Na zgliszczach zakonu - Zuzanna Morawska - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 203 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Na zgliszczach zakonu - Zuzanna Morawska

Powieść historyczna, której akcja toczy się w XV wieku. W powieści Zuzanny Morawskiej naprzeciwko Polaka, Litwina, Żmudzina, przedstawicieli Słowiańszczyzny stają Krzyżacy, Niemcy oraz inni przedstawiciele cywilizacji zachodniej. Owo przeciwstawienie Wschodu i Zachodu przebiega w kilku płaszczyznach, nie tylko na polu bitwy, ale może być rozpatrywane również w kategoriach kulturowych. Autorka oparła swoją powieść na przekazach historycznych. Świadczą o tym autentyczne fragmenty kronik, tekstów przysiąg, porozumień, not dyplomatycznych. Atmosferę początku XV wieku stara się Morawska przybliżyć czytelnikom poprzez m.in. używanie oryginalnych zwrotów językowych. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Na zgliszczach zakonu - Zuzanna Morawska

Fragment ebooka Na zgliszczach zakonu - Zuzanna Morawska





Spis treści

  1. GOŚCIE
  2. ZAWÓD
  3. UROCZYSTOŚĆ
  4. KOBIAŁKI Z JAGODAMI
  5. SALA I SIENICHA
  6. W BOBROWNIKACH
  7. WOJNA!
  8. POD DĄBROWNEM
  9. ZWYCIĘSTWO
  10. ZWYCIĘŻENI I ZWYCIĘZCY
  11. TO CI BESTIA!
  12. GOŁĘBICE
  13. POSEŁ KRZYŻACKI
  14. MATKA I CÓRKA
  15. ODWRÓT
  16. TABOR SALI
  17. NIEZADOWOLENIE
  18. UAGA
  19. NA ZGLISZCZACH ZAKONU
  20. UNIA W HORODLE
  21. PRZYPISY
  22. KOLOFON

GOŚCIE

Na malborskim zamku było bardzo ludno i gwarno, jak chyba jeszcze nigdy od założenia tej wielkiej krzyżackiej siedziby.

Cudzoziemskich rycerzy przybyła moc taka, że nie tylko Ulryk Jungingen, mistrz zakonu, od niedawna piastujący tę godność, ale najstarsi komturowie, pamiętający rządy kilku już mistrzów, a też i braciszkowie, tak wielkiej liczby cudzoziemskich gości nie pamiętali.

Nie pamiętali i pospolitaki1, i knechty2, chociaż od lat dziecięcych zakonowi służyli.

– Musi, będzie wojna... – ozwał się Biber, jeden z najstarszych knechtów, zajmujący obecnie stanowisko setnika, to jest przełożonego nad dziesiątym podwórzem.

– Oo!? – spytano go chórem ciekawie.

– Wojna toć nie nowina! – mruknął Fals, chłop młody, pociągając z wielkiej konwi cienkusz3, którym się wszyscy po kolei raczyli.

– Jeno z lekka, z lekka, bo czy wojna, czy nie, ty ciągniesz tak, że dla drugich nie ostanie! – wołali inni, odciągając konew4 od chciwych ust Falsa.

Aż ten, nie mogąc podołać napastnikom, wypuścił z rąk konew, ale nabranym w usta napojem parsknął na nich śmiechem, opryskując cienkim piwkiem jak rzęsistym deszczem.

A kiedy poszkodowani ocierali się rękawem, odgrażając, że mu nie darują, Fals, śmiejąc się, wołał:

– Jeszcze wam źle! Od gębyście mi odjęli, a ja, żeby was nie uszkodzić, oddałem nawet to, co miałem w gębie!

Wtem dało się słyszeć gwałtowne kołatanie do głównej bramy i odgłos trąb oznajmujących nowych gości. Echo rozniosło je po podwórcach i przerwało zabawę knechtów.

– Przybywają nowi goście! – mruknął Biber. Ten i ów nadstawił uszu, zapominając o konwi, Fals zaś, skorzystawszy, że towarzysze zajęli się czym innym, pochwycił w ramiona wielką konew i usuwając się z nią sprzed oczu zaciekawionych, myślał:

– Nadstawiajcie uszu, a ja tymczasem nadstawię gębę!

Tak myśląc, łykał chciwie napój, zdążając jednocześnie do furtki prowadzącej na główny podwórzec.

I jego bowiem brała ciekawość, żeby zobaczyć nowo przybywających, nacieszyć się widokiem lśniących zbroi, rzędów na koniach i pokazać z dala pachołkom konew, na dowód, że w murach zamkowych nie zbraknie im napitku.

Ciężkie wrzeciądze5 wielkiej bramy, przywykłe do kilkakrotnego w ostatnich dniach otwierania się dla przybywających, lekko bez najmniejszego zgrzytu się rozwarły.

Lecz jakież było zdziwienie Falsa, gdy trąby witające zwykle nowo przybywających umilkły, a na podwórzec wjechało kilkunastu zaledwie jezdnych. Odziani byli bez najmniejszych ozdób znamionujących dostojeństwo i bogactwo przybyłych.

Jedyną osobliwością wśród tego nielicznego pocztu był młodzieniaszek, najwyżej lat szesnastu, w połyskującej ciemną stalą półzbroiczce, którego inni z wielką czcią i uszanowaniem otaczali.

– Iii, miałem też po co biec i jeszcze piastować konew, nie nacieszywszy się wprzódy jej zawartością – mruknął Fals.

To mówiąc, stanął za rozwartą furtą podwórca, nachylił konew do ust szeroko rozwartych i łykał chciwie, jakby chciał wynagrodzić sobie czas stracony.

Tak zaś był zajęty, że nie spostrzegł, gdy silna pięść spadła na jego plecy, a spadła tak potężnie, że aż zębami o wręby konwi zadzwonił i całą zawartość na siebie wylał. Stracił też równowagę i padł na odrzwia furty, a reszta niedopitego cienkuszu oblała go rzęsiście.

– Żebyś się udławił! Żebyś nic nie miał w życiu, jeno ten ostatni łyk cienkiego piwa! – zawołał ten, który go tak po przyjacielsku przywitał. – Nie dość, że pije jak potwór morski, to jeszcze sobie kąpiel z piwa urządza! – dodał z wielkim oburzeniem, zaglądając do wnętrza konwi. Zostało w niej jeszcze kilka łyków, którymi nie pogardził przybyły i wiernie do ostatniej kropli wysączył.

To zajęcie się przybysza smakowitym napitkiem pozwoliło Falsowi oprzytomnieć, zerwać się i strząsnąć z siebie ociekające piwo.

– I żeby tak marnować dary boskie! – westchnął, oglądając się, kto go tak poczęstował. – Ba, nie kto inny, jeno ten kulas, Hilt! – rzekł, zbliżając się z podniesioną pięścią do pijącego.

Ale ten właśnie konew do szczętu wypróżnił, a obcierając dłonią usta, mówił:

– Nie z pięścią, lecz z wyciągniętą prawicą powinieneś przyjść do mnie – ozwał się Hilt.

– Jak to? – spytał Fals, wytrzeszczając oczy.

– Przede wszystkim, żem ci przeszkodził w spełnieniu śmiertelnego grzechu, jakim jest łakomstwo i pijaństwo; po wtóre, żem cię uwolnił od konwi, za którą oglądają się w podwórcu, a za którą zostałbyś przez Bibera wtrącony do ciemnicy co najmniej na cały dzień o suchej gębie.

– Biber się zestarzał...

– Zestarzał się, ale niemniej z piwem jest w zgodzie, a obowiązki przełożonego nader pilnie sprawuje! – przerwał Hilt.

Fals poskrobał się w gęstą czuprynę i leniwym krokiem od furty odchodził.

– Cóż ta bestia myśli, że ja pustą konew będę za nim nosił? – mruknął miły towarzysz.

Kopnął też z pogardą bezużyteczny w tej chwili sprzęt i krzyknął za odchodzącym:

– Dokąd się wleczesz, dokąd?

Fals udał, że nie słyszy i szedł dalej. Hilt zaś, jakby mu nagle przyszła jakaś myśl szczęśliwa, uśmiechnął się i zabrał wzgardzoną konew. Szepnął też przy tym:

– Poczekaj, będziesz ty się miał z pyszna!

I kulejąc podążył za towarzyszem.

Wkrótce Fals stanął w drugim końcu dziesiątego podwórca, gdzie Biber powoli, nosowym, lecz donośnym głosem wykładał coś knechtom.

Musiało to być coś bardzo ciekawego, bo wszyscy, porzuciwszy czyszczenie zardzewiałej broni, słuchali z wytrzeszczonemu oczami i otwartymi ustami.

– Dobra nasza – pomyślał Fals – nie spostrzegli, żem odszedł, a co więcej, żem zabrał prawie pełną konew.

Tak myśląc, podniósł olbrzymi miecz, a wziąwszy w garść ubitą włosień, udawał, że był zajęty czyszczeniem.

Ten zaś mówił:

– Wojna się szykuje, jakiej dotąd ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało...

– Ale z kim? Z kim? – ozwały się głosy.

– Ciemni jesteście jak konew winem napełniona – oburzył się setnik – toć nie z kim innym, jeno z Polską.

– A przecie powiadaliście niedawno, że zawarto z nią pokój – ozwał się Hilt, który zdążył przybyć na ostatnie Bibera wyrazy.

– Głupiś! – huknął tenże. – Pokój jest dlatego, żeby nowych sił nabrać i rozpatrzeć się, co dalej czynić, nie zaś dlatego, żeby go utrzymać.

– A czy to w onej Polsce są poganie? – ozwał się któryś z młodszych knechtów.

– Widzieliście głupiego! – zaśmiał się Biber. – Czy ty ksiądz, żebyś się pytał czy poganie, czy chrześcijanie? – mówił dalej. – Przecie tu nie o chrześcijaństwo chodzi, ale o rozszerzenie granic i potęgi naszego zakonu – mówił z pewną wyższością setnik. – Gdy pokonamy Polskę, tego ich króla Jagiełłę, Litwina, co rozsiadł się na tronie polskim i bruździ we wszystkim, to i z Litwą, i ze Żmudzią łatwo się będzie uporać, ba! I tamte kraje hen dalej będą do nas należeć – mówił Biber z taką pewnością, jak gdyby najtajniejsze sprawy zakonu były mu dokładnie wiadome. Puszył się też z tych swoich wiadomości, jakby co najmniej był poufnym wielkiego mistrza i na naradach zasiadał.

Był ci on wprawdzie ulubieńcem wielkiego mistrza Ulryka Jungingena i będąc w jego służbie podczas oględzin ziem zajętych, przysłuchiwał się rozmowom – i stąd ta jego pewność, i opowiadanie.

Przysłuchiwano się też opowiadaniom, każdy jakieś wtrącił słówko, korzystając z łaskawości setnika, jeden tylko młody dziarski knecht zwany Jakubem nie wtrącił ani słówka. Wsłuchiwał się wszakże ciekawie i twarz rozognioną, i oczy błyszczące na mówiącego podnosił.

I Fals wsłuchiwał się jak inni, otworzył nawet usta, bo i jego to opowiadanie zaciekawiło.

Nagle pociemniało mu w oczach, uczuł ciężar na głowie, ale jednocześnie wchłaniał w siebie ulubiony zapach piwa. Śmiech się rozległ dokoła; śmiech podobny do dzikich bestii, gdy znajdą się nad cielskiem upolowanej ofiary i radość swą rykiem objawiają.

Jeden Biber się nie śmiał, a powiódłszy zgorszonym okiem, szukał przyczyny tej nagłej wesołości.

Postrzegł też zaraz sterczącą do góry dnem konew na głowie Falsa i z całej siły krzyknął:

Tausend Teufel! Dawajcie mi tego łotra!

Fals, uczuwszy na głowie ciężar i woń przyjemną, domyślił się, że to Hilt tak mu się przysłużył.

Usłyszawszy zaś śmiech, nie czekał, aż się przyczyna onego wykryje, jeno schwycił ze swojej głowy konew i wtłoczył ją z nadzwyczajną szybkością na głowę najbliżej stojącego towarzysza. Ten uczynił to samo sąsiadowi, który ustroił nią drugiego, i tak dalej i dalej. Konew przechodziła z jednej głowy na drugą. Śmiech wzrastał, dowcipy i przekleństwa jak grad leciały, a Biber wśród ogólnego zamieszania nie mógł dojść, kto był pierwszym sprawcą urządzonej naprędce krotochwili.

Aż przyłapał w końcu Hilta, który, śmiejąc się wraz z innymi, ani spostrzegł, gdy go w ten niezwykły hełm ustrojono.

– To wtedy, gdy ja opowiadam o wielkości naszego zakonu, ty mi będziesz wychylał piwo, przeznaczone dla wszystkich i stroił się w pustą konew!? – wrzeszczał na całe gardło przełożony dziesiątego podwórca, płazując plecy Hilta zardzewiałym złamanym mieczem.

Hilt, oswobodzony z przygodnego hełmu, tłumaczył się, że ani łyka piwa nie wypił i zgoła nie wie, kto go w konew ustroił, ale Biber nie słuchał jego wymówek, jeno, wypłazowawszy doskonale, zagroził:

– Jak mi raz jeszcze nie będziesz pilnował służby, jeno uganiał się za konwią i żarty sobie stroił, pójdziesz na cały dzień do ciemnicy o suchej gębie.

Fals tymczasem z najzimniejszą krwią rozpowiadał:

– Wzięła mnie taka ciekawość, gdym usłyszał gwałtowne kołatanie do głównej bramy, żem chyłkiem podsunął się do furty.

– I cóż? I cóż? – zapytano dokoła.

– Iii... nie warto było zachodu! – odrzekł z lekceważeniem.

– No?...

– Ani my uciechy z przybyłych nie będziemy mieli, ani tamci pożytku...

– Przecie... – nalegano.

– Powiadam wam, wjechało kilkunastu powszednio odzianych, a na ich czele jakiś, co wyglądał raczej na pachołka.

– Eee?

– Przecie spodziewano się znakomitych gości? – ktoś zapytał.

– Jużci, nie tylko, że był mizernie odziany, ale dałbym szyję, że to młokos jakiś – upewniał Fals.

– Ba, toć zakon na młodych łasy! – rzucił ktoś ze słuchających.

– Młodych, ale i możnych! – dodał inny.

– Może to jakiegoś Polaka lub Litwina przywiedli? – rzucono domysł.

– A może królewskiego lub książęcego syna wzięto z Polski w niewolę? – rzucił Fals z tajemniczą miną.

I na tym tle poczęto snuć rozmaite domysły. Nawet Biber mówił swoim nosowym głosem:

– Nie chybi, jeno król polski, dowiedziawszy się, że mistrz nasz szykuje nań nową wyprawę, przysłał jednego ze swoich, żeby zawrzeć ugodę. – A że przeczuwają, że bez okupu najprzewielebniejszy mistrz Ulryk nie zaniecha wojny, przysłali umyślnie biednie odzianych, żeby jak najmniej należnej daniny zapłacić... Oho, znam ja ich! – dodał z pewną niechęcią.

– I ja ich znam! – odezwał się jakiś przyciszony głos z pomiędzy pachołków.

Ale głos ten brzmiał butnie i wcale nie był podobny do lekceważenia.


ZAWÓD

Tymczasem jeden z owego niepokaźnego pocztu szedł śmiało do głównej sieni zamku, nie pytając zgoła nikogo o pozwolenie. Śmiałość, z jaką sobie poczynał, torowała mu drogę, na podsieniu dopiero zastąpił mu drogę Frydrych von Ulmen, który, jako marszałek dworu wielkiego mistrza, miał obowiązek spotykać przybyłych gości i o ich przybyciu wielkiemu mistrzowi oznajmiać.

Niepozorna odzież wchodzącego na podsienie, jako i poczet stojący w głębi podwórca, wywołał na obliczu Frydrycha nie tylko zdziwienie, ale wprost niezadowolenie, a nawet zgrozę, że śmiałek wchodził samopas w uprzywilejowane podwoje.

Zmarszczył więc Frydrych brwi krzaczaste i już miał wybuchnąć gniewem, gdy przybyły, oddając dworny rycerski ukłon, rzekł coś przyciszonym głosem.

Wymówione wyrazy podziałały jak dotknięcie czarodziejskiej różdżki.

Twarz Frydrycha rozpogodziła się, groźne spojrzenie zamieniło się w radosny błysk oczu. Spod rudego zarostu wyjrzał uśmiech pełny uprzejmości. Słowem cała postać zacnego marszałka oznaczała wielkie zadowolenie, jak gdyby nagle padł promień słońca, rozjaśniający zasnute chmurami przestworze.

Zgiął też w ukłonie swą potężną postać, z tym ukłonem zbiegł szybko ze schodów podsienia i skierował się wraz z przybyłym ku niewielkiemu szczupłemu rycerzowi, który, nie zsiadając z konia, w otoczeniu swego nielicznego orszaku rozglądał się po obszernym podwórcu i przypatrywał grubym wspaniałym murom krzyżackiej siedziby.

Frydrych, idąc śpiesznie, nie zapomniał zadąć w niewielką trąbkę wiszącą mu u pasa.

Głos rozszedł się przenikliwym donośnym dźwiękiem, tak donośnym, iż dziwić się należało, że tak mały instrument wydawał tak przeraźliwe, długo niemilknące brzmienie.

Głos trąbki rozległ się po całym podwórcu w najodleglejszych jego zakątkach, przeniknął też znać przez grube mury, bo w wielkiej sali zrobił się rumor i huk jakby przewróconej nagłym ruchem ławy.

To Ulryk Jungingen w swej własnej osobie na dosłyszany dźwięk trąby marszałka wstawał z swego wywyższonego siedzenia, które przewrócił na kamienną posadzkę wielkiej sklepionej sali.

Ci, co byli bliżej, spojrzeli po sobie, a sędziwy Henryk Leuchter, komtur Elbląga siedzący najbliżej mistrza, szepnął do swego sąsiada Antona Ludwigsburga:

– Nie szczęści się dziś wielkiemu mistrzowi, przed chwilą oderwało się ucho od pucharu, gdy go niósł do ust, teraz przewrócił się jego stolec mistrzowski6.

– Zły to omen, zły – mruknął Anton. Dalej siedzący nie zwrócili uwagi ani na dźwięk sygnału, danego przez Frydrycha, ani na przewrócenie się ławy mistrzowskiej, ani na opuszczenie przez niego biesiady, wszyscy bowiem byli zajęci wypróżnianiem wielkich pucharów i rozmową o wielkiej wyprawie, jaką mistrz Ulrich przeciw Polsce obiecywał.

Ku temu właśnie zaprosił liczne grono rycerzy, przedstawił swoje plany posunięcia swoich granic na wschód, a ku temu wojnę z Władysławem Jagiełło.

Mówił też wciąż przybyłym:

– Polska to kraj ludny i bogaty, ma dzielnych wojowników, prócz więc sławy z ich pokonania, weźmiemy łupy w ludziach, rzędach, koniach i rozmaitych bogactwach.

– A też i ziemi można będzie szmat sobie uszczknąć! – myślał niejeden z niemieckich rycerzy mający tak niewielką jej ilość, że częstokroć na wyżywienie przybocznego orszaku i psiarni nie wystarczała.

Wielki zaś mistrz, wyszedłszy z biesiadnej izby, na chwilę zatrzymał się w sieni, jakby się namyślał. Po chwili szepnął coś jednemu z pachołków będących zawsze na rozkazy.

Zauważył snadź, że spotykanie osobiście przybyłych ubliżałoby jego godności, skierował się do izby sklepionej, wspartej na jednym tylko filarze, imponującej swoją powagą, prostotą i zawieszonymi trofeami, zdobytymi na licznych wyprawach.

Tu siadł w głębi na wywyższeniu, kazał na siebie zarzucić płaszcz z białym krzyżem, oparł się na mieczu, przybrał wyraz twarzy stosowny do swojej wielkości i patrząc na drzwi wchodowe, z niecierpliwością oczekiwał przybycia gościa.

Jednocześnie z dziesiątego podwórca wybiegł do furty, przy której widzieliśmy Falsa, młody knecht i ukrywszy się we wnęce muru, przypatrywał się przybyłym, łowiąc uchem ich rozmowę.

Po chwili potrząsnął głową, westchnął i szepnął w sobie:

– Nie, nie! Nie oni!

Zawrócił do wnętrza swego podwórza i zajął się przerwanym czyszczeniem miecza. Na twarzy jego młodzieńczej malowało się uczucie nieokreślone.

Był to jakby doznany zawód, a zarazem pewne zadowolenie, z którego młodzian sam sobie może nie umiał zdać sprawy.

Oblicze wielkiego mistrza mieniło się również rozmaitymi uczuciami. Obok wiecznie goszczącej pychy wypełzała jeszcze chytrość, a zarazem radość z dopięcia wielkiego jakiegoś zamiaru.

Układał też znać powitalne wyrazy, bo usta jego poruszały się szeptem, lewa ręka, spoczywająca na poręczy siedzenia, wykonywała palcami najrozmaitsze ruchy, prawą zaś gładził krótką rzadką brodę lub wyciągał przed siebie, jakby wskazywał ułożone przez siebie plany.

Zajęty tymi, myślami nie liczył ubiegających chwil. A ubiegło ich niemało, nim gość zrzucił zbroję i zapylone drogą obuwie.

Nareszcie Frydrych von Ulmen wszedł i uroczystym głosem oznajmił:

– Jego książęca mość Karol, książę na Niderlandach, Fryzlandii i innych posiadłościach nadmorskich.

Wszedł też zaraz młodzieniaszek o wątłej, lecz szlachetnej postawie.

Bez zbroi i hełmu zdawał się jeszcze mniej okazałym, niż gdy siedział na koniu w pełnym rynsztunku. Twarz szczupła, blada, nieozdobiona jeszcze zarostem, długie jasne włosy, wejrzenie błękitnych, łagodnych oczu dawały mu pozór raczej natchnionego trubadura, niż rycerza.

– Witaj, Karolu, książę Niderlandów i Fryzlandii, witaj, najdostojniejszy, a dawno oczekiwany gościu – ozwał się Ulryk, szukając wzrokiem przybyłego.

Odległość bowiem, w jakiej stanął i wyniosłe sklepienie izby, czyniły go jeszcze mniejszym i niklejszym.

Frydrych, mimo odległości, w jakiej znajdowały się drzwi wchodowe od wielkiego mistrza, uchwycił bystrym okiem wzrok jego, uśmiechnął się też ironicznie, jakby chciał powiedzieć:

– Ów najdostojniejszy wygląda raczej na pachołka, niż na udzielnego księcia ziem rozległych... A może to i dziedzictwo podobne do osoby!... – pomyślał w sobie.

Karol zaś posuwistym krokiem, dotykając kamiennej posadzki lekkim obuwiem z nadto długimi spiczastymi nosami, zbliżył się do wielkiego mistrza, a przyłożywszy prawą dłoń do serca, skłonił się dwornie i mówił:

– Składam należny hołd wielkiemu mistrzowi, a zakonowi całe moje dziedzictwo i wszelaką majętność, błagając waszej miłości o przyjęcie mnie do zakonu i policzenie między rycerzy krzewiących wiarę świętą i stojących w obronie krzyża.

– Życzenie wasze, najmiłościwszy książę, będzie spełnione, lecz nim odbierzemy przysięgę i pasować was będziemy na rycerza, rozgośćcie się w naszej ubogiej siedzibie i odpocznijcie po trudach podróży.

– Podróż mnie nie umęczyła; chęć jak najszybszego otrzymania z rąk waszych prawa służenia w obronie krzyża Chrystusowego i pokonywania niewiernych dodawała mi siły i niweczyła wszelkie trudy – mówił młodziutki książę z zapałem, wznosząc oczy ku wysokim sklepieniom izby, jakby szukał tam znaku, w którego obronie pragnął walczyć.

Lecz sklepienie, wiążąc misternie zakończone łuki, przedstawiało jeno chłodną potęgę, nie dając żadnej otuchy, przeniósł więc wzrok na wielkiego mistrza i spotkał się z krzyżem czarnym, nakreślonym na jego płaszczu.

Pierś młodzieńca podniosła się westchnieniem, Ulryk zaś mówił z pobłażliwym uśmiechem:

– Wszystko jest przygotowane na tę wielką uroczystość. Wszelako musicie, najmiłościwszy książę, zapał was powstrzymać, póki nie zwołamy rady i dostojników, ażeby byli przytomni waszej przysiędze i pasowaniu na rycerza zakonu – zakończył wielki mistrz z wielką godnością, dając jakiś znak porozumiewający swemu marszałkowi.

Ten, postąpiwszy kilka kroków, skłonił się przed gościem i rzekł:

– Pozwoli wasza książęca mość, że mu wskażę jego siedzibę.

Karol westchnął, poddając się wyrokowi przyszłego przełożonego. Skłonił przed nim głowę i cofając się, wyszedł do obszernej sieni.

Frydrych powiódł go po szerokich kamiennych schodach, a otworzywszy zaraz pierwsze drzwi na prawo, rzekł z ukłonem:

– Oto jest mieszkanie waszej książęcej mości... – I zatrzymawszy się nieco, dodał: – Protektora i przyszłej ozdoby naszego zakonu.

Znalazłszy się jednak za drzwiami, uśmiechnął się sam do siebie, splunął i rzekł:

– Na pozór nie wart garści kłaków!

Ulryk po odejściu gościa wykrzywił również pogardliwym uśmiechem swe szerokie oblicze, rzucił płaszcz stojącym za jego plecami pachołkom, a idąc ku drzwiom leniwym krokiem, myślał:

– Śmierdziel, gołowąs!... Chociaż z książąt panujących, diabli wiedzą, co z niego za pożytek i co pod tą układną postacią kryje...

Zastanowił się chwilę i, miast wyjść z komnaty, zawrócił ode drzwi i szedł na powrót wolnym, ociężałym krokiem, jakby się nad czymś namyślał. Mówił też w sobie:

– Myślał, że zaraz zaczniemy psalmy śpiewać... Cóż on sobie myśli, ten chłystek, że jesteśmy pustelnikami lub klechami odprawiającymi wieczne praktyki... Ale mniejsza o niego, jeżeli zrzecze się swego dziedzictwa, przybędzie nam duży szmat ziemi nad morzem, otworzy drogę na zachód i da nową podstawę potędze naszego zakonu – zakończył.

I szybkim już krokiem opuścił komnatę.

W sieni znów się zatrzymał, nasłuchując, czy go jakie słówko nie dojdzie z biesiadnej komnaty. Lecz dochodziły go tylko pijane, chrapliwe, zmieszane w jeden wielki gwar okrzyki.

– Piją, niech piją! Wkrótce żłopać będą krew polską! Weźmiemy obszerne ziemie i zdepczemy tego dumnego polsko-litewskiego króla, a całe to podłe plemię u stóp swoich ujrzymy!

To mówiąc, uderzył nogą o kamienną posadzkę, jakby już widział tysiące głów schylonych przed sobą i na ich karkach stawił ciężką swą krzyżacką stopę.

Po czym zamienił słów kilka z powracającym od dostojnego gościa Frydrychem, przy czym obaj, rozchodząc się w dwie różne strony, mieli wielce pogardliwe, pełne niezadowolenia oblicza.

Tymczasem młodziutki książę na Niderlandach i Fryzlandii rozejrzawszy się po komnatach oddanych mu przez zakon, rzekł do oczekującego nań Bonifacjusza z Groning, wiernego sobie piastuna i opiekuna:

– Nie zaraz odbędzie się tyle przeze mnie upragniona uroczystość.

– To dobrze, wasza miłość zmęczony, przed tak ważnym krokiem trzeba wypocząć... i... ostatecznie rozważyć... – rzekł Bonifacjusz.

– Och, wiesz dobrze, stary i jedyny przyjacielu, żem wszystko już dokładnie rozważył – odparł książę.

I stanął we wgłębieniu wąskiego okna. Okno to wychodziło na dziesiąty podwórzec. Książę rozglądał się, chcąc nasycić się widokiem wielkości i potęgi zakonu, którą znać było w grubych niezwykle murach zamku, licznych podwórcach, zaułkach, kręcącej się wszędzie służbie, z dala widniejących nasypach i fosach, okalających tę wielką obronną siedzibę krzyżacką.

Ale znać to wszystko nie zadowalało przybyłego rycerza, wzrok jego bowiem na żadnej z tych oznak krzyżackiej potęgi dłużej się nie zatrzymał.

Słońce czerwcowe ozłacało grube mury, kładło wielkie złociste plamy na podwórcach, wdarło się nawet we wgłębienie wielkiego okna i ozłociło jasną głowę zamyślonego Karola.

A on, jakby niezadowolony z widoku, z jakąś nudą czy zawodem na twarzy patrzył i patrzył, przenosząc wzrok z murów i wież obronnych na fosy i nasypy, to znów na ludzi, krzątających się i przenoszących wyczyszczoną broń, mieniącą się i lśniącą, przerażającą swoją ostrością.

I miasto zadowolenia z osiągnięcia upragnionego zamiaru, coraz więcej na jego młodzieńczym obliczu siadało rozczarowanie. Nagle wzrok jego się rozjaśnił.

Rozjaśnił i spoczął na ramieniu krzyża, pławiącego się w krwawo-złotym świetle zachodu słońca.

Książę wyciągnął ku upragnionemu godłu dłonie, a usta jego z wielką gorącością szepnęły:

– Pod godłem twoim, o Chryste, pragnę walczyć i cześć męki twej i nauki szerzyć!

W tej chwili rozległ się dzwon.

Dzwon gruby, chrapliwy, nieprzynoszący ukojenia i błogości, lecz rozkaz.

Ludzie na ten głos, pełni radości i śmiechu, gwałtownym ruchem zbierali oczyszczoną broń, rozwieszoną na długich drągach odzież, rzędy na konie, zataczali walce, którymi równali ziemię podwórca, wyprzęgali konie, słowem, kończyli pospiesznie całodzienną pracę.

Nie widać było wszakże skupienia, wzniesienia się ducha i ciszy, jakie, według młodego księcia, głos dzwonu powinien był wywołać.

Owszem, przytłumiony gwar i śmiechy wznosiły się z każdego zakątka, rozbijając się chrapliwym echem o potężne mury zamku.

Lecz młody przybysz wciąż nasłuchiwał, rozchylone jego usta czekały jakiegoś dźwięku, który mógłby się połączyć z głosem, wychodzącym z jego piersi przepełnionej wielką ekstazą.

Wtem zamiast owego głosu doleciał jego uszu śmiech – śmiech chrapliwy, pijany, dochodzący z wielkiej biesiadnej sali.

Młodzieniec ze wstrętem cofnął się we wgłębienie okna, a dojrzawszy stojącego opodal Bonifacjusza, z dziecięcym uczuciem padł na jego piersi, jakby chciał na nich uchronić się od coraz chrapliwiej rozchodzących się głosów.

Stary przyjaciel, który wciąż patrzył na stojącego w oknie księcia, jakkolwiek nie widział twarzy swego ukochanego wychowańca, domyślał się snać jego uczuć, bo objąwszy go ramieniem, koił jak matka dziecię doznające jakiegoś strasznego zawodu.

Jednocześnie spod muru podwórca odchodził młody knecht krzyżacki, wlokąc za sobą miecz ciężki, przez długi czas w stojącego w oknie gościa wpatrywał się ciekawie.

Odchodząc zaś, szepnął znów sobie:

– Nie, nie!... Ale kto to?...