Na straży - Zuzanna Morawska - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 120 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Na straży - Zuzanna Morawska

Zuzanna Morawska, na przełomie XIX i XX w. autorka poczytnych powieści historycznych dla młodzieży, porusza kolejny temat z dziejów Polski. Tym razem uwagę czytelnika koncentruje na przyczynach, które doprowadziły do wybuchu powstania listopadowego. Autorka opisuje wojsko pod rządami bezlitosnego księcia Konstantego, coraz trudniejszą sytuację Królestwa i Polaków, tyranię zaborcy, ucisk doznawany przez rzesze ludzi. Ze szczegółami prezentuje przebieg walk Polaków, wspaniale kreśli sylwetki bohaterów narodowych, pokazuje też zaangażowanie i poświęcenie wielu Polaków dla sprawy narodowej. Morawska doskonale radzi sobie z opisem działań wojennych, co sprawia, że czytelnik już od pierwszych kart powieści staje się świadkiem tych wydarzeń. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Na straży - Zuzanna Morawska

Fragment ebooka Na straży - Zuzanna Morawska




Spis treści

  1. Rozdział I
  2. Rozdział II
  3. Rozdział III
  4. Rozdział IV
  5. Rozdział V
  6. Rozdział VI
  7. Rozdział VII
  8. Rozdział VIII
  9. Rozdział IX
  10. Rozdział X
  11. Rozdział XI
  12. Rozdział XII
  13. Kolofon

Rozdział I

Po kongresie wiedeńskim r. 1815 i utworzeniu Królestwa Polskiego, składającego się z 5 guberni, cesarz Aleksander I Pawłowicz, wnuk Katarzyny II, ogłosił się królem polskim.

Za utworzenie królestwa, zwanego kongresowym, dano mu imię „Dobroczyńcy ludzkości”.

Imię to napełniło duszę władcy wielkim zadowoleniem.

Nadał też utworzonemu przez siebie królestwu konstytucję.

Prawa, spisane w księgę, oprawną w aksamit z orłem dwugłowym, w którego sercu trzepotał się orzeł biały, zostały przechowane na wieczną rzeczy pamiątkę.

Konstytucja i nowo utworzone królestwo nikogo nie zadowalało, mówiono jednak sobie:

– Będziemy pod obcym panowaniem, prawda, lecz silna dłoń potrzebna nam do zaprowadzenia ładu, porządku i jakiego takiego dobrobytu...

– Tym więcej trzeba wznieść się pod względem dobrobytu, że kraj, zrujnowany wojnami Napoleońskimi, potrzebuje koniecznie zasiłku – mówił zacny Stanisław Staszyc.

– Nie jest to konstytucja, jakiej byśmy pragnęli, ale poczekajmy – mówili inni.

Znaleźli się też i tacy, którzy żartowali sobie po cichu z Dobroczyńcy ludzkości, mówiąc:

– Dobroczyńca ludzkości połamie w nas kości!

Dowcipnisiów mitygowano i czekano.

Czekano, dalszych wyników.

– Jedno jedyne dobro, że mamy mieć swoje wojsko – mówili dawni oficerowie i w ogóle zwolennicy militaryzmu.

– Ale... – powtarzali inni i kręcili głową.

To „ale” wychodziło na świat coraz więcej.

Mimo że w radzie zasiadali najznakomitsi ludzie, znani z poświęcenia i patriotyzmu, konstytucja coraz bardziej się kurczyła.

Cesarz-fantasta ścieśniał ją coraz więcej, ulegając podszeptom swego otoczenia.

Rosja bowiem, niemająca konstytucji i nieodczuwająca jej potrzeby, krzywo patrzyła na nadaną Polakom.

Aż gruchnęło:

– Aleksander I przysyła swego brata, następcę tronu, cesarzewicza Konstantego, na naczelnego wodza wojsk polskich!

A zaraz ktoś rzucił:

– Wojsko polskie, moskiewski wódz, czyliż można się nam wzmóc!

Ktoś inny dodał:

– Wojsko polskie, to prawda, lecz moskiewska szata, co zamiast pałasza to użyje bata! Szukano dowcipnisia, nie znaleziono, ale jedni drugim na ucho zwrotki te powtarzali. I rosło w piersiach wciąż powątpiewanie i rozrastało się „ale”.

Aż przybył r. 1819 obiecywany brat cesarski, cesarzewicz Konstanty.

Nabroił on niemało w Petersburgu, wpadał częstokroć w szaleństwo – trzeba się go więc było pozbyć!

Pozbyć się za wszelką cenę!

– Nic łatwiejszego: wysłać go do Polski! – szepnął ktoś z zauszników samowładcy.

Szept ten podobał się Aleksandrowi I.

– Trzeba nam kogoś zaufanego na głównego wodza wojska polskiego. Komuż możemy powierzyć to stanowisko, jeżeli nie tobie, miły nam bracie – rzekł cesarz.

– Tak, tak, wasza cesarska mość, a brat mój, możesz być pewnym, że spełnię we wszystkim jego wolę! – odrzekł cesarzewicz i błysnął niewielkimi, lecz nader ruchliwymi, pełnymi okrucieństwa, jak u tygrysa, oczyma.

Wydęły mu się też nozdrza płaskiego, niepołączonego z czołem nosa, a cała twarz szeroka, płaska zajaśniała zadowoleniem.

A cesarz mówił dalej:

– Namiestnikiem tego królestwa polskiego jest generał Józef Zajączek...

– Wiem, wiem! Poszło to po nosie Czartoryskiemu, który się spodziewał tej godności! – przerwał Konstanty ze złośliwym, jemu tylko właściwym uśmiechem.

Władca nie zwrócił na to uwagi, lecz mówił dalej:

– Dodanym dla spraw rozmaitych namiestnikowi, Mikołajem Nowosilcowem, możesz się posługiwać: jak twoim przybocznym.

– Tak, tak, Nowosilcow, znana osobistość! – rzucił cesarzewicz, a oczy mu zamigotały drapieżnym blaskiem.

I oto do wielu łask monarszych przybyła jedna z największych, tj. jego brat i następca tronu W. Książę Konstanty.

Przybył poprzedzany tysiącem najróżnorodniejszych, a nader ujemnych wieści.

Postać jego rozrosła, barczysta, mogła zwiastować doskonałego wodza.

Ale wzrok bazyliszka, ruchy tygrysie, syk w mowie, zdradzający niecierpliwość, piana na ustach, ukazująca się za najmniejszym podrażnieniem znamionowały szaleńca.

Znamionowały to, czym był.1

Założył szkołę wojskową w Warszawie, tj. podchorążych tak pieszych, jak konnych – prawda.

Ale...

Ale generałów, oficerów, instruktorów nękał tak, że ci wprost znienawidzili go od najpierwszej chwili.

Cała ta starszyzna, wychowana w tradycjach wielkich bitew i miłości ojczyzny, była wprost przez niego prześladowana dlatego, że czuł w niej wyższość moralną.

Usuwał się też, kto mógł, pozostawali tylko ci, co musieli.

Z tym wszystkim ks. Konstanty powtarzał:

– Kocham moje wojsko! Kocham Polaków, dzielnych żołnierzy.

Ale na rewiach i musztrach znęcał się nad nimi.

Mundury musiały być ciasne z wysokimi kołnierzami.

Pewnego razu włożył palec między mundur i szyję młodego podchorążego.

Palec wszedł łatwo, uderzył więc pięścią w podbródek nieszczęśliwego tak silnie, że mu wszystkie zęby wypadły.

Innym razem na rewii piechoty przekonawszy się, że mundur nie jest dosyć obcisły, pchnął młodzieńca nogą w brzuch.

Ten przewrócił się i już nie podniósł.

Wnętrzności miał przebite Książęcą ostrogą!2

Dodany Konstantemu do pomocy Nowosilcow, był dla niego rzeczywiście prawą ręką.

Prócz bowiem wojska, które tak W. Książę miłował, rozmiłował się również w całym narodzie.

Chciał więc wiedzieć, co ten naród myśli, co czuje...

Aż Nowosilcow rzekł pewnego razu:

– Najmiłościwiej panujący nam cesarz, a król polski szczególniejsze ma upodobanie do tego niewdzięcznego narodu...

– Co chcesz przez to rozumieć, Mikołaju Mikołajewiczu? – przerwał W. Książę.

– Dał im konstytucję, wojsko...

– Nie zapominaj, że jestem naczelnym wodzem, że wojsko moje kocham! – przerwał porywczo W. Książę.

– Wiem, wiem! Znane są starania jego książęcej mości dla tego wojska... Wojsko pod jego kierunkiem nabiera rzeczywistej sprawności, można je będzie użyć w danej potrzebie na pożytek matuszki Rosji, ale...

– Jakież więc „ale” upatrujesz? – zapytał W. Książę, połechtany pochwałą wojska.

– Ale czyż my wiemy, co ten naród rewolucjonistyczny myśli? – zakończył Nowosilcow. Konstanty, zmarszczywszy szczecinowate brwi, bacznie spojrzał na niego.

– Pełno jest urzędników Polaków zajmujących najwybitniejsze stanowiska – ciągnął dalej Nowosilcow, niezrażony zmarszczeniem brwi Księcia. – Będą chcieli zreformować Polskę na swój sposób... Mają też licznych krewnych poza stolicą, czują i myślą czuciem i myślą całego narodu...

Książę nic nie rzeki, począł się tylko przechadzać po wielkim salonie.

Zachęcony tym milczeniem zacny doradca mówił dalej:

– Na miłujących najjaśniejszego pana należy zwracać uwagę na wszystko.

W. Książę stanął i wpatrzył się badawczo w mówiącego, potem rzucił:

– Tak, tak!

– Jakże się cieszę, że podjąłem myśl jego cesarzewiczowskiej mości! – rzekł Nowosilcow.

– Tak, tak! Ja już dawno o tym myślałem – przyświadczył książę.

Zacny doradca chytrze się uśmiechnął i mówił:

– Jego cesarzewiczowskiej mości nie wypada się takimi sprawami zajmować, ale jeżeli jego cesarzewiczowska mość pozwoli, wyłożę mu mój program.

– No?! – rzucił znów książę i wpatrzył się bystro w doradcę.

Ten ciągnął dalej:

– Trzeba zorganizować sekretną policję – policję naturalnie dobrze płatną, o której istnieniu prócz jego książęcej mości i mnie nikt wiedzieć nie będzie. Policja ta nie tylko w stolicy, ale w całym kraju Polski i Litwy działać powinna. Powinna pod jakimkolwiek bądź pozorem wchodzić do każdego domu na wsi i w mieście, wiedzieć nie tylko, co się tam dzieje, co mówią, ale co myślą...

– Tak, tak! – przyświadczył Książę, chodząc w zamyśleniu.

A Nowosilcow, uśmiechając się, mówił:

– Każdemu też z tych dygnitarzy Polaków trzeba dodać anioła stróża: ci najwięcej mogą spiskować.

– Ech, ci zadowoleni z urzędów są najpewniejsi – odrzekł książę.

– Ale nie zawadzi, nie zawadzi – dodał, dając znać, że posłuchanie skończone.

Nowosilcow po niskim ukłonie zniknął.

Niewzywany, nie pokazywał się nawet dni kilka.

Mając zezwolenie księcia, utworzył zaraz sekretną policję.

Rekrutował ją już od dawna z szumowin społeczeństwa. Byli to oszuści, złodzieje, drobni nieuczciwi handlarze itp. Na ich czele byli usunięci z pułków oficerowie: Holender, Vander, Not, Kampen i porucznik Szlej.

Najważniejszym wszakże był fryzjer Makrut.

Ten wielką odgrywał rolę. Wzywany do czesania dam, umiał wyciągnąć z każdej wizyty to, co chciał. Modnym był, do jego atelier schodzili się wszyscy. Otoczony takimi pracownikami, Nowosilcow mógł się pochwalić. Myślał też sobie o W. Księciu:

– Ani wie, że on sam podlegać będzie mojej kontroli.

1 Obraz W. Ks. Konstantego wzięty z ówczesnych pamiętników.

2 Prawdziwe, z opowiadań naocznego świadka.