Nie tylko o łajdakach - Magdalena Kulus - ebook
Wydawca: Sol Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 383 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nie tylko o łajdakach - Magdalena Kulus

Nie tylko o łajdakach” to powieść o dojrzewaniu, o poszukiwaniach i próbach oswojenia szczęścia.

Z pozoru lekka, zmusza do przemyślenia życiowych decyzji i wartości, którymi się kierujemy. Nastka – główna bohaterka – ucieka od problemów, od niemiłości i opuszcza miasto, by napisać na wsi pracę magisterską oraz rozpocząć dorosłe życie. Na swojej drodze spotyka ludzi, którzy uczą ją, że świat, chociaż pełen łajdaków, daje sporo powodów do radości. Szybko zaczyna rozumieć, że należy z nich korzystać, gdy tylko jest ku temu okazja.

Opinie o ebooku Nie tylko o łajdakach - Magdalena Kulus

Fragment ebooka Nie tylko o łajdakach - Magdalena Kulus


















2014 © Magdalena Kulus

2014 © Wydawnictwo SOL

 

Redakcja i korekta:

Karina Stempel-Gancarczyk

 

 

Redakcja techniczna, skład, typografia, eBook:

Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux

atelier@duchateaux.pl

 

ISBN 978-83-62-405-85-5

Warszawa 2014

 

Wydawca:

Wydawnictwo SOL

Monika Szwaja • Mariusz Krzyżanowski

05-600 Grójec, Duży Dół 2a

wydawnictwo@wydawnictwosol.pl


Babci Tosi z podziękowaniami

za pogodę ducha

za świadectwo

za cudowne wspomnienia

i za buraczki

 

Mojej Rodzinie – za inspiracje


Daydreamer
With eyes that make you melt
He lends his coat for shelter
Plus he’s there for you When he shouldn’t be
But he stays all the same
Waits for you
Then see’s you through

There’s no way I could describe him
What I’ve said is just what I’m hoping for

But I will find him
Sitting on my doorstep
Waiting for a surprise
And he will feel like
He’s been there for hours
And I can tell that he’ll be there for life

Daydreamer, Adele

 

 

– Po świę­tach zo­sta­ję na wsi – oświad­czy­łam przy obie­dzie.

– Chy­ba so­bie nie wy­ob­ra­żasz, że spro­wa­dzisz tam te­go swo­je­go ar­ty­stę? – Ma­ma od ra­zu pod­ję­ła te­mat i spoj­rza­ła na mnie go­to­wa do ata­ku.

Olek wy­jeż­dża w ple­ner, do Za­ko­pa­ne­go. – Sta­ra­łam się być spo­koj­na, ale już się we­wnętrz­nie za­go­to­wa­łam i ma­ka­ron z nie­dziel­ne­go ro­soł­ku sta­wał mi w gar­dle.

Bez cie­bie?

– Tłu­ma­czy­łam ci, że nie je­stem je­go dziew­czy­ną...

– To ni­by z ja­kiej ra­cji le­żysz przed nim go­ła ca­ły­mi dnia­mi?


Olek

Student katowickiej ASP. Niezwykle wyluzowany i leniwy osobnik o żółwim profilu. Niezbyt przystojny, ale charakterystyczny blondyn. Miałam mu pozować raz czy dwa, skończyło się na aktach. Zabierał mnie ze sobą w plenery, wpadał do mnie coś przegryźć. Zostałam jego modelką i od czasu do czasu lądowałam z nim w łóżku. Bez zobowiązań, niestety.

– A stu­dia rzu­casz? – za­py­tał ta­ta. O dzi­wo, bo w su­mie to mia­łam wra­że­nie, że od daw­na nie in­te­re­su­je go mo­je ży­cie.

– We­zmę lap­to­pa i bę­dę pi­sać ma­gi­ster­kę. Mam książ­ki, no­tat­ki i kse­rów­ki, po co mia­ła­bym tu sie­dzieć, jak mo­gę po­od­dy­chać świe­żym po­wie­trzem? Za­bio­rę psy. – Wszyst­ko do­kład­nie prze­my­śla­łam.

Nie wiem, czy to jest do­bry po­mysł. – Ta­ta jak zwy­kle był scep­tycz­ny.

– Na pew­no chcesz go tam po­ta­jem­nie spro­wa­dzić – rze­kła z prze­ko­na­niem ma­ma.

Prze­cież ja od nie­go ucie­ka­łam...!

Olek po­ja­wił się w mo­im ży­ciu na­gle – za­dzwo­nił pew­ne­go wie­czo­ru z proś­bą o spo­tka­nie, cho­ciaż zna­li­śmy się tyl­ko z wi­dze­nia. Mie­li­śmy wspól­nych zna­jo­mych, spo­ty­ka­li­śmy się pod­czas róż­ne­go ro­dza­ju im­prez, ale ni­g­dy nie roz­ma­wia­li­śmy. Je­go te­le­fon zdzi­wił mnie więc, ale wy­gra­ła cie­ka­wość – po­szłam, mi­mo że ko­bie­ca in­tu­icja pod­po­wia­da­ła mi, iż nie cho­dzi o ro­man­tycz­ną ko­la­cję, a ra­czej o in­te­res. Nie my­li­łam się. Olek nie owi­jał w ba­weł­nę – od ra­zu wy­ło­żył ka­wę na ła­wę, jak to on. Wpa­dła mu w oko mo­ja przy­ja­ciół­ka – Lu­iza, zwa­na przez wszyst­kich Lu, czar­no­wło­sa i zja­wi­sko­wo pięk­na, do­oko­ła któ­rej nie­ustan­nie krą­ży­ły tłu­my męż­czyzn. Ol­ko­wi trud­no się by­ło prze­bić, po­sta­no­wił więc zro­bić to przy po­mo­cy mo­jej skrom­nej oso­by.

Ujął mnie tym, że był szcze­ry, nie krę­cił i miał fe­no­me­nal­ne po­czu­cie hu­mo­ru – je­go mi­ster­nie wy­my­ślo­ny plan bar­dzo mnie roz­ba­wił. Wie­dzia­łam, że u Lu nie ma szans. Ona wo­la­ła pa­nów w ele­ganc­kich gar­ni­tu­rach, a nie ar­ty­stów, cze­go oczy­wi­ście przed nim nie ukry­wa­łam.

– Chcę spró­bo­wać – upie­rał się.

Od tej po­ry spę­dza­li­śmy ze so­bą spo­ro cza­su – za­bie­ra­łam go na im­pre­zy i wy­pa­dy, w któ­rych uczest­ni­czy­ła Lu. Od­pu­ścił do­pie­ro, gdy zo­ba­czył ją w to­wa­rzy­stwie wła­ści­cie­la jed­ne­go z naj­bar­dziej po­pu­lar­nych klu­bów w mie­ście, wsia­da­ją­cą do wy­pa­sio­ne­go bmw. Miał zła­ma­ne ser­ce, nie­usta­ją­ce pro­ble­my fi­nan­so­we, wiel­kie ar­ty­stycz­ne am­bi­cje i kło­po­ty ro­dzin­ne. Wpa­dał po­ga­dać, wy­ża­lić się, po­oglą­dać fil­my. Sta­li­śmy się nie­roz­łącz­ni, ja się za­ko­cha­łam, a je­mu po pro­stu tak by­ło wy­god­nie.

Wes­tchnę­łam.

– I bę­dziesz go tam utrzy­my­wać na nasz koszt. – Ma­ma kon­ty­nu­owa­ła roz­po­czę­ty wą­tek.

On wy­jeż­dża w gó­ry. – Czu­łam, że za­czy­na mi bra­ko­wać cier­pli­wo­ści.

– W każ­dym ra­zie pa­mię­taj, że nie ży­czę so­bie te­go nie­ro­ba w mo­im do­mu!


Maszkarka

Nasz domek na wsi za Częstochową, nieopodal Wielunia. Ze względu na pierwotną wątpliwą urodę – zwany Maszkarką. Nabytek moich rodziców. Mnie do listy właścicieli nie dopisano właśnie z obawy, że sprowadzę jakiegoś nieroba i się tam zagnieżdżę na stałe. Bordowy daszek. Dwa pokoje, kuchnia i łazienka oraz niewyremontowany strych. Za domem nieprzeciętnie długi ogród i pola, na których często widać było sarny z pobliskiego lasu.

Ro­dzi­ce po­sta­no­wi­li wy­je­chać z Masz­kar­ki w no­cy. By­ło sto­sun­ko­wo cie­pło, w koń­cu na­de­szła wio­sna. Bie­ga­łam w nie­bie­skim swe­trze i ge­trach z do­mu do au­ta, a psy za mną. Oby­dwaj – Bru­no i Fuks – uwa­ża­li, że to świet­na za­ba­wa.

– Za­my­kaj na noc bra­mę na łań­cuch.

– Słu­chaj, czy hy­dro­for się nie psu­je.

Nie pal ogni­ska.

– Spraw­dzaj pom­pę od ka­na­li­za­cji.

– Uwa­żaj na gaz.

Nie jedz na noc.

Czu­łam, jak puch­nę od środ­ka, i ma­rzy­łam o chwi­li, gdy sa­mo­chód znik­nie za za­krę­tem. Masz­kar­ka sta­ła się mo­im wy­ba­wie­niem, azy­lem i uciecz­ką. To tu po­sta­no­wi­łam za­cząć mo­je do­ro­słe, w koń­cu sa­mo­dziel­ne ży­cie i zro­bić so­bie ma­łe, re­ge­ne­ru­ją­ce wa­ka­cje. Wszyst­ko za­po­wia­da­ło się zna­ko­mi­cie.

Po­je­cha­li.

Wy­łą­czy­łam ko­mór­kę, zja­dłam pół sło­ika nu­tel­li, po­czy­ta­łam książ­kę i po­szłam spać, ma­jąc kom­plet­nie w no­sie hy­dro­for. W da­li sły­chać by­ło po­ciąg – mi­nę­ła czwar­ta ra­no.


Gośka

Moja maszkarkowa sąsiadka, niewiele ode mnie starsza matka Polka. Dwoje dzieci – bliźnięta. Gospodarstwo maleńkie, należące do teścia, z którym właściwie nie utrzymywała kontaktów, chociaż z nim mieszkała (!). Zazwyczaj szorstka, dla mnie jednak całkiem miła.

– Na­st­ka! – Obu­dził mnie jej wrzask, a dar­ła się jak praw­dzi­wa wiej­ska ba­ba. – Na­st­ka!

Spoj­rza­łam na ze­ga­rek. Pierw­sza po po­łu­dniu. Oczy­wi­ście psy spa­ły, jak­by był śro­dek no­cy. W koń­cu ja­ki pan, ta­ki kram. Od­sło­ni­łam ro­le­ty i słoń­ce wla­ło się do po­ko­ju.

Wrzask do­bie­gał zza drzwi wej­ścio­wych. Otwo­rzy­łam.

– Cho­le­ra, my­śla­łam, że umar­łaś – oświad­czy­ła Goś­ka. Oczy­wi­ście prze­la­zła przez płot, bo bra­mę za­mknę­łam na łań­cuch, jak przy­ka­za­no. – Nie strasz mnie tak.

– Wchodź – za­pro­si­łam ją z pew­ny­mi wy­rzu­ta­mi su­mie­nia, bo wy­ob­ra­zi­łam so­bie, co po­wie­dzia­ła­by mo­ja ma­ma, gdy­by wie­dzia­ła, że wpu­ści­łam ko­goś do ta­kie­go ba­ła­ga­nu. Na sto­li­ku sta­ły brud­ne na­czy­nia, łóż­ko by­ło nie­po­ście­lo­ne, a na krze­słach wi­sia­ła ma­low­ni­czo mo­ja gar­de­ro­ba.

– Dzwo­nią do mnie od ra­na, że wy­łą­czy­łaś te­le­fon – po­wie­dzia­ła, po­dą­ża­jąc za mną do kuch­ni.

– Ka­wu­si?

– Chęt­nie.

Gdy za­sia­dły­śmy na we­ran­dzie z kub­ka­mi w rę­kach, Goś­ka za­py­ta­ła:

– Co z tą two­ją ko­mór­ką?

– Nic. – Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi. – Po­trze­bu­ję tro­chę spo­ko­ju.

Tak mam im po­wie­dzieć?

Wła­ści­wie za­mie­rza­łam włą­czyć ten głu­pi te­le­fon ra­no, ale wpa­dłam na ge­nial­ny po­mysł.

– Po­wiedz, że nie wzię­łam ła­do­war­ki.

Ha!

– W po­rząd­ku. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, nie za­da­jąc zbęd­nych py­tań. – Jak tam chcesz.

***

Po­byt w mo­im SPA po­sta­no­wi­łam roz­po­cząć od wy­ciecz­ki ro­we­ro­wej. Wy­cią­gnę­łam sta­ry skła­dak i ru­szy­łam na orzeź­wia­ją­cą wy­pra­wę – tak mi się przy­naj­mniej wy­da­wa­ło.

Przez pierw­sze pół go­dzi­ny my­śla­łam tyl­ko o tym, czy na pew­no wszyst­ko do­brze po­za­my­ka­łam. Po­tem za­czę­łam do­go­ry­wać, bo zro­bi­ło się do­syć cie­pło, a mo­ja kon­dy­cja po­zo­sta­wia­ła wie­le do ży­cze­nia. To­wa­rzy­szą­cy mi Bru­no, pięk­ny gol­den, za­trzy­mał się w cie­niu i sa­pał, a Fuk­siu, ma­ły, czar­ny kun­de­lek, bie­gał ner­wo­wo do­oko­ła z wy­wa­lo­nym ję­zy­kiem.

– Chło­pa­ki, prze­rwa. – Rzu­ci­łam się na tra­wę i po­la­łam im do py­sków wo­dę mi­ne­ral­ną, prze­zor­nie za­bra­ną z do­mu.

Nie­dłu­go po­tem wra­ca­łam z po­czu­ciem klę­ski – spo­co­na, zdy­sza­na i wy­koń­czo­na. Jak na pierw­szy raz ta eska­pa­da by­ła zde­cy­do­wa­nie za dłu­ga. Cze­ka­łam, kie­dy za­cznę char­czeć i wy­plu­wać płu­ca.

Pro­wa­dząc ro­wer, z da­le­ka zo­ba­czy­łam, że przy Masz­kar­ce stoi sa­mo­chód i ja­kiś męż­czy­zna.

– Wu­jek! – Szcze­rze się ucie­szy­łam. Bo o furt­kę opie­rał się wu­jek Sta­siek.


Wujek Stasiek

Sumiasty wąs, miłe usposobienie. Gospodarz pełną gębą – pola, świnki, a nawet staw z karpiami. Stanowczy, raczej małomówny. Dobry człowiek, po prostu.

– Cio­cia ci prze­sy­ła. – Wrę­czył mi re­kla­mów­kę z obi­ja­ją­cy­mi się o sie­bie sło­ika­mi. – Na ile przy­je­cha­łaś?

– Na dłu­go. Do czerw­ca, mo­że dłu­żej. Jak się ob­ro­nię, to mu­szę szu­kać pra­cy.

– Wpad­nij do nas na obiad w nie­dzie­lę.

– Wpad­nę.


Telewizor Venus

Wszystkie przedmioty i meble na Maszkarce były z poprzedniej epoki ustrojowej albo i starsze. Kredens wydobyty z jakiejś szopy, kanapa od mamy Olka, zabytkowy stół ze strychu babci. Najbardziej lubiłam telewizor Venus – przypominał mi moje (nie tak odległe, ale jednak) dzieciństwo. Ogólnie wystrój tego domu był odważny i nonszalancki, a ilość kiczowatych przedmiotów budziła spore zainteresowanie gości.

Włą­czy­łam so­bie ja­kiś film, za­bra­łam do łóż­ka Bru­no­na i mar­mo­la­dę przy­wie­zio­ną przez wuj­ka. Za­wsze to zdrow­sze niż nu­tel­la. Mę­czy­ło mnie jed­nak, że nie spraw­dzi­łam pom­py od ka­na­li­za­cji, więc po fil­mie ru­szy­łam na dwór. By­ło kosz­mar­nie ciem­no, a na nie­bie ro­iło się od gwiazd. Zwie­rza­ki roz­bie­gły się po ogro­dzie.

– Na­st­ka! – usły­sza­łam od pło­tu. – My­śla­łam, że śpisz. Ma­ma do cie­bie dzwo­ni.

Prze­ję­łam ko­mór­kę od Go­chy.

– Hel­lo, ma­mo!

– Cześć. Co z tą two­ją ła­do­war­ką?

Nie wiem, nie ma jej.

– A w sza­fie spraw­dza­łaś?

– Tak.

– A pod sza­fą?

– Nie.

– To po­szu­kaj. Pro­si­łam cio­cię Alę i wuj­ka Sta­sia, że­by ci tam po­mo­gli, jak­by co.

– Za­pro­si­li mnie na obiad.

Jak nie znaj­dziesz tej ła­do­war­ki, to ta­ta ci przy­wie­zie w we­ek­end.

– Nie!!! Znaj­dę na pew­no!!!

I tym spo­so­bem zo­sta­łam zmu­szo­na do włą­cze­nia ko­mór­ki. Jej wy­świe­tlacz pi­kał jak osza­la­ły od ra­zu po przy­wró­ce­niu go do ży­cia. Sześć nie­ode­bra­nych po­łą­czeń od ma­my, jed­no od Lu, ese­mes od Je­rzy­ka, kum­pla ze stu­diów, jak zwy­kle mrocz­ny i pe­sy­mi­stycz­ny, z proś­bą o po­ży­cze­nie książ­ki (Je­rzyk kon­tak­to­wał się ze świa­tem tyl­ko w sta­nie wyż­szej ko­niecz­no­ści, czy­li wte­dy, gdy cze­goś po­trze­bo­wał) i jed­no nie­ode­bra­ne po­łą­cze­nie od Ol­ka.

Ostat­ni raz wi­dzie­li­śmy się przed Wiel­ka­no­cą, tuż przed mo­im wy­jaz­dem. Był na­dą­sa­ny, nie lu­bił świąt i sku­tecz­nie obrzy­dzał je tak­że mnie. Za­wsze ku­po­wa­łam mu z tej oka­zji ja­kiś drob­ny upo­mi­nek i li­czy­łam na naj­mniej­szy gest z je­go stro­ny. Ale mój wy­bra­nek – za­rów­no pod­czas Wiel­ka­no­cy, jak i Bo­że­go Na­ro­dze­nia – wpa­dał w de­pre­sję. Nic nie po­ma­gał mój opty­mizm, nie­spo­dzian­ki i po­go­da du­cha. Świę­ta we­dług Ol­ka trze­ba by­ło prze­cze­kać. Oczy­wi­ście z de­pre­sją łą­czył się też chro­nicz­ny brak pie­nię­dzy na pre­zent nie tyl­ko dla mnie, ale też dla je­go ro­dzi­ców czy ro­dzeń­stwa. Dla­te­go tro­chę mi ulży­ło, gdy oka­za­ło się, że w tym ro­ku wy­jeż­dża­my na wieś, a on, od ra­zu po świę­tach, ma ja­kiś stu­denc­ki wy­pad do Za­ko­pa­ne­go.

Olek każ­de­go ran­ka wy­sy­łał mi sy­gnał ko­mór­ką – ta­ki mie­li­śmy zwy­czaj. Ja wsta­wa­łam za­zwy­czaj wcze­śniej, więc to on da­wał znać, że oto roz­po­czął dzień. Oby­dwo­je pro­wa­dzi­li­śmy ak­tyw­ny tryb ży­cia – ja po­ma­ga­łam w fun­da­cji na rzecz zwie­rząt i sta­le za­ła­twia­łam so­bie ja­kieś prak­ty­ki, Olek ma­lo­wał, ba­lo­wał, cho­dził re­kre­acyj­nie po gó­rach. Nie ogra­ni­cza­li­śmy się na­wza­jem, ale ten sy­gnał ra­no mu­siał być.

Nie zda­rzy­ło się, bym mu nie od­po­wie­dzia­ła – wte­dy, gdy wy­łą­czy­łam ko­mór­kę na ca­łą do­bę, to był pierw­szy raz. Pierw­sza ozna­ka mo­je­go bun­tu.

Spraw­dza­jąc nie­ode­bra­ne po­łą­cze­nia, uświa­do­mi­łam so­bie, że o wy­jeź­dzie nie za­wia­do­mi­łam Lu. W przy­pły­wie ży­wej tę­sk­no­ty po­sta­no­wi­łam, że za­dzwo­nię do niej na­stęp­ne­go dnia, bo już by­ło za póź­no na po­ga­węd­ki – mo­ja przy­ja­ciół­ka cho­dzi­ła spać z ku­ra­mi, po­nie­waż dba­ła o ce­rę. Tak­że z my­ślą o ce­rze spo­ży­wa­ła ogrom­ne ilo­ści so­ku mar­chwio­we­go, a na im­pre­zach tyl­ko uda­wa­ła, że pi­je wód­kę. Ja nie­spe­cjal­nie dba­łam o ce­rę, a tak­że o tłuszcz, któ­ry we­dług Lu nie­ustan­nie wę­dro­wał w kie­run­ku na­szych brzu­chów.

W środ­ku no­cy zgłod­nia­łam i zo­rien­to­wa­łam się, że nie ku­pi­łam chle­ba. Zja­dłam więc pasz­tet, ka­wa­łek cia­sta i schab ze śliw­ką. Cu­dow­ne nie­zdro­we je­dze­nie o nie­do­zwo­lo­nej po­rze – to lu­bi­łam naj­bar­dziej, w prze­ci­wień­stwie do Lu, któ­ra sta­le by­ła na die­cie.

***

Po­ra­nek za­sko­czył mnie desz­czem i sy­gna­łem od Ol­ka – jak wi­dać, mo­je mil­cze­nie nie­spe­cjal­nie zro­bi­ło na nim wra­że­nie. Od­po­wie­dzia­łam tym sa­mym. Smęt­nie cho­dzi­łam od okna do okna, przy­dep­tu­jąc pi­ża­mę i po­pi­ja­jąc owo­co­wą her­ba­tę. W koń­cu wró­ci­łam do łóż­ka i opa­tu­lo­na koł­drą wy­bra­łam nu­mer przy­ja­ciół­ki.

– Hel­lo, Lu!

– Hel­lo, ko­cha­na! Co z to­bą? Nie mo­głam się do­dzwo­nić.

– Je­stem na wsi i tro­chę po­za za­się­giem.

– Kie­dy wra­casz?

Nie wiem...

– Ucie­kłaś?

– No­oo... Przy­je­dziesz do mnie?

– Przy­ja­dę. Ale nie w tym ty­go­dniu, bo po­zna­łam su­per­fa­ce­ta. Za ty­dzień. Zro­bi­my so­bie bab­ską im­prez­kę.

– Tyl­ko pa­mię­taj, że ja mu­szę pil­no­wać do­mu.

– A kto po­wie­dział, że nie bę­dzie­my pil­no­wać? Koń­czę, bo szef się ga­pi.

– Pa.

Po­le­ża­łam jesz­cze chwi­lę, jed­nak roz­są­dek zwy­cię­żył. Za­mknę­łam w do­mu mo­ich pu­pi­li i ru­szy­łam po pro­wiant – tym ra­zem pie­szo, bo nie mia­łam kurt­ki prze­ciw­desz­czo­wej i mu­sia­łam za­brać pa­ra­sol. La­ło jak z ce­bra. Skie­ro­wa­łam się do skle­pu w cen­trum wsi. Do­tych­czas jeź­dzi­łam tam au­tem, z ro­dzi­ca­mi. Nie są­dzi­łam, że jest tak da­le­ko. Szłam, szłam i jed­ną rę­ką ści­ska­łam w kie­sze­ni te­le­fon. Mo­że do nie­go za­dzwo­nić? W grun­cie rze­czy wy­je­cha­łam bez sło­wa. Wy­stu­ka­łam nu­mer Ol­ka i wraz z pierw­szym sy­gna­łem usły­sza­łam za so­bą grom­kie:

– Przy­je­cha­li­ście!

Szyb­ko się roz­łą­czy­łam i scho­wa­łam ko­mór­kę. Z wy­cią­gnię­ty­mi ra­mio­na­mi zmie­rza­ła do mnie pa­ni Ko­zi­ko­wa.


Pani Kozikowa

Mama gospodarza, od którego kupiliśmy Maszkarkę. Bardzo żwawa staruszka z bielutkimi włosami, pachnąca męskimi perfumami. Wielka osobowość. Prezentując nam dom przed zakupem, tańczyła w dużym pokoju, nie zważając na to, że z sufitu sypie się tynk i lada chwila wszyscy możemy zginąć pod gruzami.

Pa­ni Ko­zi­ko­wa rzu­ci­ła się na mnie i ma­low­ni­czo za­wi­sła na mo­jej szyi.

– A kie­dy przy­je­cha­li?

– Na świę­ta.

– A co tak sa­ma?

– Ro­dzi­ce wró­ci­li do Ty­chów, a ja tu zo­sta­łam, pi­szę pra­cę ma­gi­ster­ską.

– Ooo... To nie­dłu­go od­wie­dzę. Po­śpie­wa z na­mi pod ka­plicz­ka­mi dla Mat­ki Bo­skiej?

– Ekhe, ekhe... eee... mmm... ta­aa... ekhe... tak, ja­sne.


Ważne!

Wypuszczać psy na podwórko! Wszyscy się ich bali i dzięki temu nikt nie miał odwagi składać nam wizyt.

W skle­pie ku­pi­łam so­bie pa­rę sma­ko­ły­ków, ale ku mo­jej roz­pa­czy nie zna­la­złam żad­nych mro­żo­nek ani go­to­wych dań, by­łam więc ska­za­na na gril­la.

***

Przez ko­lej­ne dni ca­ły czas pa­da­ło. Czy­ta­łam książ­ki, prze­glą­da­łam no­tat­ki i... gło­do­wa­łam. To zna­czy – tę­sk­ni­łam za obia­dem, po­rząd­nym, so­lid­nym obia­dem. Nie­ste­ty, kom­plet­nie nie po­tra­fi­łam go­to­wać. Za nic w świe­cie nie za­dzwo­ni­ła­bym do ma­my z proś­bą o wska­zów­ki, bo wie­lo­krot­nie wy­słu­chi­wa­łam, ja­ka to je­stem nie­po­rad­na ku­li­nar­nie (ży­cio­wo zresz­tą też). W so­bo­tę po­je­cha­łam do skle­pu i ku­pi­łam sztu­kę mię­sa. Na­stęp­nie usia­dłam przy lap­to­pie i po­szu­ka­łam w In­ter­ne­cie prze­pi­sów.

Że też wcze­śniej nie wzię­łam się za go­to­wa­nie z wuj­kiem Go­ogle!

Wpraw­dzie nie mia­łam goź­dzi­ków, któ­re by­ły prze­wi­dzia­ne przez au­to­ra prze­pi­su, jed­nak wy­szło nie­źle. Tro­chę za ma­ło pi­kant­ne, tro­chę za twar­de, ale mię­so to mię­so. Usma­ży­łam so­bie do te­go ziem­nia­ki i zro­bi­łam sa­łat­kę z po­mi­do­rów. Mio­dzio! By­ła szan­sa, że u wuj­ków nie rzu­cę się na obiad ni­czym wy­głod­nia­ły zwierz.

***

I do południa budzikom śmierć,
a po pół­no­cy niech dzwo­ni kto chce,
ra­no trze­ba wstać, ra­no to jest
tak gdzieś po pierw­szej, bo póź­niej już nie.1)

W nie­dzie­lę obu­dzi­łam się w po­łu­dnie, czy­li do­kład­nie w tym mo­men­cie, gdy w naj­bliż­szym ko­ście­le koń­czy­ła się ostat­nia te­go dnia msza. Wy­peł­złam z do­mu na po­dwór­ko – słoń­ce świe­ci­ło i wy­glą­da­ło na to, że bę­dzie po­go­da. Psia­ki za­chę­ca­ły mnie do za­ba­wy, więc za­czę­łam rzu­cać im pa­ty­ki, kie­dy na­gle uświa­do­mi­łam so­bie, że prze­cież od ra­zu po mszy mia­łam je­chać do wuj­ków! Pod mo­ją bra­mą, jak za ski­nie­niem różdż­ki, po­ja­wił się bia­ły mer­ce­des i wy­siadł z nie­go Mi­chał.


1) Tekst An­drze­ja Pia­secz­ne­go do pio­sen­ki Ro­ber­ta Choj­nac­kie­go pt. Bu­dzi­kom śmierć.


Michał

Syn cioci Ali i wujka Staśka. Wysoki szatyn z piękną czupryną. Rok starszy ode mnie. Nazywałam go „magistrem od pola”, bo skończył Akademię Rolniczą. Moja pierwsza wielka miłość (ciocia i wujek nie byli moją rodziną, tylko przyjaciółmi rodziców). Nieodwzajemniona, oczywiście.

– Cze­ka­łem na cie­bie pod ko­ścio­łem. Cho­ra je­steś? – Zmie­rzył wzro­kiem mo­ją ró­żo­wą pi­ża­mę.

– Za­spa­łam... – wy­zna­łam ze skru­chą w gło­sie. – A ty kie­dy wró­ci­łeś? My­śla­łam, że je­steś w Ir­lan­dii.

– W sierp­niu ma­my ślub, po­sta­no­wi­li­śmy wró­cić z Baś­ką i wszyst­ko przy­go­to­wać. Ubie­raj się, bo mo­ja ma­ma cze­ka.

Szyb­ko za­ło­ży­łam strój wi­zy­to­wy (be­żo­wy ko­stium), zro­bi­łam de­li­kat­ny ma­ki­jaż, wło­sy zwią­za­łam w koń­ski ogon i ru­szy­li­śmy w dro­gę. Mi­chał był ele­ganc­ki, pach­ną­cy i ra­czył mnie swo­imi pla­na­mi na naj­bliż­sze trzy­dzie­ści lat.

– Od ju­tra ma­lu­ję po­ko­je, już za­mó­wi­łem łóż­ka. To bę­dzie fan­ta­stycz­ne go­spo­dar­stwo agro­tu­ry­stycz­ne. Ma­ma jest wnie­bo­wzię­ta, bo bę­dzie mia­ła ko­mu piec i go­to­wać. Chcę ku­pić mło­de­go ko­nia, bo mój Abra­ham jest za sta­ry, że­by wszy­scy mo­gli na nim jeź­dzić. Oczy­wi­ście zo­sta­wi­my świ­nie, ku­ry, kacz­ki, z cza­sem tyl­ko do­bie­rze­my ja­kieś nie­ty­po­we ga­tun­ki.

Uświa­do­mi­łam so­bie wte­dy, że na tej wsi ży­ją nie tyl­ko se­nio­rzy i sta­rzy ka­wa­le­ro­wie (z te­go by­ła zna­na w ca­łej Pol­sce!), ale też lu­dzie mło­dzi. Mo­że więc war­to zo­stać na sta­łe? Mia­łam świa­do­mość, że w ży­ciu nie do­ro­bię się miesz­ka­nia w mie­ście, a funk­cjo­no­wa­nie z ro­dzi­ca­mi na ma­łej prze­strze­ni sta­ło się na­praw­dę uciąż­li­we.


Gospodarstwo cioci i wujka

Piękny, biały, piętrowy dom, przed nim zadbany trawnik, klomby i iglaki, z tyłu ogród i zabudowania. Wokół drewniany płot. Prawdziwa, budząca podziw we wsi, willa.

Na po­wi­ta­nie wy­biegł nam Kle­mens – jam­nik o pięk­nych oczach. Szcze­kał jak osza­la­ły i ska­kał na Mi­cha­ła, gdy ten otwie­rał bra­mę. Do­szłam do wnio­sku, że zro­bił się z nie­go przy­stoj­ny fa­cet (z Mi­cha­ła, nie z Kle­men­sa) – wy­so­ki, o sze­ro­kich ba­rach i sil­nych dło­niach. Spo­glą­dał na mnie orze­cho­wy­mi ocza­mi, a ja się za­sta­na­wia­łam, cze­mu on nie że­ni się ze mną…

– Co tak dłu­go? Wszyst­ko go­to­we! – po­krzy­ki­wa­ła cio­cia Ala.


Ciocia Ala

Drobna blondynka o jasnych oczach, stanowcza i bezpośrednia. Moja ulubiona!

Za­sie­dli­śmy do sto­łu w ma­łym sa­lo­ni­ku. Cio­cia nie roz­cza­ro­wa­ła mnie ku­li­nar­nie – był i ro­so­łek z mar­che­wecz­ką, i fan­ta­stycz­ne pier­si z kur­cza­ka, o su­rów­kach nie wspo­mi­na­jąc. Do te­go kom­po­cik z wi­śni, a na ko­niec ser­nik z pian­ką.

– Te­raz to ja mam pro­fe­sjo­nal­ną kuch­nię, zgod­nie z prze­pi­sa­mi! – chwa­li­ła się. – Spo­ro by­ło z tym ro­bo­ty, ale pra­wie wszyst­ko jest za­pię­te na ostat­ni gu­zik. A jak to­bie się tam sa­mej miesz­ka? – za­tro­ska­ła się. – Nie bo­isz się?

Nie, mam psy. No i są­sia­dów. A gdzie two­ja na­rze­czo­na? – za­py­ta­łam Mi­cha­ła, bo od po­cząt­ku dziw­ne mi się wy­da­wa­ło, że Baś­ki nie ma.

– Pra­cu­je – wy­ja­śnił krót­ko.

– Wiecz­nie ma­ru­dzi – po­skar­ży­ła się cio­cia.

– Ma­mo, daj spo­kój – wes­tchnął.

Gdy po­szli­śmy oglą­dać po­ko­je prze­wi­dzia­ne w przy­szło­ści dla tu­ry­stów, za­py­ta­łam wprost:

– Cze­mu Baś­ka ma­ru­dzi?

Mi­chał wy­glą­dał przez okno.

– Bo chcia­ła zo­stać w Ir­lan­dii. Tam miesz­ka­li­śmy sa­mi, nikt się do ni­cze­go nie wtrą­cał, mie­li­śmy pie­nią­dze.

– A ty nie chcia­łeś?

– Na­st­ka, po­patrz. – Po­cią­gnął mnie za rę­kę do okna. Wi­dać by­ło przez nie bu­dyn­ki go­spo­dar­skie, spa­ce­ru­ją­ce ku­ry i wy­le­gu­ją­ce się le­ni­wie ko­ty. Po pra­wej stro­nie wzrok przy­cią­gał sad, a w nim kwit­ną­ce ja­bło­nie. Da­lej by­ły po­la, aż po ho­ry­zont, aż po błę­kit­ne nie­bo. – Ro­zu­miesz?

– Ro­zu­miem. – Kiw­nę­łam gło­wą, bo ko­cha­łam tę wieś pra­wie tak sa­mo jak on.

Kie­dy Mi­chał od­wiózł mnie na Masz­kar­kę, po raz pierw­szy po­czu­łam się tro­chę sa­mot­nie. Za­pro­si­łam go na her­ba­tę, ale spie­szył się do Baś­ki. Po­ba­wi­łam się z psa­mi, wy­pi­łam ka­kao, spraw­dzi­łam pocz­tę i pół wie­czo­ru be­cza­łam. Spra­wi­ło mi to du­żą ulgę i sa­tys­fak­cję, bo w koń­cu mo­głam so­bie po­chli­py­wać jaw­nie, a nie w po­dusz­kę. By­łam jak bo­ha­ter­ka ro­man­tycz­nych ko­me­dii – sa­mot­na, opusz­czo­na, ocze­ku­ją­ca na wiel­kie zmia­ny, świe­tla­ną przy­szłość i księ­cia na bia­łym ru­ma­ku.

***

Na­stęp­ne­go dnia wsta­łam rześ­ka i wy­spa­na, z po­sta­no­wie­niem, że nie dam się chan­drze. Wio­sen­ne sło­necz­ko grza­ło, więc stwier­dzi­łam, że war­to się nie­co po­opa­lać. Za­ło­ży­łam czer­wo­ne bi­ki­ni, wy­cią­gnę­łam le­żak i uda­łam się do ogro­du. Za­pla­no­wa­łam mak­sy­mal­ny re­laks – włą­czy­łam MP3, za­ło­ży­łam słu­chaw­ki na uszy i od­cię­łam się od świa­ta. Wie­trzyk za­wie­wał, a ja się wy­le­gi­wa­łam. Zro­bi­ło się na ty­le przy­jem­nie, że wpa­dłam na po­mysł, by cho­ciaż chwi­lę po­opa­lać się to­pless. Prze­ciw­wska­zań nie by­ło, bo Go­cha po­je­cha­ła do ma­my, jej mąż – Fra­nek – był w pra­cy, bliź­nia­ki w szko­le, a mój dru­gi są­siad przy­jeż­dżał na swo­ją dział­kę tyl­ko w so­bo­ty, że­by za­dbać o plan­ta­cję i w spo­ko­ju wy­pić z ko­le­gą pi­wo. Z jed­nej stro­ny za­sła­niał mnie dom, z dru­giej by­ły po­la, nie mia­łam więc obaw, że ktoś mnie zo­ba­czy. Śpie­wa­łam so­bie na głos Chło­pa­ki nie pła­czą i by­łam w peł­ni szczę­śli­wa, mia­łam wszyst­kich i wszyst­ko do­kład­nie gdzieś.

W pew­nym mo­men­cie, w prze­rwie mię­dzy pio­sen­ka­mi, usły­sza­łam szcze­ka­nie Fuk­sa (Bru­no – ary­sto­kra­ta nie zni­żał się do po­zio­mu po­spól­stwa i dźwię­ków z sie­bie ra­czej nie wy­da­wał). W po­pło­chu się­gnę­łam po sta­nik i w tym mo­men­cie zo­ba­czy­łam czer­wo­ną szmat­kę za pło­tem, w po­lu. Szyb­ko zro­zu­mia­łam, że wy­wia­ło mi biu­sto­nosz. Od­wró­ci­łam się więc, za­sła­nia­jąc le­ża­kiem, i jęk­nę­łam – nie tyl­ko w du­chu. Od stro­ny do­mu zmie­rzał w mo­im kie­run­ku... ksiądz!

– Szczęść Bo­że! – Po­ma­chał do mnie, nic so­bie nie ro­biąc z ob­ska­ku­ją­cych go psów.

– Szczęść Bo­że... – wy­du­ka­łam. – Nie­ste­ty, nie mam jak księ­dza god­nie po­wi­tać, bo mi wy­wia­ło bie­li­znę – wy­zna­łam, a ksiądz onie­miał.

– Wy­wia­ło? – za­py­tał i wi­dzia­łam, że pró­bu­je ogar­nąć sy­tu­ację.

– Gó­rę od ko­stiu­mu mam na po­lu, więc jak ksiądz ma do mnie spra­wę, to pro­szę sko­czyć do do­mu, tam na ka­na­pie le­żą wy­pra­ne ko­szul­ki. Ubio­rę się i po­ga­da­my. – Sta­ra­łam się nie być ner­wo­wa, ale trud­no roz­ma­wia się z oso­bą du­chow­ną, za­sła­nia­jąc so­bie biust le­ża­kiem.

Ksiądz w koń­cu po­jął, że je­stem pół­na­ga, po­kra­śniał i po­biegł czym prę­dzej do Masz­kar­ki. My­śla­łam, że już go­rzej być nie mo­że, ale w tym mo­men­cie zo­ba­czy­łam na mo­im po­dwór­ku pa­nią Ko­zi­ko­wą. Psy za­ję­ły się go­ściem w su­tan­nie, mia­ła więc dro­gę wol­ną, mo­gła za­spo­ko­ić cie­ka­wość i mnie od­wie­dzić.

– Przy­nio­słam se­rek... – zdą­ży­ła po­wie­dzieć i w tej chwi­li na ścież­ce po­ja­wił się ksiądz, wy­ma­chu­jąc mo­ją nie­bie­ską ko­szul­ką.

Mia­łam wra­że­nie, że śni mi się kosz­mar. Te­raz wszy­scy mie­li­śmy ob­li­cza w róż­nych od­cie­niach czer­wie­ni.

No, wie ksiądz... – obu­rzy­ła się Ko­zi­ko­wa, oglą­da­jąc mo­je go­łe no­gi wy­sta­ją­ce zza le­ża­ka. – So­do­mia i Go­mo­ria... Idę do pro­bosz­cza i księ­dza wy­ślą do bu­szu, zo­ba­czy ksiądz! Bę­dzie ksiądz czar­nu­chów na­wra­cał! – Zro­bi­ła w tył zwrot i ru­szy­ła w kie­run­ku furt­ki.

Dusz­pa­sterz rzu­cił mi ko­szul­kę i po­biegł za nią. Kie­dy wró­cił, by­łam już kom­plet­nie ubra­na, a od­zy­ska­ny sta­nik le­żał w ko­szu na pra­nie.

– Ka­wy? – za­py­ta­łam jak­by ni­g­dy nic.

– Chęt­nie.

Usie­dli­śmy na we­ran­dzie.


Ksiądz Grzegorz

Bardzo młody, niewiele starszy ode mnie. Z lekką nadwagą i przyjaznym, okrągłym obliczem. Bardziej pasował na DJ-a niż na księdza.

– Co ksiądz jej po­wie­dział?

Skrzy­wił się nie­znacz­nie.

– Nie by­ło sen­su tłu­ma­czyć, nie uwie­rzy­ła­by i tak, więc...

– Więc?

– Przy­po­mnia­łem jej, że to ja de­cy­du­ję, kto da­je kwia­ty na oł­tarz. One bar­dzo ry­wa­li­zu­ją o to z Zi­mo­wiec­ką. Każ­da chce być wy­czy­ta­na na am­bo­nie. Pro­boszcz wo­lał kwia­ty od Zi­mo­wiec­kiej, a te­raz ja wy­bie­ram, bo nie­ste­ty zaj­mu­ję się w tej pa­ra­fii ta­ki­mi wła­śnie du­pe­re­la­mi.

– Czy­li szan­ta­żyk? Mil­cze­nie za kwiat­ki?

– My­ślę, że to za­dzia­ła. – Uśmiech­nął się sze­ro­ko. – Już po­zna­łem nie­co men­tal­ność tu­tej­szych pa­ra­fian. Ale przy­sze­dłem w in­nej spra­wie. – Prze­su­nął się z krze­słem do cie­nia. – A mia­no­wi­cie two­ja cio­cia... prze­pra­szam, mo­że­my so­bie mó­wić po imie­niu?

– Ja­sne. Na­st­ka.

– Grze­gorz. Two­ja cio­cia mó­wi­ła mi, że masz upraw­nie­nia do pra­cy z dzieć­mi...

– Mam – przy­tak­nę­łam. Co­raz bar­dziej po­do­bał mi się ten nie­spo­dzie­wa­ny gość.

– Ufff. – Ksiądz bły­snął uśmie­chem. – Bo wi­dzisz, ka­te­chet­ka mi się po­ła­ma­ła, mia­ła wy­pa­dek i le­ży w szpi­ta­lu. Na dru­gim koń­cu Pol­ski.

– Ale ja je­stem po­lo­nist­ką. Wła­ści­wie bę­dę nią do­pie­ro w czerw­cu, je­śli do­brze pój­dzie.

– Nie szko­dzi. – Mach­nął rę­ką. – Nie po­trze­bu­ję na­uczy­ciel­ki, tyl­ko po­mo­cy do or­ga­ni­za­cji pierw­szej ko­mu­nii. Sce­na­riusz jest, ale trze­ba na­pi­sać po­dzię­ko­wa­nia i ćwi­czyć z ty­mi dzie­cia­ka­mi. Sam nie dam ra­dy. Nie na­da­ję się. Po­trze­bu­ję ko­bie­cej i po­lo­ni­stycz­nej rę­ki – za­koń­czył.

Onie­mia­łam.

– Oczy­wi­ście za­pła­cę ci.

Ooo!!! To zmie­nia­ło po­stać rze­czy. Ka­sa – ja­ka­kol­wiek – by­ła mi­le wi­dzia­na.

– Ekhe... – Splo­tłam dło­nie. – Za­sko­czy­łeś mnie.

– Za mie­siąc ko­mu­nia, nie­ba­wem ko­niec ro­ku szkol­ne­go, wszyst­kie ka­te­chet­ki wo­ko­ło ob­sta­wio­ne. – Rzu­cił mi spoj­rze­nie mop­sa.

– Ile tych dzie­ci?

– Ośmio­ro.

I tym spo­so­bem zo­sta­łam pa­nią od ko­mu­nii. Mo­że od­ro­bi­nę po­chop­nie, bo kom­plet­nie nie wie­dzia­łam, co mnie cze­ka. Po­za tym od ja­kie­goś cza­su – do­kład­nie od mo­men­tu, gdy w mo­im ży­ciu po­ja­wił się Olek – nie by­łam naj­lep­szą ka­to­licz­ką. Za­wsze wy­cho­dzi­łam z za­ło­że­nia, że je­śli już się jest wie­rzą­cym i prak­ty­ku­ją­cym, to na­le­ży trzy­mać się za­sad. Ina­czej cho­dze­nie do ko­ścio­ła nie ma sen­su. Stra­ci­łam więc ten sens, gdy za­czę­łam sy­piać z Ol­kiem, bo prze­cież zda­wa­łam so­bie spra­wę, że pój­ście do spo­wie­dzi nie roz­wią­że pro­ble­mu. Nie ża­ło­wa­łam mo­ich grze­chów ani tro­chę. Lu­bi­łam te dni, gdy ury­wa­li­śmy się z za­jęć, że­by po­być ze so­bą. Za­zwy­czaj spo­ty­ka­li­śmy się u mnie, bo praw­do­po­do­bień­stwo, że któ­reś z ro­dzi­ców wpad­nie do do­mu w go­dzi­nach mię­dzy je­de­na­stą a trze­cią, by­ło ni­kłe. Uwiel­bia­łam at­mos­fe­rę na­szych spo­tkań, za­chłan­ność Ol­ka i je­go sta­now­czość, lu­bi­łam, jak mnie póź­niej ry­so­wał, drze­mią­cą, i jak cho­dził bo­so. Cza­sa­mi, pod­czas te­go ry­so­wa­nia, za­sy­pia­łam na­praw­dę moc­no i gdy się bu­dzi­łam, Olek sie­dział w fo­te­lu i mi się przy­glą­dał.

– Ga­pi­łeś się, gdy spa­łam – mó­wi­łam, uśmie­cha­jąc się.

– Pil­no­wa­łem, czy wszyst­ko okej – od­po­wia­dał po­waż­nie.

– A co ni­by mia­ło być nie okej? – mru­cza­łam pod no­sem, wy­grze­bu­jąc się spod ko­ca i za­kła­da­jąc ko­szul­kę.

– Mo­głaś spaść al­bo coś. Do­brze wiesz, że przez sen wierz­gasz.

Nie ża­ło­wa­łam ni­cze­go, prze­sta­łam więc cho­dzić do ko­ścio­ła. Czu­łam, że to nie jest miej­sce dla mnie, bo nie dość, że sy­pia­łam z fa­ce­tem bez ślu­bu, to na do­da­tek ten fa­cet nie był mo­im ofi­cjal­nym fa­ce­tem. Był kimś bli­skim, kto chwi­lo­wo po­miesz­ki­wał w mo­im ży­ciu.

W su­mie więc by­łam bar­dzo kiep­ską kan­dy­dat­ką na pa­nią od ko­mu­nii. Zda­wa­łam so­bie z te­go spra­wę. Ale Grze­siek o tym nie wie­dział, a ja pil­nie po­trze­bo­wa­łam pie­nię­dzy. Po­za tym wy­je­cha­łam na wieś, by uciec od Ol­ka, ist­nia­ła więc szan­sa, że się na­wró­cę.

***

Ko­lej­ny dzień, zgod­nie z pla­nem, po­świę­ci­łam ma­gi­ster­ce. Do­pie­ro póź­nym po­po­łu­dniem wy­bra­łam się na wy­ciecz­kę ro­we­ro­wą – po­sta­no­wi­łam z więk­szym za­an­ga­żo­wa­niem po­pra­co­wać nad kon­dy­cją. Po dro­dze mi­nę­łam pu­sty jesz­cze dom mo­jej bab­ci – zi­mę spę­dza­ła w mie­ście, u cio­ci Tru­dzi, na wieś mia­ła przy­być la­da dzień. Do­je­cha­łam aż pod wil­lę wuj­ków i wi­dząc świa­tło w kuch­ni, po­sta­no­wi­łam wejść. Cio­cia pie­kła cia­sto i bar­dzo się ucie­szy­ła z mo­jej wi­zy­ty.

– Wy­ciecz­ka ro­we­ro­wa bez psów? – za­py­ta­ła.

– Zo­sta­wi­łam je, bo ma­ją ja­kieś re­wo­lu­cje żo­łąd­ko­we. A gdzie Mi­chał?

– Sma­ru­je świ­nie.

Wy­ba­łu­szy­łam oczy.

– Świ­nie ma­my cho­re. Reu­ma­tyzm. I trzy ra­zy dzien­nie je sma­ru­je­my – wy­ja­śni­ła cio­cia, a ja do­sta­łam ata­ku śmie­chu, bo wy­ob­ra­zi­łam so­bie, jak Mi­chał prze­ko­nu­je pro­sia­ki, by od­da­ły się za­bie­gom ko­sme­tycz­nym i w tym ce­lu wy­cią­gnę­ły nóż­kę.

Cio­cia też się ro­ze­śmia­ła i po­gro­zi­ła mi pal­cem.

– Nie ma się z cze­go śmiać, tyl­ko ro­bo­ta z ni­mi i pro­ble­my. Co się do­pro­wa­dzi­my do po­rząd­ku, to zno­wu mu­si­my do nich iść, bo po­ra sma­ro­wa­nia.

W tym mo­men­cie trza­snę­ły drzwi wej­ścio­we i do środ­ka wtar­gnął ma­ło przy­jem­ny za­pach.

– Pod prysz­nic! – huk­nę­ła cio­cia. – Do­brze, że ma­my te­raz ty­le ła­zie­nek – uśmiech­nę­ła się.

Wu­jek i Mi­chał za­sta­li nas przy her­bat­ce i cie­ście. Oczy­wi­ście chwi­lę póź­niej zo­sta­łam wy­cią­gnię­ta na gó­rę, bo wszyst­ko już po­ma­lo­wa­no. Mi­chał był dum­ny ze swe­go dzie­ła.

– Ju­tro przy­wo­żą łóż­ka, a za ty­dzień resz­tę me­bli. Te­raz tyl­ko mu­si­my zro­bić zdję­cia na stro­nę in­ter­ne­to­wą. Zna­la­złem też pięk­ną klacz, ale nie wiem, jak o tym po­wie­dzieć Ba­ś­ce...

– Cze­mu? – za­py­ta­łam, sia­da­jąc na ma­te­ra­cu. Był to je­dy­ny me­bel w zie­lo­nym, ogrom­nym po­ko­ju, prze­zna­czo­nym w przy­szło­ści dla ro­dzi­ców z dziec­kiem.

– Bo że­by ją ku­pić, mu­szę sprze­dać au­to. – Mi­chał po­czo­chrał swo­ją czu­pry­nę w ge­ście za­kło­po­ta­nia. – Baś­ki ro­dzi­ce ma­ją sa­mo­chód, moi też, a za rok, mo­że za dwa la­ta ku­pi­my wła­sny. Na dzień dzi­siej­szy bar­dziej po­trze­bu­ję kla­czy, bo jaz­da kon­na ma być jed­ną z atrak­cji.

Uśmiech­nę­łam się.

– Za­wsze ma­rzy­łeś o stad­ni­nie.

Usiadł obok mnie.

– Ży­cie po­le­ga na speł­nia­niu ma­rzeń. Na ni­czym wię­cej.

Cio­cia przy­nio­sła nam ga­la­ret­ki. Mnie – czer­wo­ną, je­mu – zie­lo­ną. Po­czu­łam się jak na­sto­lat­ka, bez­piecz­nie i ra­do­śnie. Wszel­kie stra­chy zo­sta­ły za drzwia­mi. Pach­nia­ło far­bą i wio­sną. Je­dli­śmy na le­żą­co, wspo­mi­na­jąc na­sze wa­ka­cyj­ne przy­go­dy sprzed lat. Mi­chał kar­mił mnie swo­ją ga­la­ret­ką, bo twier­dził, że zie­lo­na jest lep­sza.

Tak nas za­sta­ła Baś­ka.


Baśka

Wysoka, dosyć ładna blondynka. Trochę zaniedbana, ale długie nogi i pokaźny biuścioch sprawiały, że zawsze cieszyła się dużym powodzeniem.

– Mia­łeś po­ma­gać ta­cie – po­wie­dzia­ła po­wo­li.

– Po­ma­ga­łem. – Mi­chał wstał i po­ca­ło­wał ją w po­li­czek.

Po­wia­ło chło­dem. Mi­chał sta­rał się ra­to­wać sy­tu­ację, mo­że na­wet wy­da­wa­ło mu się, że ją ura­to­wał, ale mię­dzy mną i Baś­ką wy­rósł mur.

***

Na Masz­kar­ce cze­ka­ły na mnie nie tyl­ko stę­sk­nio­ne psy, ale też nie­spo­dzian­ka. Ko­mór­kę po tym, jak zo­sta­łam zmu­szo­na do jej włą­cze­nia, trzy­ma­łam w sza­fie i za­zwy­czaj do­pie­ro wie­czo­rem od­czy­ty­wa­łam ese­me­sy.

SMS od mamy:

Zno­wu nie od­bie­rasz. Za­dzwoń.

SMS od Lu:

W tym ty­go­dniu nie przy­ja­dę, ale za ty­dzień – na bank. Jak się trzy­masz?

SMS od Olka:

Wró­ci­łem. Nie pi­sa­łem, bo nie mia­łem ka­sy na ko­mór­ce. Po­je­cha­łaś na wieś?

SMS od Olka:

Na­praw­dę nie mia­łem ka­sy. Daj znać, co u cie­bie, bo się tro­chu stę­sk­ni­łem.

I dzwo­nił. No pro­szę, pro­szę.

Sie­dzia­łam na ka­na­pie, psy sza­la­ły, bo chcia­ły się ba­wić, a ja in­ten­syw­nie my­śla­łam. Mia­łam ocho­tę z nim po­ga­dać, ale stwier­dzi­łam, że jesz­cze tro­chę go prze­trzy­mam. Niech tę­sk­ni.

Za­dzwo­ni­łam za to do ma­my i uspo­ko­iłam ją, że nic nie spa­li­łam, pom­pa cho­dzi, hy­dro­for też, a ja ży­ję i ro­bię so­bie jar­skie obiad­ki (ziem­nia­ki plus ka­la­fior). Lu nie od­bie­ra­ła. Szko­da, bar­dzo bra­ko­wa­ło mi na­szych bab­skich po­ga­wę­dek.

***

Wio­sen­ne po­ran­ki na Masz­kar­ce by­ły chłod­ne. Po prze­bu­dze­niu za­kła­da­łam coś na pi­ża­mę, wy­pusz­cza­łam zwie­rzy­niec na ogród, ro­bi­łam so­bie ka­kao i za­sia­da­łam w kuch­ni z książ­ką. Te­go dnia za­sia­dłam z ko­mór­ką. Za­miast pu­ścić Ol­ko­wi sy­gnał – za­dzwo­ni­łam do nie­go. Skrę­ca­ło mi żo­łą­dek.

– Hel­lo.

– No, hell­lo­oo! Kur­czę, cze­mu nie pi­szesz?

– Od­po­czy­wam od te­le­fo­nu.

– I jak tam? Nie nu­dzi ci się?

– Nie. Pi­szę so­bie, czy­tam, jeż­dżę na ro­we­rze.

– Kie­dy wra­casz?

– Mo­że ni­g­dy.

– Co???

– Żar­tu­ję. Wró­cę po ob­ro­nie. W czerw­cu.

– Przy­je­chać do cie­bie?

Ma­ma się wściek­nie.

– Hm. Ale ja pi­szę.

– To ja so­bie po­ma­lu­ję.

– A kie­dy?

– Mo­że w we­ek­end?

– Wyj­dę po cie­bie na dwo­rzec.

Tak wła­śnie wy­glą­da­ła mo­ja aser­tyw­ność, je­że­li cho­dzi­ło o Ol­ka. Wie­dzia­łam, że wy­nik­nie z te­go ro­dzin­na afe­ra, ale bar­dzo się cie­szy­łam, że przy­je­dzie.

Zaj­rza­łam do lo­dów­ki. Pust­ki. W port­fe­lu też. Olek jadł jak smok, więc nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że mar­mo­la­dą go nie wy­kar­mię. Sty­pen­dium po­win­nam mieć już na kon­cie, po­sta­no­wi­łam więc przy naj­bliż­szej oka­zji wy­brać się do mia­sta. Mo­że z Mi­cha­łem, któ­ry czę­sto jeź­dził do po­bli­skich Krze­pic.

Emo­cje zro­bi­ły swo­je, mo­je tęt­no sza­la­ło, ale w do­mu pa­no­wa­ło przej­mu­ją­ce zim­no, stwier­dzi­łam więc, że mu­szę na­pa­lić w oby­dwu pie­cach. Odzia­łam się ni­czym praw­dzi­wy wiej­ski chłop i ru­szy­łam do szop­ki. A tam – koń­ców­ka wę­gla. Na­ła­do­wa­łam więc drew­na i przy­tar­ga­łam ca­ły ku­beł do do­mu. Ku­beł nie­wie­le mniej­szy ode mnie. Zro­bi­ło mi się tak go­rą­co, że pa­le­nie w pie­cach ja­koś stra­ci­ło sens.

Ko­lej­ne pół dnia spę­dzi­łam jed­nak na usil­nych pró­bach roz­nie­ce­nia ognia, bo sie­dze­nie w ta­kiej tem­pe­ra­tu­rze na dłuż­szą me­tę nie wcho­dzi­ło w grę. Nie mó­wiąc o spa­niu. W koń­cu po­pro­si­łam o wspar­cie Goś­kę.

– No, pa­li się – po­wie­dzia­ła za­do­wo­lo­na, gdyż ogień po­ja­wił się nie­mal na­tych­miast po tym, jak wzię­ła się do ro­bo­ty.

Nie mia­łam nic do je­dze­nia, a nie mo­głam wyjść, bo ba­łam się, że zno­wu mi zga­śnie! Ugo­to­wa­łam ziem­nia­ki w mun­dur­kach i wró­ci­łam do mo­ich ksią­żek. Gra­tu­lo­wa­łam so­bie te­raz wy­bo­ru te­ma­tu pra­cy ma­gi­ster­skiej: po­wie­ści dla dziew­cząt czy­ta­ło się szyb­ko i mi­ło. Za­dzwo­ni­łam też do Mi­cha­ła. Ucie­szył się z per­spek­ty­wy wspól­ne­go wy­pa­du do mia­sta.

***

In­ten­syw­nie wdra­ża­łam się w spra­wy do­ty­czą­ce ko­mu­nii. Część ma­te­ria­łów Grze­siek przy­słał mi na ma­ila, ale cze­ka­ła mnie jesz­cze wiel­ka pró­ba – spo­tka­nie z ro­dzi­ca­mi dzie­ci.

– Mu­si­my to prze­żyć ni­czym wy­ry­wa­nie zę­ba – stwier­dził Grze­gorz, gdy przy­by­łam na ple­ba­nię. – Im szyb­ciej się ich po­zbę­dzie­my, tym le­piej.

Po ta­kim wstę­pie nie by­ło mi we­so­ło. Ro­dzi­ce – to zna­czy sie­dem mam i jed­na bab­cia – sta­wi­li się punk­tu­al­nie. Część pań by­ła nie­co pod­mi­no­wa­na, bo jak się oka­za­ło, dzień wcze­śniej ode­bra­no go­to­we stro­je dla dziew­czy­nek.

– Pro­szę księ­dza – za­bra­ła głos mło­da, czar­no­wło­sa dziew­czy­na. – Mó­wi­ły­śmy wy­raź­nie, że ko­kard­ki ma­ją być bia­łe!

– A ja­kie są?

– Ró­żo­we! – oznaj­mi­ła z ta­ką mi­ną, jak­by to by­ła tra­ge­dia na­ro­do­wa.

– Ale to chy­ba nie jest pro­blem? – za­py­tał ze spo­ko­jem Grze­gorz.

– Jak nie?! – huk­nę­ła biu­ścia­sta da­ma sie­dzą­ca pod oknem. – Mo­ja cór­ka to nie ja­kaś Do­da elek­tro­da! Ja­skół­ko­wa spe­cjal­nie to zro­bi­ła! Ona skła­da­ła za­mó­wie­nie i zmie­ni­ła ko­lor!

Ja­skół­ko­wa, któ­ra fak­tycz­nie przy­po­mi­na­ła ma­łe­go ptasz­ka, po­kra­śnia­ła.

– Pa­ni Ja­skół­ko­wa – wes­tchnął Grześ – jak to by­ło z tym za­mó­wie­niem?

Wi­no­waj­czy­ni przy­gry­zła war­gi.

– Być mo­że… Być mo­że… ja… – Za­czę­ła wy­ła­my­wać pal­ce u rąk i co­raz bar­dziej się czer­wie­nić. – To Mi­cha­la­ko­wa mnie na­mó­wi­ła. Że tak bę­dzie bar­dziej ele­ganc­ko.

– Wie­dzia­łam! – za­sy­cza­ła mło­da czar­na. – To niech te­raz Mi­cha­la­ko­wa pła­ci za te su­kien­ki! Pro­szę bar­dzo! Nie do­ło­żę ani gro­sza!

Mi­cha­la­ko­wa – ni­ska ko­bie­ta o za­cię­tych, wą­skich ustach, po­cząt­ko­wo szła w za­par­te, a po­tem się roz­pła­ka­ła, że prze­cież ona ma tyl­ko trzy ku­ry i kro­wę i z jed­nej ren­ty trój­kę dzie­ci utrzy­mu­je, i nie stać jej, by wszyst­kim fun­do­wać su­kien­ki. Burz­li­wa dys­ku­sja o tym, kto ma za­pła­cić, trwa­ła pra­wie go­dzi­nę. Prze­ciw­nicz­ki ró­żu by­ły nie­ugię­te.

– Dro­gie pa­nie – po­wie­dział w koń­cu ksiądz – je­śli nie za­pła­ci­cie za stro­je, to za­pew­niam, że nikt nie bę­dzie do­py­ty­wał, dla­cze­go tak się sta­ło, ale wszy­scy za­pa­mię­ta­ją, że dzie­ciak po­szedł ubra­ny w coś, co do nie­go nie na­le­ża­ło. Wie­cie, ja­cy są lu­dzie.

I to wła­ści­wie spra­wę za­ła­twi­ło, cho­ciaż po mi­nach ko­biet wi­dać by­ło, że to tyl­ko chwi­lo­we po­jed­na­nie. Po­ja­wił się jed­nak in­ny pro­blem. Jed­na z mam po od­czy­ta­niu har­mo­no­gra­mu uro­czy­sto­ści oświad­czy­ła:

– Ma­riusz nic nie bę­dzie ro­bił.

– Dla­cze­go? – wy­rwa­ło mi się. Do­tych­czas prze­ma­wiał tyl­ko Grze­gorz.

– Bo on się nie na­da­je.

Zer­k­nę­łam na Grześ­ka. Nie wspo­mi­nał, że któ­reś dziec­ko jest cho­re.

– Niech pa­ni nie prze­sa­dza, po­nie­sie sztan­dar z Emi­lem – po­wie­dział.

– Nie. Zno­wu mi wsty­du na­ro­bi.

– A... ekhe... ekhe... a co mu jest? – za­py­ta­łam.

Mat­ka Ma­riu­sza spio­ru­no­wa­ła mnie wzro­kiem.

– A co ni­by ma mu być?

– Po­my­śla­łam, że je­śli nie mo­że uczest­ni­czyć jak in­ne dzie­ci w uro­czy­sto­ści to... eee... yyy... że coś mu jest – wy­ja­śni­łam ma­ło dy­plo­ma­tycz­nie.

– Dzie­ciak nor­mal­ny, je­śli pa­ni o to cho­dzi, tyl­ko ma­zgaj i fajt­ła­pa. Wszyst­ko ze­psu­je. Cho­dzą­ce nie­szczę­ście, nic przy do­mu ani przy zwie­rza­kach nie zro­bi.

– Nie­sie­nie sztan­da­ru nie jest skom­pli­ko­wa­ne – wy­bą­ka­łam.

– Mó­wię nie, to nie! – huk­nę­ła.

Grze­siek dał mi znak ocza­mi, że­bym so­bie da­ro­wa­ła wszel­kie uwa­gi.

Gdy zo­sta­li­śmy sa­mi i wy­szli­śmy przed ko­ściół, wes­tchnę­łam.

– Mam na­dzie­ję, że dzie­ci są mil­sze niż ich ro­dzi­ce.

– Dzie­ci – jak to dzie­ci. Nie licz, że bę­dzie ła­two.

– Te­raz mi to mó­wisz?

– Ale pa­mię­taj o wy­pła­cie – uśmiech­nął się prze­bie­gle. W je­go błę­kit­nych oczach od­bi­ja­ły się pięk­ne sta­re li­py, któ­re ro­sły wo­kół drew­nia­nej, wie­ko­wej świą­ty­ni.

***

Z ulgą i po­czu­ciem do­brze speł­nio­ne­go obo­wiąz­ku wró­ci­łam na Masz­kar­kę. Zro­bi­łam so­bie gril­la i czy­ta­łam książ­ki, huś­ta­jąc się w ogro­dzie oraz ese­me­su­jąc.

SMS od Olka:

I jak tam? Go­to­wa na mo­je przy­by­cie? Oby po­go­da do­pi­sa­ła.

SMS ode mnie:

Do­pi­sze, do­pi­sze. Już się nie mo­gę do­cze­kać.

SMS od Olka:

Bę­dzie­my się opa­lać i by­czyć :D

SMS od Michała:

Ja­dę w pon. obej­rzeć klacz pod Po­znań. Je­dziesz ze mną?

(Osza­lał??? A co z na­rze­czo­ną?).

SMS ode mnie:

Ra­czej nie, bo bę­dę mieć go­ścia. Weź Baś­kę.

SMS od Michała:

Nie mo­gę, bo się wściek­nie, nie chce sły­szeć o ko­niu. Go­ścia?

SMS ode mnie:

Go­ścia :P

***

– Ja­kie­go go­ścia? – za­py­tał Mi­chał na­stęp­ne­go dnia o świ­cie, czy­li oko­ło go­dzi­ny dzie­wią­tej. Był jak zwy­kle w wy­śmie­ni­tym hu­mo­rze. Stał w drzwiach ła­zien­ki opar­ty o fra­mu­gę i pa­trzył, jak tu­szu­ję oko.

– Mi­łe­go – uśmiech­nę­łam się.

– Aha – po­wie­dział ze zro­zu­mie­niem.

– Ale nie mów swo­jej ma­mie, bo mo­ja nie mo­że się o tym do­wie­dzieć.

– To bę­dzie trud­ne. Na­st­ka, to jest wio­cha, nic nie ukry­jesz.

– Ewen­tu­al­nie po­wiem, że przy­je­chał nie­spo­dzie­wa­nie. A na ra­zie po­trze­bu­ję du­żo je­dze­nia.

Po­je­cha­li­śmy do Krze­pic, naj­bliż­sze­go mia­stecz­ka o ni­skich dom­kach. Ko­cha­łam je rów­nie moc­no, jak Masz­kar­kę, i chło­nę­łam je­go nie­po­wta­rzal­ną at­mos­fe­rę. Po­dob­no do za­miesz­ka­nia ta­kie mia­stecz­ka są naj­gor­sze – jest bar­dziej ano­ni­mo­wo niż na wsi, ale rów­nie ma­ło w nich roz­ry­wek.

Już sa­ma po­dróż by­ła – jak to z Mi­cha­łem – prze­mi­ła.

– Te­eego chcia­łam, byś znik­nął raz na za­wsze, to do­sta­łam... – śpie­wał. – No, Na­st­ka! Śpie­waj! Śpie­waj!

Śmia­łam się i śpie­wa­łam ra­zem z nim, cho­ciaż żad­ne z nas nie po­win­no te­go ro­bić. Wy­li­śmy kosz­mar­nie, a mer­ce­des mknął as­fal­tów­ką wśród pól, któ­re zro­bi­ły się zie­lo­ne i so­czy­ste. W Krze­pi­cach ku­pi­li­śmy po­trzeb­ne pro­duk­ty i po­szli­śmy na ry­nek na Naj­lep­sze Lo­dy na Świe­cie, ro­bio­ne we­dług spe­cjal­nej re­cep­tu­ry. Za­wsze mi się wy­da­wa­ło, że gdy­bym zja­wi­ła się tam za sto lat, w bud­ce z lo­da­mi sprze­da­wa­ła­by ta sa­ma ko­bie­ta. By­ła tam, od­kąd pa­mię­tam.

– Je­steś z tym fa­ce­tem czy za­mie­rzasz być? – za­py­tał Mi­chał.

No wła­śnie, Ol­ku – je­stem z to­bą czy za­mie­rzam być?

– Trud­no po­wie­dzieć.

– Ta od­po­wiedź nie wró­ży do­brze.

– Ow­szem, nie wró­ży. Mo­gę na to­bie wy­pró­bo­wać na­le­śni­ki?

– Wła­ści­wie tak. Do Baś­ki przy­jeż­dża ku­zyn­ka, więc wie­czór mam wol­ny.

***

Przed przy­by­ciem Mi­cha­ła nie­co po­sprzą­ta­łam i ku­pi­łam wi­no mar­ki wi­no w na­szym wiej­skim skle­pie. Cie­szy­łam się, że w koń­cu nie bę­dę sa­ma.

W ży­ciu nie sma­ży­łam na­le­śni­ków, ale wy­da­wa­ło mi się to ła­twe, tym bar­dziej że mia­łam no­wy blen­der. Ma­ma spre­zen­to­wa­ła go ta­cie do oka­zjo­nal­ne­go ro­bie­nia piąt­ko­wych jar­skich obia­dów, ale skoń­czy­ło się na pla­nach i blen­der le­żał w kre­den­sie.

Mi­chał przy­je­chał, gdy za­czy­na­łam ro­bić cia­sto.

– Po­ra­dzisz so­bie? – za­py­tał, bo wła­śnie wal­czy­łam ze sprzę­tem.

– Ja­sne.

– To ja włą­czę kom­pu­ter, po­ka­żę ci na­szą stro­nę i tę klacz, któ­rą chcę ku­pić.

Blen­der ze­psuł się po pa­ru mi­nu­tach. Wła­ści­wie to się spa­lił.

– Co tak śmier­dzi? – za­wo­łał z po­ko­ju Mi­chał.

– Kur­czę, to dzia­do­stwo się zja­ra­ło! Ro­dzi­ce mnie za­bi­ją.

– Za dłu­go cho­dził.

– No jak za dłu­go? Chwi­lę. Le­wy był.

– Po­każ. – Mi­chał obej­rzał blen­der, wło­żył go do zle­wo­zmy­wa­ka i roz­ro­bił cia­sto ręcz­nie. – Usma­żysz?

– Spró­bu­ję – skrzy­wi­łam się.

Nie do­wie­rzał mi i nad­zo­ro­wał, co ro­bię. Na szczę­ście. Sma­że­nie na­le­śni­ków nie jest ła­twe. Na­le­śni­ki są zło­śli­wy­mi stwo­rze­nia­mi, któ­re wy­cho­dzą za gru­be, za cien­kie al­bo w ka­wał­kach, ewen­tu­al­nie nie­co się przy­pa­la­ją.

– Nie wie­dzia­łam, że tak do­brze ra­dzisz so­bie w kuch­ni – po­wie­dzia­łam, gdy je­dli­śmy to, co oca­la­ło dzię­ki Mi­cha­ło­wi.

– By­łem w Ir­lan­dii bez ma­my, nie za­po­mi­naj o tym. W tych na­le­śni­kach coś jest... Tfu.

– Co ni­by?

Mi­chał przyj­rzał się te­mu, co wy­cią­gnął z ust.

– Fo­lia.

– Chy­ba osza­la­łeś. – Ukro­iłam so­bie spo­ry kęs i po chwi­li stwier­dzi­łam: – Rze­czy­wi­ście.

Za­re­cho­ta­łam. Mi­chał po­pa­trzył na mnie roz­ba­wio­ny.

– Nie zdję­łam fo­lii ochron­nej z blen­de­ra. I dla­te­go się spa­lił. Na­le­śni­ki z fo­lią tyl­ko u Ana­sta­zji!

Sprząt­nę­łam ze sto­łu nie­szczę­sne da­nie i zro­bi­łam to, co za­wsze mi się uda­wa­ło – sa­łat­kę z po­mi­do­rów.

– Mo­ja bab­cia go­tu­je fe­no­me­nal­nie, mo­ja ma­ma też, a mnie ja­koś nic nie wy­cho­dzi. To nie­spra­wie­dli­we – na­rze­ka­łam.

– O, wi­dzisz, to ona. – Mi­chał w ogó­le mnie nie słu­chał i po­ka­zy­wał w In­ter­ne­cie pięk­ną klacz o mniej ład­nym imie­niu Be­la. – W sam raz. Patrz, tu jest uję­cie z bo­ku.

Pół wie­czo­ru mó­wił tyl­ko o niej, ale zu­peł­nie mi to nie prze­szka­dza­ło. Opo­wia­dał z pa­sją, a ja my­śla­łam o tym, że ten in­te­res na­praw­dę mo­że mu wy­pa­lić. En­tu­zja­zmem, opty­mi­zmem i po­my­sła­mi na agro­tu­ry­stycz­ne atrak­cje Mi­chał mógł­by ob­dzie­lić pół wio­ski.

***

Gdy na­stęp­ne­go dnia za­dzwo­nił bu­dzik, by­łam nie­wy­spa­na (przy­zwy­cza­iłam się do sie­dze­nia po no­cach i spa­nia do po­łu­dnia), ale tak pod­eks­cy­to­wa­na, że wy­sko­czy­łam z łóż­ka peł­na ener­gii. Ra­nek był sło­necz­ny, a mo­je psy zdzi­wio­ne wcze­sną po­bud­ką.

Sto­jąc na dwor­cu, po­wta­rza­łam so­bie, że nie mo­gę oka­zy­wać emo­cji. Wie­dzia­łam, że nic nie przy­słu­ży się bar­dziej mo­jej re­la­cji z Ol­kiem, jak lek­ki dy­stans.

Ale se­kun­dę po tym, jak wy­siadł z po­cią­gu, ca­ło­wa­li­śmy się jak wa­ria­ci.

– Tę­sk­ni­łam, tę­sk­ni­łam, tę­sk­ni­łam – po­wta­rza­łam, za­po­mi­na­jąc o tym, że mia­łam być twar­da. Nie re­je­stro­wa­łam zu­peł­nie, że ga­pi się na nas ca­ły pe­ron, je­dy­ny zresz­tą na tej ma­leń­kiej sta­cji.

Oczy­wi­ście po wej­ściu do do­mu Olek za­py­tał, co ma­my do­bre­go do je­dze­nia. Sam nie przy­wiózł na­wet mar­nej kieł­ba­ski, ale dy­plo­ma­tycz­nie to prze­mil­cza­łam. Zro­bi­li­śmy so­bie gril­la. Po­tem huś­ta­li­śmy się i wy­grze­wa­li­śmy na słoń­cu.

– Mo­że przej­dzie­my się z psa­mi? – za­py­ta­łam.

– Nie, nie chce mi się. My­ślę, że tu mi­lej spę­dzi­my czas – uśmiech­nął się i przy­cią­gnął mnie do sie­bie sta­now­czym ge­stem.

To był sym­pa­tycz­ny dzień. Prze­ko­ma­rza­li­śmy się, ca­ło­wa­li­śmy jak li­ce­ali­ści, roz­ma­wia­li­śmy (na­praw­dę!) i le­niu­cho­wa­li­śmy. Jak­by nic nie ist­nia­ło po­za na­mi i Masz­kar­ką. Usil­nie sta­ra­łam się nie my­śleć o ma­mie i jej licz­nych ko­men­ta­rzach, któ­re by się po­ja­wi­ły, gdy­by tyl­ko mo­gła zo­ba­czyć na­szą sie­lan­kę.

***

– Dla­cze­go my na to nie wpa­dli­śmy wcze­śniej? – za­py­tał Olek oko­ło trze­ciej w no­cy. Ci­cho gra­ło ra­dio, pa­li­ła się ma­ła lamp­ka. Le­że­li­śmy przy­tu­le­ni, nadzy, na­kry­ci lek­kim ko­cem. Jesz­cze by­ło nam go­rą­co.

– Na co?

– Błą­ka­li­śmy się, to u mnie, to u cie­bie, wszę­dzie sta­da lu­dzi, a tu ma­my dla sie­bie ca­ły dom.

– Nie roz­śmie­szaj mnie, znasz mo­ją ma­mę. Ro­dzi­ce w ogó­le nie wie­dzą, że tu je­steś.

– Do­my­ślam się.

– Za­cho­wu­ją się, jak­bym by­ła dziec­kiem. Zrób her­ba­tę – za­pro­po­no­wa­łam, bo nie chcia­ło mi się wsta­wać.

– Nie.

– No, idź.

– Nie, tu­taj jest cie­pło i mi­ło – uśmiech­nął się i po­ca­ło­wał mnie na­mięt­nie.

By­wa­ło, że bar­dziej lu­bi­łam go w łóż­ku niż w ży­ciu. Seks opa­no­wał w stop­niu za­do­wa­la­ją­cym, cho­ciaż cza­sa­mi mia­łam wra­że­nie, że po­stę­pu­je ze mną we­dług od daw­na sto­so­wa­ne­go i wy­pró­bo­wa­ne­go sche­ma­tu. Nie do­pusz­cza­łam do sie­bie my­śli na te­mat te­go, z ilo­ma ko­bie­ta­mi ten sche­mat prze­ćwi­czył, ale in­tu­icja mi mó­wi­ła, że by­ło ich wie­le.

– Przy oka­zji do­ło­żysz do pie­ca, że­by nam nie zga­sło – za­chę­ca­łam da­lej.

– Ooo! I to jest ja­kiś ar­gu­ment. – Pa­le­nie w pie­cu by­ło dla Ol­ka nie la­da roz­ryw­ką i ro­bił to z wiel­kim za­an­ga­żo­wa­niem.

– Tyl­ko po­rząd­na ta her­ba­ta, nie si­kacz, jak zwy­kle! – za­wo­ła­łam za nim.

– Bę­dzie, ja­ka bę­dzie! – od­po­wie­dział z kuch­ni swo­im ulu­bio­nym ha­słem.

– Po­rząd­na!

– Wy­mie­szam owo­co­wą z mię­tą, ostat­nio ta­ką pi­łem.

– Nie!!!

– Tak!

Przy­niósł mi pa­ru­ją­cy ku­bek, a ja w mię­dzy­cza­sie za­ło­ży­łam je­go ko­szul­kę, bo aku­rat by­ła pod rę­ką. Usia­dłam po tu­rec­ku i opar­łam się o ścia­nę, go­rą­cą od pie­ca, któ­ry stał z jej dru­giej stro­ny i przy­jem­nie bu­zo­wał. Upi­łam łyk her­ba­ty i oczy nie­mal wy­szły mi z or­bit. Sma­ko­wa­ła jak słod­ki ro­sół, po pro­stu obrzy­dli­wie.

– Co? – za­py­tał. – Zno­wu coś nie tak? Zno­wu coś nie pa­su­je? – zde­ner­wo­wał się i za­brał mi ku­bek, za­nim zdą­ży­łam co­kol­wiek po­wie­dzieć. Wy­pił tro­chę i na­tych­miast opluł pół po­ko­ju. – O fuj! Co to jest?!

– Nie zdą­ży­łam cię ostrzec – ro­ze­śmia­łam się.

– Ohy­da, ohy­da, ohy­da. Ale to by­ła nor­mal­na her­ba­ta – owo­co­wa i mię­ta. Mo­ja jest do­bra, spró­buj.

– Nie! – wzbra­nia­łam się. – Ja­koś mi się ode­chcia­ło.

Do­pie­ro póź­niej oka­za­ło się, że Olek tę her­ba­tę po­so­lił. Sam nie sło­dził i dla­te­go je­go by­ła w po­rząd­ku. Ca­ły Olek – roz­tar­gnio­ny, za­po­mi­nal­ski, tro­chę nie­po­rząd­ny, co do­pro­wa­dza­ło do sza­łu mo­ją ma­mę, bo zda­rza­ło mu się czę­sto coś wy­lać, po­bru­dzić, ze­psuć. Kie­dyś na­wet po­kro­ił (i tym sa­mym znisz­czył) jej te­flo­no­wą pa­tel­nię. Awan­tu­ra by­ła nie­ziem­ska. Ta­ta na­to­miast się wście­kał, bo Olek ni­g­dy nie za­krę­cał co­ca-co­li (przez co ucie­ka­ły bą­bel­ki) i nie cho­wał chle­ba (któ­ry szyb­ko wy­sy­chał i tra­cił świe­żość).

Roz­my­śla­jąc o tym wszyst­kim i uśmie­cha­jąc się do wspo­mnień (więk­szość Ol­ko­wych wpa­dek by­ła na­praw­dę za­baw­na), zro­bi­łam so­bie ka­kao.

Po­tem po­szli­śmy obej­rzeć wschód słoń­ca, bo ho­ry­zont bez wąt­pie­nia był jed­ną z naj­waż­niej­szych za­let tej mo­jej wsi. Z jed­nej stro­ny wy­ra­stał ciem­ny las, ale wo­kół nie­go roz­cią­ga­ły się po­la i czło­wiek miał po­czu­cie prze­strze­ni i nie­ogra­ni­czo­no­ści.

– Wy­wa­li­li mnie z uczel­ni – po­wie­dział Olek. Sie­dzia­łam mu na ko­la­nach, scho­wa­na w je­go ob­ję­ciach.

To by­ła do­bra po­ra na ta­kie wia­do­mo­ści. Wie­dział, że nie mam si­ły się wściec. Chcąc nie chcąc, od ja­kie­goś cza­su ży­łam je­go eg­za­mi­na­mi i stu­dia­mi, prze­py­ty­wa­łam go, pil­no­wa­łam, przy­po­mi­na­łam.

– Jak to – wy­wa­li­li? Prze­cież se­sję zda­łeś cał­kiem nie­źle.

– No, tak. Za­po­mnia­łem od­dać in­deks. I mnie skre­śli­li.

Spoj­rza­łam na nie­go głę­bo­ko za­dzi­wio­na.

– Olek, wy­tłu­macz mi, jak można za­po­mnieć od­dać in­deks?

– Moż­na. Wiesz, mia­łem du­żo spraw, ten wy­jazd i w ogó­le... Tak wy­szło.

– Tyl­ko to­bie się zda­rza­ją ta­kie hi­sto­rie. I co te­raz?

– Hm. Nie wiem.

– Jak to nie wiesz?! Nie na­pi­sa­łeś od­wo­ła­nia?

– Coś tam na­pi­sa­łem.

– Je­steś kom­plet­nie nie­po­waż­ny.

– Je­stem – przy­znał bez skru­chy. – Nie ma­rudź.

– Nie mo­gę po­rząd­nie ma­ru­dzić, bo czu­ję, że za­raz tu za­snę – ziew­nę­łam.

– To idzie­my do łóż­ka.

Za­sy­pia­łam nie­mal szczę­śli­wa. Uwie­rzy­łam, że nasz dziw­ny układ oparł się o ja­kieś fun­da­men­ty, że za do­brze mu ze mną jest, by chciał szu­kać cze­goś in­ne­go. Kła­dłam się do łóż­ka spo­koj­na i na­wet przez myśl mi nie przy­szło, że oto nad­cho­dzi je­den z naj­gor­szych dni w mo­im ży­ciu.

***

Za pierw­szą chmu­rą chmu­ra gna,
a czy­ste nie­bo chwi­lę trwa.
Czy na to ska­zał nas Pan Bóg,
że za chmu­ra­mi chmu­ry znów,
a dla mnie i dla cie­bie łza?
Po wiel­kim ba­lu pu­sty stół,
po kru­chym szczę­ściu zwy­kły ból.
(...) Czy na to ska­zał nas Pan Bóg,
że po czu­ło­ści ser­ca chłód,
a tuż za ra­jem pie­kło jest?
2)

Na­praw­dę nie wiem, co mnie obu­dzi­ło – szcze­ka­nie Fuk­sa, pu­ka­nie do drzwi, dzwo­nią­ca ko­mór­ka czy klak­son. Wy­czoł­ga­łam się z łóż­ka, przedar­łam się przez mo­je psy do drzwi wej­ścio­wych i otwar­łam je na oścież.

– Cześć, ku­zyn­ka – uśmiech­nął się Ma­re­czek. – Już mia­łem wcho­dzić ko­mi­nem. Ty jak zwy­kle w be­tach. A świat cię wzy­wa.


2) Tekst An­drze­ja Brze­skie­go pt. Za pierw­szą chmu­rą wy­ko­ny­wa­ny przez Ma­ry­lę Ro­do­wicz.


Mareczek

Cudowne dziecko. Miłe, mądre, rozsądne, wygadane. A przy tym wszystkim – w ogóle nieirytujące. Jasne oczy, fryzura na jeża. Ukochany wnuczek naszej babci. Miłośnik pomidorowej. Maturzysta.

– O. Wi­dzę, że bi­ba by­ła. – Omiótł spoj­rze­niem du­ży po­kój.

Mó­wi­łam, że chło­pak spo­strze­gaw­czy i w lot wszyst­ko ła­pał. Po­kój wy­glą­dał fa­tal­nie – wszę­dzie le­ża­ły brud­ne na­czy­nia, na­sza gar­de­ro­ba wi­sia­ła na krze­słach, na sto­le sta­ła bu­tel­ka po wi­nie, a w łóż­ku le­żał Olek. Go­ły, ale te­go Ma­re­czek na szczę­ście nie wie­dział.

– Hej. – Po­ma­chał mu.

– Hej – wy­mam­ro­tał mój pół­przy­tom­ny uko­cha­ny. – Na­st­ka, co jest?

– Nie chciał­bym was mar­twić – rzekł po­wo­li Ma­rek – ale za­raz tu bę­dzie bab­cia. I resz­ta to­wa­rzy­cha. Ra­dzę szyb­ko dzia­łać.

– Trzy­maj. – Po­da­łam mu klu­cze od bra­my. – Tyl­ko otwie­raj dłu­go, li­czę na cie­bie!

– Okej, ku­mam – po­wie­dział z uśmie­chem i znik­nął na dwo­rze.

Rzu­ci­łam w Ol­ka ubra­nia­mi.

– No, ru­szaj się!

– Ale ja da­lej nie ro­zu­miem...

– Nie ma co ro­zu­mieć. Kon­tro­la w po­sta­ci ciot­ki Tru­dzi. – Zbie­ra­łam szyb­ko na­czy­nia, że­by za­nieść je do zle­wo­zmy­wa­ka. – Ka­ta­stro­fa. Patrz, ja­ki tu syf. Spa­daj do ła­zien­ki! – huk­nę­łam, wi­dząc, że Olek nie wy­ka­zu­je żad­nych żwaw­szych ru­chów. Jak dziec­ko!

Zdą­ży­łam zgar­nąć ubra­nia do sza­fy i już w drzwiach sta­nę­ła cio­cia w to­wa­rzy­stwie mo­ich uszczę­śli­wio­nych wi­zy­tą go­ści psów.