Morderstwo w Miłowie - Alicja Minicka - ebook
Wydawca: Oficynka Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Morderstwo w Miłowie - Alicja Minicka

Perfidne morderstwo w stylowej oprawie

Mamy rok 1928. Do Miłowa koło Poznania przyjeżdża młoda malarka Samanta Greenwood. Jest oczarowana domem państwa Górskich i ich gościnnością. Szybko okazuje się jednak, że za pozorami spokoju i harmonii nowo poznanej rodziny kłębią się mroczne namiętności. Kiedy zostaje zamordowany pan domu, Samanta musi pogodzić się z faktem, że ktoś w jej otoczeniu może być mordercą. Decyduje się więc pomóc komisarzowi Łukaszowi Darskiemu w jego śledztwie.

Alicja Minicka – z wykształcenia ekonomistka, z zamiłowania kryminalistka. Na co dzień zajmuje się publicystyką. Jest autorką powieści Colette oraz Genewska zagadka, lubi też pisać opowiadania. Najchętniej sięga po klasyczny kryminał, co znajduje odzwierciedlenie w jej prozie.

Opinie o ebooku Morderstwo w Miłowie - Alicja Minicka

Fragment ebooka Morderstwo w Miłowie - Alicja Minicka






Karta tytułowa

Alicja Minicka

Morderstwo w Miłowie

Wydawnictwo Oficynka


CZĘŚĆ PIERWSZA


ROZDZIAŁ 1

Samanta Greenwood energicznym krokiem przemierzała hol poznańskiego dworca. W słonecznych promieniach docierających z wysoko położonych okien wirował kurz.

Dziewczyna zatrzymała się. Idący za nią bagażowy, chudy i piegowaty młodzieniec, wykazał się niebywałym refleksem, w ostatniej chwili unikając zderzenia. Usiłowała sobie przypomnieć, gdzie ma książkę dla Janusza, album ze zdjęciami projektów Franka Wrighta. Po chwili stuknęła się lekko w czoło. Miała go przecież w małym neseserku. Janusz Maleta, na spotkanie z którym właśnie zmierzała, prowadził w Poznaniu kancelarię adwokacką. Prywatnie jednak pasjonował się malarstwem i architekturą.

Uśmiechnęła się na wspomnienie sympatycznej starszej pani, z którą przegadała całą drogę od granicy i która, dowiedziawszy się, że rozmówczyni mieszka na stałe w Anglii, co jakiś czas wyrażała zdumienie z powodu jej nienagannej polszczyzny.

Odetchnęła głęboko, gdy tylko wyszła z podcieni na zalany słońcem plac. Rozpięła lekki płaszczyk, odsłaniając prostą, jasnożółtą sukienkę do kolan. Zgodnie z obowiązującą modą miała obniżoną talię i ukośnie ścięty dół.

Janusza zobaczyła już z daleka. Wysoki, dobrze zbudowany blondyn, w jasnym ubraniu i gołą głową. Kapelusz, ulubioną fedorę, odłożył na maskę czarnego forda z opuszczonym dachem. Stał, oparty o samochód zaparkowany w cieniu rozłożystego klonu, i palił papierosa. Pomachała mu i ruszyła żwawo w jego kierunku. Gdy się przywitali, sięgnęła do neseserka i wyjęła książkę. Janusz zapłacił bagażowemu, który skończył układać jej walizki na tylnym siedzeniu samochodu.

— Zobacz, co ci przywiozłam. — Z zadowoleniem obserwowała jego zaskoczenie i radość, gdy spojrzał na okładkę.

— Jesteś moją najlepszą siostrzenicą — oznajmił, biorąc od niej neseser. Położył go obok innych bagaży z tyłu samochodu i otworzył przed nią drzwi.

— Pewnie dlatego, że jedyną — mruknęła, sadowiąc się na obitym skórą siedzeniu.

Ruszyli. Janusz skręcił w prawo, kierując się na północ. Jechali dosyć wolno, czekając, aż nadjeżdżający tramwaj ich minie. Koń zaprzęgnięty do znajdującej się przed nimi dorożki szedł stępa. Janusz łukiem ominął dorożkę i wcisnął pedał gazu. Mały kasztan zastrzygł nerwowo uszami, gdy przejeżdżali obok niego.

— Dokąd jedziemy? Mówiłeś przez telefon, że zamieszkamy na uroczej polskiej wsi. — Spojrzała na niego z zaciekawieniem.

— Z tą wsią trochę przesadziłem. Spędzimy nieco czasu w domu mojego przyjaciela Andrzeja Górskiego. To genialny architekt. Pisze książkę i bierze udział w przygotowaniach do Wystawy. Pamiętasz, opowiadałem ci o niej, gdy ostatnio u was byłem? — Skinęła głową, a Janusz kontynuował: — Górscy mieszkają w Miłowie, jakieś dziesięć kilometrów za Poznaniem. Mają wspaniały dom i ogród, które Andrzej sam zaprojektował. Będziesz mogła tam malować.

Sam studiowała malarstwo.

— Od początku wakacji tylko włóczę się po Europie i nie pamiętam, kiedy trzymałam w ręku pędzel — rzekła z westchnieniem. — Ojciec ma stanowczo zbyt wielu krewnych i wszyscy uparli się, bym ich odwiedziła.

Umilkła i się rozejrzała. Właśnie wyjeżdżali z miasta. Minąwszy ostatnie domki z ogródkami, wjechali na drogę obsadzoną wierzbami. Po obu stronach w jasnej pszenicy żywymi kolorami błyskały maki i bławatki. Droga była bardzo sucha. Janusz nie jechał więc zbyt szybko, by nie wzniecać tumanów kurzu. Lekki wiatr niósł od strony rozkołysanych kłosów świeży i słodkawy zapach. Widniejący na horyzoncie ciemny pas lasu odcinał się wyraźnie na tle pszenicznego pola i bezchmurnego nieba.

— Jak tu spokojnie — westchnęła.

— Na razie jest przyjemnie, dopiero dziewiąta — rzekł Janusz. — Zdążymy przed upałem na śniadanie.

— Opowiedz mi coś o tych ludziach.

— To rodzina bardzo doświadczona przez los — rzekł, patrząc przed siebie zmrużonymi oczyma. Lewą rękę trzymał na kierownicy, w prawej miał papierosa. Spojrzał na Sam i zaciągnąwszy się, wyrzucił go. — Andrzej owdowiał kilkanaście lat temu. Z pierwszego małżeństwa ma dorosłego już syna. Jerzy przebywa obecnie za granicą. Studiuje medycynę w Wiedniu. Druga żona Andrzeja, Teresa, jest od niego dużo młodsza. Pobrali się dziewięć lat temu, a trzy lata później zmarł ich syn, Krzyś.

— Co się stało? — spytała Sam cicho.

— Dokładnie nie wiem, nie było mnie wtedy w Polsce. Chyba zapalenie płuc. Teresa długo nie mogła dojść do siebie. Ich drugi syn Antoś ma dwa lata.

— Mówiłeś, że twój przyjaciel sam projektował dom. Nie mogę się doczekać, by go zobaczyć — wyznała dziewczyna po chwili milczenia.

— Na pewno ci się spodoba. Jest wyjątkowy. Zresztą, niedługo dotrzemy na miejsce. — Wskazał ręką. — Za tymi drzewami będzie już widoczny.

Gdy skręcali w prawo, niecierpliwie wyciągała szyję. Dom był od nich oddalony o kilkaset metrów. Zdołała tylko dostrzec białe ściany dwukondygnacyjnego, okazałego budynku, częściowo zasłonięte przez drzewa. Ciemny dach okazał się grafitowy.

Z polnej drogi wjechali na szerszą, brukowaną. Najwyższym elementem, jaki można było z niej dostrzec, był doskonale widoczny krzyż na kościelnej wieży. W parę sekund pokonali krótki, ale szeroki żwirowany odcinek, prowadzący do otwartej bramy. Zanim ją minęli, mogła już dojrzeć duży balkon na piętrze i niżej podwójne drzwi między kolumnami. Wysokie krzewy, rosnące przy kutym płocie, zasłaniały resztę parteru.

Pojazd z chrzęstem wtoczył się na podjazd. Stały tam dwa auta.

— Są inni goście? — spytała Sam półgłosem.

Janusz się uśmiechnął.

— Górscy mają trzy samochody — wyjaśnił.

Schody prowadziły na szeroką werandę, rozciągniętą wzdłuż całej frontowej ściany. Sam spostrzegła, że w rzeczywistości fasada jest barwy jasnokremowej, przełamanej chłodną bielą. Podpierające balkon kolumny przydawały całej konstrukcji lekkości. Na werandzie stały trzy osoby. Pięćdziesięcioletni mężczyzna z gęstymi szpakowatymi włosami i młoda, szczupła kobieta w błękitnej zwiewnej sukni. Obydwoje się uśmiechali. Mały, drobny chłopczyk z jasnymi loczkami kurczowo trzymał rękę matki. Zaokrąglone z przejęcia oczy wyrażały zaciekawienie pomieszane z onieśmieleniem.

Znalazłszy się na werandzie, Janusz pocałował Teresę w policzek i w rękę, uścisnął dłoń Andrzeja, po czym objął Sam ramieniem i powiedział:

— Kochani, chciałbym wam przedstawić moją siostrzenicę, pannę Samantę Greenwood.

— Będzie nam miło cię gościć. Mam nadzieję, Samanto, że nie będziesz się u nas nudziła — zwrócił się do niej Górski..

— Na pewno nie — zapewniła, lekko zmieszana spojrzeniem jego przenikliwych szarych oczu. — Dziękuję za zaproszenie.

— Andrzeju, jesteśmy niegościnni — upomniała Teresa łagodnie. — Oni na pewno są zmęczeni po podróży.

Wysokie podwójne drzwi ze wstawkami z przydymionego szkła otworzyły się i stanęła w nich pokojówka ubrana w granatową sukienkę i śnieżnobiały nakrochmalony fartuszek. Za jej plecami ukazał się barczysty czterdziestoletni mężczyzna w uniformie.

Andrzej zwrócił się do Janusza:

— Teresa ma rację. Zosia zaprowadzi was do waszych pokojów. Grzegorz zajmie się bagażami. Gdy będziecie gotowi, przyjdźcie na śniadanie. Przy takiej pogodzie jemy na werandzie. — Wskazał na duży okrągły stół przykryty obrusem i wiklinowe krzesła z poduszkami. Stół nie był jeszcze nakryty, ale na jego środku pysznił się kryształowy wazon z różami i duża patera pełna owoców.

Po przekroczeniu progu Sam stanęła jak wryta. Nigdy nie widziała podobnego wnętrza w prywatnym domu. Stała pośrodku pomieszczenia, z zadartą do góry głową i — oniemiała — patrzyła na przeszkloną kopułę zamykającą otwartą przestrzeń parteru i pierwszego piętra. Zachwycona przyglądała się symetrycznie usytuowanym schodom, które łagodnym łukiem pięły się na pierwsze piętro po obu stronach holu. Ciepły jasnobrzoskwiniowy odcień ścian i schodów wspaniale kontrastował z ciemnobrązowymi poręczami i obramowaniami drzwi i okien.

— Chodź — ponaglił ją Janusz, wstępując na schody. — Później zobaczysz cały dom.

Weszła w ślad za pokojówką do pokoju znajdującego się najbliżej narożnika, graniczącego z tylną ścianą. Rzuciła tylko szybkie spojrzenie w kierunku balkonu widocznego zza szerokich przeszklonych drzwi na tylnej ścianie górnego holu. Najwyraźniej architekt był zwolennikiem symetrii, bo bliźniaczy balkon znajdował się na ścianie frontowej.

Pokój, który jej wyznaczono, nie był duży, ale przestronny i gustownie urządzony. Uchylone drzwi po prawej stronie prowadziły do łazienki, wyłożonej jasnoniebieskimi płytkami. Łóżko z pomalowanego na biało drewna przykryto błękitną kapą. Abażur lampki na nocnym stoliku i zasłony w oknach również były w tym kolorze, podobnie jak dywanik na podłodze. Na toaletce królował wazon z białymi liliami.

— Czy życzy sobie panienka wziąć kąpiel? — spytała Zosia.

— O tak! Z przyjemnością — odparła, a widząc, że pokojówka kieruje się do łazienki, powiedziała szybko: — Dziękuję, poradzę sobie.

— Czy rozpakować rzeczy panienki?

— Nie, nie trzeba.

Zosia dygnęła i wyszła. Sam odkręciła wodę nad wanną i wróciwszy do pokoju, wyjęła rzeczy z obu walizek. Położyła je na łóżku i przez chwilę zastanawiała się nad ubiorem. Zdecydowała się na ciemnozieloną sukienkę, bo wydawała się jej najmniej zgnieciona.

Z westchnieniem ulgi weszła do wanny. Nie przejmowała się, że jej kasztanowe, ścięte do linii brody włosy są częściowo zanurzone w wodzie. Były naturalnie sfalowane i Sam nie musiała ich układać.

Po piętnastu minutach wyszła na korytarz i zapukała do drzwi Janusza. Pokój jej wuja urządzony był podobnie, ale w tonacji beżowo-brązowej. Janusz stał przed lustrem wiszącym nad komodą.

— Gotowy? Jestem głodna jak wilk — oznajmiła od progu.

Gdy schodzili w dół, Janusz powiedział:

— W holu jest tylko boczne oświetlenie. Zobaczysz wieczorem, jakie to daje efekty.

Górscy siedzieli przy nakrytym stole na werandzie. Andrzej wstał na ich widok i poczekał, aż zajmą miejsce. Teresa trzymała na kolanach Antosia. Chłopczyk ponownie przyglądał się im oczyma okrągłymi jak guziki i z otwartą buzią. Sam, która uwielbiała małe dzieci, uśmiechnęła się do niego. Zawstydzony, schował twarzyczkę na ramieniu matki.

— Jest nieśmiały — wyjaśniła Teresa.

Zosia i jeszcze jedna pokojówka stały przy stole z dzbankami w rękach. Sam poprosiła o kawę i z apetytem pałaszowała szynkę. Jednocześnie miała możliwość przyjrzeć się bliżej gospodarzom. Andrzej mimo wieku był szczupły i energiczny. Gdy się uśmiechał, w kącikach oczu pojawiała się cała sieć zmarszczek. Teresa zaś wyglądała na niewiele starszą od Sam. Jasne długie włosy, ułożone w misterne fale, były z boku upięte klamrą, ozdobioną małym akwamarynem w kolorze zbliżonym do barwy sukni. Wokół niej unosił się lekki i kuszący zapach perfum. Twarzą przypominała Madonnę z obrazu Rafaela, który Sam widziała w Rzymie. Wysublimowana uroda i łagodne spojrzenie niebieskich oczu przyciągały uwagę i sprawiały wrażenie, jak gdyby ich właścicielka była nieobecna duchem. Powieki miała lekko przyciemnione, a policzki muśnięte różem. Delikatne jak u dziecka usta umalowała jasną pomadką. Sam pomyślała, że najmodniejszy kolor ciemnej szminki, nazywany Paryską Różą, absolutnie by do tej uduchowionej twarzy nie pasował.

Teresa zauważyła jej zainteresowanie i uśmiechnęła się nieznacznie. Miękkimi ustami dotknęła włosów dziecka. Chłopczyk wygiął się i odchylając głowę mocno do tyłu, spojrzał na matkę. Kobieta miała jasną karnację, a jej cera wydawała się wyjątkowo świeża i zdrowa w zestawieniu z bladością Antosia. Sam pomyślała z niepokojem, że może dziecko choruje… Ścisnęło jej się serce, gdy przypomniała sobie, przez co ta kobieta przeszła.

Janusz wdał się z Andrzejem w pogawędkę. Rozmawiali przyciszonymi głosami. Teresa milczała i z łagodnym uśmiechem patrzyła na główkę synka.

Ponieważ obie panie siedziały zwrócone twarzami w stronę ogrodu, Sam mogła teraz dokładniej przyjrzeć się jego frontowej części. Na prawo skrzące się w słońcu spokojne lustro sporej sadzawki nieodparcie przyciągało wzrok. Brzeg okalał żółto-zielony pas kaczeńców i kosaćców. Nieco dalej w kilku kępach rosły pałki i tatarak. Za stawem ciągnęła się duża skarpa ozdobiona czerwonymi liliowcami, malowniczo odcinającymi się od białych kwiatów wiązówki. Zewnętrznego, od strony domu, brzegu stawu strzegła rozłożysta wierzba. Wiotkie gałęzie dotykały wody. Były zbyt lekkie, by się zanurzyć, i ich końcówki lekko falowały na powierzchni. Koło stawu stała dwuosobowa huśtawka i trzy drewniane ławeczki,

Lewa strona ogrodu była nieco mniej urozmaicona. Dominował duży, wypielęgnowany trawnik, odgrodzony od reszty ogrodu szpalerem jałowców. Najpiękniejszym jego elementem był klomb otaczający niewielką fontannę. W centralnej części trawnika znajdował się okrągły placyk, wyłożony szaroniebieskimi płytkami.

— To krąg taneczny — wyjaśniła Teresa, zauważywszy, że Sam patrzy w tym kierunku.— Latem urządzamy tu przyjęcia ogrodowe. Dlatego trawnik jest tak duży.

Za jałowcami można było dojrzeć kort tenisowy.

— Nigdy nie widziałam takiego domu — rzekła Sam. — Jest cudowny!

— To zasługa Andrzeja — odezwał się Janusz. — Prawdziwy z niego wizjoner.

— Nie przesadzaj — uśmiechnął się Górski. — Po prostu lubię przestrzeń i światło. — Zwrócił się do żony. — Moja droga, może oprowadziłabyś Samantę? A my z Januszem pogadamy sobie przy cygarach.

— Zosiu, bądź tak dobra i zajmij się Antosiem — Teresa podała pokojówce dziecko. — Chętnie pokażę Samancie dom, jak tylko skończy śniadanie.

— Już skończyłam. Możemy iść — dziewczyna nie mogła się doczekać.

Gdy się oddaliły i stół sprzątnięto, Janusz zagadnął:

— Już dawno nie widziałem Jerzego. Nadal jest w Wiedniu?

— Nadal. Ale lada dzień przyjedzie na wakacje. Mówił, że ma wykłady u samego Landsteinera. — Górski wypuścił dymne kółko i w zamyśleniu utkwił wzrok w niewidocznym punkcie przed sobą.

— Teresa wygląda wspaniale — zauważył Janusz, chcąc przerwać niezręczną ciszę. Wiedział, że Andrzeja martwią nie najlepsze relacje między nią a Jerzym. — A kiedy wraca pani Helena? — spytał.

— Chyba za parę dni — wyjaśnił Andrzej i dodał: — Trochę się niepokoję o Teresę. Od ponad tygodnia prawie cały czas sama zajmuje się Antosiem. Przedwczoraj mały trochę kaszlał, ale mu przeszło. Jest tylko trochę blady. Mój teść badał go wczoraj. Dobrze, że nakłoniłem Teresę do przyjęcia opiekunki, gdy urodził się Antoś. Pamiętam, jaka była zmęczona opieką nad Krzysiem…

— Moja siostrzenica jest zachwycona waszym domem — rzekł Janusz, chcąc odwrócić jego uwagę od tragicznych wspomnień. — Co o niej sądzisz?

— Piękna dziewczyna — powiedział Andrzej. — Kasztanowe włosy, żywa cera i szarozielone oczy. Wspaniałe zestawienie.

— Urodę odziedziczyła po babci Greenwood. — Janusz się uśmiechnął, zadowolony, że udało mu się zmienić temat. — A babcia była rodowitą Irlandką. Czy Jerzy wybrał już specjalizację? — spytał.

— Tak i to mnie martwi. — Widząc zdziwienie w oczach przyjaciela Andrzej wyjaśnił: — Chce studiować patologię. Posprzeczaliśmy się o to, gdy przyjechał na Wielkanoc. Ale i tak wiem, że zrobi, co postanowił.

— To w końcu twój syn, jest do ciebie podobny. Jeszcze będziesz z niego dumny — rzekł Janusz krzepiącym tonem.


ROZDZIAŁ 2

— Hol już widziałaś — powiedziała Teresa, gdy tyko przekroczyły próg. — Na piętrze są nasze sypialnie i pokoje gościnne. To — wskazała na wprost — to od lewej: biblioteka, gabinet Andrzeja i łazienka. Z biblioteki możesz korzystać do woli, ma wyjście na taras. Po prawej jest jadalnia i kuchnia. Jadalnię zobaczysz przy obiedzie. Teraz pokażę ci salon.

Między drzwiami do pomieszczeń, o których mówiła Teresa, wisiały olbrzymie sześciokątne lustra bez ram. Pod każdym stał zgrabny stolik wykonany z drewna w tym samym kolorze co poręcze schodów. Dzięki lustrom hol sprawiał wrażenie jeszcze większego. Rozsuwane drzwi na lewej ścianie prowadziły do klasycznie urządzonego olbrzymiego salonu z solidnymi mahoniowymi meblami i ciemnobrązową tapicerką. Parkiet przykryto wspaniałym dywanem w misterne wzory w wiśniowo-brązowej tonacji. Z dwóch olbrzymich okien z wykuszami po obu stronach murowanego kominka roztaczał się widok na ogród z tyłu domu. Przeszklone drzwi prowadziły na wyłożony szaroniebieskimi płytkami taras. W wykuszach umieszczono tapicerowane siedziska pełne poduszek w ciepłych odcieniach ciemnej żółci i oranżu.

Na szerokiej półce nad paleniskiem kominka uwagę przykuwał kulisty, kryształowy wazon pełen białych kalii. Po jego obu stronach stały fotografie. Zaciekawiona Sam podeszła bliżej. Na jednej z nich od razu rozpoznała okrągłe zdziwione oczy i jasne loczki Antosia. Portret drugiego chłopczyka miał czarną ramkę. Antosia i jego zmarłego braciszka różnił kolor włosów. Krzysia były dużo ciemniejsze.

Niepewnie spojrzała na Teresę, która patrzyła na fotografie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

— Czy mogłaby pani pokazać mi ogród z tyłu domu?

Teresa nie odpowiedziała. Sprawiała wrażenie, jakby nie dotarły do niej te słowa.

— Janusz ci powiedział o Krzysiu? — spytała, nie odrywając wzroku od fotografii.

— Tak. — Z mocno bijącym sercem oczekiwała, że Teresa zacznie opowiadać o zmarłym synku, ale ona niespodziewanie rzekła:

— Nie musisz mi mówić „pani” . A ogród chętnie ci zaraz pokażę.

Rozsunęła drzwi i przeszła dalej. Z niejasnym poczuciem winy Sam podążyła za nią. Stanęły na tarasie. Od wielkiego basenu o owalnym kształcie dzielił je pas wypielęgnowanego trawnika. Za basenem na tle czerwonolistnych klonów starannie przystrzyżony bukszpan sąsiadował z różowo-białymi japońskimi azaliami. Okazałe kuliste korony orzechów włoskich zasłaniały dalszą część ogrodu, tak że trudno było ocenić jego wielkość.

— Jak tu pięknie! — Sam podeszła bliżej basenu. Miała wielką ochotę pobiec po kostium kąpielowy. Jednak obecność Teresy sprawiała, że nie czuła się zbyt swobodnie. Podświadomie ganiła się za zainteresowanie zdjęciami stojącymi na kominku. Wiedziała, jakie wspomnienia przywoływała oprawiona w czarną ramkę fotografia. Pytanie o basen byłoby w tej sytuacji grubiaństwem.

Teresa wskazała na stolik i krzesła na tarasie osłonięte parasolem.

— Może usiądziemy — zaproponowała. — Chciałabym cię bliżej poznać, Samanto.

Dziewczyna zawróciła w jej kierunku.

— Mów mi po prostu Sam — rzekła, sadowiąc się wygodnie. Teresa ze stojącego na stole dzbanka nalała do szklanek lemoniady.

— Janusz mówił, że malujesz — powiedziała, odstawiając dzbanek.

— Jeszcze studiuję. — Sam była wdzięczna Teresie za jej opanowanie. Wolała też odpowiadać na pytania, bo bała się, że sama mogłaby zadać jakieś niezręczne. — W sierpniu wracam do Kent, do rodziców, a po wakacjach będę przez rok studiowała w Krakowie — dodała. — Zamieszkam u mojej chrzestnej. Parę lat temu przeprowadziła się tam z Poznania.

— Ale na stałe mieszkasz w Anglii? — Łagodny głos harmonizował z urokiem i nastrojem tego miejsca. Poprzez delikatny szum liści od strony drzew przebijał się tylko świergot ptaków.

Samanta po chwili rozmowy poczuła się swobodniej, ale jednocześnie miała nieco dziwne wrażenie, że Teresa była jakby nieobecna, a jej wzrok błądził po otoczeniu. Jednak zadawane przez nią pytania świadczyły, że uważnie słucha swojej rozmówczyni.

ROZDZIAŁ 3

Jakiś czas po obiedzie Teresa oznajmiła, że Antoś musi odpocząć, i udała się z synkiem na górę. Sam spytała Andrzeja, czy może skorzystać z basenu. Spojrzał na nią zdziwiony i odparł:

— Oczywiście, Samanto. Nie musisz o to pytać.

Okazało się, że Górski musi jechać do Poznania, a Janusz miał spotkanie z jednym ze swoich klientów w kancelarii. Obiecał, że przywiezie dwie sztalugi i przybory malarskie dla siostrzenicy.

Pod nieobecność Sam w pokoju jej rzeczy zostały odświeżone, wyprasowane i powieszone do szafy. Szybko przebrała się w kostium i narzuciwszy szlafrok, zbiegła do holu. Była zadowolona, że jest sama. W towarzystwie Teresy czuła się nieco spięta. Paradoksalnie łagodność i spokój pani domu powodowały, że Sam cały czas miała się na baczności, z obawy, by tego spokoju nie zburzyć jakąś niestosowną uwagą czy gestem. Wyobrażała sobie, ile jego zachowanie musi Teresę kosztować. I ciągle miała poczucie winy z powodu fotografii na kominku.

Wchodząc do basenu, przypomniała sobie, że nie wzięła ani czepka, ani ręcznika. Wzruszyła ramionami i zanurkowała. Przepłynęła basen kilka razy i położywszy się na plecach, odpoczywała chwilę, poruszając jednie lekko dłońmi i stopami. Nagle poczuła, że padł na nią cień. Otworzyła oczy. Na brzegu basenu stał wysoki, szczupły brunet w jasnym sportowym ubraniu i z ręcznikiem w dłoni.

— Przepraszam, nie chciałem pani przeszkadzać. Nazywam się Jerzy Górski. Pani jest chyba siostrzenicą Janusza?

Sam wyszła z basenu i z rozpaczą pomyślała, że z kompletnie zmoczonymi włosami na pewno okropnie wygląda. Wyciągnęła rękę.

— Samanta Greenwood. — Wzięła od Jerzego ręcznik i energicznie wytarła włosy. Po czym szybko założyła szlafrok. — Dziękuję — poczuła, że się rumieni.

Jerzy uśmiechnął się. Posturą i szarymi inteligentnymi oczyma bardzo przypominał ojca.

— Wspaniale pani pływa — stwierdził ze szczerym podziwem. Spoważniał. — Jako przyszły lekarz, zalecam teraz wysuszenie i przebranie. Czy pozwoli pani później zaprosić się na spacer?

— Tak, chętnie. Jeszcze nie widziałam Miłowa — odzyskała nieco rezonu. — Ile czasu mi pan daje, panie doktorze?

Westchnął ciężko.

— Jest pani kobietą, czyli muszę uzbroić się w cierpliwość.

Uśmiechnęła się i ruszyła w stronę domu.

— Czekam na werandzie — powiedział jeszcze, zanim dotarła do przeszkolonych drzwi.

Postanowiła, że wbrew jego słowom uwinie się szybko. Włosy zawinęła w ręcznik i gdy wytarła się po wyjściu z wanny, były już prawie suche. Przeciągnęła po nich kilka razy szczotką i narzuciła lekką, jedwabną sukienkę w lawendowym kolorze. Z wdzięcznością pomyślała o pokojówce, która uporządkowała jej rzeczy. Mały kapelusik z wywiniętym rondem starannie nałożyła przed lustrem wiszącym nad komodą i sprawdziła zapięcie przy bucikach. Przyjrzała się sobie krytycznie. „Chyba nie jest najgorzej” — mruknęła do siebie i wybiegła z pokoju.

Jerzy stał na werandzie, oparty o kolumnę. Na widok Sam wyłaniającej się z holu wyprostował się i wyjął ręce z kieszeni. Przez chwilę bez słowa przyglądał się jej tak, jakby ją zobaczył po raz pierwszy.

— Możemy iść — rzekła wesoło. Wyraz nieukrywanego podziwu w jego oczach nastroił ją jeszcze bardziej przychylnie.

— Samanto, czy możemy sobie mówić po imieniu?

— Tylko nie mów do mnie Samanto — powiedziała. — Po prostu Sam.

Ruszyli w stronę brukowanej ulicy. Przez dłuższą chwilę słychać było jedynie chrzęst żwiru pod ich stopami. Obydwoje milczeli. Jerzy odezwał się pierwszy.

— Janusz mówił, że studiujesz malarstwo. Będziesz u nas malowała?

— Chciałabym, o ile Janusz kupi mi sztalugę.

— Mówisz mu po imieniu? — zdziwił się. — Przecież to twój wuj.

— Jest ode mnie starszy o dziesięć lat — oznajmiła dziewczyna, najwidoczniej uznając to za wystarczające wyjaśnienie.

Minęli pierwsze domy, w większości murowane z jasnymi tynkami i ciemnymi dachówkami.

— Nie ma za wiele do oglądania. Tutaj mieszka doktor Rogowski — Jerzy wskazał na dom z czerwonej cegły w zaniedbanym ogrodzie. — To ojciec Teresy. Przyjeżdżał do Krzysia…

— Na co chorował Krzyś? — spytała Sam i natychmiast zmieszana dodała: — Przepraszam, nie powinnam pytać.

— To było zapalenie płuc. Krzyś miał wtedy dwa lata — powiedział młody Górski cicho. — Rogowski sam go leczył. Stary osioł!

Sam, zaskoczona ostatnią uwagą, miała już na końcu języka następne pytanie, ale spojrzawszy na zasępioną twarz Jerzego pominęła ją milczeniem.

Doszli do kościoła ze strzelistą wieżą z krzyżem, który Sam widziała, dojeżdżając do Miłowa. Za kościołem był cmentarz. Z miejsca, w którym się znajdowali, można było zobaczyć topole rosnące wzdłuż alei wiodącej od cmentarnej bramy.

Jerzy spojrzał na zegarek.

— Chyba musimy wracać. Teresa nie lubi, gdy ktoś spóźnia się na podwieczorek.

— Coś mi się wydaje, że za nią nie przepadasz.

Roześmiał się.

— Nie jest tak źle między mną a Teresą.

Chwilę szli w milczeniu. Zbliżali się do żwirowanej ścieżki prowadzącej do bramy.

— Teresie na początku nie było łatwo — rzekł Jerzy nagle. — Gdy została moją macochą, miałem czternaście lat. Długo nie mogłem się pogodzić z tym, że ojciec się ożenił. Towarzystwo z miasta też nie chciało Teresy przyjąć. Krążyły plotki, że wyszła za mojego ojca dla pieniędzy. Dopiero gdy Krzyś ciężko zachorował… — Umilkł i po chwili dodał: — Jakiś czas po pogrzebie panie z towarzystwa dobroczynnego poprosiły Teresę, by została przewodniczącą. Zgodziła się, bo ojciec bardzo ją do tego namawiał. Nie chciał, by siedziała w domu i myślała o Krzysiu.

— Dziękuję, że mi to opowiedziałeś, Jerzy, chociaż dopiero co się poznaliśmy.

— Tylko nie pomyśl, że jestem plotkarzem — spojrzał na nią i uśmiechnął się. Po chwili dodał ciszej: — Jest w tobie coś takiego… Po prostu mam wrażenie, że znamy się od dawna. — Spojrzał na zegarek. — Chyba udało nam się nie spóźnić.

Gdy weszli do holu, zobaczyli Teresę z Antosiem. Trzymając malca za rączkę, schodziła wolno ze schodów. Antoś na widok Jerzego wydał radosny pisk i puściwszy rękę matki, pędem zbiegł do niego. Jerzy schylił się i chwycił nadbiegającego chłopczyka w ramiona. Przytulił go mocno do siebie. Małe łapeczki z ufnością objęły szyję mężczyzny.

— Aleś ty, piracie, urósł! — rzekł z niekłamanym podziwem. Zwrócił się do Sam: — Ostatnio widziałem go w Wielkanoc.

Teresa podchodziła z uśmiechem. Jerzy, nie wypuszczając z objęć Antosia, pocałował ją w policzek.

— Jak się miewasz?

— Dziękuję, dobrze — odparła, dotykając pleców synka.

Mimo iż obydwoje zachowywali się uprzejmie, można było między nimi wyczuć napięcie. Podwieczorek upłynął niemal w milczeniu. Antoś nie schodził z kolan Jerzego. Sam parę razy zauważyła szybkie, niespokojne spojrzenie rzucane przez Teresę w kierunku dziecka.

Atmosfera nieco zelżała, gdy Andrzej i Janusz wrócili z miasta. Obydwaj wylewnie przywitali się z Jerzym. Podczas kolacji było już całkiem miło. Jerzy i Janusz dogadywali sobie żartobliwie, a Górscy wypytywali Sam o jej malarskie studia. W pewnym momencie padło słowo „przyjęcie” .

— Jakie przyjęcie? — spytała spłoszona Sam.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com