Niepokonani - Krzysztof Ziemiec - ebook
Wydawca: Dom Wydawniczy Rafael Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 243 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niepokonani - Krzysztof Ziemiec

PREMIERA 11.04.2013.Krzysztof Ziemiec, gwiazda telewizji, jeden z najpopularniejszych i najbardziej lubianych prezenterów (aktualnie Widomości, TVP1) a równocześnie człowiek niezwykle doświadczony przez los przygotowuje książkę, która ma wszelkie szanse stać się bestsellerem wydawniczym tej wiosny! Ogromna popularność, wielkie emocje i duże kontrowersje jakie towarzyszyły jego autorskiemu programowi "Niepokonani", w którym znane postaci po raz pierwszy odkrywały dramatyczne wydarzenia ze swojego życia, sprawiły, że Autor postanowił opisać te historie a także kulisy ich poznania. Bohaterami książki "Niepokonani" Krzysztofa Ziemca są m.in.: Kuba Błaszczykowski (był świadkiem zamordowania matki przez ojca - teraz pochował ojca który wyszedl z wiezienia), Eleni ("anioł", który stracił córkę w wyniku morderstwa), Roman Kluska (biznesmen i filantrop, który został niesłusznie aresztowany), Monika Kuszyńska (była wokalistka Varius Manx), ojciec Kamili Skolimowskiej i zarazem jej trener, opiekun (Kamila zmarła w czasie zawodów), Jacek Olszewski (mąż Agatay Mróz), Radosław Pazura, Jerzy Stuhr. PATRONI: PR Trójka, TVP1, WP.PL, Gość Niedzielny, VIVA!, STROER, KSIĄŻKI.WP.PL

Opinie o ebooku Niepokonani - Krzysztof Ziemiec

Fragment ebooka Niepokonani - Krzysztof Ziemiec






Karta tytułowa

Krzysztof Ziemiec

Niepokonani



Podziękowania

Dziennikarz to bez wątpienia wciąż zawód zaufania publicznego. I to dużego. To także – tak ja to widzę – pewna nie tyle misja, co powołanie. Powołanie, które pozwala nam rozwinąć skrzydła, wciąż się rozwijać zawodowo. Robić coś innego, nowego, niezwykłego, wartościowego. Tworzyć coś, co nas wyróżnia. Co może kiedyś stanie się czyimś znakiem firmowym. I tak bez powołania w przypadku księdza nie będzie dobrego kazania, w przypadku nauczyciela – wykładu, a w przypadku dziennikarza – programu czy tekstu. Oczywiście mało kto się z tym rodzi. Tego można i trzeba się ciągle uczyć. Bez tego jednak trudno w tym zawodzie osiągnąć sukces.

Praca dziennikarza jest trudna i wymagająca, bo jest bardzo nieregularna, na czym często cierpi dom i rodzina. Dlatego raz jeszcze – jak zawsze zresztą – dziękuję żonie i dzieciom. Dziękuję Wam za to, że nie tylko nie robicie mi wymówek, iż w wolnej chwili ciągle siedzę przy komputerze, ale i często mobilizujecie mnie do działania!

Całe szczęście, że praca dziennikarza, a szczególnie tego pracującego w telewizji, daje również mnóstwo satysfakcji. Choćby dlatego, że w tym przypadku odbiorcy, czyli widzowie, nas kojarzą, personifikują swoje odczucia i przez to traktują nas czasem jak osoby, do których ma się zaufanie; które traktuje się jak przysłowiową ostatnią deskę ratunku. Niemal po każdym programie czy wydaniu „Wiadomości” sam dostaję kilka listów i e-maili z prośbą o pomoc albo podpowiedzią tematów na jutro. Czasem są to sprawy beznadziejne, czasem po prostu to miłe słowa. Myślę, że takiej sympatii i zaufania nie mogą budzić dziennikarze pracujący w ukryciu, choćby dlatego, że ludzie ich po prostu nie znają.

Wśród takich osób są także i twórcy programów, na których podstawie powstała ta książka. Każdy program, każda nawet najmniejsza relacja czy transmisja albo wywiad ma wielu bohaterów, z których większość stoi właśnie w ukryciu! To niewidoczni dla widza wydawcy, czyli osoby odpowiadające za merytoryczną stronę całego przedsięwzięcia. Reżyser, czyli osoba dbająca o całość, ma ostateczną wizję i pilnuje na planie, aby wszystko „działało”. Ustawia kamery, światło, myśli obrazem pod kątem przyszłego montażu. Producenci, czyli osoby walczące o budżet audycji i żelazną ręką trzymające wszystkie koszty, które i tak zazwyczaj są wyższe niż te wcześniej założone. Są również kierownicy produkcji – osoby odpowiedzialne za ustawienie wszystkich elementów, a więc zebranie operatorów i kamer oraz zapasowych dysków, bo program także zazwyczaj kręci się dłużej niż było to w planach, zebranie statywów, światła, kabli i tym podobnych technicznych rzeczy. Są wreszcie charakteryzatorzy dbający o makijaż i styliści pilnujący wyglądu. Nie mówiąc już o montażystach i realizatorach wizji czy dźwięku. To w sumie co najmniej kilkanaście osób. Oni wszyscy są twórcami takich programów. Moich również. Ale jest w tym pewna niesprawiedliwość, bo widzowie patrzą na każdy program czy wywiad niemal wyłącznie przez pryzmat osoby, która go prowadzi – znanego im dziennikarza. Jeśli jest to krytyka, to musi on to przyjąć „na klatę”. A jeśli są to pochwały, gratulacje czy nagrody? No właśnie, wówczas już nie zawsze pamięta się o zespole.

Dlatego w ten sposób i w tym miejscu chciałbym im bardzo podziękować. Wszystkim, z którymi realizowałem te telewizyjne programy. Za pomoc, pomysły, zaangażowanie i wytrwałość. Bez nich te programy nigdy by nie powstały. Po prostu nie byłoby tych rozmów w telewizji. A przez to pewnie i tej książki. Nie sposób jednak wymienić tu wszystkich, tym bardziej, że nie każdy był w zespole od początku do końca.

Na początek zatem chronologicznie – szczególne dzięki dla Magdy Wieczorkowskiej-Klecel i Janka Klecela. To oni pierwsi pomyśleli o obsadzeniu mnie w roli takiego – powiedzmy – specjalisty od trudnych tematów. Czekali tylko, aż dojdę do siebie zdrowotnie, no i udało się, bo mi – niezależnie od ich planów – już w szpitalu chodził podobny pomysł po głowie. Wiedziałem, że jeśli uda mi się wrócić do zawodu, to chciałbym robić takie właśnie programy. Mówić o trudnych sprawach, ale i dawać ludziom nadzieję. Być osobą, której by ufali. Takim wiernym druhem i powiernikiem. Czy się udało? W jakimś sensie na pewno tak. Szkoda, że tylko przez pół roku… ale marka i wymyślona przez nich nazwa cyklu „Niepokonani” funkcjonuje właściwie już samodzielnie. Nieraz ludzie zadają mi pytanie: „Kogo Pan teraz nagrywa do «Niepokonanych?»”.

Nie ma „Niepokonanych” w TVP1, jest za to „Prawdę mówiąc” w TVP INFO. To zupełnie inny cykl rozmów, choć czasem nieco zbieżnych z tamtym programem. Rozmów z niekoniecznie bardzo znanymi Polakami. Ale na pewno z ciekawymi ludźmi, którzy dali coś z siebie zarówno Polsce, jak i nam wszystkim. I znów pewnie, gdyby nie czyjaś decyzja, nie wiadomo, czy akurat ja brałbym w tym udział. Dlatego w tym miejscu podziękowania dla sterujących kanałem TVP INFO – Liliany Sonik i Janka Szula – za to, że mi zaufali. Wielkie dzięki także dla Tomka Płuciennika, wydawcy programu, który zawsze perfekcyjnie ogarnia każdy temat. Dzięki dla Grzesia Jankowskiego – reżysera, który jest przy każdym nagraniu i nadzoruje wszystkie zdjęcia, a kiedy trzeba, to sam chwyta za kamerę. I na koniec wielkie dzięki dla Ani Janiak-Szołańskiej – pierwszej wizytówki naszego programu i zarazem takiego zderzaka. Osoby, której praca jest najmniej wdzięczna, bo polega na wydzwanianiu do gości programu, namówieniu ich na udział w programie i ustaleniu z nimi najdrobniejszych szczegółów. Nie jest to łatwe zadanie, bo wymagające cierpliwości i odporności, ale jest ono finalnie kluczowe!

Bez ich udziału i pomocy przy programach w TVP napisanie tej książki byłoby o wiele trudniejsze, jeśli nie niemożliwe! Chociaż nie. Niemożliwe byłoby zrobienie jej bez bohaterów! Dlatego im również bardzo dziękuję, za to, że zgodzili się najpierw przyjść na plan, a teraz zagościć na katach tej publikacji.

Życzę dobrej lektury, wzruszeń i niezapomnianych wrażeń, które – oby – stały się dla Państwa inspiracją we własnym życiu!


Wstęp

Człowiek współczesny, mimo że pozornie otoczony wieloma przyjaciółmi, to w dużej mierze jednostka zagubiona i samotna. Oficjalnie niezależna i mocno zindywidualizowana, a jednak często dość zastraszona. Obawiająca się wielu realnych, jak i pozornych zagrożeń. Istota ludzka początku XXI wieku to jednostka również coraz bardziej zamknięta w sobie. Niepotrafiąca, a może i niechcąca porozumieć się z innymi. Nierozmawiająca i niesłuchająca innych, za to coraz chętniej wygłaszająca monologi. Coraz mniej zainteresowana udziałem we wspólnocie, za to coraz bardziej nastawiona egoistycznie i roszczeniowo do życia, w którym najważniejsza staje się samorealizacja. Taki współczesny „kult jednostki”. Świat, do którego aspiruje, na początku wygląda kolorowo, ale po pierwszym głębszym hauście okazuje się, że ten wymarzony cel nie jest zawsze krystaliczny i pachnący, ale w znacznej mierze dość bezbarwny i pozbawiony smaku. Jest to świat jałowy, pozbawiony duchowości i uczuć, które zagłuszył egoizm, brak drugiego człowieka i troski o niego. Zbyt wielu z nas zżera dziś tęsknota, bo – myśląc niemal wyłącznie o własnym szczęściu – zbyt szybko zadeptujemy innych. Czasem z obawy przed konkurencją, a czasem z powodu nieumiejętności poruszania się w tym globalnym składzie porcelany. Czy nie za łatwo i nie za szybko zaakceptowaliśmy bylejakość i świat bez wartości?

Ilu z nas, tak jak odrzuca wszelkie niepowodzenia, odsuwa już same myśli o utracie sił, zdrowia, śmierci i bólu. Zazwyczaj nie chcemy o tym nawet rozmawiać, nie zawracając sobie głowy problemami innych. Kto dziś nie ma wystarczająco wiele własnych? Swoimi kłopotami moglibyśmy innych zamęczać godzinami, ale cudze przeżywamy już raczej powierzchownie...

To jednak bardzo często zmienia się pod wpływem pewnych naprawdę trudnych przeżyć. Może to być wypadek, przewlekła choroba czy utrata kogoś bliskiego. Coś, co zmusza do myślenia i zadania sobie ważnych pytań. Po co żyję? Jaki jest sens mojego istnienia? Co jest najważniejsze?

Jedni ratują się buntem i uciekają od życia, znajdując „schronienie” w środkach znieczulających i uspokajających. Wielu zaakceptowało ten stan rzeczy, pogodziło się z „przegraną” i, uspokajając poniekąd samych siebie, szuka wytłumaczenia w psychoterapii, poradach u wróżbitów, jasnowidzów czy alkoholu. Inni, jak ten Samarytanin czy też jak prawdziwy harcerz, przyjmują ten cios i idą dalej służyć bliźnim. Tak bowiem pojmują sens istnienia. Życie potrafi robić nam niespodzianki i płatać figle – jak by powiedzieli jedni. Wszystko to wielki przypadek. Inni opiszą to jako krzyż, który dostaliśmy do udźwignięcia i z którym trzeba się pogodzić. Ale i jedni, i drudzy musieli się z tym jakoś zmierzyć. Co sprawiło, że niektórzy poddali się, odnieśli porażkę? Brak sił, woli, hierarchii wartości? A co dało siłę innym? Co pozwoliło im przetrwać najgorsze i sprawiło, że nie tylko się podnieśli, ale i zaczęli zdobywać znacznie wyższe szczyty niż wcześniej? Znalezienie odpowiedzi na to pytanie jest trudne, lecz próba jej znalezienia może się dla nas stać receptą na dobre, czyli wartościowe życie!

Z pomysłem napisania tej książki nosiłem się od dawna. Ale – jak to najczęściej bywa – na drodze zawsze pojawiały się istotniejsze sprawy. A to skupienie się na wymagającej przecież dobrego przygotowania codziennej pracy w telewizji. A to obowiązki domowe, których jakoś wciąż tylko przybywa. Będąc od kilku lat ojcem trójki pociech, doskonale znam dziś smak powiedzenia: „Małe dzieci – mały problem, duże dzieci – duży problem”.

I tak pewnie jeszcze bym się usprawiedliwiał i zwlekał z opracowaniem tych ważnych rozmów, gdyby nie pewien wrześniowy dzień, kiedy do redakcji „Wiadomości” dotarła informacja o śmierci Dawida Zapiska, siedmioletniego chłopca z Gdyni. Młodego, a tak już boleśnie doświadczonego przez życie człowieka, ale równocześnie tak wielkiego bohatera, którego historia, niezłomna walka o życie do samego końca, bardzo mnie poruszyła. Zresztą z jego zdrowotnymi kłopotami i marzeniami przez kilka miesięcy utożsamiała się cała redakcja „Wiadomości”. Dawid wzruszał nas i cieszył zarazem, gdy po raz kolejny osiągał postawione przez siebie cele. W jego zmaganiach z cierpieniem i wielkich piłkarskich marzeniach kibicowały mu nie tylko całe „Wiadomości”, ale i nasi widzowie. To oni zresztą poruszyli niebo i ziemię, aby dwa miesiące przed śmiercią chłopiec mógł spotkać się, jeszcze w czasie mistrzostw w piłce nożnej EURO 2012, ze swoim idolem – hiszpańskim piłkarzem Ikerem Casillasem.

Tamtego dnia, kiedy stało się jasne, że nie będzie kolejnych marzeń Dawida, które moglibyśmy pomóc spełnić, kończąc program, gdy zazwyczaj staram się pożegnać widzów z uśmiechem na twarzy, ze wzruszenia nie byłem w stanie wydusić z siebie nawet słowa. A przecież miałem tak wiele do powiedzenia! Na wieczornym kolegium, które odbywa się zaraz po każdym wydaniu „Wiadomości”, nieznośna była zalegająca w newsroomie głucha cisza. Byliśmy bardzo smutni. Niektórzy nie kryli łez, bo ten siedmioletni chłopiec stał się nam bardzo bliski. Nie tylko przez swoje cierpienie, ale także właśnie przez wspaniałą postawę. To dziecko dało nam piękną, prawdziwą i dojrzałą lekcję życia!

Po raz kolejny zadałem sobie pytanie – jak to możliwe, że kiedy my, dorośli, zdrowi i w pełni sił ludzie, narzekamy, to on, mały chłopak, nigdy nie płakał. Nie użalał się na ból, cierpienie i niepełnosprawność. A żegnając się, odszedł z tak wielką pogodą ducha. Złorzeczymy na los, niepowodzenia, starzejące się ciało, walimy pięścią w stół, poniżamy bliskich. A równolegle obok nas są ludzie, którzy w milczeniu znoszą ogromne cierpienie, tym samym dając innym wzór.

Myślę, że zbyt wiele całkowicie zdrowych osób marnuje swoje życie. Są bierne, bezczynne, znudzone, często nawet nie wiedzą, jak i dokąd iść. Niby czerpią życie garściami, a jednak po latach okazuje się, że tak naprawdę przecieka im ono między palcami. Pocieszeniem stają się używki, a sensem i celem zbyt często coś, co można nazwać konsumpcyjnym stylem życia. Mają zdrowie, siłę, możliwości, czyli wszystko... i niewiele z tym robią. Jak w takim razie radzą sobie ci, którzy naprawdę mają powody do płaczu, a nie robią tego? Nie poddają się i walczą do samego końca!

Ta wspaniała historia Dawida Zapiska stała się poniekąd katalizatorem do ponownego opracowania, tym razem książkowego, trudnych, ale zarazem ważnych i w sumie bardzo optymistycznych rozmów o cierpieniu, bólu i odwadze zmierzenia się z trudem życia. Rozmów, które przeprowadziłem na antenie TVP1 w programie „Niepokonani”, a później również w programie „Prawdę mówiąc” na antenie TVP INFO. Były to czasem spotkania pełne łez, które – jak się później okazało – są dziś tak bardzo potrzebne wielu widzom.

Po moim własnym trudnym doświadczeniu sprzed kilku lat zauważam, że wielu chorych potrafi znacznie bardziej niż ci zdrowi i sprawni cieszyć się życiem, docenić ten skarb i wielką tajemnicę każdego dnia. Czy zawsze tacy byli? Skąd u nich ten upór i wola przetrwania? Jak sobie poradzili w tych najtrudniejszych momentach? Czy mają tę siłę, bo zawsze wiedzieli, jak dużo można stracić? Czy dopiero prawdziwy ból i prawdziwe problemy sprawiły, że zaczęli dostrzegać sens życia? Jak docenić to, co mamy, i przestać się nad sobą użalać? Każdy z bohaterów tej książki mówi o tym na swój własny sposób. Każdy ma swój własny, być może dla innych trudny do zniesienia problem. Ale z nimi jest tak jak z nami. Jedni, aby coś w życiu zmienić, potrzebują pewnej życiowej próby. Innym takiego sprawdzianu nie potrzeba, bo z tą mądrością już się rodzą albo też, mając w sobie dużo pokory, szybko się tego wszystkiego uczą.

Nie ma jednej recepty na zmianę nastawienia do siebie, innych i całego świata... Ale jest jeden warunek – trzeba tylko chcieć. Wiedzą o tym moi bohaterowie, którzy pokazują, że w życiu można wszystko. Dowodem na to są ich historie. Historie niepokonanych. I o tym właśnie jest ta książka.


Monika Kuszyńska

Artystka, wokalistka, ale przede wszystkim osoba niezłomna, która swoją postawą wielu dodaje sił. Występowała w zespole Farenheit i Varius Manx. Jej zawodowe, związane ze sceną plany zniszczył w 2006 roku wypadek samochodowy pod Miliczem. Została częściowo sparaliżowana. Nie poddała się jednak i mimo niepełnosprawności wróciła do śpiewania w 2009 roku napisaną przez siebie piosenką „Nowa rodzę się”.. Na dobre na scenę powróciła w 2012 roku, kiedy z utworem „Ocaleni” pojawiła się podczas koncertu „Premiery” w Opolu. W tym samym roku została wydana „Ocalona” – jej pierwsza solowa płyta.

Spotkanie z Moniką było dla mnie jednym z najtrudniejszych, choćby dlatego, że to była moja pierwsza rozmowa z tego cyklu. Było to spotkanie ważne, ale i trudne, ponieważ sam już wówczas doskonale wiedziałem, że niełatwo jest mówić o własnym bólu, cierpieniu i niepełnosprawności. A tym bardziej niełatwo o tym rozmawiać z piękną i młodą dziewczyną, która tak niedawno jeszcze śpiewała i tańczyła na scenie. Tajemniczy głos, uśmiechnięta twarz i te długie nogi stały się przecież jej znakiem firmowym!

Ale wypadek samochodowy zmienił to wszystko w jednej chwili. Monika, mimo wielu różnych prób, nowoczesnych zabiegów i ciągłej rehabilitacji, do dziś nie odzyskała władzy w nogach. Jest sparaliżowana od pasa w dół i musi poruszać się na wózku, ale jeśli opisałbym ją jako osobę niepełnosprawną, to byłaby to absolutna nieprawda! Ona żyje pełnią życia. Robi tak wiele rzeczy, że pewnie niejeden w pełni sprawny człowiek nie miałby na to sił i ochoty. Choćby dlatego, że wymaga to wielu poświęceń i ciągłej żmudnej pracy nad sobą.

Jadąc do Moniki – a był to czas, kiedy o niej chyba nieco zapomniano, a ona sama nie była tak obecna w mediach jak dziś –  bałem się, że spotkam osobę smutną, nieszczęśliwą, niepogodzoną z losem. Tymczasem zobaczyłem Monikę uśmiechniętą, mającą chyba nawet większy apetyt na życie niż przed wypadkiem. Już wówczas biła z niej trudna do opisania siła i dobro. Moje wszystkie obawy okazały się zupełnie niepotrzebne. Do tego stopnia, że – chyba mogę tak powiedzieć – staliśmy się przyjaciółmi, którzy dzielą wspólny los „ocalonych”... To zresztą jej określenie, bo w 2012 roku nagrała piosenkę o takim właśnie tytule, a mnie zaprosiła do grona osób, które wystąpiły w teledysku.

Gdy się spotkaliśmy pierwszy raz, w sierpniu 2010 roku, Monika dopiero wracała do śpiewania. Próbowała zaledwie myśleć o jakimś większym powrocie. Cała Polska poznała ją ponownie właściwie dopiero dzięki jej udziałowi w programie „Bitwa na głosy” w TVP2. To, czego dokonała od chwili wypadku, doskonale pokazuje, że nic nie jest w stanie jej pokonać! Zresztą jest ona wzorcowym przykładem owych „niepokonanych”. Taki był właśnie tytuł programu, dzięki któremu zeszły się nasze drogi. Monika Kuszyńska była moim pierwszym gościem.

Po kilku latach życia bez sceny Monikę chyba trochę jeszcze peszyły nasze lampy i kamery. Ale z minuty na minutę zaczynaliśmy się rozumieć coraz lepiej, a moje pytania nabierały także coraz bardziej osobistego charakteru.

Telewizyjne studio plenerowe urządziliśmy w jednej z hal filmowych w Łodzi. Było to miejsce dla niej bardzo istotne. To tam wszystko się zaczęło... a na pewno jej kariera muzyczna. To tam miała próby i nagrywała piosenki wraz z jej pierwszym zespołem Farenheit. Miała wtedy około 20 lat i kochała śpiewanie. To był czas studiów na wydziale muzykoterapii akademii muzycznej. Tam poznała też panów z Varius Manx, od których po kilku miesiącach otrzymała propozycję dołączenia do ich zespołu w roli wokalistki. Dostała wielką szansę, a jej życie zmieniło się dosłownie z dnia na dzień. Trzeba przypomnieć, że Varius Manx, w którym śpiewała wcześniej Anita Lipnicka i Kasia Stankiewicz, święcił wówczas tryumfy. Scena zaczęła być jej domem i żywiołem. W Łodzi nagrali pierwszą wspólną płytę. Po „Ecie” przyszedł czas na „Eno” i „Emi”. Znała ją całą Polska, ale Łódź była dla niej cały czas takim miejscem wytchnienia, bo już wówczas żyła bardzo szybko. Nawet nie myślała, że to wszystko może nagle się zatrzymać...

Tamten moment zapamiętała doskonale. To był maj 2006 roku. Wracali z koncertu. Ich samochód jechał zbyt szybko i wyleciał z trasy. Ona była w środku. Siedziała obok kierowcy.

Niestety, nie straciłam przytomności. Pamiętam wszystko ze szczegółami. Pamiętam ból, którego nigdy wcześniej nie doznałam, więc trudno go zapomnieć. Porównałabym go do tego, który odczuwa się podczas tonięcia, ponieważ, pomijając, że miałam złamany kręgosłup i od pasa w dół nic nie czułam, miałam krew w płucach i to powodowało, że się topiłam. Nie mogłam oddychać. Czułam, jakby ktoś wbijał mi milion igieł w klatkę piersiową. Każdy oddech był wielkim wysiłkiem. Na szczęście zachowałam zimną krew. Wiedziałam, że nie mogę się ruszać, że muszę powoli oddychać. Nie wpadłam w panikę, a wręcz przeciwnie, byłam bardzo spokojna. Miałam w sobie spokój, że będę żyła, tylko należy przetrwać.

Przeczuwałaś wcześniej, przed drogą, że stanie się coś złego?

Coś przeczuwałam. Nie spałam całą noc, byłam podenerwowana. Koncert, z którego wtedy wracaliśmy, był dla mnie bardzo stresujący, jakbym czuła, że to jest ostatni mój występ.

Pomyślałem, że gdyby wsiadła wówczas do innego samochodu albo usiadła w innym miejscu, to teraz rozmawialibyśmy na zupełnie inne tematy, bo jej życie wyglądałoby zupełnie inaczej. I nie pomyliłem się...

Miałam siedzieć z tyłu, ale w ostatniej chwili zamieniłam się z naszym akustykiem, któremu nic się nie stało w tym wypadku, a który odstąpił mi swoje miejsce, bo stwierdził, że będzie mi z przodu wygodniej.

Obwiniałaś kogoś za to, co się stało? Miałaś do kogoś żal?

To wydaje się oczywiste… ale od razu sobie tłumaczyłam, że przecież każdy z nas mógł siedzieć za kierownicą.

Każdy, kto usłyszał wówczas o tym wypadku, zapewne od razu obwiniał kierowcę, którym był Robert Janson, lider zespołu. Monika próbuje to widzieć szerzej.

Większość moich fanów czy osoby, które były ze mną blisko, którym zależało na mnie, gdzieś na pewno to czuły. Zawsze próbowałam im wyperswadować, żeby nie wchodzili w takie myślenie, bo on przecież nie chciał tego zrobić, nie chciał mnie skrzywdzić.

Tak, to pewne, ale w takim momencie ludzie zawsze szukają winnych. A u tych, którzy ucierpieli, często pojawia się strach, a potem bunt i złość.

Nie, ja nie pytałam, dlaczego akurat ja, dlaczego to właśnie mnie spotkało. Tak naprawdę nigdy z całą pewnością nie poczułam, że nie będę chodzić. Teraz, kiedy rozmawiam z Tobą, też nie mam tej pewności i nie chcę jej mieć. Nie dlatego, że się boję, ale wciąż mam nadzieję i wierzę w to, że może być inaczej. Medycyna rozwija się bardzo szybko i nawet jeśli teraz nie ma takiej możliwości, za kilka lat może się ona pojawić. Życie jest zaskakujące. Może nagle ktoś wynajdzie coś, co postawi mnie na nogi. Rehabilituję się, aby być w dobrej formie i w każdej chwili podjąć to wyzwanie.

To prawda, że współczesna medycyna czyni cuda, o których kilka lat temu nikomu się nie śniło. Ale w oczekiwaniu na ten efekt trzeba też umieć trwać. Po tym, co sam przeszedłem, doskonale wiem, jak ciężkim wyzwaniem dla chorego jest rehabilitacja; jak wiele trzeba mieć w sobie sił, aby pokonać opór mięśni i ból; jak wiele potrzeba wiary, że to coś da, że nikt nas celowo nie skrzywdził i jak bardzo trzeba zaciskać zęby, żeby każdego dnia się z tym zmagać. Nie zrobimy tego, jeśli wokół nas nie będzie życzliwych ludzi... A o tym zazwyczaj się nie myśli, kiedy wszystko jest w porządku.

Monika wcześniej była bardzo aktywna, dbała o formę i kondycję. Było jej jednak ciężko zmagać się z samą sobą, kiedy jej ciało odmawiało posłuszeństwa i gdy to wszystko musiała ułożyć sobie w głowie, zdać sobie sprawę z tego, że podnosi nogę, która tak naprawdę nie funkcjonuje. Jest to bardzo trudne. Sama przyznaje:

Były pot i łzy. Miałam załamanie i to nawet kilka razy. Jest to taki moment, że znajdujesz się nagle poza swoją planetą, wyobcowany. Nie wiesz, co masz dalej robić, jak żyć. Są to właśnie te momenty załamania, ale na szczęście szybko przeszły.

Co Ci pomogło? Bo przecież są też tacy, którzy wpadają w takich sytuacjach w głęboką depresję. Co sprawiło, że te momenty przeszły?

Ludzie, którzy byli dookoła mnie. Te kilka osób, które motywowały mnie do życia i swoją obecnością przypominały mi, że mam dla kogo żyć. Każdy bowiem, kto przeszedł przez podobną sytuację – co wiem z rozmów z innymi ludźmi – ma taki moment, że zadaje sobie pytanie, czy może nie dać sobie spokoju. Skoro już zadałam im nieświadomie tyle bólu, widzę, jak cierpią, ale cieszą się, że żyję, byłabym okrutna, gdybym zafundowała im jeszcze takie przeżycia.

Wtedy też byłaś taka dzielna?

Cały czas byłam dzielna i jestem z tego dumna. Sama siebie zaskoczyłam. Znoszę to wszystko z godnością, mimo że, gdy leżysz jak kupa mięsa, czujesz, jakby ktoś odebrał ci godność. Mało tego, czasami jesteś tak traktowany.

Po tak trudnym okresie wiele poszkodowanych przez życie osób jest w jakiś sposób zmuszonych do zweryfikowania listy swoich znajomych. Wielu z nich nagle przestaje być przyjaciółmi. W moim przypadku akurat było to niepotrzebne. Wręcz przeciwnie. Kiedy leżałem w szpitalu, opatulony od stóp do szyi w białe bandaże, nawet nie byłem fizycznie w stanie odbierać przychodzących SMS-ów. Ale gdy w domu powoli zacząłem dochodzić do siebie, zrobiłem dokładny przegląd telefonicznej skrzynki. Odzywali się do mnie zatroskani znajomi z dawnych lat, o których – aż głupio mówić – już zapomniałem, co w zawodzie dziennikarza nie jest w sumie takie trudne, ponieważ otoczenie zmienia się bardzo szybko, czasem aż za bardzo... Odzywali się do mnie nawet ci, których uznawałem za swoich nieprzyjaciół. Było mi z jednej strony głupio, a z drugiej niezwykle miło, że jestem w jakiś sposób aż tak dla nich wszystkich ważny! Wcale nie chodziło o ewentualną pomoc, choć ta była bardzo potrzebna. W takim bardzo trudnym momencie liczy się to, że ktoś o mnie pamięta i jestem dla kogoś ważny! Ten mały gest w trudnej chwili znaczy dużo więcej niż najlepszy lek. Mnie – mogę tak powiedzieć – nikt nie zawiódł. Z Moniką było trochę inaczej.

Po tym, co się stało, okazało się, że tak naprawdę nie mam znajomych albo moje znajomości stały się zbyt powierzchowne.

A ludzie z zespołu? Nie byliście blisko siebie?

Nie, nie byliśmy. Nasze relacje opierały się wyłącznie na pracy. Byliśmy bardzo różni.

I nagle się okazuje, że mimo iż razem graliście, nie masz przyjaciół? Nikt nie dzwoni? Nie pyta?

Nie, to nie tak. Na początku telefony się urywały. Nie wiem, jak było u Ciebie, ale przecież mamy podobne doświadczenia. Wiele osób chce cię wtedy odwiedzić, przyjść, innych poruszy twoja historia. Ale wszystko szybko się kończy i pozostają tylko najbliżsi, którzy potrafią dalej się z tym zmagać. Biorą na siebie ciężar cierpienia, bo czymś innym jest odwiedzić poszkodowanego raz, a czymś innym być każdego dnia i widzieć twoją walkę. Tutaj potrzebne są bardzo silne relacje, bliskie więzi.

Wypadek zmienia często dotychczasowy sposób patrzenia na świat. Zmusza do myślenia, przewartościowania niektórych spraw, szukania odpowiedzi na pytanie, co jest dla mnie najważniejsze i po co to wszystko było?! Był to przypadek, a może jakiś znak? Niektórzy do końca walczą z... no właśnie, z czym? Jedni powiedzą, że z losem, przypadkiem, karą za grzechy, a inni nazwą to przeznaczeniem, a może nawet scenariuszem napisanym przez Reżysera, który z samej góry widzi dużo więcej niż my i który ma wobec nas tylko Jemu znane plany.

Jedni są w stanie się z tym pogodzić, może nawet zaprzyjaźnić, dostrzec sens. Potrafią nawet to przyjąć z wdzięcznością jako dar od Boga... Niektórzy od razu odkryją w tym rękę Stwórcy. Inni popukają się w głowę, gdy usłyszą coś o niesieniu własnego krzyża.

Każdy z nas przeżyłby to z pewnością bardzo indywidualnie. Ale mnie, dziennikarza, zawsze ciekawi odpowiedź na pytania: Jak te osoby sobie z tym wszystkim poradziły? Co dało im siłę?

Monika przyznaje, że dla niej życie miało i ma sens. Z drugiej strony, jaki sens ma życie na wózku dla młodej i pięknej artystki, która nagle zostaje pozbawiona nie tylko pracy będącej jej pasją, ale także niektórych elementów kobiecej urody?

Obcowanie z cudzym cierpieniem, które zobaczyłam w szpitalu, nauczyło mnie pokory. To pozwala zrozumieć własne słabości, daje uspokojenie. Urok to coś, czego wymaga się od każdej kobiety. Musiałam zmienić podejście do tego, czym jest kobiecość, uroda, seksapil, bo nie są to tylko długie nogi. Zauważyłam, że mogę być atrakcyjna dla mężczyzn. On uświadomił mi, że piękno jest dużo głębiej, niż mi się wydawało.

Powiedziałaś „on”, ale to chyba nie był Twój tata.

Nie, nie mój tata [śmiech].

Po jakimś czasie zorientowałem się że ON to Kuba Raczyński, obecnie mąż Moniki. Wspaniały, wesoły mężczyzna, a przy okazji muzyk z jej zespołu. Znali się już wcześniej, bo kilka lat temu grali ze sobą w Varius Manx. Wtedy tylko się kolegowali. Jak widać, uczucie musiało trochę poczekać. Kuba odezwał się rok po wypadku. Zaczęło się od przyjaźni, a skończyło przysięgą. Monika sama sobie zadaje pytanie, czy byliby razem, gdyby nie wypadek?

Ja wiem, że wszystko ma swój cel i w naszym życiu zawsze spotykamy ważne dla nas osoby. Tylko czasem zaczynamy rozumieć to zbyt późno.

A gdybyś nie poznała Kuby, to czy poczucie sensu życia byłoby dla Ciebie mniejsze?

Nie wygląda to tak, że przyjeżdża książę i ratuje nas z opresji. Najpierw musimy sami ze sobą zrobić porządek. Myślę, że gdybym była zgorzkniała, smutna, obrażona na los i stwierdziła, że jestem nieatrakcyjna, to bym sobie sama tę szansę zabrała. Po prostu bałby się do mnie zbliżyć, bo wiedziałby, że jestem niedostępna. Kiedy postanowiłam, że chcę się otworzyć, spróbować, udowodnić sobie, że jestem atrakcyjna, mimo że jestem na wózku, zrozumiałam, że nie tylko ciało się liczy. Przecież ciało się starzeje, a to oznaczałoby, że za dziesięć lat będę już za stara na miłość. Tak o tym pomyślałam. Naturalną konsekwencją były piękne chwile w moim życiu, których się nie spodziewałam.

Kiedy życie znów zaczęło mieć dla Moniki sens, brakowało jej już tylko... muzyki! Doszła do momentu, w którym człowiekowi zaczyna brakować pracy! To w powrocie do życia jest bardzo istotne. A u artysty ten głód jest podwójnie silny!

Monika Kuszyńska po wypadku nie przypuszczała, że tamto życie, które się jakoś skończyło, stanie się początkiem nowej, trudnej, ale zarazem wspaniałej drogi.

Wówczas, w 2010 roku, Monika – jak sama to ujęła – zaczęła trochę śpiewać i chyba w głębi serca już zaczęła marzyć, aby ponownie spotkać się z publicznością. Choć na pewno też się tego bała. Początki były trudne. Nagrała jedną piosenkę. Później pojawiły się nowe wyzwania, jak choćby występ w programie „Bitwa na głosy”, o czym tak w 2012 roku mówiła w „Gali”: Jeszcze do niedawna miałam wielki problem z powrotem do śpiewania, do publicznego występowania. Czułam silną barierę psychiczną. Kilka miesięcy wcześniej na pewno bym się na to nie zdecydowała. Musiałam pokonać parę symbolicznych schodków. Pamiętam, że miałam w swojej głowie listę największych koszmarów, które mogłyby mi się przydarzyć.

Każdy z nas ma zapewne tremę przed publicznym wystąpieniem. Jak wielką musiała mieć Monika, gdy postanowiła wrócić do świata muzyki? Ile wysiłku kosztuje zdystansowanie się wobec siebie i nieprzejmowanie się tym, co ludzie pomyślą. Ten strach może paraliżować! Przyznam, że dopiero po tym spotkaniu zrozumiałem, jak w tej nowej dla niej sytuacji powrót na scenę był trudny, ale i potrzebny.

Kiedyś byłam atrakcyjną dziewczyną, której zadaniem było świetnie wyglądać na scenie, dobrze się poruszać, przykuwać uwagę swoim wyglądem. Obecna sytuacja daje mi dużo mniejsze pole do popisu. Kiedy patrzę na teledyski, widzę siebie, ale zupełnie inną. Zmienia się wrażliwość człowieka po takich przejściach.

Swoją wrażliwość Monika pokazała w nowych utworach. Już pierwsza piosenka, którą dla nas wówczas zaśpiewała, taka właśnie była! Był to utwór z płyty „Pasja miłości”, do której nagrania Monikę zaprosiła Beata Bednarz. Piosenka „Nowa rodzę się” stała się także ilustracją naszego programu. To był dla Moniki taki nowy kamień milowy.

Ponieważ słowa piosenki odebrałem, jak śpiewaną osobistą modlitwę, zapytałem Monikę o jej stosunek do Boga i wiary. Czy to w jakiś sposób dało jej siłę? Po namyśle odpowiedziała, że... poszukuje. Ale chyba to zaufanie, zawierzenie Bogu, dojrzewało w niej, bo jakiś czas później mówiła już o tym coraz bardziej otwarcie, by przyznać, że zaraz po wypadku było wokół niej wiele osób, które chciały „zarazić” ją wiarą. Ale chyba zrobiły coś nie tak, bo Monika wyczuła w nich fałsz i postanowiła sama odnaleźć drogę. Spokój i zaufanie przyszły dopiero po okresie buntu i złości spowodowanej brakiem natychmiastowych efektów leczenia... Tej swoistej łaski doznała po upływie niemal dwóch lat od wypadku. Wtedy dopiero pojawiły się osoby i okoliczności, które pozwoliły to wszystko zrozumieć, dostrzec w tym Boga.

Zrozumiałam, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a moja słabość jest moją siłą... Mimo że ta moja walka cały czas trwa!

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.