Nic do stracenia - Harlan Coben - ebook
Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 18000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 552 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nic do stracenia - Harlan Coben

Nadzieja i Rozpacz. Dwa miasteczka połączone dwudziestoma kilometrami nieuczęszczanej szosy gdzieś pośród pustynnych bezkresów Kolorado. I przemierzający ją samotnie Jack Reacher, który chce tylko napić się kawy. Rozpacz okazuje się mało gościnnym miejscem. Bez żadnego powodu czterech osiłków próbuje wyrzucić Jacka z miasta. Policja odstawia go do granicy grożąc, że jeśli wróci, trafi do aresztu. Czy mieszkańcy czegoś się boją? Mają coś do ukrycia? Jeśli tak, to się przeliczyli. Bo Reacher nie ma Nic do stracenia. Ani żadnych zahamowań. Dziwne zachowanie przedstawicieli lokalnej władzy wzmaga tylko jego determinację, by wyjaśnić ponure tajemnice, skrywane przez miasto i położony w pobliżu potężny zakład recyklingu złomu. Tajemnice, które mogą mieć związek z odległą wojną, w której giną tysiące ludzi. Jedynym sojusznikiem Jacka będzie młoda policjantka z Nadziei...

Opinie o ebooku Nic do stracenia - Harlan Coben

Fragment ebooka Nic do stracenia - Harlan Coben



















LEE CHILD

Pi­sarz bry­tyj­ski, od 1998 miesz­ka­ją­cy w No­wym Jor­ku. W 2009 wy­bra­ny pre­ze­sem sto­wa­rzy­sze­nia My­ste­ry Wri­ters of Ame­ri­ca. Kształ­cił się na praw­ni­ka, po­tem pra­co­wał w te­atrze i te­le­wi­zji Gra­na­da. Zwol­nio­ny po 18 la­tach z pra­cy w wy­ni­ku re­struk­tu­ry­za­cji, za­in­we­sto­wał we wła­sną ka­rie­rę li­te­rac­ką. W 1997 uka­za­ła się jego pierw­sza po­wieść – Po­ziom śmier­ci. Książ­ka zdo­by­ła na­gro­dę An­tho­ny Award za naj­lep­szy de­biut kry­mi­nal­ny i za­po­cząt­ko­wa­ła se­rię thril­le­rów ze wspól­nym bo­ha­te­rem, by­łym żan­dar­mem woj­sko­wym Jac­kiem Re­ache­rem, m in.: Echo w pło­mie­niach, Siła per­swa­zji, Jed­nym strza­łem, Eli­ta za­bój­ców, Nic do stra­ce­nia, Ju­tro mo­żesz znik­nąć, 61 go­dzin, Cza­sa­mi war­to umrzeć, Ostat­nia spra­wa, Po­szu­ki­wa­nyNe­ver Go Back. Książ­ki Chil­da pu­bli­ko­wa­ne są w 43 kra­jach. W grud­niu 2012 mia­ła miej­sce pre­mie­ra fil­mu Jack Re­acher z To­mem Cru­ise’em w roli głów­nej, opar­te­go na po­wie­ści Jed­nym strza­łem.

www.le­echild.com


Tego au­to­ra

PO­ZIOM ŚMIER­CI

UPRO­WA­DZO­NY

WRÓG BEZ TWA­RZY

PO­DEJ­RZA­NY

ECHO W PŁO­MIE­NIACH

W TAJ­NEJ SŁUŻ­BIE

SIŁA PER­SWA­ZJI

NIE­PRZY­JA­CIEL

JED­NYM STRZA­ŁEM

BEZ LI­TO­ŚCI

ELI­TA ZA­BÓJ­CÓW

NIC DO STRA­CE­NIA

JU­TRO MO­ŻESZ ZNIK­NĄĆ

61 GO­DZIN

CZA­SA­MI WAR­TO UMRZEĆ

OSTAT­NIA SPRA­WA

PO­SZU­KI­WA­NY

NIG­DY NIE WRA­CAJ


Ty­tuł ory­gi­na­łu:

NO­THING TO LOSE

Co­py­ri­ght © Lee Child 2008

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2009

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Bo­gu­sław Staw­ski 2009

Re­dak­cja: Wła­dy­sław Or­dę­ga

Ilu­stra­cja na okład­ce: R-O-M-A/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-072-4

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.


Spis treści

  • O autorze
  • Tego autora
  • Dedykacja
  • Motto
  • Jack Reacher: CV
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
  • 11
  • 12
  • 13
  • 14
  • 15
  • 16
  • 17
  • 18
  • 19
  • 20
  • 21
  • 22
  • 23
  • 24
  • 25
  • 26
  • 27
  • 28
  • 29
  • 30
  • 31
  • 32
  • 33
  • 34
  • 35
  • 36
  • 37
  • 38
  • 39
  • 40
  • 41
  • 42
  • 43
  • 44
  • 45
  • 46
  • 47
  • 48
  • 49
  • 50
  • 51
  • 52
  • 53
  • 54
  • 55
  • 56
  • 57
  • 58
  • 59
  • 60
  • 61
  • 62
  • 63
  • 64
  • 65
  • 67
  • 68
  • 69
  • 70
  • 71
  • 72
  • 73
  • Wywiad z Jackiem Reacherem

Dla Rae Helm­sworth i Ja­ni­ne Wil­son.

Wie­dzą dla­cze­go…


Wy­da­rze­nia opi­sa­ne w ni­niej­szej książ­ce są fik­cyj­ne i poza fak­ta­mi hi­sto­rycz­ny­mi wszel­kie po­do­bień­stwo po­sta­ci książ­ko­wych do osób ży­ją­cych i zmar­łych jest cał­ko­wi­cie przy­pad­ko­we.


Jack Reacher: CV

Imio­na i na­zwi­sko:

Jack Re­acher (dru­gie­go imie­nia nie ma)

Na­ro­do­wość:

Ame­ry­kań­ska

Uro­dzo­ny:

29 paź­dzier­ni­ka 1960 roku

Cha­rak­te­ry­stycz­ne dane:

195 cm; 99-110 kg; 127 cm w klat­ce pier­sio­wej

Ubra­nie:

Kurt­ka 3XLT, dłu­gość no­gaw­ki mie­rzo­na od kro­ku 95 cm

Wy­kształ­ce­nie:

Szko­ły na te­re­nie ame­ry­kań­skich baz woj­sko­wych w Eu­ro­pie i na Da­le­kim Wscho­dzie; Aka­de­mia Woj­sko­wa West Po­int

Prze­bieg służ­by:

13 lat w żan­dar­me­rii ar­mii Sta­nów Zjed­no­czo­nych; w 1990 zde­gra­do­wa­ny z ma­jo­ra do ka­pi­ta­na, zwol­nio­ny do cy­wi­la w ran­dze ma­jo­ra w 1997 roku

Od­zna­cze­nia służ­bo­we:

Wy­so­kie:

Srebr­na Gwiaz­da,

Za Wzo­ro­wą Służ­bę Se­rvi­ce Me­dal, Le­gia Za­słu­gi

Ze środ­ko­wej pół­ki:

Sol­dier’s Me­dal, Brą­zo­wa Gwiaz­da, Pur­pu­ro­we Ser­ce

Z dol­nej pół­ki:

„Junk awards”

Mat­ka:

Jo­se­phi­ne Mo­utier Re­acher, ur. 1930 we Fran­cji, zm. 1990

Oj­ciec:

Żoł­nierz za­wo­do­wy, kor­pus pie­cho­ty mor­skiej, słu­żył w Ko­rei i Wiet­na­mie

Brat:

Joe, ur. 1958, zm. 1997;

5 lat w wy­wia­dzie ar­mii Sta­nów Zjed­no­czo­nych; De­par­ta­ment Skar­bu

Ostat­ni ad­res:

Nie­zna­ny

Cze­go nie ma:

Pra­wa jaz­dy; pra­wa do za­sił­ku fe­de­ral­ne­go; zwro­tu nad­pła­co­ne­go po­dat­ku; do­ku­men­tu ze zdję­ciem; osób na utrzy­ma­niu


1

Czuł, że słoń­ce grze­je po­ło­wą swo­jej mocy, bo wie­dział, co to jest praw­dzi­wy skwar. Było jed­nak wy­star­cza­ją­co go­rą­co, by od­czu­wał nie­po­kój i mdło­ści. Czuł się bar­dzo osła­bio­ny. Nie jadł od sie­dem­dzie­się­ciu dwóch go­dzin i nie pił od czter­dzie­stu ośmiu.

To nie było zwy­kłe wy­czer­pa­nie. Umie­rał i zda­wał so­bie z tego spra­wę.

Ob­ra­zy w mó­zgu za­czę­ły się roz­ma­zy­wać. Wi­dział łódź przy­wią­za­ną do przy­sta­ni prze­gni­łą liną; wal­czy­ła z sil­nym prą­dem rze­ki, któ­ry w koń­cu ją po­ko­nał, uwol­nił, od­cią­gnął od brze­gu. Wi­dział sie­bie jako ma­łe­go chłop­ca sku­lo­ne­go w ło­dzi, spo­glą­da­ją­ce­go bez­sil­nie na brzeg rze­ki i od­da­la­ją­cy się po­most.

A może był to szy­bo­wiec uno­szo­ny bry­zą, zwol­nio­ny z uwię­zi, po­wo­li szy­bu­ją­cy w górę i w dół, z chłop­cem w ka­bi­nie, ob­ser­wu­ją­cym co­raz mniej­sze po­sta­cie na zie­mi, ma­cha­ją­ce, wpa­tru­ją­ce się w nie­go z za­nie­po­ko­jo­ny­mi twa­rza­mi.

W koń­cu te wy­obra­że­nia zu­peł­nie się roz­my­ły, bo sło­wa sta­ły się waż­niej­sze od ob­ra­zów, co było prze­cież ab­sur­dem, sko­ro nig­dy wcze­śniej nie przej­mo­wał się sło­wa­mi. Lecz za­nim umrze, chciał wie­dzieć, któ­re na­le­ża­ły tyl­ko do nie­go. Któ­re z nich opi­sy­wa­ły go naj­le­piej? Czy był już do­ro­sly, czy wciąż po­zo­sta­wał dziec­kiem? „Bądź męż­czy­zną”, ktoś mu po­wie­dział. A inni na­le­ga­li: „To nie wstyd zo­stać chłop­cem”. Był wy­star­cza­ją­co doj­rza­ły, by gło­so­wać, za­bi­jać i umie­rać, co czy­ni­ło go męż­czy­zną. Ale jed­no­cze­śnie za mło­dy, by pić al­ko­hol, na­wet piwo, co spra­wia­ło, że czuł się jak chło­piec. Czy był od­waż­ny, czy może tchórz­li­wy? Chwa­lo­no go za od­wa­gę i wy­zy­wa­no od tchó­rzy. Mó­wio­no o nim: nie­do­sto­so­wa­ny, roz­ko­ja­rzo­ny, obłą­ka­ny, nie­zrów­no­wa­żo­ny, pa­ra­no­icz­ny, za­gu­bio­ny. Ro­zu­miał to i ak­cep­to­wał, oprócz tego jed­ne­go sło­wa – „nie­do­sto­so­wa­ny”. A niby jak miał być „do­sto­so­wa­ny” albo „do­pa­so­wa­ny”? Jak drzwi do fu­try­ny? Może więc wszy­scy lu­dzie byli drzwia­mi? Może wszyst­ko tyl­ko przez nich prze­cho­dzi­ło? Może po­ru­szał nimi wiatr? Przez dłuż­szą chwi­lę za­sta­na­wiał się nad tą kwe­stią, wresz­cie sfru­stro­wa­ny od­bił wszyst­kie my­śli wy­ima­gi­no­wa­nym ki­jem ba­se­bal­lo­wym. Pa­plał jak na­sto­la­tek za­ko­cha­ny w traw­ce.

Jesz­cze pół­to­ra roku wcze­śniej rze­czy­wi­ście nim był.

Osu­nął się na ko­la­na. Wie­dział, że pia­sek jest za­le­d­wie cie­pły, bo prze­cież nie pra­żył w nogi. Był jed­nak wy­star­cza­ją­co go­rą­cy, by go ogrzać. Upadł na twarz wy­czer­pa­ny i wy­cień­czo­ny do gra­nic. Do­sko­na­le zda­wał so­bie spra­wę z tego, że je­śli za­mknie oczy, już nig­dy ich nie otwo­rzy.

Ale był bar­dzo zmę­czo­ny.

Tak bar­dzo, bar­dzo zmę­czo­ny.

Bar­dziej niż ja­ki­kol­wiek męż­czy­zna czy zwy­kły chło­piec mógł­by być zmę­czo­ny.

Za­mknął oczy.


2

Gra­ni­cą po­mię­dzy Na­dzie­ją a Roz­pa­czą była prze­rwa w na­wierzch­ni dro­gi, w miej­scu gdzie koń­czy­ła się dro­ga jed­ne­go, a za­czy­na­ła dro­ga dru­gie­go mia­stecz­ka. Wy­dział dro­go­wnic­twa za­rzą­du mia­sta Na­dzie­ja po­krył dro­gę gru­bą, gład­ką war­stwą as­fal­to­wej na­wierzch­ni. Roz­pacz mia­ła naj­wi­docz­niej mniej­szy bu­dżet miej­ski. To było wi­dać go­łym okiem. Na szu­tro­we i ka­mie­ni­ste pod­ło­że swo­jej dro­gi wy­la­li zwy­kłą smo­łę. W miej­scu po­łą­cze­nia tych dwóch na­wierzch­ni po­wstał uskok o sze­ro­ko­ści kil­ku cen­ty­me­trów wy­peł­nio­ny czy­stym le­pi­kiem. Taka jak­by prze­rwa dy­la­ta­cyj­na. Gra­ni­ca. Li­nia. Jack Re­acher prze­kro­czył ją jed­nym kro­kiem i szedł da­lej. Na­wet nie zwró­cił na nią więk­szej uwa­gi.

Do­pie­ro póź­niej so­bie ją przy­po­mniał. Do­pie­ro póź­niej od­two­rzył ją w pa­mię­ci z naj­drob­niej­szy­mi szcze­gó­ła­mi.

Mia­stecz­ka Na­dzie­ja i Roz­pacz le­ża­ły w sta­nie Ko­lo­ra­do. Re­acher zna­lazł się w Ko­lo­ra­do, bo dwa dni wcze­śniej był w sta­nie Kan­sas, a prze­cież Ko­lo­ra­do gra­ni­czy z Kan­sas. Kie­ro­wał się na po­łu­dnio­wy za­chód. Prze­by­wał wte­dy w Ca­la­is, w sta­nie Ma­ine, gdy przy­szła mu do gło­wy myśl, by prze­je­chać całe Sta­ny na ukos, z Ma­ine aż do San Die­go w Ka­li­for­nii. Ca­la­is było naj­waż­niej­szym mia­stecz­kiem na pół­noc­nym wscho­dzie kra­ju, a San Die­go naj­waż­niej­szym i naj­więk­szym mia­stem na po­łu­dnio­wym za­cho­dzie. Z jed­ne­go naj­bar­dziej wy­su­nię­te­go miej­sca do dru­gie­go. Znad Atlan­ty­ku nad Pa­cy­fik.

Z zim­na i wil­go­ci w cie­pło i su­che po­wie­trze. Je­chał au­to­bu­sem, je­śli miał po­łą­cze­nie, i ła­pał oka­zję, kie­dy go nie miał. Gdy nie mógł zła­pać oka­zji, szedł pie­szo. Do Na­dziei pod­wiózł go eme­ry­to­wa­ny sprze­daw­ca gu­zi­ków swo­im mer­cu­rym grand ma­rqu­is w ko­lo­rze bu­tel­ko­wej zie­le­ni. Stam­tąd wy­ru­szył pie­szo, bo tego ran­ka w kie­run­ku Roz­pa­czy nie je­chał ża­den sa­mo­chód.

Ten fakt też so­bie póź­niej przy­po­mniał. I za­sta­na­wiał się, dla­cze­go nie było żad­ne­go ru­chu w kie­run­ku Roz­pa­czy?

Je­śli już cho­dzi o ten jego wiel­ki plan prze­mie­rze­nia kra­ju po prze­kąt­nej, to tro­chę zbo­czył z kur­su. Wła­ści­wie po­wi­nien był kie­ro­wać się na po­łu­dnio­wy za­chód i prze­kro­czyć gra­ni­cę sta­nu Nowy Mek­syk, ale nie pod­cho­dził zbyt skru­pu­lat­nie do swo­ich pla­nów po­dró­ży. Mo­del Grand Ma­rqu­is był bar­dzo kom­for­to­wą li­mu­zy­ną, a sta­ru­szek skle­pi­karz je­chał pro­sto do Na­dziei od­wie­dzić trój­kę wnu­cząt. Póź­niej miał za­miar udać się do De­nver, by od­wie­dzić ko­lej­ną czwór­kę. Re­acher cier­pli­wie wy­słu­chi­wał ro­dzin­nych hi­sto­rii i cał­ko­wi­cie po­go­dził się z tym, że zro­bi taki mały ob­jazd i po­je­dzie naj­pierw na za­chód, a do­pie­ro póź­niej skie­ru­je się na po­łu­dnie. Może te boki trój­ką­ta, któ­re miał do po­ko­na­nia, oka­żą się cie­kaw­sze od za­le­d­wie jed­ne­go boku? Zna­la­zł­szy się w Na­dziei, spoj­rzał na mapę i wi­dząc, że do Roz­pa­czy jest za­le­d­wie dwa­dzie­ścia kil­ka ki­lo­me­trów, nie mógł oprzeć się chę­ci do­dat­ko­we­go ob­jaz­du. W wy­obraź­ni chy­ba już na­wet dwu­krot­nie po­ko­ny­wał tę wła­śnie tra­sę. Te­raz do­szedł do wnio­sku, że pla­ny na­le­ży do­sto­so­wać do rze­czy­wi­sto­ści, szcze­gól­nie że los dał mu taką moż­li­wość.

To też so­bie póź­niej przy­po­mniał.

Dro­ga po­mię­dzy dwo­ma mia­stecz­ka­mi była pro­stą jak drut dwu­pa­smo­wą szo­są. De­li­kat­nie się wzno­si­ła i kie­ro­wa­ła na za­chód. Nic spe­cjal­ne­go. Ten skra­wek za­chod­nie­go Ko­lo­ra­do był zde­cy­do­wa­nie pła­ski. Zu­peł­nie jak Kan­sas. Choć Jack do­strze­gał wy­pię­trzo­ne Góry Ska­li­ste – nie­bie­ska­we, po­tęż­ne i roz­my­te da­le­ko na li­nii ho­ry­zon­tu. Choć wy­da­wa­ło się, że są bar­dzo bli­sko, rze­czy­wi­stość oka­za­ła się zu­peł­nie inna. Re­acher wspiął się na wznie­sie­nie i sta­nął jak wry­ty. Te­raz zro­zu­miał, dla­cze­go jed­no mia­stecz­ko na­zy­wa­ło się Na­dzie­ja, a dru­gie Roz­pacz. Osad­ni­cy prze­mie­rza­ją­cy kraj ze wscho­du na za­chód sto pięć­dzie­siąt lat temu za­trzy­my­wa­li się w miej­scu, któ­re za­czę­to na­zy­wać Na­dzie­ją, wi­dząc nie­mal na wy­cią­gnię­cie ręki ostat­nią wiel­ką prze­szko­dę do po­ko­na­nia. Po­tem po dniu, ty­go­dniu lub mie­sią­cu prze­rwy ru­sza­li w dro­gę, do­cho­dząc do tego sa­me­go wznie­sie­nia, i do­strze­ga­li, że ów po­zor­nie bli­ski wi­dok Gór Ska­li­stych był okrut­nym psi­ku­sem wy­rzą­dzo­nym przez to­po­gra­fię te­re­nu, złu­dze­niem optycz­nym, za­ła­ma­niem świa­tła. Ze szczy­tu wznie­sie­nia ostat­nia prze­szko­da do po­ko­na­nia oka­zy­wa­ła się zno­wu tak samo od­le­gła, a na­wet jesz­cze bar­dziej nie­osią­gal­na, roz­po­ście­ra­jąc się set­ki ki­lo­me­trów da­lej za nie­koń­czą­cy­mi się rów­ni­na­mi. Może za­czy­na­ła się za ty­sią­ca­mi ki­lo­me­trów, choć to też mo­gło być złu­dze­niem. Re­acher ob­li­czył, że tak na­praw­dę pierw­sze spo­re szczy­ty znaj­do­wa­ły się w od­le­gło­ści oko­ło trzy­stu ki­lo­me­trów. Dłu­gi mie­siąc mar­szu i wle­cze­nia się wo­zów za­przę­żo­nych w muły przez po­zba­wio­ną cha­rak­te­ry­stycz­nych cech dzi­ką ro­ślin­ność, po po­ja­wia­ją­cych się od cza­su do cza­su prze­tar­tych ko­le­inach wy­tło­czo­nych dzie­siąt­ki lat wcze­śniej przez in­nych po­dróż­ni­ków. Albo pół­to­ra mie­sią­ca mar­szu w nie­sprzy­ja­ją­cej po­rze roku. W kon­tek­ście ca­łej wę­drów­ki może nie była to ja­kaś wiel­ka tra­ge­dia, ale z pew­no­ścią gorz­kie roz­cza­ro­wa­nie, wstrząs wy­star­cza­ją­co sil­ny, by peł­nych na­dziei, nie­spo­koj­nych i nie­cier­pli­wych po­dróż­ni­ków po­grą­żyć w roz­pa­czy w cza­sie wy­star­cza­ją­cym na prze­nie­sie­nie wzro­ku z jed­nej kra­wę­dzi ho­ry­zon­tu na dru­gą.

Re­acher zszedł z chro­po­wa­tej na­wierzch­ni dro­gi na­le­żą­cej do okrę­gu mia­sta Roz­pacz i prze­szedł przez pas su­chej i spę­ka­nej zie­mi do wy­sta­ją­cej ska­ły wiel­ko­ści sa­mo­cho­du, pła­skiej jak ława. Roz­cią­gnął się na niej na wznak, splótł ręce pod gło­wą i wpa­try­wał się w nie­bo. Było bla­do­błę­kit­ne, po­prze­ci­na­ne dłu­gi­mi pie­rza­sty­mi chmu­ra­mi, któ­re mo­gły po­wstać ja­kiś czas temu jako śla­dy od­rzu­tu z sil­ni­ków prze­la­tu­ją­ce­go sa­mo­lo­tu trans­kon­ty­nen­tal­ne­go. Daw­niej pew­nie za­pa­lił­by pa­pie­ro­sa, by za­bić czas. Ale rzu­cił pa­le­nie. Ten na­łóg wy­ma­gał­by no­sze­nia ze sobą przy­najm­niej jed­nej pacz­ki pa­pie­ro­sów i za­pa­łek, a prze­cież Re­acher już daw­no temu prze­stał tar­gać ze sobą rze­czy, któ­rych nie po­trze­bo­wał. W kie­sze­niach nie miał nic poza go­tów­ką, nie­waż­nym pasz­por­tem, kar­tą ban­ko­ma­to­wą i skła­da­ną szczo­tecz­ką do zę­bów. Nig­dzie też nic na nie­go nie cze­ka­ło. Nie wy­naj­mo­wał żad­nej prze­cho­wal­ni na swo­je rze­czy, nie trzy­mał ni­cze­go u ko­le­gów. Wszyst­ko, co miał, to za­war­tość kie­sze­ni, rze­czy, w któ­re był ubra­ny, i buty na no­gach. Wła­śnie tyle mu wy­star­cza­ło. Wszyst­ko, cze­go po­trze­bo­wał, i nic, cze­go nie po­trze­bo­wał.

Pod­niósł się i sta­nął na pal­cach. Za nim, na wscho­dzie, roz­cią­ga­ła się niec­ka o roz­pię­to­ści mniej wię­cej dwu­dzie­stu ki­lo­me­trów. Pra­wie w jej cen­trum le­ża­ło mia­stecz­ko Na­dzie­ja. Ob­szar może dzie­się­ciu na sześć kwar­ta­łów za­bu­do­wa­nych mu­ro­wa­ny­mi do­ma­mi ota­cza­ły far­my, sto­do­ły i za­bu­do­wa­nia go­spo­dar­cze z drew­na i bla­chy fa­li­stej. Ra­zem two­rzy­ły cie­płą roz­ma­za­ną pla­mę prze­bi­ja­ją­cą się przez mgieł­kę z na­grza­ne­go po­wie­trza. Przed nim, na za­cho­dzie, gdzie roz­cią­ga­ły się dzie­siąt­ki ty­się­cy ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych pła­skie­go te­re­nu, zu­peł­nie pu­ste­go, po­prze­ci­na­ne­go wstąż­ka­mi od­le­głych dróg, le­ża­ło mia­stecz­ko Roz­pacz od­da­lo­ne od nie­go mniej wię­cej o pięt­na­ście ki­lo­me­trów. Roz­pacz było trud­niej do­strzec niż Na­dzie­ję. Mgieł­ka na za­cho­dzie wy­glą­da­ła na gęst­szą. Choć szcze­gó­ły po­zo­sta­wa­ły nie­wi­docz­ne, to mia­stecz­ko wy­da­wa­ło się więk­sze od Na­dziei. Mia­ło kształt kro­pli z obo­wiąz­ko­wym pla­cem tar­go­wym w cen­trum, lek­ko na po­łu­dnie od głów­nej dro­gi. Za cen­trum mu­sia­ła le­żeć dziel­ni­ca prze­my­sło­wa, bo spo­wi­jał ją smog. Roz­pacz wy­glą­da­ła mniej przy­jem­nie od Na­dziei. Z od­da­li wy­da­wa­ła się zim­na w od­róż­nie­niu od swo­jej cie­płej są­siad­ki; sza­ra tam, gdzie Na­dzie­ja była ko­lo­ro­wa. Roz­pacz nie za­chę­ca­ła do od­wie­dzin. Przez krót­ką chwi­lę Re­acher za­sta­na­wiał się nad po­wro­tem do Na­dziei i wy­ru­sze­niem stam­tąd bez­po­śred­nio na po­łu­dnie, ale od­rzu­cił tę myśl, za­nim zdą­ży­ła się w peł­ni ukształ­to­wać w jego umy­śle. Re­acher nie cier­piał za­wra­cać. Lu­bił przeć do przo­du, nie oglą­dać się za sie­bie. Ży­cie każ­de­go czło­wie­ka wy­ma­ga­ło ja­kiejś głów­nej za­sa­dy po­stę­po­wa­nia, a wła­śnie nie­ustan­ny ruch przed sie­bie stał się za­sa­dą Re­ache­ra.

Póź­niej Jack był zły sam na sie­bie za swój brak ela­stycz­no­ści.

Zszedł ze ska­ły i po­szedł na ukos po pia­sku, do­cho­dząc do as­fal­to­wej dro­gi ja­kieś dwa­dzie­ścia me­trów od miej­sca, w któ­rym z niej zbo­czył. Trzy­ma­jąc się le­wej stro­ny, szedł spo­koj­nie wy­dłu­żo­nym kro­kiem, tro­chę szyb­ciej niż pięć ki­lo­me­trów na go­dzi­nę. Wy­brał lewą stro­nę szo­sy dla więk­sze­go bez­pie­czeń­stwa. Nie było jed­nak żad­ne­go ru­chu. W żad­ną stro­nę. Dro­ga była zu­peł­nie pu­sta. Żad­nych po­jaz­dów. Żad­nych sa­mo­cho­dów, żad­nych cię­ża­ró­wek. Nic. Ani jed­nej szan­sy na zła­pa­nie oka­zji. Re­acher był tym tro­chę za­sko­czo­ny, ale w su­mie wca­le się nie przej­mo­wał. Wie­le razy w swo­im ży­ciu po­ko­ny­wał po­nad­dwu­dzie­sto­ki­lo­me­tro­we dy­stan­se. Za­cze­sał pal­ca­mi do tyłu wło­sy opa­da­ją­ce mu na czo­ło. Zdjął ko­szu­lę i za­rzu­cił ją so­bie na ple­cy. Szedł da­lej w kie­run­ku bli­żej nie­okre­ślo­nej przy­szło­ści.


3

Przed­mie­ście za­czy­na­ło się pu­stym pla­cem, na któ­rym pew­nie pla­no­wa­no coś wy­bu­do­wać ze dwa­dzie­ścia lat temu, ale nic z tego nie wy­szło. Da­lej był mo­tel – za­mknię­ty, pod­nisz­czo­ny, może zu­peł­nie opusz­czo­ny. Po dru­giej stro­nie uli­cy, pięć­dzie­siąt me­trów na za­chód, sta­ła sta­cja ben­zy­no­wa. Dwa sta­re dys­try­bu­to­ry pa­li­wa. Nie ta­kie an­tycz­ne, ty­po­wo wiej­skie, jak na ob­ra­zach Edwar­da Hop­pe­ra, ale i tak kil­ka ge­ne­ra­cji wcze­śniej­sze od współ­cze­snych. Z tyłu znaj­do­wał się mały pa­wi­lon z oknem z brud­ną, za­tłusz­czo­ną szy­bą. Na pa­ra­pe­cie usta­wio­no ka­ni­stry z olej em, usta­wio­ne je­den na dru­gim w kształt pi­ra­mi­dy. Re­acher pod­szedł do pa­wi­lo­nu i wci­snął gło­wę w otwar­te drzwi. W środ­ku było ciem­no, a po­wie­trze in­ten­syw­nie pach­nia­ło kre­ozo­tem i cie­płym su­ro­wym drew­nem. Za ladą stał fa­cet w wy­tar­tym i brud­nym kom­bi­ne­zo­nie. Mniej wię­cej trzy­dzie­sto­let­ni, szczu­pły.

– Ma­cie kawę? – spy­tał go Re­acher.

– To sta­cja ben­zy­no­wa – od­po­wie­dział ty­pek.

– Sta­cje ben­zy­no­we sprze­da­ją kawę, wodę i na­po­je – od­parł Jack.

– Ale ta nie – oznaj­mił sprze­daw­ca. – Ta sprze­da­je ben­zy­nę.

– I olej.

– Je­śli jest ko­muś po­trzeb­ny.

– A czy ma­cie ja­kąś ka­wiar­nię w mia­stecz­ku?

– Jest re­stau­ra­cja.

– Tyl­ko jed­na?

– Jed­na nam zu­peł­nie wy­star­cza.

Re­acher wy­co­fał się na świa­tło dzien­ne i od­szedł. Ja­kieś sto me­trów da­lej obok jezd­ni po­ja­wi­ły się chod­ni­ki, a dro­ga zmie­ni­ła się w uli­cę Main Stre­et, jak gło­si­ła na­zwa na słu­pie. Trzy­dzie­ści me­trów da­lej po le­wej stro­nie po­ja­wił się nor­mal­ny za­bu­do­wa­ny kwar­tał miej­ski. Jego głów­nym ele­men­tem skła­do­wym był od­py­cha­ją­cy, mu­ro­wa­ny, dwu­pię­tro­wy bu­dy­nek. Daw­niej mógł to być skład su­szo­nej żyw­no­ści. Te­raz też chy­ba peł­nił ja­kąś han­dlo­wą funk­cję. Przez za­ku­rzo­ne szy­by Re­acher do­strzegł trzech klien­tów, ru­lo­ny tka­nin i pla­sti­ko­we na­czy­nia do­mo­we. Obok był na­stęp­ny, iden­tycz­ny dwu­pię­tro­wy bu­dy­nek z ce­gły, i na­stęp­ny, i jesz­cze na­stęp­ny. Cen­trum mia­stecz­ka sta­no­wi­ło ja­kieś dwa­na­ście na dwa­na­ście za­bu­do­wa­nych kwar­ta­łów, głów­nie na po­łu­dnie od Main Stre­et. Jack Re­acher nie był znaw­cą ar­chi­tek­tu­ry, a zda­jąc so­bie spra­wę z tego, że jest da­le­ko na za­chód od Mis­si­si­pi, po­my­ślał, że to miej­sce przy­po­mi­na mu mia­stecz­ko prze­my­sło­we w sta­nie Con­nec­ti­cut albo za­bu­do­wa­nia por­to­we Cin­cin­na­ti. Było zwy­kłe, su­ro­we, sza­re i prze­sta­rza­łe. Oglą­dał fil­my o ma­łych mia­stecz­kach Ame­ry­ki, gdzie fron­ty bu­dyn­ków i uli­ce przy­ozda­bia­no kunsz­tow­nie do fil­mo­wa­nia, by wy­glą­da­ły bar­dziej ko­lo­ro­wo i ży­wio­ło­wo oraz by za­kryć sza­rą rze­czy­wi­stość. To miej­sce było ich do­kład­nym prze­ci­wień­stwem, jak­by ja­kiś sce­na­rzy­sta i cała gru­pa asy­sten­tów pla­nu strasz­nie się po­sta­ra­li, by mia­stecz­ko wy­glą­da­ło jesz­cze bar­dziej po­nu­ro i nie­chluj­nie niż zwy­kle. Na uli­cach był nie­wiel­ki ruch. Sa­mo­cho­dy oso­bo­we i pick-upy wlo­kły się bez po­śpie­chu. Ża­den z nich nie miał mniej niż trzy lata. Kil­ku prze­chod­niów snu­ło się na chod­ni­kach.

Re­acher skrę­cił bez na­my­słu w lewo i po­sta­no­wił zna­leźć obie­ca­ną re­stau­ra­cję. Za­nim do niej do­tarł, prze­szedł ze dwa­na­ście prze­cznic, mi­nął sklep spo­żyw­czy, za­kład fry­zjer­ski, bar, ka­mie­ni­cę z po­ko­ja­mi do wy­na­ję­cia i wy­bla­kły sta­ry ho­tel. Re­stau­ra­cja zaj­mo­wa­ła cały par­ter jed­nej z tych nud­nych ce­gla­nych ko­stek wy­peł­nia­ją­cych kwar­ta­ły ulic. Wnę­trze mia­ło wy­so­ki su­fit, a więk­szość ścian była prze­szklo­na od zie­mi do su­fi­tu. Cał­kiem moż­li­we, że mie­ścił się tu kie­dyś sa­lon sa­mo­cho­do­wy. Pod­ło­ga zo­sta­ła wy­ło­żo­na płyt­ka­mi, sto­ły i krze­sła były pro­ste, brą­zo­we i drew­nia­ne i pach­nia­ły go­to­wa­ny­mi wa­rzy­wa­mi. Tuż za drzwia­mi sta­ła mała lada re­cep­cyj­na z mo­sięż­ną ta­blicz­ką umo­co­wa­ną na nóż­ce przy­cze­pio­nej do cięż­kiej pod­sta­wy. Ta­blicz­ka gło­si­ła: „Pro­szę cze­kać na wska­za­nie sto­li­ka”. Ta­kie same ta­blicz­ki wi­dział we wszyst­kich re­stau­ra­cjach, od oce­anu po oce­an. Ta sama treść, ten sam od­cień mo­sią­dzu, ten sam kształt. Do­my­ślił się, że pew­nie ja­kaś fir­ma han­dlu­ją­ca wy­po­sa­że­niem re­stau­ra­cji mu­sia­ła sprze­dać ich mi­lio­ny. Iden­tycz­ne sta­ły w re­stau­ra­cjach w Ca­la­is, w Ma­ine. Spo­dzie­wał się, że zo­ba­czy je jesz­cze w San Die­go w Ka­li­for­nii. Stał przy la­dzie i cze­kał.

I cze­kał.

W środ­ku było je­de­na­stu klien­tów. Wszy­scy je­dli. Trzy pary, trój­ka zna­jo­mych i dwa sin­gle. Jed­na kel­ner­ka. Nikt przy ba­rze. Nikt przy la­dzie re­cep­cyj­nej. W su­mie nic nie­zwy­kłe­go. Re­acher ja­dał w ty­sią­cach po­dob­nych miejsc i znał ich rytm pra­cy. Je­dy­na kel­ner­ka wkrót­ce od­wró­ci się do nie­go i ski­nie gło­wą na przy­wi­ta­nie, jak­by mó­wi­ła: „Za­raz do pana po­dej­dę”. Przyj­mie za­mó­wie­nie, przy­nie­sie da­nie na ta­le­rzu i znik­nie, po­pra­wia­jąc opa­da­ją­cy na po­licz­ki ko­smyk wło­sów w ge­ście bę­dą­cym za­rów­no prze­pro­sze­niem, jak i proś­bą o zro­zu­mie­nie. Weź­mie kar­tę dań i za­pro­wa­dzi go do sto­li­ka, po czym uciek­nie, by przy­być po­now­nie i po­wtó­rzyć ty­po­wy ry­tu­ał z za­ma­wia­niem.

Ale tu­taj kel­ner­ka nie za­cho­wa­ła się w taki spo­sób.

Owszem, spoj­rza­ła w stro­nę Jac­ka, ale nie ski­nę­ła gło­wą. Po­pa­trzy­ła na nie­go przez dłu­gą se­kun­dę i od­wró­ci­ła wzrok. Za­ję­ła się tym, co ro­bi­ła wcze­śniej. A wcze­śniej w za­sa­dzie nie­wie­le ro­bi­ła. Cała je­de­nast­ka była już spa­cy­fi­ko­wa­na, a ona po pro­stu wy­my­śla­ła so­bie pra­cę. Za­trzy­my­wa­ła się przy sto­li­kach i py­ta­ła klien­tów, czy wszyst­ko jest w po­rząd­ku, do­le­wa­ła im kawy, je­śli było jej mniej niż na dwa cen­ty­me­try od kra­wę­dzi fi­li­żan­ki. Re­acher od­wró­cił się, by spraw­dzić, czy może nie po­my­li­ły mu się go­dzi­ny otwar­cia re­stau­ra­cji. Może wła­śnie mie­li za­my­kać? Nie. Do­dat­ko­wo spraw­dził swo­je od­bi­cie w lu­strze, czy nie po­peł­nia strasz­ne­go spo­łecz­ne­go wy­kro­cze­nia swo­im ubio­rem. Ale nie. Miał na so­bie ciem­no­sza­re spodnie i pa­su­ją­cą do nich ciem­no­sza­rą ko­szu­lę, odzież ku­pio­ną dwa dni wcze­śniej w skle­pie z ubra­nia­mi ro­bo­czy­mi w Kan­sas. Skle­py z ubra­nia­mi ro­bo­czy­mi były jego naj­now­szym od­kry­ciem. Zwy­kłe, moc­ne, do­brze uszy­te ciu­chy za roz­sąd­ną cenę. Wy­glą­dał do­sko­na­le. Wło­sy krót­kie i za­cze­sa­ne. Go­lił się po­przed­nie­go ran­ka. Roz­po­rek miał za­su­nię­ty.

Od­wró­cił się i cze­kał.

Go­ście re­stau­ra­cji za­czę­li mu się przy­glą­dać. Je­den po dru­gim. Cał­kiem otwar­cie lu­stro­wa­li go wzro­kiem i wra­ca­li do­je­dze­nia. Kel­ner­ka po­wo­li zro­bi­ła swo­ją run­dę po ca­łej sali, pa­trząc wszę­dzie, byle nie na nie­go. Stał nie­ru­cho­mo, ana­li­zu­jąc sy­tu­ację w swo­jej mó­zgo­wej ba­zie da­nych, sta­ra­jąc się ją zro­zu­mieć. Wresz­cie stra­cił cier­pli­wość, mi­nął ta­blicz­kę, wszedł na salę i usiadł przy sto­li­ku dla czte­rech osób. Kel­ner­ka ob­ser­wo­wa­ła jego za­cho­wa­nie i po chwi­li wy­szła do kuch­ni.

Już nie wró­ci­ła.

Re­acher sie­dział i cze­kał. Na sali pa­no­wa­ła ci­sza. Żad­nych roz­mów. Żad­nych dźwię­ków, poza ci­chym me­ta­licz­nym szu­ra­niem sztuć­ców po ta­ler­zach, mla­ska­niem, ce­ra­micz­nym stu­kiem fi­li­ża­nek po­wo­li opusz­cza­nych na ta­le­rzy­ki i drew­nia­nym trzesz­cze­niem nóg krze­seł pod cię­ża­rem lu­dzi zmie­nia­ją­cych po­zy­cję. Moż­na było od­nieść wra­że­nie, że te drob­ne ha­ła­sy po­tę­go­wa­ły się i po­przez ol­brzy­mią po­wierzch­nię pły­tek pod­ło­go­wych, aż do mo­men­tu gdy wy­da­wa­ły się wręcz prze­ra­ża­ją­co gło­śne.

Nic się nie wy­da­rzy­ło przez pra­wie dzie­sięć mi­nut.

Wte­dy pod re­stau­ra­cję pod­je­chał sta­ry pick-up z po­dwój­ną ka­bi­ną pa­sa­żer­ską i za­trzy­mał się przed sa­my­mi drzwia­mi. Po se­kun­dzie z sa­mo­cho­du wy­sia­dło czte­rech fa­ce­tów. Przez chwi­lę two­rzy­li zbi­tą for­ma­cję na chod­ni­ku, po czym we­szli do re­stau­ra­cji. Za­trzy­ma­li się na mo­ment i roz­glą­da­li po sali, do­pó­ki nie od­na­leź­li swo­je­go celu. Po­de­szli od razu do sto­li­ka, przy któ­rym sie­dział Re­acher. Trzech z nich usia­dło na wol­nych krze­słach, czwar­ty stał u szczy­tu sto­łu, blo­ku­jąc Re­ache­ro­wi dro­gę uciecz­ki.


4

Ci czte­rej fa­ce­ci byli słusz­ne­go wzro­stu, naj­niż­szy z nich miał ze sto osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów, a naj­lżej­szy wa­żył pew­nie oko­ło dzie­więć­dzie­się­ciu ki­lo­gra­mów. Sil­ne dło­nie, gru­be nad­garst­ki i umię­śnio­ne ra­mio­na. Dwóch z nich mia­ło zła­ma­ne nosy; ża­den nie mógł się po­chwa­lić peł­nym uzę­bie­niem. Byli bla­dzi i ogól­nie wy­glą­da­li nie­zbyt zdro­wo. Brud­ne ubra­nia uzu­peł­niał brud przy­le­pio­ny do za­głę­bień skó­ry, któ­ry po­ły­ski­wał i od­bi­jał świa­tło jak me­tal. Mie­li na so­bie płó­cien­ne ko­szu­le ro­bo­cze z rę­ka­wa­mi pod­wi­nię­ty­mi po­wy­żej łok­ci. Ich wiek moż­na by za­mknąć w gra­ni­cach od trzy­dzie­stu do czter­dzie­stu lat. Wy­glą­da­li, jak­by lu­bi­li spra­wiać lu­dziom kło­po­ty.

– Nie po­trze­bu­ję to­wa­rzy­stwa. Wolę jeść w sa­mot­no­ści – oświad­czył Re­acher.

Ten sto­ją­cy u szczy­tu sto­łu był naj­więk­szy z ca­łej czwór­ki, może o parę cen­ty­me­trów i ja­kieś pięć ki­lo­gra­mów.

– Nie do­sta­niesz tu nic do je­dze­nia.

– Nie? – zdzi­wił się Re­acher.

– Nie, nie tu­taj.

– Ale to jest je­dy­na knaj­pa w tym mie­ście.

– To praw­da.

– No więc jak to?

– Za­bie­raj się stąd.

– Za­bie­raj się?

– Spa­daj!

– Skąd?

– Z tej re­stau­ra­cji!

– A niby dla­cze­go?

– My nie lu­bi­my ob­cych.

– Ja też nie, ale mu­szę gdzieś zjeść, bo za­su­szę się i będę wy­glą­dał tak chu­der­la­wo jak wa­sza cała czwór­ka – stwier­dził Re­acher.

– Dow­cip­niś z cie­bie.

– Mó­wię, jak jest – od­parł Re­acher.

Po­ło­żył dło­nie na bla­cie sto­łu. Wa­żył o pięt­na­ście kilo wię­cej od naj­więk­sze­go z nich i prze­wyż­szał go wzro­stem o co naj­mniej pięć cen­ty­me­trów. Nad po­zo­sta­ły­mi miał oczy­wi­ście więk­szą prze­wa­gę. Chęt­nie za­ło­żył­by się też o to, że ma tro­chę wię­cej do­świad­cze­nia w ta­kich spra­wach i znacz­nie mniej opo­rów wo­bec dzia­ła­nia niż każ­dy z nich. Albo na­wet niż wszy­scy ra­zem wzię­ci. Jed­nak pod­su­mo­wu­jąc, może się oka­zać, że po­sta­wi swo­je sto pięt­na­ście ki­lo­gra­mów prze­ciw­ko ich czte­ry­stu. Nie­zbyt do­bre rów­na­nie. Ale Re­acher nie lu­bił się wy­co­fy­wać.

– Nie chce­my cię tu­taj – ode­zwał się fa­cet sto­ją­cy przy sto­le.

– My­ślę, że my­li­cie mnie z kimś, kto nie ma w du­pie wa­szych za­chcia­nek – od­parł Re­acher.

– Nikt tu cię nie ob­słu­ży.

– Czyż­by?

– Nie licz na to.

– To ty za­mów za mnie.

– I co wte­dy?

– Wte­dy zjem twój lunch.

– Dow­cip­ny je­steś. Ale mu­sisz już stąd wyjść – po­wtó­rzył swo­ją kwe­stię sto­ją­cy męż­czy­zna.

– Dla­cze­go?

– Wy­no­cha stąd!

– A wy ma­cie ja­kieś na­zwi­ska? – za­py­tał Re­acher.

– Nie dla cie­bie. Wy­no­cha!

– Je­śli mam stąd wyjść, to mu­szę to usły­szeć od wła­ści­cie­la. Nie od was.

– Mo­że­my to za­ła­twić.

Fa­cet sto­ją­cy przy sto­le ski­nął gło­wą do jed­ne­go z sie­dzą­cych, a ten od­su­nął krze­sło, wstał i skie­ro­wał się do kuch­ni. Ja­kąś mi­nu­tę póź­niej wró­cił z męż­czy­zną prze­pa­sa­nym po­pla­mio­nym far­tu­chem. Gość w far­tu­chu wy­cie­rał ręce w ścier­kę do na­czyń i nie wy­glą­dał na szcze­gól­nie prze­ję­te­go ani za­stra­szo­ne­go. Pod­szedł pro­sto do sto­li­ka Re­ache­ra i po­wie­dział:

– Pro­szę, by opu­ścił pan moją re­stau­ra­cję.

– Ale dla­cze­go? – do­ma­gał się wy­ja­śnie­nia Jack.

– Nie mu­szę się panu tłu­ma­czyć.

– Pan jest wła­ści­cie­lem?

– Tak.

– Do­bra. Wyj­dę, jak do­sta­nę fi­li­żan­kę kawy – za­pro­po­no­wał Re­acher.

– Nie, wyj­dzie pan te­raz.

– Czar­ną, bez cu­kru.

– Nie chcę tu kło­po­tów.

– Wy już ma­cie kło­po­ty. Je­śli do­sta­nę fi­li­żan­kę kawy, to wyj­dę. Je­śli zo­sta­nę ob­słu­żo­ny, a ci go­ście będą pró­bo­wa­li wy­rzu­cić mnie stąd siłą, to ty spę­dzisz resz­tę dnia, ście­ra­jąc krew z pod­ło­gi, i całe ju­tro na ku­po­wa­niu no­wych krze­seł i sto­łów.

Fa­cet w far­tu­chu nic nie od­po­wie­dział.

– Czar­ną, bez cu­kru – po­wtó­rzył Re­acher.

Stał osłu­pia­ły i do­pie­ro po dłuż­szej chwi­li ru­szył w stro­nę kuch­ni. Po mi­nu­cie po­ja­wi­ła się kel­ner­ka z fi­li­żan­ką ba­lan­su­ją­cą na spodecz­ku. Prze­szła przez całą salę i po­sta­wi­ła ją przed Re­ache­rem tak osten­ta­cyj­nie, że tro­chę kawy wy­la­ło się na ta­le­rzyk.

– Smacz­ne­go – po­wie­dzia­ła.

Re­acher uniósł fi­li­żan­kę i wy­tarł jej spód o man­kiet ko­szu­li. Po­tem po­ło­żył ją na sto­le i prze­lał do niej roz­la­ną kawę z ta­le­rzy­ka. Odło­żył fi­li­żan­kę na ta­le­rzyk i rów­no usta­wił ze­staw przed sobą na sto­le. Po­wtór­nie uniósł fi­li­żan­kę, tym ra­zem do ust, i upił tro­chę kawy.

Wca­le nie taka zła, po­my­ślał. Tro­chę za sła­ba, tro­chę za dłu­go pa­rzo­na, ale jak na ko­mer­cyj­ną kawę to na­wet nie­zły aro­mat. I tak była lep­sza niż w więk­szo­ści ja­dło­daj­ni, ale gor­sza niż w do­brych ka­fe­te­riach. Pla­so­wał ją w sa­mym środ­ku ska­li. Fi­li­żan­ka była wy­ko­na­na z por­ce­la­ny kosz­mar­nej ja­ko­ści, z kra­wę­dzią gru­bą nie­mal­że na cen­ty­metr. Przez to kawa szyb­ko tra­ci­ła tem­pe­ra­tu­rę. Re­acher nie uwa­żał się za znaw­cę por­ce­la­ny, ale uwa­żał, że fi­li­żan­ka czy ku­bek po­win­ny być do­pa­so­wa­ne do ich za­war­to­ści.

Czte­rej męż­czyź­ni nadal go ota­cza­li. Dwóch z nich sie­dzia­ło, a dwóch sta­ło. Re­acher igno­ro­wał ich cał­ko­wi­cie i spo­koj­nie pił kawę, po­cząt­ko­wo po­wo­li, a po­tem tro­chę szyb­ciej, bo bły­ska­wicz­nie sty­gła. Wy­pił do koń­ca i odło­żył fi­li­żan­kę na spode­czek. Od­su­nął ją od sie­bie po­wo­li i ostroż­nie, aż ta­le­rzyk z fi­li­żan­ką zna­lazł się na środ­ku sto­łu. Szyb­kim ru­chem cof­nął lewą rękę i się­gnął do kie­sze­ni. Fa­ce­ci aż pod­sko­czy­li. Re­acher wy­jął jed­no­do­la­ro­wy bank­not, roz­pro­sto­wał go i wsu­nął pod ta­le­rzyk.

– No to chodź­my – mruk­nął.

Męż­czy­zna sto­ją­cy u szczy­tu sto­łu usu­nął się z dro­gi. Re­acher wstał z krze­sła. Je­de­na­stu go­ści re­stau­ra­cji przy­glą­da­ło mu się w mil­cze­niu. Ele­ganc­kim ru­chem wsu­nął krze­sło pod stół, omi­nął czte­rech męż­czyzn i skie­ro­wał się do drzwi. Czuł, że zbie­ra­ją się za nim. Usły­szał stu­ka­nie bu­tów o po­sadz­kę. Po­su­wa­li się gę­sie­go mię­dzy sto­li­ka­mi, mi­nę­li ladę re­cep­cyj­ną. Na sali było zu­peł­nie ci­cho.

Pchnął drzwi i wy­szedł na uli­cę. Zro­bi­ło się chłod­no, mimo że słoń­ce jesz­cze nie za­szło. Chod­nik był uło­żo­ny z be­to­no­wych pły­tek o wy­mia­rze dwa­dzie­ścia na dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów po­łą­czo­nych czar­nym ce­men­to­wym spo­iwem o sze­ro­ko­ści dwóch cen­ty­me­trów.

Re­acher skie­ro­wał się w lewo i zro­bił czte­ry kro­ki, by nie stać za bli­sko za­par­ko­wa­nej pół­cię­ża­rów­ki, za­trzy­mał się i od­wró­cił, ma­jąc za ple­ca­mi po­po­łu­dnio­we słoń­ce. Męż­czyź­ni sta­nę­li przed nim w sze­re­gu w bla­sku pro­mie­ni sło­necz­nych świe­cą­cych im pro­sto w oczy. Fa­cet, któ­ry wcze­śniej stał u szczy­tu sto­łu, zno­wu ode­zwał się pierw­szy:

– Wy­no­cha stąd!

– Prze­cież wy­sze­dłem z re­stau­ra­cji – od­parł Jack.

– Wy­noś się z mia­sta!

Re­acher mil­czał.

– Skręć w lewo, czwar­ta prze­czni­ca to Main Stre­et. Jak tam już doj­dziesz, to skręć w lewo lub w pra­wo, na za­chód lub na wschód. Gdzie chcesz. Tyl­ko idź da­lej.

– Wy cią­gle to ro­bi­cie na tych te­re­nach? – za­py­tał Re­acher.

– Co ro­bi­my?

– Wy­rzu­ca­cie lu­dzi z mia­sta?

– Ja­sne.

– A może po­wie­cie mi dla­cze­go?

– Nie mu­si­my ci się z ni­cze­go tłu­ma­czyć.

– Do­pie­ro tu przy­je­cha­łem – wy­ja­śnił Re­acher.

– Więc?

– Więc zo­sta­ję.

Fa­cet z koń­ca sze­re­gu pod­wi­nął rę­ka­wy ko­szu­li nad łok­cie i zro­bił krok do przo­du. Miał zła­ma­ny nos, bra­ki w uzę­bie­niu. Re­acher spoj­rzał na jego nad­garst­ki. Ich sze­ro­kość zda­wa­ła się je­dy­nym mia­ro­daj­nym wskaź­ni­kiem wro­dzo­nej siły czło­wie­ka. Te były sze­ro­kie i gru­be jak pień mło­de­go dęb­cza­ka.

– Za­cze­pia­cie nie­wła­ści­we­go fa­ce­ta – rzu­cił Re­acher.

– Taki je­steś mą­dry? – od­parł ten, któ­ry mó­wił za całą czwór­kę.

Jack ski­nął gło­wą.

– Mu­szę was ostrzec. Daw­no temu zło­ży­łem mo­jej mat­ce pew­ną obiet­ni­cę. Pro­si­ła, że­bym da­wał za­cze­pial­skim szan­sę, by mo­gli odejść w po­ko­ju.

– Je­steś aż ta­kim ma­min­syn­kiem?

– Ona lu­bi­ła fair play.

– Nas jest czte­rech. Ty sam je­den.

Re­acher miał opusz­czo­ne ręce, roz­luź­nio­ne, z nie­znacz­nie za­ci­śnię­ty­mi pię­ścia­mi. Sto­py w lek­kim roz­kro­ku, da­ją­cym bez­piecz­ne opar­cie. Przez po­de­szwy czuł twar­dy be­ton chod­ni­ka. Pły­ty były chro­po­wa­te. Tuż przed wy­schnię­ciem w be­to­niar­ni, pew­nie ja­kieś dzie­sięć lat temu, po­dra­pa­no je szczot­ką dla uzy­ska­nia ta­kiej fak­tu­ry. Re­acher zwi­nął pal­ce le­wej dło­ni w pięść, trzy­ma­jąc koń­ce pal­ców pła­sko, jak­by coś w niej cho­wał. Pod­niósł ją bar­dzo po­wo­li i trzy­mał wy­pro­sto­wa­ną na wy­so­ko­ści bar­ków we­wnętrz­ną stro­ną w ich kie­run­ku. Fa­ce­ci pa­trzy­li na dłoń jak za­hip­no­ty­zo­wa­ni. Spo­sób, w jaki uło­żył zwi­nię­te pal­ce, su­ge­ro­wał, że coś w niej trzy­ma. Ale co?

Roz­chy­lił szyb­ko pal­ce. Nic tam nie miał. W tym sa­mym ułam­ku se­kun­dy usta­wił cia­ło bo­kiem i wy­pro­wa­dził ude­rze­nie pra­wą ręką, tra­fia­jąc fa­ce­ta, któ­ry wy­szedł do przo­du, po­tęż­nym ha­kiem w szczę­kę. Ze wzglę­du na zła­ma­ny nos męż­czy­zna od­dy­chał przez usta, a po­twor­nie sil­ny cios od dołu za­trza­snął mu szczę­kę i wy­rzu­cił go w po­wie­trze. Fa­cet wy­lą­do­wał pła­sko na chod­ni­ku jak pa­cyn­ka te­atral­na, któ­rej na­gle ktoś uciął sznur­ki. Stra­cił przy­tom­ność, za­nim zdą­żył zwa­lić się na be­ton chod­ni­ka.

– Te­raz jest was już tyl­ko trzech – oznaj­mił Re­acher.

– A ja nadal sam.

Nie byli wca­le ama­to­ra­mi. Szyb­ko i pra­wi­dło­wo za­re­ago­wa­li, roz­su­wa­jąc się na boki i for­mu­jąc pół­okrąg. Po­chy­li­li się na lek­ko ugię­tych no­gach i za­ci­snę­li pię­ści.

– Nadal mo­że­cie odejść – za­pro­po­no­wał Re­acher.

Fa­cet, któ­ry prze­ma­wiał, od­parł:

– Nie mamy za­mia­ru.

– Je­ste­ście za sła­bi.

– Mia­łeś szczę­ście.

– Tyl­ko cie­nia­sy dają się zła­pać na taki cios.

– Wię­cej go nie po­wtó­rzysz.

Re­acher mil­czał.

– Wy­no­cha z mia­sta. Nie po­ra­dzisz so­bie z nami trze­ma – stra­szył na­past­nik.

– Spró­bu­ję.

– Nie dasz rady.

Jack ski­nął gło­wą.

– Może masz ra­cję. Może je­den z was zo­sta­nie na no­gach, by mnie do­paść.

– Masz to jak w ban­ku.

– Tyl­ko mu­sisz so­bie za­dać py­ta­nie, któ­ry z was bę­dzie tym ostat­nim? Te­raz trud­no jest co­kol­wiek wy­de­du­ko­wać. Je­den z was bę­dzie mu­siał od­wieźć po­zo­sta­łych do szpi­ta­la na pół­rocz­ną re­kon­wa­le­scen­cję. Tak bar­dzo chce­cie, bym się wy­no­sił, że je­ste­ście go­to­wi za­ry­zy­ko­wać?

Mil­cze­li. Pat. Re­acher pla­no­wał w my­śli na­stęp­ne ru­chy. Kop­nię­cie pra­wą nogą w kro­cze fa­ce­ta z le­wej, pół­ob­rót i ude­rze­nie środ­ko­we­go go­ścia łok­ciem w gło­wę, przy­kuc­nię­cie, by unik­nąć nad­cią­ga­ją­ce­go cio­su od fa­ce­ta z pra­wej, i przy­wa­le­nie mu łok­ciem w ner­ki. Raz, dwa, trzy i po spra­wie. Mógł­by za­koń­czyć ak­cję kil­ko­ma kop­nię­cia­mi i cio­sa­mi łok­ciem. Naj­więk­szą trud­ność może mu spra­wić ogra­ni­cze­nie uszko­dzeń ich ciał. Z tym trze­ba być ostroż­nym. Za­wsze to jed­nak le­piej po­zo­stać po tej wła­ści­wej stro­nie cien­kiej gra­ni­cy pra­wa; le­piej być oskar­żo­nym o bój­kę i po­bi­cie niż o za­bój­stwo.

Po­je­dy­nek jak­by za­marł. Re­acher stał wy­pro­sto­wa­ny i od­prę­żo­ny, trzej męż­czyź­ni lek­ko po­chy­le­ni, czwar­ty le­żał nie­ru­cho­mo na chod­ni­ku, krwa­wił, ale od­dy­chał. Re­acher do­strzegł w od­da­li zwy­kłych lu­dzi idą­cych w róż­nych kie­run­kach, by za­ła­twić swo­je spra­wy.

Se­da­ny i pick-upy wlo­kły się uli­ca­mi, za­trzy­mu­jąc się na skrzy­żo­wa­niach dróg rów­no­rzęd­nych przed zna­kiem sto­pu.

Na­gle Jack zo­ba­czył je­den szcze­gól­ny sa­mo­chód, któ­ry prze­le­ciał przez ta­kie wła­śnie skrzy­żo­wa­nie bez za­trzy­my­wa­nia się i je­chał pro­sto w ich kie­run­ku. To był bia­ło-zło­ty ford crown vic­to­ria. Z przo­du miał czar­ny ta­ran, na da­chu ko­gu­ty, a na ba­gaż­ni­ku an­te­ny. Na drzwiach na­ma­lo­wa­no tar­czę i li­te­ry DPR. De­par­ta­ment Po­li­cji w Roz­pa­czy. Przez szy­bę moż­na było do­strzec so­lid­nie zbu­do­wa­ne­go gli­nia­rza w be­żo­wej kurt­ce.

– Za wami – ode­zwał się Re­acher. – Nad­cią­ga ka­wa­le­ria.

Sam nie zro­bił ani kro­ku. Cały czas pa­trzył na trzech męż­czyzn. Przy­jazd gli­nia­rza nie gwa­ran­to­wał ab­so­lut­nie ni­cze­go. Jesz­cze nie w tej chwi­li. Ci trzej nadal mo­gli na­gle ru­szyć do ata­ku. Pew­nie mie­li już tyle bó­jek na kon­cie, że nie mia­ło to dla nich więk­sze­go zna­cze­nia. Ach, te małe mia­stecz­ka. Re­acher wie­dział z wła­sne­go do­świad­cze­nia, że w każ­dym z nich miesz­ka­ły ja­kieś po­wa­rio­wa­ne dup­ki.

Ra­dio­wóz za­ha­mo­wał ostro przy kra­węż­ni­ku. Otwar­ły się drzwi. Po­li­cjant wy­cią­gnął z ka­bu­ry mię­dzy sie­dze­nia­mi strzel­bę do roz­pę­dza­nia de­mon­stran­tów, prze­ła­do­wał ją cha­rak­te­ry­stycz­nym pom­pu­ją­cym ru­chem i przy­trzy­mał na wy­so­ko­ści klat­ki pier­sio­wej. Był po­tęż­nie zbu­do­wa­ny. Bia­ły, mógł mieć ze czter­dzie­ści lat. Czar­ne wło­sy. By­czy kark. Be­żo­wa kurt­ka, brą­zo­we spodnie i od­cisk na czo­le od ka­pe­lu­sza, któ­ry pew­nie te­raz spo­czy­wał na sie­dze­niu pa­sa­że­ra. Sta­nął za trze­ma na­past­ni­ka­mi i ro­zej­rzał się do­oko­ła, oce­nia­jąc sy­tu­ację. Było oczy­wi­ste, że nie wy­glą­da­ło to na spo­tka­nie przy­ja­ciół, po­my­ślał Re­acher. Trzech fa­ce­tów okrą­ża­ją­cych czwar­te­go? Prze­cież nie ze­bra­ło im się na roz­mo­wę o po­go­dzie.

– Od­su­nąć się! – roz­ka­zał gli­niarz głę­bo­kim, peł­nym au­to­ry­te­tu gło­sem.

Męż­czyź­ni się roz­stą­pi­li. Funk­cjo­na­riusz wy­szedł przed nich, a oni z po­wro­tem za­ję­li po­przed­nie po­zy­cje, sto­jąc za jego ple­ca­mi. Po­li­cjant wy­ce­lo­wał broń pro­sto w klat­kę pier­sio­wą Re­ache­ra.

– Je­steś aresz­to­wa­ny – po­wie­dział.


5

Re­acher stał bez ru­chu.

– Za co? – za­py­tał.

– Je­stem pe­wien, że coś wy­my­ślę. – Gli­niarz prze­rzu­cił broń do jed­nej ręki, a dru­gą się­gnął po kaj­dan­ki scho­wa­ne w skó­rza­nej po­chew­ce przy­pię­tej do pa­ska. Trzy­mał je pła­sko na dło­ni. Je­den z męż­czyzn wy­szedł zza nie­go, wziął kaj­dan­ki i sta­nął za ple­ca­mi Re­ache­ra. – Ręce do tyłu – roz­ka­zał po­li­cjant.

– Czy ci fa­ce­ci zo­sta­li za­przy­się­że­ni na za­stęp­ców? – do­ma­gał się od­po­wie­dzi Re­acher.

– A to­bie co do tego?

– Mnie nic, ale to waż­ne dla nich. Bo je­śli bez po­wo­du po­ło­żą swo­je łapy na mnie, to je po­ła­mię.

– Są za­przy­się­że­ni – od­po­wie­dział gli­niarz.

– A szcze­gól­nie ten je­den, któ­re­go roz­ło­ży­łeś. – Z po­wro­tem ujął ka­ra­bin w dło­nie.

– To była sa­mo­obro­na – spro­sto­wał Jack.

– Wy­ja­śnie­nia zo­staw dla sę­dzie­go – od­parł po­li­cjant. Męż­czyź­ni wy­krę­ci­li ra­mio­na Re­ache­ra do tyłu i za­ło­ży­li mu kaj­dan­ki na nad­garst­ki. Fa­cet, któ­ry mó­wił za po­zo­sta­łych, otwo­rzył drzwi ra­dio­wo­zu i stał przy nich jak odźwier­ny przy­trzy­mu­ją­cy drzwi tak­sów­ki.

– Wsia­daj do wozu – rzu­cił gli­niarz.

Re­acher stał bez ru­chu, za­sta­na­wia­jąc się nad dal­szy­mi moż­li­wo­ścia­mi. Nie trwa­ło to dłu­go. Nie miał żad­nych moż­li­wo­ści. Był sku­ty kaj­dan­ka­mi. Ja­kiś metr za nim stał je­den z jego na­past­ni­ków, a przed nim po­li­cjant o wzro­ście chy­ba do­brze po­nad dwa me­try. Dwóch po­zo­sta­łych fa­ce­tów sta­ło za funk­cjo­na­riu­szem. Ten ka­ra­bin to chy­ba ja­kaś od­mia­na moss­ber­ga i choć nie roz­po­znał mo­de­lu, od­niósł się do tej bro­ni z nie­ma­łym re­spek­tem.

– Wsia­daj! – po­wtó­rzył gli­niarz.

Re­acher zro­bił krok do przo­du, okrę­cił się, wci­snął na sie­dze­nie ty­łem i do­pie­ro póź­niej wsu­nął nogi. Ta­pi­cer­ka tyl­nej ka­na­py była zro­bio­na z wi­ny­lu, więc z ła­two­ścią prze­su­nął się głę­biej. Na pod­ło­dze le­ża­ły gu­mo­we dy­wa­ni­ki w wy­pust­ka­mi. Po­mię­dzy ty­łem a przo­dem za­mo­co­wa­no ku­lo­od­por­ny ekran z prze­zro­czy­ste­go plek­si. Sie­dze­nie ka­na­py było zbyt krót­kie i nie­wy­god­ne dla Re­ache­ra, szcze­gól­nie że miał ręce sku­te z tyłu. Roz­su­nął nogi i lewą sto­pę po­sta­wił na le­wym dy­wa­ni­ku, a pra­wą na pra­wym. Po­my­ślał, że dzię­ki temu może nie po­obi­ja się o drzwi w cza­sie jaz­dy.

Gli­niarz usiadł za kie­row­ni­cą. Za­wie­sze­nie sa­mo­cho­du aż ugię­ło się pod jego cię­ża­rem. Wsu­nął ka­ra­bin do ka­bu­ry mię­dzy sie­dze­nia­mi. Za­trza­snął drzwi, prze­su­nął dźwi­gnię zmia­ny bie­gów w po­zy­cję „Dri­ve” i na­ci­snął na pe­dał gazu tak moc­no, że Re­ache­ra aż od­rzu­ci­ło do tyłu. Po chwi­li ostro za­ha­mo­wał przed zna­kiem sto­pu, co z ko­lei spra­wi­ło, że Jack po­le­ciał do przo­du. Zdą­żył się jed­nak prze­krę­cić i je­dy­nie ude­rzył bar­kiem o plek­si. Gli­niarz po­wtó­rzył ten nu­mer na na­stęp­nym skrzy­żo­wa­niu dróg rów­no­rzęd­nych. I na ko­lej­nym. Ale Re­acher się tego spo­dzie­wał. Sam tak ro­bił, gdy był kie­row­cą, a z tyłu prze­wo­ził aresz­tan­ta. Mia­sto na szczę­ście nie wy­glą­da­ło na zbyt duże, więc po­ste­ru­nek po­li­cji też nie mógł być da­le­ko.

• • •

Znaj­do­wał się czte­ry prze­czni­ce na za­chód i dwie na po­łu­dnie od re­stau­ra­cji. Mie­ścił się w jed­nym z tych nie­wy­róż­nia­ją­cych się ni­czym ce­gla­nych bu­dyn­ków przy uli­cy tak sze­ro­kiej, że gli­niarz za­par­ko­wał uko­śnie przo­dem do kra­węż­ni­ka jezd­ni. Obok stał jesz­cze je­den ra­dio­wóz. I to wszyst­ko. Małe mia­sto, mały po­ste­ru­nek w jed­no­pię­tro­wym bu­dyn­ku. Po­li­cjan­ci zaj­mo­wa­li par­ter. Na pię­trze była sala są­do­wa. Re­acher do­my­ślał się, że w piw­ni­cy są cele dla za­trzy­ma­nych. Pro­ces re­je­stra­cji aresz­tan­ta mi­nął bez przy­gód. Re­acher się nie sta­wiał. Nie było sen­su. Po co mu sta­tus ucie­ki­nie­ra na pie­cho­tę w mia­stecz­ku, któ­re­go gra­ni­ce ju­rys­dyk­cji prze­bie­ga­ły ja­kieś dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów w jed­ną stro­nę i może tro­chę wię­cej w dru­gą. Po­ste­run­ko­wy za biur­kiem wy­glą­dał na bra­ta po­li­cjan­ta, któ­ry go aresz­to­wał. Był iden­tycz­nej po­stu­ry, miał po­dob­ną twarz, te same wło­sy; spra­wiał jed­nak wra­że­nie tro­chę młod­sze­go. Re­ache­ro­wi zdję­to kaj­dan­ki, ode­bra­no przed­mio­ty oso­bi­ste i sznu­ro­wa­dła. Nie miał pa­ska do spodni. Za­pro­wa­dzo­no go po krę­co­nych scho­dach na dół i wsa­dzo­no do celi o po­wierzch­ni dwa na trzy me­try za­bez­pie­czo­nej sta­ry­mi kra­ta­mi, pew­nie z pięć­dzie­siąt razy ma­lo­wa­ny­mi.

– Czy do­sta­nę ad­wo­ka­ta? – za­py­tał.

– A znasz tu ja­kie­goś? – od­parł po­ste­run­ko­wy.

– Wy­star­czy mi obroń­ca z urzę­du.

Po­li­cjant kiw­nął gło­wą, za­mknął kra­tę i wy­szedł, zo­sta­wia­jąc Re­ache­ra sa­me­go. Są­sied­nie cele były pu­ste. Po­miesz­cze­nia aresz­tu skła­da­ły się z trzech jed­na­ko­wych cel bez okien, usy­tu­owa­nych w jed­nym rzę­dzie wzdłuż wą­skie­go ko­ry­ta­rza. W każ­dej celi sta­ły łóż­ko, przy­mo­co­wa­na do ścia­ny sta­lo­wa pół­ka oraz se­des ze sta­li nie­rdzew­nej z umy­wal­ką zin­te­gro­wa­ną ze zbior­ni­kiem spłu­ko­wym. Za­pa­lo­na lam­pa su­fi­to­wa osło­nię­ta była sta­lo­wą siat­ką. Re­acher ob­mył pra­wą dłoń zim­ną wodą i roz­ma­so­wał nad­garst­ki. Były po­si­nia­czo­ne, ale nie uszko­dzo­ne. Po­ło­żył się na sien­ni­ku i za­mknął oczy.

Wi­ta­my w Roz­pa­czy, po­my­ślał.


6

Obroń­ca z urzę­du nie po­ja­wił się w są­dzie. Re­acher zdą­żył się prze­spać dwie go­dzi­ny, za­nim znów przy­szedł po­li­cjant, któ­ry go aresz­to­wał. Obu­dził go gło­śnym stu­ka­niem bu­tów. Otwo­rzył celę i wska­zał ge­stem dło­ni, że ma wyjść.

– Sę­dzia cze­ka – wy­ja­śnił.

Re­acher ziew­nął.

– Jesz­cze nie po­sta­wio­no mi żad­nych za­rzu­tów. I nie spo­tka­łem się z ad­wo­ka­tem.

– Pre­ten­sje zgło­sisz sę­dzie­mu – po­wie­dział gli­niarz. –Nie mnie.

– Co to za du­pia­sty sys­tem tu ma­cie?

– Taki sam jak za­wsze.

– To ja wolę zo­stać w piw­ni­cy.

– Mogę ci przy­słać tych trzech po­zo­sta­łych typ­ków ze spe­cjal­ną wi­zy­tą.

– Oszczędź so­bie ben­zy­ny i wy­ślij ich od razu do szpi­ta­la.

– Mogę ci za­ło­żyć kaj­dan­ki i przy­wią­zać do łóż­ka.

– Sam?

– Mogę przy­nieść pa­ra­li­za­tor.

– Miesz­kasz w tym mia­stecz­ku?

– A dla­cze­go?

– Może cię kie­dyś od­wie­dzę.

– Nie są­dzę.

Gli­niarz cze­kał. Re­acher wzru­szył ra­mio­na­mi i po­sta­wił sto­py na pod­ło­dze. Wstał i wy­szedł z celi. Dziw­nie się czuł, cho­dząc bez sznu­ro­wa­deł; na scho­dach mu­siał pod­gi­nać pal­ce stóp, by nie spa­dły mu buty. Po­szu­rał nimi obok biur­ka re­cep­cyj­ne­go i po­drep­tał za po­li­cjan­tem na pierw­sze pię­tro po tro­chę więk­szych scho­dach niż te do piw­ni­cy. Na pię­trze były za­mknię­te po­dwój­ne drzwi. Obok sta­ła ta­blicz­ka na dłu­giej no­dze, po­dob­na do tej w re­stau­ra­cji, tyl­ko że na­pis gło­sił: „Sąd Miej­ski”. Po­li­cjant otwo­rzył lewe skrzy­dło drzwi i sta­nął z boku. Re­acher wszedł na salę są­do­wą. Czte­ry rzę­dy ła­wek dla ob­ser­wa­to­rów sta­ły po obu stro­nach głów­nej alej­ki. Salę dzie­li­ła ba­rier­ka z po­rę­czy na drew­nia­nych ko­lu­mien­kach, za któ­rą znaj­do­wa­ły się stół oskar­ży­cie­la i stół obroń­cy. Przy każ­dym sta­ły po trzy krze­sła. Da­lej sta­no­wi­sko dla ze­zna­ją­ce­go świad­ka, boks dla sę­dziów przy­się­głych i stół sę­dziow­ski na pod­wyż­sze­niu. Me­ble i po­zo­sta­łe wy­po­sa­że­nie sali były wy­ko­na­ne z drew­na so­sno­we­go, po­ma­lo­wa­ne na ciem­no i po­la­kie­ro­wa­ne. Wiek i po­li­tu­ra przy­ciem­ni­ły drew­no jesz­cze bar­dziej. Ścia­ny były ob­ło­żo­ne do trzech czwar­tych wy­so­ko­ści drew­nia­ny­mi pa­ne­la­mi w tym sa­mym ko­lo­rze. Su­fit i resz­tę ścian po­ma­lo­wa­no na kre­mo­wo. Za sto­łem sę­dziow­skim sta­ły fla­gi – na­ro­do­wa w pasy i gwiaz­dy oraz dru­ga, naj­praw­do­po­dob­niej fla­ga Ko­lo­ra­do.

W sali nie było jesz­cze ni­ko­go. Od ścian od­bi­ja­ło się echo, a po­wie­trze śmier­dzia­ło ku­rzem. Gli­niarz po­szedł przo­dem i otwo­rzył furt­kę w ba­rier­ce. Wska­zał Re­ache­ro­wi, że ma usiąść za sto­łem obro­ny, sam zaś za­jął miej­sce za sto­łem oskar­ży­cie­la. Cze­ka­li. Wtem otwar­ły się le­d­wie wi­docz­ne drzwi w tyl­nej ścia­nie i po­ja­wił się w nich męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze. Po­li­cjant po­de­rwał się i krzyk­nął:

– Wstać. Sąd idzie.

Re­acher po­zo­stał w krze­śle.

Męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze wszedł po trzech stop­niach na pod­wyż­sze­nie i usiadł za sto­łem sę­dziow­skim. Był gru­by, po sześć­dzie­siąt­ce, a gło­wę okry­wa­ły mu siwe wło­sy. Miał na so­bie tani i źle skro­jo­ny gar­ni­tur. Pod­niósł dłu­go­pis i wy­gła­dził kart­ki no­tat­ni­ka sę­dziow­skie­go. Spoj­rzał na Re­ache­ra i za­py­tał:

– Na­zwi­sko?

– Nie zo­sta­łem po­uczo­ny o przy­słu­gu­ją­cych mi pra­wach – oświad­czył Re­acher.

– Nie po­sta­wio­no panu żad­nych za­rzu­tów – od­po­wie­dział star­szy fa­cet. – To nie jest roz­pra­wa.

– Więc co to jest?

– Prze­słu­cha­nie.

– Cze­go do­ty­czy?

– To kwe­stia ad­mi­ni­stra­cyj­na, i tyle. A może na­wet czy­sto tech­nicz­na. Mu­szę jed­nak za­dać panu kil­ka py­tań.

Re­acher nic nie od­po­wie­dział.

– Na­zwi­sko?

– Po­li­cja pew­nie sko­pio­wa­ła mój pasz­port i po­ka­za­ła już panu.

– Pro­szę po­dać na­zwi­sko do pro­to­ko­łu.

Ton gło­su sę­dzie­go był neu­tral­ny i na­wet dość uprzej­my, więc Re­acher tyl­ko wzru­szył ra­mio­na­mi i od­po­wie­dział:

– Jack Re­acher. Nie mam dru­gie­go imie­nia.

Star­szy męż­czy­zna za­pi­sał na­zwi­sko i imię w no­te­sie, a po­tem tak­że datę uro­dze­nia, nu­mer ubez­pie­cze­nia spo­łecz­ne­go i na­ro­do­wość.

– Ad­res?

– Nie mam sta­łe­go ad­re­su – od­parł Jack.

I to zo­sta­ło za­no­to­wa­ne.

– Za­wód?

– Nie mam.

– Cel wi­zy­ty w Roz­pa­czy?

– Tu­ry­stycz­ny.

– W jaki spo­sób opła­ci pan kosz­ty po­by­tu pod­czas wi­zy­ty?

– Nie my­śla­łem na­wet o tym. Nie spo­dzie­wam się wie­lu wy­dat­ków. To nie jest prze­cież Lon­dyn, Pa­ryż ani Nowy Jork.

– Pro­szę od­po­wie­dzieć na py­ta­nie.

– Mam kon­to oszczęd­no­ścio­we w ban­ku.

Męż­czy­zna wszyst­ko za­no­to­wał. Po­cią­gnął no­sem i prze­su­nął dłu­go­pi­sem po li­nij­kach, któ­re już za­pi­sał in­for­ma­cja­mi.

– A jaki był pana ostat­ni ad­res?

– SPA.

– SPA?

– Skryt­ka Pocz­to­wa Ar­mii Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

– Jest pan we­te­ra­nem?

– Tak.

– Ile lat pan słu­żył?

– Trzy­na­ście.

– Do kie­dy?

– Do wy­stą­pie­nia z ar­mii i przej­ścia na eme­ry­tu­rę dzie­sięć lat temu.

– W ja­kiej jed­no­st­ce?

– Żan­dar­me­ria woj­sko­wa.

– Ostat­ni sto­pień.

– Ma­jor.

– I nie ma pan sta­łe­go ad­re­su, od­kąd opu­ścił pan ar­mię?

– Nie, nie mam.

Męż­czy­zna zro­bił ruch dłu­go­pi­sem wska­zu­ją­cy na wy­raź­ne za­zna­cze­nie tej od­po­wie­dzi. Re­acher spo­strzegł, że wy­ko­nał dwa ru­chy dłu­go­pi­sem w jed­ną stro­nę od tego miej­sca, po­tem w dru­gą stro­nę i przy­stą­pił do dal­szych py­tań.

– Jak dłu­go po­zo­sta­je pan bez pra­cy?

– Dzie­sięć lat – od­po­wie­dział Re­acher.

– Czy­li w ogó­le nie pra­co­wał pan po odej­ściu ze służ­by?

– W ogó­le.

– Eme­ry­to­wa­ny ma­jor nie mógł zna­leźć za­trud­nie­nia?

– Ten eme­ry­to­wa­ny ma­jor wca­le nie szu­kał za­trud­nie­nia.

– Ale ma pan pie­nią­dze na kon­cie?

– To oszczęd­no­ści i wpły­wy z oka­zyj­nie po­dej­mo­wa­nej pra­cy… – od­parł Re­acher.

Fa­cet zno­wu zro­bił wy­raź­ny znak w swo­ich no­tat­kach. Dwie pio­no­we kre­ski i dwie po­zio­me.

– Gdzie się pan za­trzy­mał ze­szłej nocy?

– W mo­te­lu w Na­dziei.

– Pana ba­gaż tam zo­stał?

– Nie mam żad­ne­go ba­ga­żu.

Męż­czy­zna za­no­to­wał to i zro­bił ko­lej­ny zna­czek.

– Więc przy­szedł pan tu pie­szo? – cią­gnął prze­słu­cha­nie.

– Tak.

– Dla­cze­go?

– Bo nie było żad­ne­go au­to­bu­su ani żad­nej oka­zji do zła­pa­nia.

– No ale po co pan tu przy­szedł?

– W ce­lach tu­ry­stycz­nych – po­wtó­rzył Re­acher.

– A co pan sły­szał o na­szym ma­łym mia­stecz­ku?

– Ab­so­lut­nie nic.

– Ale zde­cy­do­wał się pan je od­wie­dzić?

– Wła­śnie.

– Dla­cze­go?

– Bo ma in­try­gu­ją­cą na­zwę.

– To nie jest zbyt prze­ko­nu­ją­cy po­wód.

– Gdzieś w koń­cu mu­szę prze­no­co­wać. I dzię­ku­ję za wspa­nia­łe po­wi­ta­nie.

Sę­dzia zro­bił czwar­ty wy­raź­ny znak. Dwie li­nie pio­no­we i dwie po­zio­me. Po­tem po­wo­li i me­to­dycz­nie prze­su­nął dłu­go­pis w dół za­pi­sa­nej stro­ny, czter­na­ście od­po­wie­dzi plus znacz­ki na mar­gi­ne­sie. W koń­cu po­wie­dział:

– Przy­kro mi, ale pana po­stę­po­wa­nie stoi w sprzecz­no­ści z roz­po­rzą­dze­niem Rady Mia­sta Roz­pa­czy. Oba­wiam się, że musi pan opu­ścić mia­sto.

– Mam stąd wy­je­chać?

– Tak.

– A cze­go do­ty­czy to roz­po­rzą­dze­nie?

– Włó­czę­go­stwa – od­parł męż­czy­zna.


7

– To u was jesz­cze obo­wią­zu­je coś ta­kie­go jak roz­po­rzą­dze­nie o ka­ra­niu za włó­czę­go­stwo? – zdzi­wił się Re­acher.

Sę­dzia ski­nął gło­wą i wy­ja­śnił:

– Jak w więk­szo­ści miast Za­cho­du.

– Jesz­cze nig­dy nie przy­tra­fi­ło mi się coś ta­kie­go.

– Wi­docz­nie miał pan dużo szczę­ścia.

– Nie je­stem włó­czę­gą.

– Jest pan bez­dom­ny od dzie­się­ciu lat, bez­ro­bot­ny od dzie­się­ciu lat, jeź­dzi pan au­to­bu­sa­mi, pro­si o pod­wie­zie­nie, czy też idzie pie­szo z miej­sca do miej­sca, od cza­su do cza­su ima­jąc się ja­kie­goś oka­zyj­ne­go za­ję­cia. To jak in­a­czej pana moż­na na­zwać?

– Wol­nym czło­wie­kiem – od­po­wie­dział Re­acher.

– I szczę­śli­wym.

Sę­dzia po­wtór­nie ski­nął gło­wą.

– Cie­szę się, że jest pan pe­łen opty­mi­zmu.

– A co z Pierw­szą Po­praw­ką do Kon­sty­tu­cji mó­wią­cą o wol­no­ści gro­ma­dze­nia się?

– Sąd Naj­wyż­szy już daw­no wy­dał na ten te­mat sen­ten­cję. Sądy lo­kal­ne mają pra­wo do usu­wa­nia osób nie­po­żą­da­nych.

– To tu­ry­ści są nie­po­żą­da­ni? A co o tym my­śli miej­ska ko­mi­sja go­spo­dar­cza?

– To spo­koj­ne mia­stecz­ko, jak z daw­nych cza­sów. Lu­dzie nie za­my­ka­ją drzwi na zam­ki. Nie czu­je­my ta­kiej po­trze­by. Więk­szość klu­czy już daw­no zgu­bio­no w cza­sach na­szych dziad­ków.

– Nie je­stem zło­dzie­jem.

– Wo­li­my, by po­mył­ka była efek­tem ubocz­nym na­szej ostroż­no­ści. Do­świad­cze­nia z in­nych miejsc uka­zu­ją, że bez­ro­bot­ni od wie­lu lat za­wsze sta­no­wią pe­wien pro­blem.

– A je­śli nie wy­ja­dę? Jaka kara mi za to gro­zi?

– Trzy­dzie­ści dni aresz­tu.

Re­acher nic nie od­po­wie­dział. Sę­dzia kon­ty­nu­ował:

– Sze­ryf od­wie­zie pana do gra­nic ad­mi­ni­stra­cyj­nych. Niech pan znaj­dzie sta­łą pra­cę i stwo­rzy dom, to po­wi­ta­my pana z otwar­ty­mi rę­ko­ma. Ale pro­szę nie wra­cać, za­nim pan tego nie osią­gnie.

• • •

Gli­niarz spro­wa­dził go na dół i od­dał mu pie­nią­dze, pasz­port, kar­tę do ban­ko­ma­tu i skła­da­ną szczo­tecz­kę do zę­bów. Ni­cze­go nie bra­ko­wa­ło. Po­tem po­dał sznu­ro­wa­dła i po­cze­kał przy biur­ku, aż Re­acher prze­ło­ży je przez dziur­ki i za­wią­że buty. Na­stęp­nie oparł dłoń na rę­ko­je­ści re­wol­we­ru i po­wie­dział:

– Do ra­dio­wo­zu.

Re­acher szedł przed nim przez hol, po­tem wy­szedł przez fron­to­we drzwi. Słoń­ce już za­szło. Dzień się koń­czył i, jak to zwy­kle o tej po­rze roku, mrok za­pa­dał wcze­śniej. Gli­niarz mu­siał gdzieś w tym cza­sie po­je­chać, bo ra­dio­wóz był te­raz za­par­ko­wa­ny ty­łem do kra­węż­ni­ka.

– Sia­daj z tyłu – za­rzą­dził.

Re­acher usły­szał sa­mo­lot nad gło­wą, gdzieś da­le­ko na za­cho­dzie. Jed­no­sil­ni­ko­wiec w trak­cie wzno­sze­nia się, wy­de­du­ko­wał. Może ces­sna albo be­ech, a może pi­per, mały i sa­mot­ny w prze­stwo­rzach. Po­cią­gnął za klam­kę drzwi i wsu­nął się do środ­ka. Bez kaj­da­nek z tyłu było o wie­le wy­god­niej. Usiadł bo­kiem, jak to zwy­kle ro­bił w tak­sów­ce albo w au­to­bu­sach miej­skich. Gli­niarz po­chy­lił się nad nim, opie­ra­jąc się jed­ną ręką o dach, a dru­gą o drzwi.

– Mó­wi­my po­waż­nie. Je­śli wró­cisz, zo­sta­niesz aresz­to­wa­ny i spę­dzisz trzy­dzie­ści dni w tej sa­mej celi, za­kła­da­jąc, że nie spoj­rzysz na mnie ze­zem i nie za­strze­lę cię za sta­wia­nie opo­ru pod­czas aresz­to­wa­nia.

– Je­steś żo­na­ty? – za­py­tał Re­acher.

– A dla­cze­go?

– Ra­czej nie. Wi­dać, że wo­lisz trze­pać gru­chę.

Gli­niarz przez mo­ment stał bez ru­chu, by po chwi­li trza­snąć drzwia­mi i usiąść za kie­row­ni­cą. Ru­szył, skrę­cił w pra­wo i skie­ro­wał się na pół­noc. Sześć prze­cznic do Main Stre­et, kal­ku­lo­wał Re­acher. Je­śli skrę­ci w lewo, to pod­wie­zie mnie da­lej na za­chód i dam so­bie z nimi spo­kój. Ale je­śli skrę­ci w pra­wo, to wy­wie­zie mnie w kie­run­ku Na­dziei, a wte­dy może nie dam so­bie z nimi spo­ko­ju.

Nie cier­piał wy­co­fy­wa­nia się z raz pod­ję­tych dzia­łań.

Po­su­wa­nie się do przo­du był jego ele­men­tar­ną za­sa­dą po­stę­po­wa­nia.

Sześć prze­cznic, sześć zna­ków „stop”. Przed każ­dym zna­kiem gli­niarz de­li­kat­nie ha­mo­wał, to­cząc się, spo­glą­dał w lewo i pra­wo, po czym ru­szał do przo­du. Do­pie­ro przy Main Stre­et za­ha­mo­wał cał­ko­wi­cie. Po chwi­li na­ci­snął moc­no gaz, ru­szył do przo­du i skrę­cił.

W pra­wo.

Na wschód.

Z po­wro­tem do Na­dziei.


8

Wy­jeż­dża­jąc z mia­sta, Re­acher jesz­cze raz zo­ba­czył skład su­chej żyw­no­ści, sta­cję ben­zy­no­wą, opusz­czo­ny mo­tel i nie­za­bu­do­wa­ny kwar­tał. Mi­nąw­szy ostat­nie domy, gli­niarz na­ci­snął pe­dał gazu i przy­spie­szył do dzie­więć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę. Opo­ny chrzę­ści­ły po kiep­skiej chro­po­wa­tej na­wierzch­ni, na­tra­fia­jąc na wy­sta­ją­ce ka­my­ki, któ­re pod­ry­wa­ne przez bież­nik opon ude­rza­ły o nad­ko­la i wy­strze­li­wa­ły na po­bo­cze. Dwa­na­ście mi­nut póź­niej po­li­cjant za­ha­mo­wał, wy­szedł z ra­dio­wo­zu, po­ło­żył dłoń na rę­ko­je­ści re­wol­we­ru i otwo­rzył tyl­ne drzwi.

– Wy­sia­daj.

Re­acher wy­su­nął nogi na ze­wnątrz i przez po­de­szwy bu­tów po­czuł ostry żwir dro­gi na­le­żą­cej do Roz­pa­czy.

Gli­niarz wska­zał kciu­kiem na gi­ną­cy w ciem­no­ści wschód.

– Idź w tam­tą stro­nę – po­wie­dział.

Jack stał bez ru­chu.

Po­li­cjant wy­cią­gnął broń z ka­bu­ry. Był to kan­cia­sty glock ka­li­ber dzie­więć mi­li­me­trów bez blo­ka­dy bez­pie­czeń­stwa. Miał tyl­ko za­suw­kę przy spu­ście, już wci­śnię­tą przez tłu­sty pa­luch wska­zu­ją­cy.

– Daj mi tyl­ko ja­kiś po­wód – rzu­cił funk­cjo­na­riusz.

Re­acher zro­bił trzy kro­ki do przo­du. Zo­ba­czył ko­niec chro­po­wa­tej na­wierzch­ni Roz­pa­czy i po­czą­tek gład­kie­go as­fal­tu na­le­żą­ce­go do okrę­gu ad­mi­ni­stra­cyj­ne­go Na­dziei. Za­uwa­żył sze­ro­ki na kil­ka cen­ty­me­trów uskok dzie­lą­cy oba ro­dza­je na­wierzch­ni, wy­peł­nio­ny le­pi­kiem. Ra­dio­wóz po­li­cyj­ny za­trzy­mał się do­kład­nie na gra­ni­cy, tak że jego ta­ran po­kry­wał się z li­nią usko­ku. Taką jak­by prze­rwą dy­la­ta­cyj­ną. Gra­ni­cą. Li­nią. Re­acher wzru­szył ra­mio­na­mi, prze­kro­czył ją i zro­bił krok w stro­nę Na­dziei.

– I nie wra­caj już do nas – za­wo­łał za nim gli­niarz.

Nic nie od­po­wie­dział. Na­wet się nie od­wró­cił. Stał i pa­trzył na wschód, słu­cha­jąc, jak ra­dio­wóz za­wra­ca i od­jeż­dża, szu­ra­jąc po na­wierzch­ni. Ha­łas przy­ci­chał wraz z od­da­la­ją­cym się sa­mo­cho­dem. Re­acher jesz­cze raz wzru­szył ra­mio­na­mi i za­czął iść.

• • •

Uszedł za­le­d­wie oko­ło dwu­dzie­stu me­trów, gdy zo­ba­czył zbli­ża­ją­ce się od stro­ny Na­dziei świa­tła sa­mo­cho­du. Re­flek­to­ry były sze­ro­ko osa­dzo­ne i bu­ja­ły się raz w górę, raz w dół. To mu­siał być ja­kiś duży, szyb­ko ja­dą­cy wóz. Pę­dził wprost na nie­go i gdy zbli­żył się na ja­kieś sto me­trów, Re­acher spo­strzegł, że to ko­lej­ny ra­dio­wóz po­li­cyj­ny. Bia­ło-czar­ny ford crown vic­to­ria z po­li­cyj­ny­mi na­pi­sa­mi, ta­ra­nem, ko­gu­ta­mi na da­chu i an­te­na­mi. Za­ha­mo­wał przed nim; za­mon­to­wa­ny na słup­ku przed­niej szy­by szpe­racz roz­błysł, prze­krę­cił się i omiótł oko­li­cę dwa razy, za­nim za­trzy­mał się do­kład­nie na twa­rzy Jac­ka. Ośle­pił go. Zgasł. Sa­mo­chód po­to­czył się jesz­cze kil­ka me­trów z sy­czą­cym dźwię­kiem opon szu­ra­ją­cych po gład­kim as­fal­cie i sta­nął tak, że drzwi kie­row­cy zna­la­zły się tuż przy Re­ache­rze. Na drzwiach była na­ma­lo­wa­na zło­ta tar­cza z li­te­ra­mi DPN po­środ­ku. De­par­ta­ment Po­li­cji w Na­dziei. Szy­ba opu­ści­ła się elek­trycz­nie, ręka skie­ro­wa­ła się do włącz­ni­ka i za­pa­li­ła świa­tło w ka­bi­nie. Re­acher zo­ba­czył po­li­cjant­kę za kie­row­ni­cą. Jej ja­sne krót­kie wło­sy za­lśni­ły przy sła­bym żół­ta­wym świe­tle.

– Pod­wieźć cię? – za­py­ta­ła.

– Przej­dę się – od­po­wie­dział Re­acher.

– Do mia­sta jest jesz­cze osiem ki­lo­me­trów.

– Sze­dłem stam­tąd pie­szo, to mogę też wró­cić pie­szo.

– Sa­mo­cho­dem bę­dzie szyb­ciej.

– Dzię­ki. Wszyst­ko jest okay.

Po­li­cjant­ka mil­cza­ła przez chwi­lę. Re­acher wsłu­chi­wał się w dźwięk sil­ni­ka for­da. Cier­pli­wie mru­czał na lu­zie. Jack sły­szał krę­cą­ce się pa­ski kli­no­we. Tłu­mik wy­da­wał stu­ka­ją­ce od­gło­sy wraz ze zmniej­sza­niem się tem­pe­ra­tu­ry. Re­acher ru­szył do przo­du. Zro­bił trzy kro­ki i usły­szał od­głos za­łą­cza­ne­go bie­gu wstecz­ne­go. Sa­mo­chód cof­nął się z pręd­ko­ścią mar­szu Re­ache­ra. Szy­ba była nadal opusz­czo­na. Ko­bie­ta rzu­ci­ła:

– Daj so­bie spo­kój, Ze­no­nie.

Re­acher sta­nął.

– A ty wiesz, kim był Ze­non? – spy­tał.

Sa­mo­chód się za­trzy­mał.

– Ze­non z Ki­tion – za­czę­ła wy­ja­śniać po­li­cjant­ka.

– Za­ło­ży­ciel szko­ły sto­ików. I mó­wię ci, że­byś prze­stał być ta­kim cier­pięt­ni­kiem.

– Sto­icy byli cier­pięt­ni­ka­mi. Sto­icyzm po­le­ga na ak­cep­to­wa­niu prze­zna­cze­nia. Tak po­wie­dział Ze­non.

– Two­im prze­zna­cze­niem jest wró­cić do Na­dziei. Ze­no­no­wi bę­dzie wszyst­ko jed­no, czy do­sta­niesz się tam na pie­cho­tę, czy sa­mo­cho­dem.

– To kim ty w koń­cu je­steś? Fi­lo­zo­fem, gli­ną czy kie­row­cą tak­sów­ki?

– Po­li­cja z Roz­pa­czy dzwo­ni do nas, gdy wy­rzu­ca­ją ko­goś z mia­sta i do­wo­żą do gra­ni­cy. To taka ko­le­żeń­ska uprzej­mość.

– Czę­sto się to zda­rza?

– Czę­ściej niż mo­gło­by ci się wy­da­wać.

– A ty za­wsze się po­ja­wiasz i od­bie­rasz nie­szczę­śliw­ców?

– Je­ste­śmy po to, by słu­żyć. Tak na­pi­sa­no na her­bie po­li­cyj­nym.

Re­acher spoj­rzał na tar­czę her­bo­wą na drzwiach wozu. Tuż nad skró­tem „DPN” na szar­fie bie­gną­cej po­środ­ku tar­czy wid­nia­ło sło­wo „Chro­nić”, po­ni­żej zaś umiesz­czo­no wy­raz „Słu­żyć”.

– Aha – od­po­wie­dział.

– Więc wsia­daj.

– A dla­cze­go oni to ro­bią?

– Wsia­daj, to ci opo­wiem.

– Więc za­bro­nisz mi iść da­lej pie­szo?

– Masz osiem ki­lo­me­trów. Już je­steś na­bu­zo­wa­ny, a gdy doj­dziesz do mia­stecz­ka, to mo­żesz być zu­peł­nie ro­ze­źlo­ny. Uwierz mi, wi­dzia­łam to wie­le razy. Le­piej bę­dzie dla nas wszyst­kich, je­śli prze­je­dziesz się ze mną.

– Ja je­stem inny. Marsz mnie uspo­ka­ja.

– Nie mam za­mia­ru cię bła­gać, Re­acher.

– Znasz moje na­zwi­sko?

– Po­li­cja z Roz­pa­czy nam je po­da­ła. Ko­le­żeń­ska uprzej­mość.

– A może ostrze­że­nie?

– Może. A te­raz mu­szę pod­jąć de­cy­zję, czy po­trak­to­wać je po­waż­nie.

Wzru­szył ra­mio­na­mi i po­ło­żył rękę na klam­ce tyl­nych drzwi.

– Sia­daj z przo­du, głu­po­lu – skar­ci­ła go po­li­cjant­ka.

– Chcę ci po­móc, a nie aresz­to­wać.

Re­acher prze­szedł do­oko­ła sa­mo­cho­du i otwo­rzył przed­nie drzwi pa­sa­że­ra. Miej­sce było za­wa­lo­ne kon­so­la­mi krót­ko­fa­ló­wek i ter­mi­na­lem kom­pu­te­ro­wym, ale sie­dze­nie po­zo­sta­ło pu­ste. Żad­ne­go ka­pe­lu­sza. Ja­koś się na nie wci­snął, choć nie było zbyt dużo miej­sca na nogi ze wzglę­du na plek­si za fo­te­lem. Ra­dio­wóz pach­niał ole­jem sa­mo­cho­do­wym, kawą, per­fu­ma­mi i roz­grza­ny­mi ukła­da­mi elek­tro­nicz­ny­mi. Na ekra­nie lap­to­pa do­strzegł mapę GPS. Mała strzał­ka była skie­ro­wa­na na za­chód i mru­ga­ła na da­le­kim krań­cu ró­żo­we­go te­re­nu okre­ślo­ne­go jako okręg mia­sta Na­dzie­ja. Okręg miał re­gu­lar­nie pro­sto­kąt­ny kształt, pra­wie kwa­dra­to­wy. Szyb­ki i ar­bi­tral­ny po­dział te­re­nu, jak w ca­łym sta­nie Ko­lo­ra­do. Są­sied­ni okręg mia­sta Roz­pacz miał ko­lor ja­sno­bor­do­wy, nie był jed­nak kwa­dra­to­wy. Miał kształt zbli­żo­ny do tę­pe­go kli­na. Wschod­nia gra­ni­ca po­kry­wa­ła się do­kład­nie z za­chod­nią gra­ni­cą Na­dziei. Da­lej okręg się roz­sze­rzał, przyj­mu­jąc kształt trój­ką­ta z ob­cię­tym wierz­choł­kiem. Jego za­chod­nia gra­ni­ca mia­ła dwa razy więk­szą dłu­gość od wschod­niej i do­ty­ka­ła sza­rej ni­co­ści. Te­ren nie­przy­pi­sa­ny do żad­ne­go mia­sta, do­my­ślił się Re­acher. Dro­gi do­jaz­do­we do au­to­strad mię­dzy­sta­no­wych I-70 oraz I-25 prze­ci­na­ły to te­ry­to­rium i krzy­żo­wa­ły się w pół­noc­no-za­chod­nim rogu okrę­gu Roz­pa­czy.

Po­li­cjant­ka pod­nio­sła szy­bę, skrę­ci­ła gło­wę do tyłu i za­wró­ci­ła sa­mo­chód kil­ko­ma ma­new­ra­mi kie­row­ni­cy. Be­żo­wa wy­pra­so­wa­na ko­szu­la skry­wa­ła szczu­płą syl­wet­kę. Ko­bie­ta mia­ła pew­nie mniej niż metr sie­dem­dzie­siąt wzro­stu, mniej niż pięć­dzie­siąt czte­ry ki­lo­gra­my wagi i mniej niż trzy­dzie­ści pięć lat. Żad­nej bi­żu­te­rii, żad­nej ob­rącz­ki. Jack do­strzegł ra­dio mar­ki Mo­to­ro­la, przy­pię­te przy koł­nie­rzu oraz ozna­kę po­li­cyj­ną nad lewą pier­sią. We­dług na­pi­su na iden­ty­fi­ka­to­rze po­li­cjant­ka na­zy­wa­ła się Vau­ghan. Mu­sia­ła być cał­kiem do­bra w tym, co robi. Mia­ła sze­reg ozna­czeń i wy­róż­nień. Była ład­na, ale jej apa­ry­cja od­bie­ga­ła od uro­dy zwy­kłych ko­biet. Mia­ła coś, cze­go bra­ko­wa­ło in­nym. To było wi­dać na pierw­szy rzut oka. Re­acher wie­dział, w czym tkwił jej se­kret. W żan­dar­me­rii woj­sko­wej ra­zem z nim słu­ży­ło wie­le ko­biet.

– Dla­cze­go wy­rzu­ci­li mnie z Roz­pa­czy? – za­py­tał.

Vau­ghan wy­łą­czy­ła świa­tło w ka­bi­nie. Syl­wet­ka po­li­cjant­ki była te­raz oświe­tlo­na od przo­du czer­wo­nym bla­skiem po­cho­dzą­cym od de­ski roz­dziel­czej i ró­żo­wo­bor­do­wym od­bi­ciem plam okrę­gów mapy GPS, a tak­że bia­łe­go świa­tła re­flek­to­rów tań­czą­ce­go na dro­dze.

– Spójrz na sie­bie – od­rze­kła.

– No i co?

– Co wi­dzisz?

– Zwy­kłe­go fa­ce­ta.

– A ja ro­bo­la w nie­bie­skim ubra­niu ro­bo­czym, spraw­ne­go, sil­ne­go, zdro­we­go i głod­ne­go.

– I co z tego?

– Jak da­le­ko za­sze­dłeś?

– Za­ha­czy­łem o sta­cję ben­zy­no­wą i re­stau­ra­cję. No i o salę są­do­wą.

– Więc nie masz peł­ne­go ob­ra­zu – wy­wnio­sko­wa­ła Vau­ghan.

Je­cha­ła po­wo­li, ja­kieś pięć­dzie­siąt ki­lo­me­trów na go­dzi­nę, jak­by chcia­ła jesz­cze dłu­go po­ga­dać. Lewą rękę, opar­tą łok­ciem o drzwi, trzy­ma­ła na kie­row­ni­cy. Dru­ga spo­czy­wa­ła na udach. Osiem ki­lo­me­trów przy pręd­ko­ści pięć­dzie­siąt na go­dzi­nę to oko­ło dzie­się­ciu mi­nut. Re­acher za­sta­na­wiał się, co ta­kie­go chcia­ła mu po­wie­dzieć, że nie zmie­ści­ło­by się w cza­sie krót­szym niż dzie­sięć mi­nut.

– Je­stem ra­czej z zie­lo­nej baj­ki niż z nie­bie­skiej, je­śli cho­dzi o ciu­chy – wy­znał.

– Jak to z zie­lo­nej?

– By­łem w ar­mii. W żan­dar­me­rii.

– Kie­dy?

– Dzie­sięć lat temu.

– Masz te­raz ja­kąś pra­cę?

– Nie.

– No wi­dzisz.

– Co wi­dzę?

– By­łeś za­gro­że­niem.

– Jak to?

– Na za­chód od Roz­pa­czy znaj­du­je się naj­więk­szy za­kład re­cy­klin­gu zło­mu w Ko­lo­ra­do.

– Wi­dzia­łem smog.

– Roz­pacz nie ma żad­ne­go in­ne­go prze­my­słu. Ten kom­bi­nat jest dla nich wszyst­kim.

– Czy­li to mia­sto kor­po­ra­cyj­ne – wy­wnio­sko­wał Re­acher.

Vau­ghan kiw­nę­ła gło­wą.

– Wła­ści­ciel za­kła­du jest jed­no­cze­śnie wła­ści­cie­lem każ­dej ce­gły każ­de­go bu­dyn­ku w mie­ście. Po­ło­wa miesz­kań­ców pra­cu­je w jego kom­bi­na­cie. Dru­ga po­ło­wa pra­cu­je na zle­ce­nia. Ci, któ­rzy mają sta­łe za­trud­nie­nie, są cał­kiem za­do­wo­le­ni. Ci, któ­rzy do­sta­ją ro­bo­tę od cza­su do cza­su, nie bar­dzo. Nie lu­bią kon­ku­ren­cji ze stro­ny przy­by­szów. Nie chcą u sie­bie lu­dzi, któ­rym za­le­ży na tym­cza­so­wej pra­cy i są go­to­wi przy­jąć mniej­sze dniów­ki.

– Wca­le nie szu­ka­łem pra­cy.

– A po­wie­dzia­łeś im to?

– Nie py­ta­li.

– I tak by ci nie uwie­rzy­li. Mia­sta kor­po­ra­cyj­ne to dziw­ne miej­sca. Cze­ka­nie przed bra­mą na pra­cę i ski­nie­nie ręką bry­ga­dzi­sty zmie­nia lu­dzi. To jak­by feu­da­lizm. Całe to mia­sto jest w su­mie feu­dal­ne. Pie­nią­dze z wy­płat tra­fia­ją z po­wro­tem do wiel­kie­go wła­ści­cie­la jako opła­ty czyn­szo­we, a na­wet spła­ty kre­dy­tów hi­po­tecz­nych. Fa­cet jest wła­ści­cie­lem ban­ku. Rów­nież w nie­dzie­lę nie mogą się od nie­go uwol­nić. Mają tyl­ko je­den ko­ściół, a on jest w nim świec­kim ka­zno­dzie­ją. Ten, kto chce utrzy­mać pra­cę, musi od cza­su do cza­su po­ja­wić się w ław­ce ko­ściel­nej.

– Czy to uczci­we?

– On lubi do­mi­no­wać. Wy­ko­rzy­sta każ­dą oko­licz­ność.

– To dla­cze­go lu­dzie stam­tąd nie wy­jeż­dża­ją?

– Nie­któ­rym się uda­ło. Po­zo­sta­li już nig­dy nie opusz­czą tego miej­sca.

– To on nie lubi lu­dzi, któ­rzy po­ja­wia­ją się z ze­wnątrz i chcą pra­co­wać za mniej­sze pie­nią­dze?

– On woli sta­bil­ność. Lubi lu­dzi, któ­rych jest wła­ści­cie­lem, a nie ob­cych. I zu­peł­nie nie ma zna­cze­nia, za co kto pła­ci. Wszyst­kie pie­nią­dze i tak wra­ca­ją do nie­go w czyn­szach i zy­skach ze skle­pów, któ­rych jest wła­ści­cie­lem.

– Więc dla­cze­go ci go­ście w ogó­le cze­goś się oba­wia­li?

– Lu­dzie za­wsze będą się cze­goś bać. Mia­sta w rę­kach jed­ne­go biz­ne­su są dziw­ne.

– I na­wet sę­dzia tań­czy, jak mu za­gra­ją?

– Musi. On jest wy­bie­ral­ny. A roz­po­rzą­dze­nie o włó­czę­go­stwie to pra­wo mia­sta. Więk­szość miast ma ta­kie za­pi­sy w pra­wie lo­kal­nym. My też ta­kie mamy w Na­dziei. Moż­na so­bie po­na­rze­kać, ale pra­wo to pra­wo.

– Nikt mi tym nie za­wra­cał gło­wy w Na­dziei. No­co­wa­łem tam wczo­raj.

– My nie je­ste­śmy mia­stem kor­po­ra­cyj­nym.

Vau­ghan zwol­ni­ła. W od­da­li po­ja­wi­ły się pierw­sze za­bu­do­wa­nia. Re­acher roz­po­znał to miej­sce. Sklep z ar­ty­ku­ła­mi go­spo­dar­stwa do­mo­we­go i na­rzę­dzia­mi. Rano sprze­daw­ca wy­sta­wił na uli­cę dra­bi­ny i tacz­ki dla re­kla­my. Te­raz sklep był ciem­ny i za­mknię­ty.

– Ilu po­li­cjan­tów pra­cu­je w Na­dziei? – za­py­tał.

– Ja plus dwo­je in­nych i szef po­li­cji.

– Ma­cie za­przy­się­żo­nych za­stęp­ców?

– Czte­rech. Nie­czę­sto z nich ko­rzy­sta­my. Cza­sem do kie­ro­wa­nia ru­chem, je­śli jest aku­rat ja­kaś prze­bu­do­wa dro­gi. A dla­cze­go?

– Czy są uzbro­je­ni?

– Nie. W Ko­lo­ra­do po­li­cyj­na służ­ba po­moc­ni­cza skła­da się z nie­uzbro­jo­nych cy­wi­li. Cze­mu py­tasz?

– Ilu za­stęp­ców jest w Roz­pa­czy?

– Chy­ba też czte­rech.

– Spo­tka­łem ich.

– I co?

– Teo­re­ty­zu­jąc, jak za­re­ago­wa­ła­by po­li­cja w Na­dziei, gdy­by po­ja­wił się ja­kiś fa­cet, wdał się w awan­tu­rę z jed­nym z za­stęp­ców i roz­kwa­sił mu szczę­kę?

– W kil­ka chwil wrzu­ci­li­by­śmy dup­sko ta­kie­go ża­ło­sne­go go­ścia pro­sto do aresz­tu.

– Dla­cze­go?

– Wiesz dla­cze­go. Zero to­le­ran­cji dla na­past­ni­ków na człon­ków służ­by po­moc­ni­czej plus obo­wią­zek dba­nia o wła­sne tył­ki, plus duma, plus sza­cu­nek dla wła­snej pra­cy.

– A je­śli w grę wcho­dzi­ła­by kwe­stia sa­mo­obro­ny?

– Cy­wil prze­ciw­ko po­li­cjan­to­wi? Mu­sie­li­by­śmy mieć uza­sad­nio­ne wąt­pli­wo­ści, żeby w to uwie­rzyć.

– Ro­zu­miem.

– Prze­cież tak samo było w żan­dar­me­rii woj­sko­wej.

– No pew­nie.

– Więc po co py­tasz?

Re­acher nie udzie­lił bez­po­śred­niej od­po­wie­dzi.

– Nie je­stem wca­le sto­ikiem. Ze­non gło­sił bier­ną ak­cep­ta­cję prze­zna­cze­nia. Ja ab­so­lut­nie nie je­stem bier­ny. Wszel­kie wy­zwa­nia bio­rę so­bie pro­sto do ser­ca.

– I co z tego?

– Nie lu­bię, jak mi ktoś mówi, do­kąd mogę iść, a do­kąd nie.

– Upar­ciuch z cie­bie.

– Po pro­stu to mnie wku­rza.

Vau­ghan zwol­ni­ła jesz­cze bar­dziej i za­trzy­ma­ła ra­dio­wóz przy kra­węż­ni­ku. Dźwi­gnię zmia­ny bie­gów prze­ło­ży­ła w po­zy­cję „Park” i prze­krę­ci­ła się w stro­nę Re­ache­ra.

– Chcesz mo­jej rady? – za­py­ta­ła. – Daj so­bie z tym spo­kój i ru­szaj da­lej w swo­ją dro­gę. Roz­pacz nie jest tego war­ta.

– Nie od­po­wie­dział. – Zjedz so­lid­ny po­si­łek i wy­naj­mij po­kój – po­ra­dzi­ła Vau­ghan. – Coś czu­ję, że je­steś głod­ny.

Re­acher ski­nął gło­wą.

– Dzię­ku­ję za pod­wie­zie­nie. Miło było cię po­znać. Otwo­rzył drzwi i zsu­nął się z fo­te­la. W Na­dziei głów­na uli­ca na­zy­wa­ła się First Stre­et. Gdzieś za na­stęp­ną prze­czni­cą było bi­stro przy Se­cond Stre­et. Jadł tam rano śnia­da­nie. Ru­szył w stro­nę knajp­ki i usły­szał za ple­ca­mi do­stoj­ny, od­da­la­ją­cy się dźwięk sil­ni­ka i szum opon o as­falt for­da crown vic­to­ria po­li­cjant­ki Vau­ghan. Gdy skrę­cił za róg, szum ucichł.

• • •

Go­dzi­nę póź­niej nadal sie­dział w re­stau­ra­cji. Zjadł zupę, stek, fryt­ki, fa­sol­kę, pla­cek jabł­ko­wy i lody. Te­raz pił kawę. Była o wie­le lep­sza od tej w Roz­pa­czy. I po­da­no ją w zwy­kłym kub­ku o cy­lin­drycz­nym kształ­cie. Może też był odro­bi­nę za gru­by, ale o wie­le bliż­szy ide­ało­wi.

My­ślał o Roz­pa­czy i za­sta­na­wiał się, dla­cze­go wy­rzu­ce­nie go z mia­sta było dla nich znacz­nie waż­niej­sze niż za­trzy­ma­nie i uwię­zie­nie za po­bi­cie za­przy­się­żo­ne­go za­stęp­cy.


9

Bi­stro w Na­dziei sto­so­wa­ło wo­bec klien­ta po­li­ty­kę kub­ka kawy bez dna i Re­acher bez­li­to­śnie wy­ko­rzy­stał to pra­wo do opi­cia się czar­nym na­po­jem za wszyst­kie cza­sy. Opróż­nił chy­ba cały dzba­nek. Kel­ner­ka była za­fa­scy­no­wa­na jego pra­gnie­niem. Na­wet nie mu­siał jej pro­sić o do­lew­kę. Po­ja­wia­ła się na­tych­miast, gdy koń­czył po­przed­ni ku­bek, a cza­sem na­wet wcze­śniej, jak­by chcia­ła zdo­pin­go­wać go do bi­cia re­kor­du świa­ta w pi­ciu kawy. Zo­sta­wił jej po­dwój­ny na­pi­wek, tak na wy­pa­dek gdy­by wła­ści­ciel chciał ją ob­cią­żyć za nad­mier­ną go­ścin­ność.

Gdy wy­szedł na uli­cę, było już zu­peł­nie ciem­no. Dzie­wią­ta wie­czo­rem. Mrok nie mi­nie jesz­cze przez dzie­sięć go­dzin. Na tej sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej i o tej po­rze roku wschód za­cznie się oko­ło siód­mej rano. Prze­szedł trzy prze­czni­ce do ma­łe­go skle­pu spo­żyw­cze­go. W du­żym mie­ście na­zy­wa­no by go pew­nie my­dłem i po­wi­dłem, na bo­ga­tych przed­mie­ściach na­le­żał­by do sie­ci skle­pów spo­żyw­czych, ale w Na­dziei po­zo­sta­wał tym, czym był za­wsze – za­gra­co­nym, za­ku­rzo­nym biz­ne­sem ro­dzin­nym sprze­da­ją­cym wszyst­ko, cze­go po­trze­bo­wa­li lu­dzie do co­dzien­ne­go ży­cia.

Re­acher po­trze­bo­wał wody, pro­te­in i ener­gii. Ku­pił trzy li­tro­we bu­tel­ki wody mi­ne­ral­nej, sześć ba­to­nów pro­te­ino­wo-ener­ge­tycz­nych i pacz­kę pięć­dzie­się­cio­li­tro­wych wor­ków na śmie­ci. Sprze­daw­ca wło­żył wszyst­ko do pa­pie­ro­wej tor­by i wy­dał resz­tę. Re­acher prze­szedł czte­ry prze­czni­ce do tego sa­me­go mo­te­lu, w któ­rym spał po­przed­niej nocy. Do­stał ten sam po­kój na koń­cu sze­re­gu. Wszedł do środ­ka, odło­żył tor­bę z za­ku­pa­mi na noc­ny sto­lik i po­ło­żył się na łóż­ku. Po­sta­no­wił tro­chę od­po­cząć. Do pół­no­cy. Nie miał za­mia­ru przejść pie­szo ko­lej­nych dwu­dzie­stu pię­ciu ki­lo­me­trów tego sa­me­go dnia.

• • •

Wstał z łóż­ka o pół­no­cy i wyj­rzał przez okno. Nie do­strzegł świa­tła księ­ży­ca. Za­sła­nia­ła go duża chmu­ra, a na ciem­nym nie­bie po­ły­ski­wa­ło je­dy­nie świa­tło gwiazd. Prze­ło­żył za­ku­py do czar­ne­go wor­ka na śmie­ci i za­rzu­cił go so­bie na ple­cy. Opu­ścił te­ren mo­te­lu, naj­pierw szedł First Stre­et, po­tem skrę­cił na za­chód. Uli­ce były pu­ste. Żad­nych sa­mo­cho­dów, żad­nych prze­chod­niów. Za­le­d­wie kil­ka świa­teł w oknach. Był śro­dek nocy w mia­stecz­ku le­żą­cym w środ­ku pust­ko­wia. Chod­nik koń­czył się nie­ca­łe dzie­sięć me­trów za skle­pem z na­rzę­dzia­mi. Jack zszedł na as­falt i ru­szył da­lej zwy­kłym, mar­szo­wym kro­kiem – oko­ło sied­miu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę. Na pła­skiej na­wierzch­ni szo­sy nie było to wca­le trud­ne. Osią­gnął mar­szo­wą pręd­kość, któ­ra do­sko­na­le ba­lan­so­wa­ła cia­ło, i czuł, że mógł­by tak iść w nie­skoń­czo­ność i nig­dy się już nie za­trzy­mać.

Jed­nak mu­siał się za­trzy­mać. Zro­bił to osiem ki­lo­me­trów da­lej, sto me­trów przed gra­ni­cą okrę­gów miast Na­dzie­ja i Roz­pacz, bo wy­czuł przed sobą ja­kiś kształt scho­wa­ny w ciem­no­ści. Sa­mo­chód za­par­ko­wa­ny na po­bo­czu. Pra­wie cały czar­ny, z bia­ły­mi ele­men­ta­mi.

Ra­dio­wóz po­li­cyj­ny.

Vau­ghan.

To na­zwi­sko przy­szło mu na myśl do­kład­nie w tym sa­mym mo­men­cie, gdy roz­bły­sły dłu­gie świa­tła. Zro­bi­ło się bar­dzo ja­sno. Re­acher po­czuł się przy­szpi­lo­ny. Jego cień, niby dłu­gi ogon, gi­nął gdzieś da­le­ko z tyłu w ciem­no­ści. Oczy za­sło­nił lewą ręką, bo w pra­wej trzy­mał wo­rek zwi­sa­ją­cy na ple­cach. Stał bez ru­chu. Świa­tła nadal były włą­czo­ne. Zszedł z as­fal­tu i sko­czył w bok na ubi­ty piach, pró­bu­jąc znik­nąć z wi­do­ku. Re­flek­to­ry sa­mo­cho­du zga­sły, za to za­pa­lił się szpe­racz i wy­ła­pał go z ciem­no­ści. Re­acher nie da­wał za wy­gra­ną. Zmie­nił za­mia­ry i skie­ro­wał się wprost na sa­mo­chód po­li­cyj­ny.

Vau­ghan wy­łą­czy­ła świa­tła i opu­ści­ła szy­bę, gdy pod­szedł do ra­dio­wo­zu. Sa­mo­chód stał skie­ro­wa­ny na wschód, dwo­ma ko­ła­mi na żwi­ro­wym po­bo­czu; tyl­ny zde­rzak po­kry­wał się do­kład­nie z prze­rwą w as­fal­cie. Była jesz­cze we wła­snym okrę­gu.

– Tak my­śla­łam, że cię tu spo­tkam – za­czę­ła.

Re­acher spoj­rzał na nią, ale się nie ode­zwał.

– Co ro­bisz? – za­py­ta­ła.

– Wy­sze­dłem na prze­chadz­kę.

– I to wszyst­ko?

– Chy­ba nie jest to nie­zgod­ne z pra­wem?

– Tu­taj nie – od­par­ła Vau­ghan. – Ale je­śli zro­bisz trzy kro­ki, to wpad­niesz w ta­ra­pa­ty.

– To bę­dziesz mnie mia­ła z gło­wy.

– Je­steś upar­ty.

Re­acher ski­nął gło­wą.

– Chcia­łem zwie­dzić Roz­pacz i zro­bię to.

– Tam nie ma nic cie­ka­we­go.

– Tak są­dzę. Ale lu­bię sam się o wszyst­kim prze­ko­nać.

– Oni nie żar­tu­ją. Albo spę­dzisz trzy­dzie­ści dni w aresz­cie, albo cię za­strze­lą.

– Je­śli mnie znaj­dą.

– Znaj­dą. Mnie się uda­ło.

– Nie kry­łem się przed tobą.

– Czy ude­rzy­łeś za­stęp­cę sze­ry­fa?

– A dla­cze­go chcesz to wie­dzieć?

– Za­sta­na­wia­łam się nad py­ta­niem, któ­re mi za­da­łeś.

– Nie je­stem do koń­ca pe­wien, kim on był.

– Nie po­do­ba mi się to, że za­stęp­cy do­sta­ją la­nie.

– Nie spodo­bał­by ci się ten za­stęp­ca. Je­śli w ogó­le nim był.

– Będą cię ści­gać.

– Ilu ich jest na po­ste­run­ku?

– Mniej niż nas. Dwa sa­mo­cho­dy, dwo­je lu­dzi. Tak są­dzę.

– Nie znaj­dą mnie.

– To po co tam wra­casz?

– Bo mi tego za­bro­ni­li.

– Czy to jest tego war­te?

– A co ty byś zro­bi­ła?

– Moja for­ma ży­cia opar­ta jest na es­tro­ge­nie, a nie na te­sto­ste­ro­nie. I osią­gnę­łam doj­rza­łą po­stać. Prze­łknę­ła­bym to świń­stwo i po­szła swo­ją dro­gą. Albo zo­sta­ła­bym w Na­dziei. To ład­ne mia­stecz­ko.

– Do zo­ba­cze­nia ju­tro – od­po­wie­dział Re­acher.

– Pew­nie nie. Albo od­bio­rę cię stąd za mie­siąc, albo prze­czy­tam o to­bie w ga­ze­cie. „Za­strze­lo­ny pod­czas sta­wia­nia opo­ru w chwi­li aresz­to­wa­nia”.

– Do ju­tra – od­parł Re­acher. – Za­pra­szam cię na póź­ną ko­la­cję.

Zro­bił krok do przo­du, po­tem dru­gi i trze­ci, a na­stęp­nie prze­kro­czył gra­ni­cę okrę­gów.


10

Na­tych­miast usko­czył z dro­gi. Sko­ro po­li­cja Na­dziei do­my­śli­ła się, że bę­dzie chciał pod­jąć wy­zwa­nie, to praw­do­po­dob­nie po­li­cja Roz­pa­czy też na to wpad­nie. Re­acher nie chciał się na­dziać na za­par­ko­wa­ny na po­bo­czu ra­dio­wóz. Ta­kie spo­tka­nie mia­ło­by zu­peł­nie inny prze­bieg niż miła po­ga­węd­ka ze ślicz­ną ofi­cer Vau­ghan.

Zszedł pięć­dzie­siąt me­trów w bok na pół­noc od dro­gi. Wy­star­cza­ją­co bli­sko, by utrzy­mać wła­ści­wy kie­ru­nek mar­szu, a jed­no­cze­śnie wy­star­cza­ją­co da­le­ko, by po­zo­stać nie­wi­docz­nym dla kie­row­cy. Noc była zim­na. Grunt nie­rów­ny. Jack szedł wol­no. Nie miał szan­sy na osią­gnię­cie swo­ich sied­miu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę. Po­ty­kał się. Nie wziął la­tar­ki. Ale to była świa­do­ma de­cy­zja. Jej świa­tło przy­nio­sło­by wię­cej szko­dy niż po­żyt­ku. Z la­tar­ką był­by wi­docz­ny na dwa ki­lo­me­try. To tak jak­by wspiął się na spo­ry głaz i za­wo­łał: „Hej, tu je­stem!”.

Nie­ca­łe dwa ki­lo­me­try da­lej ze­gar w gło­wie po­wie­dział mu, że jest za kwa­drans dru­ga nad ra­nem. Zno­wu usły­szał sil­nik sa­mo­lo­tu; gdzieś da­le­ko na za­cho­dzie świa­teł­ko mru­gnę­ło i zni­kło. Jed­no­sil­ni­ko­wy sa­mo­lot pod­cho­dził do lą­do­wa­nia. Ja­kaś ces­sna, be­ech albo pi­per. Może ten sam, któ­ry Jack usły­szał wie­le go­dzin temu. Wsłu­chi­wał się w jego od­głos, do chwi­li gdy wy­lą­do­wał i ko­ło­wał, aż wresz­cie się za­trzy­mał. Po­tem Re­acher po­szedł da­lej.

• • •

Czte­ry go­dzi­ny póź­niej do wscho­du słoń­ca po­zo­sta­ło jesz­cze sie­dem­dzie­siąt pięć mi­nut, a Re­acher zna­lazł się na wy­so­ko­ści cen­trum mia­stecz­ka, ukry­ty trzy­sta me­trów za za­bu­do­wa­nia­mi w pu­styn­nej ro­ślin­no­ści. Zda­wał so­bie spra­wę z tego, że po­zo­sta­wił za sobą wi­docz­ne śla­dy, ale wca­le się tym nie prze­jął. Nie są­dził, by po­li­cja w Roz­pa­czy mia­ła sta­do psów tro­pią­cych albo dys­po­no­wa­ła he­li­kop­te­rem do ba­da­nia te­re­nu z po­wie­trza. Je­śli bę­dzie trzy­mał się z dala od chod­ni­ków i ulic, to po­zo­sta­nie cał­ko­wi­cie nie­wi­docz­ny.

Prze­szedł ko­lej­ne pięć­dzie­siąt me­trów i skrył się za po­tęż­nym gła­zem wiel­ko­ści ło­dzi. Otwo­rzył wo­rek, na­pił się wody i zjadł ba­to­na ener­ge­tycz­ne­go. Noc nadal była zim­na. Spa­ko­wał wszyst­ko z po­wro­tem i sta­nął scho­wa­ny za gła­zem się­ga­ją­cym mu do klat­ki pier­sio­wej. Oparł się o nie­go, zgiął łok­cie, bro­da spo­czę­ła na pię­ściach. Po­cząt­ko­wo nie roz­róż­niał żad­nych szcze­gó­łów w mro­ku. Tyl­ko ciem­ność, spo­kój i ukry­ty po­blask po­je­dyn­czych świa­teł w oknach. Po chwi­li w od­da­li do­strzegł wię­cej świa­teł i wy­czuł wię­cej ak­tyw­no­ści. Do­my­ślił się, że to osie­dle miesz­ka­nio­we na po­łu­dnie od cen­trum. Domy i ka­mie­ni­ce, może też plac na przy­cze­py miesz­kal­ne. Lu­dzie szy­ko­wa­li się do pra­cy.

Dzie­sięć mi­nut póź­niej za­uwa­żył ja­sne ru­cho­me punk­ci­ki zbli­ża­ją­ce się z kie­run­ku pół­noc­ne­go. Dwa, trzy sa­mo­cho­dy. Ich świa­tła prze­ci­ska­ły się po­mię­dzy kwa­dra­ta­mi za­bu­do­wań, od­bi­ja­ły się i gi­nę­ły, rzu­ca­jąc dłu­gie cie­nie w jego stro­nę. Re­acher stał cały czas w tym sa­mym miej­scu i ob­ser­wo­wał. Świa­tła prze­su­wa­ły się wzdłuż Main Stre­et, przy­sta­nę­ły na chwi­lę i skrę­ci­ły ostrym łu­kiem w za­chod­nim kie­run­ku. Po­ja­wia­ło się co­raz wię­cej sa­mo­cho­dów. Po chwi­li wszyst­kie prze­czni­ce były ja­sno roz­świe­tlo­ne przez pro­ce­sję po­jaz­dów. Wy­glą­da­ło to, jak­by dzień wscho­dził na po­łu­dniu. Pick-upy, se­da­ny i sta­re te­re­nów­ki kie­ro­wa­ły się na pół­noc, by do­je­chać do Main Stre­et, przed któ­rą przy­sta­wa­ły, prze­py­cha­ły się na skrzy­żo­wa­niach i ru­sza­ły na za­chód, gdzie, jak do­my­ślił się Re­acher, znaj­do­wał się za­kład re­cy­klin­gu zło­mu.

Kor­po­ra­cyj­ne mia­sto.

Szó­sta rano.

Miesz­kań­cy Roz­pa­czy jadą do pra­cy.

Re­acher ru­szył w tym sa­mym kie­run­ku pie­szo, zro­bił czte­ry­sta me­trów na pół­noc. Po­ty­kał się na po­roz­sy­cha­nej zie­mi, sta­ra­jąc się nie zgu­bić tro­pu. Szedł z pręd­ko­ścią oko­ło pię­ciu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę. Sa­mo­cho­dy je­cha­ły po­nad pięć­dzie­siąt na go­dzi­nę. Ale do­pie­ro po dzie­się­ciu mi­nu­tach zdo­ła­ły go wy­prze­dzić. Dłu­gi kon­wój po­jaz­dów. Gdy mi­ja­ła go ostat­nia pół­cię­ża­rów­ka, po­wiódł wzro­kiem za jej tyl­ny­mi świa­tła­mi po­zy­cyj­ny­mi. Ja­kieś dwa ki­lo­me­try da­lej ho­ry­zont roz­świe­tlał nie­koń­czą­cy się blask. To nie był świt. Świt na­dej­dzie zza jego ple­ców, na wscho­dzie. Blask na za­cho­dzie po­cho­dził od lamp łu­ko­wych. Wy­glą­da­ło, jak­by sta­ły wzdłuż bo­ków pro­sto­ką­ta two­rzą­ce­go wiel­ką are­nę, któ­ra mia­ła oko­ło pół­to­ra ki­lo­me­tra dłu­go­ści i ki­lo­metr sze­ro­ko­ści. „Naj­więk­szy za­kład re­cy­klin­gu me­ta­lu w Ko­lo­ra­do”, po­wie­dzia­ła Vau­ghan.

To nie są żar­ty, po­my­ślał Re­acher. Wy­glą­da na naj­więk­szy na świe­cie.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com