Na strażnicy - Natalia Korwin-Szymanowska - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 355 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Na strażnicy - Natalia Korwin-Szymanowska

Natalia Korwin-Szymanowska (1858–1922), z domu Krzyżanowska, to pisarka i tłumaczka, publikująca często pod pseudonimem Anatol Krzyżanowski. Była autorką licznych artykułów publicystycznych w prasie warszawskiej, a także tekstów dotyczących polskich wydarzeń literackich w czasopismach angielskich i francuskich. Jej twórczość literacka cieszyła się swego czasu niezwykłą popularnością, np. nowele „W więzach” czy powieści „Dwa prądy”, „Pasierby”, „Ogniwa”. Obecne wydanie zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Na strażnicy - Natalia Korwin-Szymanowska

Fragment ebooka Na strażnicy - Natalia Korwin-Szymanowska






Spis treści

  1. TOM I
  2. ROZDZIAŁ I
  3. ROZDZIAŁ II
  4. ROZDZIAŁ III
  5. ROZDZIAŁ IV
  6. ROZDZIAŁ V
  7. ROZDZIAŁ VI
  8. ROZDZIAŁ VII
  9. ROZDZIAŁ VIII
  10. ROZDZIAŁ IX
  11. ROZDZIAŁ X
  12. TOM II
  13. ROZDZIAŁ I
  14. ROZDZIAŁ II
  15. ROZDZIAŁ III
  16. ROZDZIAŁ IV
  17. ROZDZIAŁ V
  18. ROZDZIAŁ VI
  19. ROZDZIAŁ VII
  20. ROZDZIAŁ VIII
  21. ROZDZIAŁ IX
  22. KOLOFON

TOM I


ROZDZIAŁ I

– Za wiele kwiatów! Za wiele kwiatów!... – zabrzmiał wśród ciszy głos męski, swobodą i siłą dźwięczący.

Pani Anna Dowburt-Koniecka odwróciła się żywo. W lewej dłoni trzymała dużą łodygę bzu białego, w prawej pęk róż szkarłatnych. Postać jej wysoka, szczupła, w jasną, powiewną suknię ubrana, wyglądała sama, na tle wielkich, rączką jej układanych bukietów, jak wysmukła lilia biała. Odbita w olbrzymim zwierciadle, ujętym w stylowe ramy, a powtórzona przez takież zwierciadło po drugiej stronie, przez kryształową szybę zawieszoną nad niskim kominkiem, postać ta z aureolą złotych włosów u czoła, podawana przez jedno lustro drugiemu, mnożona w nieskończoność, a zawsze podobna do jakiegoś mistycznego, żyjącego kwiatu, zdawała się zaludniać sobowtórami swymi rozległą przestrzeń ponurego nieco salonu.

Uderzony tym mimowolnym zjawiskiem, wynikłem po prostu z łamania się pod pewnym kątem światła w zwierciadłach, a jednak czyniącym magiczne wrażenie – Adam Orzelski stał z podziwem u progu. Przed nim, na ciężkich kolumnach wsparty roztaczał się wielki salon staroświeckiego pałacu. Jedna ściana, zwierciadłami wyłożona, rozszerzała go jeszcze na pozór, odbijając meble z karmazynowego jedwabiu, oprawnego w drzewo białe ze złotem. Na pierwszy rzut oka, całość ta czyniła wrażenie imponujące. Kto się jednak raz oswoił z półcieniem, rzucanym przez grube draperie u okien, kto w tym półświetle zaczynał rozróżniać drobne szczegóły, ten musiał spostrzec, że na poważnych sprzętach w stylu Ludwika XV znać było silnie ząb czasu, oraz że wspaniałe weneckie zwierciadła roiły się szczerbami i plamami, z wilgoci zapewne powstałymi. Nad wspaniałością tą przesunęły się dziesiątki lat, a przedtem niejednemu zapewne służyła ona pokoleniu. Pomimo tego harmonijna zawsze, wraz ze swymi kryształowymi pająkami i obrazami, najlepszego pędzla, w zwierciadłach odbijanymi, zdawała się patrzeć z dumą patrycjusza na drobne, nowomodne sprzęty, jakimi zastąpiono w paru miejscach steranych inwalidów przeszłości.

Adam Orzelski znał jednak zbyt dobrze dzieje i wygląd tego salonu, aby w tej chwili zastanawiać się nad niemi. Czarne, błyszczące jego oczy przykute były z podziwem do gry światła, która powtarzając wykwintną sylwetkę niewieścią, zdawała się zaludniać nią tajemniczo te puste, jakby pleśnią wieków trącące ściany.

Kobieta chciała postąpić naprzeciw niego.

– O, proszę, nie ruszaj się pani! – zawołał. – Nie rozwiewaj ułudy. Przed sekundą doznałem silnego olśnienia. Ze wszystkich zakątków tego salonu zwracał się ku mnie obraz twój, z różami w ręku, z pytaniem na ustach, a zagadką w oczach. Każde nowe odbicie było eteryczniejszym, bardziej tajemniczym, przejrzystym nieledwie. Nieświadomy mógłby wobec czarów podobnych zmysły stracić. Mnie dały one chwilkę rozkosznego złudzenia.

Pani Anna zapłoniła się aż po granice złotych swych włosów.

– Nie wiedziałam, że stoję w owym magicznym punkcie – wyrzekła, odsuwając się żywo od zwierciadła. – Przepraszam, jeżeli przestraszyłam pana. Wrażeniu winien ten półcień nieznośny – dodała i, przysunąwszy się do okna, podniosła szybko storę.

Stanęli teraz naprzeciw siebie, jasnym światłem oblani. Wysmukła, więcej arystokratyczna niż piękna, pani Anna Koniecka, wyciągnęła spokojnie dłoń ku przybyłemu. Orzelski rączkę tę ujął i zatrzymując w swoich, mówił z właściwym mu ogniem:

– Idealnie, uroczo wyglądała pani przed chwilą. Przelotna łuna rumieńca zaróżowiła znów lica kobiety.

– Ale nie wyglądam już teraz – odparła żartobliwie. – Najlepszy to dowód, iż ów obraz eteryczny był zasługą nie moją, lecz umiejętnego rozmieszczenia zwierciadeł. Właściwości i sztuczki tego salonu zna pan przecież od dawna.

– Ja i panią znam od dawna – przyznał, nie spuszczając oczu z delikatnych jej rysów – a jednak po raz pierwszy widzę, aby śmielsze słowo wywoływało falę purpury na twe lica.

– Dowodzi to tylko, że nie przywykłam do komplementów z ust pańskich.

Orzelski rączkę jej, trzymaną dotąd w dłoniach, serdecznie do ust podniósł.

– Wszak to przywilej, do którego mam pełne prawo. Jeżeli go nie używam, stwierdzam tym jedynie, że pani jesteś dla mnie w ogóle jakąś niezwykłą doskonałością, do której nie godzi się zbliżać z banalnymi słowami.

Jasne czoło młodej kobiety zasępiło się nieco.

– Ja, doskonałością? – powtórzyła z cicha. – Ja, która nie robię nic z tego, co bym czynić powinna, ja, która dziwnie bierną się stałam...

– Promień jest również biernym wysłannikiem słońca, a jednak daje ciepło i życie, nieci światło dokoła. Otóż pani jesteś w Koniecpolu takim wielkim, ożywczym promieniem miłości. Najszlachetniejsze to na świecie ognisko; bez niego i bez podobnych pani jasnych promyków, czymże stałby się wasz pałac odwieczny? Pobielanym grobem. Tymczasem, dzięki pani, stanowi on nie tylko dla męża twego i dzieci, lecz dla nas wszystkich, źródło ciepła i uroczą wśród prozy życia oazę.

Mówił z czcią serdeczną i głębokim przekonaniem, jak gdyby chciał rozpędzić lekką chmurkę, która zasępiała od pewnego czasu pogodne, piękne jej oczy.

Na wzmiankę o mężu, o dzieciach, twarz pani Anny zajaśniała wyrazem dumy i rozrzewnienia.

– Być dobrą, gdy się jest szczęśliwą, to tak łatwo – odparła z zapałem. – Ale – dodała z wahaniem, spowiadając się jakby przed starym przyjacielem – wszak obowiązkiem jest nie zasklepiać się w osobistej radości, lecz sięgać okiem dalej, dla szczęścia tych właśnie, których kochamy.

Orzelski snadź wiedział o czym mówi, bo rączkę jej znów serdecznie do ust podniósł.

– Obowiązkiem dobroczynnego promienia – mówił żartobliwie – jest świecić zawsze, roztaczając jasność i ciepło dokoła. Obowiązkiem zaś naszym, wyzyskać rozkosz każdej chwili i z każdej słodycz całą wyciągnąć. Otóż, o ile wiem, promieniowi przybywa dziś nowe źródło siły, a tymczasem, uroczy przed chwilą, rozszczepiony na dziesiątki promyków, a w każdym z kwiatami zbratany, zaczyna on obecnie, zupełnie nie w porę, filozofować, zamiast cieszyć się tylko i cieszyć...

Młoda kobieta zaśmiała się tym razem szczerze.

– Prawda – przyznała. – Niewdzięczną byłam przed chwilą. Wszak to dziś dzień bardzo dla mnie radosny. Miła będzie tu za godzinę.

– I dla niej rozrzuciłaś pani w salonie istną powódź kwiatów?

– O, nie tylko w salonie. Zapełniłam nimi całe mieszkanie. Miła, jako artystka, musi lubić wszystko, co piękne; a przy tym chciałabym złagodzić zbyt poważne wrażenie, jakie siedziba nasza czyni na każdym z początku.

– To właśnie nadaje jej urok odrębny.

– Tak, dla mnie, może dla pana. Pałac jednak za długo był opuszczonym, aby cecha ta nie raziła artystki, wracającej prosto z metropolii świata. I dlatego kwiaty.

– Sądzisz pani, że panna Miła będzie z nich zadowolona?

– Rzecz prosta, wszak to dusza na wszelkie piękno wrażliwa.

– Eh, jestem trochę sceptykiem. Panie artystki i autorki tyle wrażliwości kładą w swe dzieła, iż w życiu muszą patrzeć na całą dziedzinę uczuć z pewnym lekceważeniem, muszą być oschłe z konieczności.

Stali w tej chwili, wsparci o balustradę wielkiej loggii, wychodzącej z salonu na park wspaniały, ciemny, wiekowymi napełniony drzewami. Pani Anna Koniecka spojrzała z wyrzutem na mówiącego.

– Dlaczego pan ma z góry jakieś uprzedzenia do mojej siostry?

– Uprzedzenia? Nie. Ale przyznaję, nie lubię sław niewieścich i emancypantek.

– Dziękuję! Przecież i mnie podobno na emancypantkę kształcono.

– Och, pani jesteś zupełnie czymś odrębnym, czymś a part. Jesteś, jak powiedziałem, uosobieniem zalet kobiecych, jasnym promykiem, zesłanym na ziemię przez wszechpotężne bóstwo miłości.

W tej chwili, z pośród grupy drzew ciemnych, wysunęła się malownicza para: o n mógł mieć lat cztery lub pięć najwyżej, ona o rok zapewne była młodsza. Ubrani w białe sukienki, wypadli z rozkosznym śmieszkiem na trawnik, goniąc jasnego, jak oni, motyla. Na próżno podążająca za niemi bona zachęcała do ostrożności. Zabawa rozogniła im buzie, zapał skrzył się w błyszczących oczach.

Oblicze pani Anny Dowburt-Konieckiej zabłysnęło nadzwyczajną radością. Nie dając odpowiedzi towarzyszowi, zbiegła szybko po schodach, aby, uklęknąwszy na murawie, chwycić rozigraną dwójkę w objęcia.

Adam Orzelski nie poszedł za nią, lecz wsparty o kamienny parapet patrzył z zajęciem na ten śliczny obrazek, odcinający się żywo od szmaragdu murawy, od ciemnej zieleni wiekowych lip i dębów. W wyrazistych, czarnych jego oczach błyszczał podziw i rozrzewnienie zarazem. Znać było, że cała ta trójka nie tylko miłą, lecz drogą mu była, że budziła w jego duszy jakieś serdeczne, a poczciwe uczucia.

Chłopiec wyrwał się tymczasem matce i pobiegł za upragnionym motylem, dziewczynkę zaś ujęła pani Anna w ramiona i ze zdobyczą swą wracała zwolna ku Orzelskiemu.

Wysmukła jej postać zdawała się wyższą jeszcze, rysy delikatne, arystokratyczne, ożywione w tej chwili wyrazem rozradowania i szczęścia, jaśniały jakimś porywającym, duchowym urokiem. Dziecina zarzuciła jej rączki na szyję, tuląc płową swą główkę do gorętszych o ton jeden złotawych włosów matki.

Orzelski zapatrzony w grupę tę, wstępującą ku niemu po schodach, zawołał z mimowolnym zachwytem:

– Szkoda, że Zygmunt nie widzi pani w tej chwili.

– I owszem, nie tylko widzi, lecz podziwia – zabrzmiał obok głos silny, w drzwiach zaś salonu ukazał się szczupły, trzydziestokilkuletni mężczyzna, z ciemną, krótko przystrzyżoną brodą.

Uścisnął serdecznie rękę Orzelskiego, a schodząc o kilka schodów, objął ramieniem kibić młodej kobiety, przyciągając całą jej postać wraz z dzieckiem ku sobie.

– Dlaczego ją nosisz, Aniu? Za ciężka jest na twe siły – mówił, całując czoło żony i główkę dzieciny.

Złączeni tak we troje, ta jasna, złotowłosa kobieta, tulona wraz z dzieckiem, pięknem jak cherubin, do opiekuńczej piersi męża i ojca, stanowili porywający obraz cichego, rodzinnego szczęścia. Wytworna sylwetka dorodnego, ciemnowłosego mężczyzny, którego rysy piękne i ruchy dumne zdawały się wskazywać pochodzenie od długiego szeregu pokoleń, przywykłych do rozkazywania, harmonizowała doskonale z wykwintnym wdziękiem pani Anny. Ugrupowani na schodach starowłoskiej loggii pałacowej, na tle ciemnych drzew odwiecznego parku, stanowić mogli żywą ilustrację do rozkosznego poematu życia, prześnionego w ramach tej feudalnej siedziby.

– Jakkolwiek patrzę na was z podziwem artysty a życzliwością przyjaciela, jednakże nie przeciągajcie sytuacji – żartował Orzelski. – Po co budzić zazdrość w sercu zwykłego śmiertelnika widokiem boskich rozkoszy.

– Ożeń się, a wrota takiego samego raju otwarte dla ciebie zostaną – odparł tymże tonem Zygmunt Koniecki.

– Ba, niby to bogowie dają każdemu żonę, jak anioł, dobrą i taki pałac w dodatku.

– Wraz z bluszczami do zasłonięcia szczerb w ścianach – dorzucił pan domu sarkastycznie.

– Ależ bez szczerb tych Koniecpol nie miałby dla nas żadnej wartości, nie byłby siedzibą twoich przodków, kolebką najświętszych tradycji.

– I grobem ich zarazem – dorzucił Koniecki z tym samym ironicznym odcieniem.

– Grobem czego? Tradycji czy przodków? – podjął Orzelski, ze wzrokiem badawczo w przyjaciela utkwionym.

– Jednym już jest, a drugim stać się może.

Stali teraz razem pod sklepieniem loggii o parapet jej wsparci. Pomimo jednak cudownego widoku, roztaczającego się dokoła, cień jakiś padł na wszystkich. Rzuciły go słowa Zygmunta i wyraz tępego zniechęcenia, odbity w pięknych jego rysach. Chcąc wrażenie to rozprószyć, pani Anna popchnęła lekko ku mężowi biało ubranego cherubinka.

Dziewczynka rozpromieniona, a śliczna jak marzenie, obie ku niemu wyciągnęła rączki, gdy wtem, zdradliwa szpara, pochwyciwszy jej bucik, odebrała równowagę maleństwu i pociągnęła je ku kamiennym taflom posadzki.

Dziecko nie zapłakało nawet, Zygmunt Koniecki pochylił się bowiem szybko i podniósł córeczkę w ramionach. Rysy jego wszakże wyrażały nie troskliwość, lecz pewne zniecierpliwienie.

– Ostrożnie, Szczęsno – strofował, a zwracając się do Orzelskiego, dodał żartobliwie, z wyraźnym jednak odcieniem goryczy:

– Szkoda, że szczerb w podłodze nie można także bluszczem opleść. Mniej byłyby widoczne, a przy tym nie groziłyby złamaniem nogi dziecku.

– Dlaczego nie każesz ich naprawić?

– To nie dwór wiejski, gdzie kilka desek złemu zaradzi. Na marmury zaś i mozaiki nie stać mnie dotąd.

Zamilkli. Dziecina bawiła się zerwanym kwiatem, na starszych zaś padł znów cień smutku czy zniechęcenia, wiejący ze słów pana domu. Regularne, piękne jego rysy pokrywała jakaś maska apatii, dokoła ust krążył wyraz goryczy i znużenia.

W śledzących go oczach pani Anny niepokój i smutek błysnęły z kolei.

– Zmęczony jesteś, biedaku – mówiła, dotykając łagodnie ramienia męża. – Trzeba ci się oderwać na czas jakiś.

– Od siebie samego chyba – żartował z przymusem.

– Nie, od nas wszystkich i od zwykłych twych zajęć – poprawiła słodko. – Nowe horyzonty, nowe światy zdwajają później siły do trudów codziennych.

– Niechże pani nie rozpieszcza Zygmunta – przerwał Orzelski w tej chwili. – W naszym wieku mówić o odpoczynku, toż wstyd nieledwie. Nie wyczerpuje nas wir wielkiego miasta, nie palą na popiół wewnętrzne walki i szamotania. Przeciwnie: obcowanie z przyrodą daje zdrowie, spokój i swobodę. A że gospodarowanie w dzisiejszych warunkach do rozkoszy nie należy, to trudno; każde istnienie i każdy zawód musi mieć swe ciernie. Inaczej wegetowalibyśmy, lecz nie żyli. Ot, Zygmunta poirytowało coś w gospodarstwie; po cóż jednak brać zaraz tragicznie chwilowe jego zniechęcenie? Jeżeli chodzi o nowy żywioł i rozrywkę, przybywa nam siostra pani. Proponuję: chodźmy na spotkanie przesławnej artystki.

– Niepoprawny – szepnęła pani Anna, grożąc mu lekko paluszkiem. – Znów ton drwiący.

– Broń Boże! Po prostu mówię „przesławna”, bo naczytałem się tyle o tryumfach jej, genialnym talencie, nagrodach i medalach, że nie umiem, w zastosowaniu do siostry pani, innego użyć przymiotnika.

– Szczęsna, powiedz „czarnemu panu”, że jest niedobry – mówiła pani Koniecka, przyciągając ku sobie dziewczynkę.

– Bo „czarny pan” lubi tylko białe kontrasty – zaśmiał się szczerze Orzelski. – I dlatego – dodał ciszej – drażni mnie przyjazd panny Sławińskiej. Tak nam tu dobrze było razem, a teraz atmosfera Paryża wszystko zmieni. Zaczynam być zazdrosny o tę sławę bulwarów.

– Miła jest moją siostrą...

– A, prawda. Przepraszam. Chodźmy więc na spotkanie gwiazdy i siostry zarazem.

– Znów?

– Nie. Promyk musi mieć przecież za siostrę gwiazdę. To rzecz prosta.

Roześmiali się oboje. W galanterii tej, prócz serdecznego, przyjaznego uczucia, nie było cienia zalotności lub kokieterii. Czarne oczy Orzelskiego patrzyły ze szczerą życzliwością na młodą kobietę; jasne, pogodne jej źrenice podnosiły się ku niemu z ufnością i prostotą.

– Chodźmy.

Zygmunt Koniecki, wsparty nieruchomo o parapet i zapatrzony w głąb parku, zbudził się w tej chwili z zadumy.

– Och, iść na ten upał, rzecz zbyteczna – zaprzeczył. – Ojciec twój, Aniu, nie mógłby i tak wracać z nami piechotą, a w powozie zbrakłoby miejsca dla wszystkich.

– Pan Sławiński pojechał na stację?

– Tak. Sześć lat nie widział córki, pierwsze więc chwile jemu się należały i dlatego ja zostałam – dodała pani Anna smutnie. – Miałam wielką ochotę powitać Miłę także na dworcu kolejowym, ale Zygmunt wolał, abym ją czekała tutaj wraz z nim, wśród dzieci i mego królestwa.

Wsunęła rączkę pod ramię męża, tuląc się do niego pieszczotliwie.

– Aniu! Aniu! – rozległ się w tej chwili głos młodzieńczy, radością i oczekiwaniem tchnący.

Wszyscy troje odwrócili się żywo.

Na dole, wśród grupy drzew odwiecznych, wsparta o ramię siwowłosego starca, szła żywo młoda kobieta. Ujrzawszy ją, pani Anna jak strzała zbiegła ze schodów, a po chwili obie padły sobie w ramiona.

Zygmunt Koniecki, wziąwszy na ręce złotowłosą swą córeczkę, podążył wraz z Orzelskim za żoną.

U stóp loggii siostry stały wciąż w długim, gorącym złączone uścisku. Obok nich starzec wysoki, barczysty, przybrany w czarny, szamerowany surdut, obcierał dłonią dwie łzy, spływające mu na wąs siwy.

– Miła, dosyć, dosyć już – wołał, jak gdyby w obawie, że dla niego nie starczy pocałunków.

Odsunęła lekko siostrę.

– Czekaj, Aniu, niech ci się przypatrzę – prosiła.

Stanęły oko w oko.

– Jakaś ty piękna! – ze zdumieniem wymówiły usta pani Konieckiej.

Wysmukła, wysoka, o kruczych włosach i wielkich, jak gwiazdy promiennych, a jak aksamit czarnych oczach, panna Miła Sławińska piękną była w istocie. Cerę matową ożywiały karminowe usta, rysy delikatne, o doskonałej czystości linii, rozpromieniało spojrzenie prześlicznych źrenic, ujętych w ciemną oprawę rzęs długich i brwi, przepysznie zarysowanych. Piękną była klasycznym a dumnym profilem greckiej bogini, piękna myślą poważną, jaśniejącą na białym czole, piękna majestatem prostoty i wdzięku, jakim promieniała postać jej cała. Gorący koloryt południa podnosił jeszcze urodę tę, czyniąc z niej zjawisko imponujące; w czarnych oczach palił się płomień łagodny, przez łzy w tej chwili błyszczący.

– Jakaś ty piękna! – powtórzyła pani Anna z podziwem i zabobonną trwogą.

– I ja w tej majestatycznej pani nie poznałabym dawnej mojej Anny. Ale gdzież twój mąż?

Zygmunt Koniecki zamiast siebie, wysunął naprzód małą swą córeczkę.

– Szczęsna, przywitaj ciocię! – wyrzekł uprzejmie.

Przybyła cofnęła się mimo woli.

– Jeszcze Szczęsna? – wybiegło na jej usta.

– Tak. Ania imię to dla niej wybrała.

Piękna kobieta zarumieniła się, jakby żałując słów wyrzeczonych i pochyliwszy się nad dzieckiem, ucałowała je szczerze, po czym wyprostowana, wyciągnęła rękę ku szwagrowi.

Stali naprzeciw siebie, patrząc, on z podziwem, ona z serdeczną życzliwością. Ani badawcze spojrzenie Orzelskiego, ani rozrzewnione źrenice pani Anny nie mogłyby tu innych uczuć wyśledzić. Zdawało się, że spotykają się po raz pierwszy w życiu.

– Nie byłabym poznała pana – zabrzmiał czysty, przedziwny głos Miły.

– Nic dziwnego, po tylu latach... Życie zmienia nas wszystkich. Jednym koronę rozkwitu i wieńce sławy – tu pochylił się w ukłonie – drugim włos siwy przynosi.

I, jakby nie chcąc zatrzymywać się nad tą aluzją do paru nitek srebrnych, wijących się na własnej skroni, zmienił ton nagle:

– Pani pozwoli sobie przedstawić Adama Orzelskiego, towarzysza mych lat młodzieńczych i przyjaciela, dziś najbliższego sąsiada zarazem.

– Widzisz, Miło – wtrąciła pani Anna – pan Adam przybył umyślnie, aby cię powitać.

– Na wstępie więc zaciągnęłam dług wdzięczności względem pana – mówiła piękna panna, wyciągając rękę. – Czymże go spłacę?

– Jednym uśmiechem – odparł z gorącym błyskiem w oczach. – Dzieląc uroczystość rodzinną mego serdecznego druha, Zygmunta, nie marzyłem nawet o takiej nagrodzie.

Miła rzuciła mu przeciągłe spojrzenie. W tejże jednak chwili, Anna, którą te ceremonie powitania oddalały od siostry, otoczyła kibić jej ramieniem, pytając:

– Dlaczego, najdroższa, przyszliście przez ogród? Ja tak dom cały przybrałam, tak chciałam przybyciu twemu najuroczystsze nadać cechy.

– Ujrzawszy przejście przez park, prosiła, że woli was zaskoczyć znienacka – tłumaczył pan Sławiński.

– Skusił mnie widok pięknej tej siedziby. Chciałam i was ujrzeć i z nią zapoznać się co prędzej.

Lecz starzec, nie zwracając uwagi na jej słowa, a wzruszeniem i wspomnieniami opanowany, mówił z rozrzewnieniem:

– Miło, czy pamiętasz pierwszy wasz powrót razem z Anią do domu? Wtenczas żyła jeszcze matka twoja... Witaliśmy dzieci nasze razem na progu...

– A za nimi, za rodzicami, stałeś, dziwnym zbiegiem okoliczności, ty Zygmuncie, w którym nie przeczuwałam nawet późniejszego mego pana – wtrąciła Ania, przysuwając się żywo do męża.

Wzrok Zygmunta i Miły spotkał się w tej chwili. Oczy ich budziły widocznie jakieś uśpione wspomnienia, sprzeczne z zaszłymi później faktami, bo, niby przed upiorem, cofnęli się oboje. Miła, spuściwszy długie rzęsy, przytuliła się, jakby do twierdzy obronnej, do szerokiej piersi sędziwego ojca; Anna oparła rękę o biernie zwieszone ramię męża. I tak ugrupowane stały obok siebie, niby dwa ogniwa jednej rodziny, z których każde jednak miało już dziś osobny łańcuch utworzyć. Ku Ani ruchem pieszczotliwym przysunęło się jej dziecko. Miłę śledziły badawczo i poważnie czarne oczy Orzelskiego. Czuł on, iż ponad zebranymi przebiegło w tej chwili widmo jakiegoś dawnego dramatu.

– Widmo? – Wzruszył niewidocznie ramionami. – Co za przewidzenie!... Czyżby w starych siedzibach miały zawsze pokutować upiory? Duchy zmarłych istot lub zmarłych, popiołami przysypanych uczuć?


ROZDZIAŁ II

Nazajutrz pałac w Koniecpolu głęboka otoczyła cisza. Spokój ten, martwy nieco, właściwym był starej rezydencji. Obszerne bowiem komnaty jej i park rozległy, zdawały się stworzone dla licznego orszaku dworzan lub gości, którzy by tu gwar i życie niecili dokoła. Możni niegdyś Dowburtowie-Konieccy, połączywszy dwa ogólnie szanowane nazwiska, a zarazem fortuny dwóch wygasających rodów, panowali niepodzielnie dalszej i bliższej okolicy, ogniskując w murach tych ruch rozległego województwa, któremu władcy na Koniecpolu przewodniczyli we wszystkich ważniejszych chwilach publicznego życia. To stanowisko wybitne, historycznymi tradycjami wzmocnione, nadając im pewną powagę moralną w obywatelstwie, czyniło ściany koniecpolskiego pałacu zbyt ciasnymi jeszcze dla dawnych ich panów. Roiło się tu bowiem zawsze od licznej drużyny ziemian, którzy skupiając się w ważnych dla siebie lub dla ogółu chwilach około najstarszego z Dowburtów-Konieckich, zwykli go za głowę swą uważać.

I byli Konieccy tą głową młodszej braci, byli duszą jej czynów i postanowień pełnych zapału, szlachetnych a ofiarnych, aż fatum dziejowe wytrąciło im z dłoni sztandar ukochany. Majątek, rzucany na cele idealne, stopniał szybko; obszerny też szmat ziemi, który uważali za własność nie osobistą, lecz ogólną, za depozyt święty, przeszedł wraz z pięknym Koniecpolem w obce ręce. Równocześnie druga już linia Dowburtów-Konieckich ginęła przedwcześnie tak, iż z całego rodu pozostał tylko pan Andrzej Dowburt, pułkownikiem Dowburtem inaczej zwany i maleńki sierotka, syn po bracie jego, który z ryzykownej wyprawy do domu żyw nie wrócił.

Gdy smutny rozbitek, przeżywszy chwile bólów i zawodów, rozejrzał się po horyzoncie, z dawnych wpływów i potęgi jego rodziny nie pozostawało nic, nic, prócz owego wątłego sierotki i parowłókowego od całości dóbr oderwanego folwarczku. Zbrojny w wiedzę gruntowną i rozległe stosunki, mógł on rzucić okruchy te, by dzięki nazwisku i koligacjom szukać w świecie fortuny. Pan Andrzej jednak należał do fanatyków idei i fanatyków tradycji. Wobec głębokiej miłości rodzinnego gniazda, wobec czci dla niego, do kultu istnego dochodzącej, znał on tylko jedno pragnienie, jedną myśl przewodnią: odzyskać groby ojców, odbudować wpływ ich i posłannictwo. Że myśl ta życie mu pochłonie, a w zamian osobiście żadnych nie przyniesie korzyści, wiedział o tym doskonale. Ale tam, u stóp jego, tuliło się chłopię drobne, krew z krwi Konieckich, kość z kości Dowburtów, miał więc dla kogo pracować, miał komu przekazać ideę dumy rodowej i posłannictwa, z jakim od wieków zrośli się ich przodkowie. On, pułkownik Dowburt gmach odbuduje i położy podwalinę nowej przyszłości, a dziecię to, a Zygmunt, przez niego wychowany, wróciwszy do gniazda praojców, przywróci mu sławę świetność i dokona moralnej części dzieła.

Takim był program jego życia, zawodny, jak wszelkie ludzkie nadzieje. Co mogła w nim zdziałać żelazna wola nowoczesnego stoika, to dokonanym zostało. Z zaparciem się własnych potrzeb i własnego szczęścia, z nadludzką energią i wytrwałością w pracy doszedł pułkownik Dowburt do zamierzonego celu. Czcią i szacunkiem otaczany, legendowy nieledwie w nieskazitelnej swej prostocie, doczekał on u schyłku dni spełnienia najgorętszych swych marzeń. Twardym mozołem lat kilkudziesięciu, wyrzeczeniem się wszystkiego w imię jednej, promiennej idei, danym mu było zebrać tyle, iż mógł nareszcie odzyskać groby ojców, odkupić z rąk handlarskich Koniecpol. I już, już zdawało się, że dobiega kresu marzeń wraz z kresem życia, że sędziwa jego starość opromienioną zostanie spełnieniem wszystkich nadziei, gdy wtem, rzecz najmniej w rachubach starca przewidziana zniweczyła poniekąd jego plany.

Przybrany syn i wychowaniec, Zygmunt Koniecki, który dotąd zwoził tylko stryjowi dyplomy i medale, wróciwszy do domu po ukończeniu akademii agronomicznej w Niemczech, okazał charakter nielicujący z ciężkim zadaniem, jakie mu na barki kładziono. Spadkobierca moralny i majątkowy starca tego, wykutego ze spiżu dawnych pokoleń, opancerzonego jednym, wielkim a świętym uczuciem, które mu mocą swoją świat cały zastępowało, Zygmunt przeciwstawiał tej postaci, potężnym ożywionej duchem, miękki charakter marzyciela, jakąś wewnętrzną trawionego tęsknotą.

Szlachetny, wrażliwy, miał on ten zapał, właściwy dzieciom naszego wieku i rasie naszej, zapał, który wybucha jak ogień słomiany i jak on szybko gaśnie. Poświęcić życie całe jakiejś idei abstrakcyjnej, celowi najdroższemu nawet, było dla niego dążeniem pięknem, lecz w rzeczywistości niedoścignionym.

Starzec widział to doskonale. Sądził wszakże, że szkopuł ów zostanie usuniętym z chwilą, gdy on sam, wszelkie obaliwszy zapory, odda Koniecpol odkupiony w ręce synowca. Wszak trud Syzyfa pokonanym już będzie, Zygmuntowi zaś, odziedziczającemu wielkopańską fortunę pradziadów, przypadnie tylko moralne zadanie odzyskania ich wpływu i zogniskowania na powrót w domu tym wszystkich szlachetnych a podniosłych usiłowań.

Do roli takiej wydawał on się nawet Dowburtowi wyjątkowo podatnym. Przystojny, wykwintny, starannie wychowany i gruntownie wykształcony, mógł przecież, jako nieodrodny syn swojej epoki, jej prądów, pragnień i przekonań, lepiej zrozumieć się z przedstawicielami nowszego pokolenia. Sędziwy pułkownik czuł, że on sam nie pojmuje ich niejednokrotnie, że już nie istnieje ta nić złota, która łączyła go z ich ojcami. Między obecnymi przewodnikami obywatelstwa a nim utworzyła się przepaść co do zapatrywań. Starzec jednak na filozoficznych dziełach zaprawiony, a do samoistnego przyuczony sądu, nie zasklepiał się w rutynowych poglądach i nie potępiał młodszych od siebie. Wierzył w ich serca i charaktery, lecz czuł równocześnie, że wychowaniec podobnych prądów i zasad lepiej do serc tych przemówić potrafi.

Z ufnością więc marzył o chwili, w której odda wielką fortuną i całe posłannictwo w ręce Zygmunta, gdy wtem niespodziewane wypadki pokrzyżowały jego plany.

Prezes Zaliwski, u którego Dowburt umieścił schedę Zygmunta i znaczną część własnego, krwawo zapracowanego kapitału, zachwiał się nagle w interesach. Chcąc uratować tę sumę, należało wystąpić z energiczną akcją sądową. Zygmunt jednak, poznawszy w tych niezwykłych okolicznościach Szczękną Zaliwską, córkę dłużnika swego, nie tylko wstrzymał kroki egzekucyjne, lecz nawet złożył u stóp jej przyszłość swą i imię. Niestety, uczucie to silne, poważne, nie miało przynieść szczęścia młodemu jego życiu. W rok niespełna Zaliwscy skończyli ostatecznym bankructwem, które nie tylko pochłonęło schedę Zygmunta, lecz kazało mu w tragiczny sposób utracić narzeczoną.

Ten cios podwójny złamał młodą jego duszę, trując ją jadem pesymizmu i goryczy. Pułkownik Dowburt umiał uszanować głęboką i rzeczywistą boleść synowca. Od czasu wszakże nieszczęścia tego zaczął patrzeć na niego innymi oczyma. Miękkość i brak hartu w charakterze wychowańca dziś dopiero przedstawiły mu się w całej pełni. On, Dowburt, gdyby kochał tak głęboko narzeczoną, potrafiłby bronić miłości swej i ją uratować. Zygmunt zaś pozwolił, by na wątłe ramiona dziewczęcia włożono ciężar, który zgniótł je i zmiażdżył, a później, bezradny, dręczył się rozpaczą nad stratą ukochanej.

Charakterowi takiemu należało dać przeciwstawienie w sile ducha i równowadze umysłu. Pułkownik więc pozwolił synowcowi przetrawić pierwszą gorycz i ból pierwszy, po dwóch zaś latach, poświęconych pamięci Szczęsnej, poprosił, by osłodził steraną starość przybranego ojca, wprowadzając pod dach jego synową. Zygmunt, który czuł, jak niczym nie wywdzięczył się stryjowi za całe życie pracy ciężkiej, sobie poświęconej, zgodził się na myśl tę, tak jak zgodził się na wybór dzisiejszej swej żony, panny Anny Sławińskiej.

Znali się od dawna. Nie piękna, lecz urocza wrodzonym wdziękiem i dystynkcją, wyrastała ona ponad szablon zwykłych wiejskich panien. Na wychowanie jej dwa odrębne wpłynęły pierwiastki. Matka, kobieta wielkiej zacności i głębokiej wiary, cicha, skrzętna, mężowi i dzieciom tylko oddana, wpajała w Annę i Miłę wszystkie na wskroś niewieście przymioty, całą słodycz i szlachetność natur, które dla szczęścia innych żyć zwykły. Ojciec, umysł rzutki, świeży i nad wiek swój żywotny, a do obu córek namiętnie przywiązany, inne przed niemi otworzył horyzonty. Pozbawiony syna, chciał on widzieć w córkach te wszystkie zalety rozumu i serca, którymi byłby się chlubił w spadkobiercy nazwiska. Codzienne przykłady pouczyły go przy tym, że małżeństwo nie zawsze stanowi jedno wielkie panaceum szczęścia dla kobiety.

– Ojciec nie ma prawa robić różnicy między dziećmi – dowodził. – Dla niego to nie syn lub córka, lecz dusza młoda, powierzona jego pieczy, którą powinien kształcić tak, aby światu przyniosła maksimum dobra, sobie zaś zapewniła największą możliwie cząstkę, nie szczęścia nawet, bo to kruk biały, lecz spokoju i zadowolenia. Jeżeli będę wychowanie jej kierował tylko do małżeństwa, a ona później nie pójdzie za mąż, trafi źle lub owdowieje, to co zrobi ze swym życiem? Czy mam jej wytłumaczyć, że w jednym, jak drugim lub trzecim razie traci prawo do istnienia? Czy mam się zgodzić, by dziecko moje w tych warunkach przestało być odpowiedzialnym za siebie i użytecznym członkiem społeczeństwa? Nie, przenigdy! Dziewczynę należy wychować przede wszystkim jako jednostkę ludzką, tak, aby sobie we wszelkich warunkach życia samoistnie umiała dać radę; a później, jeżeli zechce, niech idzie za mąż. Ja jednak, jako ojciec, umrę spokojny, że poszła z własnego wyboru i z własnej woli, nie z konieczności, byle znaleźć opiekę, punkt oparcia lub kawałek chleba po prostu.

Nazywał to prawem moralnym, obowiązkiem obywatelskim, koniecznością. Przytaczając zaś mnóstwo przykładów, które potwierdzały jego zdanie, popierał je jeszcze faktem, iż majątku córkom zostawić nie może, bo Annopol, rodzinna ich scheda, nie dużym był folwarkiem. Wioseczka ta jednak, przy starannym gospodarstwie, mogła dać obu siostrom dobrobyt na całe życie. O tę gospodarkę właśnie, o zarząd ukochanym szmatem ziemi chodziło staremu panu Sławińskiemu. Gdy więc córki jego ukończyły zwykłą, staranną edukację, postanowił dać im specjalne wykształcenie. Wrodzone upodobania i zdolności rozstrzygnęły tu o kierunku. Złotowłosa, cicha i spokojna Anna oddała się studiom agronomicznym; obdarzona żywym temperamentem i artystycznymi dążeniami Miła, życie swe niepodzielnie poświęciła sztuce. Na wybór jej, oraz na długoletni pobyt w Paryżu bez wracania w progi rodzinne, wpłynęły poniekąd inne jeszcze przyczyny. Gdy obie siostry przyjechały po raz pierwszy z dyplomami zagranicznymi pod dach rodzicielski, zastały w najbliższym sąsiedztwie Zygmunta Dowburta-Konieckiego. Młody, przystojny, wykształcony, a należący do zaprzyjaźnionej ze Sławińskimi rodziny, stał on się w Annopolu gościem codziennym nieomal.

Wynik stosunku takiego łatwym był do przewidzenia. Ania, która dla towarzysza zabaw dziecięcych zawsze głębokie żywiła uczucie, dziś, opancerzywszy się dumą niewieścią, uczucie to wzrastające tak potrafiła ukryć na dnie duszy, że go najbliżsi nie spostrzegli nawet.

Miła, piękna, żywa jak iskra, wyzywająco zalotna, obrała sobie Zygmunta za cel nieustających pocisków kokieterii. Czy w tej igraszce z gorących spojrzeń, z olśniewających uśmiechów i cichych półsłówek złożonej, brało udział serce młodziutkiej i niedoświadczonej dziewczyny, któż na to mógł odpowiedzieć? Najmniej może Zygmunt, który pomimo podziwu dla pięknej Miły Sławińskiej, sam dał się głębszemu uczuciu gdzie indziej pociągnąć. Wieść o zaręczynach jego podziałała na obie siostry tak odrębnie, jak odrębnymi były ich charaktery. Miła, wabiąca zalotnie Zygmunta, a w miłości własnej dotknięta, rzuciła się ku wymarzonej wpierw sztuce i bezzwłocznie za granicę wyjechała. Anna, cicha, marzycielska, w przekonaniu, że tajemnicy jej nikt się nie domyślał, została na placu walki i – plac ten z czasem zdobyła. Szlachetność i opieka, jaką roztoczyła w chwili nieszczęścia nad narzeczoną Zygmunta, ujęły go do tego stopnia, że, straciwszy tamtą, wymarzoną, Annie później na życie całe rękę podał. Skłoniły go do tego i wdzięczność i wola sędziwego stryja i uznanie dla niepospolitych a rzeczywistych zalet kobiety. Reszty dokonały później: słodycz pani Anny, moc jej uczucia i takt przedziwny. Zygmunt Koniecki, znajdując w żonie miękki wdzięk niewieści, obok szlachetności charakteru i bardzo wykształconego umysłu, mając w niej towarzyszkę pracy i rozumną pomoc zarazem, przywiązał się głęboko do tej cichej i niepospolitej, a dziś nader drogiej mu istoty. Pan Bóg zresztą błogosławił wyjątkowo ich związkowi. Obdarzeni w dzień ślubu przez opiekuna i przybranego ojca Zygmunta darowizną Koniecpola, jako rodzinnego gniazda Dowburtów-Konieckich, które starzec dla nich odkupił, przenieśli się po dwóch latach, dla uczczenia narodzin syna, do tej starej kolebki rycerskich swych pradziadów i, mocni pracą, uczuciem, a silną wolą, otoczeni szacunkiem sąsiadów, dokładali sił wszelkich, by pańską, od niedawna uratowaną siedzibę praojców doprowadzić na powrót do stanu poprzedniej świetności.

Praca ich, krępowana nieco brakiem kapitału, rozwijała się jednak pomyślnie; dwoje dzieci rosło ślicznie na pociechę rodziców, małżeństwo ich uchodziło za związek wzorowy, a Zygmunt Koniecki zwykł się był żoną swą chlubić. Czyż więc w warunkach takich nie miała cieszyć się pani Anna powrotem siostry swej do kraju? Wspomnienie dawnego sentymentu Miły dla Zygmunta nie niepokoiło jej wcale. Znając ją, wiedziała, że był to po prostu kaprysik panieński, potrzeba hołdów, odczuwana przez każdą piękną kobietę, flirt uprawiany dla sportu, fantazja wreszcie, o której ona sama zapomniała od dawna. Przesycona powodzeniem, może nie odszukałaby nawet w pamięci względów, okazywanych niegdyś młodemu sąsiadowi. On zaś, on podziwiał w niej urodę, to rzecz naturalna; a że nie kochał jej, najlepiej stwierdzał fakt, że zaręczył się ówcześnie z inną, ożenił zaś z inną jeszcze i najlepszym był dla niej mężem.

Pani Anna więc, przeszłości pewna, o przyszłość spokojna, nie mogła się nacieszyć przyjazdem siostry. Tyle jej miała do opowiedzenia po kilku latach rozłąki, tylu nawzajem rzeczy dowiedzieć się chciała. Ukryte też obie w bocznym skrzydle przeznaczonym na mieszkanie dla Miły, stroiły salonik jej, na pracownię obrócony, masą szkiców, rysunków, studiów i obrazów, które sławna już dziś w świecie malarka przywiozła z sobą do kraju.

Każdy zaś artystyczny drobiazg, każde cacko, z zachwytem przez panią Annę oglądane, miało swe dzieje osobne, swoją historię, godną opowiedzenia. Z tym kartonem łączył się tryumf w akademii, tamten, robiony jeszcze w szkole Juliana, poprawionym był przez Roberta Fleury’ego, a wywołał odznaczenie i zawiść koleżanek.

Pani Anna Koniecka dotykała rzeczy tych z przejęciem i podziwem zarazem, a wiedziona wrodzonym smakiem i intuicją oraz dość wszechstronnym wykształceniem w rzeczach sztuki, umiała o każdym przedmiocie wydać sąd właściwy każdy umieścić tak, aby w najlepszym okazał się świetle. Pod czarodziejskim też wpływem skarbów tych salonik zaczynał się przeistaczać w oczach. Piękno i artyzm podawały sobie dłonie, by utworzyć otoczenie godne królewskiej urody Miły Sławińskiej.

Wtem, pani Anna, wyjmująca z otwartego kufra coraz nowe obrazki, natrafiła na mały portrecik siostry, robiony zaraz po przybyciu jej do Paryża.

– To ty, Mio?

Panna Sławińska, zajęta zarzucaniem niesfornej draperii na sztalugi, odwróciła przez ramię śliczną swą główkę ku siostrze.

– Tak, ja. Ale to pierwsza, więc bardzo niedołężna robota. Chowam ją tylko, jako „dokument”, świadczący o późniejszych postępach.

Z ram śmiało się pełnymi, malinowymi ustami dziewczę młodziutkie o cerze brzoskwini i wielkich, czarnych oczach, w których głębi paliła się jakaś myśl poważna, może zapowiedź rozwiniętego później wielkiego talentu, może iskra świętego zapału dla sztuki, lub tęsknoty za porzuconym wówczas krajem.

– Pamiętam cię taką przed sześciu laty – mówiła pani Anna, wpatrzona w portrecik. – Ale wtenczas i oczy twoje śmiały się także, gdy tu usta rozchylone są tylko. Pamiętam cię w tej samej nawet sukni. Zygmunt, oczarowany, nie odstępował cię ani na krok przez cały wieczór.

– Doprawdy? Nie przypominam sobie; widocznie chciał, aby hołdy te, odbiwszy się, rykoszetem do ciebie trafiły.

W głosie jej było tyle szczerości, iż pani Anna rozśmiała się mimo woli.

– Niestety, wszystkie jego myśli do niej, do Szczęsnej należały wówczas – dodała po chwili.

– I ty tak spokojnie mówisz o tym?

– Cóż chcesz, na fakty nie umiem zamykać oczu, o przeszłość zaś nie mogę być zazdrosną.

– Co się z nią stało w końcu?

– Z kim? Ze Szczęsną?

– Tak.

– Umarła, po kilkomiesięcznych cierpieniach.

– A on... czy zapomniał?

– Mój mąż? Zapewne; czas ma swoje prawa i zaciera bóle. Nie widywałam go zresztą wówczas, gdy zaś powrócił do nas, był już takim, jak dziś...

– Aaa...

– Czy i ty go znajdujesz zmienionym? – żywo podchwyciła pani Anna.

Miła, pożałowawszy okrzyku, układała już ze zwykłym spokojem nieposłuszne fałdy pluszowej draperii na sztalugach.

– Zmienionym? – podjęła. – Nie; spoważniał tylko. Naturalny to wynik wieku i stanowiska. Człowiek żonaty, ojciec rodziny musi się różnić od dawnego młodzieńca, pełnego wrażliwości i zapału.

– Powaga nie wyklucza zapału. Wyrzekają się go ci tylko, którzy popadli w zobojętnienie i apatię.

W spokojnym głosie pani Dowburt-Konieckiej brzmiał lekki odcień smutku. Słowa te, jakby dla siebie wyrzeczone, wybiegły snadź bezwiednie na jej usta, stwierdzając fakt, który musiał od dawna zajmować jej myśli.

Miła Sławińska odwróciła się żywo i ująwszy obie dłonie siostry, spojrzała głęboko w jej oczy.

– Aniu, czy ty jesteś szczęśliwą?

Delikatne, wytworne rysy młodej kobiety rozpromienił uśmiech świetlany, z głębi duszy idący; zorza rumieńca zaróżowiła jasne jej lica.

– Tak szczęśliwą, Miło, że aż lękam się tego błogosławieństwa, na które niczym nie zasłużyłam...

Tak szczęśliwą, że aż drżę niekiedy, by czar chwil wymarzonych nie prysnął zbyt prędko, nie rozwiał się jak ułuda, nadto piękna, by rzeczywistością być miała.

Panna Sławińska przyciągnęła siostrę i ucałowała ją serdecznie.

– Dzieciaku – mówiła żartobliwie – po cóż czczą obawą zatruwasz sobie radość chwili obecnej? Czyżby takie złotowłose, eteryczne istoty, zawsze do urojeń były skłonne?

– Nie, Miło. Życie moje zbyt jest wypełnione rzeczywistą treścią, obowiązkami i uczuciami, by w nim na urojenia znaleźć miejsce. Jestem szczęśliwą, jak niewiele kobiet i dlatego właśnie, wobec spełnienia najskrytszych mych marzeń, wobec tego kręgu ciepła i miłości, wobec wszystkich pomyślnych warunków, jakie mnie otaczają, lękam się nieraz, iż za dużo biorę, a za mało daję w zamian.

– Dajesz siebie i jesteś jasnym promieniem całej twej rodziny, jej duszą prawie.

Pani Anna pochyliła głowę. Jakaś myśl uporna błądziła pod białym jej czołem, myśl, której nie chciała lub lękała się wypowiedzieć.

– Duch – mówiła ożywia wszystko i wszystkich, a tymczasem twoja Ania nie umie w swoim własnym, anielsko dobrym mężu, rozniecić iskierki zapału do rzeczy, które mu drogie być winny; nie umie go zająć i przykuć do celów, stanowiących treść życia dla mężczyzny.

Spojrzały sobie znów w oczy głęboko. Miła zrozumiała, iż siostra odsłania przed nią jakąś cichą tajemnicę serca, że dziś, gdy nadal obok siebie żyć miały, dotyka rozmyślnie lekkiego zadraśnięcia, które z czasem piekącą raną stać się mogło.

– Niepokoi cię usposobienie Zygmunta?

– Tak. Martwi mnie ten obojętny jego chłód i zniechęcenie, nęka bierny pesymizm, jakiemu się poddaje. Dla mnie i dla dzieci naszych krew by sobie wytoczył. Poza tym jednak nic go nie obchodzi żywo, nic nie unosi, nic nie raduje. Nawet te mury, dla odzyskania których stryj Dowburt życie całe poświęcił, nic do niego nie mówią. Patrząc nieraz na Zygmunta, doznaję wrażenia, iż brak mu wprost energii moralnej, brak siły życiowej, potrzebnej do egzystencji w dzisiejszych warunkach i lękam się, czy w duszy tej szlachetnej nie zamarła na zawsze jakaś struna, której ja już wskrzesić nie potrafię.

– A jednak, Aniu, mówiłaś, że jesteś szczęśliwą?

Piękne oczy pani Dowburt-Konieckiej rozjaśnił wyraz głębokiego rozrzewnienia.

– O, bo jako żona, jako kobieta, mogę tylko za chwile radości mej wdzięczną być Bogu. Jako człowiek jednak, jako myśląca jednostka, pojmuję, że to, co stanowi treść mego życia, mężczyźnie wystarczać nie może i nie powinno. Obowiązkiem jego szersze idee i dalsze cele. Dlatego też apatia, oraz brak wszelkich aspiracji w Zygmuncie, który niegdyś świętym ogniem i zapałem nas wszystkich porywał, boli mnie i niepokoi, jak zapowiedź wyczerpania ducha, jak groźba przyszłości. Czy wiesz – mówiła zarumieniona – iż córeczce naszej dlatego tylko imię Szczęsnej dałam? Myślałam, że to go poruszy, że mocą wspomnień, w jakiejś chwili sposobnej, dawnego w nim wzbudzi człowieka.

– I cóż?

– Pomysł mój przyjął spojrzeniem, pełnym wdzięczności; dziś jednak imię jej wymawia tak obojętnie, jak gdyby wymieniał miano: Maniusi lub Zosi.

Na długich rzęsach pani Anny łza gorąca błysnęła.

Aksamitne, czarne oczy panny Sławińskiej z podziwem patrzyły na siostrę.

– I ty, Aniu, dla zrobienia przyjemności mężowi, dla wykrzesania żywszej iskry z jego duszy, dałaś córce swej imię kobiety, przez niego niegdyś kochanej? Podziwiam cię.

W jasnych źrenicach pani Konieckiej zdziwienie się odbiło.

– Czyż mogłaby istnieć zazdrość względem umarłych? – podjęła z prostotą. – Ty nie rozumiesz chyba Miło, że ja bym nie uprzedzenie, nie chimerę, lecz siebie, lecz istotę swą poświęciła, byle mieć przeświadczenie, że Zygmunt jest naprawdę szczęśliwym, że ja nie tylko biorę szczęście, ale je daję nawzajem, że nie zasklepiam się w egoistycznym poczuciu własnej radości i zadowolenia.

– Aniu, a może ty się dręczysz chimerą? Kto wie, czy mierząc innych głębią własnego ducha, nie podsuwasz mężowi uczuć, do których... do których nie jest po prostu zdolny? Trzeba brać ludzi, jakimi są; to jeden z warunków spokoju i zadowolenia w życiu.

– Zygmunt niezdolny do głębi uczuć, do szerszych pragnień i aspiracji? Nie, Miło, chyba nie pamiętasz dawnej jego szlachetnej i zapalnej natury? Można brać ludzi, jakimi są, gdy chodzi o obcych, o obojętnych. Warunek ten jednak egoistycznego spokoju i zadowolenia pryska, gdy idzie o najbliższych. Marnym jest uczucie, które dodatniego nie wywiera wpływu; marną miłość, która skrzydeł do ramion nie przypina...

– Miłość i skrzydła – powtórzyła panna Sławińska, patrząc na siostrę z mieszaniną podziwu i lekkiej ironii – wobec prozy codziennej egzystencji, wobec walki o nią? Nie, Aniu, ty mnie młodzieńczą świeżością swych wrażeń w zachwyt wprawiasz. Trzeba z metropolii świata przyjechać aż tu w cichy wasz zakątek, aby spotkać się z tak arkadyjskim porównaniem.

W jasnych, rozumnych oczach pani Konieckiej błysnęła iskra zapału, połączonego z głębokim przekonaniem.

– Tak Miło, ja właśnie, ja mężatka i matka dwojga dzieci, a więc kobieta dojrzała, znająca życie ze wszystkich stron jego, wolna zaś od sentymentalizmu i mrzonek młodości, powiadam ci, że marnym jest uczucie, które nie wywiera dodatniego wpływu; bo miłość, nie ta przelotna i burzliwa, lecz wielka a siebie świadoma, to czar i siła istnienia. Walczyć o chleb, o jutro, nie potrzebujemy, dzięki Bogu. Co zaś do trosk codziennej egzystencji, życie pozbawione ich, byłoby tylko czczym, epikurejskim używaniem. Uszlachetnić je, podnieść, a zarazem ocalić siebie i swoich od rozmieniania siły ducha na zdawkową monetę ciasnych poglądów i drobnych zabiegów, to jedno z praw świętych miłości, jedno z zadań kochającej kobiety. Tylko, tylko niestety ja... ja nie umiem mu podołać.

I wzruszona, oblicze ukryła w dłoniach. Świeże, gorące usta spoczęły na pochylonym jej czole.

– Entuzjastko, skąd tobie takie myśli przychodzą? Dlaczego nie bierzesz życia takim, jakim jest?

Pani Anna zapanowała nad sobą.

– Och, entuzjastką nie jestem. Przeciwnie, tłem mej natury spokój, spokój, spokój... Na wygodną jednak filozofię życia zgodzić się nie mogę.

Czasem więc, jak na przykład przy pierwszej rozmowie z tobą, wybucha myśl nurtująca na dnie duszy. Takie jednak wytrącenie z równowagi, to rzadki u mnie wypadek.

Spojrzały sobie znów z ufnością w oczy. Pomimo smętnego półuśmiechu, jaki igrał już na ustach pani Anny, Miła zrozumiała, iż siostra odsłania przed nią zakątek serca, w którym, ukrywana przed wzrokiem obcym, gnieździła się jednak troska dojmująca.

I dłonie obu kobiet splotły się w długim a gorącym uścisku.