Najemnicy - Paweł Jakubowski - ebook
Wydawca: Studio Truso Grzegorz Gortatewicz Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Najemnicy - Paweł Jakubowski

Pamiętaj! Kiedy nie wiesz, kto jest dobry a kto zły, dobry jest ten, kto więcej zapłaci!

”Czołem łajzo! Po trzynastu latach pokoju w rozbitym dzielnicowo Orgonie znowu wybuchła wojna domowa. No i bardzo dobrze! Długo nie było roboty dla uczciwego najemnika. Teraz jest jej aż nadto. Zapraszamy do oddziału! Zapewniamy wikt, opierunek, wyszkolenie, broń a nawet buty! Nie interesuje nas, kim i skąd jesteś, co robiłeś, czy umiesz machać żelazem, czy nie lub czy za twoją głowę ktoś wyznaczył nagrodę. Dla każdego znajdzie się miejsce. U nas dostaniesz carte blanche... cokolwiek to, k***, znaczy. Jasne, że można zginąć, tylko że bez tego nie byłoby przygody. No... na co jeszcze czekasz – zapraszamy w szeregi Psów Wojny!”

Najemnicy” to krwista i wielowątkowa powieść fantasy z szeroko zakrojonym tłem politycznym. Przeznaczona dla dorosłych. Barwni i wiarygodni bohaterowie knują intrygi, biorą udział w dramatycznych potyczkach i wielkich bitwach z udziałem tysięcy zbrojnych, w których szala zwycięstwa waży się do ostatniej chwili.

Opinie o ebooku Najemnicy - Paweł Jakubowski

Fragment ebooka Najemnicy - Paweł Jakubowski










Paweł Jakubowski

Najemnicy

CZĘŚĆ I

Warszawa 2013


Copyright (c) Paweł Jakubowski & Studio Truso 2013

 

Projekt okładki: Witold Jakubowski

Korekta i redakcja: Klaudia Dróżdż, Beata Jankowiak

Skład: Prasosfera.pl

 

ISBN ePub: 978-83-63966-06-5

ISBN mobi: 978-83-63966-07-2

 

Wydanie elektroniczne: Studio Truso, Warszawa 2013

www.studiotruso.pl, facebook.com/StudioTruso


Oblężenie

Ognisty pocisk rozświetlił na chwilę noc i przeleciał łukiem ponad murem. Rozpryskując się, uderzył w jeden z domów, który natychmiast zajął się płomieniami. Ze środka w panice wybiegły ciemne sylwetki. Szturmujący ani na chwilę nie przestawali być zasypywani gradem strzał. Mimo, że wielu z nich padło, już dobiegali do muru i zaczęli przystawiać drabiny. Obrońcy usiłowali spychać je bosakami. Ale ilekroć któryś za bardzo się wychylił, atakujący szyli do niego z łuków. Już kilku nieszczęśników znalazło w ten sposób śmierć. Pierwsi wojownicy sprawnie wspinali się do góry. Szybko spadali rażeni strzałą, oszczepem, zrzuconym kamieniem lub oblani wrzątkiem. Na ich miejsce wstępowali jednak następni. Co zręczniejsi docierali na długość oręża i rozpoczynała się walka wręcz. Zdawałoby się, że obrońcy, wymierzając swoje ciosy z góry, będą mieli przewagę. Jednak, osłaniani z dołu przez łuczników, nacierający powoli pięli się o kolejne szczeble. Lada moment mogli wedrzeć się na mur.

Bramy zamku też nie pozostawiono w spokoju. Oblewani gorącą smołą i rażeni grotami strzał topornicy zawzięcie uderzali w wielkie dębowe wrota. Co i raz któryś z nich dołączał do ścielącego się stosu trupów. Mocna i dobrze zabarykadowana brama ani drgnęła. Teraz jednak topornicy ustępowali miejsca nadjeżdżającemu taranowi. Machina była sporych rozmiarów, do tego osłonięta drewnianym zadaszeniem pokrytym zwierzęcymi skórami, co miało zapobiec podpaleniu. W jej stronę posypał się grad pocisków, ale nie mogły one wyrządzić większej szkody. Wkrótce okuta żelazem, potężna głowica uderzyła z impetem w drzwi, które jęknęły i zadrżały. Wspierające je z drugiej strony belki i skoble zatrzeszczały niebezpiecznie. Było tylko kwestią czasu, kiedy wrota ustąpią.

Tymczasem walka na murze i drabinach stała się jeszcze bardziej zażarta. Jeden ze szturmujących zwinnie odchylił się przed nakierowanym na jego głowę uderzeniem miecza i sam wprawnym ciosem powalił stojącego mu na drodze obrońcę. Na chwilę zrobiła się luka. Wojownik natychmiast to wykorzystał i wszedł na mur. Bardzo szybko, atakowany z dwóch stron na raz, został zarąbany, ale na jego miejsce już wskoczył następny. Kolejni byli u szczytu drabin. Obrońcy zaczęli ustępować. Jeden z nich zrobił krok do tyłu, udając, że cofa się jak inni, po czym nagle naprał do przodu i zepchnął swojego przeciwnika z muru. Rozejrzał się szybko, oceniając sytuację. Zasłonił się tarczą przed ciosem innego napastnika, po czym ustąpił miejsca swojemu towarzyszowi broni. Ruszył w stronę baszty, aby zejść na dół. Wszędzie dało się słyszeć szczęk broni i krzyki walczących. Przy bramie gotował się niewielki oddział z zadaniem zagrodzenia nieprzyjacielowi przejścia po tym, jak ustąpią wrota. Obrońca, który opuścił na chwilę bitwę, odciągnął na bok jednego z żołnierzy.

– Jak się zwiesz chłopcze?! – zawołał.

– Erl! – odkrzyknął młody chłopak. – Erl…

Tu chciał dopowiedzieć nazwisko, ale huk pękającej bramy zagłuszył jego słowa. Świsnęły strzały. Atakujący z triumfalnym okrzykiem bojowym przedarli się przez zwalone wrota i natarli z impetem. Obrońcy mężnie zastawili im drogę, ale jasnym było, że długo nie zdołają utrzymać swojej pozycji. Na murach cofano się do baszt, aby stamtąd jeszcze ostatni raz spróbować odeprzeć nieprzyjaciela.

– Nie ma czasu do stracenia! – krzyknął starszy mężczyzna. – Biegnij teraz do komnat mojej córki! Powiedz jej, że przysłał cię ojciec! Ona pokaże ci sekretne wyjście z zamku! Przysięgnij mi, że się nią zaopiekujesz!

Bitewny zgiełk przybrał na sile.

– Przysięgnij!! – mężczyzna potrząsnął ramieniem chłopaka.

– Przy… przysięgam!

– I pamiętaj! Kiedy stąd wyjdziecie, nikt nie może się dowiedzieć, że jest moją córką!

W tym momencie jeden z walczących na dziedzińcu padł trafiony potężnym buzdyganem. Rosły wojownik w zbroi z kolcami i garnczkowym hełmie, rozejrzał się za nowym przeciwnikiem. Swoje przerażające spojrzenie zatrzymał na młodzieńcu.

– Biegnij! Już! – starszy mężczyzna ruszył, żeby przegrodzić drogę wielkiemu napastnikowi.

Godzinę później z pobliskiego wzgórza Erl razem z Nende oglądali płonący zamek jej ojca.


Żywa Krew

– Dobra, zamknąć mordy głąby - przerwał popijawę i wzajemne wyzywanie się herszt bandy, Syriusz. – Sprawa wygląda tak. Ten stary pryk dorobił się całkiem ładnej fortunki na swoich wyprawach do Simirionu. Cholera wie, co on tam robił…

– Wielki chuj z tego, że się dorobił – przerwał z krzykiem Oglut, gruby prostak, chyba najbardziej nielubiany przez Jovę członek bandy. – Przecież się kurwa z dobroci serca z nami nie podzieli.

– Jeszcze raz mi wejdziesz w słowo, to na wszystkich Innych przysięgam, że rozpruje ci ten gruby bęben – wycedził Syriusz. – Może mnie z łaski swojej kurwa najpierw wysłuchacie do końca, zanim jeden z drugim będą mi przerywać.

– Słuchamy – rzucił ktoś z pozostałych zbirów.

– Obojętnie na czym tam nie zarobił, podpadł jakiemuś simiriońskiemu kapłanowi i musiał uciekać z powrotem do Rowonsu. Straż graniczna chętnie widziałaby złoto w swoich kieszeniach, więc wszystko zakopał niedaleko rzeki Sphix po stronie simiriońskiej. Wystarczy znać dokładne miejsce, przeprawić się nocą za rzekę, wykopać wszystko, załadować do worków i wrócić. Dla spokoju można dać drobną łapówkę jakiejś grubej rybie ze straży, żeby nam chłopaki nie przeszkadzali. Nie wiem dokładnie, ile tam tego jest, ale powinno starczyć dla nas wszystkich.

– Zapominasz o skośnookich – zauważył Dores, śniady i zawsze śmierdzący typek z południa. – Po drugiej stronie Sphixu możemy się na nich natknąć, a oni nie lubią każdego, kto nie ma skośnych oczu.

– Racja, Dores ma rację – pokiwał inny z bandytów.

– Dlatego będziemy w odpowiedniej liczbie i dobrze uzbrojeni – odparł ze zniecierpliwieniem herszt.

Wszyscy członkowie szajki zaczęli szeptać między sobą, zastanawiając się nad planem swojego przywódcy. Tylko Jova milczał posępnie.

– Kurwa! – zirytował się Oglut. – Ale przecież nie znamy, do chuja pana, dokładnego miejsca gdzie ten stary kurwiszon zakopał swoje pierdolone złoto!

– Ale poznamy – Syriusz przybrał uśmiech, jakby spodziewał się tego zarzutu. – Mówiłem, że nasz ulubieniec natknął się na simiriońskiego kapłana. Otóż żółtek nałożył na niego jakąś klątwę czy zaklęcie. Stary męczy się potwornie, ale nie może umrzeć. Medycy nie są w stanie mu pomóc. Ja się jednak dowiedziałem, że istnieje antidotum. Jest nim Żywa Krew. Bardzo rzadka mikstura, którą umieją sporządzać tylko najzdolniejsi alchemicy. Ma moc uzdrawiania z wszelkich chorób i znoszenia klątw.

Jova drgnął.

– Czy ta cała Żywa Krew może usunąć jakąś wrodzoną chorobę – odezwał się po raz pierwszy i ostatni podczas całej narady. – Załóżmy nieuleczalną chorobę krwi?

– Z pewnością – odparł przywódca szajki. – W grę wchodzi magia. Ważniejsze jest jednak, że ten specyfik, jak powiedziałem, znosi działanie wszelkich klątw. Wystarczy więc pójść do starego i zaproponować mu, że w zamian za wyjawienie nam, gdzie leży skarb, damy mu Żywą Krew.

– Kurwa mać! – Oglut walnął pięścią w stół. – Jak do cholery mamy mu zaproponować Żywą Krew, skoro jej kurwa nie mamy?!

Syriusz nie wytrzymał i uderzył grubasa na odlew w twarz. Zapadła cisza.

– Czy jeszcze ktoś ma ochotę zadać jakieś durne pytanie? – spytał po chwili, rozcierając rękę. – Jeśli nie, to poproszę, żeby Grinar opowiedział nam o pewnym swoim znajomym.

Wywołany zbir podniósł się z miejsca. Miał bardzo nieprzyjemną twarz ozdobioną niewielką blizną na policzku. Nosił też przepaskę na oku. Nigdy nie rozstawał się z rzeźnickim nożem – wkładał go nawet pod poduszkę, kiedy kładł się spać. Był chyba najniebezpieczniejszym członkiem całej bandy.

– Swego czasu pracowałem dla pewnego czarnoksiężnika imieniem Kondobar. Paskudny jegomość, ale dysponuje różnymi magicznymi przedmiotami, bardzo możliwe, że także Żywą Krwią. Nawet jeśli nie ma Żywej Krwi, z pewnością wie, jak można ją zdobyć. Mam tutaj mapę do jego siedziby daleko na północy Orgonu. Zawsze ma jakieś dobrze płatne zajęcie dla chętnej i bitnej kompanii i myślę, że moglibyśmy ubić z nim interes. Jeśli rzecz jasna nie obleciał was strach.

Nikt nie odpowiedział na zaczepkę. Syriusz patrzył po kolej w oczy każdemu uczestnikowi. Wreszcie nieśmiało odezwał się Juvis – młodzieniaszek, jedyny którego Jova był w stanie tolerować z całej szajki ze względu na jego rozsądek.

– Nie żebym się bał, ale Grinar powiedział, że ten cały czarnoksiężnik mieszka daleko na północy, a to oznacza, że musielibyśmy przejść przez cały Orgon. Czy to jest aby do zrobienia?

– W Orgonie jest teraz spokojnie – odparł Syriusz - a to tylko jeszcze jeden powód, żeby wyruszyć. Nie wiadomo, czy spokój potrwa długo.

– Nie lepiej spróbować w Morotanie? – rzucił Dores. – Tam co drugi to czarodziej. Na pewno też mają sposoby na klątwy.

– Ale żaden z tych magów to nasz znajomy, a tego Kondobara Grinar zna i to podobno całkiem dobrze. Poza tym wolę już podróżować przez Orgon niż przez Cesarstwo, chyba się ze mną zgodzisz, co Dores. Nie zapominaj, że część z nas nie jest mile widziana w niektórych prowincjach. A tymczasem w Orgonie, jeśli nie wściubiasz nosa w nie swoje sprawy, nikt cię nie pyta kim i skąd jesteś. Panowie – herszt wstał ze swojego miejsca i zwrócił się do wszystkich - dla mnie to wygląda tak. Możemy gnić tutaj, czekając aż w końcu legioniści ukrzyżują nas przy którymś z kupieckich szlaków. Albo, możemy wyruszyć na, nie ukrywajmy, niebezpieczną i trudną wyprawę, no ale przy odrobinie szczęścia obłowimy się tak, że będziemy ustawieni do końca życia. Do końca życia, panowie. Trafia nam się niepowtarzalna okazja i kurewsko szkoda byłoby ją zmarnować. Nie sądzicie?

Syriusz, ze względu na swoje pochodzenie znał się na retoryce i potrafił być bardzo przekonywający. Tylko jedna osoba ostatecznie zrezygnowała z udziału w wyprawie. Grinar zadeklarował się zadbać o to, żeby niezdecydowany zachował wszystko w tajemnicy… Pozostali postanowili, że przed długą i prawdopodobnie niebezpieczną wyprawą należy się jeszcze ostatniego wieczora porządnie zabawić.

Następnego dnia wczesnym rankiem Jova maszerował żwawym krokiem w stronę orgońskiej granicy. Idąc, kalkulował, ile minie czasu, zanim herszt i reszta szajki się obudzą i stwierdzą, że ukradł im prowadzącą do czarnoksiężnika mapę.


Masz jaja?!

Drzwi gospody rozwarły się z hukiem. Do izby wkroczył ponad dwumetrowy olbrzym z mieczem dwuręcznym zawieszonym na plecach. Towarzyszyło mu trzech również rosłych, chociaż nie tak jak on sam, zębaczy. W niewielu cywilizowanych miejscach tolerowano półorków, ale w tym zajeździe większość klienteli i tak składała się z zabijaków i najemnych zbirów. Już na pierwszy rzut oka dało się zauważyć, że nowoprzybyły wielkolud o długich blond włosach pochodzi z któregoś z północnych, barbarzyńskich plemion – z Pelvanu, może z Vraranu. Mimo to odezwał się po orgońsku, prawie bez obcego akcentu.

– Czy ktoś z was bure suki ma jaja?!

Większość z obecnych pochyliła niżej głowy i spojrzała w swoje kufle – pełne tudzież puste. W paru, co bardziej drażliwych osobnikach, aż się zagotowało, ale nikt nie miał ochoty na walkę z wściekłym Pelvańczykiem i jego nie do końca ludzkimi kompanami.

– Pytałem czy macie jaja?! Co, nikt?! Siedzą tu same dziwki?!

Jeden najbardziej czuły na punkcie swojego honoru siepacz nie wytrzymał. Cisnął kuflem o podłogę i wstał.

– Nikt nie będzie mnie bezkarnie obrażał! – ryknął. – A już na pewno nie jakiś tępy dzikus z północy!

Kilku innych wprawdzie jeszcze nie wstało, ale położyło dłonie na rękojeściach mieczy i sztyletów, gotowi zaatakować podstępnie nowoprzybyłego od boku. Jeden z zębaczy, wyróżniający się tym, że nosił na szyi charakterystyczny medalion w kształcie sierpu księżyca, nie wiedzieć czemu, wyszedł na zewnątrz. Olbrzymi wojownik spokojnie zbliżył się i spojrzał w oczy mężczyźnie, który odważył się wstać.

– A więc ty masz jaja? – powiedział niemal szeptem.

– Ta mam, a bo co? – odpowiedział tamten z najwyższym trudem powstrzymując się, żeby nie zrobić kroku w tył, poczucie honoru było jednak większe niż strach.

– Czy ktoś jeszcze? – ten z wielkim mieczem na plecach znowu zwrócił się do całej sali. – Czy ktoś jeszcze ma tutaj jaja?!

– Tak, ja mam jaja! – z ławy podniósł się kolejny człowiek, krótko ścięty dryblas.

– Ci dwaj mają jaja, ci dwaj mają pieniądze! – oznajmił Pelvańczyk, po czym odpiął przytroczoną do pasa sakiewkę i rzucił ją pierwszemu z mężczyzn.

– Ja też mam jaja! – odezwało się od razu kilka głosów, ale wielkolud je zignorował.

Półork, który wyszedł na zewnątrz, wrócił i wypowiedział chrapliwie jedno słowo.

– Nadjeżdża.

– Za chwilę pojawi się tu człowiek podobny do mnie – długowłosy olbrzym zwrócił się do pierwszych dwóch, którzy odpowiedzieli na jego prowokację. – Chcę, żeby zginął. Zostawię wam jednego zębacza. Pomoże wam i przypilnuje, żebyście wykonali robotę. Karczmarz, jest tu tylne wyjście?

– Za szynkwasem – odpowiedział oberżysta.

W odpowiedzi wojownik pstryknął mu srebrną monetę.

– Ty zostajesz – wskazał na jednego z półorków i skinął na pozostałych, żeby ruszyli za nim.

– Hej Pelvańczyku! – zatrzymał go jeszcze pierwszy z mężczyzn. – A dlaczego sam go nie załatwisz, co?

Wojownik zatrzymał się w pół kroku. Odwrócił się powoli i wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Spieszy mi się – wyjaśnił i wyszedł.

Nie minęła minuta, kiedy w drzwiach pojawił się drugi barbarzyńca, tym razem chyba Vrarańczyk. W rękach trzymał topór. Zatoczył po całej izbie wściekłym spojrzeniem, ale nie zauważył przykucniętego w kącie zębacza.

– Mężczyzna!! Pelvan!! Gdzie?!!

Odpowiedziała mu martwa cisza. Oberża znajdowała się nie tak znowu daleko od północnej granicy, ale rzadko kiedy przybywał tutaj ktoś z barbarzyńskich krajów. A już dwóch barbarzyńców, jeden po drugim, w takich okolicznościach, to było dla bywalców lokalu trochę za dużo.

– Co sądzisz? – spytał pierwszego mężczyznę „z jajami” drugi.

– Co z tego, że to Vrarańczyk? – zapytał tamten, jakby odgadując myśli swojego kompana. – Od żelaza każdy umiera tak samo, nie?

– Zgoda, daj mi połowę pieniędzy i idę z tobą.

Po chwili wahania pięć sztuk złota powędrowało z jednej ręki do drugiej. Tymczasem przyczajony zębacz najwyraźniej stracił cierpliwość. Z dzikim rykiem przeskoczył ławę i ruszył na osobnika w drzwiach. Muskularny przybysz zerknął szybko w jego stronę i ocenił odległość. W ostatniej chwili odskoczył do tyłu i z całej siły trzasnął drzwiami. Szarżujący z całym impetem rąbnął w nie głową i osunął się na ziemię. Pierwszy z mężczyzn dobył miecza i ruszył w stronę podwórza. Kiedy otworzył drzwi ostrze topora wbiło się w jego głowę. Barbarzyńca wyszedł z założenia, że pierwszy, kto wyjdzie na zewnątrz, będzie nasłanym na niego zbirem. Miał rację. Tymczasem oszołomiony uderzeniem półork zadziwiająco szybko doszedł do siebie. Agresywnie, ale niezbyt celnie zaatakował swoim sporych rozmiarów tasakiem. Chyba jeszcze do końca się nie otrząsnął i trafił tylko w trzonek topora przeciwnika. Vrarańczyk chciał wyprowadzić kontruderzenie, ale zębacz złapał lewą ręką za jego oręż. Usiłował mu go wyrwać, ale daremnie. Człowiek z północy miał mocny uścisk. Obaj szarpali się dobrą chwilę. Wreszcie Vrarańczyk kopnął z całej siły napastnika piętą w okolicę pachwiny. Półork z impetem wleciał z powrotem do karczemnej izby i legł na plecach. Wkrótce został bezlitośnie dobity. Potężny wojownik rozejrzał się za kolejnymi nieprzyjaciółmi, ale nikt już nie chciał stanąć na jego drodze. Drugi z mężczyzn „z jajami” przyglądał się całej scenie i stał spokojnie.

Nazajutrz Dhoon – bo tak nazywał się Vrarańczyk z toporem – wściekły, że nie dopadł tego, którego od tak dawna ścigał, jechał związany w więziennym powozie, skazany za zamordowanie człowieka (o półorka nikt nie miał pretensji) na dziesięć lat pracy w kamieniołomie.


Wstęp

Stało się tak, że Orgon został wreszcie zjednoczony. W całości. Takiego stanu nie pamiętają nawet najstarsi Orgończycy. Odkąd, bowiem w 824 roku król Terlin Żelazne Ramię podzielił kraj pomiędzy swoich trzech synów, rozpoczął się okres rozkładu i upadku. Bratankowie i siostrzeniec króla po jego śmierci uznali się za równych swoim kuzynom i zażądali części królestwa dla siebie. Za ich przykładem poszli dalsi krewni i co potężniejsi magnaci. Próba ukrócenia tych pretensji skończyła się krwawą wojną domową, po której wyłoniło się ostatecznie kilkadziesiąt księstewek. Potomkowie królewscy wyginęli w bitwach i zamachach lub też słuch o nich zaginął. Brak władzy centralnej sprawił, że odżyły wszelkie sąsiedzkie spory i wkrótce krajem wstrząsały kolejne wojny domowe. Przez ponad pięć wieków nie było okresu, żeby jakieś dzielnice nie toczyły ze sobą sporów a regularnie, co jakiś czas, dochodziło do konfliktu na większą skalę. Tworzyły się i zrywały sojusze. Księstwa, które jednego miesiąca tworzyły koalicję, następnego były już ze sobą w stanie wojny. W takich warunkach gospodarka kraju szybko popadła w ruinę – poza zachodnimi regionami bogatymi w rozmaite surowce, zwłaszcza żelazo. Przechodzące ciągle w różnych kierunkach wojska, paliły napotkane wioski lub, w najlepszym razie, rekwirowały całą żywność. Do tego doszły problemy z bandytami, wygłodniałymi wieśniakami i nieopłacanymi najemnikami. Od północy nasiliły się najazdy orków. Na południu przygraniczne ziemie zostały zagarnięte przez Cesarstwo Rowońskie.

Długo żadne z księstw nie zdobywało znaczącej przewagi. Jeśli któryś z książąt stawał się zbyt silny, natychmiast zawiązywał się przeciwko niemu sojusz. Bywało, że pojawiał się jakiś szaleniec, który twierdził, iż jest potomkiem królewskiego rodu. Porywał ze sobą masy, ale zazwyczaj, któryś z włodarzy zatrzymywał jego triumfalny pochód. Samozwańcy, a było ich wielu, przepadali równie gwałtownie jak się pojawiali i wkrótce ludzie o nich zapominali. Zaledwie dwóm udało się zasiąść na orgońskim tronie – w obu przypadkach skończyło się to tragicznie. Jeszcze jeden, tak długo zwlekał z Próbą Tronu, że stracił zaufanie i został ukamienowany przez rozsierdzony tłum. Tron Orgonu jest bowiem magiczny i zabija każdego, kto na nim zasiądzie, a w którego żyłach nie płynie dość królewskiej krwi. Mówi się, że kraj tak długo nie będzie zjednoczony, aż na jego tronie nie zasiądzie prawowity władca. Mówi się też, że linia królewskiego rodu już dawno wygasła. Ostatni znany potomek zginął w bitwie z księciem Utelandu – swego czasu jednym z większych i ważniejszych księstw.

Koniec końców musiała się jednak wyłonić jakaś dominująca siła. Stał się nią Torgrad – niewielkie państewko na północnym zachodzie Orgonu, rządzone przez oligarchię wojskową. Torgrardczycy nie byli rdzennymi Orgończykami, zostali podbici jeszcze za czasów dziadka Terlina Żelazne Ramię – Wormara Groźnego. Ojciec Terlina - Molgard II krwawo stłumił ich bunty, po czym dla spokoju przyznał im niewielką autonomię. Od tego czasu znani z wojennego usposobienia Torgrardczycy zaprzestali rebelii, a ich bitność była wykorzystywana w walkach z orkami na północy. W pierwszym okresie rozpadu kraju Torgrard starał się nie angażować w żadne konflikty. Wkrótce kolejni przywódcy zdali sobie sprawę, że rozbicie dzielnicowe stwarza szansę na odrodzenie ich państwa. Starali się gromadzić siły i mądrze wchodzić w sojusze, zawsze popierając księstwa o dążeniach decentralizacyjnych. Chaos wojny domowej sprawiał, że Torgrardczycy długo nie mogli się wybić. Przez pięć wieków za każdym razem, kiedy udawało im się podbić większość sąsiadów i stawali się potężniejsi, zawiązywała się przeciwko nim koalicja i zostawali wypierani z zajętych ziem – sytuacja wracała do punktu wyjścia.

Jednak w 1354 roku, czy to dzięki wejściu w korzystny sojusz z wspomnianym wcześniej Utelandem, czy też dzięki osłabnięciu najbardziej wrogich mu księstw, Torgrard opanował niemal jedną piątą królestwa. Rok później wywodzący się z junty wojskowej dowódcy, poszli za ciosem i w błyskotliwej kampanii podbili niemal połowę dawnego Orgonu. Było to możliwe m.in. dzięki zdradzieckiemu atakowi na własnego sojusznika. Ludzie zaczęli dostrzegać w nowym faworycie szansę na zjednoczenie. Mimo to droga do pełnej dominacji była jeszcze daleka. W obliczu zagrożenia, południowe księstwa zawiązały antytorgrardzką koalicję. Na jej czele stanął książę Ronald, który po zwycięskiej kampanii pragnął stworzyć urząd namiestnika (wzorując się na leżącym daleko na wschodzie Morotanie). Idea była taka, żeby zjednoczyć Orgon pod panowaniem namiestnika, który nie uzurpowałby sobie władzy królewskiej. Oczywiście w roli namiestnika Ronald widział najchętniej samego siebie. Walka Torgradu z Unią Południową – jak nazywano ten sojusz – i partyzantką księstw podbitych trwała dobrych siedem lat. Dzięki doskonałym rozwiązaniom taktycznym (bardzo często zaczerpniętym z rowońskich podręczników strategii) Torgradczycy zwyciężyli w kilku kluczowych bitwach. Ich armia potrafiła pokonać w polu nawet liczniejszego przeciwnika, dzięki czemu pewne oddziały mogły zostać na podbitych ziemiach i skutecznie walczyć z partyzantami. Unionistom, mimo kolejnych porażek, udawało się wycofać część wojsk i po przegrupowaniu kontynuować działania wojenne. Scenariusz był jednak wciąż taki sam – po wygraniu kilku potyczek i pomniejszych bitew, dochodziło do następnej klęski. Ostatecznie w 1362 r. dowódcom Unii Południowej zabrakło środków do kontynuowania walki i skapitulowali przed torgradzkimi generałami. Pozostałe pojedyncze księstewka nie miały już innego wyboru, jak pójść za przykładem Unionistów. Oznaczało to zjednoczenie Orgonu. Co ciekawe zwycięzcom spodobała się idea Ronalda – nie wybrali swojego króla, z wiadomych powodów rezygnując z pretensji do tronu. Wprowadzili dyktaturę wojskową, zastrzegając przy tym, że potrwa ona do czasu odnalezienia prawowitego potomka królewskiego. Jeśli takowy by się kiedyś pojawił, miałaby mu zostać zwrócona władza nad królestwem, w którym panuje porządek i dobrobyt.

Po zwycięskiej kampanii Torgrad bardzo energicznie przystąpił do zaprowadzania ładu. Pierwszym poważnym przedsięwzięciem była zakrojona na szeroką skalę, krwawa kampania wymierzona przeciwko licznym bandom rozbójniczym. Akcja przyniosła duży sukces – kraj w znacznym stopniu został uwolniony od plagi rozbojów. Pojmani bandyci dostawali prostą alternatywę – albo publiczna bardzo bolesna egzekucja, albo rekrutacja do oddziałów karnych. Jedną z bardziej znanych jednostek karnych były niesławne i siejące postrach Czerwone Nogi, nazwane tak od koloru butów, które nosił ich dowódca. Drugim rozporządzeniem była reforma podatkowa. Nałożono nowe wysokie opłaty. Część uzyskanych w ten sposób wpływów przeznaczano na odbudowę zniszczonych wsi i gospodarstw oraz na sprowadzenie do kraju uczonych z zagranicy. Większość pieniędzy szła jednak dla armii. Torgradzcy generałowie nawet nie próbowali ukrywać, że władzę zamierzają sprawować żelazną ręką i nie będą tolerować nieposłuszeństwa. Tam gdzie pojawiały się głosy niezadowolenia lub odmawiano płacenia podatków, posyłano Czerwone Nogi. Zazwyczaj ich najazd na jedną wioskę sprawiał, że wszystkie pozostałe w okolicy już płaciły, a głosy niezadowolenia znikały bez śladu.

Pomimo zaprowadzonego porządku wielu Orgończykom nie podobały się nowe rządy. Wysokie podatki, despotyzm, brutalność armii i rzeczonych jednostek karnych, często grabiących w majestacie prawa, nie zyskiwały przychylności wśród ludzi. Arystokracja, która mocno straciła na znaczeniu, tęsknie wzdychała do czasów decentralizacji i kiedy tylko miała okazję przypominała, że Torgradczycy nie są rdzennymi Orgończykami i nie mają prawa do władzy. Z drugiej strony ludność miała już dosyć wojen i była skłonna wiele oddać, byleby zachować spokój w kraju.

W trzynastym roku po klęsce Unii Południowej Torgrad gwałtownie stracił na poparciu. Przyczyniły się do tego poczynania nowego naczelnika sił zbrojnych (czyli de facto władcy) - Georga von Effena. Przeforsował on dekret o unarodowieniu wszystkich banków w Orgonie. W praktyce w Orgonie istniały tylko banki krasnoludzkie i oznaczało to, że Torgrad chce zarekwirować znajdujące się tam krasnoludzkie złoto. Było to wydarzenie bez precedensu. Za czasów decentralizacji żaden z książąt nie odważył się nigdy napaść na krasnoludzki bank. Każdy wiedział, że konflikt z Khananarak – państwem krasnoludów - skończyłby się niechybną zgubą dla prowodyra takiego ataku. Jeśli czyjeś wojsko szturmowało miasto, w którym znajdował się krasnoludzki bank, miejscowość mogła zostać zrównana z ziemią, ale w stronę należącego do krasnoludów gmachu nie mogła polecieć ani jedna strzała. W rewanżu krasnoludy (i ich instytucje) pozostawały neutralne wobec konfliktów wewnętrznych swojego ludzkiego sąsiada. Jeśli udzielały pomocy, to tylko w dwóch formach: oprocentowanej pożyczki lub sowicie opłacanych najemników. Formy te były traktowane jako interes, nie jako polityczne zaangażowanie. Mając kontrolę nad całym Orgonem, Torgrad poczuł się na tyle potężny, aby siłą zdobyć skarbce i nie bać się reakcji. Doszło do kilku krwawych starć, w których zginęło zarówno wielu ludzi, jak i wielu krasnoludów. Mimo poważnych strat, w ręce Torgradu wpadły ogromne sumy pieniędzy. Dodatkowo w odwecie organizowano czystki wymierzone przeciwko mieszkającym w Orgonie krasnoludzkim rodzinom (a przy okazji innym nieludziom). Wkrótce inne rasy zaczęły opuszczać królestwo. Było to spełnieniem kolejnego postulatu rządzącej kasty wojskowej – jeszcze przed podbiciem przez Wormara Groźnego znane były poglądy Torgradczyków na temat wyższości ludzkiej rasy, a zwłaszcza jej pewnej części. Krasnoludy borykały się w tym czasie z innymi problemami w podziemiach swojego państwa, dlatego nie wysłały do Orgonu armii, a jedynie pojedyncze oddziały. Odtąd jednak każdy krasnolud stał się zagorzałym wrogiem, nie tyle każdego Orgończyka, co Torgradczyka.

Wielu przepowiadało, że Torgradczycy mają wojnę we krwi i że nie poprzestaną na walkach o zjednoczenie kraju. Wkrótce się to potwierdziło. Kolejną niepopularną decyzją von Effena było wyekspediowanie okrętami przez Morze Wewnętrzne tysiąca zbrojnych do położonego na dalekim wschodzie egzotycznego Morotanu. Wyprawa została zresztą sfinalizowana za złoto krasnoludów. Motywy podjęcia tak szalonej kampanii nigdy nie zostały do końca wyjaśnione. Jedni sądzili, że naczelnik, szukając nowych ziem do podbicia, doszedł do wniosku, że wszyscy sąsiedzi Orgonu są zbyt silni. Postanowił zatem stworzyć zamorską kolonię. Inni podejrzewali, że w grę wchodził jakiś potężny artefakt – plotka głosiła, że von Effen miał obsesję na punkcie potężnych magicznych przedmiotów. Dość, że przedsięwzięcie zakończyło się kompletnym fiaskiem a z wyprawy do kraju wróciło zaledwie kilkudziesięciu uczestników. To przyczyniło Torgradowi wielu przeciwników i podkopało pozycję tego, który zapewnia pokój i porządek.

W 1376 roku dwaj książęta - Roderyk Sedewyr i Witalij Haszczny ogłosili, że odnalazł się prawowity potomek królewski – Amon zwany Głupcem, którego to Amona przyjmują pod swoją opiekę i żądają dla niego Próby Tronu. Wobec szyderczej odpowiedzi torgradzkich generałów Roderyk i Witalij wszczęli rebelię i wezwali wszystkich Orgończyków do walki z torgradzkim uzurpatorem. Zebrali jednak znacznie skromniejsze siły niż przewidywali. Ludziom nie podobała się perspektywa kolejnej wojny, a wieść o rzekomym potomku królewskim potraktowali z nieufnością i niedowierzaniem. Jednocześnie Torgrad również nie wystawił przeciwko rebeliantom znacznych sił. Wobec spadku poparcia dla swoich rządów, generałowie nie mogli pozwolić sobie na osłabienie garnizonów w nieobjętych rebelią prowincjach. Wkrótce królestwo ogarnęła gorączka – początkowo niechętni do brania udziału w wojnie ludzie, stopniowo zaczęli dzielić się na stronników rebelii i Torgradu. Każdy z zaniepokojeniem przyglądał się sytuacji. Skala konfliktu była jak dotąd lokalna, ale wielce prawdopodobnym jest, że po czternastu latach względnego spokoju dojdzie do eskalacji i Orgon stanie w obliczu kolejnej wojny domowej.

Nie wszyscy martwią się wybuchem rebelii. Wojna to doskonała okazja do zrobienia interesu. W pobliżu pierwszych starć natychmiast pojawiły się dawno już niewidziane oddziały wojsk zaciężnych. Ostatni okres był dla najemników ciężki, teraz na pewno będą chcieli się odkuć. Mówi się o nich, że są zwiastunami powrotu do starych czasów decentralizacji i wojen domowych. Wieśniacy na ich widok często spluwają i mamroczą pod nosem przekleństwa. Nie zmienia to faktu, że za każdym zaciężnym hufcem podąża cały orszak składający się z żądnych zysku kupców, wszelkiego rodzaju oszustów i oprychów, prostytutek, żebraków, awanturników i posługaczy.


Rozdział I

– Jak trzymasz pikę łajzo!! – wydarł się sierżant, wytrącając zaostrzoną tyczkę z rąk Jovy. – Podnieś to patałachu!! Zresztą, zostaw!! Zrobisz sobie najpierw dwadzieścia pompek!! No już!! Na ziemię i pompujemy!! Do kogo ja mówię?! Do ciebie, łajzo!!

– Tak jest, panie sierżancie!

– Raz, dwa, trzy, cztery…

Sierżant odliczał kolejno aż doszedł do dziewiętnastu.

– Dziewiętnaście, dziewiętnaście, dziewiętnaście, dwadzieścia. Bardzo dobrze!! A teraz złap porządnie pikę i przekłuj wroga!! O tak, bardzo ładnie!! Nie można tak było od razu, łajzo?!! – wreszcie odwrócił się do kogoś innego. – Jak ty stoisz, kurwa?!! Zegnij kolana!! Nie tak, łajzo!! Luźno ma być!! Tak lepiej!! Kłuj wroga!! To ma być ukłucie?! To ma być ukłucie?! Mocniej kocie!! On ma pancerz, musisz go przebić!! Inaczej jesteś trupem!! Rozumiesz łajzo?! Trupem!! T! R! U! P! E! M!

Dźgając długim na trzy metry, zupełnie nieporęcznym kijem w worek z piaskiem, Jova zastanawiał się, co on właściwie tutaj robi i jak do cholery wpakował się w to bagno. Obiecywali przygodę, wikt i opierunek, a przede wszystkim duże pieniądze. Pieniędzy nie widział wcale, żarcie było podłe, a spali pod gołym niebem przy ogniskach. Zamiast przygód od dziesięciu dni przy byle okazji wyzywano go i obrażano, czasem bito i przede wszystkim zmuszano do wykonywania jakichś idiotycznych ćwiczeń. Pobudka codziennie o szóstej rano. Śniadanie, doprowadzenie siebie do porządku, wyczyszczenie broni. Potem przegląd – stara gwardia, jak nazywali dowództwo – za każdym razem musiała się do czegoś przyczepić. Wtedy kazali pompować. Następnie, maszerowanie w tę i z powrotem przez dwie-trzy godziny z obciążonym kamieniami workiem na plecach. Sam worek to jeszcze pół biedy. Najgorsza była ta idiotyczna niewygodna tyczka, którą stara gwardia uparcie nazywała piką. Dalej godzina musztry z zaostrzoną tyczką, dwie godziny formowania różnych durnych szyków, zastawiając się zaostrzoną tyczką przed atakiem wyimaginowanej kawalerii, wreszcie godzina wbijania zaostrzonej tyczki w worek z piaskiem i przerwa na obiad. Po obiedzie był zazwyczaj czas wolny chyba, że sierżantom się coś nie spodobało i kazali ćwiczyć dalej aż do wieczora. Zdarzyło się to jak dotąd dwa razy. W czasie wolnym i tak nie było nic do roboty, żeby oddalić się od obozu na przykład do wioski, trzeba było prosić o pozwolenie. Zresztą człowiek był już po obiedzie tak zmęczony, że odechciewało mu się wszystkiego i nie miał siły nigdzie iść. Zwłaszcza do oddalonej o trzy kilometry wioski. Znacznie bliżej był obóz ciurów, ale ceny były tam tak wywindowane, że nie było sensu czegokolwiek kupować. Na śniadanie, obiad i kolacje było zawsze to samo – papkowaty gulasz z nieokreślonego rodzaju mięsa z dużą ilością cebuli, czasem zaplątał się też kawałek marchewki, do tego suchary. Raz w niedzielę dodali jabłko na deser i niewielki antałek wódki. I tak to wyglądało, dzień w dzień to samo.

„Jeżeli po dwunastu dniach mam już dosyć, to co będzie po miesiącu albo dwóch – rozmyślał Jova, dźgając po raz pięćdziesiąty worek z piaskiem. – Wykończą mnie. Kiedy mogę zrezygnować? Po pierwszym zleceniu. Tylko, że do cholery, nie wiadomo, kiedy jakieś zlecenie dostaniemy! Nie wytrzymam, zdezerteruję! Albo mi się uda, albo mnie złapią i publicznie zatłuką. Żeby dać przykład reszcie. „Za dezercję pięćdziesiąt batów wymierzonych publicznie” – przypomniał sobie słowa jednego z kaprali, pięćdziesiąt batów oznaczało praktycznie śmierć dla skazanego. – To jest jakiś absurd! Jak ja tu w ogóle trafiłem?! Czemu byłem taki głupi?!” I Jova zaczął sobie przypominać.

* * *

Do granicy z Orgonem dotarł w dwa dni bez większych kłopotów. Udało mu się dołączyć do karawany kupieckiej. Podobno w jednym z okolicznych miasteczek doszło do buntu gladiatorów, kilkudziesięciu z nich zdołało zbiec. W obawie przed napaścią kupcy przyjmowali więc każdego, kto nosił broń i nawet zapewniali mu ze swojej strony wyżywienie. Nigdzie natomiast Jova nie usłyszał o jedenastu rozwścieczonych kradzieżą mapy zbirach, co było dobrym znakiem. Problem pojawił się przy samym przejściu granicznym. Legioniści przepuścili dokładnie tylu ludzi, ilu widniało na oficjalnej liście uczestników karawany. O żadnych dodatkowych osobach nie było mowy. Jova oczywiście na liście nie był. Łapówka kosztowała go większość oszczędności, które udało mu się uzbierać na podróż. Zapłacił jednak – wiedział, że odwrotu już nie było. Zmęczony zatrzymał się w pierwszej gospodzie po orgońskiej stronie. Ceny były tutaj niższe niż w cesarstwie, ale też człowiek nie mógł czuć się bezpiecznie. Kilku podejrzanie wyglądających osobników zaczęło mu się przyglądać spode łba. Naraz Rowończyk dostrzegł, że jeden z gości gestem przywołuje go do siebie. Był to chyba któryś z uczestników kupieckiej karawany. Jova podszedł z wahaniem.

– Zapraszam – uśmiechnął się mężczyzna, mówił po rowońsku, ale z dziwnym akcentem. – Szliśmy razem w karawanie.

– Tak, tak już sobie przypominam - odparł Jova i przysiadł się.

– Czifewar – tajemniczy człowiek podał młodzieńcowi rękę.

– A tak… Ja mam na imię Jova – oddał uścisk w taki sposób, żeby uwidocznić swój sygnet.

– Miło mi.

Musiał być z dziesięć lat starszy od Jovy, który swoją drogą niedawno skończył osiemnastkę. Mężczyzna jednak w swoim zachowaniu nie wykazywał wynikającej z różnicy wieku wyższości. Wręcz przeciwnie, starał się nawiązać nić porozumienia, jak równy z równym. Przy czym odnosiło się wrażenie, że robił to absolutnie szczerze. „Albo rzeczywiście jest szczery, albo to cholernie dobry aktor…” pomyślał Jova. Z początku wydawało mu się, że jego rozmówca pochodzi z którejś z południowych prowincji cesarstwa. Był dosyć wysoki, miał odrobinę śniadą skórę i czarne włosy oraz wyraźnie zarysowane kości policzkowe. Jednak akcent w jego mowie, wskazywał raczej, że jest cudzoziemcem.

– Skąd jesteś, jeśli wolno spytać?

– Hmm… z Morotanu.

Jova gwizdnął cicho. Morotan leżał po drugiej stronie Cesarstwa Rowońskiego, które było bardzo, bardzo rozległe.

– Co zatem robisz tak daleko od domu?

– Uznasz mnie za szalonego, chcę przejść na około Morze Wewnętrzne.

– Co?

– Chcę przejść dookoła Morze Wewnętrzne – powtórzył.

– Ale po co?

– Żeby poznać świat, odwiedzić dalekie kraje, o których dotąd tylko słyszałem. To takie moje marzenie jeszcze z dzieciństwa.

Jova zdał sobie sprawę, że ma przed sobą prawdziwego awanturnika z krwi i kości. Awanturnika i marzyciela w dodatku. „Awanturnika, marzyciela i idiotę, który niepotrzebnie naraża swoje życie.” Rowończyk zamówił sobie posiłek. Przez chwilę obaj milczeli. Wreszcie Morotańczyk zapytał.

– A ty, co robisz w Orgonie?

– Mam pewne interesy do załatwienia. Niestety dalej na północ.

– Idziesz na północ? Ja zmierzam do Gorhonu, więc pewnie wypadnie nam kawałek po drodze. Jeśli nie masz nic przeciwko, chętnie bym ci potowarzyszył, z tego co słyszałem w tym kraju lepiej nie wędrować w pojedynkę.

Dopiero teraz Jova zdał sobie sprawę, że Morotańczyk po rowońsku mówił świetnie. Obcy akcent był wyraźnie słyszalny, ale poza tym żadnego zająknięcia.

– Czemu nie. Chociaż teraz w Orgonie jest już spokojnie, spokojniej niż kiedyś. Nawet z bandytami już się w większości uporali.

– Ja słyszałem co innego. Podobno wojna domowa wisi w powietrzu. Tutejsi książęta wystąpili przeciwko radzie generałów. Możliwe, że wybuchnie rebelia.

Jovę zdziwiło, że podróżnik z dalekich stron jest tak dobrze poinformowany. Lepiej od niego.

– Skąd to wszystko wiesz?

– Jeszcze przed przekroczeniem granicy rozpytywałem ludzi o wieści. Lubię dużo wiedzieć o miejscu, do którego się wybieram. Tutejszy karczmarz potwierdził to, co usłyszałem jeszcze przed przekroczeniem granicy.

– No pięknie, widzę, że się nieźle wpakowałem.

Jova dostrzegł niepokojącą rzecz. Wszyscy z gości, którzy mu się przyglądali, po tym jak dostrzegli, że się do kogoś przysiada, zajęli się swoimi sprawami. Wszyscy, poza jednym. Jegomość miał nasunięty na głowę kaptur, prawdopodobnie pragnął nie rzucać się w oczy, efekt był jednak zupełnie odwrotny. „Amator” żachnął się w myślach Rowończyk, ale jednocześnie stracił dobry nastrój. Wyglądało na to, że starzy znajomi Jovy już wpadli na trop. „Nie daj nic po sobie poznać, nie daj nic po sobie poznać. Skoro ci się przygląda, to nie jest pewien. Jeśli nie jest pewien, to nie jest to żaden z nich, co najwyżej może znać mój opis. Siedź spokojnie.”

– Wszystko w porządku? – Czifewar dostrzegł zdenerwowanie swojego nowego kompana.

– Tak, tak – odparł zamyślony. – Zastanawiam się tylko…

Nie wytrzymał i spojrzał prosto na zakapturzonego. Chciał wiedzieć i mieć to za sobą. Wóz albo przewóz. Tamten zdawał się przez chwilę speszony i zaskoczony bezpośrednim spojrzeniem. Odwrócił głowę w inną stronę, siedział chwilę, wreszcie zerwał się i wybiegł z gospody. Jova pomyślał, żeby wybiec za nim, ale się wstrzymał. Raz, że był za bardzo roztrzęsiony, dwa, że nawet gdyby dopadł mężczyznę, co właściwie mógłby zrobić? „Obezwładnić go? Przekonać, żeby nie informował tych, którzy go najęli? Zabić…? Prawdopodobnie zapłacili kilku obwiesiom, żeby szukali po karczmach i zajazdach młodego mężczyzny z Rowonsu. Do zmroku i tak już blisko, więc uciec dzisiaj, nie ucieknę. Ale i oni poruszają się na nie swoim terenie. Gdziekolwiek są, nie zaryzykują nocnego marszu, poczekają do rana… A może ich nie doceniam? Zapewne są na mnie nieźle wściekli i chcą dopaść za wszelką cenę. Psia mać…”

– Ten co wybiegł z gospody, to jakiś twój znajomy? – Czifewar pytaniem przerwał tok myśli Jovy.

– Nie, pierwszy raz widziałem go na oczy – odpowiedział Rowończyk zgodnie z prawdą.

Na śniadej twarzy człowieka ze wschodu odmalowała się mieszanina zdziwienia i nieufności. Najwyraźniej jednak nie chciał na siłę kontynuować tematu. Wieczorem Morotańczyk poszedł spać do wspólnej izby, Jova wynajął pokój na poddaszu. Z bólem serca spostrzegł, że wystarczy mu tylko na jeszcze jeden nocleg w tak luksusowych warunkach. Nienawidził spać stłoczony z pospólstwem i wdychać odoru spoconych ciał. Prawdopodobnie jednak wkrótce będzie musiał do tego przywyknąć. Pieniądze kończyły się w zastraszającym tempie, a to przecież dopiero początek długiej wędrówki. Na przejście całego Orgonu będzie potrzebował około miesiąca, a to i tak tylko wtedy, jeśli nie zastanie go wojna lub nie będzie musiał kluczyć, żeby zgubić, tropiących go prześladowców. Na szczęście na zdobycie Żywej Krwi miał jedenaście miesięcy, może nawet nieco więcej. Wzdrygnął się, kiedy o tym pomyślał. Pokój był mały, ale całkiem przytulny. Jego nowy gość sprawdził, czy w razie nagłej potrzeby, będzie można wyskoczyć przez okno. Było trochę wysoko, ale ktoś ścigany przez bandę morderców byłby w stanie spaść na ziemię i przy odrobinie szczęścia nie skręcić sobie kostki. Następnie zaryglował drzwi, przystawił do nich stolik - jedyny większy mebel - i sprawdził, czy na pewno je zaryglował. Potem sprawdził jeszcze raz i wreszcie ułożył się do snu. Zasnąć jednak i tak nie mógł. Długo przewracał się z boku na bok i nasłuchiwał, bo wydawało mu się, że na korytarzu słyszy kroki. Swoje noże w razie czego położył na wyciągnięcie ręki. Po godzinie nie wytrzymał i wstał. Pochodził trochę to w jedną to w drugą stronę. Wreszcie zdecydował, że będzie spać na podłodze. Na łóżku poduszkę i pierzynę ułożył tak, aby wyglądało, że ktoś tam śpi. To powinno dać mu cenną chwilę w razie napaści. Uspokoiło go to na tyle, żeby zapaść w płytką przerywaną drzemkę. Obudził się na długo przed ranem. Pospiesznie spakował swoje rzeczy i opuścił karczmę. Droga na północ wiła się pośród lasów i dziko porośniętych łąk. Co krok znajdowało się idealne miejsce na zasadzkę. Kiedy się rozwidniło, Jova doszedł do wniosku, że korzystanie z drogi jest zbyt ryzykowne i dalszą wędrówkę kontynuował, przedzierając się przez wysokie zarośla równolegle do traktu w oddaleniu od niego o jakieś pięćdziesiąt metrów. To go spowolniło i bardzo szybko zmęczyło. Nieprzespana noc dała o sobie znać. Ponieważ wyszło całkiem ładne słońce i zrobiło się ciepło, postanowił zdrzemnąć się na chwilę, ukryty w krzakach. Spał jakiś czas. Kiedy się obudził miało się już ku południu. Drogą szedł samotnie jakiś człowiek. Jova zmrużył oczy i doszedł do wniosku, że to Czifewar. Idąc dalej wzdłuż drogi, ruszył śladem Morotańczyka. Serce zabiło mu mocniej, miał bowiem pewne niejasne przeczucie. Mniej więcej po kwadransie na drodze pojawiło się trzech mężczyzn. Kiedy zatrzymali Czifewara, Jova już wiedział, że jego przeczucie się sprawdziło. Rowończyk przykucnął i zaczął się podkradać bliżej.

– Dzień dobry wędrowcze! – pozdrowił Morotańczyka po rowońsku nie kto inny tylko Dores, południowiec, członek szajki, do której jeszcze niedawno należał Jova.

Większość z bandy kradła, zastraszała i brała udział w bójkach, ale niewielu z nich było mordercami. Dores był. „Co z tego, że z zaskoczenia i od tyłu. Właściwie to nawet dla mnie gorzej. Hmm… ten po lewej Doresa, to chyba ten sam, co wybiegł wczoraj z karczmy, tego po prawej nie kojarzę zupełnie. Tak łatwo zrekrutowali nowych łotrów?”

– Dzień dobry! – co dziwne, Czifewar odpowiedział zupełnie spokojnie, wyprostowany i bez cienia strachu w głosie, mimo że od razu było widać, że tamci nie mają raczej pokojowych zamiarów. – Czy mogę wam w czymś pomóc?

– W zasadzie to tak.

Dores był kawałem niezłego drania, mówił miłym tonem i właściwie gdyby był sam, można by dojść do wniosku, że rzeczywiście nie ma żadnych złych intencji. To jego kompani psuli mu całe wrażenie. Od razu było widać, że to typy spod ciemnej gwiazdy.

– Ja i moi koledzy szukamy pewnego człowieka – kontynuował z ujmującym uśmiechem południowiec. – Złodzieja i oszusta…

– Wszystko pięknie, ale co mi do tego? – przerwał Czifewar.

Na jedną chwilę Dores się wściekł, ale zaraz przybrał poprzednią manierę.

– Podobno widziano go wczoraj w twoim towarzystwie. Rozmawialiście. Chcielibyśmy się tylko spytać, czy nie miałbyś może pomysłu, gdzie ten człowiek mógłby się teraz znajdować.

Jeden z towarzyszy mówiącego zrobił jakby od niechcenia kilka kroków w bok, żeby zejść z pola widzenia swojej przyszłej ofiary.

– Na pewno pamiętasz. W gospodzie. Młody Rowończyk, właściwie jeszcze gówniarz. Opalony i co ważne, strasznie pyskaty. Ukradł nam coś i chcielibyśmy to odzyskać. Oczywiście do ciebie nic nie mamy, skąd mogłeś wiedzieć? Na różną hałastrę można natknąć się po karczmach. Ale wiedz, że człowiek, którego szukamy to złodziej, oszust i stręczyciel.

„No z tym ostatnim to nieznacznie przesadził.” Pomyślał w tym momencie Jova.

– Właściwie to masz szczęście, że i ciebie nie oszukał, zazwyczaj nie oszczędza nikogo. Sprawdziłeś czy na pewno nic ci nie brakuje?

– Niech no spojrzę… – Morotańczyk pomacał się po kieszeniach i nagle wyciągnął krótki miecz, który nosił przy pasie. – Grunt, że broń jest na miejscu, prawda?

Trzech drabów znieruchomiało. Dores zupełnie przestał się uśmiechać.

– Przypominam sobie człowieka, o którym mówisz. Rzeczywiście z nim rozmawiałem, ale kiedy rano wychodziłem z gospody już go tam nie było. Nie mam pojęcia, gdzie może być. Proponowałem mu wspólną podróż, ale jak widać nie skorzystał z mojej propozycji.

– Musieliście się jednak trochę znać, skoro złożyłeś mu taką propozycję – zbir uważnie obserwował Morotańczyka i swojego kolegę, który powoli zachodził go od tyłu.

– Z widzenia. Przyznam, że nieco niecierpliwi mnie ta rozmowa. Powiedziałem, że niestety nie wiem, gdzie jest człowiek, którego szukacie. Wolałbym też, żeby żaden z was nie stawał za moimi plecami, mógłbym wtedy dojść do błędnego wniosku, że chcecie mnie napaść i jeszcze zrobiłbym wam jaką krzywdę.

Mężczyzna, który już prawie zaszedł samotnego podróżnika od pleców, zrobił krok do tyłu i zerknął pytająco na swoich kompanów. Na twarzy Doresa znów pojawił się uśmiech, ale tym razem zupełnie już niemiły, raczej paskudny. Zaraz zresztą ustąpił miejsca agresywnemu grymasowi.

– Jesteś bardzo pewny siebie, biorąc pod uwagę, że jesteś sam, a nas jest trzech. Brać go! Tylko żywcem, musimy go przepytać!

Czifewar szybko przeszedł w bok, tak, aby widzieć wszystkich trzech napastników. Ten z tyłu się zawahał i stracił okazję ataku z zaskoczenia. Drugi z drabów dopiero odczepiał przytroczoną do pasa pałkę. Tylko Dores już miał w ręce sztylet. Morotańczyk z łatwością zastawił się, prostując rękę i kierując ostrze swojej broni w stronę piersi napastnika.

– Ze sztyletem na miecz? – rzucił tylko.

Rozzłoszczony Dores nie miał innego wyjścia, jak tylko się cofnąć.

– To ostatnia szansa, żeby uniknąć rozlewu…

„Co za idiota, mógł dźgać, kiedy miał okazję…” Jova podkradł się już całkiem blisko.

Czifewar nie dokończył. Ten, który wcześniej próbował go zajść, zaatakował nożem. Tym razem broniący nie wahał się ani chwili. Uskoczył przed wymachem tamtego i kontratakował. Ciął w szyję. Trafiony cofnął się i złapał za ranę. Kiedy spojrzał na rękę, zbladł. Krew ściekała obficie. Jasnym było, że bez szybkiej pomocy zaraz się wykrwawi. Dores i drugi mężczyzna spojrzeli po sobie.

– Ostrzegałem – wyszeptał Morotańczyk.

– Bierzemy go z dwóch stron! – warknął Dores do drugiego ze swoich towarzyszy.

Zbir z pałką posłusznie zaczął zachodzić z prawej. Dores postąpił nieco na lewo. Broniący się spoglądał to na jednego, to na drugiego. Nie czuł się już tak pewnie, ale był skoncentrowany. Wtedy z krzaków wyskoczył Jova i z dzikim okrzykiem ruszył na tego po prawej. Niestety pech chciał, że się potknął w połowie drogi. Stracił równowagę, zrobił jeszcze krok do przodu i runął na ziemię. Wyciągając jednak rękę, zdołał ugodzić nożem zupełnie zaskoczonego przeciwnika w udo. Ranny wrzasnął, wypuszczając z rąk pałkę. Usiadł na środku drogi i próbował wyciągnąć sobie ostrze, nie miał jednak dość samozaparcia, żeby to uczynić. Dores wykorzystał moment, że Czifewar spojrzał w drugą stronę, aby zobaczyć, co się dzieje. Przeszedł tuż obok miecza i wymierzył cięcie w szyję. W ostatniej chwili Morotańczyk zasłonił się ramieniem i ostrze sztyletu przejechało po barku i plecach. Kurtka z utwardzanej skóry nieco osłabiła siłę cięcia. Bandyta zorientował się, że został sam jeden przeciwko dwóm – Jova już podnosił się z ziemi. Odepchnął więc z całej siły, tego przy którym stał bliżej i rzucił się do ucieczki na przełaj przez krzaki. Młody Rowończyk chciał go gonić, ale po chwili zrezygnował. Odpowiednio zmotywowany Dores biegał naprawdę szybko.

– Dzięki… – powiedział niewyraźnie ranny Morotańczyk.

– Wszystko w porządku?

– Nie wiem, nie widzę swoich pleców, ale chyba mogło być gorzej.

Rana była dosyć głęboka, ale wydawało się, że nic poważniejszego się nie stało. Jova zdarł koszulę i jak umiał najlepiej opatrzył towarzysza.

– A teraz może mi wyjaśnisz, o co tutaj chodzi? – spytał Czifewar, kiedy opatrunek był już gotowy.

Przez dobry moment trwała cisza, Jova zastanawiał się, co może powiedzieć.

– Wiesz, ci ludzie pytali o ciebie, to dosyć dziwne, że akurat nagle wyskoczyłeś z krzaków. Nie dopytywałbym się, ale tak się składa, że z twojego powodu zaatakowali również na mnie.

„Ten człowiek, to idealista – rozumował Jova – jeśli chcę mieć go po swojej stronie, nie mogę skłamać, wyczuje to.”

– Rzeczywiście okradłem ich, ale to, co ukradłem oni ukradli już wcześniej. Widzisz należałem do ich szajki. Przyznaję, że nie jestem kryształowym człowiekiem, ale to, do jakich rzeczy zaczęli się posuwać, spowodowało, że musiałem odejść. Nie spodziewałem się, że aż tak ich to rozzłości.

Wędrowiec ze wschodu uważnie przyjrzał się młodzieńcowi. Długo, długo się w niego wpatrywał, aż przeszły go ciarki. „Czego on ode mnie chce? Przecież mu pomogłem…”

– W porządku – odezwał się w końcu. – Ja też zrobiłem w swojej przeszłości kilka rzeczy, z których nie jestem dumny. Nie moją rzeczą cię oceniać. Nie wiem jednak czy powinienem razem z tobą podróżować.

– Zrobisz jak uważasz. Na razie chyba i tak wypada nam po drodze.

– Chyba masz rację, poza tym… znasz Orgoński?

– Tak.

– Ja nie, a to chyba przesądza sprawę. Wygląda na to, że jednak pójdziemy razem.

– W porządku.

„Kto przybywa do obcego kraju, nie znając języka mieszkających tam ludzi? No przynajmniej zna rowoński, chociaż tyle.”

– Co z nim zrobimy? – Jova pokazał na jegomościa z nożem w nodze.

– Opatrzymy, wypytamy i… puścimy wolno.

„No tak… jakżeby inaczej” – rowończyk uśmiechnął się krzywo. Ranny nie powiedział im wiele. To był miejscowy rzezimieszek. Swój swego rozpozna. Dores i jeszcze kilku innych wynajęli go, żeby rozejrzał się i popytał po karczmach. Kiedy powiedział, że widział w jednym z zajazdów opisywanego człowieka, obiecali mu dodatkowe pieniądze i udział w łupach. Zapłacili, więc o nic nie pytał. Ten zabity przez Czifewara też był Orgończykiem, czyli Syriusz i spółka musieli nająć ich więcej, co dla Jovy nie wróżyło zbyt dobrze.

– Dawno tego nie robiłem – wypowiedział cicho Morotańczyk nad ciałem bandyty.

– To znaczy czego?

– Dawno nikogo nie zabiłem.

Pobieżnie opatrzonego Orgończyka zostawili przy drodze. Ktoś pewnie prędzej czy później pomoże mu dojść do najbliższej wioski. Jova nie omieszkał go jeszcze przeszukać, ale oprócz pałki nie znalazł zbyt wiele. Z powodu braku łopaty pochowanie zabitego również pozostawili bliżej nieokreślonym przechodniom.

– Niech Inni zlitują się nad jego duszą – wyszeptał Morotańczyk.

* * *

Młody rekrut dalej uparcie dźgał worek z piaskiem. Burczało mu w brzuchu, ale wiedział, że do obiadu nie było już daleko. „Dobrze, ale jak to się stało, że trafiłem tutaj…”

* * *

Pierwszą miejscowością, do której trafili, był Ochock - mała śmierdząca mieścina lub większa wioska, jeśli ktoś woli. Zarówno Czifewar, jak i Jova nie mieli już prawie wcale pieniędzy. Ostatnie miedziaki, które pałętały się im na dnach sakiewek wydali na ciepły posiłek. Miejscowi byli strasznie czymś podnieceni. Jedni chodzili rozradowani i nieobecni, jakby chcieli być gdzieś indziej i robić coś innego. Drudzy dla odmiany byli czymś zaniepokojeni i wyraźnie sfrustrowani. Jedni na drugich patrzyli ze skrywaną lub nie nienawiścią. Dwaj wędrowcy byli nawet świadkami kilku bójek. Pogłoski mówiły, że do dwóch zbuntowanych przeciwko naczelnikowi książąt dołączył nieoczekiwanie trzeci, co diametralnie zmieniało rozkład sił. W pewnym momencie Morotańczyk zwrócił uwagę swojemu kompanowi na dwa przybite obok siebie plakaty. Jeden przedstawiał muskularnego mężczyznę, trzymającego pikę i dumnie patrzącego gdzieś w dal. Na drugim widniała waga z mieczem na jednej i stosem monet na drugiej szali.

– Co jest napisane na tych obwieszczeniach?

– Nie wiem. Umiem mówić po orgońsku, ale nie czytać.

– To mi wygląda na ofertę pracy.

– Może. Nie jestem pewien, ale jest tu podobizna szyldu karczmy „pod Kogutem”, mijaliśmy taką karczmę. Może tam dowiemy się więcej?

Rozumowanie okazało się słuszne. Przed gospodą stał właśnie wynajęty herold i krzyczał:

– …każdego zdrowego mężczyznę od lat piętnastu do trzydziestu pięciu! Rekrutom zapewniamy wysoki żołd i udział w łupach! Do tego dostaniesz wyżywienie i zakwaterowanie! Każdy zostanie wyekwipowany i przeszkolony pod okiem najlepszych profesjonalistów! Zdobądź nowe umiejętności bojowe! Zasmakuj pełnego przygód życia żołnierza zaciężnego! Trzymamy się z dala od polityki! Służymy tylko temu, kto dobrze zapłaci! Na co jeszcze czekasz?! Dołącz do nas! Zrobimy z ciebie prawdziwego mężczyznę!

Tutaj herold nabrał powietrza w płuca i kontynuował.

– Szukasz dobrze płatnego zajęcia?! Oto twoja szansa! Zostań najemnikiem! Nie umiesz walczyć?! Nic nie szkodzi, przyjmujemy każdego zdrowego mężczyznę od lat piętnastu do trzydziestu pięciu…

Jova w kilku słowach przetłumaczył Czifewarowi sens przemówienia.

– Co myślisz? – spytał Morotańczyk.

„Bez pieniędzy Orgonu nie przejdę. Żywej Krwi na pewno też za darmo nie dostanę. Może to nie byłby taki głupi pomysł? Poza tym Syriuszowi trudno byłoby mnie dorwać wśród moich kompanów najemników… Chociaż…”

– Nie, to nie dla mnie. Pieniądze by się przydały, ale znajdę chyba inne zajęcie. Nie widzę siebie jako najemnika.

– Rozumiem. To może chociaż wejdziesz ze mną? Będziesz mi tłumaczył, co tam powiedzą. Też nie sądzę, żebym się tego podjął, ale chcę chociaż zobaczyć jakie są warunki.

– Niech będzie.

Nazajutrz kwadrans po szóstej rano rekrut Czifewar i rekrut Jova oraz stu czterdziestu siedmiu innych rekrutów słuchało przemówienia niejakiego starszego sierżanta Czerwonego Diabła - prawej ręki dowódcy oddziału najemników, kapitana Brosto.

– Słuchać kurwa łajzy, bo dwa razy powtarzał nie będę! Podpisaliście kurwa kontrakt na wykonanie jednego pierdolonego zlecenia! Dopóki więc zlecenie nie nadejdzie i nie zostanie kurwa wykonane, będziecie kurwa słuchać naszych rozkazów! Jeśli rozkażemy wam w środku nocy zapierdalać pięć kilometrów na bosaka po żwirze, to będziecie zapierdalać pięć kilometrów na bosaka po kurwa żwirze! Jeśli rozkażemy wam stanąć na rzęsach, to kurwa bez słowa skargi stajecie na rzęsach! Jeśli kurwa rozkażemy połowie z was zdjąć kurwa portki i wypiąć dupy, a drugiej połowie z was rozkażemy ruchać pierwszą połowę, to kurwa wskazana połowa z was zdejmie kurwa portki i wypnie dupy, a druga połowa z was zacznie kurwa ruchać pierwszą połowę! Jeśli komuś się kurwa nie podoba, to niech lepiej spierdala od razu! Tylko pamiętajcie kurwa, że podpisaliście, że jeśli ktoś spierdoli, to płaci dziesięć sztuk złota odszkodowania! Jeśli ktoś z was jebane koty nie będzie chciał kurwa wykonać któregoś rozkazu, to…

Starszy sierżant przerwał i zmrużył oczy. Podszedł do pierwszego szeregu rekrutów.

– Kurwa, ty! – ryknął na jednego. – Wyglądasz mi na takiego, co kurwa nie słucha rozkazów! Nie będziesz słuchał rozkazów?!

Zdenerwowany mężczyzna pokiwał głową, że nie. Zaraz zgiął się wpół po mocnym ciosie w żołądek.

– Ty, kurwa! – sierżant przeszedł do innego. – Będziesz słuchał rozkazów?!

– Będę!

Cios w żołądek.

– A ty?! Kurwa, wyglądasz mi na kolejną jebaną ciotę, która nie słucha rozkazów?! Będziesz słuchał kurwa rozkazów?!

Na twarzy zdezorientowanego, może szesnastoletniego chłopaka pojawiła się panika. Zupełnie nie wiedział, co powiedzieć. Cios w żołądek.

– Ja pierdolę! Kurwa! Z kim ja pracuję?! Na zadane przeze mnie pytanie, macie kurwa odpowiedzieć „Tak jest panie sierżancie!” Czy to kurwa aż takie trudne?! Nie słyszę, kurwa!!

– Tak jest, panie sierżancie! – odpowiedziało sto kilkadziesiąt głosów.

Jova ze strachem zauważył, że sierżant podchodzi do niego.

– Kolejna pierdolona łajza, co mi wygląda kurwa na taką, co nie słucha rozkazów! Będziesz słuchać rozkazów?!

– Tak jest, panie sierżancie!! – krzyknął, ile tchu w płucach przestraszony Rowończyk.

– Zajebista kurwa odpowiedź! W życiu kurwa lepszej nie słyszałem! Ten rekrut ma szansę na osiągnięcie czegoś w swoim nędznym zasranym życiu! Posłuchajcie gówna! Ten tutaj – wskazał na stojącego nieopodal i przypatrującego się przemówieniu młodego mężczyznę o przyjemnej twarzy i nienagannie czystym napierśniku – to jest wasz kapitan. Modlicie się do Innych, ale słuchacie kurwa jego! Po panie kapitanie jestem ja! Po mnie są pozostali sierżanci! Po sierżantach są kaprale! Po kapralach są żołnierze! Po żołnierzach są kurwa szczury! Po szczurach są ich odchody! Po odchodach szczurów jest kurwa zajebista przepaść i jesteście kurwa wy – rekruci! Rzygać mi się chce jak na was kurwa patrzę! Jesteście najgorszym, co kurwa mogło mnie spotkać! Ale dam wam kurwa ostatnią szansę! Bo widzę, że kilku z was… może… może… może za jakiś kurwa czas ma szansę zostać namiastką najemnika z prawdziwego kurwa zdarzenia! A teraz kurwa spierdalać mi z oczu, bo już nie mogę na was dłużej patrzeć!

Ledwo starszy sierżant skończył, do rekrutów podeszli kaprale. Zaczęli dzielić cały oddział na piątki i łajać wszystkich od początku, chociaż trzeba przyznać, że jednak o stopień niżej niż Czerwony Diabeł – on był klasą samą w sobie. Sam kapitan natomiast zdawał się w ogóle nie przejmować rekrutami i od czasu przemówienia był widywany przez nich niezwykle rzadko. Rozpoczęły się ćwiczenia.

* * *

„Tak, to było dwanaście dni temu… Że też musiałem wpisać się na tę idiotyczną listę…” Jova przypomniał sobie długi pergamin z kolumną liczb od jeden do stu pięćdziesięciu. Wpisał się na sto trzydzieste czwarte miejsce tuż po ładnie wykaligrafowanym podpisie „Erl”; Czifewar wpisał się na sto trzydzieste piąte. Najśmieszniejsze było to, że przynajmniej połowa podpisów wyglądała tak samo – trzy krzyżyki. „Większość z tych debili, chociaż może nie powinienem na moim miejscu mówić tak o towarzyszach niedoli, nie umie czytać i pisać. Pewnie połowa z tych, co się podpisali, też nie umie czytać i pisać, nauczono ich tylko się podpisywać. I na podstawie takiej śmiesznie absurdalnej listy, obliguje się mnie do robienia tych wszystkich durnych rzeczy. Jestem niewolnikiem…”

– Co to ma znaczyć padalcu?! – Jova zamyślił się na chwilę i oczywiście właśnie w tym momencie musiał zauważyć go jeden z kaprali. – Obijamy się?! Jazda na ziemie, szmato!!

– Tak jest, panie kapralu! – tyle młody Rowończyk zdołał się już nauczyć, że nie warto dyskutować.

W ten sposób Jova zrobił dzisiejszego dnia sześćdziesiąt cztery pompki, a według sposobu liczenia starej gwardii równo sześćdziesiąt.

* * *

Erl miał nieco więcej szczęścia. Z powodu złego trzymania długiej zaostrzonej tyczki musiał zrobić dwadzieścia dwie pompki. Później nadwerężony kij złamał się podczas kłucia worka z piaskiem. To oznaczało dla młodego rekruta kolejne dwadzieścia pięć pompek. Może dlatego tak mało, że tyczka była już wcześniej nadpęknięta i to że się złamała nie było zupełnie jego winą. Tak czy inaczej razem czterdzieści siedem pompek, a właściwie równo czterdzieści, jeśli liczyć sposobem starej gwardii. Teraz zadzwoniono, że obiad już gotowy, więc istniała spora szansa, że na czterdziestu się skończy. Chłopak odłożył na miejsce swoją tyczkę i czym prędzej pobiegł w stronę kuchni polowej. Zaraz jednak zwolnił i grzecznie ustawił się w kolejce. I tak miał szczęście, dobiegł jako jeden z pierwszych.

– Tak ci się spieszy, łajzo?! – ktoś nie był tak kulturalny jak Erl i próbował się wepchnąć, ale czujny kapral już go wypatrzył. – To sobie powędrujesz na koniec kolejki! Nie, nie. Nie na koniec tej kolejki. Na koniec kolejki jak już wszyscy przyjdą. Dostaniesz żarcie jako ostatni. Apetyt ci urośnie, to i lepiej ci będzie smakowało.

– Ale panie kapralu… – rekrut był nie tylko niekulturalny, ale jeszcze niezbyt rozgarnięty skoro przez dwanaście dni nie pojął podstawowej zasady.

– Czy ty ze mną dyskutujesz?!

– Nie, panie kapralu! – mężczyzna wreszcie zrozumiał.

– No to kurwa bardzo dobrze, bo już zaczęło mi się zdawać, że chcesz ze mną podyskutować!

– Nie, panie kapralu!

– Na ziemię! Dwadzieścia!

– Tak jest, panie kapralu!

Żołnierz posłusznie opadł na ręce i zaczął pompować.

– …Szesnaście! Siedemnaście! Osiemnaście! Dziewiętnaście! Dziewiętnaście! Dziewiętnaście! Dziewiętnaście! Dwadzieścia! Wstać i na koniec kolejki!

– Tak jest, panie kapralu!

Erl, dziękując w duchu, że to nie spotkało jego, wyciągnął rękę z miską. Obozowy kucharz nalał mu chochlę dymiącego gulaszu. Posiłek był całkiem dobry – smaczny i pożywny. Pewnie nawet nie zdążyłby się jeszcze znudzić przez dwanaście dni, gdyby nie to, że był podawany na śniadanie, obiad i kolację. Trochę monotonna dieta. „Nie narzekaj.” Skarcił siebie w duchu. „Dobrze, że w ogóle masz co jeść. Ciepły posiłek z mięsem to luksus.” Bo Erl pamiętał czasy, kiedy przez cały dzień nie miał nic do jedzenia. Jedząc już w drodze, ruszył do swojego ogniska. Wszyscy rekruci byli podzieleni na ogniska. Przy każdym siedziało po pięciu ludzi. Ognisk było łącznie trzydzieści, co dawało razem sto pięćdziesiąt. Minus jeden, bo przy ognisku cudzoziemców siedziały tylko cztery osoby. Były dwa ogniska, przy których nie siedzieli Orgończycy. Jedną piątkę stanowili Gorhończycy. W Gorhonie, kraju leżącym na północnym wschodzie, panował zawsze porządek. Tamtejsi królowie umieli zaprowadzić pokój wśród swoich poddanych. Zresztą, mając takich sąsiadów – Orgończyków, orki i vrarańskich piratów, Gorhończycy nie mieli wyjścia i musieli dobrowolnie opłacać liczną i dobrze wyszkoloną armię. Mieli za to porządek. Jak łatwo się domyślić, żaden prawy Gorhończyk nie miał specjalnie interesu, żeby przyjeżdżać do Orgonu. Ci którzy przyjeżdżali, byli najczęściej ścigani w swoim kraju listem gończym. Dla wielu był to dostateczny powód do emigracji, zwłaszcza że każdy znający się na swoim zawodzie zabijaka mógł w Orgonie łatwo znaleźć zajęcie. Przy drugim ognisku towarzystwo było bardziej urozmaicone. Siedziało tam dwóch Rowończyków, nikt ich chyba nie lubił, jeden również Gorhończyk, który najwyraźniej nie dogadał się z pozostałą piątką i jeden osobnik pochodzący podobno aż z dalekiego Morotanu. Erl nawet nie wiedział dobrze, gdzie to jest, słyszał tylko, że Morotan to kraina czarodziejów i że mieszka tam wielu nieludzi. „Co też go zagnało tak daleko od domu? I czemu wybrał akurat Orgon?” zastanawiał się młodzieniec. Dwa ogniska składały się na dziesiątkę, którą dowodził kapral. Było ich jednak więcej niż ognisk – kapralem był na przykład również główny kucharz. Nad kapralami byli sierżanci, pięciu plus starszy sierżant znany pod pseudonimem Czerwony Diabeł - prawa ręka kapitana. Kapitan – pan Brosto – dowodził wszystkimi. Łącznie do starej gwardii należało około dwudziestu pięciu, może trzydziestu osób. Po obozie krążyła plotka, że to najemnicy walczący za czasów wojny Torgradu z Unią Południową, którzy teraz odtwarzają swój dawny oddział.

Erl rozejrzał się po obozie. Po raz kolejny zdał sobie sprawę, że na jego towarzyszy składają się przybłędy, chłopi, którym nie chce się uprawiać ziemi, pozbawione domu sieroty, bojące się własnego cienia, renegaci z obcych krajów, wypędzeni z rodzinnych wsi pijacy, w najlepszym wypadku, uciekający przed szafotem rzezimieszkowie i wszelkiej maści podobnego sortu nieudacznicy. Prawdopodobnie mało który z nich, tak jak on, brał udział w bitwie i w ogóle miał pojęcie o wojennym rzemiośle. „Zbieranina z całego powiatu… Przecież, jeśli dojdzie do konfrontacji z regularnym wojskiem, to będzie jakaś katastrofa. Połowę z nas wytną już na samym początku… Druga połowa może przeżyje, o ile będzie szybko przebierać nogami, a w szeregach nieprzyjaciela nie będzie łuczników lub kawalerii…”

– A jak nie ma wolności na górze, a tym bardziej na dole – chłopak już z daleka usłyszał głos swojego kompana z ogniska, Lestera – to jest taka wolność kurna dla twardzieli. Tam byś zjechał i od razu byś wyjechał. Tak tam ciężko jest.

Opowiadał o krasnoludzkich górnikach. Było to oczywiste, bo Lester miał tę irytującą cechę, że dzień w dzień mówił o tym samym i zawsze był to bardziej monolog niż rozmowa.

– O, idzie nasza panienka – uśmiechnął się Govin, drugi z ogniskowych towarzyszy. – Siadaj, siadaj.

Zawsze dogryzał Erlowi, gdyż ten miał bardzo delikatne i nieco dziewczęce rysy twarzy, poza tym był szczupły.

– Daj młodemu spokój – wstawił się za chłopakiem Glor, kolejny z kompanów.

– Wiesz, że tak się tylko droczę – Govin wyszczerzył zęby w idiotycznym uśmiechu i poklepał Erla po policzku. – Nie Erl? Droczę się tylko.

Erl nie odpowiedział, nie lubił swojego towarzysza, ale co miał zrobić. Glor przewrócił oczami, bo Lester kontynuował swoje pełne werwy wywody.

– Krasnludzcy górnicy to są twardziele. Tych twardzieli jest nieliczni – perorował tak zapamiętale, że czasem aż nieskładnie i z błędami - i z tych nielicznych oni się liczą! Widziałeś, co zrobili kurna? Jak w zeszłym roku ruszyli na fort torgradzki. Niezadługo to by spalili wszystko. I nie byli odjęci, bo za nimi jeszcze ludzie stali. Ludzie wiedzą, że tego krasnoludzkiego górnika trzeba zawsze poprzeć! Jak on chce… Ale oni chcą, bo oni nie są samoluby, że aby tylko siebie widzą. Nie. Oni walczą za nas! Oni pokazują światu, pokazują Orgonowi, pokazują Torgradowi! Co jest tutaj! A jak będziesz zamaskowane nie pokażesz, to znaczy, że zaraz zginiesz sam! Przecież oni nas zniszczą! Już my pomału, pomału już my umieramy. Pomału, pomału my się rozbieramy, można powiedzieć niezadługo. Jest coraz gorzej…

Lester był zagorzałym wrogiem Torgradu. Problem polegał na tym, że powtarzał to każdemu po tyle razy, że zrażał do siebie nawet tych, którzy mieli podobne co on poglądy.

– Lester kurwa! – wściekł się Govin. – Przecież już to mówiłeś!

– Tak, ja wiem. Bo ja to będę powtarzał po sto i tysiąc razy. Tak, żeby każdy zrozumiał, co to jest Torgrad. Oni wiesz, oni depczą małego człowieka, człowieka pracy. A my mali ludzie sami nic nie możemy, ale jak się połączymy, to my możemy bardzo dużo. Bo wiesz jaki Torgrad jest, po trupach aby do celu. Bo wy młodzi to nie wiecie, nie pamiętacie jak było. Dlatego ja wam opowiadam, a wy sobie z tej mojej opowieści wybierzecie, co was interesuje, co się wam przyda w przyszłości.

– Dałbyś chociaż zjeść w ciszy – warknął Glor, ale bez większej nadziei w głosie.

– To wy sobie jedzcie. To nic nie przeszkadza. A jak pracowałem kiedyś, wiesz, dla jednego takiego lichwiarza bezczelnego z Torgradu, bo ja wiele podróżowałem, w wielu miejscach pracowałem. To z towarzyszami strażnice budowaliśmy i śniadania nam nawet nie dali. Kompani się denerwowali, ale żaden kurna nie chciał iść się upomnieć o swoje. Dopiero ja powiedziałem, że pójdę, to dwóch poszło ze mną, ale ja musiałem mówić. I podchodzę do niego, i mówię, że nam robotnikom śniadanie się należy. To wiesz, co on mi odpowiedział? Że jak mi niedobrze, to mogę zaraz z roboty wylecieć i do mamusi sobie iść na śniadanie. Taki bezczelny był, wiesz, tak mi powiedział. Że na śniadanie to do mamusi sobie mogę iść. Ja bym się z nim dalej kłócił, bo ja jestem stary rebeliant. Ja sobie w kaszę nie daję dmuchać, ale już widziałem, że ci dwaj moi towarzysze głowy pospuszczali, uszy po sobie kurna i idą do pracy z powrotem. No to ja też poszedłem. A jakbyśmy tak stanęli kurna razem i powiedzieli, że bez śniadania nie pracujemy, to by nam musieli dać. Tylko to trzeba solidarnie, a oni się, wiesz, bali.

Erl popełnił błąd, bo spojrzał na mówiącego. On wziął to za oznakę zainteresowania i teraz mówił bezpośrednio do młodzieńca.

– A potem słyszę, że taki jeden z drugim mówią, że im to za Torgradu jest lepiej. To jest mądry człowiek, co tak mówi? To jest mądry człowiek? To ja ci powiem, że to jest robol, a nie człowiek. Sam Erl powiedz, mądry to jest człowiek?

„Tak, dla Lestera wszystko jest proste i jednoznaczne…” pomyślał Erl, a głośno powiedział.

– Nie wiem, Lester… – ale pytającego wcale chyba nie interesowało jego zdanie, bo nie czekając, mówił dalej.

– Że on miał co do gęby włożyć i se dziurawe portki mógł kupić to mu było dobrze? A że harował dziesięć godzin dziennie, żeby pańszczyznę odrobić i dopiero potem szedł na swoje pole i tam znowu robił? To jest normalne? I tyle zarobił, aby ledwo się utrzymać i nic nie odłożył dla żony, dla dziecka? I on mi mówi, że to jest dobrze? To jest mądry człowiek?

Jedzący dotąd w milczeniu Kregel nie wytrzymał i odstawił miskę obok.

– Ja pracowałem w polu i odrabiałem pańszczyznę dla torgradzkiego osadnika – mówił wolno a z oczu aż mu szły iskry ze złości. – Chcesz powiedzieć, że nie jestem mądry? Chcesz powiedzieć, że ja jestem głupi?

– A ja nie o tobie mówiłem – Lester się zaśmiał. – Ja o takim moim znajomym, kiedyś towarzyszu, ale takiego towarzysza to ja nie chcę mieć. Co pieniądze ode mnie pożycza, a jak mówię, żeby oddał to mnie zwyzywał

– Nie odwracaj kota ogonem! – Kregel wstał. – Mówiłeś przed chwilą gnoju jeden, że kto robi pańszczyznę dla Torgradu ten nie jest mądry! Może wolałeś jak się książęta ze sobą cały czas żarli i wioski palili!

– Panowie spokojnie! – próbował zareagować Glor.

Govin tylko się śmiał. Erl przezornie się odsunął.

– Ty nie tym tonem, młodzieńcze – Lester pogroził palcem. – My możemy porozmawiać, ale jak się trochę opanujesz!

– Ja nie chcę z tobą rozmawiać ty stary capie! Nikt już ciebie nie chce słuchać! Jeszcze jedno słowo i ci nos przesunę!

– Nikt nie chce ze mną rozmawiać – starszy mężczyzna się zaśmiał i pokazał na Erla. – On chce ze mną rozmawiać i tobie nic do tego! A groźby chłopcze to możesz do kogoś innego, ale nie do mnie, bo ja się ciebie nie boję. Ja jestem stary rebeliant, ja się biłem nie raz i nie dwa. Ja robię odskok, doskok, z nogi, z głowy z łokcia i koniec! Cyrulika można wzywać!

Kregel nie wytrzymał i wyciągnął swoje wielkie jak bochenki chleba dłonie w stronę szyi adwersarza. Glor chciał go zatrzymać, ale został popchnięty i mało nie wpadł w ognisko. Govin rechotał coraz głośniej. Mężczyźni złapali się wzajemnie i zaczęli się szarpać. Lester był drobniejszej i słabszy, ale tak się skulił i wczepił w przeciwnika, że ten nie był mu w stanie zrobić większej krzywdy. Zajście trwało chwilę, aż zjawił się kapral.

– Co to jest, łajzy?! Rozpiera was energia?! Zaraz temu zaradzimy!

Walczący natychmiast przestali i stanęli na baczność. Glor chciał wytłumaczyć kapralowi co się stało, ale tego najwyraźniej to nie interesowało.

– Całe ognisko zrobi sobie czterdzieści pompek!

– Ale, panie kapralu – Erl już w trakcie mówienia zdał sobie sprawę, że popełnił błąd, ale skoro już zaczął mówić, postanowił skończyć – przecież bili się tylko oni dwaj.

– Pięćdziesiąt za głupie dyskusje – odpowiedział niemal automatycznie kapral. – Do kogo ja do ciężkiej cholery mówię?! Już!! Ruszać się szmaty!! Raz! Dwa!…

– Tak jest, panie kapralu! – ryknęła cała piątka i rzuciła się na ziemię.

– …Czterdzieści osiem! Czterdzieści dziewięć! Czterdzieści dziewięć! Czterdzieści dziewięć! Czterdzieści dziewięć! Czterdzieści dziewięć! Czterdzieści dziewięć! Pięćdziesiąt! Wstawać, łajzy! I co, jeszcze kogoś rozpiera energia?! Ktoś ma jeszcze siły na durną dyskusję?! Zadałem pytanie!

– Nie, panie kapralu! – krzyknął Glor.

– Ja kurwa myślę! I rano będę miał na was oko! Siadać z powrotem!

– Tak jest, panie kapralu!

Bilans zrobionych przez Erla tego dnia pompek podskoczył drastycznie.

* * *

– Co myślisz? – Brosto skierował swoje pytanie do sierżanta Forgela.

– Bo ja wiem? – wzruszył ramionami tamten. – Rekruci jak rekruci. Kilku umie nieźle robić mieczem, większość zna podstawy walki takim czy innym orężem, ale u nas każdy czymś umie walczyć. Wiadomo, trochę na początku rozbestwieni, ale już my ich nauczymy żołnierskiego rzemiosła. Niedługo będą chodzili jak nondorska zabaweczka.

– W to nie wątpię, ale pytanie jak się zachowają podczas prawdziwej bitwy.

– Trudno powiedzieć. Chrzest bojowy to zawsze pewne ryzyko.

– Tak. Nie chciałbym powtórki spod Olgergrodu.

– Pod Olgergrodem to nie byli wcale źli rekruci. Czasami nawet najtwardszym weteranom robi się mokro w portkach, kiedy szarżuje ciężka kawaleria.

– Miejmy nadzieję, że tym razem początek będzie nieco łagodniejszy.

– Mhm, wszystko zależy, ile czasu dostaniemy. Trochę potrwa zanim ich urobimy.

– Obawiam się, że czasu nie jest wiele. Albo weźmiemy pierwsze zlecenie i to lepiej, żeby pojawiło się szybko, albo możemy rozpuścić chłopców do domu.

– Aż tak źle?

– Brak funduszy. Ale moi pośrednicy już negocjują z rebelią i Torgradem. Zobaczymy, może coś z tego będzie.

– Niedobrze, jeśli poślemy rekrutów do walki tak wcześnie.

– Też nie jestem zadowolony, ale nie mamy wyjścia.

– Podszkolą się w bitwie. Przynajmniej ci co przeżyją…

Do rozmawiających podszedł jeden z kaprali.

– Panie kapitanie, melduję, że przybył sierżant Gronogel z nowymi rekrutami!

– Znakomicie, zobaczmy, kogo tam przyprowadził.

Brosto i Forgel wyszli naprzeciw nowoprzybyłego najemnika. Wysoki mężczyzna powitał ich z uśmiechem.

– Panie kapitanie, sierżant Gronogel melduje swoje przybycie!

– Dobrze, dobrze skończ już z tymi honorami, chłopcy odpoczywają, niczego nie zauważą. Ilu przyprowadziłeś?

– E, niewielu. Nie chcieli się psia go mać zgłaszać. Zebrało się ledwo dwudziestu. Dwudziestu dwóch dokładnie.

– Dobre i to.

– Rozkażę zaraz przygotować cztery nowe ogniska – powiedział Forgel.

– Ale chcę Brosto, żebyś jednego obejrzał – rzekł Gronogel. – Jest warty co najmniej trzech. Wstąpiłem po drodze do kamieniołomów, mój znajomek jest tam zastępcą naczelnika. Wykupiłem za parę sreberek kilku jeszcze niezniszczonych pracą. Kiedy zobaczyłem tego jednego dałem za niego tyle samo, co za tamtych wszystkich. Chodźcie, sami zobaczycie.

Wśród grupy nowoprzybyłych rekrutów górował ponad dwumetrowy niesamowicie muskularny mężczyzna. Pozostali wyglądali przy nim jak niedożywione chucherka. Kapitan uśmiechnął się na jego widok.

– No, no, no…

– Wziąłeś Pelvańczyka? – sierżant Forgel nie wydawał się zbyt zadowolony. – Przecież będą z nim same problemy.

– Vrarańczyka – poprawił Gronogel. – Jest z Vraranu i walczy toporem. Tyle wiem.

– Mówi po orgońsku? – spytał Brosto.

– Kilka słów. Dosłownie.

– Brosto – Forgel pokiwał głową – co my z nim zrobimy? To są dzicy ludzie, nie lubią, kiedy im się rozkazuje. Będzie z niego więcej kłopotów niż pożytku.

– E – skrzywił się Gronogel – nie wierzę, żeby Czerwony Diabeł nie znalazł na niego sposobu. To urodzony wojownik, jeśli uda się go nauczyć paru rozkazów, będzie nieoceniony, zobaczycie.

– Hmm… – kapitan zastanowił się przez chwilę. – Dobrze, zobaczymy. Umieśćcie go na razie przy ognisku z innymi cudzoziemcami, tam zdaje się nie mają pełnej piątki. Później pomyślimy co dalej. Aha i niech cały czas ma go na oku przynajmniej dwóch kaprali.

Vrarańczyk dumny i wyprostowany, ale szedł gdzie mu pokazano. „Ci wszyscy tutaj, to chyba orgońscy wojownicy – myślał. – Podobno ludzie w tej krainie toczą bratobójcze wojny, a mężczyźni walczą nie dla honoru, a dla pieniędzy. Dziwny jest świat poza Vraranem. Płaska ziemia, niezrozumiała mowa, wszystko, wszystko jest inne. Co to za wojownicy, co walczą dla pieniędzy? Ale może to dobrze, może właśnie wśród takich ludzi znajdę zdrajcę Buldorę! Żebym tylko znalazł nowy topór!”

– Słuchajcie łajzy – rzekł kapral do siedzącej przy ognisku czwórki. – Macie tutaj nowego koleżkę. Od dzisiaj siedzi z wami przy jednym ognisku. Macie się nim zaopiekować. Słyszałeś wielkoludzie? To jest twoje ognisko i twoi nowi kumple, siadaj.

Człowiek z północy nie zrozumiał z tego ani słowa, ale ci przy ognisku ścieśnili się, robiąc mu miejsce, więc domyślił się, że ma usiąść. Zadowolony z siebie kapral oddalił się po chwili. Toczące się jeszcze przed chwilą ożywione rozmowy ucichły. Wszyscy w milczeniu wpatrywali się w nowoprzybyłego. On, nic sobie nie robiąc z ich spojrzeń, rozsiadł się wygodnie i zaczął wpatrywać w ogień. „Dobra, - zastanowił się Jova – nie będziemy tak siedzieć w nieskończoność jak głupki. Takiego osobnika lepiej mieć po swojej stronie.”

– Mówisz po orgońsku? – Rowończyk odezwał się jako pierwszy.

– Orgoński nie – pokiwał przecząco głową zapytany.

– Po rowońsku? – spytał bez większej nadziei Jova, odpowiedziało mu tylko nierozumiejące spojrzenie.

Młodzieniec westchnął.

– Dobra inaczej… – pokazał na siebie i powiedział powoli. – Jova.

Vrarańczyk uśmiechnął się lekko, pokiwał głową i pokazał na siebie.

– Dhoon!

Pozostali podchwycili.

– Czifewar – Morotańczyk podał nawet rękę.

– Izzair – rzucił niedbale młodzian w kapeluszu.

– Spendel – zachlipał chudzielec o wiecznie nieszczęśliwej twarzy, po czym mruknął jeszcze do siebie. – Ja pierdolę, jeszcze jakiegoś dzikusa nam dorzucili.

– Spendel zamknij się – skrócił jego narzekania Jova.

Znowu zapadła chwila ciszy, aż w pewnym momencie Dhoon się odezwał, wymawiając dwa z nielicznych znanych mu orgońskich słów:

– Mężczyzna, Pelvan? – słowa poparł gestem pokazującym długie włosy.

Jako, że nikt za bardzo nie zrozumiał, o co chodzi Vrarańczykowi wszyscy pokiwali przecząco głowami.


Rozdział II

To był piętnasty dzień odkąd Jova został najemnym żołnierzem. A raczej rekrutem - według gwardii nowym rekrutom do żołnierzy było jeszcze daleko. Dzisiaj dla odmiany rozkazano dobrać się w pary i ćwiczyć walkę na miecze czy inny oręż. Tylko dwudziestka, która przybyła dwa dni temu, uczyła się musztry i podstawowych komend. Właściwie, oprócz zaostrzonych, za długich tyczek, które stara gwardia uparcie nazywała pikami, rekruci byli uzbrojeni we własną broń. Kilku w tym i Erl, miało miecze. Kilku innych łuki. Mniej więcej połowa nosiła swojej roboty lub znaleźne morgernszterny, włócznie, maczugi czy korbacze. Reszta, tak jak Jova, musiała zadowolić się sztyletami bądź nożami. Rowończyk nie chciał sobie wyobrażać jak wyglądałaby bitwa z regularnym i dobrze uzbrojonym oddziałem. Pocieszał się tylko, że może w Orgonie takich jest niewiele. Inaczej sprawa uzbrojenia miała się u starej gwardii. Każdy od kaprala po kapitana miał porządny miecz, rzadziej inną broń i do tego czasami chodzili z niewielkimi kuszami, które zapewne nie miały dalekiego zasięgu, ale za to można je było szybciej załadować. Nosili też solidne napierśniki lub kolczugi.

Każdy rekrut miał się szkolić w walce tym, co miał. Kaprale i sierżanci chodzili po całym obozie i udzielali rad, niektóre były przydatne, niektóre zupełnie oczywiste lub głupie. Od czasu do czasu, jeśli ktoś ich zdaniem wykazywał za mało zaangażowania, rozkazywali zrobić od dwudziestu do trzydziestu pompek. Właśnie Spendel załapał się na dwudziestkę za obijanie się.

– Ja pierdolę – zaczął niemal płakać, jak tylko kapral oddalił się dostatecznie. – Kurwa, zawsze się do mnie przypierdalają. Co ja im kurwa zawiniłem? Zawsze muszę po dupie oberwać. Zawsze!

– Nie marudź Spendel – kiwnął na niego Jova, który ćwiczył nieopodal. – Nie ćwiczyłeś, kapral cię przyuważył, to dostałeś za swoje.

– Wiecznie tylko wyzywają - rekrut zignorował uwagę - każą pompki robić od rana do wieczora, biją i za co kurwa? Za nic, ani miedziaka jeszcze nie widziałem z tych wielkich pieniędzy, które obiecywali.

Jova przestał słuchać dalszych biadoleń. Ćwiczył z Czifewarem, który był uzbrojony w swój krótki miecz, na który dla bezpieczeństwa nałożył pochwę, on sam miał sztylet również w skórzanej osłonie.

– Szybko się uczysz mówić po Orgońsku – zauważył Rowończyk między jednym a drugim wymachem.

– Mam ucho do języków – odparł przybysz ze wschodu, cofając się przed atakiem swojego partnera. – Dlatego chciałem, żebyś jak najwięcej do mnie mówił w tutejszym języku.

– Z pewnością ułatwi to twoją podróż – Jova postarał się, żeby to zdanie nie zabrzmiało kąśliwie.

W tym momencie podszedł kapral.

– Ty, pokaż ten nóż!

Wziął do ręki ładnie zdobiony sztylet.

– Ładne cacko, ale w bitwie na niewiele ci się przyda. Do dobijania rannych może. Powinieneś się bardziej przyłożyć do pracy nóg. Zegnij trochę kolana! Nie tak, za bardzo! O tak, w ten sposób! Tak masz ćwiczyć cały czas!

– Tak jest, panie kapralu!

Kapral odwrócił się do Czifewara.

– Widzę, że już kiedyś trzymałeś miecz w ręku.

„Idiotyczne pytanie, biorąc pod uwagę fakt, że każdy został przyjęty z bronią, którą posiada.” Pomyślało się Jovie.

– Tak jest, panie kapralu, zdarzyło się.

– Tylko niech ci się łajzo nie wydaje, że dostaniesz z tego powodu jakieś fory!

– Tak jest, panie kapralu!

– Ćwiczyć dalej! – członek starej gwardii oddalił się w kierunku następnej pary.

– Powiedział, co wiedział – szepnął Jova, natychmiast prostując z powrotem nogi.

Przez chwilę kontynuowali w milczeniu, ale tylko na tyle, żeby nikt się nie mógł do nich przyczepić.

– Słyszałeś cokolwiek o rebelii? – spytał w końcu Morotańczyk.

– Nie za dużo, poza tym że do tej pory cofali się w stronę granicy z Rowonsem przypierani przez siły Torgradu, a teraz nagle sytuacja się odmieniła i to Torgrad się cofa przypierany przez rebelię.

– To dziwne, ja słyszałem zupełnie coś przeciwnego. Nie zrozumiałem wszystkiego, ale wczoraj przy kolejce do śniadania ludzie wyraźnie mówili o tym, że jeden z książąt jakąś bitwę przegrał.

– Może mówili o jakimś księciu, który jest przeciwko rebelii.

– Nie, nie. Tego się już nauczyłem. Rządzą Torgradczycy, a buntują się książęta.

– Ta… Rodryk i chyba Witalij.

– I jeszcze jakiś trzeci, ale nie powiem ci imienia.

– Cholera. Trzeba będzie się kogoś podpytać. Dobrze byłoby wiedzieć, w jakiej wojnie bierze się udział… i po czyjej stronie.

– O tym samym pomyślałem.

– Problem w tym, że tutejsi nie lubią ludzi z Rowonsu.

– Trudno im się dziwić, swego czasu zabraliście im część ziem.

Tymczasem Erl ćwiczył z Govinem. Erl był jednym z tych nielicznych, którzy posiadali swój własny miecz i to wcale niezłej jakości. Miał go ze sobą od samego początku. Odkąd tylko zaczął się tułać, a tułał się przeszło rok. Zdarzało się, że nie miał co jeść, ale miecza nie sprzedał. Raz, że była to jedyna rzecz, która została mu z czasów, kiedy służył na zamku, terminując na rycerza; dwa, że proponowano mu zawsze zdecydowanie zaniżoną cenę; trzy, że w Orgonie miecz przydawał się dosyć często – można się nim było obronić lub dzięki niemu zarobić. Jego rywal miał własnej roboty daleki od doskonałości morgernsztern.

– Widzę, że ładne masz żelazo – Govin zazdrośnie spojrzał na wyciągniętą broń. – Ładny chłopiec z ładnym mieczem.

Zaśmiał się szyderczo.

– Możesz skończyć te głupie gadki? – zdenerwował się Erl.

Odpowiedział mu pełen kpiny uśmiech.

– Jasne, już długo zastanawiałem się, czy potrafisz się tym w ogóle posługiwać.

Nagle, bez ostrzeżenia zaatakował. Trochę zbyt serio jak na ćwiczenia. Szczęście, że jego oponent miał się na baczności. Odstąpił dwa kroki w tył i nabijana gwoździami głownia niegroźnie stuknęła w ostrze miecza. Govin ponowił atak z tym samym efektem.

– Hej, uważaj to są tylko ćwiczenia! – krzyknął Erl.

– Co, strach cię obleciał, panienko? Pewnie w trakcie prawdziwej bitwy też zawołasz „hej to są tylko ćwiczenia”. Ale rozumiem, jakbym miał taką ładną buzię też bym się o nią bał.

– Odpieprz się, Govin…

Mężczyzna zaśmiał się i znowu zamachnął się bez ostrzeżenia. Tym razem jego rywal był gotowy. Erl nie był może wspaniałym szermierzem, ale znał podstawy. Nawet trochę więcej. Wiedział tyle, że ciągle się wycofując, niczego nie osiągnie. Przełamał chęć odskoku, wytrwał na swojej pozycji, zbijając mieczem broń napastnika w bok, i kontratakował. Govin otrzymał silny cios w kark. Gdyby ostrze nie było w pochwie trafiony prawdopodobnie by już nie żył. Rekrut zawył z bólu.

– Jasna cholera! Zapłacisz mi za to!

– Przecież…

Młodzieniec nie miał czasu dokończyć, musiał odskoczyć przed kolejnym atakiem.

– Hej ty tam! – nadbiegł kapral. – Stój łajzo! Agresję zachowaj na prawdziwych przeciwników!

Govin wstrzymał się z morgernszternem uniesionym nad swoją głową i spojrzał zawistnie na swojego partnera.

– Opuść broń – rzekł członek starej gwardii. – Zaraz zmienimy wam partnerów.

Agresywny mężczyzna skinął tylko głową i udał, że posyła w stronę Erla buziaka.

– Jeszcze się policzymy, panienko.

– Zamknij pysk, łajzo! – wydarł się nagle kapral. – Do kogo ja kurwa mówię?! Na ziemię szmato, trzydzieści!!

Govin posłusznie padł na ziemię i zaczął robić pompki, po chwili się zorientował, że kapral nie odlicza.

– Chyba czegoś kurwa nie usłyszałem!

– Tak jest, panie kapralu!! – wrzasnął Govin.

– Zaczynamy! Jeden! Dwa! Trzy! …Dwadzieścia osiem! Dwadzieścia dziewięć! Dwadzieścia dziewięć! Dwadzieścia dziewięć! Trzydzieści! A teraz jazda! Idziesz do tamtego tam, po lewej!

– Tak jest, panie kapralu!

Gdy złajany rekrut odszedł we wskazanym kierunku, kapral zwrócił się do Erla.

– Niezłe opanowanie jak na rekruta. Jak się nazywasz?

– Erl, panie kapralu.

– Przy wydawaniu obiadu powiedz kucharzowi swoje imię, dostaniesz dzisiaj półtorej porcji.

– Dziękuję, panie kapralu!

– A teraz wracaj do ćwiczeń, zaraz ci tu kogoś przydzielimy.

„Po co mi półtorej porcji na kolację…? – skrzywił się rekrut. – Przecież ja tego nawet nie dam rady zjeść!”

Po chwili zjawił się Glor.

– Kapral powiedział, że mamy razem ćwiczyć. Na Pana Wiatru… nawet nie wiesz jak się cieszę…

Erl spojrzał na poprzedniego partnera Glora i uśmiechnął się promiennie. Govin dostał najgorszą z możliwych kar, przy której trzydzieści pompek to była fraszka.

– To jest mądry człowiek?! – zaperzał się właśnie Lester. – On mi mówi, że pod Torgradem to mu było dobrze! Jak on kurna dziesięć godzin pańszczyzny musiał dziennie odrobić i dopiero szedł na swoje pole pracować, to mu było dobrze?! Że miał codziennie dwie rzepy do zjedzenia, to mu było dobrze?! To ja ci powiem, że to jest robol, a nie człowiek! O, a zobacz na tamtego poganina z północy!

Gadatliwy osobnik miał manierę skakania z tematu na temat, teraz spojrzał właśnie na ćwiczącego z zaostrzoną tyczką Vrarańczyka.

– Wiesz, to są poganie! Ci z północy! Ja ich nie lubię, bo to są ateiści…

– Przed chwilą mówiłeś, że poganie – warknął przez zaciśnięte zęby Govin.

– Tak, bo ja, wiesz, ateistów i pogan, to ja do jednego worka wrzucam! Bo ci z północy, to oni w byka wierzą!

– Lester, kurwa… w jakiego byka?

– No w byka! Bo to są poganie! Przed nimi się kurna go mać trzeba pilnować! Oni tymi łodziami pływają, wkrótce nas zaleją wszystkich! Oni chcą, żebyśmy też w ich byka wierzyli! Ale ja się im nie dam…

– Lester, Pelvańczycy i Vrarańczycy nie wierzą w żadnego byka! Oni wyznają Tafarela, boga wojny. To jest Inny uznany w panteonie na całym Aphalonie!

– Ta…? Może i tak. Bo ja to słyszałem, że oni w tego byka wierzą i mu ofiary z ludzi składają.

Dhoon robił, co mu kazano. Nie wszystko rozumiał, ale wtedy patrzył, co robią inni i robił to samo. Czyli, trzymając zaostrzoną tyczkę, ustawiał się w szeregu lub innym układzie, tudzież dźgał zaostrzoną tyczką w worek z piaskiem. Kiedy wszyscy padali na ziemię, padał na ziemię. Kiedy wszyscy robili wykrok i wystawiali naprzód swoje zaostrzone tyczki, robił wykrok i wystawiał swoją zaostrzoną tyczkę. Kiedy wszyscy trzymali oburącz tyczkę ku górze i wypinali klatki piersiowe, chwytał tyczkę oburącz, klatki piersiowej wypinać nie musiał, bo i tak była imponująca, w porównaniu do pozostałych. Był wprawdzie cały czas o krok do tyłu względem towarzyszy, ale nikt się go specjalnie nie czepiał. Raz jeden z tych krzyczących, których wszyscy się bali (wszyscy oprócz Dhoona), podszedł do niego i zaczął coś wrzeszczeć. Wymachiwał przy tym rękami i chyba wskazywał na ziemię. Vrarańczyk gapił się na niego. Naprawdę chciał zrozumieć o co mu chodzi, ale nie znał jego mowy. Tamten jeszcze bardziej poczerwieniał i zaczął być jeszcze głośniejszy. Wtedy Dhoon pomyślał, że może on każe mu krzyczeć tak jak on, więc wrzasnął ile sił w płucach, przeciągle i doniośle. Głośnemu mężczyźnie natychmiast zmienił się wyraz twarzy. Dhoon dałby sobie rękę uciąć, że pojawił się na niej strach. Wreszcie niezrozumiale mówiący osobnik machnął ręką i odszedł. Dhoon nie wiedział, czy zrobił to, o co chodziło tamtemu, ale skoro dali mu spokój, przestał się nad tym zastanawiać.

„Tak wyglądają wojownicy tej krainy? – zastanawiał się w duchu. – A może to nie są wojownicy? Ale jeśli nie wojownicy, to kto? Do dziwnej części świata zawędrowałem. Może gdybym poznał tutejszą mowę, mógłbym coś z tego wszystkiego zrozumieć. Przecież machanie tymi ostrymi kijami jest głupie. Czy oni chcą, żebym tym walczył? Przecież byle topór rozłamie mi ten kijek, jeśli prędzej sam mi się nie złamie w rękach. Co ja komu nim zrobię? Chyba, że workowi z piaskiem. Tafarelu pozwól mi szybko odnaleźć zdradzieckiego psa i stoczyć z nim walkę, żebym albo zginął śmiercią wojownika, albo wrócił jak najszybciej w góry do domu.”

Na razie jednak wyglądało na to, że Dhoona czekało jeszcze wiele godzin machania zaostrzonym kijkiem.

Godzinę przed obiadem do obozu przyjechało kilkunastu konnych. Mieli na sobie insygnia, w których niektórzy rekruci rozpoznali herby rodowe księcia Rodryka Sedewyra – jednego z głównych prowodyrów rebelii. Rozległy się pomruki niezadowolenia – większość uważała, że buntownicy nie mają szans i dużo bardziej wolała widzieć siebie walczących po stronie Torgradu, który też pewnie dysponował większymi środkami na wypłaty. Tylko z drugiej strony, dlaczego Torgrad miałby potrzebować pomocy wojsk zaciężnych. Nie brakowało jednak też takich, którzy cieszyli się na widok wysłanników księcia. Dla jednych i drugich nic nie było do końca pewne. Jeźdźcy zsiedli z koni i skierowali się w stronę namiotu kapitana Brosto. Wszyscy sierżanci i część kaprali weszła za nimi. Można było przypuszczać, że rozpoczęły się pertraktacje dotyczące zlecenia. Kaprale, którzy zostali, żeby pilnować ćwiczących z trudem przymusili ich do dalszego trenowania aż do obiadu. Kiedy wreszcie wydano posiłek, wszyscy siedli przy ogniskach i zaczęli między sobą szeptać.

– Kurwa, tylko nie po stornie książąt! – krzyczał ktoś.

– Nienawidzę Torgradu, wcale bym się nie zmartwił, jakby mi kazali się bić z tymi dupkami – stwierdził inny.

– Rebelia czy generałowie, wszystko jedno, byle dobrze zapłacili – większość głosów była w tym mniej więcej tonie.

– Ja to wiedziałem, że staniemy po stronie rebelii – uśmiechał się triumfalnie Lester. – Ja to czułem w swoich kościach, bo ja to jestem stary rebeliant! Ja się biłem jeszcze za czasów Unii Południowej! Ja nie jednego Torgradczyka żem pokiereszował, kurna go mać! Ja się biłem na wschodzie i na zachodzie. W niejednej bitwie brałem udział. Raz w wygranej, raz w przegranej, ale zawsze mi się udawało. Bo ja doświadczony jestem, ja robię odskok, doskok z nogi z głowy z łokcia… Ja nie jedno widziałem. Na przykład mi mówi taki jeden, że Torgrad drogi nam buduje. Buduje, ale to takie drogi, że je można popierniczyć, takie drogi, że po pięciu, po dziesięciu latach one do niczego się nie nadają, do rozbiórki się nadają! Takie drogi Torgrad nam w Orgonie buduje. Kto mi powie, że to są dobre drogi, to ja mu powiem, żeby się za dziesięć, gdzie za dziesięć, wróć, za pięć lat, żeby się nimi przejechał i mi powiedział, czy to są dalej dobre drogi. Jak mi ktoś powie, że te popierniczone, porozdziurawiane drogi są dobre, to ja mu powiem, że on jest robol a nie mądry człowiek! Bo wiesz, jaki Torfgrad jest, po trupach, aby do celu! Bo to są ateiści i egoiści…

– Co myślisz o tym wszystkim? – zagadnął Glor Erla, ignorując zupełnie wywody swojego sąsiada z lewej strony.

– Bo ja wiem… – młodzieniec wolał do końca nie ujawniać swoich poglądów. – Gdyby wynajął nas Torgrad, to byśmy może większe pieniądze dostali, ale zaraz wysłaliby nas na pierwszą linię. Tacy są Torgradczycy, dla nich ludzkie życie jest niewiele warte. Zwłaszcza życie nie-Torgradczyka. Książęta pewnie też chętnie wysłaliby nas na pierwszą linię, ale nie mają dużo pieniędzy, więc nie mogą za bardzo zadzierać nosa i muszą się liczyć z tym, czego zażąda nasz kapitan. Takie jest moje zdanie.

– Mądrze mówisz – pokiwał głową Glor. – Tak czy inaczej mamy pewnie przewalone. Ale, jeśli o mnie chodzi, pójdę się bić z kim mi tam każą, byle się skończyły te idiotyczne ćwiczenia.

Govin i Kregel siedzieli w milczeniu.

– Coś się chyba święci – mruknął Czifewar i wskazał brodą namiot starej gwardii.

– Niewątpliwie – odmruknął Jova.

– To ludzie… hmm… księcia Rodryka… – stwierdził z pewnością w głosie Izzair – przywódcy rebeliantów.

– Skąd wiesz? – zainteresował się Jova.

Izzair był drugim Rowończykiem w obozie. Był ze trzy lata starzy od Jovy i strasznie zadzierał nosa. Raz o mało nie został przez to pobity. Chłopcom z sąsiedniego ogniska coś się w nim nie spodobało, a on był na tyle nierozsądny, żeby wdawać się z nimi w dyskusje. Na szczęście któryś z kaprali był w pobliżu i zajście skończyło się polubownie – wszyscy zrobili sobie po trzydzieści trzy pompki, trzydzieści, licząc sposobem gwardii. Odtąd sąsiednie ognisko nienawidziło ogniska cudzoziemców, wcześniej tylko nie lubiło. Jova nienawidził natomiast Izzaira – za umiejętność zjednywania towarzyszom wrogów i za straszliwie powolne cedzenie słów. Niemniej tym razem zainteresował się tym, co mówił kompan.

– Wystarczy… ekhem… znać się odrobinę na sztuce zwanej heraldyką… Każdy szlachcic powinien rozpoznawać pewne… hmmm… symbole.

Tu Izzair pił prawdopodobnie do fałszywego sygnetu szlacheckiego Jovy, którym ten się przed wszystkimi legitymował. Pech chciał, że drugi z Rowończyków chyba rzeczywiście był jakimś drobnym szlachcicem i rozpoznał sfałszowany symbol herbu. Z sobie znanych przyczyn, nie powiedział o tym chyba nikomu innemu.

– Tak, tak – odparł niewzruszony Jova. – Niemniej nigdy nie przykładałem wagi do nauki herbów rodów zza granicy. Wyszedłem z założenia, że nauczę się ich, kiedy już podbijemy te ziemie.

Mógł sobie pozwolić na takie stwierdzenie tylko dlatego, że przy ognisku nie siedział żaden Orgończyk.

– Tak… – odpowiedział z rozmysłem młody szlachcic. – Przyznam się, że miałem akurat szczęście, bo… natknąłem się już wcześniej… na podobne symbole. Książę Rodryk… to obok… hmmm… księcia Witalija główny przywódca rebelii…

– Wspomniałeś już… hmm… o tym – nie powstrzymał się i sparodiował swojego ziomka były bandyta. – Wiesz coś więcej o tej całej rebelii?

– Niestety niewiele – Izzair na chwilę zaczął mówić normalnie. – Może poza tym, że jak dotąd, nie idzie im najlepiej.

– Więc jednak rebelia – wtrącił się Czifewar zamyślony.

– Hej… – do ogniska doczłapał się zmęczony Spendel. – Nie został wam może jakiś alkohol? Nikt nie był nic kupić w wiosce?

Odpowiedziały mu tyko przeczące ruchy głów.

– Cholera! – jego głos przybrał piskliwy ton. - Ani kropli? Kurwa, mówię wam, ci ze starej gwardii się normalnie na mnie zawzięli! Kazali mi pompować…

– Co ty powiesz – przerwał Jova.

– No! I zawsze jak mi kurwa odliczają, ile zrobiłem, to przedostatnią pompkę liczą trzy lub cztery razy! Kurwa, nienawidzę tego!

Dhoon przysłuchiwał się towarzyszom z ogniska, nic nie rozumiejąc.

– Tor… Torg… Torgad, rebelia – powtórzył sobie dwa słowa, które wydawało mu się, że słyszy najczęściej.

„Ludzie się rozglądają, jak przed bitwą. Muszę być gotowy. Nie mam mojego topora, bez niego czuję się jak bez jednej ręki. Trudno, wojownik musi umieć sobie radzić. Spróbuję wydrzeć broń pierwszemu przeciwnikowi. Muszę nauczyć się ich mowy i spytać, czy ktoś widział Buldorę – myśląc o człowieku, który nosi to imię, Vrarańczyk splunął z pogardą. – Ktoś gdzieś musiał go widzieć.” W pewnym momencie do człowieka z północy podszedł młodzieniec o charakterystycznej nieco dziewczęcej twarzy.

– Przepraszam…

– Hę? – odwrócił się do niego Dhoon.

– Bo widzisz… ja dostałem półtorej porcji na obiad, a i tak nie zjem wszystkiego. Już się najadłem i naprawdę więcej nie wcisnę, więc tak sobie pomyślałem, że może ty będziesz chciał.

Dhoon nie zastanawiał się długo. Nie wiedział, co chłopak do niego mówi, ale kiedy zobaczył wyciągnięte w swoją stronę ręce, trzymające miskę z mięsem, wziął ją od razu. Tutejsze porcje były dla niego zdecydowanie za małe.

– Dziękuję – rzekł po vrarańsku.

– Proszę – odpowiedział po orgońsku Erl.

– Hej… następnym razem nam też możesz przynieść – rzucił Jova, zdecydowany wydusić jak najwięcej z jedynego dobrodusznego osobnika, którego spotkał w tym obozie i nie chodziło o to, że był głodny, chodziło o zasadę.

Młody Orgończyk wzruszył ramionami i ruszył skąd przyszedł.

– Hej… poczekaj… nie masz może kropli alkoholu na zbyciu…? – zawołał Spendel z nadzieją w oczach, a nie widząc żadnej reakcji na swoje słowa, dodał. – Cholera!

Dwie godziny po obiedzie rozkazano wszystkim rekrutom zebrać się na środku obozu. Przed namiot wyszedł kapitan Brosto, większość pozostałych ze starej gwardii i kilku z przybyszów.

– Zamknąć swoje parszywe, spierdolone pyski łajzy! – zawołał nie kto inny, jak Czerwony Diabeł. – Pan kapitan będzie kurwa przemawiał!

– Rekruci! – zaczął młodo wyglądający dowódca. – Właśnie otrzymaliśmy zlecenie do wykonania. Każdy z was dostanie pięć sztuk złota za obronę przez trzy dni południowego brzegu rzeki Sepli przed oddziałami Torgradu. Trzy dni, licząc od jutra o świcie. Chodzi głównie o Dębowy Most przy twierdzy Tovar. Pieniądze zostaną wam wypłacone po wykonaniu zadania. Ci, którzy się czymś wykażą, mogą liczyć na premię. Od tej chwili macie godzinę na odpoczynek i przygotowanie się do wyprawy. Spodziewajcie się wyczerpującego nocnego marszu. To wszystko.

– To wszystko kurwa gnoje wiejskie! – ryknął Czerwony Diabeł. – Rozejść się szmaty!

Rekruci posłusznie zaczęli wracać do ognisk.

„Coś się chyba nie zgadza… – kalkulował Erl. – Przecież Sepla jest, jeśli dobrze kojarzę, sporo ponad trzydzieści kilometrów stąd. Niemożliwie, żebyśmy tam dotarli przed świtem, nawet jeśli wyruszylibyśmy już teraz…”

Tempo marszu, które narzuciła stara gwardia, było mordercze. Zwłaszcza, że każdy rekrut musiał nieść swoją tyczkę i mniej więcej piętnaście kilogramów ekwipunku na grzbiecie. Głównie suchy, prowiant na kilkanaście dni, sprzęt obozowy, trochę narzędzi, własną broń i elementy namiotów starej gwardii oraz kuchni polowej. Dwóch najroślejszych mężczyzn, czyli Dhoon i jeszcze jeden dostali do niesienia sztandar oddziału. Była to ciemnoczerwona flaga z wizerunkiem głowy psa, a dokładnie buldoga, o groźnym spojrzeniu i szczęce zamkniętej z przodu, ale odsłaniającej zęby z boku, jakby warczącej. Oddział zaciężny nazywał się bowiem krótko: „Psy” i była to nazwa bardzo trafna. Vrarańczykowi głowa buldoga bardzo przypadła do gustu i niósł sztandar zadowolony. „Dobry znak. Dumny. Nieprzyjaciel będzie wiedział, z kim ma do czynienia.” Najemnicy szli teraz przez półbagniste łąki, gdzieniegdzie przetykane kępą drzew. Maszerowało się ciężko, kiedyś prowadziła tędy droga, ale nienaprawiana przez wiele lat zamokła i zarosła trawą. Czasami na horyzoncie pojawiały się wioski, raz niewielki zamek, ale sierżanci i kaprale ani na nie spojrzeli. Rekruci zostali uformowani w zbitą kolumnę, stara gwardia maszerowała z tyłu, z przodu i po bokach, pilnując porządku. Po pierwszej godzinie, co wytrzymalsi próbowali jeszcze rozmawiać, po dwóch godzinach słychać było tylko stukot butów i zasapane oddechy. Para butów była obok zaostrzonych tyczek jeszcze jedną rzeczą, którą otrzymał każdy ochotnik wstępujący do oddziału i trzeba było przyznać, że były to bardzo dobre buty. Niemniej szło się ciężko.

– Ciężko, łajzy?! – wrzasnął jeden z sierżantów.

– Ciężko, panie sierżancie! – odkrzyknął jeden mniej bojaźliwy lub bardziej zmęczony od pozostałych.

– To dlatego, bo nie śpiewacie! – odpowiedział sierżant i zaczął. – …

Najemnicy, najemnicy

Do kieliszka i spódnicy

Bo hulanka i swawola

To jest zaciężnika dola

Lecz przychodzi taki czas

Trzeba w polu razem stać

Nie ma bracie odwołania

Idziesz walczyć bez śniadania

Atakują czy strzelają

Witasz bracie ich z zapałem

Bo gdy rozkaz taki padnie

Nie ma zmiłuj, słuchasz ładnie

Bo Wojenka pani sroga

Trzeba teraz zwalczać wroga

Bo Wojenka sroga pani

Każą zabić kilku drani

Głos sierżanta znaczy jedno

Wnet rekrutom miny rzedną

Rozkaz pada z ust kaprala

A ty bracie zapierdalasz

Hej dziewczyny czego chcecie

Ja najemnik jestem przecież

Jak dziewczyno mnie pokochasz

Będziesz potem za mną szlochać.

Ty zastanów się dwa razy

Dla mnie liczą się rozkazy

Gdy mi każą trupa ścielić

To wyskoczę i z pościeli

Hej dziewczyny czego chcecie

Ja najemnik jestem przecież

Jak dziewczyno mnie pokochasz

Będziesz potem za mną szlochać.

Ty zastanów się dwa razy

Dla mnie liczą się rozkazy

Gdy mi każą trupa ścielić

To wyskoczę i z pościeli

Od tej pory rekruci musieli iść i śpiewać.

– Ja pierdolę… – Spendel był bliski płaczu. – Kurwa, ja już nie mogę… Nie wyrobię tego… Kurwa, daleko jeszcze? Przejebane kurwa…

– Zamknij się! – Jova znalazł chwilę między kolejnymi zwrotkami i łapaniem oddechu. – Twoje gadanie nikomu nie pomaga.

– Ale kurwa…

– Nie marnować energii na gadanie!! – ryknął sierżant. – Śpiewać!

Pokój dla nas słaby czas

Bo zaciskać trzeba pas

Kiedy wojna ludzie płaczą

Najemniki się bogacą

Warta siła jest oręża

Kto zapłaci ten zwycięża

Gdy pieniędzy który szczędzi

Żadnej bitwy nie zwycięży

Pancerz wyczyść do połysku

Nie dla sławy lecz dla zysku

Ni książęciu, ni królowi

My służymy srebrnikowi

Kiedy pieniądz się roztrwoni

My bierzemy miecz do dłoni

Ludzie, orki, wszyscy giną

Pieniądz tego jest przyczyną

Pusta sakwa, bić się umiesz?

Z najemnikiem się zrozumiesz

Podoba się piosnka nasza?

Do oddziału cię zapraszam.

Hej dziewczyny czego chcecie

Ja najemnik jestem przecież

Jak dziewczyno mnie pokochasz

Będziesz potem za mną szlochać.

Ty zastanów się dwa razy

Dla mnie liczą się rozkazy

Gdy mi każą trupa ścielić

To wyskoczę i z pościeli

Hej dziewczyny czego chcecie

Ja najemnik jestem przecież

Jak dziewczyno mnie pokochasz

Będziesz potem za mną szlochać.

Ty zastanów się dwa razy

Dla mnie liczą się rozkazy

Gdy mi każą trupa ścielić

To wyskoczę i z pościeli

Z trudem, bo z trudem, ale wszyscy jakoś wytrwali do przerwy na zarządzoną nieco wcześniej kolację. Kolumna, tak jak się zatrzymała, rozsiadła się na środku dawnego traktu. Plecaki i broń najemnicy po prostu rzucili obok siebie na ziemię. Błyskawicznie rozstawiono kuchnię polową i zaraz w powietrzu rozszedł się zapach gotowanego gulaszu. Wkrótce można już było ustawiać się w kolejce po jedzenie.

– Jak się nazywasz? – spytał Jova chłopaka przed sobą.

Pomyślał, że skoro i tak większość tutejszych z miejsca nie lubi go już za to, że jest z Rowonsu, to może spróbować nawiązać znajomość z jedynym Orgończykiem, który sprawiał wrażenie w miarę przyjaznego. Był to ten sam osobnik, który przyniósł część swojej porcji Dhoonowi.

– Erl – odparł zapytany. – A ty?

– Jova.

– Nie jesteś chyba z Orgonu?

– Nie, przybyłem tutaj z Rowonsu.

– Aha.

Chwila ciszy. „No tak, - powiedział sam do siebie Jova – to by było na tyle, jeśli chodzi o rozmowę.” Kiedy dostali swoją porcję, Rowończyk postanowił zagadnąć kolegę z oddziału jeszcze raz.

– Wiesz co, nie do końca orientuję się w tej wojnie, a pomyślałem, że skoro mam brać w niej udział, to powinienem dowiedzieć się więcej. Może przysiądziesz się na chwilę do naszego ogniska i opowiesz nam co nieco. Sprawdzę może została mi jeszcze kropelka jakiegoś alkoholu w plecaku, to bym cię poczęstował.

– Zgoda, prowadź.

Usiedli przy Dhoonie, Czifewarze, Izzairze i Spendelu. Ten ostatni już spałaszował swoją porcję, legł na plecach i mamrotał pod nosem.

– O ja pierdolę… o ja pierdolę… moje nogi, o kurwa… o kurwa…

– Nie zwracaj na niego uwagi, to ciota – uśmiechnął się Jova i odezwał do pozostałych. – Słuchajcie, to jest Erl. Erl, to jest Czifewar i Izzair.

Izzair skłonił się lekko i prawą ręką złapał rondo swojego kapelusza z piórkiem. Czifewar, mimo zmęczenia, wstał i podał nowoprzybyłemu rękę.

– Wielkolud, którego poczęstowałeś częścią swojego obiadu nazywa się Dhoon – kontynuował Jova niczym gospodarz ogniska – Dhoon! – zawołał i pokazał palcem gościa. – To jest Erl. Erl.

– Dhoon! – klepnął się pięścią w klatkę piersiową Vrarańczyk i wrócił do posiłku.

– Erl opowie nam trochę o tym, co się dzieje. Byłoby ładnie z waszej strony gdybyście się zrewanżowali i poczęstowali go jakimś alkoholem.

Mówiący miał na dnie swojego plecaka małą flaszeczkę wódki, którą kupił w taborze, ale dał za nią trzykrotność jej prawdziwej wartości, nie zamierzał się więc nią z nikim dzielić i zatrzymać na czarną godzinę. Wolał, żeby to ktoś inny odstąpił coś gościowi, a przy okazji poczęstował i Jovę.

– Jak nie macie, to nie musicie mnie częstować – rzekł nieco zażenowany Erl.

– Poczekajcie – odezwał się powoli, cedząc każde słowo Izzair. – Wczoraj… byłem we wsi… hmm… i kupiłem od jednego z wieśniaków… trochę bimbru… Może…

– Przestań tyle gadać i dawaj ten bimber – przerwał niegrzecznie Jova.

Szlachcic wygrzebał ze swoich pakunków niewielką manierkę. Spendel poderwał się jak rażony piorunem.

– Można się przyłączyć, przyjaciele?

– Nie – burknął Jova. – Przecież widzisz, że mamy mało, a musimy myśleć w pierwszej kolejności o naszym gościu.

– Wiecie co, rozcieńczcie mi to trochę wodą – poprosił nieśmiało Erl.

– Rozcieńczać bimber? – skrzywił się Izzair.

– Już się robi – Jova zignorował protest kolegi. – Pewnie i tak sprzedali ci rozcieńczony.

– Być może… ale… i tak stargowałem do miedziaka.

„Jeśli mówi prawdę, to jest całkiem dobry, jeden miedziak za manierkę bimbru, która w obozie ciurów kosztowałby co najmniej pięć, sześć miedziaków. Chyba go nie doceniam, trzeba będzie na cwaniaczka uważać.” – pomyślał Jova po czym rozlał alkohol do czterech drewnianych kubków. Po chwili wahania odlał każdemu odrobinę do piątego kubka i podał Vrarańczykowi.

– Masz, napij się z nami. Dobre.

Dhoon spróbował i momentalnie jego twarz się rozpromieniła.

– Jova dobry! – rzekł uśmiechnięty i dodał jeszcze coś w swoim języku.

– Pij, pij, niech ci pójdzie na zdrowie – odpowiedział częstujący, zadowolony, że nie swoim alkoholem zjednał sobie tylu ludzi.

Tylko Spendel nic nie dostał i mruczał coś po gorhońsku o niekoleżeńskich kompanach, którzy się nawet niczym nie podzielą.

– Wiesz co Dhoon… – odezwał się Erl. – Weź resztę mojego obiadu. Jak jestem zmęczony to nigdy nie chce mi się aż tak bardzo jeść. Szkoda, żeby się zmarnowało.

Vrarańczyk najwyraźniej zrozumiał o co chodzi, bo skinął głową i wziął od chłopaka drewnianą miskę, prawie do połowy jeszcze pełną.

– To co chcecie wiedzieć? – spytał zaproszony do ogniska gość, upijając łyczek.

– Kto z kim się bije, to mniej więcej już wiemy – powiedział Jova – ale niewiele poza tym. Może zacznij od tego, kto wygrywa.

– Raczej Torgrad – mruknął Orgończyk.

– A my jesteśmy… po stronie… hmmm… książąt – mruczał Izzair. – To… hmm… niewesoło.

– No dobra, a coś więcej? O co się biją, jak to się zaczęło, wiesz, jesteśmy wszyscy z obcych krajów, naprawdę niewiele wiemy.

– Dobrze, zacznę od początku.

– Tak będzie najlepiej.

– No bo u nas nie ma króla. Były księstewka, ale jedno – właśnie Torgrad – podbił pozostałe i zaczął rządzić. Przez jakiś czas był spokój, ale nie wszystkim podobają się te rządy. Dwaj książęta ogłosili, że odnaleźli potomka królewskiego rodu. Może słyszeliście? Amona zwanego Głupcem.

– Pierwsze słyszę – stwierdził Jova. - Trochę dziwny przydomek jak dla króla.

– Ja słyszałem – pokiwał głową Izzair. – Być może… to nawet… hmmm… mój znajomy.

Były bandyta obdarzył swojego ziomka spojrzeniem, jakim obdarza się ludzi obłąkanych.

– Nie zwracaj na niego uwagi, on ma różne pomysły – powiedział do Erla.

– Mhm, nie wiadomo czy to jest prawda z tym królem. Nawet raczej prawie na pewno nie. To znaczy naprawdę kogoś tam znaleźli, ale nie sądzę, żeby to był rzeczywiście potomek królewski.

– Czyli ściema?

– No… Książęta potrzebowali po prostu pretekstu i zachęty dla ludzi, żeby stanęli po ich stronie.

– I co, mówisz, że im nie idzie ta wojna?

– Nie za bardzo. Książę Witalij rozpędził torgradzki garnizon stacjonujący w jego stolicy. Dwa dni później przybyły większe wojska, wysłane do stłumienia rebelii. Witalij został oblężony we własnej stolicy. Miasto zostało zdobyte, ale sam książę z całym tym Amonem Głupcem zdołali uciec tajemnym przejściem i dołączyć do sił księcia Rodryka. Rodryk stoczył wcześniej bitwę z tymi samymi siłami, które obległy Witalija. Rebelianci ogłosili, że bitwa została nierozstrzygnięta, ale ja myślę, że Rodryk przegrał, tylko udało mu się po prostu wycofać większość swoich sił. Obojętnie jak było naprawdę, siły buntowników zaczęły się cofać na południe, cały czas ścigane przez generała Goderberga. To właśnie temu generałowi powierzono zadanie stłumienia rebelii.

– To ładnie - skrzywił się Jova. - Jedna bitwa przegrana, druga nierozstrzygnięta… czemu musimy służyć akurat tym, którzy przegrywają?

– Ci co wygrywają, nie potrzebują najmować wojsk zaciężnych – powiedział Czifewar po rowońsku, sporo już rozumiał z orgońskiego, ale mówić dobrze jeszcze nie umiał.

– To jeszcze nie koniec, posłuchajcie dalej – kontynuował Erl. – Rodryk i Witalij wycofali się aż do granicy z Rowonsem i już nie mieli gdzie dalej uciekać. Kiedy wydawało się, że Goderberg ich dopadnie, do rebelii zupełnie niespodziewanie przyłączył się książę Onufry. Zebrał niewielką armię, mniejszą niż ta, którą dysponował Goderberg. Jednak Torgradczycy byli zmęczeni długim marszem i odcięci od posiłków, więc książę zdecydował się zaatakować. Wydał Goderbergowi bitwę, którą… przegrał.

Jova spojrzał w bok, skrzywił usta, uniósł brwi do góry i westchnął.

– Przepraszam, poprawka, jedna bitwa nierozstrzygnięta, a to i tak licząc tolerancyjnie, dwie przegrane…

– Co uratowało rebelia… rebelię? – zapytał powoli po orgońsku Czifewar.

– Trudno powiedzieć, chyba to, że Torgradczycy byli już zmęczeni. Nie zdołali dobić pokonanego wroga, Onufry zdołał się wycofać i ocalić część swoich wojsk. Trochę oddziałów miał też ciągle przecież książę Rodryk. Godeberg postanowił się wycofać. Tylko co z tego? Cofnie się, dostanie posiłki i w następnej bitwie w końcu rozbije siły książąt i będzie koniec rebelii.

– Ciekawe jaka w tym wszystkim jest nasza rola – zastanawiał się Jova.

– Hmm… na mój… gust, to mamy zablokować… hmmm… drogę właśnie tym… posiłkom dla… mhm… generała Godeberga.

– Lepiej, żebyś nie miał racji – stwierdził Erl. – Być między wojskami Godeberga, a idącą dla niego odsieczą… To nienajlepszy układ.

– Obawiam się, że Izzair może mieć rację – zmartwił się Jova. – Mówiłeś, że Rodryk cofał się na południe. My, z tego co się zorientowałem, idziemy na północ. Poza tym, gdzie najlepiej zatrzymać oddziały wroga, jak nie na rzece, naturalnej przeszkodzie.

– W dwustu ludzi to my nikogo nie zatrzymamy – pokręcił głową Erl.

– Może będą jeszcze inne oddziały – kombinował Jova.

– Koniec tego dobrego łajzy!! – rozległ się donośny głos jednego z sierżantów. – Wstać!! Wstać!! Formować kolumnę!! Raz, raz!! Dać patałachom chwilę odpoczynku i już kurwa chcą leżeć do góry brzuchem! W dupach wam się kurwa poprzewracało!!

– Ja pierdolę! – Spendel znów znalazł się w stanie bliskim płaczu. – Kurwa, nawet odpocząć nie dadzą… Ledwo kurwa usiadłem już każą kurwa wstawać… Ja pierdolę…

I przez pola i przez las

Ta marszruta goni nas

Na pustyni gdy bez wody

Jak na trakcie bez gospody

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.