Morderca z Whitechapel - Adrian Kuszpit - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 246 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Morderca z Whitechapel - Adrian Kuszpit

Londyn to piękne miasto. Ale potrafi być również niebezpieczne. Adam Kłosowski przekonuje się o tym na własnej skórze. Kolejne morderstwa dokonywane w dzielnicy Whitechapel to kolejne problemy spadające na jego barki. Czy robotnik z Łodzi zdoła rozwiązać zagadkę schematycznych, okrutnych zbrodni i ochronić swoją rodzinę przed rosnącym zagrożeniem? Gdzie należy szukać mordercy?

 

Morderca z Whitechapel” to kryminał z elementami thrillera, osadzony w XIX-wiecznej stolicy Anglii.

Opinie o ebooku Morderca z Whitechapel - Adrian Kuszpit

Fragment ebooka Morderca z Whitechapel - Adrian Kuszpit





Strona redakcyjna


Rozdział I

Drugiego takiego miasta na świecie nie było. Szerokie zadbane ulice, którymi przyjemnie się spacerowało, ozdobione zielenią oraz smukłymi latarniami o wyrafinowanych kształtach. Kamienice urzekające harmonijnym połączeniem tradycji z nowoczesnością, przypominające jednak licznymi witrynami o gospodarczej i przemysłowej potędze miasta. Imponujące zabytki oraz dzieła architektury, a przede wszystkim górujący nad poprzecinaną mostami Tamizą budynek parlamentu z wieżą zegarową, przed którym niewątpliwie ustąpić muszą wszelkie znane europejskie budowle. Londyn. Opuszczając ziemie polskie, Adam Kłosowski tego właśnie się spodziewał. Stolica Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii nie rozczarowała zarówno zabudową, jak i sposobem postępowania większości mieszkańców, robiąc na robotniku z Łodzi nieodparte wrażenie.

Przemierzając zatłoczone londyńskie aleje, myślał codziennie o tym, iż przyjazd tutaj był dobrym krokiem. W Królestwie nie wiodło mu się przecież najlepiej. Choć miał rzemieślnicze kwalifikacje, ogólna sytuacja na ziemiach polskich nie pozwalała na ich odpowiednie spożytkowanie. Gospodarka, pogrążona w recesji, z wolna dźwigała się po klęsce powstania styczniowego. Polityka caratu, wyjątkowo twarda i dyskryminująca, nie ułatwiała powrotu na drogę ekonomicznego rozwoju. Z tego powodu wielu Polaków wyjeżdżało z kraju. Należał do nich i Adam. Zdecydował się na Londyn, ponieważ wierzył, że w stolicy Wielkiej Brytanii jego umiejętności pozwolą jemu oraz jego rodzinie na godniejsze aniżeli w Królestwie życie. Pragnął zapewnić swoim synom lepsze warunki bytowe, niż sam miał jako młody człowiek. Oczywiście, wychowany w patriotycznym domu, kochał Polskę, jednak to nie mogło zmienić jego decyzji o emigracji. Tym bardziej że żona również nalegała na ten wyjazd. Tak jak Adam uważała, że słynące w całej Europie z doskonałej organizacji społecznej oraz wysoko rozwiniętego przemysłu Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii może być dla nich rajem na ziemi, w który oboje szczerze wierzyli.

Po przyjeździe do Londynu robotnik z Łodzi zatrudnił się w fabryce produkującej sztućce, ponieważ na tego rodzaju sprzęcie i jego wyrobie znał się jak nikt. Kilka lat wcześniej obiecał sobie, że przed ukończeniem czterdziestego roku życia opuści ziemie polskie. A ponieważ niedawno obchodził trzydzieste dziewiąte urodziny, cieszył się, że udało mu się dotrzymać złożonej samemu sobie obietnicy. Jako człowiek niezwykłej ambicji (co bardzo imponowało jego żonie) nie pozwoliłby na to, aby plany jego i rodziny się nie ziściły.

Codziennie wracał z pracy o późnej godzinie. Mieszkał z żoną oraz dwójką synów na Duncan Street w ubogiej dzielnicy Londynu, Whitechapel, gdzie osiedlała się w owych latach znaczna liczba imigrantów przybywających do stolicy Zjednoczonego Królestwa, jak również ubogie warstwy społeczeństwa brytyjskiego.

Okolica ta nie należała do najbezpieczniejszych. Trudne warunki życia (choć Adam oceniał, że mimo wszystko jego los się poprawił po wyjeździe z Królestwa) powodowały, że część zamieszkujących Whitechapel wchodziła na drogę przestępstwa. Na porządku dziennym były kradzieże, rozboje, napady na bezbronnych przechodniów. Oczywiście zjawisko nasilało się w godzinach wieczornych i nocnych. Dlatego też wracając z pracy, Adam Kłosowski obawiał się nieco o swoje bezpieczeństwo. Martwiła się też jego żona, z niecierpliwością czekając co dzień na jego powrót. Choć na szczęście dotychczas wszelkie przykre wydarzenia omijały jego i rodzinę.

***

Rankiem pierwszego września 1888 roku, w sobotę, Adam Kłosowski jak zwykle wyszedł wcześnie do fabryki, w której pracował. Nie wprowadzono jeszcze wtedy ośmiogodzinnego dnia pracy ani wolnych sobót. Z Duncan Street, przy której mieszkał, skręcił w lewo w kierunku Whitechapel High Street, minął skrzyżowanie i szedł prosto szeroką Commercial Street. Jego codzienna trasa wiodła obok wypełnionych po brzegi tramwajów konnych. Minął po prawej stronie kościół, aż dotarł do White Lion Street, przy której mieściła się fabryka sztućców i innych wyrobów przydatnych w gospodarstwie domowym. Idąc, rozglądał się wokół, uwielbiał bowiem patrzeć na ulice Londynu, mimo że była to dość uboga okolica. Chodził tędy codziennie, a jednak za każdym razem jakiś nowy szczegół przykuwał jego uwagę. Tego dnia zauważył witrynę sklepową z reklamą butów oraz usług szewskich. Nie widział jej nigdy przedtem, podobnie zresztą jak wysokiego wąsatego właściciela o piwnych oczach, krzątającego się przed wejściem do swojego sklepu. Robotnik doszedł do wniosku, że choć niezbyt zamożna, dzielnica Whitechapel również się rozwija, skoro pojawiają się nowe lokale usługowe. Ta myśl wprawiła go w dobry nastrój i sprawiła, że przyśpieszył kroku. Droga do pracy zajęła mu około dwadziestu pięciu minut. Gdy wchodził do fabryki, jego uwagę zwróciła grupka mężczyzn głośno dyskutujących o czymś z niepokojem. Adam przystanął na chwilę przed wielką metalową bramą, aby posłuchać, o czym z takim przejęciem rozmawiają ci ludzie. Nie znał jeszcze dobrze języka angielskiego, ale ze słów, które wychwycił, wywnioskował, że jej tematem jest jakieś morderstwo, do którego miało dojść ubiegłej nocy niedaleko fabryki. Wprawdzie Whitechapel nie należała do spokojnych dzielnic, morderstwo jednak stanowiło niecodzienne wydarzenie i powód do zaniepokojenia. Rozmawiających mężczyzn znał z widzenia, pracowali również w fabryce. Do rozpoczęcia zmiany miał jeszcze kilka minut, więc podszedł do nich i zapytał łamaną angielszczyzną:

– Witam, panowie. Co się stało?

Jeden ze stojących w grupce spojrzał na niego posępnym wzrokiem i odpowiedział cicho:

– W nocy brutalnie zamordowano niedaleko kobietę. Jej ciało było bardzo zmasakrowane, całe we krwi. Mój kolega widział zwłoki, zanim przyjechała policja. Stwierdził, że tego widoku nie zapomni do końca życia, tak poharatanego ciała nie widział jeszcze nigdy.

Polak nie zrozumiał wszystkiego, co usłyszał, a jedynie tyle, że ubiegłej nocy doszło w okolicy do zabójstwa. Ta informacja wystarczyła, aby zapragnął dowiedzieć się czegoś więcej. Ponieważ jednak nie do końca był w stanie dogadać się z angielskimi robotnikami, uznał, że zapyta o sprawę kolegę Polaka, który z nim pracował i znał dobrze angielski, bowiem mieszkał w Londynie już od kilku lat.

Jednak kiedy Adam rozpoczął pracę, nie miał możliwości rozmowy z kimkolwiek. Poczekał więc do przerwy (tyle póki co udało się wywalczyć ruchom robotniczym i związkom zawodowym) i wtedy podszedł do kolegi, Piotra Koniecpolskiego.

– Słyszałeś, co się stało tej nocy w naszej dzielnicy? – zagadnął.

– Tak, doszło do morderstwa – odparł Piotr, odwracając się w kierunku Adama.

– Wiesz coś więcej na ten temat?

– Podobno zginęła kobieta lekkich obyczajów, Mary Nichols. Jej ciało było nieźle pocięte, tak jakby sprawca chciał wyciąć jej wnętrzności. No i bardzo dużo krwi. George – wskazał na stojącego obok kolegę Piotr – widział ciało. Było to około czwartej nad ranem.

– Co George tam robił? – zapytał zdumiony Adam.

– Nie wiem. Może korzysta z usług takich kobiet...

Uśmiechnęli się obaj. Ale sprawa nie dawała Adamowi spokoju do końca dnia. Od początku jego pobytu w Londynie dzielnica Whitechapel nie była bezpieczna, ale tak brutalne morderstwo to jednak najgorsza zbrodnia. Kłosowski nie zdawał sobie sprawy z tego, że już wcześniej dochodziło w okolicy do rozmaitych przestępstw, gdyż zwyczajnie o nich nie słyszał.

– Policja ma podejrzanego? – dopytywał się Piotra

– Chyba nie. Wiesz, to nowa sprawa, zbyt wcześnie, by byli podejrzani.

– Nie znam się na działaniach policji. Ale pewnie masz rację, to zbyt wcześnie. – Adam poczuł się trochę niezręcznie, ponieważ jako niewykształcony i pochodzący z ubogiej wsi robotnik nie miał żadnej wiedzy o tym, jak pracują organy ścigania, w jaki sposób zdobywa się dowody w śledztwach oraz ustala podejrzanych i sprawców przestępstw.

Po powrocie do domu opowiedział żonie Paulinie o wszystkim. Ich synowie, ośmioletni Jakub oraz pięcioletni Staś, już spali, więc państwo Kłosowscy mogli spokojnie porozmawiać. Siedząc przy stole i jedząc kolację złożoną z pszenicznego chleba posmarowanego smalcem i popijanego angielską herbatą, szeptali do siebie, aby nie obudzić dzieci.

– Wiadomo, czy policja złapała mordercę? – zapytała Paulina.

– Raczej nie, bo Piotr na pewno by coś wiedział, a kiedy go zapytałem, powiedział, że to zbyt wcześnie.

– No tak, on zawsze wie wszystko najlepiej. Skoro on twierdzi, że jest zbyt wcześnie, to tak musi być. – Głos pani Kłosowskiej brzmiał poważnie, jednak z lekką nutką ironii, właściwą dla komentowania zadufania ich polskiego znajomego.

O tym, że Piotr Koniecpolski zawsze jest najlepiej poinformowany, wie, co się dzieje w dzielnicy i w mieście, krążyły już bowiem wśród Polaków przybyłych do Londynu żarty. Ale w tych żartach, jak to zwykle bywa, było dużo prawdy. Jako że znał on dobrze język angielski, miał także przyjaciela w londyńskiej gazecie, do niego należało się zwracać po wszystkie najnowsze wieści.

– Ale patrz, jakie rzeczy się dzieją. – Paulina z niedowierzaniem kręciła głową, aż poruszały się delikatnie kosmyki jej blond włosów opadające na skronie.

– Nigdy po zmroku nie wychodź z domu. – Jej mąż starał się być stanowczy, zmarszczył w tym celu czoło. A ponieważ miał grube czarne brwi oraz bujny i równie czarny zarost, pod którym ledwo można było dostrzec różowe usta, wyglądał w tym momencie naprawdę groźnie. Adam miał też potężną budowę ciała oraz umięśnione ręce, jak na pracownika fizycznego przystało, można się go było przestraszyć. Ale Paulina wiedziała, że nie skrzywdziłby nawet muchy.

– Przecież wiesz, że nie wychodzę – uspokoiła męża – i chłopcom też nie pozwalam.

– Myślę, że niedługo mordercę złapią. Piotr mówił, że tu, w Londynie, działa bardzo dobra policja. Nie mogę sobie przypomnieć, jak się nazywa... – pukał się w głowę Adam. – Już wiem: Scotland... Yard. Powinni go wkrótce schwytać.

– Mam nadzieję. Nie byłoby dobrze, gdyby grasował w okolicy brutalny morderca. Taki nawet w biały dzień może człowieka zabić. Nie musi czekać do nocy.

– Ale jednak w nocy jest najbardziej niebezpiecznie.

– Nawet nie wypada, aby zamężna kobieta chodziła po zmroku sama po mieście. Więc możesz być pewien, że tego nie zrobię – uśmiechnęła się znacząco pani Kłosowska.

– Dobrze. Cieszy mnie to. Ja będę się starał jeszcze czegoś jutro dowiedzieć. Piotr z pewnością będzie miał jakieś ciekawe informacje. – Mąż odwzajemnił uśmiech.

– Na pewno. Jak porozmawia z tym swoim przyjacielem z gazety, pozna wszystkie najnowsze wieści dotyczące tego morderstwa.

Adam, leżąc w nocy w łóżku obok swojej żony, myślał o tym, że Paulina rzeczywiście musi szczególnie uważać, skoro w ich dzielnicy dokonano tak straszliwej zbrodni, a ofiarą była kobieta. Obawiał się o żonę, którą kochał ponad wszystko. Patrząc na nią śpiącą na boku, przypominał sobie wiele miłych chwil, które razem przeżyli. Widział oczami wyobraźni moment ich poznania się we wsi Kwiatkowice pod Łodzią, z której oboje pochodzili. Widział zaręczyny, odbywające się tradycyjnie w domu przyszłej panny młodej, choć żyła już wówczas tylko jej matka. Widział wreszcie ślub, który choć skromny, zapadł im obojgu na zawsze w pamięć. Kolejnymi wspaniałymi momentami z ich wspólnego życia, o których pomyślał teraz robotnik, były narodziny chłopców: najpierw Kubusia, a trzy lata później Stasia.

Kiedy te wszystkie wspomnienia powróciły, postanowił, że nie pozwoli, aby jego bliscy zostali narażeni na jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Musi ich chronić, jest mężem i ojcem, głową rodziny. O siebie bał się wyłącznie w kontekście utraty źródła utrzymania dla jego rodziny. Któż zarabiałby, aby zapewnić żonie i dzieciom godne warunki życia, gdyby jemu coś się stało? Wiedział, że z tego powodu musi zważać także na swoje bezpieczeństwo, zwłaszcza że wracał codziennie do domu już po zmroku. Te niespokojne myśli długo nie pozwalały mu zasnąć. Na szczęście nazajutrz wypadała niedziela i Adam miał wolne w pracy. Perspektywa całego dnia spędzonego z rodziną bardzo go cieszyła. I z tą myślą zasnął.

***

Przez kolejne dni wszyscy w fabryce rozmawiali wyłącznie o morderstwie. Codziennie pojawiały się nowe informacje. Część z nich była prawdziwa, ale niektóre wymyślali uwielbiający sensacje plotkarze. A takich nigdy nie brakowało. Jednak robotnicy nie mieli zbyt dużo czasu na zastanawianie się, które z ogłaszanych każdego dnia wieści dotyczących brutalnego zabójstwa są prawdą. Właściciel fabryki wymagał pełnego zaangażowania, ponieważ zależało mu na jak najbardziej wydajnej pracy oraz efektach w postaci gotowych produktów. Lord Edmund Robert Finley mógł się poszczycić kontaktami w brytyjskiej rodzinie królewskiej. Mówiło się o nim, że nie ma względu na człowieka, że liczą się dla niego jedynie wartości materialne, zaś sensem jego życia jest nieustanne pomnażanie majątku. Od ponad dwudziestu lat sponsorował zamorskie ekspedycje armii angielskiej, czerpiąc z tego zyski, ponieważ docierający w najdalsze zakątki świata i podbijający coraz to nowe kraje żołnierze Jej Królewskiej Mości przyczyniali się do powstania kolejnych rynków zbytu dla produktów wytwarzanych w fabrykach należących do lorda Finleya. Produkty te zawsze miały pierwszeństwo sprzedaży we wszystkich nowych krajach. Taki układ bardzo odpowiadał zarówno królowej Wiktorii, jak i samemu lordowi.

Z powyższych względów Adam Kłosowski i pozostali robotnicy na każdej zmianie pracowali bez wytchnienia, starając się wyjść naprzeciw wysokim oczekiwaniom właściciela. W przeciwnym razie groziło im zwolnienie i utrata źródła utrzymania. Bo czyż można nie sprostać zadaniom i normom produkcyjnym, jakie stawiał przed pracownikami lord mający wpływy w angielskiej rodzinie królewskiej?

W piątek siódmego września Piotr Koniecpolski podszedł podczas przerwy do Adama, usiadł obok niego na podłodze pod ścianą i powiedział:

– Wczoraj policja przesłuchała świadka, który widział, jak około pół godziny przed znalezieniem zwłok Nichols przechodził w pobliżu tamtego miejsca policjant. Nie zauważył on niczego niecodziennego.

– To dziwne. Nic nie widział? – Adam od razu wiedział, że mowa o morderstwie kobiety z Whitechapel, ponieważ wszyscy znali już nazwisko ofiary na pamięć: w ciągu kilku dni odmieniono je przez wszystkie przypadki.

– Gdyby patrolował to miejsce piętnaście minut później, prawdopodobnie złapałby mordercę na gorącym uczynku.

– Ale niczego nie słyszał? Nie mógł chyba odejść przez piętnaście minut daleko, a Nichols z pewnością głośno krzyczała.

– Podobno niczego nie słyszał.

– Naprawdę dziwna sprawa. Ale miał zabójca szczęście!

Przez moment milczeli. Obserwowali chodzących wokół robotników, którzy w czasie przerwy ciągle gdzieś zdążali i krzątali się, zamiast po prostu usiąść i odpocząć. Adama bardzo to dziwiło, ale doszedł do wniosku, że być może tutaj, w Londynie, ludzie są bardziej wytrzymali i nie potrzebują przerw.

– Jeśli przed zabójstwem albo zaraz po nim morderca mijał się z tym policjantem lub widział go z daleka, mogło go to odstraszyć. Tak stwierdził mój kolega z gazety „The Daily Flash”. – Piotr bezbłędnie wymówił angielską nazwę czasopisma. – Rozmawiałem z nim wczoraj wieczorem.

– Czyli to dobra wiadomość?

– Nie wiem. Pamiętasz, jak opowiadałem ci o zwłokach? Były całe pocięte nożem. Zabójca musiał długo to robić, nic go nie niepokoiło.

– A to znak, że nikt go nie odstraszył – dedukował Adam.

– Właśnie. Chyba że już po dokonanym morderstwie – potwierdził Piotr.

– Ale czy policja ma w ogóle jakiegoś podejrzanego? Albo jakieś ślady, które mogą być pomocne w złapaniu mordercy?

– O ile mi wiadomo, nie ma.

– Jeszcze jedna dziwna sprawa.

– Wiesz, jeśli morderca nie zostawi po sobie żadnych śladów, trudno cokolwiek ustalić. Policja polega tylko na świadkach, a jeśli nikt nie widział niczego, co mogłoby być pomocne, a tak chyba było w tym przypadku, to ustalenie mordercy jest naprawdę niezwykle trudne i wymaga czasu.

– No tak... Wiesz, tak jak ci mówiłem, nie znam się na tym. Czuję się przy tobie jak głupiec.

– Niepotrzebnie. Ja też bym nic nie wiedział, gdyby mój kolega z gazety mi o tym nie opowiadał. Nie masz powodu czuć się jak głupiec.

Nie dokończyli rozmowy, ponieważ przerwa dobiegła końca. Adam postanowił, że nie będzie dłużej rozmyślał o tej przykrej sprawie i postara się skoncentrować na pracy. Zresztą w trakcie zmiany w fabryce panował tak duży hałas, że ciężko było zebrać myśli. Jego zadanie w procesie produkcji polegało na precyzyjnym nadawaniu nowym przedmiotom właściwych kształtów. Nie mogło być zatem mowy o pomyłce lub niedokładnym wykonaniu. Niechybnie zostałby wówczas zwolniony z pracy.

Wracając wieczorem do domu, rozmyślał jednak o tym, czego dowiedział się od Piotra Koniecpolskiego. Dlaczego policjant, który przechodził w pobliżu miejsca morderstwa zaledwie piętnaście minut przed jego dokonaniem, niczego nie widział ani nie słyszał? Przecież krzyki ofiary musiały być słyszalne w całej okolicy.

Rozważając ten zagadkowy wątek sprawy, robotnik doszedł do jedynego logicznego, jak mu się wydawało, wniosku: policjant był w zmowie z mordercą, a być może nawet sam zamordował tę biedną kobietę. Gdy o tym pomyślał, dreszcz przeszedł mu po plecach. Ogarnęła go trwoga, ale również pewność, że odkrył przerażającą prawdę o morderstwie Mary Nichols. Zamierzał z samego rana pobiec do Piotra, aby skonfrontować swoje domysły z jego przemyśleniami, które z całą pewnością również Koniecpolski miał. Być może faktycznie we dwóch odkryją jakieś istotne elementy sprawy, układające się w logiczny ciąg przyczynowo--skutkowy? Te wnioski wprawiły robotnika z Łodzi w nastrój tak napiętego oczekiwania, że nie potrafił sobie wyobrazić, jak doczeka jutra. Ostatecznie jednak musiał zaczekać, cóż było robić.

***

Następnego dnia, w sobotę ósmego września, w drodze do fabryki Adam postanowił kupić gazetę „The Daily Flash”, w której pracował znajomy Piotra. Miał nadzieję, że znajdzie tam nowe informacje dotyczące morderstwa sprzed tygodnia. Powoli zaczynał oczekiwać wiadomości o ewentualnych podejrzanych w sprawie, choć pamiętał o tym, co powiedział mu Piotr: że takie śledztwa wymagają czasu. Podszedł do sprzedawcy, zapłacił i od razu zabrał się za przeglądanie gazety. Znacznie zwolnił przy tym kroku. Zmierzał w kierunku fabryki wyjątkowo powoli, nie zwracając uwagi na otoczenie, co nie zdarzało mu się często. Przeważnie idąc ulicami Londynu, podziwiał to potężne, dumne miasto, każdy jego zakamarek. Ale tym razem co innego zaprzątało jego głowę. Na stronie piątej odnalazł krótki artykuł Phila Rodgersa, znajomego Piotra Koniecpolskiego. Nie dotyczył on jednak morderstwa Mary Nichols, lecz problemów dzielnicy Whitechapel z drobną przestępczością. Nikt inny również nie napisał na temat interesujący Adama. Rozczarowany robotnik złożył niestarannie gazetę i przyspieszył kroku, gdyż zaczęło padać. Dalszą drogę do fabryki pokonał biegiem, lecz i tak dotarł przemoczony do suchej nitki.

Po rozpoczęciu zmiany robotnik z Łodzi wypatrywał Piotra, aby dowiedzieć się od niego, czy nie ma nowych wieści na temat morderstwa. Chciał też podzielić się z nim swoimi wczorajszymi spostrzeżeniami na temat możliwego udziału policjanta w całym zajściu. Nie widział jednak nigdzie kolegi. Zdziwiło go to nieco, ale skoncentrowany na pracy nie miał czasu, by o tym dłużej myśleć.

Około godziny dziesiątej przybiegł John, zastępca brygadzisty i zaczął coś krzyczeć z przejęciem na całą fabrykę. Adam nie wiedział, o co chodzi, ponieważ w tumulcie pracujących robotników, maszyn oraz zgiełku nie był w stanie wychwycić żadnego słowa na tyle wyraźnie, aby je zrozumieć. Jego angielski ciągle kulał. Gdy John się nieco uspokoił i pracownicy fabryki zaczęli dyskutować o tym, co im przekazał, Polak podszedł do stojących obok robotników pochodzących z Rosji i zapytał, o co chodzi. Jeden z nich, Misza, odpowiedział po rosyjsku:

– Dzisiaj rano doszło do kolejnego morderstwa w dzielnicy! Ciało ofiary było równie zmasakrowane jak poprzednio, a może nawet bardziej... Podobno morderca wyciął ofierze macicę!

Gdy Adam usłyszał tę okrutną wiadomość, zadrżał z przerażenia. A więc do tego doszło! Nie tylko policja nie miała żadnego podejrzanego, żadnych konkretnych tropów dotyczących zabójstwa Nichols, ale w dodatku morderca lub mordercy uderzyli ponownie. I raz jeszcze w ich dzielnicy.

– Ale wiadomo, kto był ofiarą? – zapytał rosyjskich kolegów.

– Kobieta, ale nazwiska John nie zna. Sam dowiedział się o sprawie pół godziny temu od Piotra Koniecpolskiego, którego przesłuchuje policja.

Adam zadrżał po raz drugi. Po co policja przesłuchuje Piotra? Czy tylko dlatego, że jest często dobrze poinformowany? Przecież policja powinna mieć innych świadków i informatorów, chociażby dziennikarzy śledczych, którzy ochoczo zajmowali się sprawą morderstwa sprzed tygodnia. A może przypadkiem Piotr znalazł się w okolicy tego drugiego morderstwa? Być może też wie więcej, niż mu powiedział. Ale co takiego mógłby ukrywać, o czym nie wiedzieli jeszcze prowadzący śledztwo?

Te wszystkie myśli przeleciały przez głowę Adama w ciągu ułamków sekundy. Ponieważ kilka minut temu praca w całej fabryce stanęła z powodu wieści, które przyniósł John, Kłosowski miał chwilę na zastanowienie. Ale nad czym w zasadzie miał myśleć? Po prostu jak Piotr przyjdzie, zapyta go o wszystko.

Nagle na halę wszedł brygadzista i głośnym, nieznoszącym sprzeciwu głosem nakazał wznowienie pracy. Robotnicy niechętnie, lecz posłusznie wrócili do swoich zajęć. Trzeba było zapomnieć o sprawie aż do przerwy.

Ale podczas przerwy Adam nie miał z kim porozmawiać o nowych sensacyjnych doniesieniach. Tego dnia Piotr Koniecpolski nie pojawił się już w pracy. To bardzo niepokoiło Adama. Co takiego mogło go zatrzymać przez cały dzień? Czyżby jego zeznania faktycznie wnosiły do sprawy morderstwa, a teraz już morderstw, cokolwiek istotnego? Wracając do domu po zmroku, robotnik nie wiedział, jak sobie to wszystko tłumaczyć. Rzecz jasna znacznie bardziej martwiło go drugie zabójstwo w okolicy. Dodatkowo brutalność tego czynu napawała wręcz przerażeniem. W znajdującej się pod zaborami Polsce często zdarzały się zbrodnie, zamachy czy brutalne napaści. Adam słyszał o takich przypadkach w Łodzi, kilka lat temu mówiło się w całym mieście, że w okolicy grasuje morderca. Jego ofiarami też padały kobiety. Zabił ich może kilka, może kilkanaście. Dokładnie nie wiadomo. Policja nigdy go nie schwytała. Ale w Polsce, w kraju okupowanym przez Rosjan, to raczej normalne. Tak robotnik z Łodzi sądził, nie oceniając pozytywnie kompetencji rodzimych organów ścigania, podobnie jak większość Polaków. Ale że koszmar powtórzy się w demokratycznej Anglii? W kraju słynącym na całym świecie z praworządności? Tego Adam nie mógł przewidzieć. Podejrzewał jednak, że decydujący jest tu specyficzny charakter dzielnicy, w której mieszkał. Whitechapel, wchodząca w skład tzw. East Endu, stanowiła najuboższy i zarazem najbardziej kryminogenny rejon Londynu, o czym Adam wiedział doskonale.

Gdy Kłosowski wieczorem opowiedział żonie o tym, co dzisiaj zaszło, Paulina była tak oszołomiona, że o mały włos nie stłukła szklanki z gorącą herbatą. Spodziewała się raczej, tak jak mąż, że policja w najbliższych dniach ujmie sprawcę zabójstwa sprzed tygodnia, a tymczasem zamiast tego pojawia się informacja o następnej ofierze śmiertelnej. Pani Kłosowska sprawiała wrażenie, że zaczyna się naprawdę bać.

– Wiadomo, kto tym razem zginął? – zapytała męża przejęta.

– Wiem tylko, że tak jak poprzednio, kobieta. Więcej nic, bo Piotra nie było dziś w pracy.

– Dlaczego?

– Nie wiem. Podobno policja przesłuchiwała go jako świadka.

Paulina wpatrywała się w stół, zamyślona. Przez chwilę nic nie mówiła, a później z namysłem zapytała:

– Czy to, co on wie, jest aż tak ważne dla policji, że calutki dzień go trzymali?

Adam Kłosowski, spodziewając się takiego pytania, odpowiedział natychmiast.

– Wydaje mi się, że wie coś więcej ponad to, co mi powiedział. Myślałem nad tym długo i wydaje mi się, że może tak być.

– Ale z jakiegoż powodu miałby nie mówić ci czegoś, co wie? Czyżby miał coś do ukrycia?

– Ta sprawa jest bardzo dziwna. Ale na razie nie wiem nic więcej. Jeśli jutro Piotr przyjdzie, zapytam go o wszystko – obiecał Adam.

– Pamiętasz podobną sprawę sprzed kilku lat w Łodzi? Też dochodziło do morderstw i też policja nie schwytała sprawcy. – Paulina ujęła męża za rękę.

– Oczywiście, że pamiętam. Takie rzeczy, jak widać, dzieją się wszędzie na świecie. Ale nie sądzę, aby polska policja mogła równać się z tutejszą.

– Czy zatem nadal jest nadzieja, że morderca zostanie ujęty?

– Z całą pewnością tak. Piotr mówił wczoraj, że policja coraz usilniej prowadzi śledztwo.

– Dla mnie najważniejsze jest bezpieczeństwo nasze i chłopców – powiedziała bardzo poważnie Paulina.

– Wiem, dla mnie także. A zatem raz jeszcze proszę, abyś nie wychodziła z domu po zmroku. A najlepiej wcale.

Pani Kłosowska popatrzyła na niego bystrymi oczami i uśmiechnęła się figlarnie.

– Chyba że w obecności mojego obrońcy – rzuciła cicho, zarzucając mężowi ręce na szyję.

– Twój obrońca cieszy się, że może cię chronić – odpowiedział Adam z równie figlarnym wyrazem twarzy, napinając mięśnie rąk. Po czym oboje z wolna wstali, wpatrując się sobie głęboko w oczy, zapominając o dokończeniu kolacji, a następnie objęci wpół poszli do sypialni, gasząc pod drodze lampę naftową oświetlającą kuchnię oraz część korytarza. Paulina zajrzała jeszcze do pokoju dzieci, aby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Po chwili dołączyła do męża, który czekał na nią w ich małżeńskim łożu.


Rozdział II

Rankiem Adam Kłosowski pobiegł szybko po gazetę. Tym razem jej zawartość go nie rozczarowała. Na pierwszej stronie dużą czcionką napisano o wczorajszej zbrodni. Czytając artykuł, Polak dowiedział się, że zamordowano niejaką Annie Chapman, również kobietę lekkich obyczajów. Jej ciało znaleziono na podwórku przy ulicy Hanbury. Phil Rodgers, autor tekstu, twierdził także, że policja przesłuchała istotnych świadków, dzięki którym być może ma już podejrzanego. Zeznania tychże świadków rzecz jasna utajniono, ale z przecieków informacji dziennikarz wnioskował, że prawdopodobnie zabójcą Chapman był obcokrajowiec. Tyle w każdym razie Adam zrozumiał z tego, co przeczytał, jego niewielka znajomość języka angielskiego nie pomagała mu w lekturze.

Zanim wrócił do domu, zdążył pochłonąć cały artykuł, choć od kiosku miał zaledwie kilkadziesiąt kroków. Sprawa tak go wciągnęła, że przez kilka minut stał na chodniku, mijany przez licznych przechodniów. Niektórzy zaglądali ukradkiem do gazety.

Po wejściu do domu Kłosowski stwierdził, że jest już za późno na śniadanie, bo inaczej spóźni się do pracy. Żona zdążyła mu jednak wrzucić kanapki do torby.

Zmierzając do fabryki, zastanawiał się, czy dziś spotka Piotra. W głębi ducha miał nadzieję, że tak, zaś jego ciekawość nie pozwała mu myśleć o niczym innym, jak tylko o morderstwach. Już z daleka widział, że jego kolega stoi otoczony przez grupkę żywo dyskutujących robotników. Jak się domyślał, na temat wczorajszego zabójstwa Annie Chapman.

– Cześć – przywitał się po angielsku, podając rękę każdemu po kolei.

Piotr popatrzył na niego dziwnie, z niepokojącą grozą w oczach. Po chwili się odezwał.

– Zapewne wiesz, co się wczoraj stało.

– Jak najbardziej. A dlaczego ciebie nie było wczoraj cały dzień?

Koniecpolski odciągnął go na bok i szepnął cicho po polsku:

– Powiem ci podczas przerwy. Nie chcę, żeby ktokolwiek inny to usłyszał.

– Przecież oni nie znają polskiego – odpowiedział zdziwiony Adam, wskazując na robotników.

– Wśród nich są Rosjanie. Oni mogą znać nasz język. Nie chcę ryzykować – oznajmił Piotr i zdecydowanym krokiem ruszył w kierunku wejścia do fabryki.

Zachowanie kolegi bardzo zaniepokoiło Adama. Tak jak przeczuwał, Koniecpolski dysponował wiedzą, która z jakiegoś powodu była cenna dla policji i nie chciał jej ujawniać przed wszystkimi. Skąd mógł taką wiedzę posiadać? Kłosowski czuł, że ciężko mu będzie wytrzymać do przerwy w stanie takiej niepewności. Pamiętał też cały czas o możliwym udziale policjanta w pierwszym zabójstwie. Swoje spostrzeżenia na ten temat także chciał przekazać Piotrowi.

Gdy wreszcie przerwa nadeszła, Adam nigdzie nie mógł znaleźć kolegi. Albo zajmuje się czymś niezwykle istotnym, albo go po prostu unika – doszedł do wniosku. Bardziej prawdopodobna wydała mu się ta druga ewentualność. „Tylko dlaczego miałby mnie unikać? Dałem mu jakikolwiek ku temu powód? Czy ma dość mojej ciekawości? Mógł po prostu powiedzieć, nie pytałbym go więcej o nic. A może chodzi o coś więcej?” – myślał Adam, czując jak irytacja przepełnia jego serce. Irytacja z powodu niewytłumaczalnego zachowania znajomego, z którym jak mu się wydawało, rozumiał się bardzo dobrze, lubili się przecież. Jako jedyni Polacy w fabryce starali się trzymać razem. Tymczasem ostatnie dwa dni przynosiły i w tej kwestii coraz to nowe niespodzianki i tajemnice.

Adam postanowił nie dać tak łatwo za wygraną.

– Nie widzieliście Piotra? – zapytał stojących obok niego Rosjan.

– Niestety nie – odpowiedzieli po rosyjsku z nutą zdziwienia w głosie, że jeden z Polaków pyta o drugiego. Zwykle było bowiem tak, że to Adama należało pytać o Piotra, Piotra zaś – o Adama.

Kłosowski poszedł dalej. Zaczepiał każdego mijanego po drodze pracownika fabryki, dopytując się o Koniecpolskiego. Nikt nie wiedział jednak, co się z nim stało i gdzie też może być. Na koniec poszedł do brygadzisty, Miltona, wychodząc z założenia, że on jeden z pewnością musi coś wiedzieć.

– Panie brygadzisto, czy nie wie pan, gdzie jest mój kolega Piotr Koniecpolski? Widziałem go rano, ale teraz nie wiem gdzie jest.

– Zabrała go policja – odpowiedział krótko Milton i odszedł.

Adam poczuł się jeszcze bardziej nieswojo. Odczuł wyraźnie, że brygadzista unika szczegółowej odpowiedzi na jego pytanie. Z tą myślą wrócił do pracy po skończonej przerwie. Źle mu się pracowało. Domyślał się, że w całej sprawie musi być jakieś drugie dno.

I z determinacją postanowił, że odkryje jakie.

Dwa niezwykle brutalne zabójstwa kobiet w ciągu tygodnia, możliwy współudział policjanta przynajmniej w jednym z nich, niespodziewane i zaskakująco długie przesłuchanie Piotra, potem jego całkowite zniknięcie, a na koniec podejrzane zachowanie brygadzisty. Tych tajemnic zaczynało być zbyt wiele, by Adam przeszedł nad tym do porządku dziennego. I nagle doznał olśnienia.

– To o to chodzi... – powiedział sam do siebie, aż robotnik pracujący obok spojrzał na niego ze zdziwieniem. Adam kontynuował swoje rozważania w myślach. „Policja przesłuchiwała Piotra, bo dowiedział się o obecności policjanta na miejscu pierwszego morderstwa. I powiedział o tym tylko mi, dlatego mnie unika. Nie chce mnie narażać na podobne nieprzyjemności, które jego dotykają” – dedukował. Jeśli jego hipoteza była prawdziwa, a wydawało mu się to oczywiste, zmieniała ona całkowicie postać rzeczy. Kolega ponownie urósł w jego oczach. I jeszcze bardziej pragnął się z nim spotkać i powiedzieć mu o wszystkim.

Dziesięć minut przed końcem zmiany, gdy Adam myślami był już w domu, nie mogąc się doczekać, aby przekazać żonie swoje domysły, podszedł do niego brygadzista Milton i rzekł:

– Chodź, Adam, ktoś chce z tobą rozmawiać.

Wyszli z hali produkcyjnej. Przy wejściu do fabryki Kłosowski ze zdziwieniem zobaczył czterech elegancko ubranych mężczyzn. Taki widok w okolicach jego miejsca pracy należał zdecydowanie do rzadkości. Miał jednak nieodparte wrażenie, że jednego z mężczyzn gdzieś widział, że ta twarz jest mu znajoma. Nagle przypomniał sobie skąd: znajdowała się ona na zdjęciu w dzisiejszym wydaniu dziennika „The Daily Flash”!

– Dzień dobry – ukłonił się Adamowi mężczyzna, rzucając Polakowi długie i przenikliwe spojrzenie. Miał jakby wymuszony uśmiech pod ciemnymi sumiastymi wąsami. – Detektyw Frederick Abberline, Scotland Yard. – Pokazał odznakę. – Czy pan Adam Kłosowski?

– Tak, to ja.

– Pójdzie pan z nami. Chcemy wyjaśnić z panem kilka kwestii dotyczących serii morderstw dokonanych w dzielnicy Whitechapel.

– Ale... co ja mam z nimi wspólnego? – wydukał Adam łamaną angielszczyzną, nie mogąc ukryć rosnącego zdenerwowania.

– Wyjaśnimy wszystko na miejscu. Proszę z nami.

I ku wielkiemu zdziwieniu robotnika oraz brygadzisty założył na ręce zatrzymanego kajdanki.

– Co pan robi? – oponował Adam. – Po co to... wszystko? – Nie wiedział, jak powiedzieć po angielsku „kajdanki”.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.