nasza klasa_i_co_dalej.mobi - Ewa Lenarczyk - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 582 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka nasza klasa_i_co_dalej.mobi - Ewa Lenarczyk

Sabina, Monika, Irenka, Joanna i Ewa to dojrzałe kobiety, którym nie układają się związki małżeńskie. Miłość, która popchnęła je do ołtarza, z czasem wyraźnie traci na sile, a proza wspólnego życia i szara codzienność zaciera uczucie. W ich oczach mężczyźni, których wybrały, są obecnie jedynie karykaturami tych, którzy stali na ślubnym kobiercu. Bohaterki dzięki portalowi Nasza Klasa odnajdują swoje pierwsze, młodzieńcze miłości i nawiązują z nimi ponowny kontakt. Niezwykłym zbiegiem okoliczności losy wszystkich kobiet zaczynają się uplatać w jedną wciągającą sieć.

„Nasza klasa i co dalej” w piękny sposób pokazuje trudy partnerskiego współżycia kobiety z mężczyzną. Tłumaczy, dlaczego należy nieustannie dbać o bliskość, szacunek i miłość. Daje nadzieję, przekonując, że najważniejsze są marzenia, a uczucie można, a nawet trzeba odbudować, jeżeli jest ono wielkie, prawdziwe i ponadczasowe.

„Nasza Klasa” to dla Polaków niesamowity portal społecznościowy. Dla mnie, jak i dla wielu kobiet i mężczyzn, okazał się przekleństwem i błogosławieństwem. Otworzył oczy i duszę, wprowadził zamęt w życiu, ale i przywrócił młodość oraz marzenia. - Ewa Lenarczyk

Ewa Lenarczyk z domu Borkowska, z rodu Jasińskich (ur. 1956, Elbląg). W 1975 roku przeniosła się do Gdańska, gdzie między innymi zarządzała Halą Targową na Zaspie. Obecnie zajmuje się marketingiem sieciowym Polskiego Kolagenu. Blisko 15 lat mieszkała w malowniczej kaszubskiej wsi, a obecnie znów przeprowadziła się do Trójmiasta.

Jako pisarka zadebiutowała w styczniu 2010 roku ponadczasową powieścią „Zojda z Bieszczad”. W przygotowaniu są „W poszukiwaniu szczęśliwego domu” – niegrzeczna bajeczka o miłości oraz „Cnota dla Machu Picchu” – zabawna historyjka science fiction.

Opinie o ebooku nasza klasa_i_co_dalej.mobi - Ewa Lenarczyk

Fragment ebooka nasza klasa_i_co_dalej.mobi - Ewa Lenarczyk






Strona redakcyjna


Rozdział I
GRAŻYNKA UCZY SIĘ KOMPUTERA

Grażyna siedziała z córką przed monitorem i uczyła się obsługi diabelskiego, według niej, urządzenia. Stukała jednym palcem po klawiaturze, szukając każdej literki z osobna.

– Kasiu, a jak zrobić „ą”?

– Naciśnij alt po prawej i literkę „a”.

Grażyna najpierw kliknęła na klawisz alt, a dopiero potem, tym samym palcem, jakby innych nie miała, w literkę „a”.

– Nic się nie zmieniło, chodź i zobacz – zawołała do córki, która obok odrabiała lekcje.

– A jak zrobiłaś?

– Przecież tak, jak mi kazałaś. – Grażyna powtórzyła zaleconą czynność, na co córka się tylko uśmiechnęła.

– No tak, zapomniałam powiedzieć, że jednocześnie. Trzymaj przycisk alt i lewą ręką kliknij na „a”. Tak samo będziesz miała z innymi polskimi literkami.

– Jakimi polskimi literkami, przecież piszę po polsku?

– Polskie literki to ą, ę, ś, ć, ź, ż, dż, dź, ó, ł i wszystkie tak samo trzeba napisać, trzymając klawisz alt. A, jeszcze zobacz. Jak chcesz napisać dużą literę, to musisz nacisnąć klawisz shift i razem z nim literę, spróbuj.

– Ach. – Grażyna klikała jakieś słowa, z polskimi literami, ale gdy zaczęła ćwiczyć duże literki, to komputer automatycznie zamieniał je na małe. – Zobacz, co się dzieje, ta maszyna zwariowała. Wcale nie chce mnie słuchać.

Kasia ponownie zerknęła na nieudolne próby matki. Stanęła za nią i jeszcze raz zaczęła tłumaczyć:

– Jak nie postawisz za wyrazem kropki, to komputer ci pomaga i zamienia automatycznie literki. Czasem też poprawi ci ogonki albo błędy.

– Jakie znów ogonki?

– Tak się mówi na polskie literki.

– Ja się tego nie nauczę, to nie dla mnie.

– Spokojnie, dasz radę, a jak się wciągniesz, to tak jak wszyscy, nikt cię nie oderwie i pewnie będziemy się kłóciły o komputer. Ucz się, ucz się, mamuśka, bo nauka to potęgi klucz. – Sięgnęła na biurko i podsunęła książkę. – O, masz tutaj fajny tekst. Jak go przepiszesz, to na dzisiaj wystarczy.

Grażyna zerknęła na półstronicowy tekst z książki od fizyki, o budowie i zasadach działania półprzewodników. Wstukała kilka zdań i znów zagadnęła:

– Po co to mi podkreśla na czerwono?

– Źle napisane wyrazy. Musisz poprawić.

– O rany, ale katastrofa.

– To się postaraj. Mi tak samo mówisz.

Dalej Grażyna stukała jednym palcem i poprawiała, aż do znudzenia. Gdyby nie ambicje przed córką, nigdy by nie podjęła się tak skomplikowanej, jak na nią, nauki. Nie cierpiała najprostszej techniki, nawet ustawienie kanałów w telewizorze napawało ją lękiem. Na przykład pralka była używana tylko na jednym programie. Jedynie magnetofon miała opanowany do perfekcji, bo w szkole, na zajęciach z maluszkami z zerowej klasy, ciągle go używała. Puszczała piosenki, śpiewała z dziećmi albo sama grała na pianinie. Za to córki nigdy nie mogła zmobilizować do grania na jej kochanym instrumencie.

Do pierwszej klasy zapisała Kasię do szkoły muzycznej, bo zdawało jej się, że córka ma talent muzyczny. Towarzysząc mamie, czasem coś zaklikała na instrumencie, tak jak ona na klawiaturze komputera, jednym palcem. I przeczulona matka widziała w niej wybitną pianistkę. Niestety, już po dwóch tygodniach musiała przenieść ją do zwykłej szkoły. Za to Kasia od dziecka, niczym pierwszej klasy mechanik, grzebała w różnych sprzętach. Najpierw dla zabawy, a potem jak już umiała czytać, to skrupulatnie objaśniała matce wszelkie instrukcje.

Teraz córka była już wybitnym specem od domowej techniki, za to mama kucharką, sprzątaczką i akompaniatorem do wieczornych kolacyjek, jakie robiły sobie w każdą niedzielę. Od lat żyły zgodnie, bez męskiego towarzystwa, bez wyskoków do kina, nie jeździły na wycieczki, ani nie miały do kogo wyjeżdżać na letnie eskapady, jak to robiło wiele ich koleżanek. Tylko latem Kasia rokrocznie na dwa tygodnie jeździła na kolonie i to zawsze w inne miejsce. W ten sposób poznawała kraj.

Teraz, gdy kończyła gimnazjum, Grażyna obiecała jej zagraniczny obóz w Londynie. Ciężko pracowała, chodziła po znajomych i pilnowała maluchów, gdy rodzice potrzebowali nocnych wyskoków. Odkładała wszystkie pieniądze i żyła w spokoju domowego zacisza. Szalona zmiana zaszła, gdy dyrektorka szkoły, w której pracowała, przyniosła jej płytę z nowymi lekcjami wymowy oraz nowe radio z odtwarzaczem CD. Grażyna aż zbaraniała. Jej wrodzona panika przed techniką wzięła górę i już prawie ze łzami w oczach pisała wypowiedzenie z pracy, tłumacząc się złym samopoczuciem. Do tego jeszcze obowiązek pisania konspektów i głupia uwaga, że najwyższa pora pisać wszystko na komputerze, a nie ciągle odręcznie, zmusiły ją do takiej nauki. Jednak czuła się fatalnie, gdy przyszło usiąść przed tą diabelską maszyną. Na dodatek Kasia kazała jej samodzielnie włączać komputer, otwierać swoje dokumenty i pisać pisemka. Na razie bzdurne liściki do niej albo po prostu przepisywać teksty z książek.

Po kilku tygodniach pokazała mamie, jak się otwiera Internet.

– Mamo, spokojnie, zobaczysz, to jest kopalnia wiadomości, nie trzeba kupować gazet, wszystko tam znajdziesz – tłumaczyła.

Najpierw była tylko główna strona Wirtualnej Polski, gdzie czytała wszystko. Kursy walut, pogodę, plotki polityczne, wiadomości, rozrywkę i każdą wiadomość, która się automatycznie otwierała. Potem sama zaczęła uaktywniać jakieś proste linki, jakieś artykuły, jakie miały odnośniki na tej stronie. Po kilku tygodniach Kasia pokazała jej na Onecie cały portal o magii i wróżbach. Wtedy matkę wciągnęło i wreszcie zaczęła sama szukać i czytać. Codziennie Kasia słuchała nowych wiadomości i ostrzeżeń, jakie podawały różne wróżki. To jakaś Selina, to inny czarodziej zaczynali kierować życiem samotnej kobiety, aż wreszcie Kasia miała dość. Któregoś wieczoru usiadła z mamą przed monitorem i pokazała jej portal Naszej Klasy.

Wytłumaczyła, a nawet zapisała Grażynie wszystkie kroki, jakie należy wykonać, żeby się tam dostać, a potem założyła jej profil i przyporządkowała ją do wybranych klas, jakie kończyła. Grażyna niezbyt chętnie podchodziła do nowego zadania, do czasu aż córka otworzyła zdjęcia z jej klasy maturalnej. Oj, wtedy aż zaniemówiła. Na samej górze sporej listy uczniów otworzyło się zdjęcie chłopaka, który przyszedł do nich w ostatniej klasie.

– Bartkowski – zapiała z zachwytu, aż Kasia na nią spojrzała ze zdziwieniem, bo na zdjęciu nie było widać zbyt okazałego mężczyzny. Lekko łysawy, starszy pan, z pozostałościami po czarnych lokach, ze smutnym uśmiechem.

– Jakiś kolega? – zapytała, delikatnie badając sytuację.

– Tak, świetny, nawet bardzo się nie zmienił.

– Pewnie coś więcej niż kolega, co?

– Jasne, wszystkie się w nim na zabój kochałyśmy. Wiesz, mało nie zemdlałam, jak kiedyś przyszedł do mnie do domu po jakąś książkę czy coś tam, nawet nie pamiętam. O rany, a jak rozmawialiśmy na przerwie, to potem wszystkie dziewczyny się na mnie obraziły.

– To znaczy, że do dzisiaj nic się nie zmieniło w takich szkolnych zachowaniach.

– A co się ma zmieniać? Miłość jak dopadnie, to tak samo traci się głowę teraz, jak dwadzieścia pięć lat temu.

– Całowałaś się z nim?

– Jeszcze jak, aż oddychać nie mogłam. A jaka dumna byłam, jak poprosił mnie, żebyśmy razem siedzieli na studniówce.

– A na balu maturalnym?

– Niestety, już nie. Jakaś jędza mi go odbiła na tydzień przed imprezą, dlatego nie poszłam na bal maturalny. Potem już go nie widziałam. Zresztą, po co, był już skreślony z mojego życiorysu. Z miłości wyszła nienawiść.

– Napisz do niego.

– Nie, nigdy w życiu. Nie, coś ty. Nie chcę go znać i daj mi spokój, zakończmy tę zabawę.

Grażyna ze złością zamknęła program, a potem wyszła całkiem z komputera. Nie zaglądała tam ponad miesiąc. Dopiero w pierwszy samotny wieczór, gdy Kasia pojechała na wymarzony obóz językowy do Londynu.

Sama, bez niczyjej pomocy, z drżącym sercem włączyła komputer, a potem otworzyła Naszą Klasę. Zalogowała się i z mety weszła do swojej klasy z liceum. Otworzyła zdjęcie, jakie miał wklejone jej najwspanialszy Jureczek i patrzyła w niego jak zauroczony mały szczeniak na swojego pana.

Po jakimś czasie zajrzała na pocztę mailową i aż zaniemówiła. Trzy wiadomości od Jerzego Bartkowskiego. Patrzyła na krótkie linijki informujące o liście i bała się kliknąć dalej. Jakby bała się otworzyć drzwi do swojej dawnej klasy, do swoich wspomnień. Poszła więc najpierw zrobić sobie herbatę, a potem spokojnie usiadła przed monitorem. Kliknęła na najstarszy list, sprzed dwóch tygodni.

Witaj Grażynko.

Jak miło zobaczyć Twoją piękną buźkę po tylu latach. Nic się nie zmieniłaś. Piękna, urocza, wspaniała, nie to co ja, zapuszczony, lekko łysiejący, z obwisłym brzuchem, jak mawia żona. Odezwij się proszę, bo z wielką przyjemnością bym choć troszkę z Tobą porozmawiał. Może kawa w sobotnie popołudnie?

Pozdrawiam Jerzy.

Grażyna napiła się kilka łyków herbaty i otworzyła następny list.

Witaj Grażynko.

Mam nadzieję, że nie obraziłem Cię propozycją spotkania. To tylko kawa i rozmowa. Jestem po prostu ciekaw, jak Ci się w życiu ułożyło.

Pozdrawiam Jerzy.

Znów kilka łyków i westchnienie: – Spotkać się z nim? Co to da, sam napisał, że ma żonę. Nie, wrócą wspomnienia, nie, nie chcę. Po co?

Wyłączyła komputer i zajęła się prasowaniem, ale myśli ciągle wracały do listów, a także do czasów szkolnych. – Dlaczego on ze mną zerwał, tak nagle i to przed samą maturą, jak mógł? Dobrze, że jakoś zdałam maturę po takiej katastrofie. Nawet nie pamiętam, jak to było. Mało mi wtedy serce nie pękło. Drań. Nigdy się z tego nie wytłumaczył. Przecież ze zgryzoty, z nerwów, mogłam zawalić maturę, tak jak potem egzaminy na studia. Ile było wstydu, że się wtedy nie dostałam. E tam.

Grażyna pokręciła głową i dalej prasowała, układała wszystko w piękną kosteczkę i rozkładała do szafek, swojej i Kasi. Potem nastawiła jeszcze pralkę, by wyprać pościel córki, i włączyła telewizor, jednak myśli ciągle wędrowały do tamtych dawnych lat.

W końcu nie wytrzymała z ciekawości. Poszła do pokoju Kasi i powtórnie włączyła komputer. Zalogowała się na Naszej Klasie i przeczytała kolejny list od Jerzego.

Witam Grażynko.

Ponownie proszę o kontakt. Mam nadzieję, że dawne lata poszły w niepamięć i możemy spokojnie spotkać się na koleżeńskiej stopie.

Pozdrawiam Jerzy.

– Ty dupku, dawne wspomnienia poszły w niepamięć, chyba dla ciebie, dla facetów, bo kobiety zawsze pamiętają wielkie uczucia, a potem łzy.

Popatrzyła na układ strony i chwilkę się zastanawiając, co i jak zrobić, kliknęła na okienko tak, by odpowiedzieć.

Witam Jerzy.

Było mi bardzo miło zobaczyć Twoją twarz po tylu latach. Masz rację, że bardzo się zmieniłeś. Nie ten sam mężczyzna, choć oczy zostały te same. Pewnie przeszłabym koło Ciebie i nie rozpoznałabym Cię w tłumie innych osób. Lata swoje robią, a czas rzeźbi ludzi. Ja też się zmieniłam, utyłam, posiwiałam, jak każdy.

Pozdrawiam Grażyna.

Przeczytała ze dwa razy, poprawiła duże litery i kilka ogonków. Niestety, tutaj program nie podkreślał błędnych wyrazów, więc nie orientowała się w swojej pisowni. Raczej zwracała uwagę na słowa niż całą resztę. Nie chciała pokazać po sobie, że tak wielkie rozdrażnienie wzbudziło jego zdjęcie, choć od matury minęło tyle lat.

Kliknęła na słowo „wyślij” i szybko zamknęła portal, a potem cały komputer, jakby się bała, że ktoś przez monitor zobaczy, jak się czerwieni i wzrusza po tylu latach. Posiedziała jeszcze chwilkę w pustym pokoju córki i poszła do łazienki. Zerknęła do lustra: – O ludzie, ale się postarzałam. Przydałby się jakiś lifting, z nie wiem czym. Tylko ludzi straszyć. Co się z tych staroci robi. Zmarszczka na zmarszczce. – Przygładziła włosy. – Trzeba by w końcu jakiś kolorek sobie strzelić, bo te siwe kosmyki są tragiczne. Dosłownie babcia, choć niebabcia. Jak zarobię jakiś grosz, to zadbam o siebie, bo aż wstyd.

Weszła do kabiny i puściła mocny strumień ciepłej wody. Lubiła, jak krople masują jej ciało. Takie niby pieszczoty dla samotnych kobiet. Umyła włosy i ponownie mocne masujące płukanie. Potem już tylko ostry ręcznik do wytarcia, suszarka, krem nagietkowy na twarz i stara nocna koszula.

Wychodząc z łazienki, zerknęła na siebie w lustrze. – Oj kobieto, amorów ci się zachciewa, a zobacz, jak wyglądasz. Barchany z czasów króla Ćwieczka. Każdy facet ucieknie, gdzie pieprz rośnie, jak zobaczy takiego babsztyla. – Zgasiła światło i poszła spać.

Kolejny dzień przywitał ją pięknym słońcem, więc śniadanie zrobiła sobie na balkonie, udając, że spędza urlop na łonie natury lub w jakimś kurorcie z dala od zgiełku miasta. Balkon miała od strony niewielkiego, spokojnego placu zabaw, pustego o tej porze roku. W wyobraźni mogła delektować się zaciszem innego miejsca, innego miasta, choć na własnym podwórku. Kwiatki, jakich miała wszędzie dość dużo, mogły stać się substytutem pięknych rabat, a ich zapach tuszował wstrętny odór smażonych frytek z pobliskiej pizzerii.

Kawę również zrobiła sobie na balkonie, ale przy niej już wystawiła gołe ramiona. Potem jeszcze zdjęła spódnicę i w końcu siedziała tylko w samej bieliźnie, wystawiając się do słońca. Opalała się, czytała książkę, ale myśli ciągle wędrowały do zdjęcia mężczyzny, do wspomnień. Nie mogła nawet porównać go z tamtym sprzed lat, gdyż kiedyś w wielkiej złości wszystkie zdjęcia podarła. Nie chciała wtedy patrzeć na niego, na koleżanki, na całą klasę, bo wszystko przypominało jej dni, kiedy to siedzieli w ławce, spacerowali po korytarzach, chodzili na szkolne dyskoteki. Nawet nie odebrała swojego zbiorczego tableau całego rocznika, bo ciągle bolało ją serce. – A teraz, co ja mam z tym wszystkim zrobić, po tylu latach? Nie, to niemożliwe, przecież tamto uczucie dawno zgasło. Zmieniłam się. No, jak to, przecież potem miałam męża, a Kasia, życie. Nie, spokojnie, to już wszystko nieważne. Może się z nim jednak spotkać? Przecież bezpiecznie, on ma żonę. Dobra, zobaczymy. Popatrzę tylko na niego i tyle – rozmyślała. – Wcale mi się teraz nie podoba. – Za moment uśmiechnęła się do swoich myśli. – No cóż, miła pani, ale może najpierw coś zrobisz z sobą, bo wystraszysz gościa. Nie, nie, nic nie będę robiła, nie zależy mi na nim, jak chce, to się spotkamy i będę taka, jak jestem.

Pół dnia rozważała i wymyślała różności na temat spotkania, w co się ubrać, jak zachować, aż w końcu stwierdziła, że nawet się nie przyzna, że jest rozwódką, a dla bezpieczeństwa będzie udawała bardzo szczęśliwą mężatkę.

Jednak dopiero wieczorem włączyła komputer i od razu zajrzała do listów. Były aż dwa. Jeden od znajomej mamy jednego z dzieci, które miała w grupie, z pięknymi podziękowaniami za opiekę i zaproszeniem do grona znajomych, a drugi od Jerzego.

Witaj Grażynko.

Bardzo się cieszę, że w końcu się odezwałaś. Długo to trwało, ale jak pięknie jest czekać na nagrodę z rąk bogini, której obraz ciągle mam przed oczyma. To nie są uczniowskie bajery, moja Droga. Staram się, jak mogę, by zasłużyć na kila minut z Tobą i kolejny raz proszę o spotkanie, albo chociaż o numer telefonu. Będzie mi bardzo miło usłyszeć Twój wesoły i słodki głos.

Pozdrawiam Jerzy.

Grażyna zaśmiała się. – Cały Jerzy, milutki do przesady i szarmancki, jak mało kto. Dobrze, spotkamy się. – Szybciutko naklikała kilka zdań, podając swój numer telefonu, a potem bez czytania wysłała i znów niby spłoszona nastolatka wyłączyła wszystko. Poszła do łóżka, ale sen nie przychodził. Rozmyślała i rozmyślała, nad swoim życiem, nad Kasią, pracą i w końcu myśli wróciły do Jerzego.

Przypomniała sobie, jak któraś z koleżanek kiedyś wspomniała, że widziała Jerzego z wózkiem krótko po maturze. – Pewnie tamta złapała go na seks, a ja nie chciałam. No tak, a potem też z mężem nie za bardzo chciałam. Chyba nie jestem stworzona do łóżkowych uciech. Hu, a może nie miałam odpowiedniego partnera. Nad ranem już nie pamiętała nocnych dywagacji na temat spraw łóżkowych, ale ciągle wracały wspomnienia z czasów młodości. Usiłowała sobie przypomnieć twarz Jerzego, jego oczy, które czasem miała tak blisko, gdy się całowali. – Oj, całował wspaniale. Ciekawe, czy jeszcze tak potrafi? – Uśmiechała się do myśli i zabrała do szykowania śniadania. Dziś miała w planach generalne porządki i zakupy, bo lodówka świeciła pustkami, a światło odbijało się w bieli ścianek. Zaraz po wypiciu obowiązkowej kawy z dużą porcją śmietanki zabrała się energicznie do porządków. Najpierw starła kurze ze wszystkich półeczek, książek i stolików, potem zdjęła firany i zasłony, nastawiła pranie. Pomyła okna, a w końcu całość odkurzyła i powiesiła prawie mokre firany. – Wyschną w słoneczku jeszcze szybciej niż w łazience i nie trzeba prasować – mówiła do siebie. Podlała kwiatki i skonana na chwilkę usiadła przed komputerem.

Oczywiście zalogowała się na Naszej Klasie i od razu otworzyła list od Jerzego.

Witam Grażynko.

Przepraszam, że jeszcze nie dzwoniłem. Byłem dość mocno zajęty w pracy i domu, ale jeśli nie masz nic przeciwko, to skorzystam z Twojego pozwolenia i dziś wieczorkiem, około dwudziestej, przedzwonię. Mam nadzieję, że nie spowoduję jakiejś lawiny niesnasek w rodzinnym ciepełku. Gdyby Ci godzina nie pasowała, proszę, uprzedź mnie. Życzę szalonych chwil. Czekam na pozwolenie i akceptację.

Jerzy.

Westchnęła tylko i natychmiast naklikała dpowiedź, nie zwracając uwagi na kropki i przecinki. Nawet nie wszystkie polskie ogonki udało się jej popoprawiać, tak była zaaferowana zbliżającym się telefonem, a może spotkaniem.

Witam.

Cczekam na telefon nie zaklocisz spokoju rodzinnego więec dzwoń o 20

Ggrażyna

Powyłączała wszystko i biegiem poleciała po zakupy do pobliskiego sklepu. Wertując półki, zatrzymała się przy monopolowym. – A może butelkę jakiegoś wina? Może zaproszę Jerzego do domu na kolację? Nie, jeszcze czas, co on sobie o mnie pomyśli? Nie, absolutnie nie.

Prędko oddaliła się stamtąd, ale myśl już jej zaświtała w głowie. Za to nakupiła bakalię, mąkę i inne artykuły niezbędne do upieczenia jakiegoś ciasta.

– Będzie na powrót Kasi – usprawiedliwiła się w duchu.

Do całości dołożyła jeszcze dwa pomidorki i ogórek z warzywniaka. Tak obładowana siatami wróciła do domu. Jak nigdy dotąd, krzątała się z taką werwą, że wszelkie prace dosłownie paliły się jej w rękach. Przed dwudziestą była już tak zmęczona i nakręcona emocjami, że padła na fotelu i o mało nie przysnęła, oglądając jakiś bzdurny film w telewizji. Dopiero ostry głos telefonicznej melodyjki wyrwał ją z letargu.

– Słucham – prawie zaskrzeczała do słuchawki.

– Witaj, Grażynko! – Na te słowa zaczęło ją tak drapać w gardle, że zamiast odpowiedzieć coś grzecznego i miłego, rozkaszlała się na dobre.

– Przepraszam, Jerzy, coś mnie zadrapało w gardle. Przepraszam. – Nie mogła jednak ochłonąć z wrażenia. -To głos Jerzego. Boże, a ja charczę jak stara gruźliczka – pomyślała.

Grażyna nie mogła złapać powietrza, a serce dudniło jej coraz mocniej. Słuchała jego głosu i nawet nie wiedziała, o czym mówi. Magia, urok czy opętanie zawładnęło nią całkowicie.

– Halo, jesteś tam?

– Tak, tak, słucham cię.

– To kiedy się spotkamy? Mogę nawet zaraz po ciebie podjechać, tylko powiedz gdzie. Zapraszam na kawę.

– Zaraz? Nie, dzisiaj nie, napracowałam się. Może jutro. Ja jestem na urlopie, więc dostosuję się.

– Dobrze, Grażynko. Może o piętnastej, nie, piętnaście po trzeciej na przykład... – zastanawiał się chwilkę – może ty wybierzesz miejsce, żeby było ci wygodnie dojechać.

– Dobrze, we Wrzeszczu na Manhattanie jest lodziarnia na parterze. Może być trzecia piętnaście?

– Bardzo się cieszę, a powiedz mi jeszcze, co u ciebie? Jak dzieci, mąż?

– Dziękuję w porządku, ale mam tylko jedno dziecko, córkę Katarzynę. Skończyła gimnazjum i dostała się do liceum, do Topolówki.

– Moje są starsze, wcześniej zacząłem, ale porozmawiamy o tym może jutro. Bardzo się cieszę z tego spotkania.

– Ja też, do widzenia, do jutra.

Nie czekała na dalsze słowa, odłożyła słuchawkę i poszła zrobić sobie kolację, a potem wygodny fotel przed telewizorem i książka. Niestety, ani film, ani lektura nie zajęły na tyle jej myśli, by odciążyć emocje po rozmowie, a może przed spotkaniem.

W łóżku wierciła się, przewracała chyba do północy. Wymyślała scenki, przebierała w myślach ubrania i na koniec buntowała się na samą siebie, że niepotrzebnie daje się ponownie wplątać w starą historię.

Dopiero ranek uspokoił wszystko. Codzienny rytuał ze śniadaniem, toaletą wyciszył Grażynę i dzięki temu w spokoju doczekała południa. Wtedy zaczęła zabawę z szafą. Góra ciuchów i góra odwiecznych problemów każdej kobiety. W co się ubrać? To za ciasne, tamto nie w tym kolorze, a to niemodne. Wreszcie około czternastej stała przed lustrem wystrojona, wymalowana, z uśmiechem na twarzy i drżącymi łydkami. – Po co ja tam idę, totalna pomyłka – pomyślała przed wyjściem, ale nie cofnęła się, choć jeszcze w tramwaju karciła swoje decyzje i myśli.

Gdy weszła do Centrum Handlowego Manhattan, to jakby wszystko przestało być ważne. Emocje opadły, rozterki znikły, a uśmiech pojawił się na twarzy. Zdecydowanym, sprężystym krokiem przeszła przez centralny hol i skręciła w stronę ulicy Jaśkowa Dolina. Tam przy samym wejściu była znana lodziarnia Grycan z przepysznymi lodami i kawą. Czasem tam wpadała w nagrodę za jakiś wyczyn albo po prostu dla zwykłej przyjemności. Brała trzy gałki i sama siadała w kącie, delektowała się lodami, obserwując ludzi.

Teraz szła na spotkanie swojej historii sprzed ponad trzydziestu lat. Już się nie bała, była opanowana i zadowolona z siebie, ze swojej decyzji, ale krok przed wejściem nabrała głęboko powietrza. Podniosła głowę wyżej, wyprostowała się, wciągnęła brzuch i wyszła na środek. Rozejrzała się po lodziarni i przez chwilkę zamarła. – Nikt na mnie nie czeka? -Jeszcze raz się rozejrzała, nie dowierzając oczom.

Za moment usłyszała za sobą ciepły głos:

– Witam, Grażynko.

Odwróciła się, zrobiła krok do tyłu, jednocześnie wyciągając rękę do przywitania. Miała tym samym przestrzeń dla siebie i większe pole widzenia, by zmierzyć całą osobę Jerzego. Poczuła też miłe ciepło od jego dłoni, a uśmiech szalonych oczu jak piorun rozniecił burzę w jej sercu.

– Witam cię. Oj, zmieniłeś się, nie poznałabym cię na ulicy.

– Ja bym cię poznał zawsze i wszędzie. – Ucałował jej dłoń, a po chwili prowadził do wolnego stolika, w samym kącie sali, tak by nikt nie mógł im przeszkadzać.

– Kawa, lody, na co masz ochotę?

– Lody, potrójne i czarną kawę proszę. Jestem łasuch na lody, zresztą widać. Mam trochę za dużo tu i tam. – Uśmiechnęła się do Jerzego.

– Oj. W naszym wieku to chyba normalne. Mnie też niczego nie brakuje, a brzuszek zaczyna mi ciążyć. Powinienem trochę zgubić. Żona ciągle mi wytyka.

– Podobno żona ma zawsze rację – zaśmiała się.

– Tak tłumaczysz to swojemu mężowi? I słucha cię? – żartował.

– Jak każdy mężczyzna. Jednym uchem słucha, a drugim wypuszcza. – Grażyna, postanowiła udawać, że jest szczęśliwą mężatką, co miało być jej barierą obronną, bo przecież Jerzy od samego początku mówił o żonie. – Tak samo słucha, jak ty swojej żony. Ale powiedz, czy to tamta dziewczyna jeszcze z liceum?

– Tak, Irena. Grażynko. Powiedz, nie masz do mnie żalu za tamte lata? Wiesz, nie byłem w porządku, a może po prostu tak wyszło. Irena dobrze się zakręciła, a potem wpadka. Już ci mówiłem, że wcześnie zacząłem, bo syn ma już 30 lat. Też życiorys mu się pokopał. Jest po rozwodzie.

– A gdzie pracujesz?

– Policja, moja droga. Od lat, właściwie zaraz po liceum ojciec mi załatwił. Potem poszedłem na szkółkę do Szczytna i tak zostało. Miałem już iść na emeryturę, ale co ja będę robił, na ochroniarza przecież nie pójdę. Jeszcze ze dwa lata, a sami mnie skasują jako zasiedziały złom postkomunistycznej konserwy. Ale nie mówmy tylko o mnie, a ty? Jak mąż, dzieci, prawda, mówiłaś, masz tylko córkę w gimnazjum, tak?

– Właściwie skończyła. Dobrze się uczy i bez problemów dostała się na matfiz w Topolówce. Umysł ścisły, nie to co ja. Marzy się jej politechnika i to robotyka. Musisz przyznać, że niezły kierunek jak na dziewczynę.

– Pewnie po mężu ma takie zdolności?

– Pewnie tak, bo ja zupełnie nie znam się na technicznych sprawach. To Kasia naprawia wszystko i zna się na tym doskonale.

– Kasia? Nie mąż?

Grażyna na chwilkę zaniemówiła. Zabrakło jej słów i koncepcji, więc po głębszym wdechu opowiedziała historię swego życia i ciężkie przejście z pomyłkową miłością, jak i małżeństwem.

– Przepraszam, nie wiedziałem, mówiłaś, że masz męża. Naprawdę przepraszam. Widzę, że życie nie rozpieszczało cię.

– E, nie jest tak źle, nauczyłam się tak żyć, a chyba największym dobrodziejstwem z tego wszystkiego jest Kasia i święty spokój.

– Masz rację, święty spokój jest na wagę złota, ale nie narzekajmy. Trzeba się cieszyć. Zobacz. Toż to dosłownie cud. Udało nam się spotkać po tylu latach.

– No tak, aż dziwne, że mieszkając w tym samym mieście, nie spotkaliśmy się nigdy.

– Masz rację, ale jeszcze nie powiedziałaś, gdzie pracujesz.

– W szkole podstawowej. Prowadzę zerówkę już ładnych kilka lat, a jak chcę dorobić, to nocne dyżury z maluchami.

– Nocne dyżury?

– Tak. Pilnuję dzieci po nocach, jak rodzice chcą gdzieś wyskoczyć. To niezłe zajęcie. Człowiek się wyśpi, a zarobi, choć czasami jest problem, ale nie narzekam. Ważne, że jestem zdrowa i Kasia też. Ludzie mają gorzej.

– Pewnie. Ty zawsze byłaś taka pogodna i to ci pozostało.

– Dziękuję, chyba pogodnym ludziom lepiej się żyje. Chyba że trafi się jakiś niewypał, to wtedy boli. Jednak rany goją się, a czas robi swoje i znów chce się żyć.

– I kochać.

– Nie, z tym to ostrożnie. Sparzyłam się.

– I to przeze mnie. Przepraszam, niestety tylko tyle mogę teraz zrobić.

– Nie przesadzaj, tak nam się ułożyło, ważne, że jesteś szczęśliwy. Ciesz się z tego.

Jerzy wyciągnął ręce przez stolik i objął obie dłonie Grażynki. Pogłaskał je kciukiem i uśmiechnął się.

– Grażynko, nie będziesz miała nic przeciwko, abyśmy się czasem spotkali?

– Lepiej nie, po co masz sobie komplikować życie? Jerzy, jest jak jest, nic nie zmienisz. Masz żonę, dziecko, ciesz się z tego, co masz.

– Proszę. Może w sobotę. Masz urlop, a ja zawszę mogę pójść do pracy. Może gdzieś pojedziemy.

– Nie, Jerzy. Nie ryzykuj. Nie chcę, żeby inna kobieta przeze mnie płakała. – Grażynka wyciągnęła dłonie z uścisku i dopiła kawę.

– Irena nawet nie zauważy. Często mam dodatkowe służby albo wyjazdy, a tobie umilę urlop, bo jak widzę nigdzie nie wyjeżdżasz. Może choć troszkę świeżego powietrza. Mnie też się przyda. Naprawdę mam czasem dość domu i ględzenia kochającej żony.

– Chyba cię rozumiem, ale takie jest życie. Jerzy, lepiej nie. Nie komplikujmy nic.

– Proszę, jest lato, trochę słońca. Sama widzisz, tak nam się fajnie rozmawia.

– No dobrze. Ten jeden raz w tą sobotę, bo potem wraca już córa, więc chcę z nią spędzić trochę czasu.

– Jesteś fantastyczna. Gdzie masz ochotę wyskoczyć? Byłaś w Szymbarku w domu na głowie?

– Na głowie? Co to jest?

– Fabryka domów drewnianych i facet wymyślił dom wybudowany na głowie. – Śmiał się i opowiadał dalej: – Dom stoi na dachu, zobaczysz, super. Do tego jest tam cały kompleks do zwiedzania, do tego restauracje i bufety, można spokojnie spędzić cały dzień.

– Dobrze, niech będzie, a daleko to jest?

– Nie wiesz, gdzie jest Szymbark?

– Przecież, że nie wiem. Jerzy, ja raczej nie jeżdżę nigdzie. O, czasem do Tczewa, a na wiosnę byłam z dziećmi na wycieczce w Malborku.

– Dobrze, moja droga, to jedziemy w sobotę. Czy o dziesiątej nie będzie za wcześnie?

– Nie. Wiesz co? Upiekę ciasto, a pyszne robię, zobaczysz.

– I brzuch mi urośnie jeszcze bardziej.

Przez chwilkę nic nie mówili, śmiali się i kończyli wielkie porcje pysznych lodów. Grażynka ukradkiem przyglądała się Jerzemu i raz karciła się za poufałość, na jaką sobie pozwoliła, zgadzając się na wyjazd, za moment akceptowała i tłumaczyła siebie samą: – Przecież to tylko taki koleżeński wypad, to nic zdrożnego.

Po dwóch godzinach postanowili przejść się jeszcze na spacer po bocznych uliczkach Wrzeszcza. Oglądali stare, olbrzymie kamienice i dalej rozmawiali, wspominając kolegów i koleżanki z klasy.

– A wiesz, że Marek owdowiał?

– Jaki Marek?

– Kropidłowski. Został sam z trójką dzieci. Żona mu zmarła dwa miesiące temu. Paskudnie, miała raka kości. Pomagałem mu załatwić na koniec hospicjum, bo bardzo cierpiała, a dzieci nie mogły tego znieść.

– Współczuję, życie jest okropnie kruche, a jak szybko ucieka.

– Właśnie. Ostatnio, chyba po pogrzebie, tak się zastanawiałem, że jakoś człowiek skapcaniał, że wszystko mu przecieka między palcami.

– Też masz takie odczucie, myślałam, że to tylko kobiety tak mają.

– Może zniewieściałem na stare lata, a może wszyscy tak mamy.

Jerzy na chwilkę przystanął. Odwrócił się do Grażyny. Uśmiechnął się i wziął ją za rękę.

– Moja droga, to prawda, życie tak szybko ucieka. Chyba coś straciłem, a może odzyskam.

– Pocałował dłoń i już nie wypuścił. Teraz szli przez chwilkę w milczeniu jak nastolatkowie, trzymając się za ręce. – Nie pamiętam, kiedy tak szedłem z kimś za rękę.

– Ja też nie.

– Nie przeszkadza ci to?

– Nie, to takie niewinne, spokojnie, Jerzy. Po prostu chwila, miejsce, wspomnienie.

Zaczynało robić się ciemno, a oni dalej spacerowali. Szli w górę Jaśkowej Doliny, potem ulicą Sobótki zawrócili do centrum. Rozmawiali o różnych sprawach, zaczynając od pogody, poprzez choroby zakaźne dzieci, diety odchudzające, wycieczki po kraju, motory, kryminalne historie, aż do czasów dzisiejszego spotkania.

– Nie bolą cię nogi? Troszkę kilometrów zrobiliśmy.

– Chyba bolą, ale tak fajnie się rozmawia.

– To wracajmy. Odwiozę cię do domu, jeśli nie masz nic przeciwko.

– Odwieź, odwieź. Wystroiłam się w te szpileczki, no wiesz, chciałam być elegancka, a to nie na taki spacer.

– No tak, ale jestem gamoń, dlaczego nic nie mówisz?

Skręcili w boczną uliczkę. Jerzy, dalej trzymając ją za rękę, poprowadził skrótami poprzez jakieś zaułki i nieznane podwórka.

– Znasz teren, ja nawet nie wiem, gdzie jestem, a jeszcze ta ciemność.

– Znam, to przecież moja praca. Widzisz, w miłym towarzystwie czas tak szybko leci. Zaraz wyjdziemy na ulicę Do Studzienki. Tam zostawiłem samochód, bo przy centrum handlowym nie było gdzie zaparkować.

– Oj, dobrze, bo nóg nie czuję.

– Jesteś dzielna dziewczynka – żartował.

– Nie drwij ze mnie. Na drugi raz włożę adidasy.

– Tak, na sobotę obowiązkowo.

Było prawie ciemno, jak wychodzili z jakiejś bramy. Wtedy, jak spod ziemi, wyrósł przed nimi wielki mężczyzna ubrany w coś ciemnego. Grażyna aż podskoczyła, gdy usłyszała chrapliwy głos. Zrobiła krok do tyłu i schowała się za Jerzego. Dalej przez moment widziała tylko jakieś bezkształtne ruchy, jakieś machania rękoma czy ubraniem. Znów się cofnęła, opierając się o ścianę budynku i tam przykucnęła z przejęcia.

Teraz już nic nie widziała, słyszała tylko jęki i zasapany głos Jerzego szybko mówiący coś do telefonu. Była tak zdenerwowana, że nie rozumiała słów, a gdy za moment usłyszała przenikliwą syrenę radiowozu policyjnego, serce mało nie stanęło jej z przejęcia.

Obserwowała ze swojego ukrycia całą akcję pakowania jegomościa do samochodu. Słuchała relacji, ale nie wychylała się. Wolała pozostać anonimowa. Dopiero gdy radiowóz ruszył, podniosła się z kucek. Wtedy Jerzy podszedł spokojnie do niej.

– Dziękuję, że się schowałaś. Nie martw się, to zwykły lump. Tu takich pełno. Lepiej samej nie chodzić tymi uliczkami. Wiesz, ciemno i niezbyt bezpiecznie.

– Tak wygląda twoja praca?

– Czasami tak, ale od paru lat raczej siedzę w papierach. Nic ci nie jest? – Objął ją ramieniem.

Stamtąd już niedaleko było do samochodu, więc tylko kilka kroków i Grażynka z wielką ulgą usiadła na wygodnym siedzeniu dużego audi. Prawie natychmiast, ale dyskretnie zsunęła pantofle z nóg i masowała je delikatnie, pocierając stopą o stopę, obserwując jednocześnie Jerzego, który obchodził wkoło auto, otwierał drzwi i wreszcie siadł za kierownicą. Taki zwykły mężczyzna, a przed chwilą bohater ulicznego zajścia.

Oparła głowę na zagłówku i uśmiechnęła się. Jerzy nic nie mówił. Wycofał samochodem z bocznego wjazdu do jakiejś kamienicy, zawrócił i dopiero stojąc na ulicy, zapytał:

– Dokąd pani sobie życzy?

– Zaspa, Burzyńskiego 12, panie szofer. – Wyciągnęła rękę i pogłaskała go po policzku. -Podziwiam cię, mało nie umarłam ze strachu.

-To był zwykły lump, z takim to nie ma problemu. Dostał raz i już jest niegroźny, nie martw się.

W czasie jazdy Grażyna zastanawiała się nad dalszymi krokami, czy zaprosić Jerzego do siebie na herbatę, czy po prostu wysiąść, dziękując mu za wspaniały czas i za bohaterską obronę białogłowy. Jednak sytuacja sama ułożyła dalszy scenariusz.


Rozdział II
MONIKA ZMIENIA PRACĘ

Monika stała przed drzwiami naczelnego redaktora. Miała wyciągnąć rękę do pukania, gdy drzwi się otworzyły. Z gabinetu wychodził właśnie pan likwidator. Wszyscy wiedzieli, że to koniec gazety. Klapa i to po tak długim czasie prosperity. Po prostu rynek się załamał, albo ludzie przestali kupować, przestali czytać. – Wolą babskie opowieści albo program telewizyjny, w którym to i owo wciskają ludziom mimo woli, jak tłustą, zdymającą, zasmażaną kapustę, przy dobrze wysmażonym schabowym, a nowości bardziej dietetyczne odkładają do lamusa. Potem się budzą z ręką w nocniku, jak ich zawał łapie, albo w najlepszym razie cukrzyca lub otyłość pierwszego stopnia – wymyślała różne bzdury, by zagłuszyć złość w swoim umyśle.

Monika pracowała w redakcji od dziewięciu lat i całą duszę poświęciła tygodnikowi. Latała z dyktafonem, zbierała wywiady, pisała artykuły i szperała po Internecie, żeby tylko zaciekawić nieznajomego czytelnika, żeby wbić do jego pustego łba cokolwiek z nowinek życiowych. Rok temu załatwiła nawet sponsorowane artykuły na temat wyposażenia wnętrz, ale i tak wszystko się powaliło. Od trzech miesięcy coraz więcej zwrotów, a w końcu brak płynności i najtrudniejsza decyzja naczelnego, a zarazem współwłaściciela. – Dobrze, że nie dałam się namówić na tę spółkę, bo bym teraz gazety gotowała na obiad zamiast rosołu. – Zaśmiała się w duchu. – Tylko co dalej? Gdzie ja znajdę pracę? Kurczę, oni teraz tylko małolatów biorą do redakcji, a co ze mną? Za chwilkę kończę pięćdziesiąt lat i co, bezrobocie? Jaki wstyd. – Chwila refleksji, a za nią wielkie przerażenie na myśl o głodowych racjach żywnościowych dla rodziny. – Dobrze, że Basia choć stanęła na nogi i o nią nie trzeba będzie się martwić. E, przesadzam, przecież Józek ma emeryturę, a i firma jakoś się kręci. Damy sobie radę, najwyżej przepiszemy firmę na mnie i będą latka leciały do emerytury.

Usiadła przed naczelnym, ale już po minie widziała, co się święci. Czekała jednak, aż sam zacznie opowiadać bajki o trudnych czasach. – Oj, współczuję mu, nie dość, że długi, to jeszcze taka presja, ale na szczęście to nie moja sprawa. – Choć od takiego stwierdzenia cieplej zrobiło się jej na duszy, a reszta miała się okazać za chwilkę.

– No cóż, Moniko. Musimy zakończyć naszą współpracę. Na pewno wiedziałaś, co się dzieje.

– Tak, wiedziałam, chyba od miesiąca wszyscy się spodziewali.

Robert pokiwał głową i ciągnął dalej.

– Szukałaś sobie czegoś?

– Nie. Sam wiesz, że nie lubię zmian. Postarzałam się i jak ślepa kura lubiłam swoją grzędę, a że teraz kurnik mi się zawalił, to jakoś nie umiem się w tym znaleźć. Może po prostu troszkę odpocznę, może pomogę mężowi w firmie, a na razie zajmę się domem, ogrodem. Przyda się troszkę wyciszenia.

– Niby ten miesiąc jeszcze wszyscy pracujemy, ale dopiero po likwidacji i rozrachunkach będzie wypłata. Sama wiesz, najpierw skarbowy, potem ZUS, a ludzie się nie liczą, więc nie wiem, czy zostanie na wypłaty.

– Robert, czyli mam pozamykać wszystko, poskładać dokumenty i jestem wolna?

– Dokładnie. Bardzo bym cię prosił, żebyś napisała takie krótkie podsumowanie, coś, jakiś raport, co robiłaś ostatnio, co było w planach. Możesz jeszcze na redakcyjnej stronie pożegnać się z czytelnikami. Internet działa do końca miesiąca i strona też będzie otwarta do tego czasu.

– Dobrze, posiedzę jeszcze, może ludzie coś napiszą. I tak nie mam w domu nic ciekawego do roboty.

Nieprawdą było to stwierdzenie. Zaczynała się wiosna, więc w ogrodzie było sporo pracy. Powinna również zrobić przedświąteczne porządki w domu, tylko nie umiała tak od razu zmienić swojego myślenia, swojego działania. Wolała stopniowo przechodzić w stan spoczynku, a raczej w stan domowej kury grzebiącej w ziemi i mieszającej w garach.

Wróciła do swojego redakcyjnego pomieszczenia, gdzie z wybałuszonymi oczami, pełna nerwów czekała koleżanka.

– No i co? Pracujemy? Szef coś wymyślił, czy pakujemy się, bo nie wiem? Tak naprawdę mam załatwioną już pracę, ale ty. Co będziesz robiła?

– Nie wiem, Beatko. Nie chcę o tym myśleć, daj mi spokój.

Monika usiadła jak zwykle przed komputerem. Otworzyła redakcyjną stronę. Na górze widniał spory napis: „Likwidacja”. Niżej były jeszcze wszystkie artykuły, jakie mieściły się w ostatnim wydaniu, a przy nich wypowiedzi czytelników. Lubiła tam zaglądać i czytać opinie. Czasem głupkowate docinki jakichś nawiedzonych czytelników dawały jej inne spojrzenie na temat, jakim się zajmowała w danej chwili, ale czasem doprowadzały ją do szewskiej pasji. Dziś znalazła nową ripostę do wcześniejszej wypowiedzi jakiejś starszej pani. Przeczytała dokładnie i śmiała się, ale nic już nie odpowiedziała. – Po co mam z nimi polemizować? Co to właściwie mnie obchodzi? To i tak nie ma sensu.

Zamknęła stronę gazety i dla odprężenia weszła na tak popularny w ostatnich czasach portal koleżeński Nasza Klasa. Sprawdziła stan szkolnych znajomych i obejrzała kilka zdjęć, jakie inni z list znajomych kolegów umieścili ostatnio. Napisała dwa komentarze i już miała wylogować się z portalu, gdy naszła ją szalona myśl, zajrzeć do innej szkoły, do innego miasta, do innego świata.

Wyszukała miasteczko, a w nim szkołę i potem obejrzała zdjęcia i poczytała o historii. Przez moment była dosłownie dumna, bo jej historia, a właściwie osoba dziadka, była dość często i dobrze wspominana. – No cóż, jednak poniósł tam jakieś zasługi, coś po nim zostało, a po mnie? – pomyślała z goryczą. – Po mnie kilka artykułów w upadłej gazecie. Za kilka lat nikt nie będzie nawet wiedział, że taka gazeta była, a jakaś redaktorka to już w ogóle bzdura.

Przez chwilkę dopadło Monikę dziwne rozgoryczenie, pustka i brak jakichś perspektyw na dalsze życie. Kliknęła na spis klas. – Który to rocznik? Zaraz, jak to było? Minus dwa lata ode mnie? No tak, matura 74, ale klasa? – Przez chwilkę się zastanawiała, po czym kliknęła na jedną z nich. Kilka zdjęć i w pewnej chwili aż zamarła. Powiększyła zdjęcie i gdy pełen obraz ukazał się na monitorze, krzyknęła:

– Beata, bo zemdleję.

– Co ci jest?

– Zobacz, to jest... – głos jej zawisł w powietrzu – to jest...

Po chwili czuła, jak łezki spływają jej po policzku, a w piersiach robi się jakoś dziwnie gorąco.

– No co? Przystojny facet. Kto to?

– To jest Franciszek Tarnowski.

– Widzę, tak jest napisane, a co dalej?

– Boże, wiesz ile lat go nie widziałam, ale zawsze i wszędzie bym go poznała.

Monika oparła się na fotelu. Zamknęła oczy i cicho opowiadała o panu:

– To była szczeniacka miłość. O matko, miałam wtedy piętnaście lat i szum w głowie. Wakacje u dziadków i chłopak z naprzeciwka. Nie. Poznałam go u dziadków na podwórku. Jacyś chłopcy coś kopali dziadkom, a potem jemu wpadła mucha do oka. Nie, pszczoła go użądliła, bo dziadek miał pasiekę. Pomagałam babci wyjąć żądło, a potem poszliśmy na spacer.

– I zakochałaś się w nim, tylko nie było potem zakończenia, że żyli długo i szczęśliwie.

– Jak widać, nie było. Chyba ze dwa lata pisaliśmy i w każde wakacje miesiąc spędzaliśmy właściwie razem, bo nasze okna wychodziły jedne na drugie. Pamiętam, zawsze wiedziałam, gdy siedział w swoim pokoju, wiedziałam, gdy szedł spać, bo gasło światło. Wiesz, pierwszy okres dostałam przy nim. Pięknie się wtedy zachował, a mnie było tak głupio, że do dziś to zapamiętałam.

– No to dlaczego nie było dalszego ciągu?

– Bo ja żyłam tutaj, a on siedemset kilometrów stąd.

– No, to teraz masz jeszcze dalej. Sama widzisz. Nowy Jork. To pewnie z osiem tysięcy.

Beata patrzyła na nią z podziwem, bo wzrok Monice zapłonął, a policzki poczerwieniały jak u nastolatki.

– Nie powiesz mi, że jako taka mała dziewczynka zakochałaś się i teraz aż tak cię trzyma?

– Nie, potem jakoś to też było, ale pamiętam, że bardzo się oddaliliśmy. Zmarł jakoś nagle jego tata i wszystko się urwało. Nie pamiętam. Zresztą ja byłam głupia cnotka, poza tym sama wiesz – nie wypadało. Ja byłam tam gwiazdą i dziadkowie nie pozwalali mi z byle kim chodzić, a oni się przenieśli na drugi koniec miasta. Potem też się spotykaliśmy, ale jakoś tak, a serce i tak gdzieś sprzedałam.

– Jak sprzedałaś, to trzeba było przynajmniej na nim zarobić.

– Ha, ha, mądrala, a ty co? Już zapomniałaś, co było z Józkiem. Też patrzyłaś na niego i nie dałaś się przekonać.

– Odgryzła się.

– Ostatni raz się z nim widziałam już chyba po maturze, nawet nie pamiętam, wiem tylko, że było pięknie, a potem wielka dziura i rozpacz – ciągnęła dalej Monika.

– A myślałam, że to takie szczeniackie, ty piętnaście lat, on ile?

– Dwa lata więcej. Ty, poczekaj, myśmy się potem jeszcze spotkali, jak byłam z synem. Byliśmy na spacerze, na lodach. Coś wtedy dla mnie załatwiał. E, mało ważne. – Monika machnęła ręką.

– Chyba nie, bo aż płoniesz. Napisz do niego, może odpisze.

– Naprawdę? – Na moment rozbłysły jej oczy. – Nie, daj spokój, tyle lat. On nawet mnie nie pamięta.

– Nie kombinuj, po prostu napisz jak do znajomego, może nawet ci nie odpisze, a może wielka miłość rozbłyśnie niby latarnia w przestrzeni międzykontynentalnej.

– Ha, ha, cwaniara. Lepiej się pakuj i spadaj.

Dopiero po wyjściu koleżanki Monika usiadła przed komputerem. Ponownie otworzyła pocztę i zaczęła pisać.

Witaj.

Bardzo się cieszę, że po tylu latach mogłam zobaczyć Twoją twarz. Nawet nie wiem, czy mnie jeszcze pamiętasz. Jestem tą grzeczną, miłą dziewczynką, wnuczką profesorostwa. Mieszkam w Gdańsku, jestem szczęśliwą mężatką, matką dwójki dzieci i babcią. Pracuję w redakcji babskiej gazety. Przez tyle lat, jak każdy, postarzałam się, przytyłam, ale dalej marzę i jestem pełna życia.

Pozdrawiam z dalekiego kraju Monika.

Przeczytała kilka razy i wreszcie kliknęła „wyślij”. Potem spakowała kilka swoich rzeczy, wyłączyła komputer i pojechała do domu. Głowa, myśli i wszystko wędrowało jednak gdzieś daleko, w czasie i przestrzeni. Nie mogła się skupić, nie wiedziała, jakie zrobić zakupy, co ugotować i wreszcie, o której godzinie podjechać po męża do sklepu. Wszystko jej się mieszało. Tylko czarodziejskie imię dudniło w głowie, a w nocy wróciły widoki z młodzieńczych lat. Rzeka, las, piasek i on jako młody chłopak. – Boże, a jak ja teraz wyglądam. Co się z człowieka robi? Właściwie nigdy o siebie nie dbałam, czemu? No tak, a komu zależało. Józek nawet nie zwracał uwagi, gdy wracałam od fryzjera. O, ale zawsze zauważał nowe ciuchy i ględził, że się stroję. Jakbym to za jego kasę kupowała. Przecież, kurczę, zarabiałam i to czasem dużo więcej niż on. Pewnie, ze sklepu kasa szła na dom, na samochody, ale ja załatwiałam garderobę, wycieczki, prezenty i wszelkie swoje potrzeby. Swoje, a studia córy? Kurczę, kupę kasy na to poszło.

Ciągle rozważała, liczyła w pamięci, jakby tworząc bilans finansowy domowej firmy. – Koszty jak koszty, ale zarządzanie to i tak zawsze na mojej głowie. Żeby chociaż docenił, żeby pochwalił albo kiedyś sam tak od siebie coś wymyślił. Podał kawę do łóżka.

Monika w końcu przestała się rozwodzić nad podstawowymi sprawami dnia codziennego, tylko zajęła się przygotowaniem obiadokolacji. Szybko usmażyła kotlety, ugotowała ziemniaki, a potem jeszcze zajęła się ogrodem.

Najpierw trochę pograbiła trawnik przed samym wejściem, a gdy ręce ją zabolały, wzięła sekator i przycinała zbędne gałęzie w szpalerze iglaków, jaki rósł wzdłuż ścieżki. Niektóre gałęzie tak mocno się wychyliły, że zasłaniały pół ścieżki. Część z nich wplotła do krzaka, a część wycięła. Wytrzepała też obeschnięte igliwie i zwinęła wiszące od świąt Bożego Narodzenia lampki choinkowe. Po południu zabrała się do przygotowania pierwszych grządek. Mrok się już robił, a ona dalej szalałaby w ogrodzie, gdyby nie telefon.

– Długo będę jeszcze czekał? Zapomniałaś, że nie mam samochodu? Mówiłem, że odstawię do serwisu.

– O matko, przepraszam. Zapracowałam się. Już jadę. Nie wściekaj się.

Wyłączyła telefon i prawie biegiem wpadła do domu po kluczyki, potem szybko wyjazd, ale za bramą przypomniała sobie o zamknięciu drzwi, więc się wróciła. Przekręciła zamek i pędem do samochodu. – Będzie gadanie. Kurczę, ale się zakręciłam.

Monika jechała dość szybko, ale wieczorny korek przy Auchan przytrzymał ją tak, że na Morenie była dopiero po dwudziestej. Józek, zamiast siedzieć w sklepie i jeszcze handlować, nerwowo chodził na dworze, więc podjechała blisko do niego. Wsiadł i od razu zawarczał:

– Zmarzłem jak cholera. Zapomniałaś czy co?

– Zapomniałam. Miałam dzisiaj ciężki dzień.

– Ty zawsze masz ciężki dzień, a myślisz, że ja to co, wylegiwałem się? Nawet gazety spokojnie dziś nie poczytałem. Ludzie powariowali, do świąt jeszcze dwa tygodnie, a oni jak nawiedzeni z tymi zakupami.

– Dobrze, za moment odpoczniesz, obiad już ugotowany. Jutro mogę posiedzieć za ciebie.

– To co z pracą?

– Nic, będę na męża utrzymaniu, a może przepiszemy firmę na mnie. Ty masz emeryturę, a ja zostaję na lodzie.

– Firmę na ciebie? Nie, za dużo problemów. W ogóle dlaczego na ciebie? Tyle lat jest na mnie, więc po co?

Monika jakby troszkę się zmroziła. – Pewnie, lepiej, żebym siedziała w domu jak kura i obsługiwała pana. Nie, niedoczekanie. Muszę coś wymyślić. – Po głowie biegały jej różne plany. Marzyła jej się firma reklamowa. W myślach widziała nawet wielki billboard z logiem i jej nazwiskiem. – Tylko gdzie go powieszę? – Grymasem twarzy skasowała swój pomysł.

Właśnie podjechali pod bramę. Józek wysiadł i otworzył obie części na oścież, a gdy Monika wjechała autem, zamknął bramę.

– Nie parkuj do garażu, bo muszę podjechać do Andrzeja po towar, tylko wykręć.

– O tej porze?

– Tak, tylko zjem i jadę, właściwie otworzę z powrotem bramę, będzie szybciej.

Po wejściu do domu zdjął tylko kurtkę i bez mycia rąk usiadł za stołem. Włączył telewizor i czekał na posiłek.

– Możesz się pospieszyć? Jestem zmęczony i zmarznięty, a jeszcze czeka mnie jazda.

Monika prawie zgorszonym wzrokiem patrzyła na męża. – Kurczę, a co, ja niby cały dzień leżałam. – Podkręciła kurki pod kuchenką i poszła po coś do sypialni. Czuła się obrażona. – Znów to samo, służąca, jakby sam nie mógł sobie wziąć jedzenia. – Usiadła na łóżku, a wzrok poleciał jej gdzieś daleko za okna, w jakiś odległy świat, lecz po chwili usłyszała krzyk:

– Gdzie poszłaś? Pali się! Nawet nie możesz dopilnować!

Monika wróciła do kuchni, miała coś odpowiedzieć, ale szybko zajęła się garnkami. W jednym pokrywka podskakiwała ze złości, a na patelni mięso bardzo skwierczało.

Szybkimi ruchami pozmniejszała ogień na kuchni, odkryła pokrywkę z zupy, a kotlety przewróciła na drugą stronę, wyjęła sztućce i talerze. Nakryła do stołu i postawiła wodę na herbatę. Moment i oboje siedzieli za stołem, a przed nimi parowały ciepłe, aromatyczne dania.

– Cholera, jakie gorące. Gębę sobie poparzę.

– Na ogniu gotowane, to ciepłe, a jakie ma być? – odparła z westchnieniem.

Józek odstawił talerz z zupą i zajął się drugim. Przekroił kotlet, a potem mieląc gorący kawałek w ustach, wybełkotał:

– Daj ogórka z lodówki, bo sobie język poparzyłem.

Monika posłusznie wstała i po raz kolejny usłużyła mężczyźnie swojego życia. Potem usiadła naprzeciwko i patrzyła na niego, jak łapczywie zjada podany obiad. Popijał co chwilkę swoją ulubioną herbatą i zagryzał ogórkiem. Ledwie skończył, odsunął talerz i wstał.

– Zupy już nie zjem, nie mam czasu. Chodź ze mną, pomożesz mi wnieść kartony.

Monika miała ochotę zaprzeczyć, odmówić, ale tylko pozbierała talerze, schowała wszystko do zmywarki i łapiąc jakąś kurtkę, pobiegła za mężem. Do samochodu wsiadła dopiero na zewnątrz po zamknięciu bramy, zapięła pasy i ciężko oparła głowę o zagłówek. Zamknęła oczy i pogrążyła się w swoich myślach.

Całą drogę milczeli, dopiero na miejscu przed garażem Andrzeja, w którym mieściła się minihurtownia części hydraulicznych, zaczęli rozmawiać:

– Skoro nie pracujesz, mogłabyś jutro rano posiedzieć w sklepie, a ja pojadę do Gdyni do księgowego.

– Dobrze, ale po dwunastej, muszę jeszcze pojechać do redakcji. Trzeba to wszystko zakończyć. Muszę napisać sprawozdanie. Likwidator sobie życzy.

– Nie zdążę. Pojedziesz później albo napiszesz w domu. Przecież możesz wysłać mailem. I tak ci za to nie płacą. Lepiej patrz, z czego jesz chleb.

Monika na chwilkę się zamknęła. Niby racja, ale uważała, że chociażby kultura wymagała takiego zachowania.

Następnego dnia siedziała jednak sama w sklepie aż do szesnastej, bo Józek utknął w korkach, poza tym po drodze zaliczył jeszcze kilka hurtowni, by zrobić tym samym zapasy do sklepu, oszczędzając paliwo na zbędnych przejazdach. Na przywitanie, zamiast przeprosin i tłumaczenia się, zarzucił ją stosem faktur.

– Wpisz szybko, a ja skoczę coś kupić do jedzenia, bo jestem głodny jak wilk.

Zanim się obejrzała, znów została sama z kilkoma fakturami i stosem ciężkich kartonów. Ledwie zaczęła wpisywanie, to jakby na złość weszło do sklepu kilku klientów. Jeden szukał kolanek plastykowych do ścieku, pod kątem czterdziestu pięciu stopni, ale z redukcją, i marudził, bo kolejny sklep pana jegomościa nie usatysfakcjonował. Następny chciał złączki do plastykowej hydrauliki zgrzewane na gorąco, a kolejny tylko mieszał w pudełku różne podkładki i uszczelki.

Na to wszedł Józek z pełną buzią i wielką nadgryzioną bułą w rękach. Popatrzył na klientów i natychmiast zaczął prostować Moniki wypowiedzi, radząc zastosowanie innych materiałów, nic nie wiedząc o autentycznych potrzebach kupujących. Powstało zamieszanie i w końcu ktoś niezbyt miło skomentował Moniki poczynania i wiadomości. Na co Józek nie tylko potaknął, ale dodał swój niezbyt kulturalny komentarz dotyczący wiedzy kobiet na tak męskie tematy.

Wtedy Monika poczuła się urażona. Odwróciła się i schowała na zapleczu. Usiadła na chwiejącym się krześle i ze spuszczoną głową dusiła w sobie złość. Miała ochotę natychmiast stamtąd wyjść. Nie miała jednak samochodu, więc zajęła się zmywaniem kubeczków i talerzy, jakie stały na okapniku przy umywalce. Szorowała je proszkiem, bo niektóre nie widziały zmywaka chyba od tygodnia, a ciemne obwódki po herbatach dosłownie wżerały się w kiepską warstwę emalii reklamowych kubków.

– Jak tam siedzisz, to zrób herbatę. – Usłyszała głos męża.

Tego było już za dużo. Walnęła szmatką, złapała swoją kurtkę i wyszła, trzaskając drzwiami. – Kurczę, a co ja jestem? Służąca, pomywaczka? Sam się opycha, a mnie nawet nie zapytał, czy jestem głodna.

Szła ulicą, bezmyślnie mijając ludzi. Patrzyła gdzieś przed siebie, bez zastanowienia się, bez czucia. Ktoś ją potrącał, a telefon upierdliwie brzęczał w torebce. Zerknęła tylko na nadawcę i wyłączyła całkiem aparat. – No tak, jeszcze teraz będzie dziamał. Po co mam z nim w ogóle dyskutować? Jak on mnie traktuje?

Kręciła głową i myślała o roli kobiety w Polsce, o układach małżeńskich i pracy zarobkowej. – Kurczę, muszę poszukać sobie jakiejś pracy, bo całkiem siądę na tyłku. Ja tak nie chcę, to jest takie marne życie, nie, nie dam się tak zaprząc do kieratu. Pewnie Basia też zaraz wpadnie na pomysł, żebym bawiła małą. Nie. Muszę coś robić ze sobą.

Szła dalej, mijając kolejne sklepy, patrzyła na wystawy, a wreszcie zerknęła do torebki. Przeliczyła pieniądze. – A czemu nie? Przecież mogę sobie coś kupić. Jeszcze mam kasę. Swoją kasę. Dobrze, że odkładałam te lewizny za artykuły i nikt nie wie.

Weszła do sklepu, rozejrzała się po wieszakach. Najpierw obejrzała sukienki, potem spodnie, a w końcu wyciągnęła dwie garsonki i poszła do przymierzalni. Włożyła jedną, obejrzała się i pokręciła nosem, za to po ubraniu się w drugą uśmiech pojawił się na jej twarzy. – Będzie dobra. Tylko gdzie ja w niej pójdę? Nigdzie, ale mi się podoba, niech będzie. – Zerknęła jeszcze na metkę i aż zagwizdała pod nosem: – O rany, to nie dla mnie. Jeszcze nie zwariowałam. Osiemset złotych za taką szmatę?

Przebrała się w swoje ciuszki, a przymierzane rzeczy oddała ekspedientce, nie wieszając. – Niech sobie kobieta popracuje – pomyślała. Przejrzała jeszcze kilka fatałaszków, by nie zachować się jak dzika gęś przestraszona cenami, i spokojnie wyszła, kłaniając się dwóm znudzonym paniom z obsługi.

Na powietrzu ochłonęła z wrażenia i teraz, jakby spokojniejsza, zawróciła do sklepu Józefa. – Właściwie to dlaczego on nie chce? Teraz powinniśmy przepisać firmę na mnie. Józek ma emeryturę z wojska, to jemu już nie zależy, a mnie będą lata leciały do emerytury – myślała sobie, ale nie wróciła do tematu.

Po powrocie Józek nie odzywał się ani słowem, a ona nawet nie patrzyła w jego stronę. Nie tłumaczyła się ze swojego zachowania. Ponownie poszła na zaplecze i dokończyła mycie naczyń. Poszorowała czarne, lepkie łyżeczki, wyniosła śmieci i zrobiła sobie kawę. Usiadła i przeglądała gazetę, gdy Józek zajrzał za kotarę.

– Już ci przeszło? Wiesz, to nieładnie robić takie fochy przy klientach. Jak czegoś nie wiesz, to się zapytaj, a nie robisz głupie miny.

Monika wydukała „przepraszam”, ale tak naprawdę uważała, że to właśnie jej należały się przeprosiny, bo ostatnio była traktowana jak zwykła służąca i to bez prawa głosu. Nie odzywała się jednak, bo od dawna wiedziała, że wszelkie próby dyskusji mijały się z celem. Ona zazwyczaj ględziła, a Józek, siedząc w swoim czarodziejskim fotelu naprzeciwko telewizora, niekiedy potakiwał tylko głową od niechcenia. Nawet nie wiedziała, czy jej słuchał, bo czasem po jej uwagach wstawał i robił dokładnie na odwrót niż mówiła i prosiła. Dlatego od pewnego czasu zajmowała się swoimi sprawami, a wieczorami siadała przed monitorem i klikała sobie z ludźmi na czacie albo na Gadu-Gadu. Poznawała ludzkie losy, czasem coś radziła, a czasem się skarżyła na swój los, na jakieś sprawy, na bezduszność ludzi. Powoli zamykała się w swoim życiu.

Tego dnia po zamknięciu sklepu pojechali najpierw do serwisu po samochód Józka, przez co do domu wrócili dopiero po dwudziestej. Tam szybko wczorajsza zupa i potem rutynowe dla każdego zajęcie.

Józek zasiadł przed telewizorem, a po chwili pochrapywał melodyjnie. Natomiast Monika kręciła się jak każda kobieta. Najpierw posprzątała ze stołu, nastawiła pranie, potem podlała kwiaty. Dopiero po dziesiątej usiadła w gabineciku przed swoim monitorem. Najpierw sprawdziła służbową pocztę, a później zerknęła na prywatną i zaniemówiła.

– List, list zza oceanu, od Franka – pomyślała i na moment zmieszała się. Zgasiła monitor i poszła sprawdzić do salonu, co robi Józek. Dopiero wtedy spokojnie wróciła, włączyła ekran i zaczęła czytać.

Witam w dalekim kraju.

Bardzo sie ciesze, ze sie odezwalas. Oczywiscie, ze bardzo dobrze Cie pamietam i powiem szczerze, ze nigdy nie zapomnialem tak milej osobki. Ciesze sie, ze pomimo swoich piecdziesieciu lat, jestes osoba pelna zycia i checi. Ja takze, i chwala Bogu, bo niewazne, ile czlowiek ma lat, a na ile sie czuje. Teraz napisze troszke o sobie. Mieszkam w Ameryce, a dokladnie w New Yorku od 20 lat. Mam jedna corke Dorote, ale nie mieszka z nami. Zrobila doktorat, wyszla za maz, za Niemca, Stefana, i mieszkaja w Londynie. Ja od 12 lat pracuje w administracji panstwowej na Manhattanie, a mieszkam w duzym apartamencie na Quinsie razem z zona, Grazynka. Ta sama, jaka pamiętasz z dawnych lat. Od wielu lat dzialam w organizacj polonijnej Dom Polski, bo zawsze uwazam, ze trzeba rowniez dawac cos ludziom, nie tylko od nich brac, a zycie jakos potem odplaci. Od kilku lat podjalem decyzje o dalszej nauce i tak powolutku zapelniam kazdy dzien nowymi sprawami. Napisz mi, prosze, jak uklada Ci sie zycie, co robisz, gdzie mieszkasz.

Pozdrawiam Franciszek.

Monika z trudem czytała, bo w tekście brakło polskich literek. To czasem zmieniało sens słów. Była tak przejęta, że natychmiast wyłączyła pocztę. W gardle miała wielką kluchę, a serce łomotało jak oszalałe. – Odpisał, pamiętał. Chyba niemożliwe. Tyle lat? E, bajeruje i tyle. Muszę się zastanowić, co napisać.

Popatrzyła w koło po pokoju, potem ponownie weszła do salonu.

– Idę z psem, może się przejdziesz ze mną? – zapytała męża, a sunia już stała przy niej, merdając ogonkiem.

– Nie, popatrzę na telewizję, nie chce mi się.

Monika machnęła ręką. – Po co się w ogóle pytałam. Przecież wiadomo było, że i tak muszę iść sama. – Wzięła smycz do ręki i wyszła z domu. – Właściwie dobrze, niech siedzi. Ochłonę, pomyślę. Boże. Co ja mam mu napisać? Że pracuję, no niby tak, że mam kochanego męża? Bzdura.

Szła polną ścieżką między zeszłorocznymi pożółkłymi trawami, skubała koniec smyczy i myślami wędrowała w przeszłość, do dawnych młodzieńczych lat. Do lat beztroski, zabaw, słońca i wielkich nadziei, jakich spodziewa się każdy młody. Dopiero ostre szczekanie Tuńki, bo tak nazywali swoją sunię, wyrwało ją z zadumy. Stara sąsiadka zsiadała właśnie z roweru i w ciemności krzyczała:

– Do cholery! Ten pies mnie zagryzie! Jest tam kto? Ratunku!

Monika podbiegła i przytrzymała Tuńkę.

– Przepraszam. Proszę tak nie krzyczeć, ona jeszcze nikogo nie ugryzła. Czy coś się pani stało?

– Nie, ale ludzie mówią, że ten potwór już niejednego pogryzł. Trzeba to bydle trzymać na łańcuchu, a nie straszyć ludzi.

Monika, słysząc takie głupoty, nawet nie odpowiadała. Przytrzymała Tuńkę do czasu, aż kobieta odjechała na bezpieczną odległość i puściła psa swobodnie, a sama zawróciła spacerkiem do domu. – Oj, głupkowate te ludziska, a zresztą niech się boją, przynajmniej nikt nie wlezie na podwórko.

W domu jak zwykle zastała męża chrapiącego w swoim fotelu, więc po cichutku się rozebrała i poszła do gabinetu. Znów usiadła przed komputerem. Otworzyła nowy plik w Wordzie i na czystej stronie zaczęła pisać list, niby jakieś pismo do czytelnika.

Witam Franciszku.

Bardzo się cieszę, że się odezwałeś i że pamiętasz moją skromną osobę pomimo upływu lat. Pytałeś mnie, co robię i jak mi się ułożyło w życiu. Ogólnie chyba nie najgorzej. Mam duży dom za miastem w Leźnie, piękny ogródek, psa, męża, świetną pracę. W życiu tak mi się ułożyło, że tak jak Ty nie skończyłam również studiów i chyba nie mam już ochoty na takie poświęcenie. Owszem, przez swoje krótkie życie pokończyłam różne kursy, w tym BHiP, kurs rolniczy oraz zarządzanie zasobami ludzkimi, ale nic z tego nie jest mi potrzebne. Męża mam tak jak Ty ciągle tego samego i dzięki Bogu tworzymy zgraną parę. Józek prowadzi sklep hydrauliczny w kompleksie Carrefoura, na Morenie, także oboje dojeżdżamy codziennie do pracy. Mam swój samochodzik i dzięki temu jestem niezależną kobietą, choć bardzo zapracowaną. Córka jest po studiach, skończyła ekonomię, a od roku prowadzi własną firmę podatkową. Syn skończył prawo i ożenił się z poznanianką Magdą. Pracują oboje w straży miejskiej, czyli też są pracownikami administracji państwowej. Dzieci jeszcze nie mają, może nie chcą, nie pytam. Raczej do dzieci się nie wtrącam. Pomogliśmy im finansowo stanąć na nogi i tyle mojej kwoczej opiekuńczości. Teraz sami wijemy sobie gniazdko w zaciszu wiejskiego powietrza.

Pozdrawiam Monika.

Przeczytała kilka razy, poprawiła kilka słów, po czym zaznaczyła cały tekst i przeniosła wszystko bezpośrednio na pocztę, nie pozostawiając śladu w komputerze. Potem wyłączyła sprzęt i poszła do łazienki na krótką kąpiel. Po niej już tylko sypialnia i błogi sen.

Następny dzień był znacznie spokojniejszy. Najpierw pojechała do redakcji, gdzie zastała cały skład dziennikarski. Wszyscy się krzątali, pakowali swoje rzeczy. Dyskutowali i wymieniali nowinki dotyczące dalszej pracy. Kto, gdzie i za ile oraz kiedy zaczyna w nowym miejscu.

Słuchała i zastanawiała się, co ona może zrobić dla siebie, gdzie zaczepić się i co dalej, bo absolutnie nie wyobrażała sobie pozostania w domu. Do tej pory była tak pochłonięta pracą w redakcji, że nie umiała nawet myśleć o zmianie, nie szukała, a może była tak zaślepiona swoim zajęciem, samą sobą, że po prostu nic nie widziała.

Teraz za to stała jakby za ścianą i nie wiedziała, co ze sobą począć, gdzie znaleźć nowe miejsce. – Kurczę, totalna pustka. Zabiorę swoje rzeczy i co dalej?

Była z boku jakiejś przemiany, obserwowała ludzi. – Tacy zorganizowani, jakby się obudzili do nowego życia, a ja? – Monika nie umiała się w tym wszystkim znaleźć. Zapakowała swoje rzeczy i zaniosła do samochodu. Wrzuciła karton do bagażnika i wróciła na salę. Gwar się nasilał. – Kurczę, jacy oni są szczęśliwi.

Zabrała kolejny karton i po włożeniu do samochodu stała przez chwilkę, zastanawiając się nad losem, zerknęła jeszcze na okna, wsiadła i odjechała bez pożegnania. Po prostu było jej głupio i pusto. Jeszcze gorzej się czuła, gdy wróciła do pustego domu. Domu, który w założeniach miał tętnić życiem, a teraz zionął ciszą i pustką. Miały być tutaj dzieci, radość, a została jakaś dziwna pustka i cholerna cisza.

Rozpakowała swoje rzeczy, poszła na spacer z sunią, przygotowała obiad i usiadła przed komputerem. Najpierw otworzyła pocztę służbową. Kilka listów, kilka reklam i wiadomość od koleżanki z działu reklam.

Witaj Moniko.

Już do mnie dotarło, że padło wasze pismo. Pewnie szukasz pracy. Ja potrzebuję kogoś tak zaradnego jak Ty. Organizuję grupę do wydawania gazetki typowo reklamowej, sponsorowanej przez reklamodawców, na terenie całego Trójmiasta. Może jesteś zainteresowana? Odezwij się. Cześć.

Karolina

Natychmiast odpisała na tak piękny w tej chwili list, choć znając koleżankę, nawet nie liczyła na intratną posadę. Po prostu chciała mieć zajęcie, a może ucieczkę z domu. Na koniec zostawiła sobie duchowy deser i zajrzała na drugą, prywatną pocztę. Tam wchodziły wszystkie dowcipy, ciekawostki, listy od koleżanek i cała poczta z Naszej Klasy. Już na samym początku widniała wiadomość z Nowego Jorku, z New Yorku, od Franciszka.

Witam Moniko.

Bardzo sie ciesze, ze znow mam wiadomosc od Ciebie. To wielka przyjemnosc, gdy mam swieze informacje z kraju. Ciesze sie, ze zycie lagodnie sie z Toba obeszlo. U mnie nie zawsze tak było. Najpierw, jak pamietasz, tragiczne losy rodzinne, a potem nauka w Krakowie, az w koncu malzenstwo i ciezka praca. To akurat nigdy mnie nie opuszczalo, ale dzieki temu, moge powiedziec, ze wszystko zawdzieczam jedynie wlasnym rekom. Od początku ciagnelo mnie do swiata i juz w kilka lat po slubie, gdy zaczely sie zgrzyty, dostalem zyciowego kopa i zaczalem tulaczy los za praca poza granicami kraju. Nigdy jednak nie przestalem byc Polkiem i czuc jak Polak. Mysle po polsku i mowie po polsku. Teraz tez jestem bardzo zaangazowany w zycie społeczne, co daje mi duzo satysfakcji. Malo sypiam i dzieki temu mam czas rowniez na czytanie i nauke. Ogolnie twierdze, ze lepiej jak sie człowiek zuzyje niz zardzewieje.

Pozdrawiam Franciszek

Znów przeczytała list kilka razy, a potem z wypiekami na twarzy, z rozweseloną duszyczką, bezpośrednio na poczcie, odpisała.

Witam Franciszku.

Bardzo się cieszę, że tak szybko odpisujesz na moje listy. Przykro mi, że losy tak Ci się potoczyły. To trudne do zrozumienia dla mnie, ale zdaję sobie sprawę, że los emigranta nie jest łatwy. Tam żyjąc, tęsknisz za krajem, bo tutaj zostawiłeś swoją młodość, dom i przyjaciół, a będąc w Polsce, zawsze będziesz myślał o Ameryce, bo tam spędzasz najlepsze swoje lata. Lata aktywności życiowej i zawodowej. Ogólnie takie rozdarcie na dwa kraje, na dwie dusze. Mogę powiedzieć, że jesteś jakby samotnym żeglarzem i wiatr goni cię trochę tu, trochę tam, a spokojną przystań trudno będzie znaleźć na stare lata. Ja jestem raczej zasiedziałą kurą domową i poza troskami o domowe ognisko nie zaprzątam sobie niczym głowy. Owszem, czasem mam odczucie pustki i pogoni za czymś niespełnionym, ale wiek zaczyna swoje robić i spuszczam pokornie głowę, nie oczekując wiele od życia. Niepokój jednak czasem się budzi i coś zaczyna człowieka ciągnąć gdzieś w świat. Owszem, czasem gdzieś wyjeżdżaliśmy z mężem na krótkie wycieczki, ale z wiekiem coraz bardziej odczuwam przemijanie. Odczuwam czas, a raczej jego brak.

Pozdrawiam Monika.

Tym razem nawet nie czytała tekstu, tylko wysłała zaraz po napisaniu. Była sama w domu i pozwoliła sobie na prawdziwe odczucia. Wiedziała, że gdzieś daleko jest ten dawno niewidziany, a może zapomniany młody chłopak, który czeka na jej słowa, może na zwykłe słowa kogoś z kraju, kogoś miłego z dalekiej przeszłości.

Z ciekawości zerknęła na mapę godzinową świata i porównała strefy czasowe między Polską a Nowym Jorkiem. – O matko, sześć godzin. To całkiem przestawione. Jak ja śpię, to on jeszcze pracuje? Muszę się zapytać o rozkład dnia. Jak to jest, tak dziwnie?

Kolejne listy dotyczyły technicznych spraw, bo takie wiadomości zaczynały bardzo interesować Monikę. Jakoś nie zdawała sobie do tej pory sprawy z różnic czasowych. Owszem, w trakcie pobytu w Egipcie czy Tunezji jak wszyscy zmieniała godziny na zegarku. Jednak dwie godziny nie odgrywały tak znaczącej roli. Teraz zaczynała odmierzać czas, cofając się o sześć godzin. – Ale śmiesznie, to jak u mnie jest południe, to on dopiero otwiera oczy? Jakie to dziwne, a jak ja mam północ, to Franek wraca z pracy? Pomieszane – myślała.

Przez kilka kolejnych dni wymieniali swoje opisy życiowych tarapatów. Porównywali pracę, prawo i inne codzienne sprawy. Monika dowiedziała się o zarobkach, kredytach, o pracy, służbie zdrowia, ubezpieczeniach i systemie emerytalnym, jak również o mieszkaniach i problemach gospodarczych narastającego kryzysu.

Jeden list codziennie w jedną i drugą stronę, bez zbędnych komentarzy, prawie suche fakty o Polsce i z drugiej strony o życiu w dalekim kraju. Dopiero po miesiącu przyszedł inny list. Już nagłówek wróżył zmianę kierunku korespondencji.

Droga Moniko.

Od pewnego czasu targaja mna dziwne odczucia, a wspomnienia napedzaja dzien dzisiejszy, nie dajac spokoju myslom. Zaczynam dzien od mysli o Tobie i koncze tym samym. Zaczynam sie zastanawiac, dlaczego tak wyszlo i co dalej zrobic, a przy tym czas. Coraz czesciej czuje, ze ucieka miedzy palcami i ciagle uczucie, ze jeszcze czegos nie zrobilem...

Na to odpowiedziała w tym samym stylu.

Witaj Franiu.

...ja też mam odczucie przemijającego czasu. Ciągle mi mało i mało. To chyba wiek i chęć, pęd do poznania, zobaczenia i przeżycia jeszcze czegoś. Młodzi nie odczuwają tego, a z wiekiem się docenia każdą utraconą chwilkę. Moje myśli również coraz częściej biegną w Twoją stronę...

Kolejne listy zaczęły poruszać cieplejsze strony życia i coraz częściej Monika czekała ze zniecierpliwieniem na następną wiadomość, ale jednocześnie bała się, czy jej wypowiedzi nie za bardzo ponaglają, nie są zbytnio otwarte. Czuła, jak w jej sercu zaczyna budzić się niepokój, jak nie umie opanować myśli i rozdrażnienie zwiększa się z każdym dniem.

Do tego nowa praca i kolejne zaangażowanie się w nieznane tematy. Praca w ogródku, wiosenne porządki, mycie okien, pranie firan, trzepanie dywanów i wielkanocne zakupy. Wszystko napędzało ją jak motorek. Znów ciągle w biegu, bez odpoczynku, bez chwili oddechu. Praca i problemy, a coraz mniej czasu na rozmowę z mężem, z córką. Od jakiegoś czasu więcej rozmawiała z psem i pisała z Frankiem niż z najbliższymi domownikami. Po prostu oddalała się.

W Wielki Piątek szalała od rana w garach, a dom tętnił życiem. Przyjechała dzień wcześniej jej mama, a córka od świtu bawiła się z wnusią na pięterku. Tylko Józek pojechał do sklepu. Pojechał albo uciekł od świątecznych przygotowań, bo chyba nigdy nie interesował się zajęciami, jakie się z tym wiązały. Wolał ciszę, jaka panowała za sklepową ladą. Tam mógł być panem i najmądrzejszym specjalistą w okolicy. – Nie, panem to on był w domu, bo przecież służba zawsze była do usług – krytycznie myślała o mężu, gdy zadzwonił telefon.

Wytarła ręce w ścierkę i poszła do holu. Podniosła słuchawkę.

– Halo. – Cisza po drugiej stronie, ale Monikę jakby coś zadrapało w gardle. – Słucham – powtórzyła.

Wtedy po drugiej stronie usłyszała zdławiony głos. Nie poznawała rozmówcy, ale serce coś podpowiadało.

– Moniko. Bardzo się cieszę, że mogę Cię usłyszeć po tylu latach.

– Franciszek? Tak się cieszę – powiedziała drżącym głosem. – Nie poznałam.

– Bałem się, że może ktoś inny odbierze i będziesz miała problemy.

Monika ze słuchawką przy uchu poszła do sypialni. Usiadła na łóżku i teraz dużo swobodniej mogła rozmawiać, ale głos co chwilkę zawieszał się, w gardle coś drżało albo jakaś klucha całkiem blokowała słowa. Nie mogła nic z siebie wydusić, pozbierać myśli, zresztą Franciszek podobnie. Dukali coś, stękali, a przejęcie mąciło myśli.

To jednak był moment, w którym serce zaczynało się budzić. Potem Monika całe święta czuła to dziwne drżenie i łaskotanie w gardle. Uczucie tak piękne i niesamowite. Do tego dyskusja kilku znajomych, jakich gościli w niedzielny wieczór, przeniosła się na temat tak ostatnio frapującego portalu Nasza Klasa. Znów miała na bieżąco o czym rozmyślać.

Śmiała się w duchu, gdy teściowa córki zaczęła wspominać swojego kolegę z liceum. Opowiadała o nim tak czule i ciepło, że wszyscy domyślali się bardziej pikantnych wspomnień. Ktoś dowcipnie skomentował wypowiedź, więc natychmiast i bardzo ostro zripostowała:

– Ale co wy opowiadacie? Ja nie wiem. Moi drodzy, co można wypisywać ciągle z tymi ludźmi. Owszem, powspominaliśmy dawne czasy, ale po przedstawieniu swojego stanu majątkowego i statusu zawodowego, rodzinnego tematy się skończyły. No, może jeszcze byłoby fajnie, ale jak go zobaczyłam, to nie ten sam człowiek i skończyło się pisanie.

Na te słowa Monika przeniosła się do swojego świata. Jej myśli natychmiast odfrunęły gdzieś w próżnię. Zaczęła się zastanawiać nad swoją historią.

Pisali z Franciszkiem już ponad dwa miesiące i tak naprawdę przerobili wszystkie tematy, o jakich mówiła Ola. Znali swoje majątki, pracę, rodziny i wszelkie problemy z tym związane, a ciągle mieli coś do powiedzenia, ciągle nie brakowało im tematów, a listy z czasem robiły się dłuższe i dłuższe. Owszem, bywały również wiadomości jednozdaniowe, ale oboje zaczynali być uzależnieni od informacji o sobie, od listów. – Na jak długo? – zadawała sobie pytanie. – Ola przestała po miesiącu, a my kiedy?

Wieczorem, gdy wszyscy porozchodzili się po swoich pokojach, w ciszy i spokoju znów zasiadła do komputera. Ponownie, ale na monitorze, wrócił temat długości pisania oraz znajomości. Monika opisała wszystkie świąteczne dyskusje Franciszkowi w długim liście, tym samym przeniosła swoje wątpliwości na jego barki.

Kolejny list natychmiast zniwelował jej obawy, bo Franciszek zapewnił ją o swoim oddaniu, a nawet o konieczności dalszego pisania.


Rozdział III
RANNY KAZIO

Kazimierz Prawdziwek. Gdynia. Rocznik 1951.

Kazik zaczął wpisywać swoje dane na nowym profilu Naszej Klasy. Potem odszukał swoje liceum w Gdyni, dopisał się do klasy w liceum, a następnie przejrzał profile kolegów ze swojego rocznika w Wyższej Szkole Morskiej. Napisał list do kilku osób, a na koniec zerknął jeszcze do znajomych wśród swoich znajomych. Porozmawiał na Skypie z kolegą z Kanady i wreszcie zabrał się do porządków. Wiedział, że Ewa ma wrócić za jakąś godzinę, a jeszcze musiał przygotować coś do obiadu. Nie cierpiał tych babskich zajęć, a fochy małżonki dobijały go z każdym dniem coraz bardziej. Jej pracę i te całe haccapowskie przepisy wprowadzała do domowych zwyczajów, a tym samym robiła z domu, a szczególnie z kuchni, totalne przepisowo-nakazowe piekło. – Dobrze, że jeszcze na ścianach nie wiesza listy podpisów z godzinami sprzątania zlewu albo odkażania ubikacji. To jest chore – pomyślał, wchodząc do kuchni.

Rozejrzał się po blatach. Idealny porządek i sterylna czystość kolidowały z jego charakterem, zawsze lubił troszkę rozgardiaszu, troszkę bałaganu, ale od czasu zmiany pracy małżonki dom zaczął stawać na głowie. Nawet jego potrawy, którymi kiedyś zachwycała się, przestały jej smakować. Wszędzie dopatrywała się albo starego oleju, albo nieświeżych przypraw, albo nadgnitych owoców, a już te cholerne ręczniki rozkładane wszędzie, przy jakichś pracach, doprowadzały go do szewskiej pasji. – Szkoda, że jeszcze ścian nie okleja papierami przed gotowaniem. Przecież to można od razu umyć.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.