Niedzielne wieczory starego stolarza - Anna Nakwaska - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 90 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niedzielne wieczory starego stolarza - Anna Nakwaska

Zbiór opowiastek wydany w 1843 roku. Anna Nakwaska (1781–1851) to pisarka tworząca w języku polskim i francuskim. Była żoną senatora, a następnie wojewody Królestwa Polskiego. Prowadziła w Warszawie salon literacki, pisała powieści, opowiadania dla dzieci, jak i utwory o tematyce powstańczej. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Niedzielne wieczory starego stolarza - Anna Nakwaska

Fragment ebooka Niedzielne wieczory starego stolarza - Anna Nakwaska




Spis treści

  1. WSTĘP
  2. ŚLUSARZ Z JODŁOWA
  3. WSŁAWIONY MALARZ
  4. NIE ŻARTUJ Z OGNIEM
  5. KUŹNIA PRZY BITEJ DRODZE
  6. KOLOFON

WSTĘP

Stary Maciej, stolarz

Miasto Tarek, na trakcie do Kalisza położone, jest rękodzielniczych warsztatów pełne; niedaleka śląska granica pomnaża kwitnący stan jego, przez łatwe sprowadzanie się tam pracowitych Niemców z przedmiotami do ich kunsztów wielce użytecznymi; bita droga przerzyna to miasteczko na dwie części, a wszędzie po za nowymi domkami majstrów i zabudowaniami ich pracowni uśmiechają się przechodniom podług roku pory, to zielone, to żółte, to różnobarwne, a wszędzie dobrze uprawne kaliskich ziemskich właścicieli obszary. Ruch, szelest, wesołe śpiewy, a czasem, jak to wszędzie bywa, przymówki i kłótnie, nie dając ani na chwilę sposobności do samotnego dumania, ożywiają w nim codzienne pracowitych mieszkańców jego życie.

W Turku więc osiadła nie zbyt dawno rodzina starego Macieja Cheblowskiego, stolarza; on sam już osłabiony i pracą i wiekiem, przybywszy do Turka, oddał warsztat swój synowi już ożenionemu; Andrzej i Tekla Cheblowscy byli tak jak ich ojciec bogobojni i poczciwi, a czworo dzieci ich, które już dorastały, w tymże duchu religijnym i pracowitym przez nich wychowane były; zręczność obydwóch majstrów Cheblowskich, ich rzetelność i uczciwość, uzyskały im wkrótce wziętość zasłużoną u wszystkich rękodzielników owego miasteczka. Piękne wyroby Andrzeja nie jeden wystawny pokój zdobiły, w którym z zagranicy lub Warszawy przybyłym kupcom najstaranniej wypracowano fabryczne płody ukazywano. Nie były okazale te chrzciny, jeżeli dziecię nie spoczywało w kolebce przez Cheblowskich wykonanej. Nie uszedł i pogrzeb sąsiadek i przyjaciół nagany, jeżeli trumna z ich pracowni nie wyszła; słowem, stary Maciej i jego rodzina mieli w Turku tę wziętość, która w wielkich miastach piękności i bogactw udziałem bywa, a która jednak w skromnym rękodzielniczym miasteczku daleko sprawiedliwiej, bo pracy, umiejętności i dobremu prowadzeniu się, początek swój winną była, a zatem o wiele tamte nie tylko przewyższyć, ale przetrwać musiała.

Dzieci Andrzeja, a wnuki starego stolarza, nie miały powołania do rzemiosła, w dwóch pokoleniach chleb zapewniającego ich rodzinie; nadaremnie Maciej bawił się z nimi zawczasu piłeczką i heblem, nadaremnie wyrabiał dla nich różne drobnostki drewniane, ażeby się nimi bawiły; Jaś, starszy wnuk jego, biegał zawsze do ślusarza w bliskości pracującego; Michałek, drugi jego wnuczek, kuł nieustannie coś młotem na progu i pomagał z własnej ochoty kowalczykom, kiedy konie kuli; Bartosz, najmłodszy, uwijał się nieustannie około lakiernika, i kreślił węglem po ścianach różne nieforemne wzory; a Jadwisia, jedyna wnuczka Macieja, odziedziczała z radością wzgardzone przez braci a tak ładnie wyrabiane wózki, stołki, biureczka, ciesząc się, że żadna jej rówieśniczka tak bogato uposażoną w zabawki nie jest, jaką ona z niedbalstwa braci i łaskawej pracowitości dziadunia być nie przestawała. „Już się przekonałem, mój Andrzeju, że moje wszelkie usiłowania są próżne, „rzekł razu jednego stary Cheblowski do syna, rzucając z niecierpliwością na warsztat jakąś małą niedokończoną dla wnuków robotę; „tak, tak, widzę ja to dobrze i serce ranie niemało na to boli, że żaden z twoich synów do naszego szlachetnego kunsztu powołania nie ma; trzeba to mój kochany, bo już czas po temu, oddać podług ich skłonności, Jasia do ślusarza, a Michałka do kowala do terminu; Bartek niechaj sobie jeszcze czas jaki w domu po ścianach kwaczem maże, a później może, później coś lepszego od braci z niego wyrośnie; co Jadwisię, to za stolarza wydamy, i to za jakiego żwawego chłopaka, którego zawczasu do terminu przyjąć ci radzę, wyuczymy go dokładnie naszego kunsztu, a tak chociaż po kądzieli warsztat nasz w Cheblowskich rodzie nie zaginie. Tak radził synowi stary ojciec Andrzeja; a ten przywykły zawsze słuchać go i z rad jego korzystać, nie czekał dłużej, i wkrótce podług dziadka i własnej synów jego woli, Jaś i Michałek do mechanicznej, ale chleb zapewniającej pracy, oddani zostali; pracy, która więcej sił fizycznych, jak zajęcia umysłowego wymagała; a nieraz w nich żal szczery wzbudzała, z powodu niemożności korzystania dla braku czasu z nauk i opowiadań dziadka, który każdą zbywającą od pracy w domu chwilę na kształcenie umysłowe Bartosza i Jadwisi obracał.

Święta i niedziele zgromadzały zwykle rodzinę stolarza około niego; a jak się tylko ranne nabożeństwo w farnym kościele skończyło, i po smacznym obiedzie przez matkę i Jadwisię sporządzonym, nim na nieszpory zadzwoniono, a często nawet i po ich zakończeniu, zasiadał Maciej w wygodnym krześle własnej roboty, wnuki obsiadły go do koła, a przebiegając wtedy z nimi minionych łat przygody, w całości lub cząstkowo im je udzielał; zastosowując moralne uwagi, z tychże prawdziwych wydarzeń wynikające, do zdolności i wieku swych młodych słuchaczy. Zimowe niedziele zręczniejszą do tego porę nastręczały, i właśnie te cztery powieści, które tu umieszczone, były opowiadane w Turku przez starego Macieja ostatniego adwentu, a to przy piecyku palącym się jaskrawo, około którego siedziały wnuczęta z natężoną uwagą, otwartymi uszami i oczami, a pełnymi pieczonych kartofli ustami, powieściom dziadka pilnie się przysłuchując.