Mur - Piotr Mańkowski - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1021 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mur - Piotr Mańkowski

Komisarz Marek Kohun musi zmierzyć się nie tylko z powstającym, brutalnym w swoich działaniach, gangiem narkotykowym, intrygą uknutą przeciwko niemu przez służby specjalne, ale również z dręczącymi go demonami.

 

Realistyczny obraz rzeczywistości pracy policyjnej, działania służb specjalnych, funkcjonowania ruchu AA i terapii dla osób uzależnionych, zmysł psychologicznej obserwacji – to tylko niektóre mocne strony tej wciągającej od pierwszych stron powieści.

 

Piotr Mańkowski, debiutant, stworzył bardzo ciekawy portret człowieka niemalże idealnego. Niemalże, bo ma on jedną poważną rysę – alkoholizm.

 

Autor, były oficer służb specjalnych, oparł częściowo fabułę powieści na własnych doświadczeniach i przeżyciach. Jest ona jednak literacką fikcją, a ewentualne podobieństwa do zdarzeń i osób są przypadkowe i niezamierzone.

Opinie o ebooku Mur - Piotr Mańkowski

Fragment ebooka Mur - Piotr Mańkowski










Strona redakcyjna


Wstęp

Gdzieś w prażącym resztkami lata wrześniowym słońcu na ławce siedział mężczyzna wpatrzony w niebo, jakby zastygł... Był to około 50-letni facet, wysoki, szczupły, o charakterystycznych, ostrych rysach twarzy, ubrany schludnie, elegancko, z zachowaniem sportowego stylu. Siedział wpatrzony w dal, a wokół niego szumiały drzewa, krzewy leniwie się kołysały, trawa zieleniła się pełnym kolorytem.

Wrześniowe południe, w parku nie było nikogo, a on siedział samotnie. Z jego twarzy biły rozpacz i strach, co chwila jego oblicze przeszywał grymas bólu. Gdzieś w głębi duszy czuł się bardzo skrzywdzony, opuszczony, wyalienowany.

Nagle wstał i zdecydowanie ruszył w kierunku majaczącego na obrzeżach parku budynku, po chwili stanął, beznamiętnie wpatrując się w dal. Znów ruszył, tym razem powoli, po chwili zatrzymał się... I tak na przemian, aż dotarł do ogrodzenia. Stanął przed wejściem i wpatrywał się w tabliczkę umieszczoną na budynku: Ośrodek Leczenia i Terapii Uzależnień – Oddział w Warszawie...

Zastanawiał się, co on tu właściwie robi. Dlaczego tu jest? Dlaczego właśnie dzisiaj zdecydował się coś zrobić ze swoim piciem? Czy to dobry pomysł? Co go czeka za tymi drzwiami? Czy ma wejść? Tyle już razy chciał coś zrobić ze swoim problemem, którym jest niewątpliwie picie alkoholu, czy tym razem ma się zdecydować i wejść? Chyba tak, musi tam wejść, musi coś z tym zrobić!

Mężczyzna zdecydowanym ruchem pchnął furtkę i ruszył w kierunku drzwi wejściowych ośrodka, które otworzył równie zdecydowanym ruchem.

– Dzień doby – powiedział do miło wyglądającej, na pierwszy rzut oka, około 35-letniej kobiety siedzącej w recepcji ośrodka.

– Dzień dobry. Co mogę dla pana zrobić? – padło pytanie.

– Cóż, mam problem i chciałbym z tym coś zrobić, chciałbym... hm, hm, hm...

– Chciałby pan porozmawiać z kimś na ten temat?

– Tak właśnie, chciałbym, chciałbym...

– Spokojnie. Najważniejsze, że pan tu jest. Zaraz coś poradzimy. Proszę usiąść – powiedziała kobieta, wskazując rząd stojących pod ścianą krzeseł, i wzięła do ręki słuchawkę telefonu.


Rozdział I

Ups! Pierwszy krok już za mną. Usiadłem nieco uspokojony i rozejrzałem się wokół z zaciekawieniem. Ośrodek sprawiał wrażenie zwykłej przychodni lekarskiej – recepcja, szatnia, poczekalnia, na ścianie spis lekarzy z godzinami przyjęć oraz tablica informacyjna. Budynek był zadbany, czysty.

– Czy mogę pana prosić? – usłyszałem głos recepcjonistki.

– Tak, słucham – odpowiedziałem i podszedłem do jej biurka.

– Rozumiem, że chciałby pan spotkać się i porozmawiać z lekarzem, a właściwie, co u nas jest bardziej właściwym określeniem – terapeutą?

– No tak, jak pani tak mówi, to chyba tak właśnie jest.

– To nie ja, ale pan ma wiedzieć, czego chce.

Na chwilę zapadła cisza. No tak, to nie ona, a ja miałem problem i powinienem wiedzieć, czego chcę.

– Przepraszam, ma pani rację, chciałbym porozmawiać z, jak pani to powiedziała, terapeutą.

– Już lepiej. Terapeutka Maria Janowska przyjmie pana za 15 mi­­­nut. Proszę usiąść i poczekać. Zawołam pana – recepcjonistka zakończyła rozmowę i wróciła do swoich zajęć.

Uspokojony, ale i poirytowany wróciłem na swoje krzesło, usiadłem i ponownie zacząłem się rozglądać. Chciałem się gdzieś schować, szukałem czegoś, co nadawałoby się na kryjówkę. Nic z tych rzeczy... Musiałem siedzieć na widoku i czekać, czekać, czego tak bardzo nie lubię i co wywołuje u mnie irytację. „Jak to: ja, ten, który po tylu latach zdecydował się na podjęcie leczenia, na przyjście do ośrodka, mam czekać? Przecież ja jestem kimś! Jestem komisarzem policji, odnoszącym sukcesy, który poświęca swój czas i przychodzi do ośrodka, zamiast ścigać przestępców! I ja mam czekać? Tyle kosztowało mnie przyjście tutaj, musiałem się naprawdę przełamać, długo ze sobą walczyłem, ze swoim wstydem, bezsilnością, do czego trudno było mi się przyznać, czuję się jak bohater... I ja mam czekać!”

– Cześć, Jolu! – nagły okrzyk wyrwał mnie z rozmyślań.

– Witaj, Marku, miło cię widzieć! – recepcjonistka była wyraźnie ucieszona widokiem mężczyzny, który właśnie wszedł do ośrodka. – Dawno cię nie widziałam. Co u ciebie?

– Wszystko w porządku. Wpadłem posiedzieć w ciszy i spokoju, miałem ostatnio trudny okres.

– Napijesz się herbaty, kawy?

– Jak będziesz taka miła, zrób mi, proszę, herbatę – padła odpowiedź i mężczyzna położył na biurku recepcjonistki jakąś monetę.

– Już robię – odpowiedziała recepcjonistka i zniknęła na zapleczu.

Mężczyzna spojrzał na mnie, ja na niego, trwaliśmy tak przez chwilę wpatrzeni sobie w oczy.

– Kolega to pewnie nowicjusz? – zwrócił się do mnie.

– Nie bardzo rozumiem, co oznacza w tutejszej nomenklaturze słowo „nowicjusz”, ale przypuszczam, że tak – odpowiedziałem niepewnym głosem.

– Nowicjusz to znaczy, że pierwszy raz u nas, mam rację?

– No tak, pod tym względem to zgadza się.

– Mam na imię Marek i jestem związany z ośrodkiem od wielu lat – powiedział do mnie i wyciągnął rękę.

– Ja też jestem Marek – odpowiedziałem i również się przywitałem.

– Witaj, pewnie czekasz na spotkanie z terapeutą?

– No tak, zaraz ma mnie przyjąć.

– Powodzenia i mam nadzieję do zobaczenia! – Marek uś­­miech- nął się do mnie, wziął przygotowaną przez recepcjonistkę herbatę i zniknął za drzwiami, na których widniała tabliczka z napisem Klub.

Mijały kolejne minuty...

– Zapraszam pana do gabinetu numer 5 na drugim piętrze – głos recepcjonistki wyrwał mnie z zadumy.

– Gdzie jest winda?

– Nie ma, schody w korytarzu po lewej.

Wstałem i poszedłem w kierunku schodów, wchodziłem bardzo powoli, jakbym celebrował każdy schodek, każdy stopień schodów, które prowadzą mnie w nieznane, na rozmowę z kimś, kogo nie znam, o czymś, co jest dla mnie przekleństwem. Dotarłem na drugie piętro, rozejrzałem się. „Gabinet numer 3, 4... I jest numer 5”. Stanąłem pod drzwiami i zapukałem.

– Proszę wejść – usłyszałem, jak mi się wydawało, miły głos młodej kobiety, a właściwie dziewczyny.

– Dzień dobry. Mogę wejść?

– Tak, proszę wejść i usiąść – powiedziała bardzo ładna, około 25-letnia dziewczyna, która mogłaby być moją córką, i wskazała mi stojący naprzeciwko niej fotel.

– Dziękuję – odpowiedziałem i usiadłem niepewnie, co w przypadku mojej osoby zdarzało się bardzo rzadko.

– Co pana do mnie sprowadza? – zapytała dziewczyna.

– No cóż... hm, hm, mam problem z alkoholem, za dużo piję i wynika z tego wiele problemów, z którymi nie potrafię już sobie poradzić – wyrzuciłem z siebie prawdę sam się zdziwiłem.

– Czy jest pan uzależniony od alkoholu? Czy jest pan alkoholikiem?

– No nie wiem, nie jestem pewien, tak do końca nie wiem, co znaczy uzależnienie, nie wiem, co znaczy określenie „alkoholik”.

– Dobrze, wrócimy do tego tematu później, teraz kilka formalnych pytań. Proszę podać imię i nazwisko.

– Marek Kohun, przez samo „h”.

– Wiek?

– 49 lat.

– Żonaty?

– Tak.

– Ma pan dzieci?

– Tak, syna.

– W jakim wieku?

– 19 lat.

– Mieszkacie razem?

– Nie, to dziecko z pierwszego małżeństwa, jestem powtórnie żonaty. Mieszka z nami córka mojej małżonki.

– W jakim jest wieku?

– 15 lat.

– Pracuje pan zawodowo?

– Tak.

– Gdzie?

– Jestem policjantem – odpowiedziałem i zawiesiłem głos. Poczułem się jak na przesłuchaniu, tylko tym razem to ja ­występowałem w roli podejrzanego. Nie najlepiej się czułem. Podejrzany – a właściwie o co? Nie umiałem sobie odpowiedzieć na to pytanie. Zacząłem się nad tym zastanawiać...

Terapeutka przyglądała mi się uważnie. Może wiedziała, o czym myślę? Może zdawała sobie sprawę z moich wątpliwości? Spojrzała na mnie z zaciekawieniem, po dłuższej chwili zmieniła temat.

– Dobrze, wróćmy do pańskiego problemu. Kiedy pan ostatnio pił?

– W sobotę.

– Czyli, dziś mamy wtorek, 3 dni temu. Mam rację?

– No nie tak do końca...

– Czyli... ?

– W niedzielę wypiłem kilka piw...

– Czyli nie pije pan od dwóch dni?

– Tak, zgadza się.

– Jak długo pan pije?

– Co pani ma na myśli?

– No od kiedy pan nieprzerwanie pije?

– No tak po prawdzie to od... no właśnie od... zawsze... odkąd pamiętam.

– Nie to miałam na myśli. Ile trwa teraz pański nieprzerwany ciąg, od ilu dniu bez żadnej przerwy pan pije?

– Co pani rozumie pod stwierdzeniem „pije”? Czy wypicie jednego, dwóch piw dziennie to jest picie czy nie? Jaka jest granica „picia”?

– To nie ma żadnego znaczenia. Od jakiego czasu pije pan codziennie alkohol?

– Nie pamiętam – odpowiedziałem i spuściłem wzrok, co nie zdarzało mi się często.

– Dlaczego zdecydował się pan do nas przyjść? – terapeutka wróciła do rozmowy po dłuższej chwili.

– No cóż, mam problem z alkoholem i dlatego właśnie, hm, hm...

– Czy w niedzielę stało się coś, wydarzyło się coś, co skłoniło pana do przyjścia do nas?

– Tak i nie, niby tak, ale nie do końca...

– Niech pan się zdecyduje. Wydarzyło się coś czy nie?

– Wydarzyło się, żona zagroziła, że jak nie zrobię czegoś z moim piciem, to się ze mną rozwiedzie... – wydusiłem z siebie prawdę i sam się sobie dziwiłem. „Jak tak młoda dziewczyna mogła w krótkim czasie skłonić mnie do wyznania prawdy, którą chciałem ukryć? Co się ze mną dzieje? Przecież jestem szkolonym kłamcą, uczyli mnie, jak kłamać, jak unikać mówienia prawdy”.

– Czyli jak to jest? Sam pan do nas przyszedł, bo pan chciał, czy też zrobił pan to dla żony?

– I tak, i tak... – Próbowałem wybrnąć z sytuacji.

– Nie ma i tak, i tak. Z własnej woli czy pod presją?

– Odpowiedź nie jest prosta i proszę mnie do niej nie zmuszać – odpowiedziałem zrezygnowany.

– Dobrze, nie będę pana naciskać.

– Dziękuję.

– Czy jest pan uzależniony od alkoholu? Czy jest pan alkoholikiem?

– Uzależniony pewnie jestem. Ale czy jestem alkoholikiem, tego nie wiem, chyba nie... – odpowiedziałem niepewnie.

– My leczymy w naszym ośrodku osoby uzależnione, czyli innymi słowy alkoholików, bo to znaczy to samo... – zawiesiła głos.

– Jak to to samo?

– To bardzo proste, osoba uzależniona od alkoholu jest po prostu alkoholikiem, to choroba.

– Czyli jestem chory?

– Tego nie powiedziałam.

– To nie bardzo rozumiem...

– Dobrze, ustalmy najpierw, czy jest pan uzależniony, czyli innymi słowy, czy jest pan alkoholikiem. Zgadza się pan?

– Tak, oczywiście.

Terapeutka wyciąga dużą planszę na której widnieje tytuł: Fazy uzależnienia od alkoholu. Wpatruję się w planszę i nic z niej nie rozumiem.

– Proszę spojrzeć na tablicę i odpowiadać na moje pytania, tylko zgodnie z prawdą, dobrze? Możemy się tak umówić?

– Tak, tak, będę mówił prawdę.

– Początek przygody z alkoholem w życiu każdego człowieka to picie towarzyskie. Tak było pewnie i u pana. Mam rację?

– Tak, tak, piłem dla towarzystwa.

– Czy szukał pan okazji do picia? Czy charakteryzował się pan mocną głową w towarzystwie?

– No tak, tak było...

– Czyli przeszedł pan pierwszy etap uzależnienia, tak jak to widać na tej planszy. Zgadza się pan?

– Tak...

– Drugi etap to kolejne objawy...

– Mogę przerwać, bo widzę, że...

– Proszę nie przerywać i odpowiadać na moje pytania. Czy zaczął pan sam szukać okazji do picia, czy inicjował pan kolejne kolejki?

– Tak, ale...

– Proszę bez żadnego „ale”!

– Czy zdarzył się panu urwany film? Czy zaczął pan pić w samotności?

– Urwany film – tak, ale picie w samotności to... jakbym miał to wyjaśnić, to...

– Nie ma co wyjaśniać, tak czy nie?

– Tak – odpowiadam skruszony.

– Czyli, panie Marku, jest pan osobą uzależnioną, czyli alkoholikiem.

– I to wszystko?

– Jeszcze nie. O ile wyraża pan zgodę, pójdziemy dalej, zbadamy, na jakim etapie uzależnienia pan jest. Zgadza się pan?

– Oczywiście.

– Zna pan pojęcie klina?

– Tak.

– Często pan klinuje?

– No nie, ale... zgadzam się z podejściem: „Lecz się tym, czym się zatrułeś”.

– Jak to pan się zgadza?

– To znaczy... hm, hm... no tyle, że klin najlepiej leczy kaca... – Zagubiłem się już w tym momencie i przestałem kontrolować swoje odpowiedzi.

– I aprobuje pan to?

– Nie, to nie tak, ale...

– Wyraził pan zgodę na dalsze badanie, proszę więc pozwolić mi je kontynuować.

– Przepraszam.

– Czy miał pan okresy długotrwałego opilstwa? Czy zauważył pan spadek tolerancji na alkohol? Czy alkohol ma wpływ na pańskie życie rodzinne? Czy przeżył pan delirium?

– No ja, właściwie to...

– Proszę o odpowiedź!

– Tak, zgadza się... – odpowiedziałem skruszony i zapadło milczenie.

Mijały sekundy albo minuty, nie wiem, byłem w tak dziwnym stanie, że czas przestał się dla mnie liczyć. Jeszcze nigdy nikt w tak krótkim czasie nie zmusił mnie do powiedzenia prawdy o sobie, i to o rzeczach, o których nikomu nie mówiłem. „Co mogło się stać? Co ta dziewczyna ma w sobie, że mnie rozbroiła? Dlaczego?”

– Panie Marku, wystarczy, wiem już o panu tyle, ile potrzebuję w tej chwili. Moim zdaniem jest pan osobą uzależnioną od alkoholu, i to w dużym stopniu. Teraz zależy tylko od pana, czy zechce pan coś z tym zrobić, czy zostawić jak jest i czekać na rozwój wypadków. Nasze pierwsze spotkanie dobiega do końca. Czas na końcowe wnioski... – terapeutka zawiesiła głos.

– No tak, ale dlaczego, przecież ja potrzebuję pomocy, po to do was przyszedłem. Proszę poświęcić mi jeszcze trochę czasu. – Próbowałem się ratować, bo czułem niedosyt, odczuwałem potrzebę przebywania i rozmawiania z tą dziewczyną.

– Czas ma to do siebie, że mija.

– Ale ja przecież...

– Panie Marku, postawiłam diagnozę, teraz już od pana zależy, co pan z tym dalej zrobi.

– Co pani proponuje?

– Mamy kilka programów, w których mogą wziąć udział osoby chcące uwolnić się od uzależnienia od alkoholu, ale istnieją też warunki, które te osoby muszą spełnić.

– Co to za warunki?

– Przede wszystkim trzeźwość. Jest pan na to gotowy?

– No tak, przecież dlatego tutaj przyszedłem.

– Nasze zasady przewidują, że aby dostać się do ośrodka, należy przede wszystkim zachować trzeźwość i udowodnić, że ma się ochotę, chęć, czy jak to pan sobie tam określi, zrobić coś ze swoim uzależnieniem. Czy jest pan gotowy podjąć to wyzwanie?

– Tak, oczywiście!

– Słyszał pan o ruchu AA?

– Co nieco słyszałem, ale żebym znał szczegóły działania tego ruchu, to nie bardzo...

– Mam dla pana propozycję. Zachowa pan trzeźwość przez kolejne 7 dni, weźmie pan udział w co najmniej dwóch spotkaniach AA i za tydzień spotkamy się ponownie. Wówczas, o ile dotrzyma pan warunków umowy, zaproponuję panu konkretne leczenie. Zgadza się pan?

– Zgadzam się, oczywiście, ale skąd mam niby wiedzieć, gdzie i kiedy spotykają się uczestnicy ruchu AA? Gdzie mam ich znaleźć? Po co tak właściwie mam tam iść?

– Pozwoli pan, że to ja będę decydowała, co będzie dalej się działo? Liczę na pańską inwencję w temacie AA.

– Tak, tak, oczywiście.

– Moja propozycja, a właściwie warunek: zachowuje pan trzeźwość, bierze udział w dwóch spotkaniach AA i spotykamy się za tydzień o godzinie 14.00, kiedy to podejmiemy decyzje o dalszym leczeniu. Odpowiada panu?

– Tak, odpowiada – powiedziałem. Wszystko działo się tak szybko, jakby poza mną, nie pojmowała tego moja wyobraźnia, która z reguły działała perfekcyjnie, a tym razem zawodziła i nie wiedziałem tak do końca, na co się godzę i co mnie czeka.

– Dobrze, a więc zapisuję pana na następny wtorek. Proszę przygotować się na to, że będę pytała o przebieg spotkań AA.

– Tak, tak, dziękuję i do zobaczenia – odparłem i podałem rękę dziewczynie. Mogłaby być moją córką, a była wyrocznią, której zacząłem się, nie wiedzieć dlaczego, słuchać.

– Żegnam więc i do zobaczenia za tydzień.

– Do widzenia – odparłem, wychodząc z gabinetu.

Schodziłem na dół w stanie, który można porównać do maligny. Nie bardzo wiedziałem, co się stało i co z tego wyniknie dla mnie. Trzymałem się jednak, starałem się zachować twarz, uśmiechałem się do Joli, recepcjonistki, jak najszybciej pragnąc jednak opuścić ośrodek i poukładać sobie w głowie to, co się właściwe stało. Co takiego ważnego miało właśnie miejsce w moim życiu? Wyszedłem na zewnątrz, oddychałem głęboko. „Gdzie zaparkowałem samochód? Cholera, co się ze mną dzieje? Stop, zatrzymaj się, coś się wydarzyło w twoim życiu, ale spróbuj zapanować nad tym, uspokój się, dasz radę”.

Dotarłem do ławki, na której siedziałem przed wizytą w ośrodku, usiadłem i zacząłem myśleć o tym, co właśnie zrobiłem i co zrobiono ze mną... Trwało to dłuższą chwilę, zanim doszedłem do siebie i zacząłem myśleć racjonalnie o tym, co mam do zrobienia. Wstałem i udałem się w kierunku samochodu, który stał zaparkowany nieopodal parku. Mój samochód, moja duma, marzyłem o takim przez całe życie, aż w końcu trzy lata temu go kupiłem. Mój ­srebrny lexus RX 300 czekał na mnie. Wsiadłem i ruszyłem do komendy – mój dzień jeszcze nie dobiegł końca...

Wchodząc do komendy, jak zwykle przywitałem się skinieniem głowy z policjantem stojącym przy wejściu i udałem się do mojego wydziału, Wydziału ds. Przestępczości Zorganizowanej, w którym pracowałem od kilkunastu lat.

– O, Marek, dobrze, że jesteś! – zawołała na mój widok Krystyna, nasza sekretarka, pani w podeszłym wieku, już dawno mogła pójść na emeryturę, ale widocznie trudno jej rozstać się z wydziałem.

– Stało się coś?

– Nic pilnego, ale Krzysztof cię szukał, miał bardzo tajemniczą minę. Nie chciał powiedzieć, o co chodzi, ale było widać, że coś go bardzo przypiliło, dziwnie się zachowuje od samego rana. Próbowałam zadzwonić do ciebie na komórkę, ale masz wyłączoną.

O cholera, no tak, wyłączyłem komórkę i zapomniałem ją po­­­tem włączyć... Co się ze mną dzieje?

Podkomisarz Krzysztof Grzyb, niespełna 30-letni oficer, który trafił do nas przed trzema laty, młody, ambitny, bardzo go polubiłem i lubię nadal, często mu pomagam, służę radą. Idę bezpośrednio do jego pokoju. „Ciekawe, co się wydarzyło?”

– Cześć, Krzysztof. Co się dzieje?

– O, Marek, gdzie ty się podziewałeś? Wyszedłeś tak szybko, że nie zauważyłem nawet kiedy, ale dobrze, że już jesteś – powiedziała z uśmiechem na twarzy.

– Dobra, dobra, mów, jaki masz problem.

– Siadaj i słuchaj, bo to skomplikowane. Kojarzysz sprawę Brytana, tego szefa mafii narkotykowej, który pozbywa się dealerów w jakikolwiek sposób niewykonujących jego poleceń? Zwykle zapadają się po ziemię w tajemniczych okolicznościach, mieliśmy już 12 takich „zniknięć”, a odnaleźliśmy tylko 3 trupy, zakopane w lesie, z kulką w głowie. Żadnych śladów, żadnych dowodów, wiemy jedynie, że wszyscy handlowali narkotykami i byli związani z siatką Brytana.

– Kojarzę, kojarzę, ale przecież to sprawa Franka, co ja mam z tym wspólnego? – odpowiedziałem i pomyślałem o Franku Turskim, 40-letnim komisarzu, za którym nie przepadam, i to z wzajemnością.

– No tak, ale szef przydzielił mnie do tej sprawy, Franek wyjechał do Krakowa, nie będzie go dwa dni, a mnie się wydaje, że mamy szansę na udupienie Brytana...

– Zaciekawiasz mnie... – powiedziałem i zacząłem wpatrywać się w twarz młodszego kolegi, na której pojawił się tajemniczy uśmieszek.

– Tydzień temu dostaliśmy cynk od naszego informatora, że Brytan zamierza pozbyć się kolejnego dealera – Cienkiego – bo ten był świadkiem, jak Brytan zastrzelił młodego chłopaka, dealera, który chciał się wycofać z interesu.

– Cienki, coś mówi mi ten pseudonim.

– Należy do siatki Brytana od wielu lat, jest mu wierny i bardzo lojalny, ale Brytan pozbywa się i takich...

– No tak, mów dalej.

– Cienki wpadł dwa dni temu, nic wielkiego, miał przy sobie kilka gramów narkotyków, ale przymknęliśmy go na 48 i siedzi u nas na dołku. Przesłuchiwałem go dwa razy, dając mu wyraźnie do zrozumienia, co go czeka, co Brytan robi z niewygodnymi świadkami. Wykorzystując to, co przekazał nam informator, udowodniłem mu, że widział tamto morderstwo, że był tam w czasie, kiedy zostało popełnione, i... załamał się, zaczął mówić. Potwierdził, że tam był, ale zarzeka się, że nic nie widział. Udało mi się z niego wydusić, że pamięta jedynie odjeżdżający z miejsca morderstwa z piskiem opon samochód marki BMW, ciemnego koloru. Twierdzi, że było tak ciemno, że nie jest w stanie przypomnieć sobie innych szczegółów.

– Mów dalej...

– Przejrzałem zeznania Brytana, który był przesłuchiwany w tej sprawie, skupiłem się na jego alibi. Twierdzi, że w czasie popełnienia tego morderstwa jechał swoim samochodem, czarnym BMW, do Torunia i był gdzieś w połowie drogi. Nikt tego nie może oczywiście potwierdzić, ale też nie mamy punktu zaczepienia, aby podważyć to alibi, chyba że...

– Chyba że, kontynuuj...

– Chyba że Cienki zezna, że zauważył i zapamiętał na przykład numery rejestracyjne BMW odjeżdżającego z miejsca morderstwa.

– Pytałeś go o to?

– Tak, twierdzi, że nic poza marką samochodu nie pamięta. Ale... jak było ciemno, to przecież tablice rejestracyjne są oświetlone i numery mogły być widoczne. Mógł je zauważyć i zapamiętać. Prawda?

– No mógł, ale... tego nie zrobił.

– I tu właśnie potrzebuję twojej pomocy. Pamiętasz, jak w sprawie Krysa odświeżyłeś pamięć jednemu ze świadków?

– No tak, pamiętam, ale pamiętam też, że przyrzekłem ci, że to pierwszy i ostatni raz.

– Marek, pomyśl, możemy posadzić groźnego i bezwzględnego mordercę, rozwiązać sprawę, która boli nasz wydział od wielu lat, no i utrzeć nosa Frankowi, który sobie z nią nie radzi...

– Krzysztof, wiesz, że to nie jest do końca tak, jak być powinno?

– Marek, nie wnikam w to, ty wiesz, ja wiem, że Brytan jest winny, obaj wiemy, że powinien siedzieć.

Zapadła cisza. Zacząłem się zastanawiać, czy mam po raz kolejny wykorzystać w pracy swoje zdolności, które nabyłem dzięki szkoleniu przed wielu, wielu laty. „Czy jest to fair? Fair? W stosunku do kogo? Do notorycznego przestępcy? Do prawa, które reprezentuję?”

– Marek! – Krzysztof przerwał moje rozmyślania. – Obudź się! Nie mamy zbyt wiele czasu. Za pół godziny przyjdzie prawnik Cien­kiego, wynajęty oczywiście przez Brytana, w którego obecności będziemy mieli ostatnią szansę przesłuchania, jak nie teraz, to nigdy... Adwokat dzwonił i zakazał nam wszelkich rozmów z Cienkim bez jego obecności.

– To co mam zrobić?

– Idź do niego do celi i spróbuj odświeżyć mu pamięć. To nasza jedyna szansa. Może się już długo nie pojawić.

Wyszedłem bez słowa, wziąłem akta sprawy, które Krzysztof wcisnął mi w ręce, skierowałem się do swojego pokoju, rzuciłem papiery na biurko i usiadłem na krześle. Machinalnie otworzyłem teczkę, szukając konkretnej informacji, i natrafiłem na numery rejestracyjne BMW... WQA 3322...

Po 10 minutach schodziłem na dołek długim korytarzem. Dotarłem do strażnika, któremu powiedziałem, że chcę porozmawiać z Cienkim, i kazałem zaprowadzić się do jego celi.

Drzwi celi otworzyły się, w ciemnościach zobaczyłem skuloną postać siedzącą na pryczy. Strażnik zamknął drzwi i zostałem sam na sam z człowiekiem, który może pogrążyć groźnego przestępcę.

– Cześć, Cienki.

– Kim pan jest?

– Nieważne, zrelaksuj się, wyluzuj, nie zamierzam zrobić ci krzywdy.

– Ale kim pan jest, czego pan chce?

– Powtarzam: nieważne, grunt, abyś był zrelaksowany. Jest ciemno, wokół cisza, twoja wyobraźnia zaczyna działać w innym wymiarze, nie jesteś w celi...

Wpatrywał się we mnie tępym wzrokiem i zauważyłem, że odpływa, że jego myśli zaczynają krążyć gdzieś indziej, że wprowadzałem go w stan, w którym będę mógł pogrzebać w jego świadomości.

– Cienki, odpływasz w niebyt, jest ci dobrze, nic nie czujesz, śpisz...

Minęła minuta i facet był zahipnotyzowany, miałem dostęp do jego umysłu.

– Przypomnij sobie tamten dzień i to odjeżdżające z piskiem opon BMW. Jest ciemno i nic nie widzisz, ale tablice rejestracyjne samochodu są oświetlone. Przyjrzyj się im. Co widzisz?

– Nic nie widzę...

– Przyjrzyj się dobrze. Co widzisz? Jakie to numery?

– Nic nie widzę.

– Widzisz, widzisz, to... WQA 3322, zapamiętaj to!

– Widzę, chyba coś jak WQ... chyba A... chyba 33 i 22, widzę, widzę te numery.

– Zapamiętaj dobrze te numery, zapamiętaj.

– Już pamiętam, to było WQA 3322.

– Teraz skup się, przypomnisz sobie te numery po usłyszeniu słowa „odświeżyć”.

– Tak, po usłyszeniu słowa „odświeżyć” przypomnę sobie numery rejestracyjne WQA 3322.

– Teraz zrelaksuj się, wyluzuj, zaraz się obudzisz i nie będziesz pamiętał nic z tej rozmowy, spokojnie, to potrwa kilka minut, spokojnie... – skończyłem, cicho pukając w drzwi. Strażnik otworzył je i wyszedłem. – Mnie tu nie było – rzuciłem na odchodne.

Policjant spojrzał na mnie zdziwionym wzrokiem i powoli pokiwał głową. Wróciłem do swojego pokoju, po drodze wszedłem do pokoju Krzysztofa.

– Chciałeś – masz. Tak jak poprzednio, wystarczy, że powiesz słowo „odświeżyć” – powiedziałem, kładąc na jego biurku akta sprawy.

– Marek, dzięki...

– OK.

Wróciłem do swojego pokoju i zabrałem się za pisanie raportu ze śledztwa, które zakończyłem kilka dni temu.

Krzysztof nerwowo przygotowywał się do przesłuchania Cienkiego, przeglądał papiery. Nagle zadzwonił telefon na jego biurku.

– Krzysztof, jest adwokat Cienkiego, przyjdź tutaj – głos Krystyny wzywał go do sekretariatu.

Wstał i udał się w tamtym kierunku.

– Dzień dobry, podkomisarz Krzysztof Grzyb, prowadzę sprawę pańskiego klienta – przedstawił się i przywitał z niskim, grubym osobnikiem, ubranym w elegancki garnitur.

– Dzień dobry, Marcin Fiuk, adwokat. Żądam natychmiastowego wypuszczenia mojego klienta – usłyszał na powitanie.

– Dobrze, dobrze, właśnie mija 48 godzin od zatrzymania pańskiego klienta. Mamy jeszcze chwilę, chciałbym mu zadać kilka pytań. Czy wyrazi pan na to zgodę?

– Jedynie w mojej obecności.

– Ależ oczywiście, zapraszam pana do pokoju przesłuchań. Krysiu, zadzwoń na dół, niech przyprowadzą podejrzanego – Krzysztof zwrócił się do sekretarki i zapraszającym gestem wskazał adwokatowi drogę do pokoju przesłuchań.

– Już dzwonię – odpowiedziała w międzyczasie kobieta.

Obaj panowie udali się do pokoju przesłuchań, znajdującego się na końcu korytarza. Milczeli, można było domniemywać, że nie mieli sobie zbyt wiele do powiedzenia. Weszli do pokoju, usiedli po przeciwnych stronach stołu, po chwili policjant dostawił drugie krzesło po stronie, gdzie usiadł adwokat. Panowie siedzieli w ciszy.

– Czy możemy nagrywać to przesłuchanie? Czy wyraża pan na to zgodę? – Krzysztof przerwał ciszę.

– Nie widzę przeszkód.

Drzwi otworzyły się, wszedł Cienki i spojrzał z zaciekawieniem na prawnika.

– Nazywam się Marcin Fiuk i jestem pańskim adwokatem. Proszę siadać. Muszę pana poinformować, że nie ma pan obowiązku odpowiadać na żadne pytania, możemy stąd wyjść za... – spojrzał na zegarek – 15 minut i będzie pan wolnym człowiekiem.

– No nie do końca – wtrącił się Krzysztof.

– Ależ tak, ciążą na panu pewne zarzuty, ale może pan odpowiadać z wolnej stopy. Chce pan w ogóle rozmawiać z tym oficerem? – adwokat zwrócił się do Cienkiego.

– Nie widzę przeszkód.

– Ponieważ przyznał się już pan do posiadania narkotyków, które skonfiskowaliśmy podczas zatrzymania, proszę jedynie o potwierdzenie, czy nie zmienia pan swoich zeznań.

– Nie, nie zmieniam – Cienki odpowiedział, zanim adwokat zdążył otworzyć usta.

– Dobrze więc, czy mogę panu zadać kilka pytań związanych z morderstwem, którego był pan świadkiem dwa tygodnie temu?

– Tak.

– Sprzeciwiam się, nie musi pan odpowiadać na żadne dodatkowe pytania! – zagrzmiał adwokat.

– Niech pan będzie spokojny, już mnie o to pytali – powiedział Cienki i spojrzał na adwokata z pewną miną.

– Czy zna pan Brytana? – Krzysztof zaryzykował.

– Nie rozumiem związku, kim jest Brytan? – Gangster wydawał się jednak trochę poirytowany.

– Proszę odpowiedzieć!

– Nie, nie znam.

– Czy zna pan Jakuba Hibnera?

– Nie, nie znam.

– Czy wie pan jakim samochodem jeździ Jakub Hibner?

– Nie wiem.

– Czy wie pan jakim samochodem jeździ Brytan?

– Nie znam nikogo, kogo pan wymienił, ani nie wiem, jakimi samochodami jeżdżą, czy to jasne? – Cienki, wyraźnie zdenerwowany i poirytowany, podniósł glos.

– Proszę przestać! – wtrącił się do rozmowy adwokat. – Nie musi pan odpowiadać na żadne pytania! – zwrócił się do klienta.

– Już dobrze, skończmy to. Czy ma pan jeszcze jakieś pytania? – Cienki zwrócił się do Krzysztofa.

– Jeszcze tylko okoliczności morderstwa, o których rozmawialiśmy. Czy możemy to podsumować i zamknąć sprawę?

– Tak, proszę.

– Wracając do jednego momentu... Widział pan samochód odjeżdżający z miejsca popełnienia przestępstwa?

– Tak, widziałem.

W tym momencie prawnik spojrzał ze zdziwieniem na Cienkiego. Chciał coś powiedzieć, ale Krzysztof go ubiegł.

– Proszę o tym opowiedzieć.

– Po tym, jak usłyszałem odgłosy strzałów, wybiegłem z domu i ujrzałem odjeżdżający samochód. Rozpoznałem markę, było to BMW, jakiegoś ciemnego koloru, nie wiem jakiego, było ciemno. Nic więcej nie widziałem.

– A jakby pan odświeżył sobie pamięć, to może przypomni pan sobie na przykład numery rejestracyjne tego pojazdu?

– Protestuję, nie można sugerować świadkowi odpowiedzi – oburzył się prawnik.

Cienki znieruchomiał, spojrzał zdziwiony na Krzysztofa. Przyglądał mu się dłuższą chwilę, zastanawiał się nad czymś. Wyglądało na to, że grzebie w pamięci, że zaczyna coś kojarzyć.

Krzysztof spojrzał na Cienkiego i czekał na odpowiedź. „Ale, ale... co ja zrobiłem?” – pomyślał i zdał sobie sprawę, że zamiast słowa „odświeżyć” powiedział „odświeżył”.

– Jak można odświeżyć pamięć? – wtrącił się adwokat.

– Można, można – z radością w głosie odpowiedział Krzysztof, gdyż zauważył, że adwokat użył słowa „odświeżyć”, i spojrzał na Cienkiego.

Adwokat, zaniepokojony, również popatrzył na klienta.

– Sięgam głęboko w moją pamięć, przypominam sobie tamten dzień, widzę odjeżdżające BMW, jest ciemno, nie jestem zbyt daleko od ruszającego auta, przyglądam się dokładnie i widzę...

– Nie musi pan kontynuować! – odezwał się adwokat.

– I widzę, że tablica rejestracyjna jest oświetlona, przyglądam się i zaczynam odczytywać numery...

– Niech pan przestanie! Nie musi pan!

– Widzę je teraz... to były numery W... Q... A... 3... 3... 2... 2...

– Proszę powtórzyć! – Krzysztof triumfował.

– WQA 3322, na pewno to były te numery!

– Potwierdza pan, że nie zna pan Jakuba Hibnera?

– Tak, nie znam.

– I nie wie pan, jakim samochodem jeździ?

– Nie, nie wiem – odpowiedział Cienki, jakby budził się z letargu. – Czy możemy już iść? – zwrócił się do adwokata.

– Tak, możemy... – w głosie mecenasa słychać było zrezygnowanie.

– Szanowny panie Fiuk, mam pewność, że pan jako prawnik i świadek tej rozmowy potwierdzi zeznania świadka przed sądem?

– Nie czas i nie miejsce, by o tym dyskutować.

– Pragnę panu przypomnieć, że przesłuchanie było nagrywane... – z wyraźnym zadowoleniem w głosie Krzysztof zakończył rozmowę i wezwał policjanta, który odprowadził ich do wyjścia.

W tym samym czasie ślęczałem nad raportem. Drzwi mojego pokoju otworzyły się i wszedł szef, inspektor Janusz Forin.

– Marek, zbieraj się, jedziemy aresztować Brytana!

– Co ja mam z tym wspólnego? Przecież to sprawa Franka.

– Nieważne, Franka nie ma, ty będziesz dowodził akcją.

– Janusz, wiesz, że nie lubimy się z Frankiem, nie chcę wkraczać w jego kompetencje!

– Nie dyskutuj, ktoś musi dowodzić. Franka nie ma, a musimy dokonać aresztowania, i to teraz!

– Co takiego się stało?

– Wyobraź sobie, że ten młodzik Krzysztof wydusił z Cienkiego zeznanie dotyczące morderstwa tego chłopaka, dealera narkotyków, które ewidentnie wskazuje sprawcę – Brytana.

– Naprawdę?

– No tak, i dodatkowo świadkiem jest prawnik Brytana. Mamy to na wideo. Sam wyraził zgodę na nagrywanie!

– To mamy mocne papiery. Dobra, biorę tę robotę, za 5 minut będę gotowy – odpowiedziałem i zadałem sobie pytanie, czy postąpiłem słusznie, czy hipnoza to dobra metoda mojej pracy. „Czy Cienki naprawdę widział te numery, a ja pomogłem mu jedynie przypomnieć sobie o tym, czy też coś zasugerowałem? Jak było naprawdę? No cóż, nie czas i nie miejsce, by deliberować na ten temat. Jedziemy aresztować Brytana”.

– Marek, zbieraj się, ekipa gotowa! Mamy drania! – wykrzyknął Krzysztof, który pełny euforii wpadł do mojego pokoju.

– Już idę, idę, zamkniemy skurwysyna! – I mnie udzielił się ogól­­ny entuzjazm.

Łącznie mieliśmy trzy radiowozy, dwa cywilne i jeden grupy specjalnej. Przy takim bandziorze wszystkiego można było się spodziewać.

Po 15 minutach podjechaliśmy pod posesję Brytana. Z informacji uzyskanych z podsłuchu wynikało, że podejrzany był w domu. Zorganizowaliśmy się, poprzydzielałem zadania, wszyscy byli na pozycjach. Przystąpiliśmy do akcji.

Brytan był kompletnie zaskoczony, nie spodziewał się nas, zastaliśmy go w trakcie obiadu, który spożywał ze znajomymi. Aresztowaliśmy ich wszystkich. Widziałem, jak policjanci z grupy specjalnej wyprowadzają podejrzanych, wszystkich po kolei. Pierwszego Brytana, znam jego dossier: 39 lat, z czego 8 spędził za kratkami, od lat związany ze światem przestępczym. Od czasu, gdy stworzył swoją sieć dealerów narkotyków, a właściwie całą grupę przestępczą, pozostawał dla nas nieuchwytny, mimo że wiedzieliśmy i wiemy, czym się zajmuje, nie mogliśmy mu nic zrobić. A teraz tego bandytę w eleganckim garniturze, skutego kajdankami, ze spuszczoną głową, na którą policjanci założyli kominiarkę, wyprowadzano z jego domu wraz z kompanami, wśród których byli z pewnością współpracownicy.

Zadzwonił mój telefon.

– Marek, to ty? – w słuchawce usłyszałem głos szefa.

– Tak, słucham.

– I jak poszło?

– Mamy ich.

– To dobrze, mamy nakaz, możecie przeszukać posiadłość Brytana – usłyszałem zadowolony głos przełożonego.

– Robi się, szefie, obecnie zabezpieczamy teren i czekamy na ekipę.

– Marek.

– Tak, szefie?

– Dziękuję, dobra robota.

– To nie moja zasługa. To robota Franka i Krzysztofa, im powinieneś podziękować. Ja tylko posprzątałem.

– Nie mów tak, bez ciebie nie wiadomo, jak by się to skończyło.

– Nieważne. Czy mogę się już odmeldować? Żona czeka w domu, nie zdążyłem jej powiadomić.

– Jasne, przekaż wszystko Krzysztofowi i do domu. Jeszcze raz dziękuję! – Usłyszałem głos odkładanej słuchawki.

Cóż, nie moja była w sumie zasługa, zeznanie Cienkiego pozwoliło zatrzymać Brytana. „Co mam o tym sądzić, jak mogę sam siebie oceniać? Nie chcę tego, mam dzisiaj ważny dzień, coś postanowiłem i muszę do tego wrócić. Praca to tylko praca, a moja dzisiejsza decyzja w temacie alkoholu może zaważyć na całym życiu i tego powinienem się trzymać”.

– Marek, zorganizujemy tu wszystko i jedziemy na piwo. Jedziesz z nami? – Krzysztof wyrwał mnie z zadumy.

– Nie, dzięki, mam dziś ważniejsze sprawy.

– No co ty? Ty nie idziesz na piwo?

– Nie, nie idę.

– Marek, to przecież twoja zasługa, nikt o tym oczywiście nie wie, ale ja tak. I świętowanie bez ciebie to dla mnie jak seks bez kobiety!

– Przestań, nie wygłupiaj się. Bawcie się dobrze. Do jutra – powiedziałem i szybko poszedłem, wsiadłem do mojego lexusa i pojechałem do domu. Czekała mnie jeszcze rozmowa z żoną o tym, co dzisiaj postanowiłem. Chciała tego, a ja potrzebuję porozmawiać z kimś na ten temat i ona właśnie wydaje mi się najbardziej odpowiednią osobą. Czy tak będzie?

Po pół godzinie podjeżdżałem pod apartamentowiec na Ursynowie, dzielnicy Warszawy, w której mieszkam od wielu, wielu lat i z którą jestem emocjonalnie związany. Zjechałem do podziemnego parkingu, bezbłędnie trafiłem na moje miejsce parkingowe, tak wiele razy zdarzało mi się w nie trafiać, kierując samochodem po pijanemu...

W domu czekała na mnie Anna, moja żona, z którą byłem w związku od 5 lat. Tego dnia spojrzałem na nią innym wzrokiem. Jak zwykle podeszła do mnie, pocałowała w policzek na przywitanie, wąchając przy tym uważnie.

– O, dzisiaj nie piłeś? – zapytała zdziwiona.

– Ano nie, nie piłem.

– Stało się coś?

– Tak, stało się, możemy o tym porozmawiać za chwilę? Pozwól, że się rozbiorę. Jest coś do zjedzenia? Miałem tak zwariowany dzień, że nie starczyło czasu na obiad.

– Czyli dzień jak co dzień, przecież ty nie potrafisz jeść poza domem, nic nowego – odpowiedziała z tajemniczą miną i zniknęła w kuchni.

Mówiła rzeczy oczywiste, dopiero teraz zacząłem zdawać sobie sprawę, że... mówiła prawdę, ja zawsze spieszyłem się do domu, by w spokoju zjeść i wypić... piwo. Dziś po raz pierwszy piwa miało nie być. Poszedłem do naszej sypialni, przebrałem się w domowe ciuchy i zacząłem w końcu czuć się swobodnie.

– Marek, obiad na stole! Brygida, chodź do salonu, jemy! – dotarł do mnie głos Anny.

Zasiedliśmy do stołu. Anna przygotowała dzisiaj moje ulubione danie – pieczoną kaczkę z jabłkami. Swoją drogą zdziwiłem się, jak ona to robi, skąd ma na to wszystko czas, przecież trzeba zrobić zakupy, przygotowanie takich potraw też wymaga czasu, a Anna przecież pracuje... „Cholera, co się ze mną dzieje, po raz pierwszy w życiu zaczynam się zastanawiać, jak ona znajduje czas na prowadzenie domu... Co mnie to właściwie obchodzi? Przecież to jest problem kobiety, a nie mężczyzny. Co mnie naszło?”

– Marku, dzisiaj twoje ulubione danie, a i ty, córeczko, lubisz kaczkę. Mam nadzieję, że będzie wam smakowało.

– Na pewno! – odpowiedziałem z entuzjazmem.

Brygida nic nie mówiąc, od razu zabrała się do jedzenia. Widać było, że jej smakuje.

– No, jak smakowało? – Anna zwróciła się do nas, gdy już wszystko zniknęło z talerzy.

– Mnie bardzo – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

– Mnie też, ale muszę już iść do swojego pokoju, mam jeszcze kilka rzeczy do przygotowania na jutro do szkoły! – zawołała Brygida i zniknęła w swoim pokoju.

– Posiedź sobie, kochanie, posprzątam naczynia – wyrwało mi się nie wiadomo skąd, sam się sobie dziwiłem, ale wstałem i zacząłem znosić naczynia do kuchni.

– To bardzo miłe – zauważyła zdziwiona Anna.

– Napijesz się kawy albo herbaty?

– To jest jeszcze milsze. Poproszę owocową, najlepiej malinową. Stoi w szafce nad...

– Wiem, wiem, gdzie stoi, nie musisz mi mówić – odpowiedziałem trochę poirytowany.

Po chwili zjawiłem się w salonie z dwiema herbatami i usiadłem przy ławie, do której przeniosła się Anna.

– Proszę, kochanie. Herbatka raz!

– Dziękuję. Co w ciebie wstąpiło?

– Sam nie wiem, tak mnie po prostu naszło. Dlaczego niby nie miałbym uczestniczyć w naszym życiu rodzinnym? Dlaczego cię to dziwi?

– No bo nie zdarzało ci się to wcześniej.

– Może więc czas to zmienić? Może czas, abym zaczął więcej dawać z siebie tobie i Brygidzie?

– Cieszy mnie, że tak mówisz, a co chyba ważniejsze, że tak myślisz... mam nadzieję.

– Tak, tak myślę, ale są to jeszcze myśli nieuczesane, sam nie wiem, czego chcę, a co gorsza... co się ze mną dzieje.

– Co masz na myśli?

– Pamiętasz naszą rozmowę... Niedziela, piję piwo po sobotniej libacji, siedzimy przy tej ławie i ty mówisz: „Jak nie zrobisz nic ze swoim uzależnieniem od alkoholu, to się z tobą rozwiodę”.

– Tak, pamiętam. Ale jaki to ma związek?

– Wziąłem sobie te słowa do serca, nie piłem w poniedziałek ani dzisiaj, nie wziąłem do ust nawet piwa, a przecież ostatnimi czasy to był dla mnie standard, jak nie coś mocniejszego, to choćby piwo, ale coś musiałem codziennie wypić.

– Tak było... – wtrąciła się Anna, zauważyłem, że zaczyna z zaciekawieniem i czymś w rodzaju nadziei w oczach wsłuchiwać się w moje słowa.

– No i dzisiaj zdecydowałem się pójść do ośrodka, w którym leczą uzależnienia. Wydarzyło się w moim życiu coś, z czym wcześniej się nie spotkałem. Znasz mnie, jestem człowiekiem silnym, odpornym na stres, potrafię sobie poradzić w każdej sytuacji, nawet z najtrudniejszymi przeciwnościami. A dzisiaj... dzisiaj poczułem się jak sztubak, jak nieporadny dzieciak, który nie radzi sobie z niczym.

– Co masz na myśli?

– Udałem się do tego ośrodka i przyjęła mnie terapeutka, młoda dziewczyna, która mogłaby być moją córką. Nasza rozmowa przebiegała zgodnie z jej scenariuszem. Nie wiem, czy mnie rozumiesz, ale ja w takich sytuacjach, ważnych z jakiegokolwiek powodu dla mnie, zawsze przejmowałem inicjatywę! To ja nadawałem ton, dyktowałem temat, zakres dyskusji czy rozmowy. Tym razem było inaczej.

– I jak się z tym czułeś?

– Nijak, nie czułem nic, byłem po prostu bezradny i bezwiednie odpowiadałem na wszystkie pytania... zgodnie z prawdą.

– Co w tym złego?

– Tego nie wiem! Ale jest to dla mnie coś nowego. Nigdy wcześniej taka sytuacja się nie zdarzyła!

– Powiesz mi, czego tamta rozmowa dotyczyła?

– Tak, nie mam przed tobą tajemnic. Przynajmniej w zakresie dotyczącym mojej osoby, moja praca to co innego. ­Terapeutka nazywa się Maria Janowska. Zmierzała do postawienia diagnozy, czy jestem alkoholikiem, czy nie. Innymi słowy, czy jestem uzależniony. Wydusiła ze mnie wszystko, co chciała, to, co chciałem powiedzieć, i to... co skrywałem głęboko w sobie, czego nie zamierzałem nigdy nikomu powiedzieć.

– Jaką diagnozę postawiła?

– Jestem osobą uzależnioną od alkoholu, dała mi na to całkiem przekonujące dowody. Mniejsza o to jakie.

– I co z tym fantem zrobisz?

– Chcę podjąć leczenie.

– Na czym ma to polegać?

– Jeszcze nie wiem. Aby mogli mnie objąć leczeniem oferowanym przez ośrodek, muszę wytrzymać w trzeźwości, przez co rozumie się zero alkoholu w jakiejkolwiek postaci przez tydzień. W tym czasie mam wziąć udział w dwóch spotkaniach AA.

– AA, co to takiego?

– To ruch Anonimowych Alkoholików, tyle wiem, ale zamierzam za chwilę poszukać więcej informacji na ten temat w internecie. Muszę też zdobyć informacje o tym, gdzie i kiedy odbędą się spotkania w tym tygodniu.

– No cóż, to interesujące, co się wydarzyło. Jeszcze bardziej ciekawi mnie to, co ty z tym dalej zrobisz. Co do naszej niedzielnej rozmowy, to może trochę przesadziłam ze stanowczością, ale uwierz mi, czasami było mi naprawdę ciężko. Twoje wyskoki po pijanemu, zachowanie, gdy urywał ci się film, były naprawdę nie do wytrzymania.

– Wierzę, sam je wszystkie bardzo przeżywałem...

– Wiesz, bardzo, bardzo cię kocham i bardzo chcę z tobą być, ale z tobą takim, jaki jesteś dzisiaj: czułym, wyrozumiałym, rozumiejącym innych i swoje miejsce w naszej rodzinie.

– I ja cię kocham... – Spojrzałem na Annę. Była bardzo atrakcyjną 40-letnią kobietą: szczupła, wysoka blondynka, mimo domowych ciuchów dało się zauważyć jej zgrabną sylwetkę. „Jak mogłem tego nie zauważać przez ostatnie lata? I na dodatek mnie kocha. Doskonale radzi sobie w życiu, sama wychowywała córkę, której ojciec umarł zaraz po jej urodzeniu, w pracy odnosi ostatnio same sukcesy jako asystentka dyrektora prywatnego ośrodka zdrowia, nawet przebąkiwała coś o awansie...”

– Dobrze, kochanie, idź więc do siebie, poszukaj w internecie tego, co cię interesuje, a ja zrobię ci kawę i przygotuję coś słodkiego.

– Aniu, naprawdę bardzo cię kocham i nie wyobrażam sobie życia bez ciebie... – wyrwało mi się nie wiadomo dlaczego i skąd.

Poszedłem do mojego gabinetu. Był to niewielki pokoik – biurko, komputer, regał z książkami i filmami DVD i moja „ściana płaczu”, jak ją pieszczotliwie określałem. Cała jedna ściana była zabudowana półkami, na których poustawiałem kufle do piwa. To była moja pasja, a może nawet obsesja. Od lat zbierałem kufle do piwa, miałem ich kilkaset, z każdym wiązało się jakieś wspomnienie. Moją idée fixe było zawsze to, że kufle z mojej kolekcji nie mogą być kupione. Musiałem je po prostu... zdobyć, mówiąc bez ogródek – ukraść. I tak było w rzeczywistości – tylko nieliczne z nich dostałem w prezencie albo kupiłem, gdy nie mogłem zdobyć ich w inny sposób.

Po pewnym czasie zorientowałem się, że zaczynają mi się mylić okoliczności, w jakich zdobywałem poszczególne egzemplarze. Postanowiłem do każdego kufla dokleić pod spodem karteczkę z informacją, skąd pochodzi i jak go zdobyłem. Wziąłem do ręki pierwszy z brzegu kufel – marka piwa Uerige, na karteczce informacja: marzec 1984 r., browar Düsseldorf. Przypomniałem sobie, byłem wtedy jeszcze oficerem polskiego wywiadu. Pojechaliśmy na akcję do Düsseldorfu. Mieliśmy podrzucić narkotyki do samochodu naszego figuranta, który za tydzień przyjeżdżał do Polski. Planowaliśmy zatrzymać go na granicy i zwerbować do współpracy z naszą służbą. Akcję przeprowadziliśmy bez zarzutu, co się zresztą później potwierdziło – pozyskaliśmy faceta jako wtyczkę.

Jako turyści poza zadaniem spędzaliśmy czas na zwiedzaniu, aby potwierdzić naszą legendę, i odwiedziliśmy między innymi ten mały browar. Ciekawe, sprzedawał swoje piwo tylko w jednej dzielnicy Düsseldorfu... Podczas zwiedzania nie omieszkałem oczywiście ukraść kufla.

Usiadłem z nim teraz przy biurku i oddałem się wspomnieniom. Z zadumy wyrwało mnie wejście Anny.

– Kochanie, nie zamierzasz chyba pić piwa?

– Nie, nie, tak tylko wspominam dawne czasy. Już biorę się za to, co mam ważnego dziś jeszcze do zrobienia.

Anna postawiła na biurku kawę i ciastka kokosowe, takie, jakie najbardziej lubię, i wyszła po cichu.

Zostałem sam. Włączyłem radio, muzyka od zawsze pozwalała mi się skupić na tym, co właśnie robię. Uruchomiłem komputer, internet, w wyszukiwarkę wstukałem AA. Wyskoczyło niezliczenie wiele odnośników. Cóż, przyszedł czas, abym skupił się na tym, co mimo wielu wydarzeń tego dnia było dla mnie chyba najważniejsze.

Dochodziła godzina 22.00, gdy usłyszałem ciche pukanie do drzwi. Weszła Anna.

– Kochanie, już późno, chodź do łóżka... – powiedziała filuternie. Zauważyłem, że ubrana jest w bardzo seksowną koszulkę ­nocną, której nie wkładała od lat, a która wzbudziła we mnie wspomnienia z czasów, kiedy nasze uczucie było bardzo gorące, co przejawiało się także w seksie.

– Już tak późno? Cholera, nie zwróciłem uwagi, już kończę.

Z głową pełną nowych informacji na temat alkoholizmu, tego, co mnie prawdopodobnie dotyczy, wróciłem do rzeczywistości, wyłączyłem komputer i poszedłem do łazienki. Stojąc pod prysznicem, jeszcze długo rozpamiętywałem to, czego dowiedziałem się dzisiaj o sobie. Różne myśli kołatały mi się po głowie, nie potrafiłem sobie wszystkiego poukładać, w moje dotychczasowe, bardzo poukładane życie wkradł się niepokój, z którym miałem sobie odtąd nie radzić. A było to dla mnie nieznane uczucie, coś, co zwiastowało niebezpieczeństwo, ale wówczas nie wiedziałem jeszcze o tym...

– Chodź do mnie, kochanie, mam dzisiaj nieodpartą ochotę na seks, chcę uprawiać z tobą miłość!

Było to coś tak nieoczekiwanego, że stanąłem w drzwiach naszej sypialni, po prostu mnie zamurowało i nie potrafiłem ruszyć się z miejsca.

– Co tak stoisz, chodź do mnie.

– O mój Boże, jaka ty jesteś dziś ponętna. Jak mogłem zapomnieć, nie doceniać tego, jaki skarb mam w domu? Boże, jak ja ciebie pragnę! – wyrwało mi się bezwolnie i już byłem przy mojej Annie.

Kochaliśmy się długo, namiętnie, przypomniałem sobie nasze początki, kiedy poza sobą świata nie widzieliśmy, co przejawiało się też w łóżku. Seks z Anną był wówczas dla mnie czymś wyjątkowym, jednak z czasem sytuacja się zmieniła i wpadliśmy w rutynę.

– Kochanie, ale było wspaniale! Dziękuję! – z rozmyślań wyrwał mnie głos żony.

– To ja tobie dziękuję, już dawno nie przeżyłem czegoś tak wspaniałego!

– Byłeś dzisiaj bardzo czuły...

– Ty też dzisiaj dałaś upust swoim fantazjom.

– Tak mi dobrze i błogo... – Anna szeptała przez sen i czułem, że zasypia. Odpłynęła w rozkoszy, którą przeżyła, taką miałem nadzieję.

Sam długo nie mogłem zasnąć, wydarzenia z całego dnia wy­warły na mnie duże wrażenie. I nie chodziło o te w życiu zawodowym, bo te nie były niczym szczególnym, lecz w prywatnym – wizyta w ośrodku, odmiana Anny, nie wiem, co było dla mnie ważniejsze. Słyszałem jeszcze, jak zegar w pobliskim kościele wybija godzinę 5.00, a potem zasnąłem.


Rozdział II

– Kochanie, już 7.00. Wstawaj, spóźnisz się do pracy!

– Aniu, mogę jeszcze chwilkę pospać?

– Jak nie idziesz dziś do pracy, to śpij, a jak idziesz, to nie ma zmiłuj.

– Idę, idę... już wstaję.

Po 30 minutach usiedliśmy z Anną do stołu.

– Jak ci się spało, kochanie?

– Byłaś wczoraj taka jakaś inna, może inaczej: taka, jaką cię po­­kochałem kilka lat temu. To, co wczoraj przeżyłem, obudziło we mnie wspomnienia i nie wiem, co się ze mną stało... ale nie mogłem zasnąć, przeżywałem to nasze uniesienie jeszcze wiele godzin.

– Zasnąłeś w końcu?

– Tak, nad ranem. A tobie jak się spało?

– Cóż, kobieta po takim seksie zasypia błogo i śpi snem sprawiedliwych. Tak też było ze mną.

– Mamo, jest coś do zjedzenia? – głos Brygidy przerwał naszą, skądinąd interesującą, rozmowę. – Muszę już lecieć do szkoły, może lepiej wezmę śniadanie ze sobą, nie mam już czasu. – Wpadła do kuchni, narobiła zamieszania, spakowała ze stołu kanapki, z lodówki wzięła owoce i wyszła.

– A jak wczorajsze poszukiwania na temat AA? – zapytała Anna, kiedy córka wyszła już z domu.

– No cóż, poczytałem o tym... wiem już trochę więcej, ale wciąż ta cała sytuacja wzbudza moje wątpliwości.

– A co ze spotkaniem AA? Znalazłeś jakieś informacje? Wybierasz się gdzieś?

– I tu mam właśnie problem. Myślałem, że to coś innego... a tymczasem spotkania AA odbywają się głównie przy kościołach lub w... szpitalach psychiatrycznych. Sam nie wiem, co o tym myśleć...

– Jak nie pójdziesz, to się nie przekonasz.

– No tak, ale jestem przecież ateistą, o czym doskonale wiesz, do kościoła nie chodzę z założenia, a szpitale psychiatryczne, no cóż... nie czuję się chory psychicznie.

– Kochanie, nie bierz wszystkiego do siebie, to, że spotkanie AA odbywa się w jakiejś sali szpitala psychiatrycznego, wcale nie oznacza, że biorą w nim udział ludzie chorzy umysłowo!

– No tak, tak, ale muszę to jeszcze przemyśleć. Poszperam w internecie, w najgorszym przypadku pójdę na mityng do szpitala przy ulicy Marczewskiej dzisiaj na godzinę 18.00. Ma to być spotkanie speakerskie, cokolwiek to oznacza.

– Jak pójdziesz, to się dowiesz. Dobra, muszę już lecieć, bo spóźnię się do pracy, a i na ciebie już czas – Anna zakończyła rozmowę i zaczęła się spieszyć – było już rzeczywiście późno.

– No to i ja się zbieram.

Po paru minutach każde z nas wsiadało do swojego samochodu. Spojrzałem jeszcze na Annę, która, jak to kobieta, wystrojona, w szpilkach, pakowała się do czerwonej hondy, i zrobiło mi się jakoś tak cieplej na sercu.

Niespełna pół godziny później siedziałem już za swoim biurkiem w komendzie i przez przeszkloną ścianę obserwowałem zamieszanie, jakie panowało w wydziale od samego rana. Wszyscy biegali, widać było nerwową atmosferę, nie bardzo wiedziałem, o co chodzi, ale... miałem do napisania zaległy raport, zacząłem go wczoraj i pewnie będę jeszcze długo się z tym męczył. Nie cierpiałem tej roboty.

Skupiłem się na pisaniu i zapomniałem o całym świecie.

Po dłuższej chwili otworzyły się drzwi do mojego pokoju i ukazał się w nich Krzysztof, zziajany, jakby właśnie przebiegł maraton.

– Marek! Marek! Właśnie wrócili chłopaki z ekipy, która przeszukiwała dom Brytana. Wiesz, co znaleźli?

– No mów już, nie będę przecież zgadywał.

– Jak znam ciebie, to i tak wiesz. Powiedz, wiesz?

– Krzysiu, nie kombinuj, tylko wal prosto z mostu. Co tam chłopaki znaleźli?

– Marek, znaleźli dowód na udział Brytana w zabójstwie tego młodego chłopaka! I ty na pewno wiesz, jaki to dowód!

– Krzyś, nie kombinuj. Co tam znaleźli?

– To ty mi powiedz. Zrób to dla mnie, proszę.

– Oj, Krzysiu, Krzysiu, dobra. Skup się i pomyśl o tym, co tam chłopaki znaleźli. Myśl o tym intensywnie, wyobraź sobie kształty, kolory, rozmiar, wagę... – Zacząłem swoją grę.

Krzysztof zamilkł. Wpatrywałem się w niego uważnie i zacząłem intensywnie myśleć, co też takiego ekipa mogła znaleźć podczas przeszukania w domu Brytana. Skoro Krzysztof był tak podniecony i ewidentnie zadowolony, to musiał mieć mocny dowód na udział gangstera w morderstwie. Ale jaki? „Mocny dowód, mocny dowód” – zacząłem powtarzać sobie w myślach. Spojrzałem na Krzysztofa i... już wiedziałem!

– Znaleźli broń.

– Skąd wiesz?

– No przecież miałeś i masz ją ciągle przed oczami! Młody, obudź się, jesteś jak lustro, wszystko, co masz w głowie, odbija się wyraźnie na twojej twarzy, tylko trzeba umieć to przeczytać.

– No tak, znaleźli pistolet jericho, kaliber 9 mm, wersja 941FBL. To bardzo rzadko spotykana w Polsce broń.

– I powiedz mi jeszcze, że z takiej broni zastrzelono tego młodego chłopaka!

– Właśnie tak... tylko że nie mamy jeszcze ekspertyzy balistycznej.

– A odciski palców?

– Właśnie badają pistolet w laboratorium.

– No to gratuluję, już teraz możesz wystąpić do prokuratury o zatrzymanie Brytana na trzy miesiące.

– Poczekam na wyniki, na razie mam go na 48 godzin i to mi wystarczy.

– A co na to Franek?

– Nie wiem, nie kontaktowałem się z nim. Ma wrócić dopiero jutro.

– Może lepiej do niego zadzwoń, bo będzie miał do ciebie uzasadnione pretensje.

– Dobra, dobra, zadzwonię później! – krzyknął i już go nie było.

No to fajnie, mieliśmy Brytana. Mnie też zalazł za skórę przez te wszystkie lata swojej przestępczej działalności, a swoją drogą wpadł przez taką głupotę. To, że „pomogłem” trochę Cienkiemu odświeżyć pamięć, nie miało żadnego znaczenia dla winy Brytana, byłem o tym przekonany. A więc miałem czyste sumienie.

Wróciłem do swojego raportu, żmudna robota. W wydziale wciąż było widać wielkie podniecenie, a ja ślęczałem nad sprawozdaniem.

– Marek, dzięki, że wczoraj zająłeś się moją sprawą – wejście Franka przerwało mi pracę.

– O, już jesteś? Podobno miałeś wrócić jutro...

– Dzwonił do mnie Janusz. Kazał wracać i powiedział, że ty wczoraj nadzorowałeś aresztowanie Brytana.

– No tak, Janusz mi kazał.

– Dzięki za pomoc. Masz może jakieś spostrzeżenia, które mogłyby mi pomóc w dalszym śledztwie?

– Żadnych. Byłem po prostu na miejscu, rozstawiłem chłopaków, podzieliłem zadania, aresztowaliśmy Brytana i zostawiłem na miejscu Krzysztofa, który dopilnował reszty.

– A może jest coś, co chciałbyś mi powiedzieć?

– Nie, nie ma. Sorry, ale muszę skończyć mój raport...

– Dobra, nie przeszkadzam. – Franek spojrzał na mnie z wy­­rzutem, wytrzymałem jego wzrok i po kilku sekundach w końcu wyszedł.

Dochodziła 16.00, kiedy przyszedł do mnie szef.

– Marek, mamy kłopot, a właściwie nie, mamy coś i nic.

– Nie bardzo rozumiem...

– Mamy już wyniki badań balistycznych broni znalezionej u Brytana.

– No i?

– To z tej broni zastrzelono tego młodego chłopaka.

– Bingo! Mamy go. Bardzo się cieszę.

– Nie do końca. Na broni nie ma żadnych odcisków palców. Przesłuchaliśmy wstępnie Brytana, twierdzi, że to nie jest jego pistolet, że mu go podrzuciliśmy. Może to i naciągane, ale jego adwokat potrafi to wykorzystać tak, że jutro będziemy musieli go wypuścić.

– No nie mów. Wypuścić? Jak to?

– No tak, bez odcisków dowód jest do podważenia w każdym sądzie, o czym mecenas Marcin Fiuk doskonale wie. Dał temu wyraz podczas przesłuchania Brytana. Marek, zrób coś!

– Coś? Co masz na myśli?

– Nie wiem, przejrzyj jeszcze raz materiały z przeszukania. Może coś znajdziesz?

– Janusz, przecież to sprawa Franka. Nie chcę mu wchodzić w paradę.

– Marku, wiem, wiem, ale proszę cię tak prywatnie. Przyjrzysz się faktom?

Zapadła cisza. „Co mam, kurwa, zrobić? Gdy sprawa Brytana trafiła do naszego wydziału, Janusz nie chciał mi jej przydzielić, mimo że nalegałem. Wtedy byłem... nieodpowiedzialnym oficerem, któremu nie można powierzyć poważnej sprawy, zresztą nadużywałem alkoholu. Szef nie powiedział mi tego wprost, ale dało się to wyczuć w jego wypowiedziach. A teraz przychodzi do mnie i prosi, żebym przyjrzał się faktom? Dlaczego? Dlaczego mam się zaangażować i szukać tego, co przegapił Franek? Dla idei? Co mnie to wszystko, kurwa, obchodzi?!”

– Szefie, przecież to sprawa Franka. Co ja mam do tego? Franek już wrócił, nie bardzo wiem, co powinienem przeglądać... Mam szukać tego, co on przegapił? Przecież jak tylko się dowie, to się wkurwi. Nie chcę zaostrzać i tak napiętych stosunków między mną a Frankiem.

– Marek, pomyśl o tym, że możemy zakończyć sprawę Brytana i wsadzić go za kratki na resztę życia.

– Szefie, nie, nie zrobię nic bez wiedzy Franka. Jak chcesz, abym się zaangażował w sprawę w jakimkolwiek zakresie, uzgodnij to z nim, niech do mnie przyjdzie, to z nim o tym porozmawiam. Inaczej nie widzę żadnej możliwości mojego dalszego udziału w sprawie Brytana!

– Nie denerwuj się, wiem, że drzecie koty, ale czasem trzeba się przełamać i pomóc.

– Pomóc, właśnie tak, pomóc mogę, ale jemu, bo to on prowadzi sprawę i musi wiedzieć o wszystkim, co się dzieje.

– Dobra, już dobra, pogadam z nim.

– Nie mam dziś wiele czasu. – Spojrzałem na zegarek. – Jest 17.00, za 15 minut muszę wyjść, jak chcesz, żebym pogadał z Frankiem, to się pospiesz.

– Ty mi będziesz rozkazywał!

– Nie mam takiego zamiaru, ale przypomnę ci, że o 17.00 kończę pracę...

– Dobra, poczekaj chwilę. – Janusz, wyraźnie poirytowany, spojrzał na mnie zabójczym wzrokiem i opuścił mój pokój.

Po chwili pojawił się Franek.

– Marek, możesz mi pomóc? Mam raport z przeszukania i badań laboratoryjnych. Jakbyś rzucił na to okiem, byłbym wdzięczny. Może coś zauważysz, zwrócisz uwagę na coś, co mnie i technikom umknęło? Znasz przecież Brytana, z jego sprawą spotykałeś się wielokrotnie.

– Franek, zrobię to oczywiście, ale teraz mam do załatwienia coś ważnego. Jak chcesz, daj mi te papiery. Wezmę je do domu i wieczorem przejrzę.

– Dzięki, papiery kładę na biurku. A można wiedzieć, co cię tak goni? Nigdy, jak było coś do zrobienia w sprawie, nie przedkładałeś nad to niczego innego...

– No cóż, człowiek się zmienia. Do zobaczenia jutro! – wykrzyknąłem i już mnie nie było.

Szybko opuściłem budynek komendy, prawie biegiem dotarłem do mojego lexusa, wsiadłem i udałem się w kierunku ulicy Marczewskiej. Zacząłem sobie przypominać, co tam się mieści. Faktycznie, stał tam jakiś szpital, ale czy psychiatryczny? Tego nie byłem pewien, aczkolwiek z tego, co przeczytałem w internecie, tak właśnie wynikało. Moja pamięć zaczęła przywoływać obrazy. Znałem przecież doskonale Warszawę, wydawało mi się, że przejeżdżałem każdą ulicą mojego miasta, a w mojej pamięci przechowywane były obrazy wszystkich domów, budynków, parków...

Po dłuższej chwili wyłowiłem obraz dużego, szarego budynku przy ulicy Marczewskiej. „To z pewnością ten szpital”. Zacząłem szu­­kać w pamięci miejsca, gdzie mógłbym zaparkować samochód. Nie chciałem podjeżdżać pod sam szpital. Wstydziłem się? Nie wiem. Ale coś mi podpowiadało, że muszę zaparkować w jakimś oddaleniu od szpitala, że nie mogę podjeżdżać pod sam budynek. Po co wzbudzać sensację? Tak sobie przynajmniej to wyobrażałem, może przesadzałem, ale zawsze robiłem wszystko, nawet bardzo nieistotne rzeczy, w przemyślany sposób, przewidując zawczasu, co może się wydarzyć, i starając się zapobiegać sytuacjom, które mogłyby mi w jakikolwiek sposób zaszkodzić. To takie zboczenie zawodowe oficera wywiadu. Widać przeniosło się na wszystkie dziedziny mojego życia.

Zbliżałem się do celu. Samochód zaparkowałem dwie ulice przed ulicą Marczewską i do szpitala poszedłem pieszo. Pamięć mnie nie zawiodła, to był ten budynek, którego obraz wywołałem z pamięci. „Tylko dokąd mam iść? Przecież to ogromny gmach! Gdzie może odbywać się spotkanie AA?! Cholera, nie pomyślałem wcześniej, żeby to sprawdzić; teraz muszę kogoś zapytać. Nie cierpię takich sytuacji!” Zawsze byłem przygotowany na każdą ­okoliczność. A tu taka wtopa! „Jak mogłem być tak beztroski! Co mam zrobić? Zbliża się 18.00, a ja wciąż nie wiem, dokąd powinienem pójść. Zaraz, zaraz, spokojnie...”

Zacząłem rozglądać się przed wejściem do budynku, który okazał się szpitalem ogólnym. Nie znalazłem żadnej informacji czy też tabliczki, że to szpital psychiatryczny. Spostrzeżenie to dodało mi energii. Miałem iść na spotkanie Anonimowych Alkoholików, czyli wezmą w nim udział alkoholicy, a to specyficzni ludzie o specyficznym wyglądzie. Tak wówczas myślałem, tak wówczas kojarzyło mi się słowo „alkoholik” – człowiek brudny, obszarpany, czerwony na twarzy... I takich osób właśnie zacząłem wypatrywać w tłumie. Moją uwagę zwróciła grupka ludzi, z której wyłowiłem jednostki odpowiadające z wyglądu mojej definicji alkoholika. „Tak, to musi być to”. Ruszyłem za nimi. Szliśmy długim szpitalnym korytarzem, wydostaliśmy się na wewnętrzne podwórze i wkrótce byliśmy w wolnostojącym, niewielkim budynku. Wszędzie szukałem jakiejś informacji na temat spotkania AA. Niczego takiego nie zauważyłem, ale okoliczności wskazywały na to, że to właśnie tutaj. Ci ludzie, wielu z nich paliło nerwowo papierosy przed wejściem, ich wygląd, ale nie do końca... „Co mam robić? Cóż, muszę w końcu kogoś zapytać, czy dobrze trafiłem”.

– Czy spotkanie AA to tutaj? – zagadnąłem całkiem normalnie wyglądającą kobietę, w stresujących sytuacjach zawsze wolałem damskie towarzystwo.

– Tak, tak, a kolega pewnie pierwszy raz? – próbowała zagaić rozmowę.

– No ta... – zaplątałem się trochę.

– Nie przejmuj się, nie denerwuj, to nie boli, chodźmy, już się zaczyna – powiedziała i zniknęła w tłumie, a miałem nadzieję, że poprowadzi mnie „za rączkę”.

Wszedłem do dużej sali. Był tam tłum ludzi i wiele, wiele rzędów krzeseł. Większość miejsc była już zajęta. Poszukałem miejsca z tyłu, usiadłem i wtopiłem się w tłum. Poczułem się bezpieczny – tak właśnie odczuwałem wtopienie się w tłum. Zacząłem rozglądać się wokół z zaciekawieniem. Było naprawdę dużo osób, po chwili brakło miejsc siedzących, ludzie zaczęli stawać pod ścianą po obu stronach sali. Poczułem się jak na jakimś zebraniu, z przodu sali ustawiono coś w rodzaju prezydium, była też mównica, wokół panował zgiełk i zamieszanie. Przyglądałem się ­obecnym tam ludziom i stwierdziłem, że moje wyobrażenie o alkoholikach, a przynajmniej o ich wyglądzie, było jak najbardziej błędne. Było oczywiście kilka osób czerwonych na twarzy, smutnych, widziałem, że męczy ich kac, ale zdecydowana większość wyglądała całkiem normalnie. Nigdy bym nie podejrzewał, że ci ludzie mają jakikolwiek problem z alkoholem. Na takich przemyśleniach czas płynął mi szybko. W końcu się zaczęło – na mównicę wyszedł starszy facet o miłym wyglądzie.

– Witam wszystkich, mam na imię Bronisław i jestem alkoho­likiem.

– Cześć, Bronisław – sala odpowiedziała chórem.

– Weźmy się za ręce i odmówmy naszą modlitwę. – Wszystko działo się tak szybko, że nie bardzo wiedziałem, co się dzieje. Wszyscy wstali, kobieta po lewej i facet po prawej złapali mnie za ręce i wszyscy zaczęli mówić razem:

Boże, użycz mi pogody ducha,

Abym godził się z tym,

Czego nie mogę zmienić,

Odwagi,

Abym zmienił to,

Co mogę zmienić,

I mądrości,

Abym odróżnił jedno od drugiego.

– Dziękuję, proszę, siadajcie.

„Cholera, co to było? Jestem w kościele, czy jak? Co ja tutaj robię z tymi wszystkimi ludźmi?” Miałem ochotę wstać i natychmiast wyjść. Nie było mi dane kontynuować przemyślenia.

– Witam jeszcze raz wszystkich bardzo serdecznie, a szczególnie tych, którzy są z nami pierwszy raz. Są tacy? Pokażcie się, proszę.

Zapadła cisza. Rozejrzałem się wokół, nikt nie wstał, nie podniósł ręki. „Czy mam wstać? Pokazać się wszystkim? O nie!”

Po dłuższej chwili ktoś z przodu po lewej stronie podniósł rękę.

– O, mamy pierwszą osobę. Wstań, proszę, i pokaż się nam.

Delikwent podniósł się z miejsca i nerwowo spojrzał na prowadzącego.

– Cześć, mam na imię Bronisław i jestem alkoholikiem. A ty?

– Mam na imię Zbyszek...

– Czy chciałbyś nam coś powiedzieć?

– Nie.

– Siadaj. Powitajmy Zbyszka!

– Cześć, Zbyszek! – chóralnie odpowiedziała sala.

– O, mamy następną osobę. Wstań, proszę. Cześć, mam na imię Bronisław i jestem alkoholikiem. A ty?

– Mam na imię Barbara...

– Czy chciałabyś nam coś powiedzieć?

– Nie.

– Siadaj. Powitajmy Barbarę!

– Cześć, Barbara! – chóralnie odpowiedziała sala.

I tak jeszcze kilka osób wstawało, przedstawiało się, cała sala chóralnie je witała, a ja wciąż zastanawiałem się, czy mam się ujawnić, a raczej, mając na względzie moje zboczenie zawodowe, zdekonspirować. Zwyciężyło przyzwyczajenie oficera wywiadu. Wolałem pozostać w ukryciu.

– Dobrze, jeśli to już wszyscy, to przechodzimy do następnego punktu naszego spotkania. Jak wiecie, dzisiejszy mityng ma charakter speakerski. Tym, co nie wiedzą, wyjaśnię, że jeden z nas opowie nam dzisiaj swoją historię. A, jeszcze jedno, zapomniałem, przepraszam. Czy ktoś ma może coś nam wszystkim do powiedzenia? Coś, co go boli, z czym nie daje sobie rady i chciałby się tym z nami podzielić?

Cisza.

– Jeśli nie ma nikogo takiego, to zapraszam Waldemara z Katowic, który przyjechał specjalnie do nas, aby podzielić się z nami swoją smutną historią.

Na mównicę wszedł około 30-letni facet.

– Cześć, mam na imię Waldek i jestem alkoholikiem.

– Cześć, Waldek! – chórem odpowiedziała sala.

– Przyjechałem do was, aby się z wami podzielić moją historią. Nie będę prawił morałów, opowiadał dyrdymałów, opowiem wam po prostu historię mojego życia. Jeżeli będzie to dla kogoś przestroga, coś, co pomoże mu w wyborze jego nowej drogi życiowej, coś, co umocni go w postanowieniu o abstynencji, jeżeli znajdzie się choćby jedna taka osoba, to uznam, że mój przyjazd do Warszawy nie poszedł na marne.

„Kurwa, kim jest ten facet, aby prawić morały?! Przecież to właśnie robi! Za kogo on się ma?” Jego słowa wyprowadziły mnie z równowagi. Nie mogłem skupić się na tym, co mówił przez kilka następnych minut. Potem jego słowa zaczęły do mnie docierać.

– ...No i wtedy ojciec poczęstował, a może raczej zmusił mnie do wypicia pierwszego kieliszka alkoholu. Miałem zaledwie 5 lat, była to rodzinna uroczystość, wszyscy byli pijani. Ojciec nalał niewiele wódki do kieliszka, zawołał mnie i powiedział: „Chodź tu, szkrabie, sprawdź, co czyni, że twój tatuś jest taki szczęśliwy!”. Taka sytuacja powtarzała się przy każdej okazji, a tych w mojej rodzinie było dużo. Z czasem sam zacząłem sięgać po alkohol, zawsze na zakończenie imprezy wypatrywałem niedopitych kieliszków i gdy rodzice sprzątali ze stołu, wykorzystując to, że sięgam już głową ponad stół, spijałem resztki.

„Co on mówi? Dlaczego oczernia swoich rodziców? Jak on tak może? Czyż nie wie, że »żaden ptak nie sra w swoje gniazdo«? Co to, kurwa, jest? Co się dzieje?” Zacząłem się coraz bardziej irytować. „Co ja tu robię? Jakieś modlitwy, publiczne obnażanie się. Czy ten facet to jakiś masochista? Nie rozumiem tego wszystkiego”.

Przez kolejne pół godziny głos faceta do mnie nie docierał, myślałem o tym, co się ze mną dzieje. Zacząłem przypominać sobie swoje dzieciństwo. „Dlaczego?” – zadałem sobie to pytanie i... usłyszałem głos speakera.

– ...W szkole zawodowej, której notabene nie ukończyłem, alkohol był już u mnie na porządku dziennym. W domu codziennie odbywały się libacje, ojciec jak nie siedział w więzieniu, to kradł i pił razem z matką i kompanami, jak siedział, to matka piła, jak jej brakowało pieniędzy, to się kurwiła. Może nie powinienem tak mówić o własnej matce, ale to jest niestety prawda, z którą się pogodziłem. Piłem już razem z nimi, a że nie zawsze chcieli mnie częstować, to z czasem sam musiałem o siebie zadbać, czyli zdobywać pieniądze na alkohol. Z początku podbierałem pieniądze rodzicom, by później pić z kolegami, były jakieś drobne kradzieże w sklepach, aż doszedłem do napadów na ludzi. Razem z kolegami wypatrywaliśmy ofiar, głównie kobiet, a potem śledziliśmy je i w jakimś ustronnym miejscu zmuszaliśmy, by oddały nam pieniądze.

„No, no, mamy tu podejrzanego, jak tak dalej pójdzie, będę mu­­siał go zaaresztować. Przecież on właśnie przyznaje się do popełnienia przestępstw. Zwariował, czy jak? O co temu gościowi chodzi? Dlaczego sam się pogrąża? Czy ja bym tak mógł? To jakaś bzdura!”

– ...Wyszedłem po 3 latach i na początku wszystko układało się inaczej. Ojciec siedział w wiezieniu, matka borykała się z kłopotami zdrowotnymi, w domu chwilowo nie było alkoholu. Ale do tego czasu już jako młody chłopak uzależniłem się od picia i nie mogłem bez niego żyć. Szybko dołączyłem do dawnego towarzystwa i wróciłem zarówno do picia, jak i na drogę przestępstwa. Moje życie ograniczało się do zdobywania pieniędzy i picia tak długo, aż starczało kasy – i tak w kółko: jakiś włam, kradzież, picie, włam, kradzież, picie... Pewnego razu przyjechała do nas kuzynka ze wsi, młoda dziewczyna, miała zdawać do jakiejś szkoły średniej, czy coś takiego, dziś już nie pamiętam szczegółów. Jak zwykle piliśmy tego dnia z kolegami, wróciłem późno do domu, zajrzałem do lodówki, przegryzłem coś, matka pochrapywała głośno. Poszedłem do swojego pokoju, rozebrałem się po ciemku i... chciałem się położyć, a tu widzę, że w moim łóżku śpi dziewczyna! Co to? Prezent od Pana Boga? Matka załatwiła mi kurwę? Tak wówczas pomyślałem. Spojrzałem raz jeszcze na dziewczynę leżącą w moim łóżku, była częściowo odkryta, pożądliwie spojrzałem na jej nagie ciało i już nie mogłem się opanować. Gwałciłem ją całą noc, mocno zakrywałem jej usta, aby nie krzyczała, byłem w jakimś amoku, nie wiedziałem, kim jest, co robi w moim łóżku, nie było to ważne, liczyło się tylko zaspokojenie mojej żądzy, mojego popędu seksualnego. Skończyłem nad ranem. Natalia, jak się wówczas dowiedziałem, moja kuzynka, leżała zmasakrowana obok, po jej twarzy spływały łzy pomieszane z krwią. Spojrzałem na nią ze zdziwieniem. „Co ona tu robi? Co ja jej zrobiłem?” Takie pytania sobie wówczas zadawałem. „Co mam teraz zrobić?!” – zapytałem sam siebie, gdy wróciłem do rzeczywistości. Rozmowa z Natalią trwała długo. Nie wiem do dzisiaj, dlaczego, z jakiego powodu nie zgłosiła gwałtu na policję, ale... nie zrobiła tego...

„Co to, kurwa, za wyznanie?! Ty kutasie, ty skurwysynie! Jak mogłeś?! No nie, tego już za wiele, nie mogę dalej tego słuchać! Ty pojebie, muszę cię aresztować!”

Już chciałem wstać, gdy jakaś siła mnie powstrzymała, nie mam pojęcia, co się wydarzyło, co mnie odwiodło od zamiaru. Nie mogłem tego pojąć, ale słuchałem dalej.

– ...Rano Natalia wyszła z domu bez słowa. Ja długo jeszcze spałem, musiał ze mnie wyparować alkohol. Kiedy w miarę już trzeźwym umysłem oceniłem to, co się stało, zamurowało mnie, nie mogłem się ruszyć, myśleć o czymkolwiek innym, bałem się, strasznie się bałem, ale... równocześnie chciało mi się strasznie pić. No i wstałem, pogrzebałem w kieszeniach, znalazłem parę złotych, ubrałem się i poszedłem pod sklep, gdzie co rano spotykałem się z kumplami. Wypiliśmy parę piw, wszystko zaczęło wracać do normy.

„Do jakiej, kurwa, normy?! Ty kutasie, należy ci się odsiadka, i to w więzieniu, gdzie gwałcicieli gwałcą! Gdzie codziennie jakiś inny skazany będzie wkładał ci kutasa w twoją dupę! Gdzie nie będziesz miał spokoju ani minutę, ani sekundę! Jak ty możesz publicznie opowiadać takie rzeczy?!” – w mojej głowie kotłowały się niespójne myśli. Nie mogłem już tego wytrzymać, oczyma wyobraźni szukałem tego człowieka. Nie chciałem robić zamieszania na spotkaniu, ale moje myśli wybiegały dalej. Było już jutro, wzywałem na przesłuchanie Bronisława, ustalałem dane personalne Waldemara, wysyłałem do jego miejsca zamieszkania grupę specjalną i miałem go w pokoju przesłuchań...

Nagle ponownie wróciłem myślami na salę spotkania AA.

– ...Jednak to jeszcze nic... Ze sprawą Natalii poradziłem sobie mentalnie, a może inaczej: wódka pozwoliła mi o tym zapomnieć. Kilka miesięcy później byliśmy z kumplami na głodzie, nie narkotykowym, bo z dragami nie miałem w życiu do czynienia – i całe szczęście – ale chciało mi się po prostu pić, wiecie, o czym mówię. Wymyśliliśmy sobie napad na sklep i dokonaliśmy go, niestety mój kumpel zatłukł na śmierć sprzedawczynię...

„Co ty, kurwa, mówisz?!” – osłupiałem! „Co ja tu robię?! Muszę jakoś zareagować!”

Speaker kontynuował.

– ...Złapali nas, podczas przesłuchań mówiłem prawdę, naraziłem się moim kuplom, odsiedziałem kolejne 3 lata, wyszedłem 2 lata temu. Od tego czasu nie piję i jestem tu dzisiaj z wami, aby opowiedzieć wam moją historię. Jak zaznaczyłem na wstępie, o ile znajdzie się ktoś, komu w czymkolwiek moja historia pomoże, może inaczej: da mu do myślenia, to warto było do was przyjechać.

Na sali zapadła cisza, po chwili odezwały się nieśmiałe oklaski, ludzie bili brawo, a ja pytałem sam siebie, co powinienem zrobić z tym fantem. Jak osłupiały wstałem i zacząłem wychodzić razem z innymi, byłem w tłumie, czułem się bezpiecznie, zdawałem sobie bowiem sprawę, że powinienem zareagować na to, co ­usłyszałem, a fakt, że nikt nie wiedział, kim jestem, dawał mi komfort psychiczny.

– O, cześć. Byłeś tu pierwszy raz, dlaczego nie wstałeś? – głos kobiety, którą zaczepiłem przed spotkaniem, wyrwał mnie z zadumy.

– Nie czułem się na siłach – odpowiedziałem bezwiednie, zresztą zgodnie z prawdą... „Cholera, co się ze mną dzieje?”

– Nie martw się, tak bywa, ale zostań z nami. Proszę! – odparła. – I dobra rada: jak jesteś początkujący, dużo pij! Kup sobie kilka butelek wody mineralnej i poutykaj je tam, gdzie wcześniej chowałeś alkohol. To pomaga! – ta uwaga utkwiła mi w pamięci.

Dotarłem w końcu do mojego samochodu, po drodze wstąpiłem do sklepu i kupiłem... dwie butelki wody mineralnej. Stanąłem obok mojego lexusa, zapaliłem papierosa i moje myśli zaczęły krążyć wokół tego, czego właśnie byłem świadkiem. Anonimowi alkoholicy, jak się dzisiaj przekonałem, to ludzie różnego pokroju. „Tylko dlaczego mówią prawdę? Dlaczego sami się pogrążają? A ja – co ja mam z tym wspólnego? Jestem alkoholikiem? Chyba nie, a może jestem?” – takie myśli towarzyszyły mi w drodze do domu.

– Cześć, Marek! – Anna powitała mnie radośnie. – Dobrze, że jesteś. Jak ci minął dzień? Byłeś na spotkaniu AA?

– Byłem, byłem, ale chyba nie chcesz poznać moich refleksji...

– Jak to?

– Pozwól, że się przebiorę, miałem dziś naprawdę dużo wrażeń, czeka mnie jeszcze, niestety, praca, muszę przejrzeć dokumenty.

– Marku, jest już po 20.00, może jednak spędzimy ten wieczór tak jak wczoraj?

– Sorry, ale w takim wypadku musimy poczekać godzinę, dwie. Mam naprawdę coś ważnego do zrobienia.

– Dobrze, kolacja na stole. Jak się obrobisz, to wiedz, że na ciebie czekam... – powiedziała i zniknęła za drzwiami sypialni.

Udałem się do mojego gabinetu, wyciągnąłem papiery, które dał mi Franek, i położyłem je na biurku. Poszedłem do kuchni, zjadłem przygotowaną przez Annę kolację. Starałem się nie myśleć więcej o spotkaniu AA, postanowiłem, że jutro ewentualnie wrócę do tego tematu, jak znajdę czas. Teraz powinienem skupić się na tym, co przegapili koledzy w raporcie z przeszukiwania domu Brytana.

Pierwsze spostrzeżenia – wszystko OK, niczego nie zanied­­bali. „Zobaczmy, jak szukali odcisków palców na broni ­znalezionej w domu gangstera. Czy aby na pewno zrobili to dokładnie?” Nie miałem żadnych podstaw, aby myśleć inaczej, ale zważając na to, że byłem „upierdliwy”, tak zawsze oceniali mnie ci, z którymi pracowałem, postanowiłem przyjrzeć się głównie raportowi z badań technicznych pistoletu. Jaka to broń? Izraelska, zaraz, zaraz, miałem z nią przecież do czynienia w szkole wywiadu. Zapoznałem się z tym pistoletem, miałem też okazję go czyścić, a że byłem bardzo drobiazgowy, to i ten pistolet czyściłem bardzo dokładnie. Pamiętałem, że miałem problem z wyczyszczeniem tulejki umiejscowionej pod lufą, nie potrafiłem sobie dać z tym rady, w końcu małym palcem wygrzebałem stamtąd kurz, próbowałem to miejsce naoliwić, ale bezskutecznie. Przypominałem sobie też, jak kilka lat temu przesłuchiwałem Brytana. W luźnej rozmowie na temat broni wywnioskowałem, że jest w tym zakresie pedantem, rozmawialiśmy, o dziwo, na luzie i zauważyłem, że jest podobny do mnie. Broń zawsze powinna być gotowa do użycia, czysta, sprawna i sprawdzona. Zgadzaliśmy się chociaż w tym względzie. Czyli z pewnością, o ile to jego broń, powinien natrafić na problem z tulejką pod lufą pistoletu jericho, kaliber 9 mm, wersja 941FBL, podczas czyszczenia pistoletu, czyli powinien tam zostawić swoje odciski palców. „Ciekawe, czy technicy to sprawdzili, czy szukali odcisków palców w tulejce pod lufą?” Zacząłem szukać informacji na ten temat w raporcie techników i nic nie znalazłem. „Może to jest właśnie to, na co czekają Franek, Janusz i cały wydział? Może w tej tulejce Brytan zostawił odciski palców i będziemy go mieli? Oby!”

Miałem dość, złożyłem papiery, odłożyłem je na bok, spojrza­łem jeszcze na moją kolekcję kufli. „Może warto wziąć do ręki jeden i wrócić do przeszłości? Nie, to chyba nie jest najlepszy po­­mysł, przecież Anna na mnie czeka”. Szybko spakowałem wszystkie materiały do torby i poszedłem do łazienki. Czekała mnie pewnie kolejna upojna noc z żoną. Przebrałem się podniecony i poszedłem do sypialni. Anna już spała, wyglądało na to, że nici z moich marzeń o kolejnej wspaniałej nocy z kobietą, którą miałem tyle lat przy sobie i której, niestety, nie doceniałem. Położyłem się obok żony, przyjrzałem się jej. „Faktycznie, to piękna kobieta, szkoda, że śpi...”

Długo kręciłem się w łóżku, nie mogąc zasnąć. Przypomniałem sobie dziewczynę ze spotkania AA. Wstałem, poszedłem do ­kuchni, wziąłem butelkę wody mineralnej – mówiła, że powinienem dużo pić, więc piję dużymi haustami. Bardzo chciało mi się pić i o dziwo, woda zaspokoiła moje pragnienie. Wróciłem do łóżka. Długo nie mogłem zasnąć, słyszałem, jak zegar kościelny wybija godzinę 5.00.


Rozdział III

– Marek, wstawaj! Wstawaj, kochanie! – głos Anny obudził mnie z głębokiego snu, w który, jak mi się wydawało, dopiero co zapadłem.

– Co jest? Co się dzieje? Pali się?

– Nie, nic takiego, jest 7.00, czas wstawiać do pracy!

– Ale jesteś okrutna.

– To nie ja, to życie, to czas, który nas bezustannie goni – zauważyła filozoficznie Anna.

– Sorry, masz rację, już wstaję.

W miarę szybko się ogarnąłem i byłem gotowy do wyjścia.

– Marku, nie jesz dzisiaj śniadania?

– Aniu, dzisiaj nie, wczoraj się tyle wydarzyło, mam też coś ważnego do przekazania szefowi, to może być przełom w śledztwie. Muszę lecieć!

– Miłego dnia!

Słowa Anny dotarły do mnie, gdy już wychodziłem. Skądinąd to bardzo miłe, że żona życzyła mi miłego dnia, nie pamiętałem, kiedy ostatnio tak się zachowywała.

Pędziłem do komendy, by podzielić się spostrzeżeniem na temat badań daktyloskopijnych broni znalezionej u Brytana.

– Cześć, Marek! – Janusz, nasz szef, powitał mnie w wejściowych drzwiach wydziału.

– Masz coś?

– Coś mam, ale chciałbym o tym najpierw porozmawiać z Frankiem.

– Już go do ciebie przysyłam, idź do siebie, Franek zaraz przyjdzie.

Po chwili pojawił się Franek.

– I jak, Marek, co tam masz?

– Możemy pogadać z technikami?

– Nie wiem, czy już są.

– To sprawdź, bez tego nici z moich rewelacji.

– Dobra, już idę.

Zostałem sam w moim pokoju. Rozpakowałem się i zacząłem myśleć, co będzie. „Może technicy sprawdzili tę tulejkę? A jeśli nie znaleźli tam żadnych odcisków palców? Wyjdzie na to, że po raz pierwszy zawiodę szefa i wydział. Jak mogę przypuszczać, wszyscy liczyli na to, że znajdę coś, co pozwoli przyskrzynić Brytana. Dotychczas zawsze tak było. Czy i tym razem tak będzie? Czy moje rewelacje okażą się odkrywcze? Dobra, już dość, dosyć już tych przemyśleń, wracam do mojego wciąż nieskończonego raportu”.

Rozłożyłem papiery na biurku i próbowałem zająć się tym, co i tak musiałem zrobić, ale moje myśli wciąż krążyły wokół sprawy Brytana. „Co się okaże? Co powiedzą technicy? Zwrócili na to uwagę? Bardzo ich lubię, to porządne chłopaki i nie chciałbym im zaszkodzić, ale... z drugiej strony wolałbym też, żeby stanęło na moim”.

– Marek, co jesteś taki zamyślony? – Marika wpadła do mojego pokoju jak grom z jasnego nieba. To nasza maskotka wydziałowa, dziewczyna, która zaczęła u nas pracę rok temu. Bardzo mi się podobała. Aspirant Marika Kozłowska miała 24 lata, była ambitna, bezpośrednio po szkole i stała się obiektem pożądania wszystkich przedstawicieli płci męskiej w wydziale. Z pewnością!

– A jaki mam być?

– Franek robi aferę u techników. Chodź, bo bez ciebie nie wiadomo, jak to się skończy!

– Kurwa, jaką aferę? O co chodzi?

– Nie wiem, słyszałam tylko, że ich opierdala, że nie dopilnowali wszystkich szczegółów podczas badania dowodów z przeszukania domu Brytana. Podobno znalazłeś coś, na co oni nie zwrócili uwagi.

– O Boże... – załamałem się. „Miałem nadzieję, że tym razem Franek da sobie spokój, ale nie, on zawsze chce, żeby jego było na wierzchu. Po co ja się w to wszystko wplątałem?”

– Marika, poproś Adama, żeby do mnie przyszedł.

– Myślisz, że to wystarczy, żeby uspokoić atmosferę?

– Nie wiem, ale mam już tego dosyć! Mam dość zagrań Franka, które są poniżej pasa! Chcę tylko coś powiedzieć Adamowi i tyle. Z Frankiem nie chce mi się więcej gadać!

– Dobra, dobra, Mareczku, uspokój się, już załatwiam wszystko, co chcesz.

„Kurwa! Co ten debil sobie myśli?! Przecież nie powiedziałem mu nic takiego, co stanowiłoby podstawę do podważania merytorycznej wartości pracy techników! Jak on mógł?!”

– Marku, sorry, ale się wkurwiłem i wygarnąłem Adamowi, co myślę o jego pracy! – Franek wpadł do mojego pokoju i wypalił na wejściu.

– Ty chyba jesteś jakiś popieprzony! O co ci, chłopie, chodzi? Dlaczego masz do niego pretensje o coś, co nie jest jeszcze pewne? Co ty, kurwa, sobie myślisz? Że będziesz sobie torował drogę, mnie mając za taran? Wiesz, myślałem, że jednak jesteś inny. Nie lubię cię i nigdy nie lubiłem, z czym się nie kryłem, ale dziś przekroczyłeś wszelkie granice. Spierdalaj z mojego pokoju! – wypaliłem bez żadnej kontroli nad sobą. Wstałem i ruszyłem się w stronę Franka.

– Marek, ja...

– Wypierdalaj i nic już nie mów, bo stracę cierpliwość.

Franek wyszedł, a ja usiadłem w fotelu i bezmyślnie zacząłem wpatrywać się w papiery.

– Marek, co tu się, kurwa, dzieje! – Janusz wyrwał mnie z zadumy.

– Tego nie wiem, spytaj Franka, o co mu chodzi.

– Nieważne, gówno mnie obchodzi, co was dzieli, a co łączy. Jest sprawa. Powiedz, masz coś, co mogłoby popchnąć sprawę Brytana?

– Tak, mam, ale muszę najpierw o tym porozmawiać z Adamem. Z Frankiem nie mam już o czym gadać.

– Nie stawiaj mi tu warunków!

– OK, ale nie będę na temat Brytana rozmawiał z nikim innym, tylko z Adamem. Czy ci się to podoba, czy nie, gówno mnie to ob­­­chodzi. I dajcie mi wszyscy święty spokój. Mam swój raport, na który czekasz. Ja swoją sprawę zamknąłem.

Janusza zamurowało. Spojrzał na mnie wzgardliwie, chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymał, zakręcił się na pięcie i wyszedł bez słowa.

„Kurwa! Na co mi to było, pchać się w nie swoją sprawę?! Mało mam swoich problemów? Szczególnie teraz, gdy postanowiłem zrobić coś z uzależnieniem od alkoholu... A tak właściwe to jestem alkoholikiem czy nie?” – nagle powróciło pytanie, które wczoraj cisnęło mi się na usta, a którego nie potrafiłem sprecyzować.

– Marek, mogę wejść? – Adam pojawił się w drzwiach mojego pokoju. Wysoki, 40-letni mężczyzna, szef grupy, która przeszukiwała mieszkanie Brytana, z pewnością bardzo atrakcyjny dla kobiet, tym bardziej że był rozwodnikiem.

– Wchodź i lepiej nic nie mów, nie komentuj, mam już tego dość.

– OK. Powiedz mi po prostu to, co masz do powiedzenia.

– Adam, miałem kiedyś do czynienia z pistoletem jericho. To rzadka broń, korzystają z niej izraelscy komandosi. Nie jest to skomplikowany pistolet, ale... kiedyś musiałem się nauczyć go czyścić i napotkałem na problem – nie mogłem wyczyścić jednego miejsca, to jest wnętrza tulejki, która znajduje się pod lufą. Próbowałem na wiele sposobów, ale bez rezultatu. W końcu wetknąłem tam mały palec i to pomogło. Ponieważ kiedyś rozmawiałem na temat broni z Brytanem i okazało się, że jest co najmniej takim jej wielbicielem jak ja, pomyślałem, że dbał o pistolet, który u niego znaleźliście, i również miał problemy z jego czyszczeniem, czyli napotkał problem z tą samą tulejką. Jeśli tak, to mógł w jej wnętrzu zostawić odciski palców. To tyle. Nie wiem, czy to sprawdzaliście. Nic mnie to nie obchodzi. Ale jeśli nie, to sprawdź to, proszę. Wiesz, mam już dość tej całej sprawy. Zrób, co uważasz za słuszne, i daj mi, proszę, spokój.

– Marek, prawdę mówiąc, nie sprawdziliśmy tulejki, nie pomyślałem o tym. Dzięki za wskazówkę i wiedz, że ani moi chłopcy ani ja nie mamy do ciebie pretensji, ty nam tylko pomagasz, a to, co mówi i robi Franek, to jakaś paranoja. I ja tego nie rozumiem. Znamy się od wielu lat. Marek, odpuść, bądź sobą, takim, jakim byłeś i, mam nadzieję, będziesz.

– OK. Adam, jest OK. Nie mam do ciebie żadnych pretensji, ale czasami mam już dość zagrań typu „Franek”. Nie wiem, o co chodzi, ale czasami czuję, że mogę pomóc. I to, że trafiam w dziesiątkę, oby i tym razem tak było, to zbieg okoliczności, może moje przeczucie, może moje szczęście, może czasami trzeba zwołać „burzę mózgów”, aby trafić w dziesiątkę? Nie wiem i nie chcę wiedzieć, to pozostaje w gestii Janusza, ale jedno jest pewne – nie chcę nikomu bruździć, tym bardziej tobie. Znamy się wiele lat i nic mnie nie upoważnia, żeby postępować inaczej. Dajmy już spokój. Sprawdź te odciski palców w tulejce, a wyniki przekaż Frankowi.

– Marek, przecież...

– Adam, daj spokój, skończyłem ten temat.

Zostałem sam w pokoju z moimi myślami, problemami, o których tak naprawdę nikt nie miał pojęcia. „Co mi tam konflikt z Frankiem? Co mnie to obchodzi? Nie mój cyrk, nie moje małpy”. W moim życiu coś się działo i to coś zaczęło ważyć na podejmowanych decyzjach. „Pierwszy raz... no tak, nie ma co się nad sobą roztkliwiać, muszę wracać do pracy, raport wciąż nieskończony”.

– Marek, miałeś rację. – Janusz, szef, przerwał mi pracę nad raportem.

– Co masz na myśli?

– Adam znalazł w tulejce pistoletu odcisk palca Brytana.

– No i?

– Mamy go, teraz już się nie wywinie.

– To fajnie. Sorry, ale muszę skończyć raport.

– Marek, wiem, jak się czujesz. Widziałem, co działo się od rana w wydziale, zauważyłem, jak zachował się Franek...

– Janusz, wyluzuj i daj mi święty spokój! Wczoraj obiecałem, nie wiem już komu, ale obiecałem, że przyjrzę się sprawie – i zrobiłem to! A że trafiłem, to czysty przypadek! Nie wkręcajcie mnie więcej w tę sprawę. Mam już jej dość.

– Marek, wiesz, że bardzo cię cenię i dziękuję, że wczoraj zająłeś się sprawą Brytana...

– Nie musisz...

– Muszę, Marek. Wiem, że to ty miałeś być szefem wydziału, wiem, że mnie tu po prostu przydzielono, wiem, że pracownicy bardziej szanują ciebie niż mnie, wiem i czuję się z tym źle, że nigdy nie osiągnę pozycji, jaką masz w wydziale.

– Janusz, o co ci chodzi?

– O nic, wiedz tylko, że cię bardzo szanuję, aczkolwiek, jako twój szef, wiem też, że masz pewne mankamenty... alkohol to...

– Janusz, skończ z tym, proszę!

– Dobra, zrób, co masz do zrobienia, i idź do domu, wykonałeś kawał dobrej roboty. Dziękuję – zakończył i wyszedł.

Zostałem sam. Nie chciałem, aby ktokolwiek wszedł teraz do mojego pokoju. Moje myśli nie pozwoliły mi nad sobą zapanować, kłębiły się w głowie. Nie mogłem też skupić się na pisaniu raportu. Tkwiłem w czymś, co mogę określić jako nicość.

Pozostawałem w takim stanie do końca dnia pracy. Na całe szczęście nikt mi nie przeszkadzał. Mogłem tylko sobie wyobrażać, co dzieje się w wydziale, jaką burzę wywołało moje odkrycie.

Po 17.00 wyszedłem z pokoju i przez nikogo nie niepokojony dotarłem do mojego samochodu. Ruszyłem w drogę do domu. Prag­nąłem odpocząć, pomyśleć o tym, co się ze mną dzieje. Machinalnie sięgnąłem po butelkę wody mineralnej i napiłem się. „Skąd ta butelka w moim samochodzie?” Przypomniałem sobie wczorajszy dzień... i dobrą radę nieznanej alkoholiczki.

Do domu dojechałem bez problemów, a w mojej głowie kotłowały się burzliwe myśli, nie, nie w temacie sprawy, którą żył cały wydział. Chodziło o coś innego, nie wiedziałem wówczas o co, ale przeczuwałem, że wydarzy się coś, na co nie będę miał wpływu. Zaczynałem się bać czegoś nieznanego, niekontrolowanego, nie wiedziałem czego.

– Cześć, kochanie! Już jesteś? – Anna widocznie ucieszyła się na mój widok.

– Jestem, jestem, mimo że tak wcześnie, to czuję się wykończony, miałem upierdliwy dzień.

– Chcesz o tym pogadać?

– Nie bardzo, potrzebuję spokoju, sam to sobie wszystko przemyślę.

– No to się przebierz i siadamy do stołu, wszystko gotowe. Brygida, obiad za 5 minut! – krzyknęła.

Po pięciu minutach siedzieliśmy przy stole.

– Kochanie, jak ci minął dzień? – Anna zwróciła się do Brygidy.

– Nudy na pudy!

– No co ty? W szkole nudy? Nie może być.

– Może, może, przecież to dopiero początek roku szkolnego.

– No tak, ale koleżanki dzielą się pewnie wrażeniami i wspomnieniami z wakacji. Nie rozmawiacie o tym?

– A jakby nawet, to co? Mam ci o tym wszystkim opowiadać?

– No, mogłabyś uchylić rąbka tajemnicy...

– Mamo, przestań. Wiesz przecież, że nic ci nie powiem. A tak przy okazji, w naszej szkole organizowany jest wyjazd świąteczno-noworoczny do Londynu, łącznie 2 tygodnie, połączony z intensywnym kursem języka angielskiego. Może mogłabym pojechać?

– Jak to, święta, Nowy Rok, kurs języka... nie bardzo rozumiem? – poirytowała się Anna.

– Ano tak, jest taka propozycja i wiele moich koleżanek wstępnie już się zapisało.

– Chcesz spędzić święta poza domem?

– Mamo, to jest wyjazd na kurs językowy, połączony z poznawaniem Anglii i zwyczajów tam panujących, tak łatwiej jest przyswajać wiedzę.

– Marek, a ty co o tym myślisz?

– Cóż, trafia do mnie argumentacja, że języka trzeba się uczyć razem z wiedzą o kraju, którego języka się uczymy, ale co do terminu, to jakoś tak nie bardzo jestem przekonany.

– To ma być eksperyment, taki wyjazd jest organizowany po raz pierwszy, mamy mieszkać u angielskich rodzin, w ciągu dnia intensywnie się uczyć, a popołudnia i wieczory spędzać z rdzennymi rodzinami, poznawać ich zwyczaje, w tym sposób na spędzanie świąt i Nowego Roku. Nie mówię, że bardzo chcę jechać, ale daje wam pod rozwagę taką możliwość.

– A ile to ma kosztować? – Anna jak zwykle zeszła na ziemię.

– No, całość kosztów to 10 000 zł plus jakieś kieszonkowe dla mnie i koszty sylwestra.

– Brygida, oszalałaś?

– Aniu, przestań, nie o pieniądze tu chodzi.

– Nie, nie ma mowy, 10 000 zł – to chyba jakiś żart!

– Mamo!

– Dziecko, uspokój się, zapomnijmy o tym temacie. Smakowało?

– Jak zwykle wszystko było bardzo pyszne, kochanie. A teraz poz­­wolicie, moje panie, że udam się do swojego pokoju, mam jeszcze coś do zrobienia.

Po chwili, siedząc przy biurku, zapaliłem papierosa i zacząłem szukać w internecie informacji na temat spotkań AA. Pozostało mi jeszcze jedno, a po wczorajszym byłem bardzo zdegustowany. „Może tym razem trafię lepiej? Cokolwiek to oznacza”. Machinalnie sięgnąłem pod biurko i wyciągnąłem... butelkę wody mineralnej. „Cholera, skąd ona się tu wzięła? Aha, wczoraj ją tam postawiłem. W tym samym miejscu zawsze stało piwo, teraz woda mineralna... Ciekawe, ale faktycznie, pewnych odruchów trudno się pozbyć”.

Zacząłem szperać w internecie. Zamierzałem znaleźć drugie spotkanie AA – przypomniałem sobie, co obiecałem terapeutce w ośrodku. Tym razem szukałem dokładniej. „Cholera, ile tego jest? To naprawdę popularny ruch. Dlaczego tak mało o tym słychać?” W pewnym momencie znalazłem ogłoszenie o spotkaniach AA odbywających się w ośrodku, do którego się zgłosiłem, w każdą sobotę o 11.00. „Szkoda, że pani Maria Janowska, tamta terapeutka, nie powiedziała mi tego, oszczędziłbym sobie trochę czasu. Ale co tam, podjąłem decyzję, pójdę tam w sobotę i tym samym wypełnię swoje zobowiązanie wobec niej”. Wyłączyłem komputer, opadłem zmęczony na krzesło. „Tyle się ostatnio dzieje, a ja nie mogę spać. Już dwie noce śpię jak zając pod miedzą. Bez wątpienia muszę coś z tym zrobić, ale powoli, nie wszystko naraz. Z reguły wystarczyły dwa, trzy piwa i zasypiałem jak dziecko a teraz...” Spojrzałem na butelkę wody mineralnej. W tym momencie otworzyły się drzwi.

– Marek, już po 23.00, chodź do łóżka.

– Już idę, kochanie, właśnie miałem kończyć.

Po 5 minutach byłem już w łóżku.

– Aniu, wracając do sprawy Brygidy... Myślę, że można rozważyć jej wyjazd do Londynu – zacząłem delikatnie.

– Jak to?

– No, jeżeli tak bardzo jej na tym zależy, a swoją drogą, to rzeczywiście może być coś pożytecznego, to dlaczego właściwie nie?

– A pieniądze? To całe 10 000 zł!

– O pieniądze się nie martw, pewnie jak co roku dostanę premię świąteczną. Jak plotka głosi, mają to być całkiem spore kwoty.

– No tak, ale...

– Aniu, pomyśl, Brygidzie, jak zaobserwowałem, bardzo zależy na tym wyjeździe, co próbowała bardzo nieudolnie ukryć. Przypuszczam, że jedzie tam ktoś dla niej ważny. Jej chłopak? Najlepsza przyjaciółka? Nie wiem kto. Ale coś w tym jest.

– Marek, ty naprawdę byś się na to zgodził?

– Tak, Aniu. Dlaczego nie? Brygida będzie szczęśliwa, wyjazd przyniesie jej ewidentne korzyści, a my... my będziemy mieli więcej czasu dla siebie. Ostatnie dni podpowiadają mi, że może to być bardzo fajny czas dla nas. – Spojrzałem dwuznacznie na żonę.

– No wiesz co, takie myśli tyle lat po ślubie... – odpowiedziała filuternie.

– Dobrze, dobrze, nic już nie mów – podsumowałem i objąłem Annę.

Zaczęliśmy się kochać i znów było wspaniale, przeżywałem każdą chwilę naszego uniesienia, chłonąłem miłość wielkim haustami jak ryba wyjęta z wody. Potem długo, długo nie mogłem zasnąć. W mojej głowie kłębiły się różne myśli, nie potrafiłem odróżnić, które są rzeczywiste. Już dniało, gdy w końcu zasnąłem.


Rozdział IV

– Marku, wstawaj, słoneczko już wysoko na niebie! – zawołała Anna, nucąc coś pod nosem.

– Tak, tak, już wstaję. – Zwlokłem się z łóżka.

– Brygida – dość oficjalnie zwróciła się do córki, gdy siedzieliśmy już przy śniadaniu – rozmawialiśmy jeszcze wczoraj z Markiem na temat twojego wyjazdu do Londynu.

– No i? – nie wytrzymała dziewczyna.

– I – tutaj Anna zawiesiła głos – Marek mnie przekonał, że po­­winniśmy się nad tym głębiej zastanowić. Myślę, że są duże szanse, że się zgodzimy!

Brygidę zamurowało. Wstała, podbiegła do mnie i uwiesiła mi się na szyi.

– Marku, dziękuję! Mamo, tobie też, bardzo was kocham! Dobra, teraz muszę już lecieć do szkoły. Miłego dnia! – I tyle ją widzieliśmy.

– Widzisz, to naprawdę dla niej ważne – zwróciłem się do Anny.

– Widzę, widzę. Teraz rozumiem, co miałeś wczoraj na myśli. Zbieramy się do pracy.

Po pół godzinie siedziałem już moim pokoju w komendzie.

– Marek, jesteś niesamowity! – Krzysztof wpadł do mnie z uśmiechem na ustach.

– Wyluzuj, ty wszystko wyolbrzymiasz. Siadaj, pogadamy chwilę. Napijesz się kawy?

– Chętnie, z mleczkiem proszę.

– To przynieś z automatu, dla mnie czarna... – skwitowałem z uśmiechem.

– No dobra, niech ci będzie. Już idę.

Po chwili wrócił z dwoma kubkami kawy.

– No opowiadaj, co tam się wydarzyło, że jestem taki niesamowity.

– Przecież wiesz, najpierw te zeznania Cienkiego, potem odciski palców na pistolecie. Chłopie, to ty posadziłeś Brytana!

– Nie przesadzaj, mów ciszej, nie chcę, aby ktokolwiek inny usłyszał, jakie banialuki wygadujesz. Co tam w sprawie?

– Wczoraj jeszcze przygotowałem papiery i pojechałem do prokuratury. Brzeski, kojarzysz go? To ten sympatyczny grubas, który...

– Daj spokój, oczywiście, że kojarzę, mów dalej.

– A więc prokurator Brzeski przejrzał papiery, uśmiechnął się pod nosem i skwitował: „No, to tym razem go mamy!”. Jak obiecał, jeszcze wczoraj przygotował wniosek do sądu o zastosowanie środka zapobiegawczego w postaci aresztu na 3 miesiące, dziś miał go złożyć w sądzie. Czekamy, ta sprawa to priorytet, w sądzie powinni się z tym szybko uwinąć. Jeśli nie zdążą, to po południu będziemy musieli wypuścić Brytana. Jego adwokat zapowiedział się już na 15.00 u szefa.

– Nie przejmuj się, skoro zajął się tym prokurator Brzeski, to pewne jak w banku, że zdążymy. Wiesz, że szef zwołał naradę na 10.00? Mają być jacyś goście z Interpolu.

– W jakiej sprawie?

– No jak to w jakiej, Brytana oczywiście! Mamy połączyć siły.

– Połączyć, sam nie wiesz, o czym, chłopcze, mówisz. Chłopaki z Interpolu będą grzecznie słuchać, co mamy im do powiedzenia, wezmą wszystkie materiały dowodowe i raporty operacyjne. Odtąd będą nam deptać po piętach, nie będą nic robić, nie przekażą nam nic z tego, co mają w swojej dokumentacji, i zakażą podejmowania decyzji bez ich akceptacji.

– No co ty?

– Tak, tak, musisz się jeszcze wiele nauczyć...

Wejście szefa przerwało naszą rozmowę. – Marek, za 15 minut zaczynamy spotkanie w konferencyjnym, będą chłopaki z Interpolu. Krzysztof, co ty tu robisz? Już cię nie ma, szybko do konferencyjnego!

– Po cholerę ich ściągałeś? Wiesz przecież, że z tego nie wyniknie nic dobrego! – powiedziałem, gdy Krzysztof opuścił już pokój.

– Wiem, wiem, ale to nie mój pomysł, to góra zadecydowała.

– Co jest celem tej nasiadówki?

– Chcę zorganizować coś w rodzaju „burzy mózgów”, mamy w końcu Brytana, teraz możemy pomyśleć o tym, jak rozbić cały jego gang. Dostaliśmy zielone światło. Mamy nieograniczone środki, priorytet przed wszystkimi innymi sprawami. Możemy to zrobić! Marek, przyłączysz się do zespołu?

– Janusz, po co pytasz? Wiesz, że nie. To jest sprawa Franka! Jemu ją kiedyś powierzyłeś i nie zmieniaj tego. To nie fair. On nie popełnił żadnego błędu, nie masz podstaw, by odebrać mu to śledztwo!

– Ja nie chcę odebrać sprawy Frankowi, chcę tylko, żebyś dołączył do zespołu, w którym znajdzie się dwóch oficerów z Interpolu i dwóch chłopaków z Wydziału Zabójstw, oddelegowanych do nas do czasu zamknięcia sprawy.

– Janusz, żartujesz? Wiesz przecież, że nie będę pracował pod kierownictwem Franka!

– Wiem, wiem, nie o to mi chodzi, zależy mi na tym, abyś był przy sprawie i przyglądał się temu, co się dzieje, oceniał, wyciągał wnioski, wskazywał rzeczy, które ewentualnie nie zostaną zauważone przez pozostałych. No wiesz, taki ktoś w rodzaju konsultanta.

– A Franek o tym wie?

– Wspominałem mu. Nie był zadowolony, ale nie musi, to moja decyzja.

– No nie wiem... – zacząłem się zastanawiać. Moich układów z Frankiem nic nie było w stanie ani poprawić, ani popsuć, były po prostu, jakie były, i takie miały pozostać. A być kimś w rodzaju konsultanta, kimś, kto ocenia pracę innych, wytyka im błędy, aczkolwiek w bardzo zawoalowany sposób... to była kusząca propozycja. Tym bardziej że nie miałem ponosić żadnej odpowiedzialności ani być rozliczany z efektów mojej pracy. Może teraz, kiedy postanowiłem coś zrobić z moim uzależnieniem od alkoholu, co bez wątpienia musiało zająć mi trochę czasu, nie była to taka zła propozycja?

– Janusz, dobra, zgadzam się.

– To za 5 minut w konferencyjnym.

Sala konferencyjna – duże, przestronne pomieszczenie, w którym spotykaliśmy się, gdy wymagana była obecność większej liczby osób. Gdy tam wszedłem, było już wielu ludzi. Kilku osób nie znałem, poza tym zobaczyłem prokuratora Brzeskiego, Adama z techniki, Marikę.

– Witam wszystkich – Janusz rozpoczął bardzo oficjalnie. – Spotykamy się dzisiaj, by omówić sprawę Brytana, która otrzymała najwyższy priorytet i dla rozwiązania której, przez co należy rozumieć rozbicie całego gangu, został stworzony ten zespół. Mamy wiele do omówienia, nie chcę więc tracić czasu. O zabranie głosu poproszę prokuratora Brzeskiego.

– Dzień dobry, na początek dobra wiadomość, mamy decyzję sądu o zastosowaniu wobec Brytana środka zapobiegawczego w postaci 3-miesięcznego aresztu. Rozwiązuje to nam ręce, postaramy się, żeby gangster nie mataczył w śledztwie, odizolujemy go od kontaktów ze środowiskiem zewnętrznym. Ze strony prokuratury, co mogę potwierdzić, sprawa ta uzyskała również najwyższy priorytet. Poza moją osobą do śledztwa zostaje oddelegowanych jeszcze dwóch prokuratorów, którzy 24 godziny na dobę będą do waszej dyspozycji. Jak widać, nasze deklaracje mają pokrycie, nastawiamy się na owocną współpracę. Co do sprawy Brytana, mamy z nią do czynienia od wielu lat, pierwszy raz...

Prokurator zaczął wspominać, przytaczać znane mi fakty, narzekać na zbiegi okoliczności, wycofywanie się świadków z zeznań złożonych w dotychczasowych śledztwach. Mimo że nie wszystkie dotychczasowe sprawy sam prowadziłem, w mojej pamięci zaczęły odtwarzać się fakty z przeszłości, pojawiały się obrazy z rozmów z Frankiem, Januszem, Adamem, dotyczące sprawy Brytana. Przestałem słuchać, co prokurator ma do powiedzenia.

– Dziękuję, poproszę teraz komisarza Franka Turskiego, który prowadzi sprawę, o zreferowanie aktualnego stanu śledztwa.

– W sprawie nastąpił przełom w tym tygodniu. Po pierwsze, udało nam się wydobyć z jednego ze świadków morderstwa, o które podejrzany jest Brytan, zeznanie. Wynika z niego jednoznacznie, że alibi gangstera jest fałszywe. Utrzymuje on, że w czasie popełnienia przestępstwa był w drodze z Warszawy do Torunia, jednak świadek zeznał, że w tym samym czasie samochód Brytana, którym rzekomo tam pojechał, znajdował się na miejscu zbrodni. Zeznania te ze świadka wydobył podkomisarz Grzyb. Dzięki, Krzysztof, dobra robota, tym bardziej że Cienki, świadek zdarzenia, to dealer narkotyków pracujący dla Brytana. Bez wątpienia ma powody, aby ukrywać prawdę.

Wyłapałem spojrzenie Krzysztofa. Wpatrywał się we mnie wzrokiem, który mówił: „To nie tak, przepraszam, Marek, to nie ja...”. Boże, jak on się mylił, przecież nie miałem do niego żadnych pretensji. „Kochany chłopak”.

– Drugi przełom to wczorajsze odkrycie – kontynuował Franek – naszych techników. Podczas przeszukania w domu ­Brytana ­znaleziono broń, z której zamordowano dealera narkotyków. Na tym właśnie pistolecie, co prawda dzięki szczęściu, ale odkryto ślady palców Brytana. Duży wkład w to miał komisarz Adam Barski, szef naszych techników. Dziękuję, Adam. Te dwa fakty...

Nie patrzyłem nawet na Adama, mogłem tylko się domyślać, co wyraża jego twarz.

– ...i w końcu uzyskaliśmy to, co obecnie jest najważniejsze – mamy Brytana, nie będzie nam więcej mataczył. Teraz chciałbym wam przedstawić najważniejsze fakty z dotychczas prowadzonego przeze mnie i przez moich kolegów z wydziału śledztwa...

Wyłączyłem się powtórnie... W pamięci zacząłem wywoły­­­­wać kolejne obrazy z przeszłości dotyczącej tej sprawy. Nie słuchałem tego, co mówił Franek, nie było to konieczne dla stworzenia sobie całościowego obrazu sprawy. Do skompletowania wszystkich faktów i informacji wystarczyła mi moja pamięć, która dzia­­­łała perfekcyjnie. Przywołała wszystko to, co było najważ­­­niejsze. Te informacje nie pokrywały się do końca z tym, co mó­­wił Franek.

– Tak sprawa przedstawia się dzisiaj. Teraz pozwólcie, że zaprezentuję wam wszystkie osoby, które będą pracowały w nowym zespole, powołanym do jej rozwikłania i ostatecznego doprowadzenia Brytana przed oblicze sprawiedliwości. Komisarza Turskiego już znacie, prowadzi sprawę z ramienia wydziału. Jego zespół to: podkomisarz Grzyb, aspirant Kozłowska, komisarz Barski. Z ramienia Interpolu do zespołu dołączają agenci Jacek Jarecki i Emil Czapski.

Spojrzałem na nich – nienaganne garnitury, dobrze zawiązane krawaty, odprasowane koszule, wypastowane buty, grobowe, ta­­jemnicze miny, ale... agent Czapski miał coś w sobie, był jakiś taki... no właśnie jaki... przystępny? Czy to dobre określenie? Chyba tak, jedno było pewne – jeśli będę miał coś do załatwienia z nimi, zwrócę się właśnie do agenta Czapskiego.

– Dodatkowo zespół zostaje wzmocniony przez dwóch oficerów z Wydziału Zabójstw – Janusz dalej przedstawiał nowych członków zespołu – komisarza Stefana Czyraka i komisarz Anetę Welicką. Do dyspozycji zespołu pozostałe także komisarz Marek Kohun. Możecie się do niego zwracać ze wszystkimi sprawami, jest oficerem o dużym doświadczeniu i nieprzeciętnych zdolnościach, jak i możliwościach. Marek będzie konsultantem zespołu. Posiada ogromną wiedzę i nie ma dla niego rzeczy niemożliwych. A więc jak coś takiego się pojawi, to do Marka.

– Nie rozumiem roli komisarza Kohuna. – Komisarz Czapski wstał.

– Komisarz Kohun pracował kiedyś w wywiadzie, prowadził też kilka spraw powiązanych z Brytanem. Ma wyjątkowe zdolności w zakresie kojarzenia faktów i zdarzeń, jego cenne uwagi i spostrzeżenia już niejednokrotnie pozwoliły nam zamknąć prowadzone sprawy.

– No tak, ale komu będzie podlegał, komisarzowi Turskiemu? Tak jak pozostali członkowie, z wyjątkiem nas?

Na sali zapanowała cisza. Janusz, jak można było zauważyć, poczuł się niezręcznie.

– Nie, nie będzie podlegał komisarzowi Turskiemu. Komisarz Kohun pozostaje do mojej dyspozycji i ma stanowić wsparcie dla zespołu. Wyraźnie określiłem, jaka jest jego rola. Czy są jeszcze jakieś pytania? Jeżeli nie, to panów z Interpolu i komisarza Kohuna proszę do mojego gabinetu. Proponuję, aby komisarz Turski przedstawił wam plan dalszych działań i do roboty! Zegar ruszył, mamy trzy miesiące, tyle czasu Brytan będzie pozbawiony kontaktu ze swoim gangiem. Musimy go do tego czasu rozpracować!

Po chwili siedzieliśmy w gabinecie Inspektora Forina, on za swoim biurkiem, ja i agenci Interpolu przy stole, naprzeciw niego. Janusz zaczął nerwowo.

– Panowie, powiem krótko, wiem, że Interpol ma ważniejsze zadania od pracy dla mojego wydziału, ale czy wam to się podoba, czy nie, nic sobie z tego nie robię. Mam tylko jeden cel w tej sprawie – rozbić gang Brytana i wszystkich jego członków posadzić za kartkami. Wiemy, że grupa ma powiązania z zagranicą. Brytan mógłby pewnie przyczynić się, gdyby zaczął zeznawać, do zatrzymania wielu jeszcze osób w Niemczech, Francji i Austrii. O powiązaniach gangu z tymi krajami wiemy. Może jest coś jeszcze i nam o tym powiecie, a może nie. Nie jest to dla mnie istotne. I uwierzcie, jestem gotowy postawić na szalę moją karierę, gdybyście próbowali działać samodzielnie, niezależnie, podważać moje decyzję. Komisarz Kohun, jak wspomniałem, pracował w wywiadzie, dla waszej wiadomości – w Wydziale Niemieckim. Doskonale zna stosunki, warunki życia, obyczaje panujące w Niemczech i Austrii. I to poza tym, o czym mówiłem na zebraniu, stanowiło dla mnie podstawę, aby dołączyć go do zespołu. Miałem na uwadze powiązania gangu Brytana z zagranicą. Mam nadzieję, że panowie się dogadają i nie będzie miał problemów we współpracy z Interpolem. Również dla waszej wiadomości – uzupełnienie tego, co powiedział komisarz Turski: komisarz Kohun miał udział w wyduszeniu zeznania z Cienkiego i to on wskazał naszym technikom, gdzie mają szukać odcisków palców na broni znalezionej w domu Brytana. Wcześniej przegapiono to. Tyle mam do powiedzenia. Moim zdaniem komisarz Turski, jako szef zespołu, to dobry wybór, jestem przekonany, że sobie z tym poradzi. Jest jednak również inna strona śledztwa, która dotyczy waszej działalności. Tu macie do dyspozycji właśnie komisarza Kohuna. Nie spieprzcie tego.

– Inspektorze, wie pan, że obowiązuje nas tajemnica i nie mo­­żemy wam zdradzać wszystkiego, co wiemy?

– Wiem, wiem, wiem też, że i wy, i my chcemy rozpieprzyć cały ten gang – w Polsce, Niemczech, czy gdziekolwiek działa. Róbcie, co uważacie za słuszne, ale weźcie też pod uwagę osobę komisarza Kohuna. Moim zdaniem nieskorzystanie z jego doświadczenia, wiedzy, zdolności byłoby wielką głupotą, tak z naszej, jak i z waszej strony. Czy podzielicie się z nami informacjami na temat powiązań Brytana z zagranicą, to już wasza sprawa, ale jak będziecie coś ukrywać przed komisarzem Kohunem, uznam to po prostu za głupotę. Przemyślcie to. Jakieś pytania?

Obaj agenci Interpolu patrzyli osłupiali na inspektora. Widać było, że ich zatkało, spoglądali to na Janusza, to na mnie, to na siebie. Żaden nie odezwał się przez dłuższą chwilę. W końcu agent Czapski powiedział:

– Panie inspektorze, zdaje pan sobie sprawę, że nie możemy sami podjąć takiej decyzji, musimy skontaktować się z przełożonymi...

– Wiem, wiem, róbcie, co musicie, w każdej chwili macie oczywiście dostęp do wszystkich materiałów, ale co do decyzji w sprawie śledztwa – będę je podejmował sam, wy możecie jedynie sugerować mi rozwiązania. Musicie bardzo zaangażować się w sprawę, bo zwykłem szybko podejmować decyzje. Nie zwykłem czekać z tym na opinie innych. Innymi słowy, jeśli będziecie brać aktywny udział w śledztwie, to możecie wpływać na moje decyzje poprzez odpowiednie wczesne przekazywanie mi swoich opinii. Jeśli się na to nie zdecydujecie, śledztwo będzie się toczyć niezależnie od was. Dobra współpraca z komisarzem Kohunem, przez co rozumiem wymianę informacji, nie ukrywam, uprościłaby sprawę. Teraz już wybaczcie, muszę wracać do moich obowiązków – zakończył i bezceremonialnie wskazał agentom drzwi. Zaimponował mi, nie znałem Janusza z tej strony.

– Panowie, tak poza wszystkim to mam na imię Marek – zwróciłem się do nich po wyjściu z gabinetu inspektora.

– Miło mi, jestem Jacek.

– A ja Emil.

– Słuchajcie, szef jest, jaki jest, wiem, że to, co powiedział, może się wydawać dziwne, ale przemyślcie to. Wiecie, gdzie mnie szukać – zakończyłem rozmowę i zostawiłem ich samych. Dzisiaj już nie było o czym z nimi rozmawiać – znałem ten stan kompletnego zaskoczenia i pozbawienia kompetencji, których byli wcześniej tak pewni. Janusz skutecznie pozbawił ich złudzeń.

Wróciłem do pokoju. Było już późno. Pomyślałem, że może byłoby dobrze, gdybym swoim zwyczajem w sytuacjach, które wymagają ode mnie głębokich przemyśleń, wybrał się na samotny spacer, powałęsał się gdzieś w okolicach Starego Miasta. Jak pomyślałem, tak też zrobiłem. Wcześniej zadzwoniłem do Anny.

– Cześć kochanie, nie zdążę dziś na obiad, będę później.

– Rozumiem. O której będziesz? – Była przyzwyczajona do takich sytuacji, nie zadawała zbędnych pytań.

– Około 22.00.

– Czekam, wracaj do mnie... szybko! – Anna zakończyła rozmo­­wę ze smutkiem w głosie.

Pół godziny później byłem już na Starym Mieście. Zawsze przychodziłem tu, gdy mnie coś trapiło. Miałem taki rytuał, że wybierałem sobie losowo jakąś knajpę, wchodziłem i piłem jedno piwo lub drinka, potem szedłem do najbliższej knajpy i powtarzałem kolejkę, z czasem wchodziłem do co drugiej, później co trzeciej i z reguły później już nie pamiętałem, co się ze mną działo. Budziłem się rano w domu, albo i nie, sponiewierany, bez pieniędzy i z potężnym kacem. „Co mnie tu dziś przywiodło? Dlaczego poczułem potrzebę odwiedzenia starych kątów? Zaraz, zaraz, dziś mija 5. dzień, jak nie piję alkoholu, i było nie było, jest to jakiś ewene­ment w moim życiu, może nawet sukces?”

Wszedłem do pierwszej napotkanej knajpy. Z pewnością byłem tu wcześniej, nie pamiętałem, ale bez wątpienia nie ­odwiedziłem tego miejsca po raz pierwszy. „Ciekawe tylko, czy mnie pamiętają? Czy narozrabiałem tu?”

– Dobry wieczór. Wodę mineralną poproszę – zwróciłem się do barmana, siadając przy barze.

– Z lodem? Z cytryną?

– Tak, proszę – odpowiedziałem, spoglądając na niego. Wydawał się nieco zdziwiony moim zamówieniem. „Czyżby mnie pamiętał? Nie, chyba nie”. Wziąłem do ręki szklankę wody i rozejrzałem się z ciekawością po lokalu. Wokół panowała tak dobrze znana mi atmosfera, a w powietrzu unosił się znajomy zapach alkoholu. Wróciłem do moim rozważań.

„Co zmieniło się w moim życiu przez te ostatnie dni? Diametralnie poprawiły się moje stosunki z Anną, nie kłócimy się, ona okazuje mi wiele uczuć, czemu daje też wyraz w łóżku, ja jestem w stosunku do niej inny, inaczej patrzę na Brygidę i jej potrzeby. Naglę to, co się dzieje w domu, stało się jakieś takie normalne i wszystko to, co mnie wcześniej irytowało, zeszło na drugi plan, przestałem to zauważać. W pracy też wszystko zaczęło się układać inaczej, zamknąłem prowadzone śledztwo, z trudem, ale o dziwo, bez oporów wewnętrznych, napisałem i złożyłem raport. Janusz wymyślił mi po raz pierwszy rolę w najważniejszym śledztwie prowadzonym przez wydział, o której tak naprawdę zawsze marzyłem. Zostałem konsultantem, tym, do którego można zwracać się z każdym pytaniem, ale od którego nie można wymagać wyników. To naprawdę komfortowa dla mnie sytuacja, pozostaję jakby w cieniu, mając wgląd we wszystko, co się dzieje, pomagam, jak mogę, jak nie mogę, to nie i nikt nie może mi nic zarzucić. Dodatkowo to, co Janusz powiedział agentom Interpolu o mojej osobie, to, jak określił moją rolę w śledztwie, to było naprawdę coś, nie spodziewałem się tego po moim szefie. Nie wiem jeszcze jak, ale z pewnością zrobię wszystko, aby go nie zawieść i mu się odwdzięczyć. Pewnie nie wie, jakie to dla mnie było ważne”.

Raz jeszcze rozejrzałem się po knajpie, zapłaciłem za wodę mi­­neralną i ruszyłem w stronę mojego lexusa. Chciałem jak najszybciej znaleźć się w domu.


Rozdział V

W sobotni poranek obudziłem się w swoim łóżku, a obok leżała Anna. Byłem szczęśliwy.

Punktualnie, jak to miałem w zwyczaju, stałem przed ośrodkiem – tu właśnie miało się odbyć spotkanie AA, w którym zamierzałem wziąć udział. Wszedłem pewnym krokiem, w porównaniu z tym, co działo się kilka dni temu.

– Witam, pan pewnie na spotkanie AA? – zapytała... zaraz, zaraz, tak, Jola, recepcjonistka, którą pamiętałem z mojej pierwszej wizyty.

– Tak właśnie.

– Prosto korytarzem, na końcu są drzwi, tam odbywa się mityng.

Odniosłem wrażenie, że mnie nie pamięta – to dobrze, nigdy nie lubiłem, jak ludzie mnie zapamiętywali i kojarzyli z konkretnymi sytuacjami. Udałem się w kierunku wskazanym przez recepcjonistkę i wszedłem do niewielkiej sali, w której było kilku facetów i dwie kobiety. Na jednego gościa zwróciłem od razu uwagę. Siedział w końcu sali, miał spuszczoną głowę, mimo to dostrzegłem jego czerwoną twarz. Przysypiał. „Pijany, czy co? Pijany na spotka­niu AA?” – zacząłem się zastanawiać.

– Na spotkanie AA? – zapytał mnie starszy facet, wyglądający na byłego policjanta. Nie wiem, skąd wzięło mi się to skojarzenie.

– Tak.

– Wchodź, proszę, siadaj, zaraz zaczynamy.

Jakże odmienne było to miejsce od tego, gdzie byłem w środę – małe, przytulne, przebywało w nim niewiele osób. Zaczęło mi się podobać.

– Witam wszystkich, proszę o zajęcie miejsc – odezwał się gość wy­­glądający na byłego policjanta. – Mam na imię Jurek i jestem alkoholikiem.

– Cześć, Jurek – odpowiedzieli obecni na sali.

– Odmówmy naszą modlitwę. Powstańcie i weźcie się za ręce.

I znowu ta modlitwa...

Boże, użycz mi pogody ducha...

– Siadajcie. Tradycyjnie już chciałbym przypomnieć pierwszą z 12 Tradycji AA [1]: „Nasze wspólne dobro powinno być najważniejsze, wyzdrowienie każdego z nas zależy bowiem od jedności Anonimowych Alkoholików”. Proszę też o to, aby wszystko, co tu usłyszycie, zostało naszą tajemnicą. Proszę też o nieudzielanie rad. Czy jest dzisiaj z nami ktoś nowy?

Tylko ja podniosłem rękę.

– Przedstaw się nam.

– Mam na imię Marek i jestem tu po raz pierwszy, a tak w ogóle na spotkanie AA przyszedłem po raz drugi.

– Czy chciałbyś coś nam powiedzieć?

– Nie, może później...

– Siadaj więc.

– Zaczynamy. Czy jest ktoś, kto chciałby się czymś z nami po­­dzielić?

Rozejrzałem się po sali. Cisza, gość w kącie nawet nie drgnął, w końcu rękę podniosłą kobieta w średnim wieku.

– Proszę.

– Witam, mam na imię Zofia, jestem alkoholiczką, nie piję od 8 lat i chciałabym się z wami podzielić moimi troskami. Dwa dni temu zmarła moja matka. Długo chorowała, aż w końcu zmarła. Niby się tego spodziewałam, ale gdy to nadeszło... – po jej twarzy spłynęły łzy – był i wciąż jest to dla mnie potężny cios. Nie mogę sobie poradzić, za dwa dni pogrzeb, jestem cała roztrzęsiona, pojawiają się myśli, żeby, żeby... sięgnąć po alkohol i o wszystkim zapomnieć. Jest mi bardzo trudno...

„A to co?” – zdziwiłem się szczerością kobiety, która obcym przecież osobom opowiadała o swoich najgłębszych przeżyciach i słabościach. Po jej wypowiedzi głos zabrało jeszcze kilka osób. Przedstawiały swoje historie, zbliżone do tej, którą opowiedziała Zofia. Zauważyłem, że w tych wypowiedziach nikt jej nie radził, co ma robić, te osoby pokazywały po prostu, jak radziły sobie w podobnych sytuacjach. Wszyscy natomiast współczuli Zofii i życzyli jej powodzenia. W pewnym momencie wyłączyłem się, przestałem słuchać i zacząłem się zastanawiać, jaki cel mają te spotkania. Jak zawsze, gdy zaczynałem coś robić, musiałem wiedzieć, do czego dążę i jak daleko się posunę, aby osiągnąć sukces. Nieważne na tamtą chwilę, jaki byłby to cel, nie widziałem możliwości, aby całkowicie otworzyć się przed zupełnie obcymi ludźmi i być szczerym aż do bólu, tak jak Zofia.

– No dobrze, jeśli nie ma więcej bieżących spraw do omówienia, przejdźmy do programu 12 Kroków i Tradycji AA – głos Jurka wyrwał mnie z zadumy. – Przypomnę, że przerabiamy 4. Krok, czyli Zrobiliśmy gruntowny i odważny obrachunek moralny. Kto chce zabrać głos?

Znowu pierwsza zgłosiła się Zofia. Zaczęła swoją opowieść...

Potem jeszcze dwie osoby mówiły o tym, jak robiły i wciąż robią obrachunek sumienia, przytaczały fakty ze swoich życiorysów, często historie z pogranicza prawa, a czasami wręcz przyznawały się do łamania prawa. Nie było w tych opowieściach niczego tak strasznego jak gwałt na kuzynce, o którym usłyszałem na pierwszym spotkaniu AA, ale i tak usłyszałem wystarczająco, aby jako policjant zatrzymać te osoby do wyjaśnienia. Miałem moralny dylemat. „Co robić? Jak się zachować? Nie mogę przecież wstać i aresztować tych osób, to co mam, kurwa, robić?!”

Spotkanie dobiegło końca, a ja postanowiłem nie robić użytku z tego, co usłyszałem. Gość w kącie sali wciąż siedział w niezmienionej pozycji, zaczął się ruch, powoli ludzie zaczęli wychodzić.

– Cześć, Marek. Mam na imię Czesław. – Podszedł do mnie około 30-letni mężczyzna.

– Cześć. Marek. – Podałem mu rękę.

– I jak pierwsze wrażenia?

– No cóż, wszystko jest dla mnie nowe, trudno mi to wszystko ogarnąć.

– Zawsze tak jest na początku, będzie lepiej.

– A powiedz mi, czy ten facet w kącie nie jest czasem pijany? – zadałem mu nurtujące mnie pytanie.

– A tak, to Jurek, jest pijany.

– I przyszedł tutaj? Można tak?

– Można, na spotkania AA mogą przychodzić ludzie pod wpływem alkoholu, ale nie wolno im zabierać głosu.

– Dziwne to trochę.

– Jeszcze wiele razy się zdziwisz. Tak to już jest. Ale masz tu moją wizytówkę. Gdybyś w przyszłości potrzebował pomocy, zadzwoń. Zawsze warto mieć jakąś odskocznię. – Wyciągnął dłoń, w której trzymał wizytówkę.

Chwilę się zastanawiałem. „Na co mi jego wizytówka? W czym miałby mnie wesprzeć ten człowiek? To raczej on może potrzebować mojej pomocy. Ale co mi tam...”

– Dziękuję. – Wziąłem wizytówkę i pożegnałem się z Czesławem. Rzuciłem okiem na karteczkę, było na niej tylko imię, litery AA i numer telefonu.

Po chwili siedziałem już w moim samochodzie i jechałem do domu. Odruchowo spojrzałem na tablicę rozdzielczą – kończyła się benzyna. Postanowiłem jechać zatankować na najbliższą stację benzynową. Spojrzałem w prawe lusterko, zmieniłem pas. Miałem skręcić w prawo, co prawda został jeszcze jakiś kilometr do skrętu, ale dzisiaj jechałem spokojnie i nigdzie mi się nie spieszyło. Gdy do zakrętu pozostało jakieś 100 metrów, na lewym pasie pojawiło się czarne BMW. Jego kierowca w chamski sposób próbował wepchnąć się na prawy pas. Co prawda starałem się być tolerancyjny na drodze, ale takiego cwaniactwa nie znosiłem. Nie wpuściłem go, niech się buja. Skręciłem w prawo, po 500 metrach odbiłem na stację benzynową, we wstecznym lusterku zauważyłem, że czarne BMW jedzie w tym samym kierunku. Podjechałem pod dystrybutor, wysiadłem i zacząłem tankować. Czarne BMW podjechało na stanowisko obok, zza kierownicy wysiadł młody, potężnie zbudowany osiłek, ogolony na łyso. Nie zamykając drzwi od swojego samochodu, ruszył w moją stronę. „O kurwa, znowu będzie awantura” – tylko tyle zdążyłem pomyśleć.

– A ty co, kurwa, frajerze? Myślisz, że jak masz taką wypasioną brykę, to możesz robić na drodze, co tylko chcesz? – wykrzyczał w moją stronę.

– I twoja bryka jest niczego sobie. Uważaj, jestem gliną.

– Co mnie to, kurwa, obchodzi? Co ty, kurwa, masz do mojego samochodu? Naucz się jeździć, pacanie! Mam cię, kurwa, nauczyć kultury? Jak ci przypierdolę, to cię rodzona matka nie pozna! – denerwował się coraz bardziej, podniósł zaciśniętą pięść.

– Nie radzę... – nie zdążyłem dokończyć, bo osiłek wyprowadził cios w stronę mojej głowy. Wyćwiczonym ruchem złapałem jego rękę, wykręciłem ją do tyłu i z całej siły pchnąłem napastnika na dystrybutor paliwa. Upadając, zahaczył o wąż, który wyrwał się z baku mojego samochodu, a osiłek został cały oblany paliwem.

Nie traciłem czasu, podszedłem do niego wymierzyłem mu potężnego kopniaka, złapałem rękę, odciągnąłem metr za dystrybutor, przewróciłem na plecy i wprawnym ruchem założyłem mu kajdanki. Podniosłem go. W tym czasie zbiegło się wokół kilka osób.

– Policja. – Podstawiłem mu pod nos legitymację. – Jesteś aresztowany za czynną napaść na funkcjonariusza i groźby karalne. Masz prawo nic nie mówić, masz też prawo do adwokata.

Napastnik stał jak zamurowany, wszystko trwało tak krótko, że nie zdążył widocznie zdać sobie sprawy, w jakiej znalazł się sytuacji. Podszedłem do mojego samochodu i przez radio wezwałem patrol, potem jak gdyby nigdy nic dokończyłem tankowanie, zapłaciłem i czekałem na radiowóz. Koledzy przyjechali po chwili. Szybko wyjaśniłem im, co zaszło, kazałem zabezpieczyć taśmy z monitoringu stacji, będą ważnym dowodem, spisać dane świadków, zabezpieczyć i odprowadzić na parking policyjny samochód aresztowanego. Sam wsiadłem do mojego lexusa i pojechałem do domu. Miałem już dość wrażeń jak na jeden dzień.

W domu nie było nikogo. „Tak” – przypomniałem sobie – „Anna mówiła, że wybiera się z Brygidą na zakupy. Może to i dobrze? Będę miał czas na przemyślenia”.

Wróciły dopiero wieczorem, zjedliśmy spóźniony obiad, połączony z kolacją, długo oglądaliśmy telewizję. Niedzielę spędziliśmy bardzo rodzinnie – wspólne śniadanie, potem Brygida poszła z nami do kina, co było dużym zaskoczeniem, potem urwała się, a my z Anną poszliśmy na spacer do Łazienek. Spotkaliśmy się ponownie wszyscy wieczorem w domu. Cóż, można to opisać tylko w jeden sposób: rodzinna sielanka.


Rozdział VI

W poniedziałek rano, jak tylko wszedłem do mojego pokoju w ko­­mendzie, pojawili się w nim również obaj agenci Interpolu.

– Cześć, Marek! – odezwał się na powitanie Emil i z uśmiechem wyciągnął do mnie rękę. Nie myliłem się, było w nim coś, co do niego przekonywało.

– Cześć, Emil, miło cię widzieć. O, Jacek, witaj – powiedziałem do drugiego z agentów. – Co was do mnie sprowadza z samego rana?

– Musimy pogadać. Nasz szef wyraził zgodę, abyśmy wprowa­­dzili ciebie – i tylko ciebie – w prowadzoną przez nas sprawę. – Emil spoważniał.

– No dobrze, ale już teraz? Dacie mi jakąś godzinę, abym się ogarnął...

– Nie, myślę, że będzie lepiej, jak na początku dowiesz się, o co chodzi. Nie ma co tracić czasu, możesz popełnić niewybaczalny błąd, a tego wolelibyśmy uniknąć – kontynuował, a Jacek tylko się przyglądał i w jego wzroku nie widziałem aprobaty dla tego, co mówił jego kolega.

– OK, jeżeli tak uważacie...

– Marek, tak jest lepiej. Lepiej nas posłuchaj, zanim zrobisz coś głupiego – odezwał się Emil. Jacek nie uczestniczył w rozmowie, przez co moja niechęć do niego wzrastała. Nie mogłem na to nic poradzić.

– Dobrze, pogadamy, ale przy tej okazji poznacie moją racjonalną naturę. Miałem dziś zamiar pojechać do domu Brytana. Wcześniej chciałem zapoznać się z raportem Adama, którego poznaliście, z przeszukania w domu podejrzanego, ale skoro uważacie, że ważniejsza jest rozmowa z wami, proponuję, abyśmy wspólnie pojechali sprawdzić, czy naszej ekipie nic nie umknęło podczas przeszukania. Co wy na to?

– Zdarzało się to w przeszłości? – wtrącił się niespodziewanie Jacek.

„A to menda! Ja staram się być szczery, a on szuka słabości naszego wydziału!” Spojrzałem na niego z pogardą.

– Nie wiem, na ile zdajesz sobie sprawę, że obecność w domu podejrzanego, dla wszystkich powiązanych z prowadzeniem śledztwa, jest ważna, a na ile jest to dla ciebie obojętne, ale posłuchaj: mam swoje metody, sposoby i nazywaj to, jak chcesz, ale chcę tam być i wcale nie podejrzewam, że moi koledzy coś przeoczyli. Wbij to sobie do swojej, nie chcę być niegrzeczny, ale muszę to powiedzieć, pustej głowy!

– Marek, uspokój się. – Emil zauważył moje zdenerwowanie.

– Jest OK, ale posłuchaj: jeśli mamy współpracować, to niech Jacek nie robi głupich uwag! Z wami pracuję po raz pierwszy, a z kolegami z wydziału od wielu lat i zawsze będą dla mnie ważniejsi niż wy!

– Dobrze, już dobrze, uspokójcie się obydwaj.

W tym momencie do pokoju wszedł Krzysztof.

– Cześć, Marek. O, panowie z Interpolu, witam! – Jak zwykle był wesoły i pełen optymizmu.

– Cześć, Krzyś, możesz mi przynieść raport Adama z przeszukania w domu Brytana? – Ucieszyłem się, że przyszedł. Nie miałem ochoty na kontynuowanie dyskusji z agentami.

– Adam dopiero co zaniósł go do Franka.

– No dobra, zrób ksero i przynieś mi. Możesz to zrobić?

– Oczywiście, że mogę, ale nie wiem, co na to Franek.

– Więc go po prostu zapytaj! Idź już – zakończyłem rozmowę, a Krzysztof spojrzał na mnie zdziwiony. Popatrzeliśmy sobie chwilę w oczy. Znał moje spojrzenie, wiedział, że dalsza dyskusja nie ma sensu.

– Masz zamiar czytać teraz ten raport? – Emil spojrzał na mnie z wyrzutem.

– Nie, powiedziałem, że poznacie moją racjonalną naturę. Weźmiemy raport, pojedziemy do domu Brytana, po drodze zapoznamy się z papierami. Lepiej znać opinię Adama, zanim zaczniemy się tam rozglądać. Po drodze też powiecie mi, dlaczego to akurat mnie chcecie zdradzić coś, czego nie mogą wiedzieć inni. Może tak być?

– Dobra, nie komplikujmy prostej sprawy, wyjeżdżamy za 15 mi­­nut – niespodziewanie wtrącił się Jacek.

– Jesteś taki pewny? A jak Franek nie pozwoli zrobić kopii ra­­portu? – zauważyłem z przekąsem.

– To wasz szef go do tego przekona – odpowiedział wyraźnie wkurzony.

– Dobra już, za 15 minut spotykamy się na parkingu. Załatwię sprawę z Frankiem. Wypijcie sobie spokojnie kawę.

Wyszli. „Cholera, o co tu chodzi? Co mają mi takiego do powiedzenia?” Nie wiedziałem i nie chciałem o tym myśleć. Najważniejsze, żeby Franek nie utrudniał sprawy i dał mi kopię raportu.

– Marek! Mam kopię, Franek bez dyskusji pozwolił mi ją zrobić.

– Dobrze, młody, dawaj. Wyjeżdżam z kolegami z Interpolu i myślę, że dzisiaj już nie wrócę.

– Jak to? Nie będzie cię cały dzień? Szefa jeszcze nie ma, a ty już mówisz, że cię nie będzie?

– No tak, tak mówię i tak będzie. Szef, jak będzie chciał, może zawsze do mnie zadzwonić.

– Marek, tylko uważaj, nie pij za dużo... – Uwaga Krzysztofa zbiła mnie z pantałyku.

– Co masz na myśli?

– No wiesz, zdarzały się takie sytuacje.

– Krzyś, ja nie lubię tych facetów z Interpolu i nie mam najmniejszego zamiaru iść z nimi na wódkę! Po prostu będziemy w domu Brytana i jak mnie znasz, będę szukał czegoś, co może naprowadzić mnie na trop. Nie wiem jeszcze czego, ale pamiętasz odciski w tulejce? Może coś znajdę...

– Wiem, Marek, wiem, ale uważaj na siebie.

Spojrzałem na niego. Mówił szczerze. „Ten chłopak chyba naprawdę mnie lubi! Zresztą tak jak ja jego”.

Spakowałem raport Adama z przeszukania w domu Brytana i poszedłem na parking. Nie będę ukrywał, miałem mieszane uczucia.

Jacek i Emil już na mnie czekali.

– No to zapraszam, pojedziemy wszyscy moim samochodem.

– No, no, policjanta stać na lexusa? – złośliwie zauważył Jacek.

– Nie doszukuj się wszędzie nieprawidłowości. Jak poznasz mnie bliżej, to zrozumiesz.

– Ja tylko się dziwię, bo znam pensje w waszej branży.

– A ja znam wasze i nie uważam, żeby to było sprawiedliwe!

– Przestańcie! Dobra, Marek, jedziemy twoim samochodem. Dajcie już wreszcie spokój, skupmy się na sprawie! – Emil uciął naszą bezsensowną dyskusję.

Już bez zbędnych słów wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w kierunku domu Brytana. Emil czytał na głos raport Adama. Starałem się skupić na tym, co do mnie dociera. Pojedyncze słowa łączyły się w fakty. Najwięcej było o znalezionej broni, ale to przecież wiedziałem. Podświadomie czekałem na coś, co wyzwoliłoby we mnie jakieś przeczucie, które zawsze się pojawia, gdy usłyszę lub zobaczę coś istotnego. Nic takiego nie nastąpiło. Pomyślałem, że albo chłopaki Adama coś przeoczyli, albo jechaliśmy tam na darmo. Emil skończył czytać.

– To jak, panowie, wyłapaliście coś istotnego?

Jacek przecząco pokiwał głową.

– Mnie też nic nie zaintrygowało – podzieliłem się z nimi swoją opinią. I dodałem: – Ale będę musiał to raz jeszcze przeczytać w spokoju. Może jednak tam coś jest?

– Dobra, poczytamy ten raport, myślę, jeszcze niejeden raz. A teraz, Marek, posłuchaj, co mam ci do powiedzenia. – Emil spojrzał na mnie z tajemniczą miną i wymienił z Jackiem znaczące spojrzenie. – Rozmawialiśmy wczoraj z naszym szefem i okazało się, że cię zna. Dawno temu, kiedy pracowałeś jeszcze w wywiadzie, widzisz, sporo o tobie wiemy, prowadził pewną sprawę, której zasięg wybiegał daleko poza Polskę, a jej finał nastąpił w Niemczech, a właściwie w ówczesnej Republice Federalnej Niemiec. Do jej rozwikłania niezbędna była pomoc wywiadu. Finał sprawy to brawurowa akcja za granicą oficerów wywiadu. Podobno ty odegrałeś w niej kluczową rolę...

– Jak nazywa się wasz szef?

– Tego nie mogę powiedzieć, nie upoważnił mnie.

– Emil, nie żartuj, wiesz przecież, że mogę to sprawdzić.

– I tu się mylisz. Nie wszyscy, a może raczej: tylko nieliczni znają strukturę Interpolu w naszym kraju. Należymy do jednostki, o której istnieniu wie niewiele osób w państwie.

– A wy to niby co? Was przecież znam ja i wszyscy pracownicy naszego wydziału. To jaka to tajemnica?

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.