Mucha - Jacek Skowroński - ebook
Wydawca: Oficynka Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2010

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mucha - Jacek Skowroński

Ta Mucha cię użądli…

Zblazowany agent ubezpieczeniowy Apoloniusz stawia się na spotkanie w sprawie polisy. Przyjmuje go roznegliżowana pani domu o imieniu Jola. Podekscytowany mężczyzna rozkoszuje się wizją upojnych chwil, kiedy nagle przez okno dostrzega pana domu, jak wspólnie z pomocnikami właśnie wyprawia na tamten świat pewnego gościa. Apoloniusz daje drapaka przez okno. I tak rozpoczyna się jego bohaterska walka z Muchą, czyli znanym gangsterem Konradem Z., który ani myśli rezygnować z pogoni za nieszczęsnym świadkiem.

Nieprawdopodobne sytuacje, pościgi, wpadki i zasadzki, zawrotne tempo, humor – wszystko to znajdziecie w najnowszym kryminale Jacka Skowrońskiego, któremu patronują mistrzowskie realizacje komedii gangsterskiej w rodzaju „Żądła”. W tej książce jedno jest pewne, że nic nie jest pewne!

Jacek Skowroński – współzałożyciel magazynu „Qfant”. Autor powieści Był sobie złodziej, który imał się wielu profesji, zarabiając na życie między innymi jako tragarz, brukarz, sprzedawca butów i włóczęga. Kosmopolita z zamiłowania, kryminalista z wyboru.

Opinie o ebooku Mucha - Jacek Skowroński

Fragment ebooka Mucha - Jacek Skowroński





Karta tytułowa


Dedykacja

Dorocie – za to, że jesteś


Mucha

Postanowiłem zabić człowieka. Najlepiej strzałem w plecy, gdy nie będzie się niczego spodziewał. Niezły byłby też ładunek wybuchowy podłożony w samochodzie. Trucizna? Raczej nie, to zbyt kłopotliwe i mało spektakularne. Dobrze by było, gdyby umierając, możliwie długo cierpiał, ale nie wszystko mogłem zaplanować, ponieważ nie upierałem się, by egzekucję wykonać własnoręcznie. I zapewne na jednym zabójstwie się nie skończy, ale jemu nie zrobi to już szczególnej różnicy. Mnie zresztą też.

Tylko Bóg i sądy mają prawo wymierzać karę, lecz opatrzność jakoś nie kwapi się do łamania praw fizyki, zsyłając gromy z jasnego nieba, a adwokaci wiodący ślepą Temidę przez labirynt interpretacji prawnych baczą pilnie, by nie dotarła do celu. Pozostaje pogodzić się z losem lub posłuchać podszeptów Szatana, dziwnie przystających do naszego wewnętrznego poczucia sprawiedliwości.

Każdy człowiek choć raz w życiu pragnął czyjejś śmierci. Wyobrażał sobie, jak chwyta za gardło łachudrę, który właśnie wyrządził krzywdę jemu albo komuś bliskiemu, i ściska z całej siły, aż zdławi szyderstwo wyryte na szujowatym pysku. Jeśli ktoś twierdzi inaczej, to zwyczajnie kłamie, oszukuje sam siebie albo ma problemy z pamięcią. Zwykle zadowala nas rozkosz wirtualnej zemsty, wyobrażenie tortur, jakim poddamy łajdaka... przy najbliższej okazji. Podświadomość nie odróżnia fikcji od rzeczywistości traktuje nasze konfabulacje najzupełniej poważnie i nie domaga się spełnienia gróźb w realnym wymiarze. Na szczęście, bo inaczej mało kto osiągnąłby pełnoletność.

Nikt nie rodzi się mordercą. Ewolucja, zaopatrując nasze umysły w zawory bezpieczeństwa, zadbała o to, byśmy się wzajemnie nie powyrzynali. A przynajmniej nie bez powodu.

Ja miałem powód.

 

Podążałem leniwie pustym chodnikiem, wśród podobnych do siebie domów z ogródkami. Aura majowego przedpołudnia przeganiała wszelkie złe myśli, spóźniona wiosna kwitła w przyrodzie i w duszy. Niczym spragniona dżdżu kania chłonąłem świeżą zieleń ledwie przebudzonej z zimowego snu natury. W dodatku żaden czarny kot nie raczył przebiec mi drogi, a w kalendarzu trzynastka ciągle czekała na zerwanie. Radosny świergot ptaków i bezchmurne niebo sprawiły, że ogarnął mnie mój ulubiony filozoficzny nastrój. Pozwalałem myślom swobodnie dryfować, zapominając na chwilę, że jestem w pracy.

Zawsze byłem ciekaw, czy te wyrafinowane naukowe koncepcje dotyczące czasu naprawdę odnoszą się do rzeczywistości, czy są jedynie sprytnym wybiegiem pozwalającym zgrabnie zamknąć w równaniach nasz pokręcony świat. Podobno w różnych miejscach wszechświata zegary tykają zupełnie inaczej, a pojęcia przyczyny i skutku tracą sens, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni. W mikroskali, gdzie materia zmienia się w kwantową pianę, nieustannie pojawiają się maleńkie okienka prowadzące do przyszłości lub przeszłości. Te dziury w czasoprzestrzennym serze są zbyt drobne, by się przez nie przecisnąć, ale dobrze by było przynajmniej rzucić okiem przez takiego judasza...

Gdybym tamtego feralnego dnia mógł ujrzeć choćby niewielkie fragmenty tego, co mnie niedługo spotka, wiałbym stamtąd, jakby mnie goniły wściekłe skunksy. No, może to przesada, wystarczyłoby tylko posłuchać swego wewnętrznego głosu, który odezwał się natychmiast, gdy stanąłem przed masywną bramą z kutego żelaza.

Nie, nie jestem jasnowidzem, broń Boże, to tylko mój osobisty imperatyw, mieszkający sobie wygodnie w podświadomości, namawiał mnie właśnie do lenistwa, rzucenia w diabły obowiązków i machnięcia ręką na prowizję. Takie uczucia dopadały mnie dość regularnie, przynajmniej raz dziennie. Cholera, jak ja nienawidziłem swojej roboty! Szczególnie w poniedziałek.

Wziąłem głęboki oddech, nakazałem temu gnojkowi w głowie, żeby się zamknął, i nacisnąłem dzwonek domofonu. Nie doczekawszy się odzewu, znów położyłem palec na przycisku i zacząłem stroić miny, niczym szympans pozujący do zdjęcia. W głośniku zaskrzeczało coś niewyraźnie. Pchnąłem furtkę, jednak ta ani drgnęła. Zdezorientowany nieco, spróbowałem pociągnąć w drugą stronę, i w tym samym momencie dostrzegłem wpatrzone we mnie nieruchome oko minikamery. Och, w mordę, ale mam dzisiaj wejście! Prędzej wezwą pogotowie, niż mnie tu wpuszczą. Wiadomo, szajbusy bywają niebezpieczni.

Skrzypnęły drzwi w głębi posesji. Próbowałem ratować swój wizerunek, przywołując na twarz wyraz empatii, cokolwiek to oznacza — takie było zalecenie z uporem maniaka wpajane nam podczas szkoleń. Nie wytrzymałem zresztą długo z miną uśmiechniętego śledzia, bo przez maleńki prześwit przy futrynie ujrzałem jakieś czarne bydlę, które z potwornym ujadaniem rzuciło się w moim kierunku. Wprawdzie brama wyglądała, jakby mogła zatrzymać czołg, ale cofnąłem się odruchowo i poszukałem wzrokiem najbliższego drzewa.

— Proszę się nie bać, on się tylko bawi, ale nie gryzie... — beztroski głosik, zamiast dodać otuchy, pozbawił mnie wszelkich złudzeń. On nie gryzie?! No jasne, ten przerośnięty ratlerek nie musi rozdrabniać pokarmu, przełyka go w całości!

Coś szczęknęło, zazgrzytało, manipulacje trwały dłuższą chwilę, bydlę milczało, jakby chciało spotęgować jeszcze moją panikę. Czemu, u licha ciężkiego, nie kupiłem sobie pistoletu?! Nie, lepsza byłaby armata! Możliwie dużego kalibru.

Furtka uchyliła się bezgłośnie, ukazując smukłą postać w ciemnoczerwonym szlafroku. Siedzący obok rottweiler spoglądał obojętnie gdzieś w bok, udając, że ma mnie gdzieś. Niewątpliwie czekał jedynie, aż zamknie się brama, żeby nadprogramowa przekąska nie miała już szansy ucieczki.

— Nazywam się Apoloniusz...

Babka skinęła głową, zachęcając mnie do wejścia. Uczyniłem ostrożny krok, potem drugi i zatrzasnąłem furtkę z uczuciem, że naciskam spust przygotowanego do rosyjskiej ruletki pistoletu. Bydlę dalej mnie ignorowało. Panienka odwróciła się i poszła w stronę domu. Po kilku krokach popatrzyła przez ramię, upewniając się, że podążam jej śladem. Spojrzenie, choć przelotne, nie było zwykłym muśnięciem wzrokiem — z zagadkowym półuśmiechem otaksowała moją postać i zmrużyła lekko oczy, jakby zastanawiała się nad jakimś intrygującym pomysłem. Odgarnęła dłonią ciemnorude włosy, znów kiwnęła głową, a potem już bez oglądania się pomaszerowała przed siebie. Kołysała biodrami w sposób tak sugestywny, że aksamitny materiał szlafroka zdawał się żyć własnym życiem, z wyraźną ochotą zsunięcia się na ziemię. Nie miała nic pod spodem, wiedziałem to. No dobra, podejrzewałem. Cóż, agent ubezpieczeniowy też facet.

Świadomość, że za plecami mam psa-mordercę, nie pozwoliła mi zatracić się w fantazjach. Zresztą przyszedłem tu, żeby wykonać swoją pracę. Nie pierwszy raz bogata klientka z nadmiarem wolnego czasu, spragniona odmiany po tych nudnych kąpielach w oślim mleku, kupowaniu kiecek wartych moich rocznych dochodów i udawaniu uwielbienia na widok męża — jakiegoś starego pryka, który był bardzo ważną osobistością — czyniła śmiałe gesty w moim kierunku. Zresztą na gestach zawsze się kończyło. Może nie umiałem podjąć gry na właściwym poziomie, ale raczej to one nie przekraczały pewnej granicy, grożącej utratą luksusów, jakich nie zrekompensuje nawet najbardziej upojna przygoda. A, do diabła z nimi wszystkimi! Oczywiście, w sprzyjających okolicznościach...

— Gdzie leziesz?! Nikt cię nie zapraszał! Zaskoczony popatrzyłem w orzechowe oczy utkwione w jakimś punkcie za moimi plecami. Musiałem mieć wyraz twarzy ciężko przestraszonego Muminka, jednak panienka zdawała się nie zwracać uwagi na mój stan. Pozwoliła, by jakiś podmuch wiatru zaplątał się w okrycie, odsłaniając znacznie więcej, niż to jest ogólnie przyjęte, dyskretnym rzutem oka upewniła się, czy patrzę we właściwym kierunku, a następnie przeniknęła do wnętrza domostwa. Dopiero teraz zorientowałem się, że mówiła do czarnego bydlaka.

Stanąłem w progu salonu, szukając wzrokiem gospodyni. Nimfomanka w szlafroku mogła być oczywiście służącą albo rozbestwioną córeczką tatusia, coś mi jednak mówiło, że jest drugą połową pana domu.

W chałupie panowała głucha cisza. Najwyraźniej olewano tu moją obecność, tkwiłem więc bezradnie w miejscu i czekałem, aż ktoś raczy się mną zainteresować. Chrząknąłem głośno, zakasłałem. Żadnej reakcji. Wykonałem jeszcze grymas chorego na padaczkę szympansa i dałem spokój, uznając, iż wyczerpałem możliwości taktownego przypomnienia o swoim istnieniu. Z zawodowego nawyku zacząłem szacować w myślach możliwości finansowe potencjalnego klienta. Skórzana kanapa i fotele, antyczna komoda z jakąś starą porcelaną oraz kilka innych gustownych mebli nie było w stanie zapełnić przestrzeni — po salonie można było jeździć lawetą bez zbytniego ryzyka stłuczki. Kilka obrazów na ścianie wyglądało na Dudę-Gracza, Starowieyskiego i... no nie, to nie mógł być Dali! Gdyby to były oryginały, zestaw moich najlepszych polis na życie dla wszystkich domowników i uroczego pieska stanowiłby infinitezymalnie mały uszczerbek w majątku gospodarza.

Odetchnąłem głęboko, mobilizując siły przed kolejną próbą zarobienia na życie. Najważniejsze, że jestem w środku — pozostało tylko przywołać zestaw zawodowych uśmiechów, a mową ciała dać klientowi do zrozumienia, że robi fantastyczny interes, i prowizja moja.

Boże, jak ja nienawidzę tej roboty! I cholera, nie wiedzieć czemu, jestem w niej dobry. Może moje ofiary wyczuwają, że wcale nie pragnę sprzedać im piasku na pustyni, a robię to, co robię, bo chwilowo nie mam innego pomysłu na życie. Ech, mniejsza o to, dziś ten, jutro następny, za tydzień to samo, za rok to samo, kur...

— Panie Poloniuszu — ruda beztrosko zniekształciła moje imię. Głos dobiegał z głębi domostwa. — Jestem na górze!

Odszukałem szerokie, wyłożone puszystą wykładziną schody. Gdy zastanawiałem się, czy przypadkiem nie wypada zdjąć butów, dobiegły mnie słowa:

— Za parę minut...

Stanąłem bezradnie, mocno już skołowany. Za jakie parę minut? O co jej chodzi? Jak dotąd nie miałem nawet okazji otworzyć ust, babka nie próbowała nawiązać do celu mojej wizyty, tylko wabiła mnie gdzieś za sobą. Cała zabawa robiła się odrobinę niejasna. Ale właściwie, klient nasz pan. Bywałem już w dziwaczniejszych sytuacjach. Kiedyś mimo że — jak zawsze — byłem umówiony na konkretną godzinę, trafiłem w sam środek gejowskiej balangi, której uczestnicy z nieskrywanym entuzjazmem rzucili się na nowego kompana. Wyglądali jak głodne wilki wietrzące świeże mięsko. Nigdy w życiu nie byłem tak adorowany. Ze skrajnymi odczuciami przyjmowałem wyrazy uznania dla swej męskiej atrakcyjności. Starałem się być uprzejmy, pomny faktu, że preferencje seksualne klientów nic a nic mnie nie obchodzą. Skutek był zgoła odmienny od zamierzonego — potraktowany zostałem jak dziewica w obozie dla rekrutów. Spełniwszy kilka wymuszonych bruderszaftów, wyrwałem się wreszcie z czułych objęć, obiecując pijanemu bractwu sprowadzenie kilku kolegów. Gdy wracałem do domu, sąsiad puścił do mnie oko. Zignorowałem go, zdziwiony nieco nagłym powodzeniem u własnej płci. Dopiero reakcja żony uprzytomniła mi, że pochwały słynnej kobiecej intuicji są zdecydowanie przesadzone.

Nie wytarłem szminki z policzków...

Właściciel mieszkania wydzwaniał potem do mnie, przepraszając aksamitnym głosem za, jak to wielce subtelnie określił, „zbyt swobodne” zachowanie przyjaciół. Pragnął umówić się na kolejną randkę... tfu, do diabła! — wizytę. Odczepił się dopiero, gdy wyznałem z oporami, że mam pewien problem... Może zna dobrego, a przede wszystkim dyskretnego lekarza?

Dzisiejsza sytuacja jest dość typowa. Za chwilę zostanę poczęstowany kawą lub, co najwyżej, kieliszkiem koniaku i zaczniemy omawiać sprawę ubezpieczenia. Babka zagrała w swoją maleńką gierkę, ale teraz pokaże mi właściwe miejsce. Dostałem jej namiary od kolegi, który odchodząc z firmy, przekazywał swoje kontakty innym agentom. Dał mi też nieoficjalną charakterystykę klientki — uwagi o jej zachowaniu i prywatne spostrzeżenia, mające niby pomóc w naszej pracy — mało kto wie, że robimy coś takiego. Wprawdzie z danych wynikało, że powinna być dość postawną blondyną, ale... — wzruszyłem ramionami — w dzisiejszych czasach pieniądze i fachowcy od urody mogą zrobić modelkę ze starego tłumoka. Zresztą, może mój poprzednik miał słaby wzrok? Albo gospodyni ubrana była cokolwiek... kompletniej. Gdyby zachowywała się jakoś nietypowo, pewnie by to zauważył. Nieważne, miałem tylko postarać się o rozszerzenie polisy. Rutyna.

Nie chciało mi się dalej stać jak kołek, wszedłem więc po schodach i zajrzałem do jednego z trzech pomieszczeń, którego drzwi były akurat szeroko otwarte.

Wielka sypialnia pełna była nagich postaci z bezwstydnym wdziękiem prezentujących swe ciała... Zafascynowany chłonąłem niezwykły widok — rzeźby naturalnych rozmiarów obojga płci rozstawiono w całym wnętrzu. Ich twórca był niewątpliwie zwolennikiem realizmu w sztuce. Przez moment miałem wrażenie, że wszyscy znieruchomieli, nieprzyjemnie zaskoczeni wtargnięciem ubranego intruza. W ogromnych lustrzanych drzwiach zajmującej całą ścianę szafy wnękowej figury ukazywały się pod różnymi kątami, jakby projektant wystroju wnętrza pragnął umożliwić gościom oglądanie najdrobniejszych detali bez konieczności ruszania się z miejsca. Wśród kiczowatych nimf o wdzięku silikonowych hybryd z rozkładówek były tam i prawdziwe arcydzieła sztuki renesansu — rozpoznałem kopię słynnej postaci Dawida szykującego się do walki z Goliatem. Michał Anioł nie przypuszczał zapewne, iż jego dzieło trafi pod „strzechy”.

Zauważyłem ją wreszcie, ale tylko dlatego, że się poruszyła. Stała przed lustrem i płynnymi ruchami czesała długie włosy. Czerwony szlafrok leżał na podłodze, tuż za progiem, tworząc barierę, której nie dało się ominąć. Przekraczałeś ją na własne ryzyko.

— Wszyscy, którzy tu wchodzą pierwszy raz, zastygają jak te rzeźby. — Nie patrzyła na mnie, można było pomyśleć, iż mówi do siebie. — Zastanawiają się pewnie, czy sami tak wyglądają.

— Są... są niezwykłe i tworzą nastrój. — Możliwe, że jaśniejsze ślady na jej ciele były bielizną, ale dałoby się to sprawdzić jedynie za pomocą dotyku.

— To nienaturalne kicze! — Odwróciła się nagle, a ja poczułem, że czerwienię się jak szczeniak. — Niech pan nie udaje, doskonale wiem, co pan sobie myśli.

Chciałem podejść do niej i... niech diabli wezmą dobre obyczaje! W takich chwilach mężczyzna jest tylko samcem i kobieta ma nad nim całkowitą władzę. Wychowanie i kultura przegrywają z kretesem, a wszelkie nakazy moralne redukują się do nic nieznaczących popiskiwań gdzieś na skraju świadomości. Nikt mnie nie widział, nikt nie wiedział, co robię. Żona? Czego oczy nie widzą...

Widziała, co się ze mną dzieje, i tego właśnie oczekiwała. Znów obróciła się przodem do lustra. Postąpiłem pół kroku, nie odrywając spojrzenia od jej postaci, świadomy, że to ona rozpoczęła tę grę i ona narzuca reguły.

— Muniek może przyjechać w każdej chwili. — Nie raczyła nawet odwrócić głowy. — Z obstawą.

No i wszystko jasne. Naciesz się dupku tym, na co pozwolę, wyobraź sobie, jak kumple z rozdziawionymi gębami słuchają o twojej przygodzie, poliż loda przez szybę, pokaż, jak mnie pragniesz — ale nie wyobrażaj sobie zbyt wiele. Kobiety uwielbiają doprowadzać facetów na skraj szaleństwa i ucinać grę, by delektować się zwycięstwem, sycić swą próżność i rozkwitać pod głodnymi spojrzeniami. Wraz ze spełnieniem przychodzi znudzenie i znika ta upajająca władza nad samcem.

Miałem cholerną ochotę przełożyć ją przez kolano i ręcznie wytłumaczyć, jak bolesne może być igranie z męską dumą. Pal licho prowizję! Napiąłem mięśnie, wyobrażając sobie jej wypięte, jędrne...

Niespodziewanie z rogu sypialni dobiegł dźwięk gongu, przerywając brutalnie moje czarowne wizje. Zerknąłem na złocony zegar, którego wskazówki zatrzymały się na pełnej godzinie. Po sekundzie z jego środka popłynęły dostojne dźwięki. Melodia wydała mi się znajoma. Co to ma być, u licha, marsz żałobny?! Gdzie ja trafiłem?

— On tak cały czas? — Requiem Mozarta miało jakąś hipnotyczną moc. Mimowolnie poszukałem wzrokiem trumny. — W nocy też?

— Można się przyzwyczaić, nie uważa pan? — Poruszyła biodrami niczym w zmysłowym tańcu.

— Czyj to pomysł? — zapytałem, byle coś powiedzieć. Nie patrzyłem już na zegar.

— Muchy.

Nie uznała za stosowne wyjaśnić, kto kryje się za owadzim przezwiskiem. Podeszła niespiesznym krokiem do toaletki w rogu sypialni, usiadła i sięgnęła do małej szufladki. Zdawało mi się, że dostrzegam stringi utkane z pajęczyny. Albo było to wspomnienie po kostiumie kąpielowym. O ile produkuje ktoś kostiumy dające się schować w pudełku od zapałek, gdzie jeszcze zostałoby trochę miejsca. Pierwszy raz w życiu nie byłem pewien, czy kobieta, na którą patrzę, jest ubrana. Jakoś nie przyszło mi do głowy zapytać.

— Zaczekaj w salonie, ogarnę się trochę i zejdę. — Nagłym przejściem na „ty” zredukowała mnie do poziomu chłopca przynoszącego pizzę. Odwróciłem się bez słowa. Na schodach dogonił mnie obojętny głos: — Weź sobie coś do picia. Tylko nie ruszaj napoleona! Mucha zabije każdego, kto tknie jego ukochany trunek. Sprowadza go z Francji.

Zapadłem się w przepastnym fotelu i przytłoczony nieco otaczającą mnie fortuną, zastanawiałem się, czy wypada skorzystać z propozycji i sięgnąć do małego srebrnego barku na kółkach, zastawionego dostojnymi karafkami i butelkami o wymyślnych kształtach. Reguły mojej profesji mówiły, że poczęstunek należy przyjmować. Przełamuje się w ten sposób pewną barierę psychologiczną — klient, który ofiarował ci jakiś drobiazg, nieświadomie ustawia się w pozycji sponsora, a wtedy, metodą „plasterków salami”, odkrawamy sobie kolejne kąski. Proste jak czesanie łysych. Jednak wahałem się, gdyż większość napitków była mi obca, a nie chciałem wyjść na prostaczka sączącego koniak z kieliszka do likieru.

A, do licha! Wziąłem kryształową szklankę i, nasłuchując czujnie, szybko napełniłem ją do połowy jakąś brunatną cieczą z karafki. Spróbowałem łyczek i skrzywiłem się z odrazą. Cholerstwo było cuchnące i mocne jak wszyscy diabli. Zapewne posiadało cudowny bukiet, lecz smakowało jak mieszanka rozpuszczalnika z bejcą. Nie żebym kosztował takiej mikstury, ale w końcu nie trzeba próbować gówna, by się przekonać, że w zasadniczy sposób różni się smakiem od strucli serowej. Dopełniłem szklankę wodą i poszukałem popielniczki. Stała na małym stoliku pod oknem, obok drewnianego pudełka z cygarami. Wyjąłem z kieszeni papierosy, znów się zawahałem, ale uznałem, że bez dymu nie skończę zawartości szklanki. Przeleciało mi przez myśl, żeby napluć do pękatej flachy napoleona.

Posiedziałem chwilę, połaziłem po salonie, znów usiadłem i zerknąłem na zegarek — panienka najwyraźniej nie szanowała mojego czasu. Trudno, przecież nie będę jej poganiał. Nawet jeśli niczego tu nie zwojuję, to i tak warto było. Zawsze jakaś odmiana po tych ciułaczach, z którymi użeram się na co dzień. Już ja wysmażę kumplom z biura odpowiednio przyprawioną relację. Treściwą i pikantną. Co by tu tak...? Basen! Powiedziała, że musimy najpierw popływać — taka fanaberia — żeby się niby lepiej poznać. A basen nie taki zwykły, nic pospolitego. Światła spod wody, bąbelki, muzyka... służąca w różowym fartuszku... nie, lepiej bez fartuszka podaje kieliszki z szampanem...

Bydlę zaszczekało donośnie, z dworu dobiegł głuchy tupot łap i radosne skowyty. Wyrwany raptownie z tępego błogostanu podszedłem do okna wychodzącego, jak przypuszczałem, na dziedziniec. Wielka gablota stała już na podjeździe, a brama zamykała się bezszelestnie za jakimś terenowym potworem z przyciemnianymi szybami. Wysiadło z niego paru gości w marynarkach, podeszli do czarnego mercedesa i zaczęli rozmawiać, a właściwie to trzech słuchało, a jeden, potężny grubas koło pięćdziesiątki, coś im tłumaczył. Gestykulując oszczędnie jedną ręką, drugą tarmosił za uchem bydlaka. Wreszcie skinął głową i pochylił się nad psem. Faceci podeszli do bagażnika, odemknęli go i przez sekundę spoglądali do środka. Ich nieruchome twarze przypominały maski z antycznej tragedii. Jeden z typów odsunął się kilka kroków i sięgnął do kieszeni, obserwując beznamiętnie, jak kumple wywlekają ze środka nieprzytomnego mężczyznę. Padł bezwładnie na plecy, jak marionetka po spektaklu. Ujrzałem przez moment zmasakrowaną twarz. Z niepojętą fascynacją chłonąłem makabryczne widowisko, czując, że ze zgrozy kurczą mi się wnętrzności. Typ stojący z boku wyjął coś z kieszeni i pochylił się nad leżącą postacią. Zdrętwiałem, oczekując wystrzału, ale facet rozciągnął w rękach cienką linkę, błyskawicznie okręcił ją wokół szyi ofiary i szarpnął, naprężając gwałtownie mięśnie. Leżący zadrżał i poruszył konwulsyjnie rękami. Oprawca jeszcze mocniej zacisnął pętlę. Przekręcił głowę w bok, jakby nie chciał patrzeć w oczy ofiary. Przez moment nasze spojrzenia skrzyżowały się — doznałem wrażenia, że spoglądam w głąb świeżej mogiły. Jeśli oczy są odbiciem duszy, to on jej nie posiadał. Widziałem tylko czarne dziury w masce.

Cofnąłem się natychmiast, ale o ułamek sekundy za późno. Ten ułamek sekundy, w którym zapada wyrok śmierci. Bez szans na apelację, bo uzasadnienie jest zbyt oczywiste.

Z podwórza dobiegały wściekłe okrzyki. Rozejrzałem się desperacko, szukając jakiegoś schronienia. Wypadłem na korytarz, wbiegłem po schodach, rąbnąłem w jakieś drzwi i rzuciłem się do okna z rozpaczliwą pewnością, że to jedyna szansa ucieczki. Nie sprawdzałem nawet, co znajduje się na zewnątrz, przerzuciłem nogi przez parapet i po chwili wisiałem na wyprostowanych rękach. Zdawało mi się, że z okna słychać już odgłosy pogoni, rozwarłem dłonie i poleciałem. Wylądowałem twardo, ale przynajmniej w jednym kawałku. Zanim zorientowałem się, co robię, już biegłem. Widziałem przed sobą mur z cegieł — był coraz bliżej i rósł z każdą sekundą. Skręciłem instynktownie w stronę stosu porąbanego na szczapy drewna. Nogi same wiedziały, na czym stanąć, ręce wymacały szczeliny w spoinach i już byłem na wierzchu. Huk wystrzału i świst nad głową zlały się w jedno. Ześlizgnąłem się na drugą stronę i pognałem wąską piaszczystą drogą.

Samochód zostawiłem nieco dalej, bo nie lubiłem pokazywać rzęcha bogatym klientom. Biegnę w dobrym kierunku?! Cholera, nie wiem!

Wpadłem w jakąś wąską przecznicę i stanąłem, usiłując pozbierać myśli. Będą mnie gonić? A co, kurwa, poślą całusy na do widzenia?! Wezmą psa. Nie, to nie jest pies tropiciel. Gdzie ta cholerna bryka? Zaraz, tylko bez paniki, postawiłem go w bocznej uliczce na lewo od celu wizyty. Ta jest na lewo, ale to pewnie będzie następna. Wrócić do głównej? Ale oni tam już będą. Zauważyłem przejście między posesjami. Powstrzymywałem się od biegu, żeby nie stracić orientacji. Po minucie wyszedłem na żwirową drogę i kilkaset metrów dalej ujrzałem czerwonego poloneza. Pomknąłem, jakby od tego zależało moje życie. Bo akurat zależało. Dopadłem drzwiczek z kluczykami w ręku. Relikt jakimś cudem odpalił za pierwszym razem.

Jeszcze nigdy tak intensywnie nie wpatrywałem się we wsteczne lusterko. Skręciłem parę razy dla zmylenia prześladowców, całkowicie zapominając o fakcie, że bandyci nie znają mojego samochodu. Byle do głównej szosy. Wśród innych aut będę bezpieczny.

Minąłem znak „Warszawa 17” i zacząłem myśleć spokojniej, a przynajmniej usilnie starałem się to robić. Co teraz? Proste, jadę na policję. Opowiem dokładnie, co widziałem, podam adres, w bagażniku czarnego mercedesa znajdą ślady, gość się nie wywinie i będzie po sprawie. Kim on może być, ten cały Mucha? Mafia? Cholera, mogą się mścić. Ale co mam zrobić? Morda w kubeł i zapomnieć? Wrócić do domu, jakby nigdy nic, ucałować żonę, obejrzeć z córką dobranockę, jutro wstać do pracy, a przy najbliższej okazji zabalsamować się w trupa... Sumienie lubi taką terapię, powinno z czasem odpuścić. Tymczasem bandyta będzie sobie posuwał pancerną bryką i miał w dupie cały świat, wszystkich uczciwych prostaczków, których dzieciaki ćpają jego towar.

No i co? Kiedyś wpadnie albo ktoś go załatwi. Takim łachudrom zawsze się wreszcie nóżka powinie. Na jego miejsce przyjdzie inny — odwieczne prawa popytu i podaży wykreują następcę. Dlaczego mam strugać bohatera, narażać rodzinę w imię spróchniałych ideałów sprawiedliwości czy gównianych sloganów o obywatelskiej postawie? Bo nie mógłbym patrzeć na siebie w lustrze? Ciężko by było, ale może i mógłbym. Tylko że za miesiąc albo za rok, widząc narkomana na dworcu, zacznę się zastanawiać, czy gdybym kiedyś był odważniejszy, to ten wrak stałby tu teraz, żebrząc o złotówkę. Ilu ludzi ten pieprzony bandzior pośle do piachu, bo ja chcę mieć święty spokój?

Ciemny masywny obiekt pojawił się we wstecznym lusterku niczym zjawa i potężniał błyskawicznie, najwyraźniej chcąc mnie staranować. Przywarłem do kierownicy w oczekiwaniu uderzenia, które zmiecie z szosy moją żałosną kupę czerwonej blachy. Zdążyłem jeszcze pomyśleć, że nie poczuję bólu, w takich chwilach nic się nie czuje. Jeszcze sekunda...

Monstrum zaczęło wyprzedzać z lewej strony, przyciemniona szyba opuściła się powoli. Widziałem wszystko niezwykle wyraźnie, jakby w zwolnionym tempie, i dokładnie wiedziałem, co za chwilę ma się wydarzyć. Rozwalą mnie z karabinu! Kopnąłem hamulec i zamknąłem oczy. Tylko na moment. Pisk opon i przenikliwe klaksony przywróciły mnie do świata żywych. Karawan oddalał się szybko, zobaczyłem jeszcze cofającą się do środka rękę. Jak zahipnotyzowany śledziłem niedopałek unoszony wiatrem.

Na skraju szosy leżało zmasakrowane oponami truchło kota. Muchy zaczęły już swoją robotę. Muchy... Nieprzyjemne skojarzenia zakotłowały się pod czaszką. Oparłem głowę na kierownicy. Miałem ochotę wysiąść, zagrzebać się w zielsku na poboczu i odlecieć. Przerażające wydarzenia zamienią się w pospolite senne koszmary, wystarczy się tylko obudzić, a wszystko powróci do jakże swojskiej normalności. Nie będzie Muńka, ścigających mnie bandytów i nimfomanki. Wrócę spokojnie do domu, Dorota poda obiad, włączę telewizor i skupię się na czymś realnym i naprawdę istotnym — wieczorem ma być transmisja meczu...

Na razie jednak musiałem skupić się na rzeczywistości w postaci wielkiej dłoni walącej w szybę. Zwalisty jegomość o czerwonej gębie, mający szczerą ochotę pogawędzić ze mną o nagłych manewrach na drodze, nie wyglądał na skłonnego wysłuchać rzeczowych argumentów. Nie dziwiłem mu się, co nie znaczy, że miałem ochotę na wymianę poglądów. Ruszyłem czym prędzej, puszczając mimo uszu wiązankę najwulgarniejszych wyzwisk, którymi zapewne grubas pragnął przekazać mi niezbyt starannie zawoalowaną sugestię, bym przemyślał powtórne zdawanie egzaminu na prawo jazdy.

Zdarzenie to miało ten skutek, że znów zacząłem myśleć jakby nieco rozsądniej.

A skąd ja właściwie wiem, że ten cały Mucha handluje karnetami do raju? Może zajmuje się zapełnianiem nisz rynkowych, które to zajęcie nieprzychylni obywatelskiej przedsiębiorczości celnicy nazywają przemytem, lub też trudni się proponowaniem płatnej ochrony, określanej przez zawistnych wymuszaniem haraczy? Tylko czy to stanowi jakąś różnicę? Widziałem go w akcji! Tacy zawsze pozbywają się niewygodnych świadków. Jego ludzie mnie znajdą. Nimfomanka raz dwa wyśpiewa, z kim się umówiła. Oby tylko ten oprych nie zechciał uciszyć jej na zawsze. Wpuściła do domu faceta, może kochanka, który zobaczył zbyt wiele... Kto wie, czego mu nagadała? Nieważne, teraz nijak jej nie pomogę. Jadę na policję! Już oni będą wiedzieli, jak ochronić świadka zbrodni i jego rodzinę.

Ciągle miałem niejasne wrażenie, że umknęło mi coś ważnego, że zapominam o czymś, co radykalnie zmieni moje położenie. Nagle zacisnąłem ręce na kierownicy, a przed oczyma wyrósł mi nagrobek ze starannie wykaligrafowanym imieniem i nazwiskiem. Moim nazwiskiem.

Teczka! Zostawiłem teczkę, a w niej dokumenty.

Adres już znają, mogą być u mnie w domu prędzej niż ja.

Telefon! Zjechałem na pobocze, wyjąłem aparat i spojrzałem na godzinę. Minęła czternasta, Doroty jeszcze nie będzie. Zadzwonić do pracy i... Właśnie, i co?! Kazać jej nie wracać do chałupy, bo mogą się tam czaić bandyci, by ją porwać, żeby mieć kartę przetargową? Pomyśli, że jestem pijany.

Przenikliwy dzwonek telefonu poraził mnie, jakby w samochód uderzył piorun. Aparat wypadł mi z ręki i poleciał pod siedzenie. Wymacałem go drżącą dłonią, ryzykując nabicie sobie guza. Ale co tam! Spojrzałem na wyświetlacz, numer nic mi nie mówił.

— Pan Apoloniusz? — kobiecy głos z jakąś pretensjonalną nutą wydał mi się znajomy.

— Oddzwonię później, nie mogę teraz rozmawiać!

— W tym momencie miałem gdzieś wszystkich klientów.

— Chwileczkę, to ja... — wyszeptała gorączkowo i przez moment czekała na reakcję. — Był pan dzisiaj u mnie... W Halinowie.

Nimfomanka od Muchy! Podświadomie ucieszyłem się, że jeszcze żyje, ale natychmiast poczułem, że jej telefon oznacza kłopoty. Czego ona, u diabła, może chcieć?!

— Po co pani dzwoni?

— Mucha wziął chłopaków i pojechał szukać pana po okolicy. Znalazłam pana teczkę i numer telefonu w papierach. Oddam panu wszystko, tylko jak?

— Dlaczego pani szepcze? — spytałem dla zyskania paru chwil do namysłu. Jeśli byłem czegoś pewien, to tego, że gdybym nawet miał żyć jeszcze sto lat, nie pojawię się w Halinowie, choćby zaprosił mnie tam sam prezydent.

— Nie wiem... — podniosła nieco głos. W tle usłyszałem dźwięk gongu, a następnie czyste nuty marsza pogrzebowego. — Powiedziałam mu, że przedstawił się pan jako jego znajomy. Rozumie pan, żeby się mnie nie czepiał, że wpuściłam byle kogo. Jak Muniek znajdzie teczkę, to zorientuje się, kim pan jest, i jeszcze sobie coś o nas pomyśli... Na pewno będzie miał pretensje.

Słuchałem oniemiały. Muniek będzie miał pretensje! Pewnie, okaże delikatną dezaprobatę, umieszczając moje ciało dwa metry pod ziemią, abym w spokoju przemyślał swój brak kultury.

— Pani Jolu — przypomniałem sobie jej imię. — W żadnym wypadku nie pojawię się w okolicy ani teraz, ani nigdy! Pani wie, co się stało? Wie pani.

— Ale teczka...

— Teczka jest teraz najmniej ważna... — Cholera, co ja chrzanię?! Właśnie że jest ważna! Jeśli pozna moje namiary, to nawet kiedy go zamkną, nie będę pewien dnia ni godziny. — Nie, moment, czy może pani wyjść z domu, wziąć taksówkę i gdzieś pojechać?

— Jestem nieubrana...

Nie wywaliłem telefonu przez no tylko dlatego, że miałem podniesione szyby. A także dlatego, iż posiadam nieźle rozwiniętą wyobraźnię, a ta podsunęła mi nie tylko obraz roznegliżowanej nimfy, ale i inny, w którym przymierzano mi drewniane wdzianko.

— Pani Jolu, to nieważne, taksówkarze nie zwracają uwagi na takie drobiazgi... — rzuciłem roztargnionym tonem. Konwersacja robiła się cokolwiek idiotyczna, z niejakim trudem spróbowałem pokierować ją w pożądaną stronę. — Muszę iść na policję. Gdy ten pani Mucha mnie dopadnie, pani też będzie miała kłopoty. Jeśli odda mi pani teczkę, będzie widać, że pragnie mi pani pomóc i nie ma nic wspólnego z mordercami.

Przedłużające się milczenie oznaczało chyba, że nimfomanka potrafi jednak myśleć i kojarzyć podstawowe fakty, a jej lojalność ma swoje granice. Przynajmniej miałem taką nadzieję.

— Dobrze, niech pan idzie na policję, tylko proszę nie wspominać o mnie. Proszę powiedzieć... Nie, wróć!

— Milczała przez sekundę. Gdy znów się odezwała, jej głos brzmiał zupełnie inaczej. Odrzuciła pozę słodkiej blondynki, była rzeczowa i stanowcza: — Najpierw oddam panu teczkę. Gdzie mam przyjechać?

— Yyy... — Kombinowałem przez moment, gdyż ta nagła chęć współpracy wydawała się podejrzana. — W Starej Miłosnej jest taki zajazd czy hotel U Cześka, taryfiarz będzie wiedział. Niech pani natychmiast wyjdzie z domu, znajdzie jakąś boczną uliczkę i zadzwoni po taksówkę. I proszę nie stać na widoku, rozumie pani? Proszę się schować, choćby w krzakach.

— Dobrze. Stara Miłosna, U Cześka. Spróbuję.

Ona spróbuje! Oczyma wyobraźni ujrzałem, jak stoi przed otwartą szafą w sypialni i przebiera w kieckach, gdy tymczasem Muniek wraca wściekły i pierwsze, co widzi, to moja teczka porzucona beztrosko na podłodze. W pięć sekund dowie się wszystkiego i taryfa wyruszy z ogonem jak stąd do Wrocławia. Inna sprawa, że gdyby jakimś cudem w Starej Miłosnej znaleźli knajpę o nazwie U Cześka, byłby to przypadek jeden na sto tysięcy. Wątpiłem czy w całym kraju jest choćby jeden przybytek o tak idiotycznej nazwie. Chociaż, właściwie to dość popularne imię... Och, w mordę, czy ja już nie mam większych problemów?!

Najważniejsze, że tym raczej niewyszukanym manewrem zyskałem trochę czasu. Taryfiarz nie musi znać knajp w każdej pipidówie, pojedzie na pewno, żeby spytać miejscowych. Tylko co mi to dawało? Gówno! Przecież nawet jeśli Mucha nie ma jeszcze moich papierów, Jola kiedyś wróci do domu. I co wtedy? Będzie milczeć jak głaz? Może wyrzuci gdzieś tę cholerną teczkę, może nie zwróciła uwagi na adres, może wykasuje numer z telefonu? Każde kolejne „może” było jak grudy ziemi spadające na wieko trumny. Muszę, po prostu muszę odzyskać swoją własność! Bez dokumentów ten bandzior nie zdąży ustalić moich dokładnych namiarów, zanim zgarnie go policja. Potem już gliniarze mnie ochronią, utajnią dane i będę bezpieczny.

Po piętnastu minutach byłem już w mieście. Jechałem przed siebie, cały czas wyczekując w napięciu sygnału telefonu. Wreszcie uznałem, że nie ma co dłużej zwlekać — próba za darmo. Sięgnąłem po aparat, wywołałem odebrane połączenia i wcisnąłem przycisk. Zgłosiła się, nim przebrzmiał pierwszy dzwonek.

— Halo, to pan? Nie możemy znaleźć tego...

— Proszę posłuchać — przerwałem jej prędko. — Wie pani, gdzie jest Pałac Mostowskich? Komenda Stołeczna?

— No...

— Nieważne, taksówkarz będzie wiedział. Niech pani tam jedzie, będę czekał na parkingu.

— Co pan wyprawia?! Ja nie mogę...

— Słuchaj kobieto! I tak masz przechlapane! Oddaj mi teczkę i będziesz czysta, o niczym nie wiedziałaś. — Pozwoliłem, by dotarło to do niej, i dodałem z naciskiem: — Muszę iść na policję, bo inaczej twój Mucha mnie zabije. Nie mam wyboru.

— Nie, zaczekaj! — Przeszła na ty, co mogło oznaczać, że rozumie powagę sytuacji albo że znów spróbuje jakichś babskich sztuczek. — To nie jest dobry pomysł. Ty zupełnie nie orientujesz się...

— Widziałem, co potrafi, i on wie, że widziałem! — usłyszałem w swoim głosie nutki histerii. — Przyjedź tam, a ja zaświadczę, że chciałaś mi pomóc.

— Nie, nie rób tego, ty go nie znasz! Nie wiesz, w co wdeptujesz, narobisz tylko zamie...

— Będę czekał godzinę. — Przerwałem połączenie. Zadzwoniła po minucie, ale nie odbierałem. Cholerna nimfomanka. Przyzwyczajona, że każdego facia może ogłupić, pokazując to i owo. Cóż, poradzi sobie. Takie cizie zawsze sobie jakoś radzą.

Zaparkowałem na Karmelickiej i szybkim krokiem poszedłem na skróty między domami w stronę komendy policji, wybierając jednocześnie numer Doroty.

— Cześć, to ja. Słuchaj, stało się małe nieszczęście.

— Co takiego? — spytała bez szczególnego zainteresowania.

— Kupiłem okazyjnie od Benka taki preparat na insekty, żeby wytruć te twoje mrówki. Byłem wcześniej w domu, spryskałem wszystko, no i... no i potem doczytałem się w ulotce, że to jest cholernie szkodliwe. Neutralizuje się dopiero po czterdziestu ośmiu godzinach. Trzeba zachować wyjątkowe środki bezpieczeństwa, a ja...

— No, mówże po ludzku! Co zrobiłeś?!

— Źle się czuję, chyba pojadę do szpitala.

— O Boże, jedź natychmiast! — Przejęła się wyraźnie, ale czekałem na ciąg dalszy. Nie zawiodłem się na swojej małżonce. — A co z dzieckiem? Już wiem, pojedziemy do babci.

— To będzie najlepsze. Dzieciaki łatwiej wchłaniają takie rzeczy — powiedziałem tonem winowajcy, by utwierdzić ją w słuszności decyzji. — Zostaw Sabinę z babcią, do pracy masz dobry dojazd. Muszę już kończyć, bateria mi siada...

— Ale zadzwoń później!

Widziałem już szare mury, kojarzące się ze wszystkim, tylko nie z pałacem. Gąszcz anten na dachu i kraty w oknach jasno przypominały o obecnym przeznaczeniu budynku. Przycupnąłem na ławce obok kina i paląc papierosa, spoglądałem na parking przed komendą. Przyjedzie? Jakby w odpowiedzi zadzwonił telefon.

— Słuchaj, przyjadę niedługo, ale nie wchodź tam! — nimfomanka prawie krzyczała. — Musimy porozmawiać. Ty naprawdę nie wiesz, co robisz!

— Nie bój się, zaczekam i pogadamy. Ustalimy, co masz mówić.

— Dobrze, tylko czekaj! — Bała się naprawdę albo cholernie dobrze udawała.

Miałem wreszcie trochę czasu na myślenie, zdusiłem szluga i zaraz sięgnąłem po następnego. Zacząłem zastanawiać się nad dzisiejszymi wydarzeniami. Jednak to nie był najlepszy pomysł — w miarę jak analizowałem kolejne fakty, odczuwałem coraz większy ucisk w bebechach. Powiodłem dookoła rozbieganym wzrokiem, natychmiast dostrzegając wśród przechodniów kilku zakamuflowanych oprychów, którzy z cynicznym wyrazem twarzy szykowali się do usunięcia mnie ze spisu wyborców. Gdyby teraz jakiś znajomy klepnął mnie znienacka w plecy, musiałby mnie potem reanimować.

Rany, w co ja się wpakowałem?! Przed oczyma, nie wiedzieć czemu, migały mi fragmenty naszych seriali sensacyjnych. Jakieś pościgi, strzelaniny, trupy... Przytłoczony emocjami umysł próbował znaleźć wyjście z sytuacji, wyciągając z otchłani podświadomości pasujące do okoliczności obrazy — moja wiedza o bandytach i sposobach obrony przed nimi miała swe źródło w małym ekranie. Niestety umysłu nie da się przełączyć na inny kanał tak łatwo jak telewizora. Brakuje pilota.

Żeby jakoś usunąć w cień jawiące mi się okropności, spróbowałem skupić się na tym, co koniecznie muszę niedługo zrobić. Dobra, wezmę nimfomankę za fraki i na siłę zaciągnę do komendy. Potem wszystko opowiem i... I dopiero zacznie się bal! Albo dobrze znają gościa i tylko brakowało im dowodów w postaci, na przykład, moich zeznań, albo zaczną godzinami spisywać protokoły, wnikać w istotne i nieistotne detale, konfrontować mnie ze słodką Jolą. Ona oczywiście nie będzie miała pojęcia, o co chodzi — próbowała tylko oddać mi zgubę. Tymczasem Mucha utopi mercedesa w Wiśle i błyskawicznie ustali moje personalia. No nie, cholera, to nie Sycylia, Muniek to nie żaden capo di tutti capi, a gliniarze ze Stołecznej to nie przedszkolaki bawiące się w policjantów. Przyskrzyniali już poważniejszych gangsterów.

Popatrzyłem w stronę wejścia do Pałacu Mostowskich. Co chwilę podjeżdżał jakiś radiowóz, na małym dziedzińcu mijali się funkcjonariusze, przeważnie w mundurach i z bronią u boku — wyglądali solidnie i profesjonalnie, jak właściwi ludzie na właściwym miejscu. Chociaż... nie wszyscy. Jakiś dobrze zbudowany cywil w garniturze i ciemnych okularach stał nieco z boku. Obserwował uważnie parking, przyglądał się samochodom, zerkając od czasu do czasu w stronę wjazdu. Pewnie czeka na kogoś... Może na mnie?!

Skuliłem się na ławce. Kurwa, tylko bez paniki! Marynarkę zostawiłem w samochodzie, nie ma szans, żeby mnie poznali, moja twarz mignęła jednemu w oknie raptem przez ułamek sekundy. Gdyby ten bysior był od Muchy, to by się tak nachalnie nie eksponował, w końcu jestem pod komendą policji. Odprężyłem się, przynajmniej zewnętrznie. Wstałem i udając kinomana, spacerowałem powoli, lustrując ukradkiem okolicę. Poznam ich samochody? Dupa blada, w zasięgu wzroku znalazłem kilka czarnych bryk zaparkowanych tak, by nie rzucały się w oczy. Ale przecież w dowolnym miejscu w centrum miasta mógłbym dostrzeć to samo. Parkometry jakoś nie rozwiązały problemów parkingowych stolicy. Wręcz przeciwnie. Zmotoryzowani spryciarze stawiają auta, gdzie popadnie, ignorując wygodę pieszych tudzież reszty szczęśliwych posiadaczy czterech kółek.

Pod komendę zajechała taksówka, ze środka wyskoczył jakiś niepozorny chudzielec i pokonując po dwa stopnie, zniknął w budynku. Moja ręka sama sięgała po papierosa, ale zastygła w okolicach kieszeni. Zobaczyłem następną taryfę. Jechała wolno przez parking, wydało mi się, że dostrzegam głowę z ciemnorudymi włosami rozglądającą się uważnie. Schowałem się za drzewem i czekałem. Samochód zatrzymał się nieopodal i wypuścił ubraną na czerwono postać — przez jedną okropną chwilę ujrzałem scenę żywcem wyjętą z jakiegoś niskobudżetowego filmu dla dorosłych: ciągnę nimfomankę za fraki do komendy, równocześnie bysior w ciemnych okularach startuje w naszym kierunku, tymczasem Jola opiera się ze wszystkich sił, piszcząc jak molestowana dziewica. Szamoczemy się przed wejściem, momentalnie robi się zbiegowisko, w pewnej chwili czuję, że mam w ręku sam materiał, a jego właścicielka, zasłaniając się moją teczką, pędzi przed siebie, niczym gwiazda filmowa zdybana przez paparazzich na plaży nudystów. Oczywiście pół komendy rzuca się w pogoń... Nie, co za ulga, to nie był szlafrok, tylko sukienka, widocznie czerwień to jej ulubiony kolor.

Pomachałem jej ręką i czekałem, aż podejdzie. Odebrałem teczkę, zważyłem ją w dłoni i spytałem:

— Co robi Mucha? Wie coś o mnie?

— Nie. — Pokręciła szybko głową. — Nic mu nie powiem. Jak się dowie, to mnie zabije!

Chciałem uświadomić kretynce, że moim zdaniem wyciągnie z niej wszystko w trzydzieści sekund, ale nie zdążyłem. Gość, na którego zwróciłem wcześniej uwagę, szedł w naszym kierunku i mówił coś do telefonu, prawie nie poruszając ustami. Patrzył nieruchomym, pustym wzrokiem. Jego zdecydowane ruchy miały w sobie coś złowieszczo nieuchronnego — miał zadanie do wykonania i nic go nie mogło powstrzymać! Zostało mu jeszcze do przejścia ze trzydzieści metrów, chwyciłem więc Jolę za rękę i pociągnąłem w kierunku stojącego opodal radiowozu.

— Panowie, ratunku! — krzyknąłem do ubranych na czarno gliniarzy. Osiłek w marynarce stanął w miejscu, a ja zerknąłem kątem oka na jęczącą coś dziewczynę. Jej przerażony wzrok przystopował mnie nieco. Przecież Mucha naprawdę może ją ukatrupić. Ma zginąć przeze mnie?

— Co się stało? — Policjanci przyglądali mi się uważnie.

— Panowie, żona rodzi! Jakieś komplikacje! — Spojrzeli zaskoczeni na zgrabną sylwetkę mojej towarzyszki, więc prędko uściśliłem: — Musimy z siostrą szybko jechać do szpitala!

— Który szpital? — Gliniarz sięgnął po radiotelefon.

— Nie, nie trzeba. Mam niedaleko samochód, podwieźlibyście nas tylko. W wozie mam badania żony.

Porozumieli się wzrokiem i po paru sekundach jechaliśmy na Karmelicką. Uparli się, że będą nas eskortować. Jakoś nie miałem nic przeciwko.

— Szpital Bielański — poinformowałem uczynnych stróżów prawa.

Skupiłem się na wstecznym lusterku, ale chyba bandyci mieli samochody ukryte gdzieś dalej, bo nie dostrzegłem niczego podejrzanego. Tym niemniej sytuacja skomplikowała się potwornie.

Zwolniłem. Co ja znów najlepszego zrobiłem? Gdzie mnie diabli niosą? Z niejakim opóźnieniem dotarło do mnie, że narażam życie dla ratowania tyłka kobiety gangstera i przy okazji ratuję też jego zapasione cztery litery. Miałem wielką ochotę zawrócić i oddać się w ręce organów sprawiedliwości. Tyle że przed komendą czaili się bandyci.

Jola od dłuższej chwili próbowała coś mi powiedzieć.

— Słyszysz? Posłuchaj mnie! — podniosła głos i chwyciła za rękę, którą zmieniałem biegi.

— Co takiego?

— Co teraz, co chcesz zrobić?

— Spokojnie. Mucha na pewno nic o mnie nie wie? Nie zna moich namiarów?

— Nie.

— Dobrze, gliniarze raczej nie wejdą za nami do szpitala. Zawiozę cię potem, gdzie chcesz, ale na policję muszę pójść. Sama wiesz, że inaczej trafię do piachu.

— Daj mi trochę czasu, muszę uciec, wyjechać... — Jej oczy błądziły po okolicy, nie zatrzymując się na żadnym punkcie. — Na szczęście mam wszystko przy sobie.

Zdziwiony zerknąłem na jej mikroskopijną czerwoną torebkę.

— No, dokumenty... Pieniądze mogę wziąć z konta, mam własne.

— Gdzie chcesz jechać?

— Nie wiem, pomyślę. — Kątem oka dostrzegłem, że przygląda mi się z namysłem. — Przenocuj mnie gdzieś. Muniek może nas szukać po hotelach.

— Nas?! — Okazało się, że łatwo nie pozbędę się balastu. — Masz chyba jakichś znajomych?

— Wspólnych.

No nic, trudno. Bez niej Mucha w żaden sposób mnie nie znajdzie, więc wystarczy, jeśli jutro zgłoszę się na policję. Tylko co mam teraz zrobić z tą kłopotliwą lalunią? Lepiej, żeby nie wiedziała, gdzie mieszkam... Działka!

— Pojedziemy na moją działeczkę. Mam altankę, noce ciepłe...

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com