Morze Niegościnne - Jakub Szamałek - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 341 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 9 godz. 43 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Morze Niegościnne - Jakub Szamałek

Kolejna powieść laureata Nagrody Wielkiego Kalibru Czytelników 2012 na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu

Leochares, zaufany człowiek Peryklesa, postanawia odpocząć od intryg i kolejnych knowań. Mimo że schwytał spartańskiego szpiega, nie zdołał ocalić Aten przed tragedią. Teraz na krańcu świata chce zacząć życie od nowa. I tu jednak dopada go wielka polityka – zostaje rzucony w sam środek spisku, który może wstrząsnąć całym starożytnym światem.

W siedzibie władcy Bosporu zostaje zamordowany poseł prowadzący sekretne negocjacje. Leochares musi odnaleźć zabójcę, nim wieści o śmierci wysłannika zburzą kruchy pokój i pogrążą greckich osadników w wyniszczającej walce. Prowadząc gorączkowe dochodzenie, Leochares obnaża sieć pałacowych intryg, poznaje bliżej tajemnicze ludy zamieszkujące rubieże znanego świata i odkrywa, że jego żona zna się na prowadzeniu śledztwa nie gorzej niż on sam. Jednak wspólne dochodzenie prawdy oddala ich od siebie, zamiast przybliżać, i stawia przyszłość z trudem uratowanego związku pod znakiem zapytania.

Opinie o ebooku Morze Niegościnne - Jakub Szamałek

Fragment ebooka Morze Niegościnne - Jakub Szamałek











JAKUB SZAMAŁEK

MORZE
NIEGOŚCINNE


O debiutanckiej powieści Jakuba Szamałka

Kiedy Atena odwraca wzrok

Nie byłem przekonany do lektury kolejnego kryminału w starożytnych realiach – to pomysł ograny, w dodatku grożący tym, że czytelnik utonie z nudów w morzu historycznych ciekawostek. Ale Jakub Szamałek ujął mnie bezpretensjonalnością i talentem do niepozbawionej ironii obserwacji ludzkich namiętności. Jesteśmy w Atenach w roku 430 p.n.e. – trwa wojna ze Spartą. Leochares, zaufany człowiek Peryklesa, w kłębiącym się tłumie tubylców i uciekinierów podąża śladem spartańskiego agenta – a właściwie śladem jego kolejnych zbrodni. Wszystkie chwyty będą tu dozwolone. Bardzo obiecujący debiut.

Piotr Kofta, „Wprost”

Kiedy Atena odwraca wzrok trzyma w napięciu… Główny bohater budzi… sympatię, nieco ironiczny, z dystansem nawet do swojego przyjaciela polityka, obrywa często od swoich przeciwników… Autor – ewidentnie zafascynowany starożytnością – umiejętnie dzieli się z nami wiedzą na temat ówczesnych wydarzeń, a co ciekawsze – ówczesnej obyczajowości. Ciekawe, czy będzie ciąg dalszy?

Beata Kęczkowska, „Gazeta Wyborcza”

Jakub Szamałek stworzył atrakcyjną i na starożytny sposób egzotyczną historyjkę o rozsupływaniu szpiegowskiej siatki za rządów Peryklesa. Czyta się znakomicie.

Michał Nalewski, „Newsweek”

Czy antyczne Ateny mogą być scenerią trzymającej w napięciu historii? Jak najbardziej. Dowiódł tego Jakub Szamałek… Autor skrupulatnie trzyma się realiów historycznych… Dba też o najdrobniejsze szczegóły, takie jak niepowtarzalny klimat śródziemnomorskiej metropolii, wszystkie barwy i zapachy, wąskie uliczki czy wreszcie obyczajowość Greków… Dialogi są jak najbardziej współczesne, znakomicie oddają napięcie i emocje targające bohaterami, którym nieraz zdarza się zakląć siarczyście. Autor perfekcyjnie połączył historię z literacką fikcją, tworząc godne polecenia dzieło.

Olga Siewko, „Cogito”

Ateny czasów Peryklesa przedstawione w tym na zmianę śmiesznym i gorzkim małym arcydziele w niczym na szczęście nie przypominają antyku znanego nam z podręczników do historii (…) Autor bardzo umiejętnie prowadzi narrację, gładko przechodząc od niewinnych zabaw i dosadnych żartów do pozbawionej patosu goryczy – i z powrotem. Jakub Szamałek jest prawdziwym mistrzem antyklimaksu i osobiście wetknęłabym mu na głowę taki czy inny wieniec (…)

Kiedy Atena odwraca wzrok to mocna, męska proza z dobrze skonstruowaną, wręcz filmową fabułą i bohaterami, z którymi naprawdę ciężko się pożegnać.

Zbrodnia w Bibliotece

…język [jest] na wskroś współczesny – o dziwo, doskonale jednak pasujący do treści… wisienką na literackim ciasteczku… jest humor. Niewymuszony, ironiczny, objawiający się przede wszystkim puszczaniem oka do czytelnika.

Ewa Wrona, Portal Kryminalny

Demokracja ateńska przedstawiona przez Jakuba Szamałka różni się od tej znanej z podręczników – nie ma w niej dumy i doniosłości, a raczej codzienność, i to ta mniej chwalebna… Współczesny język wypowiedzi bohaterów kontrastuje z historycznym tłem, te dwa elementy wzajemnie uzupełniają opowieść.

Może nie takiego portretu symbolu starożytności czytelnik mógłby się spodziewać, ale nie tylko nektarem – napojem bogów – żyli ówcześni… Wątki sensacyjne przeplatają się z obyczajowymi, a to wszystko z Akropolem w tle.

Taki Jest Świat (blog)


Projekt okładki: Jacek Szewczyk

Redakcja: Irma Iwaszko

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Konwersja do formatu elektronicznego: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Jaroszuk

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© Michael Bilotta/Arcangel Images

© by Jakub Szamałek

© by MUZA SA, Warszawa 2013

ISBN 978-83-7758-416-3

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2013

Wydanie I


Moim Dziadkom,
Zdzisławowi i Maryli Książkom,
którzy jako pierwsi zobaczyli
we mnie pisarza


„Morze Gościnne zwane było początkowo Morzem Niegościnnym z powodu surowych zim i dzikich plemion zamieszkujących jego brzegi, a zwłaszcza Scytów, którzy składali obcych w ofierze, zjadali ich mięso, a z czaszek robili kielichy…”

Strabon, Geografia, 7.3.6


Przedsłowie

Kluczem każdego kryminału jest morderstwo i otaczająca je tajemnica – kto zabił? Dlaczego? Jak do tego doszło?

Mogę więc chyba Państwu zdradzić bez obawy o zepsucie przyjemności z lektury, że i w tej książce padnie trup, a główny bohater będzie musiał znaleźć mordercę. Jednakże poza tą klasyką gatunku czeka Państwa jeszcze jedna, mam nadzieję, nie mniej intrygująca tajemnica – dotycząca samego miejsca akcji.

Kiedy ostatnio widzieli się Państwo z Leocharesem, zajmował się serią morderstw wstrząsającą Atenami, centrum starożytnego greckiego świata. Tym razem przyjdzie mu prowadzić śledztwo na samym jego skraju – na południowych wybrzeżach dzisiejszej Rosji i Ukrainy.

Grecy zasiedlili te tereny w VI w. p.n.e. i pozostali na nich aż do końca antyku. Los zetknął ich tam z ludami, które były pod wieloma względami ich zaprzeczeniem, i z klimatem znacznie ostrzejszym od śródziemnomorskiego. By przetrwać, musieli się zmienić, dostosować do nowych warunków – tworząc tym samym coś nowego i unikatowego. Te niezwykłe, egzotyczne rubieże starożytnego świata leżały zawsze na marginesie historii, zapomniane, spowite tajemnicą. Tę tajemnicę chciałbym właśnie przed Państwem odsłonić.

Ostatnia sprawa. Moi Grecy nie są statecznymi filozofami i koneserami sztuki; wzoruję ich na pieprznych ateńskich komediach, przedstawiających ludzi z krwi i kości, a nie na platońskich dialogach, zaludnionych przez wyidealizowanych arystokratów. Choć są od nas różni pod względem kultury, targają nimi te same emocje, mają podobne potrzeby i marzenia, kochają i nienawidzą, potrafią zachować się po chamsku i zakląć. Liczę, że takich właśnie ich Państwo polubią.


Zasyczały naprężone liny, rozdzwoniły się wiszące pod pokładem ołowiane kubki. Rosnąca gwałtownie fala wpierw wyniosła statek wysoko ponad wzburzone morze, ku zasnutemu ciemnymi chmurami niebu, by po chwili cisnąć go z powrotem w kipiącą otchłań.

– Trzymajcie się! – wrzasnął Bion, wczepiając palce w burtę.

Dziób wbił się z hukiem w wodę, wyrzucając wysoki na kilkanaście stóp pióropusz piany, uderzenie wstrząsnęło całym statkiem. Morze przetoczyło się przez pokład, szarpiąc za nogi, ciągnąc łapczywie ku sobie. Bion skulił się, przeczekał uderzenie żywiołu, po czym chwycił za ster; zgrabiałe palce ślizgały się po mokrym drewnie.

– Refuj dalej żagle, bo maszt pójdzie! – krzyknął do Gordiosa, ustawiając łódź przodem do wiatru.

– Nie dam rady! – odpowiedział po chwili szarpaniny chłopak; jego wysoki głos ledwie się przebijał przez ryk wiatru i bębnienie deszczu.

– To zluzuj szmaty!

– Co?!

– Zluzuj szmaty, mówię! Ale już!

Chłopak odwiązał linę, żagiel zaczął łopotać, rwać się. Trudno, pomyślał Bion, stracimy sterowność, ale lepsze to niż pójść na dno… Pieprzony rejs! A przecież mówili mu, że nie da rady dopłynąć do Bosporu[1] przed jesiennymi sztormami, ostrzegali, że po Morzu Gościnnym[2] pływa się ciężko, że nie ma tam wysp, na których można się schronić przed burzą, a i dogodnych zatok niewiele, że łatwo się rozbić o skały. Morze Gościnne! Też mi coś.

Kiedy Damon przyszedł wynająć jego statek, Bion podał cenę, która miała zniechęcić – ale kupiec przyjął ją bez szemrania, od razu wyłożył połowę kwoty na stół. Pilny interes, mówił, nie może czekać, musi dotrzeć na północ przed końcem roku. No i jak tu było odmówić, takie pieniądze…

– Słońce zachodzi! – krzyknął Damon z dziobu.

– Wiem! – warknął Bion.

– Ale po ciemku nie trafimy do portu!

– To też wiem!

– Ale…

– Kurwa mać, Damon! – ryknął sternik, przekrzykując fale. – Złapiesz wiatr w worek[3]? Nie? To nie przeszkadzaj!

Rzeczywiście, pomyślał Bion, zaciskając sine usta. Jeśli zaraz nie dopłyniemy do brzegu, trzeba będzie przeczekać sztorm na morzu. Przy tym wietrze i z taką załogą mogę równie dobrze od razu wskoczyć do wody… Musimy dopłynąć. Musimy.

∗ ∗ ∗

Rozciągająca się u stóp wzgórza łąka falowała targana wiatrem; trawa na przemian jeżyła się i opadała, migając dziesiątkami odcieni zieleni. Środkiem wąską ścieżką sunął sznur mężczyzn. Gdyby nie to, że każdy z nich niósł krótką włócznię, z daleka można by ich wziąć za zwierzęta – byli owinięci w baranie skóry, głowy mieli przykryte kołpakami zdobionymi porożem, porozumiewali się między sobą językiem pełnym chrząknięć, cmoknięć i powarkiwań.

Jeden z nich powiedział coś do idącego na czele pochodu mężczyzny i wskazał na morze, gestykulując gwałtownie. Miał niski, chropowaty głos, flegma bulgotała mu w krtani, musiał być chory bądź stary. Zagadnięty przystanął, pochylił się. Błyskawica rozświetliła na chwilę jego twarz – była poorana bliznami po oparzeniach, zdeformowana, trupio blada. Przetarł oczy, kolejny już raz zresztą; nie miał brwi, które zatrzymałyby ściekającą po czole wodę. Nie poczuł zgrubiałej, pozarastanej skóry pod rękoma, nie poczuł, jak szorstkie i twarde palce drapią obrzękłe powieki. Nie zauważył też, że jego płaszcz zupełnie już przesiąkł i woda cieknie po owrzodzonych, pokrytych szramami plecach. Nie czuł nic.

Zaczęli wspinać się na wzgórze. Ścieżka zamieniła się w strumień, ciemny i gęsty od błota, stopnie były śliskie, trzeba było poruszać się na czworakach, wbijając palce w gliniastą ziemię, zapierając się piętami. Posuwali się w milczeniu, krok po kroku, ciężko sapiąc; nikt nikomu nie pomagał, nie podawał ręki.

Wreszcie dotarli na szczyt wzniesienia, skąd widać było całą okolicę. Słońce chyba już zaszło, chociaż przy takich chmurach nie dało się tego stwierdzić na pewno. Morze, rano płaskie jak okoliczne stepy, zamieniło się teraz w biało-granatową pulsującą masę; na ich oczach rosły góry, które chwilę potem z hukiem zapadały się w nicość. Poparzony mężczyzna wytężył wzrok. Trudno było cokolwiek dostrzec, fale tańczyły mu przed oczami, deszcz oddzielał go od horyzontu półprzezroczystą kurtyną. W końcu dostrzegł to, czego szukał. Zwiadowca się nie mylił. Przywódca wskazał reszcie palcem ciemny punkcik ślizgający się po białym bałwanie – statek. Warknął coś do pozostałych, ci ściągnęli z pleców tobołki i rozbiegli się.

Jeden z nich – starzec o ogorzałej, pomarszczonej twarzy, który wcześniej rozmawiał z poparzonym mężczyzną – podszedł pod skalny nawis, do paleniska. Z tobołka z niegarbowanej skóry wyjął natarte sadłem, połyskujące matowo gałęzie i ustawił je szybko w stosik. Otworzył kolejny pakunek i wyjął baranią czaszkę. Jej oczodoły były zatkane grudami gliny, z których wystawały powbijane na sztorc źdźbła słomy; sączyły się przez nie cienkie nitki dymu. Starzec zamruczał coś pod nosem i roztrzaskał łeb kamieniem, po czym sięgnął do środka rogową łyżką, wygarnął żarzące się lekko węgielki i wrzucił je między polana. Wystarczyło jeszcze trochę podmuchać – i wnet buchnął ogień, wypluwając kłęby gęstego, cuchnącego palonym mięsem dymu.

Poparzony mężczyzna wydał następną komendę – pozostali wyciągnęli kolejne natłuszczone szczapki i wrzucali je do ognia. Widać było, że boją się żywiołu; podchodzili do paleniska ostrożnie, cofali się, kiedy strzelały iskry. Płomień rósł szybko, po chwili oblizywał już skalną półkę, która chroniła palenisko przed deszczem. Starzec wstał od ognia, otrzepał ręce i uśmiechnął się, obnażając drobne sczerniałe zęby.

∗ ∗ ∗

– Bion! – wrzasnął nagle Gordios. – Patrz! Patrz tam!

– Co? – odkrzyknął sternik i zakrztusił się; kolejna fala wlała mu wodę w usta, spękane wargi zapiekły od soli.

– Światło! Ląd! Ląd!

Rzeczywiście, młody miał rację! Na tle chmur odcinał się ciemniejszy, ostry kształt, a na jego czubku migotał mały żółty punkcik. To musi być to! To Kimmerikon[4], miejscowi na pewno ich zauważyli i rozpalili ogień, żeby wskazać im drogę! Dzięki ci, Posejdonie[5], dzięki, powtarzał w myślach Bion; kiedy tylko dotrę do brzegu, wydam wszystkie pieniądze od Damona, żeby ufundować ci najpiękniejszy w świecie trójnóg albo nawet jakąś rzeźbę czy ołtarz z prawdziwego zdarzenia, z najświetniejszego marmuru z Paros[6]!

Wiatr przycichł. Gordios znów postawił żagiel; mimo że był w strzępach, statek odzyskał trochę sterowności. Bion z całej siły zaparł się w ster, żeby zmienić kurs i skierować się ku światłu. Pomarszczone od wody palce zbielały w uścisku, zazgrzytały zęby, zadrgały zmęczone mięśnie – ale udało się, łódź spłynęła z fali we właściwą stronę.

– Bogowie, niechaj wam będą dzięki! – wykrzyknął Damon, wznosząc oczy ku niebu; ulewny deszcz nie zmył jeszcze wymiocin z jego płaszcza.

– Coraz bliżej! – krzyknął Gordios z dziobu. – Jeszcze jakieś cztery, no, może pięć stadionów[7] i zobaczymy wejście do portu!

Dalej, łódeczko, pomyślał Bion, nie zawiedź mnie! Jak to miło będzie stanąć na lądzie… Co prawda spędzimy już zimę na tym odludziu, a mrozy podobno są tu trzaskające, ale co tam, pieniędzy będzie dość. No, w takim razie na podziękowanie Posejdonowi musi jednak starczyć połowa wynagrodzenia, bo przecież wikt i opierunek trzeba będzie jakoś opłacić, ale i tak powinien się cieszyć. Wina tu może dobrego nie mają, ale za to dziewczyny! W Atenach była taka jedna Scytyjka[8] o skośnych oczach, nazywali ją Wyżymaczka, bo…

Nie dokończył myśli. Przed dziobem wystrzeliła nagle ściana wody, wysoka, sięgająca połowy masztu. Skały. Woda musiała rozbić się o skały. Bion szarpnął sterem, statek obrócił się gwałtownie – ale było już za późno, kolejna fala pchnęła ich do przodu. Syreny, to syreny ściągnęły nas ku śmierci! – zdążył jeszcze pomyśleć. Statek gwałtownie się zatrzymał, trzasnął i pękł wpół; setki drzazg przecięło powietrze z upiornym wizgiem. Bion przeleciał przez burtę; nagle zrobiło się cicho, ciemno i zimno, woda wlała mu się do uszu, wełniany płaszcz stał się ciężki, jakby był odlany z ołowiu, ciągnął go na dno. Sternik rozpaczliwie szarpał się z broszą, która spinała materiał pod szyją; otworzył oczy, ale widział tylko swoje rozmyte białe dłonie na tle czarnej otchłani. Wreszcie uporał się z zapięciem i ruszył co sił w stronę powierzchni; kłuło go już w płucach, czuł, że traci przytomność. Wybił się nad wodę, wziął głęboki oddech – i natychmiast zakryła go kolejna fala. Znów wypłynął na wierzch, sól żarła go w oczy, krztusił się – ale utrzymał się na powierzchni. Złapał się jakiejś złamanej deski i zaczął rozpaczliwie bić nogami w wodę, kierując się w stronę lądu. Przestał słyszeć grzmoty i wycie wichru, przestało mu być zimno – liczył się tylko ląd, coraz bliższy. Wreszcie wyrzuciło go na kamienistą plażę, zgiął się wpół i zwymiotował; z ust leciała mu cuchnąca, słona breja, żółć i morska woda.

– Bion?! – usłyszał nagle głos Damona. – To ty?

– Tak! – wrzasnął sternik; dopiero po chwili dostrzegł kupca, skulonego u stóp klifu. Ruszył w jego stronę, ale nie mógł zrobić kroku, mięśnie miał zesztywniałe z zimna; na przemian szedł więc na czworakach i czołgał się, rozcinając skórę o kamienie. Dotarł w końcu do małego załomu, w którym schował się Damon, i położył się koło niego.

– Chodź bliżej, bo inaczej za-za-zamarzniemy – wyjąkał kupiec, szczękając zębami. – Co się stało?

– Wpadliśmy na-na-na skały. Nie było ich widać pod tymi fa-a-lami – odpowiedział Bion, siadając z trudem. – Widziałeś Gordio-os-sa?

– Kiedy łódź się zła-ła-mała, maszt pękł i go uderzył. Naa-awet jeśli to przeżył…

– …to nie do-op-płynie – dokończył Bion. Bogowie, żal chłopaka. Zgoda, może nie był szczególnie rozgarnięty, ale dobry był z niego żeglarz, miał nosa do morza.

– Co teraz? – przerwał milczenie Damon.

– Musimy poczekać do ra-a-na. Chyba że ktoś widzia-a-ał, co się stało, i po nas przyjdzie.

– O-o-by – odpowiedział cicho Damon, szczękając zębami – oby…

∗ ∗ ∗

Burza ucichła, fale były coraz mniejsze i łagodniejsze, wiatr powoli przeganiał chmury gdzieś dalej. Nagle zrobiło się jasno – księżyc wychynął zza ciemnych kłębów i osrebrzył wybrzeże; widać było wszystko jak na dłoni. Na wodzie unosiły się potrzaskane części statku, wśród nich kolebał się jak spławik trup. Z płycizny przy brzegu wystawał ułamany w połowie maszt, fale wymywały na plażę skorupy i strzępy żagla. Poparzony mężczyzna pokazał okutanemu baranią skórą starcowi dwa palce, powiedział coś, klepnął kilkakrotnie nóż wsunięty za pasek. Starzec skinął głową, po czym rozsupłał przytroczony do paska woreczek, wygrzebał z niego garstkę czerwonego proszku i natarł nim twarz; reszta poszła za jego przykładem.

∗ ∗ ∗

Damon wyciągnął spod kamieni kolejną kępkę cuchnących, na wpół zgniłych wodorostów i wepchnął ją pod ubranie. Było to obrzydliwe – zwłaszcza że w tej burozielonej gęstwinie roiło się od owadów – ale sprawiało, że choć trochę się rozgrzał, mógł rozprostować palce, przestał szczękać zębami. Bion leżał skulony na ziemi, wstrząsały nim dreszcze.

– Ej… słyszałeś? – zapytał Damon.

– Co? – Bion nie odwrócił się nawet w jego stronę.

– Coś jakby… kroki chyba! – Kupiec ożywił się, dźwignął na nogi. – Heeej, tuuu! Pomocy!

– Zamknij się! – warknął sternik, podnosząc się z trudem na łokciu. – Nie wiemy, kto to.

– Ale sam mówiłeś… Jesteśmy rozbitkami, ktokolwiek by to był, pomoże.

– Mówiłem, mówiłem… – wydusił z siebie Bion. – Ta okolica… Straszne rzeczy się słyszy… Doczekajmy lepiej świtu i…

– Świtu?! Chyba zgłupiałeś! Ahoooooj! – wrzasnął Damon i pokuśtykał w dół kamienistej plaży. – Pomooo…

Głos uwiązł mu w gardle. W jego stronę sunęło kilku drobnych, owiniętych w skóry mężczyzn. Twarze mieli ciemne, prawie czarne, jakby pokryte błotem, włosy pozlepiane w kołtuny. Damon zaczął się cofać, ale nie miał szansy na ucieczkę. Jeden z przybyszów zamachnął się włócznią i uderzył go w twarz płaską stroną grotu. Kupiec upadł na ziemię jak kłoda, bez głosu, poczuł w ustach smak krwi, twarde kawałki zębów.

Czas zaczął płynąć bardzo wolno, każde mrugnięcie zdawało się trwać wieczność. Słyszał, jak pulsuje mu serce, tu-DUM, tu-DUM, widział owinięte w onuce stopy, które bezszelestnie poruszały się po mokrych kamieniach, słyszał zduszony krzyk. Przed twarz wyszedł mu mały białawy krab – obracał oczami na szypułkach, przyglądając mu się ciekawie, rozwierał i zamykał szczypce, jakby wahał się, co zrobić. Nagle ruszył, przebierając szybko nóżkami, i zniknął między skałami; musiał usłyszeć albo poczuć coś niepokojącego. Kroki, coś ciągnie się po kamieniach, jakieś chrząknięcia i mlaśnięcia – i tuż obok niego upadł Bion; miał złamany nos, twarz zalaną krwią. Jeden z napastników wiązał mu rzemieniami ręce i nogi, po chwili ktoś zaczął krępować też Damona.

– Ludzie, co wy robicie?! – wrzasnął kupiec. – Powariowaliście?! Jesteśmy rozbitkami, rozumiecie?

Ktoś kopnął Damona w brzuch, znów słychać było nerwowe cmoknięcia i powarkiwania. Może to nie są ludzie, przeszło przez myśl Bionowi. Może to jakieś leśne bożki albo zbójcy zaklęci w zwierzęta, jak ci piraci, których Dionizos[9] zamienił w delfiny…

Ubrani w skórę mężczyźni przytroczyli spętanych rozbitków do długich żerdzi, podnieśli ich – i zaczęli wspinać się na wysoki klif. Noc powoli zamieniała się w dzień; Damon, wisząc głową w dół, widział, jak różowieją chmury, jak pierwsze promienie słońca prześlizgują się po wodzie, rozsypując świetliste cętki, a wszystko to do góry nogami, jakby morze i niebo zamieniły się na miejsca. Weszli na stromą ścieżkę. Kupiec szurał głową po ziemi, uderzał o kamienie, czuł, jak krew i błoto oblepiają mu włosy.

Wreszcie dotarli na szczyt. Barbarzyńcy odcięli ich od żerdzi i usadzili koło siebie, opierając o wielki, pokryty mchem i dziwacznymi rysunkami głaz. Poranne światło było ostre, raziło rozbitków w oczy – ale przynajmniej było choć trochę cieplej, przestali dygotać i się trząść. Bion rozejrzał się wokół. Jesteśmy na szczycie jakiegoś wzgórza, pomyślał, gdziekolwiek spojrzeć, wszędzie te dzikusy. Jeden z nich trzymał na kolanach cienki, długi nóż i tarł go osełką, powoli i metodycznie; metaliczny zgrzyt dzwonił w uszach coraz głośniej i głośniej.

– Słuchaj – powiedział sternik, z trudem łapiąc oddech – oni nas zabiją.

– O matko, o mamo… – wymamrotał Damon; oczy zaszły mu łzami, znów zaczął się trząść.

– Spokojnie. – Bion mówił teraz szybko, strach wyciągnął z kości zimno i zmęczenie. – Może zdołamy ich jakoś udobruchać albo przekupić…

– Niby czym?! – wrzasnął kupiec wysokim, histerycznym głosem. – Nic nie mamy, nic, ani złamanego obola[10]!

– Powoli, spokojnie… Słuchaj, nie mówiłem o tym wcześniej, bo nie było po co… Ale od początku rejsu widziałem, że nosisz coś w woreczku na szyi, że chowasz to przed nami. Nie wiem, co tam masz, monety czy może jakieś drogie kamienie, ale to nasza ostatnia deska ratunku. Dajmy im to, może nas puszczą.

– Kiedy to żadne kamienie! – wyrzucił z siebie Damon, połykając łzy. – To list, ołowiana tabliczka od mojego wuja, Menekratesa… Do jakiegoś jego znajomego, mówił, że pilne… i…

– No to pięknie… – Bion, nie słuchając już, opuścił głowę.

– Bion, ja nie chcę umierać, rozumiesz?! – krzyknął Damon, widząc, jak zbliża się do niego jeden z dzikusów. – Zrób coś, ratuj mnie!

Bion nic nie odpowiedział, spuścił wzrok. Nie myślał już o Damonie, tylko o swojej żonie, o dołeczkach, które jej się robiły, gdy się uśmiechała, o Battosie, który wciąż nie oddał mu pieniędzy, o jego małym Lizjaszu, który tak świetnie biegał, że wróżono mu sukcesy na Panatenajach[11], o ciepłym, jesiennym wietrze, który owiewa teraz Ateny, o swojej ulubionej zupie z raków, której nigdy już nie spróbuje.

Dwaj barbarzyńcy unieśli Damona, pociągnęli go w stronę klifu. Kupiec rzucał się na wszystkie strony, wył i skowytał, na przemian błagał ich i przeklinał; ślina ciekła mu z rozedrganych ust długimi nitkami, które rozciągały się na wietrze jak babie lato. Jeden z dzikusów, niski starzec o gardłowym głosie – chyba ktoś ważny, pomyślał Bion, patrząc na ciężki naszyjnik z muszli i kawałków żelaza – zaczął coś śpiewać, reszta wtórowała mu pomrukami, coraz szybszymi, coraz donośniejszymi. Starzec podniósł z ziemi długą, ciężką kość – chyba końską – zamachnął się i uderzył Damona w potylicę; chrupnęło, jęki ustały. Dwaj inni barbarzyńcy odcięli mu głowę długimi nożami, zajęło im to dobrą chwilę, po czym zrzucili resztę ciała w przepaść.

– O bogowie, o bogowie – wymamrotał Bion, kiedy zobaczył, że idą po niego; gorący pot lał mu się po przemarzniętych plecach, łzy pociekły po białych od soli policzkach.

∗ ∗ ∗

Drugi Grek poleciał w dół, z rozpłatanej szyi tryskała krew, rysując w powietrzu fantazyjne wzory. Trup uderzył o ziemię, zagrzechotały kamienie, trzasnęły kości. Ciało zaczęła obmywać woda. Z każdym uderzeniem fal morze ściągało je bliżej siebie, kroczek po kroczku, cierpliwie, owijając je w wodorosty, jak pająk złowioną muchę, na później – aż wreszcie wciągnęło je w siebie, połknęło.

Starzec i poparzony mężczyzna stali bez ruchu na krawędzi klifu, patrzyli w milczeniu, jak bogini przyjmuje ofiarę. Dobra wróżba. Zaczęli rozmawiać – krótkie szczeknięcia, warknięcia, klik-klik-klik, język uderzający o podniebienie. Obrócili się, ruszyli do reszty grupy. Nagle starzec zauważył coś w trawie; zatrzymał się i przyklęknął. Rozsunął źdźbła – na ziemi leżał mały płócienny woreczek, przywiązany do pękniętego rzemyka. Podał go bez słów okaleczonemu mężczyźnie, ten z trudem rozsupłał go drętwymi palcami, wyciągnął czarny zwitek metalu pokryty dużymi, pisanymi naprędce literami. Długo oglądał list, obracał go powoli w ręku, badając krawędzie, ścierając z niego piach kciukiem. Zamyślił się. Wreszcie zwinął go w rulonik, wsunął do kieszeni kaftana i ruszył za współplemieńcami, którzy schodzili już w stronę rozciągającego się aż po horyzont stepu.

∗ ∗ ∗

Po nocnej burzy nastał spokojny, pogodny poranek, niebo było czyste, bladoniebieskie. Łódka płynęła powoli, rozcinając dziobem gładkie wody cieśniny. Leochares siedział na rufie wpatrzony tępo we wznoszące się i opadające miarowo wiosła. Przewoźnik bierze głębszy wdech, zanurza pióro, sapnięcie, skrzypią dulki, za burtą tańczą przez chwilę małe wiry, znikają; pióro się wznosi, czasem owinięte jakimś wodorostem, woda cieknie po wiośle, kap-kap, chwila ciszy, przewoźnik bierze głębszy wdech, i znów…

Leochares ziewnął, kleiły mu się oczy, opadała głowa. Zmęczony jestem, pomyślał, trąc powieki. Ile to już go nie było w domu? Ładnych parę dni. Ale opłaciło się, w końcu sprzedał wszystko, co przywiózł – kolczyki w kształcie sfinksów z litego złota, zawieszki w formie dzbanuszków na wino, ozdobę na napierśnik z głową Meduzy[12], a także tę bransoletę zwieńczoną głowami węży, które wyglądały raczej jak zezujące ropuchy – chciał ją nawet przetopić. Wracał też z zamówieniami – miał zrobić końskie naczółki ze srebra, z Heraklesem[13]. Łatwizna, Heraklesa mógłby zrobić z zamkniętymi oczami – góra mięśni, gęsta broda, lwia skóra, i po robocie. Z kobietami szło mu gorzej, wychodziły mu jakieś takie kanciaste, z grubymi nogami i kwadratowymi szczękami.

Leochares oderwał wzrok od wioseł, podniósł głowę – spomiędzy mgieł wyłonił się Pantikapajon[14], jego nowy dom. Z daleka wyglądał trochę jak Ateny. Tak jak i tam, był mur obronny z żółtawego kamienia, czerwieniły się pokryte dachówką domy, nad miastem wznosiło się wzgórze – zwane przez miejscowych, z właściwym im brakiem wyobraźni, Górą – na którego szczycie stała świątynia. Z bliska jednak podobieństw było coraz mniej, a w oczy kłuły liczne różnice. Świątyni nie budowano tu z marmuru, lecz z lichego, porowatego wapienia, wyglądającego jak wysuszona słońcem gąbka; rzeźb w sanktuariach było niewiele, a te, które stały, w Atenach by wyśmiano; teatr był mały, pokazywano w nim albo zupełne gnioty, albo staromodne sztuki sprzed półwiecza; na ulicy język Scytów słychać było równie często jak grekę. Krótko mówiąc, koniec świata i zadupie.

– No i zaraz będziemy na miejscu – rzucił przewoźnik.

– Ano – odparł przez grzeczność Leochares; nie miał ochoty na rozmowę.

– I co tym razem kupiłeś małemu?

– Laleczkę z ruchomymi rękoma.

– Mój chłopak też takie lubi. A żonie?

– Naszyjnik.

– A z czego?

– Z takiego kamienia z północy, elektronu[15].

– Ooo, to bogato! Rozpieszczasz ją!

– Ano.

Przewoźnik zastanawiał się, jak by tu jeszcze pociągnąć rozmowę, ale nic mu nie przychodziło do głowy. Zresztą byli już blisko; chwilę później dobili do portu. Leochares zapłacił za przeprawę, wziął swoje manatki i wyszedł na nabrzeże. Na plaży walały się wszelkiego rodzaju śmiecie wyrzucone na brzeg przez wczorajszy sztorm. Były tu kawałki drewna, te jeszcze świeże, pokryte wciąż korą, jak i te wyblakłe i obłe, które kotłowały się w wodzie całymi latami, zanim morze wreszcie wypluło je na brzeg, jak stara, bezzębna kobieta, która w końcu wyjęła z ust smakowity, lecz twardy kęs, na próżno długo międlony językiem. Były też i meduzy, które topiły się w słońcu jak kawałki lodu, kępy wodorostów, skorupy garnków, a nawet sandał, skubany przez ciekawską rybitwę. Być może należał do kogoś, kto zginął wczoraj w nocy, pomyślał Leochares, wycierając stopy z piasku. Jak mawiał jego ojciec, niewielu marynarzy doczekuje siwizny. Morze Gościnne, pokręcił głową, co za głupia nazwa. Kiedyś wołali na nie Niegościnne, ale żeglarze narzekali, że to zły omen, proszenie się o nieszczęście, więc zaczęli nazywać je inaczej. Sztormów nie było przez to wcale mniej, a i tonięcie pewnie nie sprawiało przyjemności. No, ale tacy są już ludzie, lubią sobie oczy mydlić.

Było jeszcze wcześnie, miasto trwało w ciszy – do portu dopiero spływali rybacy z sieciami ciężkimi od długich na trzy stopy bieług, nad ich łodziami unosiły się chmary piskliwych mew, które zapach ryb doprowadzał do szaleństwa. Na ulicach widać było tylko kobiety, balansujące na głowach pękate, pełne wody dzbany. Po ulicach, śliskich po wczorajszym deszczu, szło się ciężko, Leochares musiał opierać się o ściany, przystawać. Ech, nie to zdrowie co kiedyś, pomyślał, poprawiając sakwę. Ale to i tak nic, dopiero będzie heca, jeśli znów przyjdzie ostra zima, tak jak w zeszłym roku, i wszystko zetnie lód.

Jeszcze parę miesięcy, pomyślał Leochares, i znów trzeba będzie wyciągnąć ze skrzyni spodnie, buty z dziczej skóry, podszyty bobrowym futrem kaftan i soboli kołpak… W swoją pierwszą zimę tutaj, pięć lat temu, mimo trzaskającego mrozu wychodził na dwór tylko w himationie[16], płaszczu i sandałach, jak cywilizowanemu człowiekowi przystoi. Skoro Sokrates[17] chwalił się, że za młodu chodził na bosaka po śniegu, powtarzał sobie, szczękając zębami, to ja mogę w zimie łazić w odkrytych butach. Któregoś razu jednak – po tym, jak ledwie wrócił do domu i pół wieczoru musiał siedzieć przy palenisku, żeby odzyskać czucie w zsiniałych stopach – poddał się, zrobił jak wszyscy i ubrał się na wzór miejscowych. Więcej już nie marzł, ale czuł się w tym stroju dziwnie, obco, nie lubił go nosić.

W Atenach zdarzały się przymrozki, czasem nawet prószył śnieg, ale inny niż tu, na dalekiej północy. Tam z nieba spadały ciężkie, lepkie strzępki, rozpuszczające się przy pierwszym zetknięciu z ziemią, a tu – ostre i suche igiełki, wciskające się pod płaszcz i kłujące skórę. Lód, który ścinał zimą Pantikapajon, nie miał nic wspólnego z tą cienką warstewką, która zbierała się czasem na ateńskich kałużach jak kożuch na grzejącym się mleku. Tu był to twardy jak skała kryształ – potrafił skuć studnie i rozsadzić mury. Kiedy nadchodziły mrozy, miasto było nie do poznania. Wszystko stawało się białe, okapy dachów szczerzyły się długimi soplami, hałdy śniegu zwężały ulice, zakrywały ławki, tarasowały drzwi. Ech, westchnął, byle do wiosny.

Wreszcie dotarł do domu. Był to mały, bielony budynek wetknięty pomiędzy warsztat wikliniarski a zbocze Góry. Po bocznej ścianie pięła się bujna winorośl. Pożytku z niej było niewiele, bo rodziła owoce małe i cierpkie, z których nawet przyzwoitego wina nie dało się upędzić. Nie przeszkadzało to jednak ptakom – wróblom, szpakom i kwiczołom – które co jesień obsiadały ich dom. Leochares bardzo to lubił. Ich trele budziły go rano, słyszał je z daleka, kiedy wracał do domu z agory[18], cichły po zmroku, kiedy przychodziła pora spać. Nie były to może piękne śpiewy, kwiczoł to jednak nie słowik, co tu dużo mówić, ale w tej kakofonii było tyle prostej radości z samego faktu istnienia i głodu życia, że przypadała mu ona do gustu bardziej niż utwory najlepszych kitarzystów. Co prawda ta ptaszarnia przy okazji obsrywała na biało całe podwórze, ale była to cena, którą był gotów zapłacić.

Leochares podszedł do drzwi – i zamarł; z wewnątrz dochodziły jakieś krzyki, trzask przewracanych mebli. Serce zabiło szybciej, zatętniło mu w skroniach; już miał sięgnąć po nóż, kiedy usłyszał śmiech. Uspokoił się, otworzył drzwi i wszedł do środka. Lamia siedziała na podłodze; była rozczochrana, szczerzyła zęby w groźnym grymasie i wydawała z siebie niskie pomruki. Lewą rękę, w której trzymała grzebień, schowała za plecami, prawą, oplecioną sznurkiem, machała przed twarzą. Wokół niej, ściskając oburącz świeżo ostrugany leszczynowy kijek, biegał Teodoros. Bogowie, jak on szybko rośnie!

– Mrrraur! – warknęła Lamia. – Nikt nie pokona straszliwej Chimery, a już na pewno nie taki chłystek jak ty, Bellerofoncie[19]! Żadna broń mnie się nie ima!

– Ale ja mam włócznię z łołowiem! – pisnął Teodoros, wymachując kijkiem, na którego końcu zatknięta była grudka gliny; oczy miał wielkie, roześmiane; był usmarkany z radości. – I roztopię ci ją w garłdrle!

– O nie, tylko nie łołów! – zawodziła niskim głosem Lamia, tłumiąc śmiech. – Bogowie, wszystko, ale nie łołów!

Teodoros zdzielił kijkiem grzebień – który miał pewnie udawać kozi łeb Chimery – i wskoczył na Lamię; chwilę potem kotłowali się po ziemi, łaskocząc się nawzajem i śmiejąc.

– Nie przeszkadzam? – zapytał Leochares, pukając w ścianę.

– Tata! – Chłopiec zerwał się na równe nogi i skoczył Leocharesowi w ramiona.

– Wręcz przeciwnie! – odezwała się Lamia, wstając. – Brakowało nam właśnie Pegaza.

– O tak, tato! Bądź moim Pegazem! Proszę!

– Synu… Miej litość, dopiero co wróciłem do domu, odsapnąłbym chwilkę…

– Tatooo, proszę!

– No, niech będzie. Ale tylko chwilę, dobrze?

Leochares złapał chłopca, posadził go sobie na ramionach i zaczął biegać po pokoju – na wpół zgarbiony, żeby mały nie zahaczył o zwisające z sufitu pęki suszonego dziurawca i lipowych gałązek. Lamia goniła ich, warcząc i robiąc groźne miny, a Teodoros zaśmiewał się do utraty tchu, do zakrztuszenia, tak jak potrafią tylko dzieci.

– No, starczy, Teo. Złaź. – Leochares sapnął, opierając się o skrzynię; zrobiło mu się sucho w ustach.

– Nie, tato, jeszcze! – krzyknął mały, szarpiąc go za rzadkie włosy.

– Już dość – powiedziała Lamia, poważniejąc. – Daj tacie odpocząć. No, idź pobawić się na podwórze, raz-raz. A ty siadaj, dam ci coś do zjedzenia. Afe przyniosła wczoraj piękne gruszki.

– Nie, jadłem przed wypłynięciem, chodź tu lepiej do mnie i powiedz, co słychać.

– Bo ja wiem… – Lamia usiadła koło niego na ławie. – Stary Smikron umarł dwa dni temu, pod wieczór, i okazało się, że wcale nie miał czterech talentów, tak jak wszyscy myśleli, tylko ledwie parę min. A Aristonike, wiesz, tę piegowatą córkę sąsiadów, wybrali do niesienia kosza w procesji[20], łazi teraz napuszona jak rozdymka.

– Miałem na myśli raczej, co się dzieje w świecie…

– No tak… – zaczęła niechętnie Lamia. – Jakiś kupiec mówił wczoraj na agorze, że Spartanie na Sfakterii się poddali[21].

– Niemożliwe! – Leochares zgarnął żonie włosy z czoła; jej skóra była cudownie ciepła i gładka. – Już ja znam tych sukinsynów, prędzej by się dali porąbać niż wziąć w niewolę.

– Ludzie tak właśnie mówili, ale kupiec zarzekał się na wszystkich bogów, że to prawda. Podobno aż trzystu ich wzięli.

– Trzystu? No, no… Jeśli to prawda… – Leochares wsunął Lamii rękę pod chiton[22]; położył ją wpierw na kolanie, a potem powoli, powolutku przesuwał wzdłuż uda, które pod jego dotykiem pokrywało się gęsią skórką – …to spartański lew zostanie bez zębów.

– Może już starczy tej polityki… – odpowiedziała szeptem Lamia, po czym złapała go za dłoń i szybkim, zdecydowanym ruchem pociągnęła ją wyżej. Leochares poczuł wilgoć i gorąco, które parzyło jego zgrabiałe jeszcze od porannego chłodu palce, czuł oddech Lamii na szyi, słyszał śmiech Teodorosa dochodzący z podwórza. I łomotanie do drzwi.

– Wiesz, kto to może być? – spytał, odwracając się w stronę wejścia.

– Nie…

– To pewnie ten włóczęga Abydos. Mówiłem, żeby mu nic nie dawać, bo będzie potem wracał. Przegonię go i pójdziemy na górę.

Leochares podszedł do drzwi, przyłożył oko do szczeliny między deskami. Przed domem stał mężczyzna owinięty w czerwony płaszcz, pod którym błyszczał brązowy napierśnik. Straż przyboczna Satyrosa[23]. Leochares westchnął ciężko i otworzył drzwi.

– Witaj! – powiedział żołnierz, prostując się. – Archont[24] wzywa na nadzwyczajne posiedzenie rady.

– Teraz nie mogę. – Leochares pokręcił głową. – Dopiero co wróciłem.

– Satyros powiedział, że masz przyjść natychmiast. To pilne.

– Natychmiast…

– Właśnie tak.

– No dobrze… – mruknął Leochares, odwracając się w stronę stojącej za uchylonymi drzwiami Lamii. Nie odezwała się, ale też żadne słowa nie były potrzebne; w jej oczach widział dobrze mu niestety znaną mieszaninę zrezygnowania i złości, nieme „…a przecież tyle razy prosiłam!”.

Strażnik skłonił się i ruszył w stronę portu.

– Postaram się wrócić jak najszybciej. – Leochares pochylił się, żeby ją pocałować. Odwróciła twarz, otarł tylko niezdarnie usta o jej policzek. No, pomyślał, zarzucając na plecy wilgotny wciąż płaszcz, lepiej, żeby to naprawdę było pilne. O co mogło chodzić? Ostatni raz rada zebrała się niedawno, tuż przed jego wyjazdem, i nic ważnego się nie działo – ot, była mowa o tym, że przed zimą trzeba naprawić wsporniki tarasów na zboczach Góry, o pośle z Teodozji[25], który przyjedzie omówić podział kosztów rozbudowy drogi łączącej to miasto z portami Bosporu, o nowym podatku… Wszystkie te sprawy załatwili w jedno popołudnie.

Lamia nie lubiła jego wizyt w domu archonta. Kiedy szedł tam po raz pierwszy, parę lat temu, wpadła w szał. Nie po to uciekali z Aten, krzyczała mu w twarz przez łzy, żeby znów się ładować w politykę, w te wszystkie układy i przekręty. Próbował ją wtedy uspokoić, przyciągnąć do piersi i przytulić – odepchnęła jego ręce ze złością, wręcz z obrzydzeniem; bolesne wspomnienie. Kiedy zaszłam w ciążę, wrzasnęła, obiecałeś, że będziemy żyć jak normalni ludzie, a teraz znów zacznie się znikanie po nocy, znów będziesz nadstawiał głowę za cudze interesy, a ja będę prała zakrwawione ubrania, które bez słowa wytłumaczenia będziesz mi kładł przy balii; o nie!

Musiał ją długo przekonywać, że tym razem to co innego, że złotnicy wybrali go na swojego przedstawiciela, że jedyne, co będzie robić, to przyjmować od archonta zlecenia na podarki dla barbarzyńskich książąt, i tyle. Co to ma wspólnego z polityką, jakie w tym niebezpieczeństwo? Za to można zarobić dodatkowy grosz, a przecież on nie będzie wiecznie pracować, z roku na rok pogarsza mu się wzrok. Krewnych tu nie mają, a i sądu, w którym można by dorobić na starość, nie ma; trzeba coś odłożyć. Lamia długo nic nie mówiła, karmiła piersią kwilącego Teodorosa, rozmazany makijaż spływał czarnymi strużkami po policzkach. W końcu machnęła ręką i nie patrząc na niego, poszła do sypialni. Leochares postanowił potraktować to jako aprobatę.

Oczywiście, miała rację, pomyślał Leochares kwaśno, obchodząc grupkę pijanych marynarzy. Kiedyś, gdy wezwano go przed oblicze archonta, towarzyszył mu pewien Platejczyk[26], Skopas, z którym Leochares załatwiał niegdyś różne sprawy z polecenia Peryklesa[27]; przybył do Pantikapajonu z jakimś poselstwem. Skopas oczywiście rozpoznał Leocharesa i wylewnie się z nim przywitał, po czym pogratulował Satyrosowi przejęcia takiego, jak to ujął, przydatnego człowieka. Zdziwiony archont zaczął się dopytywać, na czym ta przydatność polega, a Skopas, najwyraźniej nie zrozumiawszy błagalnej miny Leocharesa, zrelacjonował jego osiągnięcia, znacznie je wyolbrzymiając: jak to sam jeden odnalazł spartańskiego szpiega, udaremnił zamach na Peryklesa, gołymi rękoma zatłukł nasłanego nań zabójcę. Po tych opowieściach Satyros zaprosił go do udziału w posiedzeniach rady w charakterze specjalnego doradcy i, jak Leochares wyczuł w pozornie uprzejmych słowach archonta, była to propozycja, której odrzucić nie mógł.

Nie lubił Satyrosa. Archont władał Pantikapajonem żelazną ręką, nie znosił sprzeciwu; jego przeciwnikom zdarzało się ginąć bez śladu. Nic dziwnego, pomyślał Leochares, przeciskając się między straganami, czego można się spodziewać po pół-Traku[28], na którego wytatuowanych rękach nie obeschła jeszcze krew. Przewrót, który wyniósł do władzy Spartokosa[29], ojca Satyrosa, miał miejsce prawie dziesięć lat przed jego przyjazdem, ale ludzie nadal opowiadali o nim historie, od których włos się jeżył.

Całe szczęście Satyros rzadko korzystał z jego pomocy – ot, kazał Leocharesowi mówić, co zasłyszał w trakcie wyjazdów handlowych, kogo widział w otoczeniu barbarzyńskich wodzów i książąt, którym sprzedawał biżuterię, co się dzieje w Nimfajonie[30], gdzie stacjonował ateński garnizon i gdzie miał trochę znajomych. Na zebraniach rady pytał go też czasem o zdanie, ale sam z siebie Leochares się nie odzywał.

Kiedy Lamia dowiedziała się, że Leochares jest na usługach archonta, nie odzywała się do niego tygodniami, zamykała się przed nim w swoim pokoju, a prezenty, które kupował, żeby ją udobruchać, wyrzucała za okno. Na nic się zdały tłumaczenia, że stało się to bez jego woli, że został zmuszony. Przeszło jej dopiero, gdy mały Teodoros zachorował – chłopiec był umierający, właściwie trzeba było już szukać amfory[31], w której można by go pogrzebać. Razem czuwali przy kołysce, na zmianę chodzili składać ofiary w świątyni Apolla Lekarza[32]; powód ich kłótni wydał się nagle zupełnie błahy. Kiedy chłopiec cudem wyzdrowiał, już do tego nie wracali. Ale i teraz, lata później, Lamii tężała mina, gdy mąż wychodził do archonta, a kiedy rada zbierała się wieczorem, nie zasypiała, dopóki nie wrócił.

Leochares wyszedł na stromą, wijącą się drogę, która prowadziła na szczyt Góry. Miasto zaczynało się zapełniać – minął kulawego Demodona, który krążył już pomiędzy domami, skupując stare ubrania i zardzewiałe narzędzia, chłopa niosącego wiklinową klatkę pełną rozgdakanych kur, wytatuowanego barbarzyńcę, który ciągnął za sobą trzech mężczyzn skutych łańcuchami. Ich nagie plecy poprzecinane były krwawymi, ropiejącymi pręgami, śmierdzieli skwaśniałym potem. Kolejni niewolnicy. Dwaj byli starzy, trzeci miał krzywo zrośniętą rękę. Dobrej ceny się za nich nie dostanie, pomyślał Leochares, marszcząc nos, nadadzą się tylko do kopalni albo kamieniołomu, tam jest duży przemiał i zawsze brakuje rąk do pracy, choćby i niedołężnych…

Sam też powinienem kupić kogoś do pomocy do warsztatu, pomyślał. Jakiegoś młodego chłopca, który ma jeszcze chłonny umysł i dobry wzrok. On sam już ledwo radził sobie z dekorowaniem kolczyków albo maleńkich złotych blaszek, w których Scytowie tak się lubowali. Leochares chodził więc na agorę, przebierał wśród wystawionych na sprzedaż ludzi, sprawdzał, czy zęby trzymają im się mocno, przyglądał się palcom, czy nie są pokaleczone, ale nie mógł się zdecydować, zawsze mu coś nie pasowało. A to chłopak za słabo mówił po grecku, inny zdawał się zbyt krnąbrny, trzeci z kolei był zbyt drogi. Miał ten warsztat otwierać z Demoklesem, ale dopadła go ateńska zaraza[33]…

W połowie drogi wpadł na Timajosa, który również udawał się na zebranie rady. Leochares uśmiechnął się i skinął mu głową, ale nie zaczynał rozmowy – widać było, że Timajos z trudem łapie oddech i ledwo idzie, szurając sandałami. W zeszłym roku miał wypadek – zleciał z konia na polowaniu i pogruchotał sobie żebra – i jeszcze nie doszedł do siebie. Jego rzadkie, ciemne włosy lepiły się do mokrego od potu czoła; zapadnięte policzki, zarośnięte nierówno przystrzyżoną brodą, nadymały się rytmicznie, jak u ropuchy, kiedy sapał, stawiając powoli kroki. Timajos był cichy, trzymał się na uboczu, ale Leochares darzył go pewną sympatią, zapewne dlatego, że też pochodził z Aten. Przeniósł się do Pantikapajonu ładnych kilka lat temu – jak sam mówił, musiał uciekać, bo pozwano go do sądu za wykarczowanie świętego drzewa oliwnego. Timajos utrzymywał, że na jego ziemi żadnego drzewa poświęconego Atenie[34] nigdy nie było, że oskarżenie sfabrykował sąsiad, któremu odmówił ręki córki. Ale jako że nie był człowiekiem lubianym, nikt nie chciał zeznawać na jego korzyść, wręcz przeciwnie, pojawili się nawet ludzie, którym nagle przypomniało się, że święty pniak stał tam od pokoleń. Groziła mu ogromna kara pieniężna, a może i śmierć – zabrał więc całe srebro, jakie miał, i załadował się na pierwszy lepszy statek, który akurat płynął na Morze Gościnne; nad jego brzegami o przeszłość nikt nie pytał. Szybko się tu odnalazł, zaczął handlować zbożem i trzodą i w ciągu kilku lat wielokrotnie pomnożył majątek. Udzielał się publicznie, z własnej woli łożył mnóstwo pieniędzy na tutejszy teatr. W końcu jego talent organizacyjny i żywy umysł dotrzegł sam archont i zaprosił go do swej rady; Timajos z uciekiniera stał się jednym z najbardziej wpływowych ludzi Bosporu.

Dotarli wreszcie na szczyt wzgórza i przystanęli, żeby uspokoić oddech. Letni wiatr chłodził spoconą skórę i niósł rześki zapach morza. Leochares spojrzał na wschód, w stronę ledwie widocznych wysp tworzących azjatycką część Bosporu[35], gdzie był jeszcze wczoraj; na miasto u podnóża Góry, na cmentarz rozciągający się na zachodnim zboczu, jeżący się setkami nagrobków. Ruszyli wreszcie w stronę domu archonta; strażnicy przepuścili ich bez słowa. Przeszli wąskim korytarzem w stronę dziedzińca, stamtąd do sali, w której zbierała się rada. Byli już wszyscy: Molpas, dawny najemnik, stary mruk o kanciastej twarzy przeciętej grubą blizną, Krateros, skryba i sekretarz, jak zawsze zgarbiony, w szarym przetartym himationie, Charnaks, dowódca scytyjskich najemników, w kaftanie obszytym złotymi blaszkami i purpurowej filcowej czapie, i oczywiście sam archont, Satyros – postawny rudowłosy mężczyzna o zimnych, nieprzyjaznych oczach.

– No, jesteśmy w komplecie. – Satyros odpowiedział lekkim skinieniem głowy na ukłon Leocharesa. – Siadajcie.

– Czemu nas wezwałeś? – zapytał Charnaks, sięgając do półmiska z suszonymi figami. Wziął pełną garść, zostawiając tylko kilka owoców.

– W sprawie posła z Teodozji.

– Chodzi o tę drogę? – odezwał się Timajos. – Przyjął w końcu nasze warunki?

– Nie wiem. Nie żyje.

Zapadła cisza, zebrani mężczyźni spojrzeli po sobie. Charnaks odłożył na wpół zjedzoną figę i przetarł usta wierzchem dłoni, Timajos chciał coś powiedzieć, ale rozkasłał się tylko. Krateros podniósł rękę do twarzy i zaczął bezwiednie skubać nos; zawsze tak robił, kiedy był zdenerwowany.

– Ależ jak to? Nie żyje? – wyjąkał wreszcie Molpas. – Archoncie, przecież jeszcze wczoraj…

– Nie żyje – przerwał Satyros, nie podnosząc głosu. – Ktoś oderżnął mu głowę.

– Że jak?

– Głowę – powtórzył wolno archont. – Urżnięto mu głowę.

Znów zrobiło się cicho; słychać było tylko bębnienie palców archonta o oparcie krzesła.

– Jak to się stało? – zapytał wreszcie Leochares.

– Tuż po wschodzie słońca służba zaczęła robić śniadanie – zaczął Satyros; jego głos był płaski, pozbawiony intonacji. Mówił krótkimi zdaniami, bez pośpiechu, dokładnie wymawiając każde słowo. – Kuchta przygotowywał kykeon[36], kroił ser. Zauważył, że stół jest upstrzony czerwonymi plamami. Pomyślał, że któryś z niewolników oprawiał mięso i nie posprzątał po sobie albo może on sam się zaciął i nie zauważył. Ale palce miał całe. Wtedy spojrzał na sufit. Spomiędzy desek skapywała krew. Podniósł wrzask, wtedy się obudziłem. Strażnicy sprawdzili, ciekło z pokoju dla gości. Poseł leżał w łóżku. Bez głowy.

Leochares poczuł, jak coś kłuje go w piersi. Skulił się w sobie, najchętniej wtopiłby się w ścianę i zniknął archontowi z oczu. Tylko mnie w to nie mieszajcie, pomyślał, dajcie mi wszyscy spokój…

– Złapaliście kogoś? – spytał Charnaks.

– Nie. Ale złapiemy. Do rzeczy. Wezwałem was, bo w Teodozji nie uwierzą, że to wypadek. Może być, że wyjdzie z tego wojna.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.