Nie boję się bezsennych nocy. Tom 1 - Józef Hen - ebook
Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Nie boję się bezsennych nocy. Tom 1 ebook

Józef Hen

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nie boję się bezsennych nocy. Tom 1 - Józef Hen

 

 

Dziennika nie prowadzę. Ale nauczyłem się kłaść obok tapczanu mały notesik, czasem jakieś luźne kartki i długopis. W bezsenne noce, kiedy myśli rozpoczynają swoją męczącą gonitwę, zapalam lampkę i usiłuję je uchwycić. Na chwilę pierzcha udręka. Przestaję bać się bezsennych nocy". Tymi słowami Józef Hen rozpoczyna swoje zapiski z lat powojennych. Krótkie, kilkustronicowe notatki, często skupione wokół jednego wydarzenia, dzieła czy jednej postaci, sprawiają wrażenie pisanych jakby od niechcenia, a wciągają jak najlepsze powieści autora. Znajduje w nich odbicie najnowsza historia Polski, od ostatnich dni II wojny światowej, w której autor uczestniczył, aż po rok 2000, czas podsumowań. Refleksje i wspomnienia Hena, często odważnie idące pod prąd, przenikliwe, wymykające się schematom, przeradzają się w wielką opowieść będącą świadectwem całej epoki, o której dziś nazbyt często nam się wydaje, że wszystko już wiemy. Trzy tomy dzienników pt. Nie boję się bezsennych nocy... po raz pierwszy ukazały się w latach 1987, 1992 i 2001. Niniejsze wznowienie zostało przez autora przejrzane i uzupełnione. Lata przedwojenne i wojenne Józef Hen opisał w książkach Nowolipie (1991) i Najpiękniejsze lata (1996), a tom jego najnowszych zapisków to Dziennik na nowy wiek (2009).

 

Montaigne utrzymywał, że ma prawo pisać o sobie, bo ten jeden przedmiot zgłębił jak nikt, w nim jest uczeńszy od wszystkich uczonych. Dziś wiemy, że nie ma nic mniej pewnego niż próba zgłębienia samego siebie. Żałosna jest nasza wiedza o sobie! Znamy tylko fakty - a o nich też nasza wiedza jest chwiejna. Pewne jest tylko to, co zostało utrwalone - notatki z podróży, spotkania z ludźmi, jakieś drukowane fragmenty, które wydają mi się istotne - wszystkie te świadectwa przytaczam tu na tych samych prawach, co owe zapiski czynione w bezsenne noce.

(fragment)

Opinie o ebooku Nie boję się bezsennych nocy. Tom 1 - Józef Hen

Cytaty z ebooka Nie boję się bezsennych nocy. Tom 1 - Józef Hen

roku 1933 młody reporter Konrad Wrzos ruszył w Polskę, by w szeregu zwięzłych, rzeczowych reportaży dać swojemu pismu (sanacyjnemu, nawiasem mówiąc) obraz tego, jak kryzys ekonomiczny niszczy kraj. Był wszędzie. Dotarł do bezrolnych i do obszarników, do ministrów, bankierów, ekonomistów (wśród nich do Edwarda Lipińskiego, tego samego, który prawie pół stulecia później założył KOR), do fabrykantów i do bezrobotnych, stał w kolejce po zasiłek i gorącą zupkę, rozmawiał ze zredukowanymi górnikami, którzy z narażeniem życia wydobywali węgiel z biedaszybów, ostatnim zaś aktem była rozmowa z prezydentem Mościckim. Powstała z tego książka Oko w oko z kryzysem , którą radzę przeczytać, a nawet przestudiować, wszystkim, którzy chcą dotrzeć do prawdy tamtych czasów, a także zastanowić się nad naszymi. Ale
Pamiętam, gdy podczas wojny, siedemnastolatek, obserwowałem, jak nacjonaliści różnych krajów stają się swoistego rodzaju „internacjonalistami”, podporządkowując się Hitlerowi. Bowiem jest rzeczą znamienną, że jakoś nie widać, by nacjonaliści dążyli do tego, by umiłowany naród żył w wolności i dobrobycie, ciesząc się szczęściem i szacunkiem innych narodów, ale do tego, by nad nim panować. Ideałem jest własnego narodu zdyscyplinowanie. Po prostu: zniewolenie.
Przywódca, według Fromma, potrzebny jest jako „magiczny pomocnik”, ktoś, w kim można kłaść nadzieję, że odmieni nasz los. Ale ludzie, prócz „magicznego pomocnika”, wymyślają także – i jedno się z drugim łączy – magicznego „przeszkadzacza”: masoneria – Żydzi – niecna rodzina – zły sąsiad – komuna – sitwa – agentura – wszelkiego rodzaju spiski – to przez nich nam się źle powodzi! Oni , zawsze jacyś oni.
– Kiedy zaczynałem tak zwaną „działalność”, to zaczynałem ją jako humorysta. I kończę ją jako humorysta... Tylko w środku... W środku właściwie też byłem humorystą. Bo cóż to jest humorysta? To jest taki człowiek, który chodzi między ludźmi i rozgląda się. Może widzi trochę więcej niż inni?
Co właściwie powinienem czuć , przyglądając się napisowi „Jude do gazu”? Przecież nie – obojętność? Powinienem pomyśleć: co ja właściwie tu robię – ja z Reną, moje dzieci, moje wnuki? Napisy z płotów przeniosły się do wnętrza autobusu. Nikt nie okazywał z tego powodu zachwytu, to prawda, ale i wstrętu też nie. Obojętność. Ludzie myślą o swoich sprawach.
Tu, na tym cmentarzu, moich zmarłych nie ma. Rzadko tu bywam, ktoś może powiedzieć: na szczęście. Ale prawda jest inna: unikam tego cmentarza, boję się go. Boję się tej porosłej zdziczałą zielenią pustki. Wyczuwam czającą się w powietrzu groźbę drwiny i profanacji. Bezdomność i opuszczenie tych, którzy tutaj leżą. Ich straszliwą samotność.
(Dobitnie i trafnie sformułował to Jacek Bocheński, żegnając zmarłego Kazimierza Brandysa: „Rasizm to szczególny wynalazek XX wieku, oskarża człowieka o coś, na co człowiek nie ma wpływu. Rasizm prześladuje i może zabić nie za to, kim człowiek jest i co robi, ale za to, jakich miał przodków”.
Powiedziałem jeszcze (wszędzie to powtarzam), że zawaliły się dwie utopie: jedna – socjalistyczna, druga – „solidarnościowa” (jak to będzie idealnie, kiedy „Solidarność” przejmie rządy, wszyscy uczciwi, pracowici – co spotkało się ze śmiechem). A więc jest pustka ideologiczna, bo przecież kapitalizm nie jest ideologią, lecz systemem gospodarczym. I w tę pustkę ładują się nacjonalizm, fanatyzm, szowinizm, nienawiść.
Nasi zbawcy narodu, przywódcy różnych mnożących się ugrupowań, czasem o dziwacznym lub co najmniej anachronicznym programie, nie mają świadomości, że są bezwolni: że porusza nimi niewidzialna ręka rynku politycznego. Że role zostały rozpisane z góry przez Wielkiego Ironistę. Musi być w spektaklu fanatyczny katolik (dziwne, że młody), zaciekły nienawistnik tropiący zdradę i agenturę, musi być ktoś opętany swoim wodzostwem, najlepiej jeśli zapatrzony w Piłsudskiego, potrzebny jest oszołom z mową pełną absurdów i potrzebny niby-chłop wymachujący kosą. I oto pojawiają się nie wiadomo skąd aktorzy i obejmują role. Czasem wyłoni się ktoś bardziej znany, weteran z innych czasów, kto wciąż upiera się, by się pokazać. Grają według scenariusza tragifarsy historycznej. Dopóki nie zostaną wygwizdani... A my, widzowie, zwykli rozsądni ludzie, dziwimy się: skąd się tacy wzięli? Co im do łba strzeliło? Skąd te dziwne teksty? Fatum...
Dopisać coś? Żeby „współbrzmiało”? Nic z tego nie wyjdzie. Poza tym: straciłem serce do tego tekstu. Nie, nie uważam tego telefonu za dobrą wiadomość. „Jestem zniechęcony” – skarżę się Renie. „Do czego?”. „Do wszystkiego”. Przypatruje mi się i nie wie, co powiedzieć. Biorę się do zmywania naczyń. Rena, oczywiście, jak zwykle: „Zostaw to”, co mnie zawsze irytuje, burczę: „Proszę mi nie przeszkadzać!”. Ona, cicho: „Chcesz odzyskać spokój?”. „Nie wiem, czego chcę. Wiem, że mogę tylko zmywać naczynia”.
Eulalia dopytuje się, co Bohatera tak wiązało z Bohaterką? Czy ją wciąż kochał? Nie, już nie kochał, ale jeszcze cierpiał. To cierpienie go z nią wiązało. „Dlaczego tyle piszesz o cierpieniu? Ty chyba sam lubisz cierpieć”. Zaprzeczyłem. Chciałbym tej powieści dać coś w rodzaju szczęśliwego zakończenia. Może tak? W drzwiach (?) kartka: „Jeśli pozwolisz, wrócę do ciebie”. Bez podpisu. Dzwonek u drzwi. „Wróciłam” – słyszy. Ale to nie ona: w drzwiach stoi inna. Ale też – niegdyś, dawno, dawno temu – upragniona. „Och, jak się cieszę” – mówi on. (Uprzejmy). Kilka zdań związanych z prozą życia. Np. pobiegła do łazienki. Słyszał szum wody. Przymknął oczy. „Dobrze – przekonywał siebie. – Tak jest dobrze”. Kiedy wyszła z łazienki, on drzemał. Poczuł na twarzy ciepły dotyk jej warg. Westchnął i przygarnął ją do siebie. Jeżeli istnieje „mniejsze zło”, to może istnieć i „mniejsze szczęście”. Ale szczęście naprawdę – spokojne, pełne czułości. Więc może tak ma to być? Bez cierpienia... Czy będzie
(Pani mieszka w Poznaniu. Przed wojną było to miasto na swój sposób prekursorskie: trawił je antysemityzm bez Żydów; ale wtedy akurat na to nikt nie zwrócił uwagi – ot, mieszczaństwo, katolickie, bogobojne, tradycyjne – widać to się jedno z drugim łączy). „Tak, masz rację – przyznaje B.C. – Ja się nawet dziwiłam, że nic na ten temat nie powiedziałeś. Jakbyś nie zwrócił uwagi”. „Wolałem milczeć, w końcu to twoja matka”. I jeszcze chwilę o tym, że Poznań jest dziś zaskakująco inny. Jeśli nie liczyć wygłupów jakichś wyrostków, których nie brak i gdzie indziej, jest bardziej postępowy, bardziej samodzielny myślowo od wielu innych miast. Zmiana tradycji.