Nera Polacca - Wincenty Łoś - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 258 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nera Polacca - Wincenty Łoś

Powieść polskiego arystokraty z końca XIX wieku. Wincenty Łoś (1857–1918) był zapalonym literatem oraz kolekcjonerem. Reprezentował poglądy konserwatywne, które ujawniały się w jego twórczości literackiej.

Opinie o ebooku Nera Polacca - Wincenty Łoś

Fragment ebooka Nera Polacca - Wincenty Łoś








Spis treści

  1. CZĘŚĆ I
  2. ROZDZIAŁ I
  3. ROZDZIAŁ II
  4. ROZDZIAŁ III
  5. ROZDZIAŁ IV
  6. ROZDZIAŁ V
  7. ROZDZIAŁ VI
  8. ROZDZIAŁ VII
  9. ROZDZIAŁ VIII
  10. ROZDZIAŁ IX
  11. ROZDZIAŁ X
  12. ROZDZIAŁ XI
  13. ROZDZIAŁ XII
  14. ROZDZIAŁ XIII
  15. ROZDZIAŁ XIV
  16. ROZDZIAŁ XV
  17. CZĘŚĆ II
  18. ROZDZIAŁ I
  19. ROZDZIAŁ II
  20. ROZDZIAŁ III
  21. ROZDZIAŁ IV
  22. ROZDZIAŁ V
  23. ROZDZIAŁ VI
  24. ROZDZIAŁ VII
  25. ROZDZIAŁ VIII
  26. ROZDZIAŁ IX
  27. ROZDZIAŁ X
  28. ROZDZIAŁ XI
  29. ROZDZIAŁ XII
  30. ROZDZIAŁ XIII
  31. ROZDZIAŁ XIV
  32. ROZDZIAŁ XV
  33. ROZDZIAŁ XVI
  34. ROZDZIAŁ XVII
  35. ROZDZIAŁ XVIII
  36. ROZDZIAŁ XIX
  37. Kolofon

CZĘŚĆ I


ROZDZIAŁ I

Temu lat dziesięć spędziłem zimę we Florencji. W pierwszych dniach mego pobytu w tym eleganckim kosmopolityczne mieście, poznałem całą kolonię polską, składającą się wówczas z kilkunastu rodzin, które ze wszystkich stron mojej ojczyzny podciągały pod cudze włoskie niebo, na zimowe leże.

Sądziłem, że znam już wszystkich moich rodaków, gdy raz popołudniu idąc ulicą z przyjacielem moim, hrabią Emerykiem z Wołynia, uderzony zostałem nadzwyczajnie oryginalnym widokiem.

Przystanąwszy, skierowaliśmy oczy w kierunku zjawiska. Środkiem ulicy pędził ekwipaż, na którego drodze zatrzymywali się przechodnie w podziwie i zdumieniu nad jego ekscentrycznością.

Para karych i lśniących jak kruki, kuców, unosiła czarny, niski, kobiecy ekwipaż, w którym siedziała sama się powożąc, młoda kobieta, cała w czarni. Za nią na tylnym i podniesionym koźle stał młody Murzyn, w czarną liberię ubrany, z czerwonym fezem na głowie.

Ten ekwipaż doskonale sprzęgnięty, cały czarny z jedną śnieżnie białą plamą, którą tworzyła twarz ślicznej kobiety i z drugą czerwoną powstałą z fezu Murzyna, robił nieokreślone i wysoce intrygujące wrażenie.

We Florencji wprawdzie ekscentryczność jest na porządku dziennym, ale mimo to wszyscy się zatrzymywali, gdy ekwipaż nadbiegał.

Stałem jak wryty, pochłaniając oczami młodą niewiastę, w której się domyślałem jakiej słynnej damy z wielkiego półświatka, gdy mnie doleciał tuż obok przez różnych przechodniów kilkakrotnie wyrzucony epitet:

Nera Polacca!...

Nera Polacca! – powtarzał to ten, to ów, zatrzymując się i obejmując wzrokiem, mijający nas z szybkością błyskawicy, piekielny wehikuł.

– Czarna Polka? Cóż to? – zagadnąłem Emeryka.

– Jak to, nie wiesz?...

– Nic nie wiem!

– Nie wiesz, kto to czarna Polka?...

– Nie, nic nie wiem!

– Pierwszy raz widzisz ten oryginalny zaprząg?...

– Pierwszy w życiu.

– I te śliczną kobietę?...

– Także!

Hrabia się uśmiechnął.

– Nie do uwierzenia prawie – bąknął. – Siedzisz tu od miesiąca i nie znasz najekscentryczniejszej i najpiękniejszej rodaczki.

– Któż to?...

– Pani Irma Mazarani.

– Nazwisko niepolskie...

– Z domu hrabianka Korońska.

– A! Ta rodzina mi znaną... ale kto to, opowiadaj, bo nie pamiętam, bym kiedy był do tego stopnia zaciekawiony. Jestże to osoba ze świata?...

– Z najlepszego!

– Bywa w towarzystwie?...

– Wszędzie!

– Skądże ta ekscentryczność?...

– Bo jest oryginalną! A tak pięknej, jak ona, kobiecie, wybacza się pozory...

– Opowiadaj!

Emeryk przystanął.

– Cóż więc chcesz, bym ci opowiadał? – zapytał.

– No, o tej pani Mazarani.

– Wszystko, co wiem, powiedziałem ci.

– Jak to?...

Hrabia się zaśmiał.

– Jesteś diablo zaintrygowany i sądzę, że rozumiesz teraz, dlaczego niektóre piękne kobiety lubią pozorami zwracać naszą uwagę... Pani Mazarani, gdyby była przejechała sobie około ciebie w zwykłej florenckiej wiktorii, byłbyś jej może nie zauważył, choć tak jest piękna...

– Zapewne...

Hrabia tu wsunął swą rękę pod moje ramię i dalej uprowadzając mnie, nieco przyspieszonym krokiem, ciągnął.

– Wstąpimy do pierwszej cukierni i tam ci opowiem to co wiem o pięknej „czarnej Polce”...

– A więc wiesz coś? – podchwyciłem uradowany.

– Cokolwiek – odparł towarzysz – ze źródła nie bardzo wiarogodnego, bo z ust naszych pań, które dopiero tu piękną czarną Polkę pognały, a wieczór, jeśli zechcesz, zaprezentuję cię jej.

– Gdzie?

– Gdzie bądź, albo u niej w domu, w jej pysznej willi, albo na raucie u księżnej Galiera.

– Znasz ją?

– Poznałem ją przed kilku dniami i wiem, że dziś u księżnej będzie...

Przechodziliśmy około cukierni, do której wszedłem pierwszy. Tu zasiedliśmy na uboczu, kazali sobie podać lody i Emeryk zaczął opowiadanie, na które, pożerany ciekawością, czekałem. Ta pani Mazarani, zdawało mi się, nie mogła być zwykłą śmiertelniczką, przybyłą do Florencji dla łagodności klimatu. Ją musiała tu zapędzić, myślałem, jakaś życiowa zawierucha, czarna i gwałtowna, jak jej ekwipaż, który mi stał wciąż w oczach z kucami, ziejącymi ogniem z rozwartych nozdrzy, powiewającymi, ufryzowanymi i najeżonymi grzywami.

Emeryk mówił.

– Pani Mazarani wyszła temu lat trzy za mąż w Warszawie za poczciwego hreczkosieja, który, rzecz naturalna, nie mógł jej odpowiadać. Rozłączyła się też z nim i osiadła tutaj gdzie nabyła willę Tofano i urządziła ją z niewidzianym smakiem i zbytkiem poczucia sztuki. Uzyskała rozwód od kilku miesięcy dopiero za wpływem i protekcją kardynała Soglione. Liczy lat dwadzieścia i cztery, kocha się w sztuce, maluje, jak artystka, a bawi się, jak nie Polka. Wszystko u niej w domu jest takim, jak ten ekwipaż, oryginalnym pięknym, nieco ekscentrycznym, ale zawsze gustownym i zdradzającym wykwintne gusta. Nie jest bogatą, ale musi być zamożną... Zdaje mi się, iż poluje na jakiego milionowego lorda...

Emeryk urwał i zajadał lody, a ja długo czekałem na dalszy ciąg na próżno.

– No dalej! – zawołałem wreszcie.

– A! – podchwycił, jakby się budząc Emeryk – i ja chciałem, by w życiu pani Mazarani coś więcej było, ale niczego się dowiedzieć nie mogłem. Ci, co ją od początku, jak osiadła w Florencji, widują, nie znają... ani nie znali jej kochanka, ani też dziś w świecie... się go dopatrzyć nie można...

Croyez y! – zaśmiałem się.

– Złe języki – dodał po chwili hrabia – szepcą o... młodym Włochu, księciu Torlioni...

– O tym przystojnym?...

– O nim!


ROZDZIAŁ II

Pani Irma przyjmowała co wieczór między godziną siódmą a dziesiątą.

Tegoż samego dnia więc poprosiłem Emeryka, by mnie jej przedstawił.

Nie pamiętam, bym kiedy w życiu był tak ciekawy kobiety. Jej młodość, jej piękność, jej talent wreszcie, o którym mi przyjaciel cuda opowiadał, podnosiły ją w oczach moich do nadzwyczajności w swoim rodzaju.

Z uderzeniem godziny siódmej, weszliśmy do willi Tofano.

W przedsionku stał Murzyn i w milczeniu uchylił przed nami ciężkiej gobelinowej portiery.

Minąwszy białe marmurowe schody, wysłane perskim dywanem, dwa salony, przybrane w arcydzieła pędzla i rzeźby, znaleźliśmy się w buduarze, oświeconym różowym światłem, które w półcieniu pogrążało cały pokój.

Na kominku, zajmującym pierwsze miejsce w pokoju i ustawionym w pośrodku głównej ściany żarzył się ogień i oświecał rzęsiściej fotele, dokoła niego rozstawione. Na jednym z nich o złoconych poręczach, a wybitym czarnym atłasem siedziała pani domu, trzymając nogi na lwiej skórze, migotającej złotymi blaskami do światła.

Powstała na nasze przywitanie i olśniła mnie całym majestatem swej piękności. Pani Irma była brunetką, wyniosłą miała figurę wysmukłą i wiotką, ściągniętą alabastrowo białą twarz, na której z niepojętą siłą świeciło dwoje czarnych, jak węgle skrzących, jak brylanty, a mieniących się, jak opale, oczu.

Była to twarz o na wskroś oryginalnej piękności. Jej krucze włosy, gęste, jedwabiste, okalały tę rzeźbiarską główkę, o męskim energią rysunku, choć kobiecym delikatnością regularnych rysów profilu. Rubinowe wargi, cienkie, misternie wykrojone, nadawały jej twarzy wyraz siły, prawie niekobiecej, a blask jej przenikliwych i bystrych oczu, robił ją raczej podobną do Włoszki niż do Polki.

Trudno dokładnie opisać to wyjątkowe i czarujące zjawisko, jakim była pani Irma.

Wydała mi się wtedy prześliczną i otoczoną niewypowiedzianym urokiem oryginalności, czarem enigmatyczności kobiecej.

Głos jej był srebrzysty, ale jędrny, męski niemal i powiększał silnie nieokreślone i niepokojące wrażenie, jakie sprawiała.

Obserwowałem ją, podczas gdy rozmawiała z Emerykiem i pracowałem wytężająco mózgiem, by objąć całą tę kobietę, zrozumieć ją z grubsza, odgadnąć choć niektóre tajniki jej duszy, nieodzownie potrzebne do szybszego zawarcia znajomości.

Pani Irma, zaraz to spostrzegłem po sposobie jej rozmawiania i zachowania się, była jedną z tych kobiet, posiadających do wysokiego stopnia znajomość świata i ludzi, a stąd też płynącą pewność siebie i śmiałość.

Blada jak marmur, spokojna jak bogini Olimpu, prowadziła ożywioną konwersację, pełną, werwy i tryskającą rozumem, ale tak konsekwentną, tak co chwila o psychiczne głębie potrącającą, że tym prawie niekobiecą.

Punkt wyjścia myśli u pani Inny musiał być zupełnie innym, niż u wszystkich kobiet.

Rozmowa ją ożywiała. Zapalała się prawie do przedmiotu, który by nudził przeciętną kobietę naszego świata i epoki.

Rozmawialiśmy o Cavourze.

Emeryk go potępiał, ja go krytykowałem, a pani Irma się nim zachwycała.

– Ależ to po prostu intrygant! – zawołał hrabia.

Po tych jego słowach nastąpiła cisza, której żadne z nas długo nie przerywało. Pani Irma utopiła swe diamentowe oczy w węglach kominka i zdawała się z niezwykłą u kobiet pracą myśli, przygotowywać odpowiedź.

Nagle podniosła główkę i zaczęła swym przejmującym do głębi organem.

– Tak! Być może... ale bo też talent intrygi jest talentem, który rzadko kto posiada, a który doprowadzony do doskonałości i wyćwiczony, staje się geniuszem. Talent intrygi jest taką psychiczną subtelnością, że przypada on zwykło w udziale kobietom, które o wiele od mężczyzn są podejrzliwie, podstępniejsze i skrytsze, a stąd też i w intrydze silniejsze i... genialniejsze. Wierzcie mi, moi panowie, że połowa kobiet, których nam nazwiska historia przekazała, były to po prostu genialne intrygantki. Geniusz intrygi polega na tym, by ta doprowadziła do celu wpierw, zanim zostanie odkrytą i zdemaskowaną. O cóż innego chodzi w dyplomacji, jeżeli nie o to właśnie? Wielkim dyplomatą będzie ten mężczyzna, któryby był wielką intrygantką, gdyby był kobietą. Nazwisko panów razi? Bardzo słusznie, bo prawdziwa intryga jest czymś tak subtelnym, jest wypływem pewnego kierunku tak bystrej inteligencji, że miano intrygi jej ubliża. Co do mnie zachwycam się kobiecą intrygą, jeśli w niej widzę te cechy właśnie, które ją robią, jednym z najsilniejszych talentów myśli i inteligencji ludzkiej. Nie ma rozumu, ani bystrości, nie ma męskiej przenikliwości, ani znajomości świata, z których by wszystkich nie potrafiła zadrwić jedna słaba kobieta, posiadająca nie więcej, tylko to jedno, co zowiemy le genie de l’intrigue.

Wybuchnąłem śmiechem, podchwytując:

– Ależ pani podnosisz do zenitu, do godności talentu i geniuszu, ohydną wadę, opartą na ujemnych stronach kobiecego charakteru.

– Nie! Opartą na subtelnościach jej umysłowego ustroju.

– Mylisz się pani!

– Pan się mylisz! – odparła pani Irma, zapalając się widocznie.

– Znałem wiele intrygantek, ale nigdy przeze żadną z nich...

– Boś pan znał intrygantkę, ale nie znałeś kobiety, posiadającej geniusz intrygi... tych mało... bardzo mało – dorzuciła pani Irma.

Spojrzała mi w oczy i zaśmiała się swym oszałamiającym wyrazem.

– Jeśli pan dłużej zabawisz we Florencji... jeślibyśmy się lepiej poznali... to bym pana przekonała.

Urwała i znów zaczęła:

– Wyglądasz pan na bardzo sprytnego mężczyznę... nieprawdaż?

– Zapewne...

– A jakżeby mnie, mnie, która nie mam pretensji do geniuszu, łatwo przyszło, wyprowadzić pana w pole, w każdej okoliczności życia...

Zaśmiałem się, a pani Irma objęła mnie swym, ogarniającym człowieka całego, wzrokiem i dodała:

– Nie śmiej się pan, kto wie, w jakich nas życie jeszcze postawi do siebie kolizjach. Zdaje się panu, że ono ograniczy się na zimie, spędzonej we Florencji, na kilku spotkaniach i na kilku rozmowach u tego kominka. Tymczasem inaczej bywa. Na dziesięć osób, które poznajemy, siedem jest przeznaczonych do odegrania roli w naszym życiu... obliczyłam to...

Tu wstała i podając nam swą dłoń ruchem, pełnym wdzięku, prosiła, byśmy ją jak najczęściej odwiedzali, mówiąc:

– Nie lubimy się, my rodacy, u siebie w kraju, ale za to bardzo się oceniamy za granicami jego.

Wyszliśmy.

W przedsionku spotkaliśmy się z pięknym panem Torlioni, który spieszył do pani Irmy. Wejrzenie moje spotkało się z czarnym wzrokiem Włocha i dotknęło mnie jednym z tych nigdy niewytłumaczalnych uczuć, rodzących się od razu przy pewnych spotkaniach.

– Po cóż on tam idzie? – szepnąłem na ulicy do towarzysza.

– Pewnie po to, po cośmy tam szli przed chwilą – odparł filozoficznie hrabia.

Ochłonąłem.

– To niezwykła kobieta – bąknąłem.

– Czyżbyś już się podkochał?

– Nie! Ma coś zatrważającego w spojrzeniu, co by mi nigdy nie pozwoliło jej wielbić.

– Czyż tak? Doprawdy?

– Nie uważałeś?

– Nie – odparł Emeryk, przystając – ale, jeśli ci takie robi wrażenie, to kto wie, czy nie była wróżką, przepowiadając różne, łączące jeszcze was w życiu kolizje.

– Gadanie! – oburzyłem się, nie mogąc się jednak pozbyć dwojga czarnych oczu, świdrujących w niej duszy i tego srebrzystego głosu, dźwięczącego mi w uszach.

Szliśmy w milczeniu, a po chwili Emeryk jeszcze dorzucił:

– Ale w czym jestem jej zdania, to w tym, żeby cię w danym razie wyprowadziła w pole, za...

– Dajże pokój! – zawołałem – ja mam lat czterdzieści i setkami widziałem takie piękne takie sprytne kobieciny.

– Takiej pani Irmy chyba nie widziałeś?

– No, takiej... nie – odparłem po chwili głębszego namysłu.


ROZDZIAŁ III

Rozmowa z panią Irmą była jedną z najwięcej interesujących, jakie mężczyzna z kobietą prowadzić może. Nie była ona nigdy czczą, ani też nie obracała się w pospolitych komunałach.

Ta młoda dama umiała ją zawsze nakręcić do przedmiotu, rozbudzającego wyobraźnię i była w tym prawdziwą mistrzynią.

Toteż bardzo prędko polubiłem towarzystwo tej enigmatycznej światowczyni do tego stopnia, że dnia prawie wytrzymać nie mogłem, by się nie udać na chwilę pogawędy do willi pani Irmy. Ten artystyczny spokój, panujący w niej, ta ciepła atmosfera kobiecego zbytku, ten wyszukany komfort usposabiały umysł do rozmowy, prowadzonej naprzeciw migającego ognia kominka.

Ale im częściej bywałem w willi Tofano, im więcej stosunki moje z panią Ireną stawały się poufałymi, tym wyraźniej spostrzegałem, że kobietę tę coraz mniej rozumiałem i coraz umiej znałem.

Powoli, ale stopniowo robiła mi coraz silniej wrażenie jednej z tych postaci niewieścich, spotykanych to tu, to ówdzie po świecie, niezrozumiałych, otoczonych tajemniczością, o których nigdy człowiek się nie dowie, po co się na jego drodze znalazły, do czego zmierzały, co chciały i co przedstawiały.

Bo co ta młoda kobieta robiła od lat dwu we Florencji? Malowała! Więc kształciła się na fachową artystkę? Nie. Bawiła się? I to nie. Szukała męża? I to nie.

Gdybym się był w owym czasie kiedy przy obudzeniu dowiedział, że moja znajomość z panią Ireną i jej hotel i jej kuce i rozmowy z nią były snem tylko, nie byłbym się ani na chwilę zdziwił.

Ta kobieta więc była wciąż enigmą i tym więcej z dnia na dzień interesującą.

Razu jednego zastałem ją samą w jej gabinecie, co nie często się trafiało.

Ubraną była w pluszowy kostium, koloru czerwono-ognistego, miała na szyi złotą kolię z cekinów i wyglądała, ze swym blaskiem w świdrujących oczach, jak diabeł kusiciel.

– Ha! – pomyślałem, widząc ją taką – gdybym miał piętnaście lat mniej, to by mnie ta kobieta rzeczywiście łatwo otumaniła.

Wydała mi się ciekawszą, niż kiedykolwiek.

– Pani! – zagadnąłem w rozmowie, nakręconej na poufały diapazon – Powiedz mi, co cię skłoniło do osiedlenia się we Florencji tak na dobre, jakby na zawsze?

– Lubię świat, wielkie areny, wielkie sceny...

– Toż Paryż większy od Florencji.

– Nie – podchwyciła pani Irena – Paryż jest francuskim miastem, a Florencja nie ma narodowości. W Paryżu spotykamy ludzi ze wszystkich światów, a tu z jednego, z największego.

– Co pani nazywasz największym światem?

– Nazywam ten świat, jaki tu bawi, złożony z ludzi poszukujących, miasta-salonu, bo im w zwykłych salonach za ciasno, po miastach. Następnie lubię sztukę, a wreszcie lubię być ciągle nowością i nią tutaj jestem, bo choć sama się nie zmieniam, ludzie dokoła mnie co pół roku się zmieniają. Co zima, to inne towarzystwo. Dziś nie ma tu nikogo prawie z tych, co bawili przeszłej zimy.

– Ale jakiż cel masz pani?...

Pani Irma wybuchnęła śmieciłem.

– Zabawnym pan jesteś! – zawołała – pytać się młodej kobiety wolnej, jaki ma cel... Pragnę wyjść za mąż i mam cel znalezienia sobie męża...

– I nie znalazłaś pani dotąd?...

– Naturalnie! Skoro go jeszcze nie mam.

Nieco pomieszany wybełkotałem.

– Zdaje mi się, iż właśnie we Florencji trudniej jest...

– Znaleźć męża?

– Sądzę?

– To się znów pan mylisz. Nie łatwiejszego. Dlatego też nie wątpię, że lada chwila wpadnie mi w ręce człowiek, o którym sobie powiem „to będzie twój mąż!”

– A, gdyby ten człowiek?...

Urwałem nie dokończając mej myśli, bo pani Irma rzuciła mi wejrzenie, tak pełne politowania.

– Jacy wy mężczyźni musicie być słabi w gruncie. Toż pan sądzisz, że nie dość mam sprytu, by z każdego, gdy zechcę, nie zrobić męża?

– Nie pani, ale sądzę, że w tej kwestii spryt i wola...

– Są wszystkim – podchwyciła kobieta, opierając swą główkę na dłoni i połyskując oczami – ce que femme veut, Dieu veut. Zawsze pan o tym pamiętaj...

Patrzała mi w oczy i wydała się w tej chwili bardzo niebezpieczną osóbką dla matek nieżyczących sobie mieć ekscentrycznej synowej.

Po chwili dalej ciągnęła.

– Ale nie myśl pan, bym pragnęła wyjść za mąż... Wolność mi bardzo odpowiada, ale ja mam coś w charakterze, co mnie, czuję, porwie, gdy zagram na małżeństwie. Jeśli kiedyś spotkam człowieka, z którego zrobić sobie męża, zobaczę, że jest rzeczą tak trudną, iż prawie niemożliwą, to się nie oprę tej pokusie spróbowania swych sił.

– A więc pani kroisz na jedną z tych wielkich partii?

– Nie, panie. – Mówię, iż mam w charakterze jakiś męski odcień... lubię les parties dificiles... to mnie pobudza... rozpala... to jest dla mnie miarą wartości... Cóż warci ci mężowie, którzy nam się oświadczają w kotylionie po dwunastu kieliszkach szampana? Cóż za probierz kobiecej siły? Ale pomyśl pan, co za tryumf dla niej, wybrać sobie w tłumie mężczyznę, któremu się ani śni może oddać jej życic i zmusić go powoli siłą taktyki i sztuki, by ci je u nóg złożył. Zwyciężyć przeszkody, kabały, przesądy, intrygi!!! Kobieta tylko raz w życiu może chcieć, a chcieć, umieć chcieć i móc, to taka rozkosz!

– Jesteś pani najenigimtyczniejszą niewiastą pod słońcem.

Pani Irma w odpowiedzi zaśmiała się tylko.

– Poznasz więc najsympatyczniejszego i najprzystojniejszego młodzieńca w kuzynie... Jest to chłopiec, pełen wrodzonych zdolności, niesłychanie utalentowany, hojnie przez naturę uposażony, kochany przez każdego, co go pozna... Ma jednak w moich oczach dwie wady...

– Wady?...

– No! Nie wiem, jak je określisz – odparł Emeryk i dalej ciągnął – młodzieniec ten jest tak kochliwym, że co rok prawie miewa z tego powodu wielkie zmartwienia twoja stryjeczna siostra...

– A dalej? Drugie? – podchwyciłem zaciekawiony.

– Drugie... Jest to artysta!

– Jak to?... W czym?...

W życiu! Ten drugi odcień jego indywidualizmu, bodaj czy nie jest niebezpieczniejszym od pierwszego.

– Określaj bliżej!

– Janek jest entuzjastą słabego charakteru, łatwo się daje powodować, byle umiejętnie ktoś umiał zagrać na jego słabostkach, a słabostkami tymi są właśnie wszystkie rysy charakteru cechujące artystów. Czuły, wrażliwy, zapalający się tak do pięknego pejzażu, jak do pięknej kobiety, ten człowiek zdaje się żyć tylko wyobraźnią, a jest w prostej konsekwencji rzeczy, kapryśnym idealistą.

Emeryk urwał, a ja milczałem. Opis Janka, jaki mi robił, przypominał mi żywo jego matkę, kobietę, która dzięki swemu idealizmowi, była najnieszczęśliwszą całe życie, a miała wszystkie do szczęścia warunki.

Milczałem, ulegając narzucającym się wspomnieniom przeszłości, a hrabia także widocznie nad Jankiem mózgiem pracował, bo po chwili jeszcze dodał.

– Niedawno temu Janek chciał się koniecznie ożenić z córką gajowego w jego dobrach, która była prześliczną, to prawda, ale...

– Przestraszasz mnie!

– Wszystko mu wybaczysz, gdy go poznasz – podchwycił przyjaciel mój i Janka – jest to porywający młodzieniec, tylko zbłądził, rodząc się milionowym szlachcicem polskim, a nie artystą.

– Mówiono mi niedawno – podchwyciłem – że majątek jego, który ojciec zostawił zaszargany, jest dużym?...

Hrabia się zaśmiał.

– To wielka fortuna! Nie przesadzę, obliczając twojego siostrzeńca dziś na pół trzecia miliona rubli, a w Polsce to piękny magnacki majątek.

Więcej nie mówiliśmy dnia tego o Janku.


ROZDZIAŁ IV

W kilka dni później Rozdrażewscy znajdowali się już we Florencji.

Moja kuzynka Idalka była bardzo osłabioną i wyglądała tak, jak gdyby się miała wkrótce spokojnie i bez cierpień przenieść do wieczności.

Padała ofiarą dziedzicznej choroby w jej rodzinie, na którą przedwcześnie całe jej rodzeństwo zakończyło życie, choroby piersiowej. Nie cierpiała na tym przeczuwanym epilogu, tylko bolała nadmiernie, że pozostawi ukochanego jedynaka bez swej troskliwej opieki.

Janka kochała nad życie i dla niego pragnęła być jeszcze zdrową i silną. Była to kobieta jeszcze przystojna i dziwnie urocza ze swą bezmierną miłością i pobłażliwością dla ludzi.

Ucieszyła się prawdziwie, zastając mnie we Florencji.

– Jakże dobrze – mówiła – jakże szczęśliwie, że cię tu zastaję. O! Już teraz cię nie wypuszczę, aż umrę.

– Cóż za myśli! – odparłem.

– Bo widzisz... ja zawsze o tym tylko myślałam, byś pokochał Janka, by go twojej powierzyć opiece. Ja tylko wtedy umierałabym spokojnie. Ty go poznasz łatwo, bo to nasza natura, moja, mych braci, mego dziada... On potrzebuje serca, dużo serca...

Janek nie zawiódł moich wygórowanych oczekiwań, po opisie Emeryka. Był to młodzieniec, budzący od razu uczucie sympatii, to najdroższe uczucie. Po wymianie z nim słów kilku, pokochałem go, bo trudno by nie pokochać tego chłopca, którego czarne oczy pałały ogniem do życia i dziecięcą prawie naiwnością.

Był to już mężczyzna, ale dziwnie świeży w swych uczuciach i poglądach, czarujący swą młodocianą wiarą w życie, ze swym czystym zaufaniem do ludzi, które strumieniem płynęło z jego szlachetnej duszy.

Jego piękność fizyczna powiększała wrażenie, jakie robił. Tkwiło w niej coś męskiego, a dziewiczego i wysoce artystycznego. Przypominał swymi rysami te duże słynne głowy pędzla Rafaela Mengsa, przedstawiające młodzieńców i znajdujące się w galerii Drezdeńskiej.

Nie przedstawiał on jeszcze mężczyzny skończonego, ale jakąś mieszaninę męskich przymiotów i cech charakteru. Polska brawura i tęgość łączyły się w jego poglądach z rafinadą artyzmu i cywilizacji naszego stulecia.

Zrobił na mnie wrażenie bardzo korzystne, które gdy zakomunikowałem nazajutrz po ich przybyciu jego matce, ta się zasępiła wyrazem nieokreślonego smutku.

– Nie uwierzysz – zaczęła – jak się o niego boję i co bym dała, by Janek był mniej sympatycznym, a więcej codziennym. Czy myślisz, że się on podoba kobietom?

– Jakżeby się mógł nie podobać?

Wyraz przestrachu ogarnął rysy Idalki.

– Kobieta, co się mu spodoba, wszystko z nim zrobi. Pamiętasz, jak się źle pożenili moi bracia...

– Wiem...

– I on temu samemu ulegnie losowi. Ta myśl mi chwili spokoju nie daje. Ale dobrze, że o tym zaczęliśmy mówić, bardzo dobrze...

– A co?

– Posłuchaj!

Kobiety twarz okrasiły gorączkowe rumieńce. Zbliżyła się do mnie i z ożywieniem ciągnęła.

– Tu w Florencji bawi osoba, której się okropnie dla Janka boję.

– Któż taki? – podchwyciłem zaciekawiony.

– Mówię ci, straszna kobieta – ciągnęła dalej matka – jedna z tych, które dla Janka są najniebezpieczniejsze, bo działają na wyobraźnię.

– Pani Mazarani! – wykrzyknąłem.

– Więc ją znasz! – zawołała bledniejąc Idalka i tracąc oddech w piersi – Więc ją znasz? Więc jest tutaj? – dodała stłumionym głosem – więc ją Janek pozna, więc...

Urwała.

Przypatrywałem się jej ze zdumieniem.

– Tłumaczże się! – zawołałem.

Kuzynka ochłonęła.

– To straszna kobieta! – szepnęła.

– Znasz ją?

– Nie.

– Więc?

– Słyszałam o niej dużo. To osoba, co sieje nieszczęściami, jak Ukrainka pszenicą... Nie znam jej i znać nie będę, ale ma to być kobieta oszałamiająca... kokietka... chcąca się wydać za... takiego właśnie Janka...

– Skądżo te obawy? Te przypuszczenia? Idalko?

– Posłuchaj! – podchwyciła niewiasta, wpadając w formalną gorączkę – ta kobieta, to Messalina!...

Nie mogłem powstrzymać uśmiechu i wtrąciłem:

– Daruj mi, ale zdaje mi się, iż twoję obawy są przedwczesne...

– O nie! Mazaraniemu, którego znałam, najzacniejszemu, najgodniejszemu człowiekowi, zmarnowała życie! Fortunę!! Ten człowiek się w niej szalenie kochał. Wyssawszy z niego wszystko, rzuciła go jak starą rękawiczkę... Będąc panną jeszcze, siała nieszczęścia... młody Radwan z powodu niej się zastrzelił, bo mu matka nie chciała pozwolić się z nią ożenić. Dziś rozwiedziona, jest postrachem uczciwych matek i żon. To kobieta, która w środkach nie przebiera, która u nóg swych mieć musi wszystkich, po których schylić się warto. Gdy się dowiedziałam, że jest tutaj, chciałam, jechać do Nicei, ale doktorzy nakazali Florencję lub Rzym. Janek znów nie chciał Rzymu...

Starałem się uspokoić moją kuzynkę, ale na próżno. Była to bałwochwalcza matka, a miała tak głowę nabitą panią Mazarani, iż jej się już zdawało, że ta jej zabierała syna.

– Powiedz mi, czy rzeczywiście piękna? – pytała.

– Bardzo piękna!

– I taka kokietka?

– Owszem... bynajmniej...

– A więc potajemna! Tym gorzej! Podobno ekscentryczna?

– Bardzo!

Idalka załamała ręce.

– Czyż ja wiem, czy Janek ma dobry gust, czy ta ekscentryczność mu się właśnie podobać nie będzie? – mówiła.

Chwilę milczeliśmy, ale i mnie powoli udzielał się śmieszny, a tak gwałtowny niepokój kobiety.

– Czy Janek zna ja? – zapytałem.

– Nie!

– Widział ją?

– Nigdy!

– Słyszał o niej?

– Wątpię!

Znów nastało milczenie. Pani Rozdrażewska głęboko się zamyśliła, by po chwili załamać ręce i szepnąć:

– Co robić? Co robić?

– Ależ nic nie robić! – zawołałem zirytowany.

– Nic nie robić! – powtórzyła Idalka i znów się zamyśliła.

Po chwili zacząłem:

– Będę się starał, by jej Janek nie spotkał. Znam ją i wiem, w których domach bywa. Świat tutejszy jest ogromny, a pani Irma mało się udziela w polskich salonach. Bardzo łatwo może jej nawet w ciągu zimy nie poznać.

– Ah! Żeby to! – westchnęła kuzynka.

– Ażeby cię jednak jeszcze więcej uspokoić – ciągnąłem – powiem ci, że pani Mazarani w świecie mało bywa, a teraz zdaje mi się być zajętą Włochem, księciem Torloni, bardzo przystojnym i bardzo bogatym...

– Czemuż on się z nią nie ożeni? – zawołała Idalka.

– A, tego nie wiem! – odparłem, rozbawiony nieco troskliwością matki.

Wtem drzwi się otworzyły i wszedł Janek, który już od rana obiegał miasto.

Usiadł i zaraz zaczął:

– Spotkałem śliczną kobietę, powożącą się samą najoryginalniejszym ekwipażem...

Lekko zbladłem, a Janek dalej opisywał piękność i ekwipaż pani Inny i pytał mnie:

– Nie wiesz, kto to?

– Nie wiem – odparłem, a oczy Idalki czułem spoczywające na mojej twarzy i odgadujące, że kłamię.

– To musi być – podchwyciłem po chwili jakaś królowa półświatka.

– Nie – odparł zaraz Janek – ja nie znoszę dam z półświatka i poznaję je na kilka mil z dala. Ta kobieta wyglądała bardzo dobrze...

Angielka... ekwipaż ekscentryczny za tym by przemawiał, ale znów Angielki nie bywają tak piękne.

– Ja wiem, że to z półświatka – wtrąciłem nieśmiało.

Janek nie umiał ukryć niezadowolenia, oblewającego jego wyraziste oblicze.

– Szkoda – bąknął – myślałem...

Urwał i wstał.

Idalka, cała strwożona, nachyliła się do mnie i szepnęła:

– Kto to? Bo wiesz!...

– Ona! – szepnąłem.

Twarz matrony okryła się bladością po raz setny.

– Ona! – szepnęła – trzeba mojego nieszczęścia.

A Janek znów przystanął i zagadnął mnie:

– Czy się tylko nie mylisz? Czarne kuce... Murzyn z tyłu w czerwonym fezie...? Brunetka blada o bardzo delikatnym i arystokratycznym profilu?

Nic nie odpowiedziałem, choć Janek długo swe czarne oczy we mnie wlepiał i odpowiedzi czekał.