wynagrodzili ją choć w części, a zarazem godziłoby się dopomóc i pogorzelcowi.

Zainterpelowani wytrzeszczyli oczy z podziwu, a jeden z nich poza plecami Mścisława palcem po czole pokręcił.

Pożarów było wkrótce więcej – Dubeltyński w resursie zrobił dowcipne porównanie.

– Na dobrego myśliwego to i zwierzyna sama idzie. Skoro tylko uorganizowali się należycie, trafia im się pożar za pożarem... jakby umyślnie, ażeby mogli pokazać co umieją. Dawniej, kiedy o tych strażach nikomu się nie śniło, to i pożarów jakoś nie bywało.