Moje Pierwsze Boje - Józef Piłsudski - ebook
Wydawca: Liber Electronicus Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Moje Pierwsze Boje - Józef Piłsudski

Moje Pierwsze Boje Józefa Piłsudskiego to wspomnienia wojenne, które opisują początki Legionów Polskich. Nie jest to jednak typowa książka wojskowa. Józef Piłsudski zdecydował się pominąć w niej szczegółowe opisy manewrów taktycznych i nastawić się raczej na scharakteryzowanie klimatu wydarzeń, analizę własnej psychiki oraz nastrojów panujących wśród jego Strzelców i ludności cywilnej. Od razu bowiem widać, że książkę tę pisał mąż stanu patrzący w przyszłość, a nie ponury oficer, który całe dnie spędza nad studiowaniem map.

Moje Pierwsze Boje są także wyjątkowe z innego powodu. Mianowicie, w czasach II Rzeczypospolitej stanowiły one jeden z fundamentów kreujących zarówno etos Legionów, jak i legendę samego marszałka Piłsudskiego. Dzięki temu przetrwały one próbę czasu i dla każdego, kto choć trochę interesuje się okresem międzywojennym, stanowią one lekturę obowiązkową.

Opinie o ebooku Moje Pierwsze Boje - Józef Piłsudski

Fragment ebooka Moje Pierwsze Boje - Józef Piłsudski




Przedmowa autora

Latem 1917 r. zostałem aresztowany w Warszawie przez władze okupacyjne niemieckie i wywieziony w gła?b Niemiec. Przez pewien czas przewoz˙ono mnie z wie?zienia do wie?zienia, nieraz trzymaja?c w najgorszych warunkach, by wreszcie, po kilku tygodniach, osadzic´ w twierdzy magdeburskiej, gdzie po roku i kilku miesia?cach doczekałem sie? powstania Pan´stwa Polskiego. W Magdeburgu, ku wielkiemu memu zdziwieniu, wywyz˙szono mnie nagle do wysokiej rangi generała i trzymano, z˙e tak powiem, z odpowiednim dla takiej szarz˙y szacunkiem. Miejscem mego pobytu była cytadela dawnej, starej fortecy magdeburskiej, a włas´ciwie jeden z jej zaka?tko´w — zabudowanie, kto´re, jak sie? o tym mogłem przekonac´ z tablic zawieraja?cych przepisy zachowania sie? w celach, nosiło zabawna? nazwe?: „Sommeroffiziersarreststube". Miało to najoczywis´ciej oznaczac´, z˙e w tym zabudowaniu odsiadywali swoja? kare? aresztu za te czy inne przewinienia oficerowie garnizonu magdeburskiego, lecz zarazem nazwa ta wskazywała, z˙e zabudowanie to nie jest przeznaczone dla takiego uz˙ytku w zimie. Przetrzymano mnie tam wprawdzie przez cały czas zimy z 1917 na 1918, lecz nie mam zreszta? z tego powodu do Niemco´w specjalnych pretensji. Bywało i zimno, lecz nie moge? powiedziec´, aby sie? nie starano, nieraz i bardzo gorliwie, o usunie?cie tych brako´w. Przypuszczam, z˙e wybrano dla mnie to miejsce dlatego, z˙e w nim najłatwiej moz˙na było wykonac´ surowe nakazy z go´ry: zupełnego izolowania mnie od całego s´wiata. Mieszkałem zreszta? wcale wygodnie. Do rozporza?dzenia miałem na pierwszym pie?trze trzy cele: poko´j sypialny, cos´ w rodzaju pokoju, w kto´rym mogłem kogos´ przyja?c´, a co w mojej sytuacji mogło mnie tylko do s´miechu pobudzac´, i trzeci — poko´j jadalny. Wszystkie trzy cele, dzien´ cały otwarte, wychodziły na ogro´dek, w kto´rym było kilka drzew owocowych i troche? niewielkich krzewo´w czy ros´lin. Za ogro´dkiem był wielki wał ziemny dawnej fortecy, porosły murawa?, wyz˙szy znacznie od domu. Na dole, w parterowych celach, mieszkali podoficerowie przeznaczeni do pilnowania mnie i ordynansi, kto´rych systematycznie co pewien czas mi zmieniano. W ogrodzie stał z˙ołnierz uzbrojony jako stała warta. Cały ogro´d był oddzielony od reszty s´wiata, czyli od ogromnego podwo´rza cytadeli, wysokim, szczelnym parkanem zbitym z desek. Do s´wiata zewne?trznego prowadziła furtka, za kto´ra? stał inny posterunek, wydzielony z fortecznego odwachu.

Jakby dla pocieszenia mnie i uhonorowania, powiedziano mi od razu, z˙e w tym włas´nie gmachu przelez˙ał i przesiedział przez dłuz˙szy czas generał belgijski, dowo´dca twierdzy Liege, ranny przy jej obronie.

Na razie wolno mi było spacerowac´ w ogrodzie przez trzy godziny dziennie, potem przestano mnie w tym kre?powac´ i miałem prawie cały dzien´ do zmierzchu otwarte drzwi z go´rnego pie?tra do ogrodu. W tych warunkach przesiedziałem rok cały zupełnie samotnie i dopiero w połowie sierpnia 1918 r. przybył jako towarzysz niedoli wie?ziennej gen. Sosnkowski, z kto´rym pozostałem az˙ do zwolnienia minie w listopadzie 1918 r.

Do z˙ycia wie?ziennego, jak mi sie? zdaje, byłem urodzony. Bardzo łatwo znosze? samotnos´c´, nie odczuwaja?c, jak inni, całego jej cie?z˙aru i umieja?c łagodzic´ praca? mys´lowa? najcie?z˙sza? strone? z˙ycia wie?ziennego — te?sknote?. Nie ma bowiem wa?tpliwos´ci, z˙e kaz˙dego wie?z´nia przytłaczac´ musi te?sknota do wolnos´ci, do swobody rucho´w, do takiego stanu, gdzie nie ma tylu zakazo´w, ograniczen´, skazuja?cych człowieka na monotonnos´c´ długiego szeregu dni, spe?dzanych zawsze jednakowo, zawsze w tych samych warunkach. Dla ludzi tak skrupulatnie izolowanych, jak ja byłem odcie?ty od s´wiata w Magdeburgu, z˙ycie staje sie? cie?z˙arem prawie nie do zniesienia. Dla mnie musiało to byc´ tym cie?z˙szym, z˙e wyrwany zostałem z z˙ycia tak pełnego zmian i tak bogatego co dzien´ w inne wraz˙enia. Z˙yłem z˙yciem wojennym, w kto´rym nerwy ludzkie przyzwyczajaja? sie? do wiecznego ruchu, do codziennej, a koniecznej zmiany zaje?cia, do koniecznej, a codziennej, przemiany samego siebie w coraz to nowy instrument walki, kto´ry pracuje coraz to innym wysiłkiem woli, nerwo´w, umysłu czy serca. Cisza wie?c wie?zienna i niezwykła, bo niemiecka, monotonia dni była doskonałym gruntem dla z˙ra?cej nieraz te?sknoty do barwnej i pełnej ruchu wste?gi z˙ycia wojennego. Zupełna izolacja przy tym nie dozwoliła mi nawet wiedziec´, co sie? stało lub co sie? dzieje z kolegami i przyjacio´łmi, z kto´rymi sie? zbratało w cie?z˙kiej i twardej, lecz tak niezwykle uroczej i tak bratersko przez˙ytej pracy wojennej, odbytej w mojej Pierwszej Brygadzie legionowej. Nieraz tez˙ w długich, samotnych przechadzkach po ogro´dku wyrastały mi, jak z˙ywe kwiaty, wspomnienia o niedawnych przez˙yciach. Cisne?ły i łudziły one jak fantomy oaz na pustyni, gdy podsuwały mi pod oczy miłe twarze przyjacio´ł, gdym w uszach słyszał nieledwie ich s´miechy obok huku armat i grzechotu karabino´w graja?cych swa? muzyke? wojenna?.

Dla zz˙arcia trawia?cej mnie te?sknoty zmuszałem siebie do analizy swego poste?powania jako dowo´dcy. Bawiłem sie? w krytyke? czy to siebie, czy to swych podwładnych, by oczy przestały widziec´, uszy słyszec´, serce bic´ mocniej, by mo´c te prawie zmysłowe wraz˙enia zamkna?c´ w rozmys´lania analityczne. Długo, długo pracowałem mys´la? jedynie. Wtedy zacza?łem odczuwac´, jak nieraz w poprzednich juz˙ moich wie?ziennych przez˙yciach, z˙e zaczynam z˙yc´ jakims´ nierealnym z˙yciem, jaka?s´ praca? głowy jedynie, tak z˙e zamierac´ zaczyna normalna praca organizmu. Zdecydowałem sie? zerwac´ z tym i, zrobiwszy dla pro´by gimnastyke? woli przez zaniechanie na dwa tygodnie palenia, przyszedłem do przekonania, z˙e najprostszym sposobem pozbycia sie? cie?z˙aru te?sknoty jest pro´ba rzucenia wspomnien´ na papier. Miec´ pio´ro w re?ku i jego mechaniczna? praca? zwia?zac´ siebie s´cis´lej z z˙yciem, chociaz˙ tak ubogim we wraz˙enia, lecz jednakz˙e realnym!

I wtedy przyszły mi na mys´l moje niegdys´, z czaso´w przedwojennych, dziesie?cioletnie studia nad zjawiskiem wojny w s´wiecie. Dziesie?c´ lat wz˙erałem sie? w istote? pracy dowodzenia, w z˙ywiole — jak mo´wi Clausewitz — niebezpieczen´stwa, w z˙ywiole niepewnos´ci, w z˙ywiole wreszcie — jak ja okres´lam — wiecznych sprzecznos´ci nie do rozwikłania, rozcinanych jak gordyjski we?zeł mieczem decyzji, mieczem rozkazu. Pamie?tam, gdym szedł na wojne? w sierpniu 1914 r., postanowiłem sobie bacznie obserwowac´ zjawiska wojny, bacznie analizowac´ samego siebie, by sobie samemu rozwia?zac´ mno´stwo wa?tpliwos´ci, odpowiedziec´ na mno´stwo pytan´ pozostałych w duszy i w głowie z okresu studio´w nad ksia?z˙kami. Teraz, w Magdeburgu, zdecydowałem sie? spro´bowac´, czy po´jdzie mi łatwo ziszczenie dawnych marzen´, bym mo´gł szczerze i spokojnie zilustrowac´ soba? samym prawde? o istocie dowodzenia, prawde? o duszy dowo´dcy, uginaja?cej sie? pod cie?z˙arem niebezpieczen´stw, niepewnos´ci i sprzecznos´ci. Walczy z nimi, bo sa? one z˙ywiołem wojny, kaz˙dy z˙ołnierz. Dowo´dca niesie pro´cz tego cie?z˙ar odpowiedzialnos´ci za swych podwładnych, a na policzku swoim czuc´ musi pieka?cy wstyd upokorzenia, gdy mu praca dowodzenia sie? nie uda, a za niepowodzenie krwia? płaca? inni. „S´mieszne ongis´ marzenia — mo´wiłem sobie — moz˙esz teraz w wie?zieniu urzeczywistnic´, gdy przezwycie?z˙ysz lenistwo do pio´ra".

Taka? była geneza lez˙a?cych przed czytelnikiem wspomnien´ moich z pracy dowodzenia w r. 1914. Zdecydowałem wtedy od razu, z˙e wybiore? dla opisu trzy najcie?z˙ej przeze mnie przez˙yte prace w I Brygadzie. Momenty, w kto´rych ja, szafuja?cy niezwykle ostroz˙nie krwia? podwładnych, unikaja?cy nieraz rozmys´lnie pracy dla sławy, by nie płacic´ za nia? za drogo, umiałem, czy musiałem, zaryzykowac´ całym nieledwie przeze mnie dowodzonym oddziałem, stawiaja?c na karte? i siebie jako dowo´dce?. Najcie?z˙sze moje prace dowodzenia: Ulina Mała, Marcinkowice i Kostiuchno´wka. Zdołałem skon´czyc´ tylko Uline? Mała? i Marcinkowice. Byłem tak zme?czony i przez˙yciem, i praca?, w kto´rej bezwiednie obok prostego opisu oddawałem te?sknote? do wszystkiego, co jest Polska?: do drogi błotnistej, do wsi zapadłej, do ludzi, krajobrazu i drogich mi kolego´w, z˙e zdecydowałem nie pro´bowac´ na razie najcie?z˙szych wspomnien´ o najcie?z˙szej bitwie, o bitwie ws´ro´d boro´w i błot Polesia wołyn´skiego. Lecz pio´ro sie? rozpe?dziło. Wspomnienia swawolne pobiegły w inna?, milsza? nieco strone?, w strone? przez˙yc´ pierwszych prawie wraz˙en´ wojny, pierwszych, jeszcze nies´miałych wobec siebie samego pro´b dowodzenia, gdy rozmach szeroki mys´li zwalczany był usilnie przez nies´miałos´c´ i niepewnos´c´ siebie. Tam bitwy niekrwawe z kawaleria? rosyjska? dawały pierwsze wraz˙enia muzyki bojowej, pierwsze wraz˙enia wczucia sie? w z˙ywy teren, obok pierwszych pro´b s´miałego manewru z gra? trzema rodzimymi rzekami: Wisła?, Nida? i Dunajcem. Wobec tego zacza?łem opisywac´ swoje tan´ce obok tych rzek we wrzes´niu 1914 pod tytułem Nowy Korczyn—Opatowiec.

Prace?, prawie do kon´ca juz˙ doprowadzona?, przerwało przybycie do magdeburskiej twierdzy gen. Sosnkowskiego. Odta?d te?sknota stała sie? lz˙ejsza?, a pio´ro zostało w ka?t rzucone dla nieskon´czonych rozmo´w i wiecznych szacho´w. Uste?py o Nowym Korczynie i Opatowcu nie zostały zakon´czone.

W ten sposo´b moje zamiary uprzednie nie urzeczywistniły sie?. I dlatego musiałem włoz˙yc´ troche? pracy, aby teraz do druku oddac´ rzeczy bardziej skon´czone. Zmiany, kto´re wprowadziłem, sa? bardzo niewielkie. Koniecznos´c´ ich wynikała sta?d, z˙e musiałem pracowac´ w Magdeburgu w specjalnych warunkach, narzuconych mi przez wie?zienie. Po pierwsze wie?c nigdy nie mogłem byc´ pewny, czy wszystko, co spod pio´ra mego wyjdzie, nie be?dzie mi w jakiejs´ chwili odebrane, moz˙e na zawsze. Z tego powodu, przyzwyczajony za młodu do przemys´lnos´ci wie?z´nia, postanowiłem oszukac´ swych anioło´w stro´z˙o´w. Zapowiedziałem wie?c, z˙e chce? wnies´c´ skarge?, zaro´wno na moje aresztowanie, jak i na trzymanie mnie, wbrew prawu pruskiemu, w zupełnej izolacji. O tych przepisach prawnych dowiedziałem sie? zupełnie przypadkowo od starego generała niemieckiego, dowo´dcy w Weslu, gdzie przewieziono mnie ze Spandau pod Berlinem. Os´wiadczył mi on z cała? otwartos´cia?, z˙e zaprotestował stanowczo przeciwko temu, aby w twierdzy, kto´ra? on dowodzi, poste?powano z kto´rymkolwiek z wie?z´nio´w wbrew prawu pruskiemu, zabraniaja?cemu, według niego, trzymac´ kogokolwiek w odosobnieniu i samotnos´ci, pro´cz tych, kto´rzy albo znajduja? sie? pod s´ledztwem, albo sa?downie na kare? odosobnienia zostali skazani. Przypomniawszy sobie wie?c w Magdeburgu oburzenie generała z Wesla, zaz˙a?dałem dla napisania swojej skargi wie?kszej ilos´ci papieru, gdyz˙, nie znaja?c dobrze niemieckiego je?zyka, zniszcze? z pewnos´cia? co najmniej kilkanas´cie koncepto´w polskich, nim je przystosuje? do obcej, nieznanej mi dokładnie mowy. W ten sposo´b zdobyłem sobie wszystkie przybory do pisania oraz stworzyłem pozo´r, dlaczego przesiaduje? przy stole z pio´rem w re?ku. Cały ten przemys´lny wybieg odbił sie? jednak bardzo wyraz´nie na sposobie mego o´wczesnego pisania. Nad cała? moja? praca? literacka? w Magdeburgu cia?z˙y jako mus oszcze?dnos´c´ papieru. Nie tylko wszystkie kartki sa? zapisane niezwykle drobnym, trudno czytelnym pismem, lecz i sam styl ma na sobie pie?tno owej oszcze?dnos´ci. Dlatego tez˙ przy oddawaniu do druku musiałem wprowadzic´, drobne zreszta?, poprawki, obawiaja?c sie?, z˙e skro´ty mego mys´lenia nie be?da? dostatecznie zrozumiane przez czytelniko´w. Wreszcie, musiałem dokon´czyc´ opis przez˙yc´ moich z okresu pierwszych bojo´w pod Nowym Korczynem i Opatowcem.

Dla uzupełnienia historii re?kopisu dodam, z˙e pisałem go bez z˙adnej mys´li o wydaniu kiedykolwiek. Wydawało mi sie? bowiem rzecza? nieprawdopodobna?, aby unikna?ł on zwykłego losu wszystkich notatek wie?z´nio´w, losu mo´wia?cego, z˙e bardziej nalez˙a? one do tych, co wie?z´nia wie?z˙a?, niz˙ do niego samego. Istotnie przez dłuz˙szy czas nie znajdowały sie? one w moich re?kach i zawdzie?czam zwrot re?kopisu, jak i wielu rzeczy moich pozostałych w Magdeburgu, skrupulatnos´ci rza?du niemieckiego, kto´ry zwro´cił mi je wtedy, gdy juz˙ byłem w Belwederze. Wywieziono bowiem mnie i generała Sosnkowskiego z Magdeburga w tak nagły i niezwykły sposo´b, z˙e o zabraniu wszystkich rzeczy mowy nawet nie było.

Pewnego dnia w pocza?tkach listopada 1918 r. zjawili sie? dwaj oficerowie niemieccy, ubrani juz˙ po cywilnemu. Os´wiadczyli nam, z˙e jestes´my wolni i z˙e mamy natychmiast wyjechac´ do Berlina, ska?d o szo´stej wieczorem tegoz˙ dnia odjez˙dz˙amy pocia?giem odchodza?cym do Warszawy. Gdy, zdziwieni, ogla?dalis´my cywilny ubio´r oficero´w, powiedzieli nam oni z zaz˙enowaniem, z˙e rewolucja wybuchła w Magdeburgu i z˙e wyjedziemy autami, nie jako wojskowi, ale jako zwykli s´miertelnicy. Przepraszaja?c, prosili nas bardzo, bys´my nie zabierali z˙adnych swoich rzeczy z soba?, gdyz˙ obawiaja? sie?, z˙e moz˙e to zwro´cic´ uwage? manifestanto´w chodza?cych po ulicach. Nie wiem, co bym był wo´wczas postanowił, gdyby w tym os´wiadczeniu oficero´w nie było obietnicy, z˙e juz˙ o szo´stej wieczorem be?de? siedział w pocia?gu, wioza?cym mnie do Warszawy. Pod wpływem tej nadziei zdecydowalis´my sie? z Sosnkowskim szybko. On wzia?ł mały neseserek, ja wyszedłem z twierdzy magdeburskiej zawina?wszy w papier najkonieczniejsze tylko przybory toaletowe. Wyznam, z˙e wtedy nie mys´lałem wcale ani o re?kopisie, ani o jakichkolwiek rzeczach, kto´re pozostawiłem w „Sommeroffiziersarreststube".

Gdys´my po przejs´ciu, niby spacerkiem, niedaleko mostu na Elbie przystane?li, zajechały dwa auta, kto´re za chwile? w szybkim pe?dzie unosiły nas ze zrewoltowanego miasta.

Re?kopis otrzymałem wzgle?dnie bardzo niedawno do swoich ra?k, gdyz˙ przy zwrocie rzeczy magdeburskich został on, widocznie przez omyłke?, odesłany gen. Sosnkowskiemu, wraz z jego papierami i rzeczami. I teraz dopiero odnowiłem swoje wspomnienia magdeburskie, przegla?daja?c swoja? wie?zienna? pro´ba? zilustrowania samym soba? pracy dowodzenia na wojnie.

Sulejo´wek, dnia 7 lutego 1925 r.


Nowy Korczyn — Opatowiec

Pierwsze boje, pierwsze zetknie?cia z wojna?! Nie wiem, jak dla kogo, ale dla mnie było w tym tak duz˙o rozrzewniaja?cej poezji, jak w młodzien´czej pierwszej miłos´ci, w pierwszych pocałunkach. Lecz tych najwczes´niejszych moich zetknie?c´ sie? z wojna? nie porusze?. Na razie to zanadto mnie boli. Było tam zbyt duz˙o momento´w niewojennych, a zarazem zbyt duz˙o zetknie?c´ z brutalna? prawda? niemocy i jakiejs´ niewolniczos´ci własnego społeczen´stwa, kto´re uparcie wolało odepchna?c´ od siebie wszelka? mys´l o samodzielnej, sobie tylko podwładnej pracy i szukało zawsze starannie uległos´ci i posłuszen´stwa obcym.

Pewnych jednak polityczno-wojskowych momento´w dotkna?c´ musze?, bo bez nich niezrozumiałymi byłyby moje decyzje.

Brałem w nich pod uwage? specjalne połoz˙enie strzelca ws´ro´d innych wojsk, połoz˙enie jego jako z˙ołnierza, bez wzgle?du na jakiekolwiek polityczne motywy. Z go´ry przypus´cic´ nalez˙ało, z˙e stosunek do nas, jako do formacji ochotniczej o charakterze milicyjnym, be?dzie polegał ze strony wojsk austriackich i niemieckich, armii stałych o wiekowych tradycjach, na głe?bokim niezaufaniu do naszej wartos´ci z˙ołnierskiej. Do tego byłem przygotowany i, znaja?c dobrze wygo´rowana? ambicje? strzelco´w, bałem sie? ogromnie, bym pierwszymi niepowodzeniami tej ich ambicji nie tylko nie uraził, ale gorzej jeszcze — nie zabił w nich wiary w siebie jako z˙ołnierzy. A niepowodzenia moz˙na miec´ było łatwo przy ogromnie niskim stanie naszego technicznego uzbrojenia i wyekwipowania. Przeciez˙ bylis´my zrazu uzbrojeni w przestarzałe, nierepetierowe karabiny Werndla, poza tym nie mielis´my karabino´w maszynowych i artylerii, nie posiadalis´my prawie telefono´w, kuchni polowych. Brakowało ładownic, i wie?kszos´c´ z˙ołnierzy w kieszeniach nosiła ładunki, kto´re łatwo moz˙na było zgubic´. Ten brak nabojo´w mo´gł w kaz˙dej krytycznej chwili zmieniac´ karabin w jaka?s´ gruba? i niezre?czna? maczuge?. Wreszcie wewne?trzne nie ułoz˙one stosunki, tak jak w kaz˙dej nowej formacji, sprawiały, z˙e kaz˙dy z poszczego´lnych dowo´dco´w zuz˙ywac´ musiał mno´stwo czasu na uporza?dkowanie drobiazgo´w z˙yciowych, na ułoz˙enie jakiegos´ wewne?trznego modus vivendi pomie?dzy ludz´mi. Sam musiałem cia?gle załatwiac´ mno´stwo codziennych spraw, wynikaja?cych z tarcia całej maszyny wojskowej, spraw o charakterze osobistym. Kwestie starszen´stwa pomie?dzy oficerami, kwestie rozgraniczen´ kompetencji — były tym piekłem po prostu, w kto´rym z˙yłem na pocza?tku wojny. Musiałem bronic´ wojska nie tylko od zewne?trznych upokorzen´, ale i od wewne?trznego upokorzenia, kto´re musiałoby sie? zrodzic´ z poczucia swej niz˙szos´ci w stosunku do otoczenia, z niezdolnos´ci wykonania wzie?tych na siebie zadan´.

Odczuwałem dokładnie, z˙e u wszystkich z˙ołnierzy w głe?bi duszy jest bojaz´n´ przed szalonym przedsie?wzie?ciem, przed egzaminem, kto´ry jako z˙ołnierze złoz˙yc´ be?dziemy musieli zaro´wno przed otoczeniem, jak i przed samym soba?.

Na szcze?s´cie w pocza?tkach nie mielis´my jeszcze tej choroby, kto´ra w Legionach rozwielmoz˙niła sie? dopiero po´z´niej: protekcjonizmu dla „dekowniko´w" wszelkiego rodzaju. Ten pasoz˙yt przyszedł potem, gdy sztucznie skonstruowana polityczna komenda Legiono´w pocze?ła szukac´ oparcia w wojsku, płodza?c oficero´w i rozdawaja?c awanse swoim stronnikom bez z˙adnego wzgle?du na ich wartos´c´ z˙ołnierska?. Nie mo´wia?c juz˙ o całej „politycznej" (czytaj policyjnej) słuz˙bie tyłowej pana Sikorskiego. Trzeba przyznac´, z˙e za łaskawym przyzwoleniem szanownej Komendy Legiono´w rozmaici dziennikarze, malarze, ro´z˙nego rodzaju politycy znajdowali w wojsku ciepły ka?cik, no i oficerskie gwiazdki. Przeciez˙ jest publiczna? tajemnica?, z˙e gdy Legiony stały sie? modnymi, były one zarazem sposobem „dekowania sie?" od słuz˙by w wojsku austriackim, a gdy sie? słuz˙yło politycznie Komendzie Legiono´w, to za jej protekcja? moz˙na sie? było ochronic´ i od słuz˙by wojskowej w ogo´le. Zjawisko to nazywam brutalnie „zawszeniem" wojska. Kaz˙dy z˙ołnierz wsze?dzie jest naraz˙ony na to, z˙e do jego sławy, a kosztem jego niedoli, przyczepia sie? pasoz˙yt „tyłowy". Powiedziałbym, z˙e miara? „moralnos´ci" danego narodu i jego wojska jest ilos´c´ i jakos´c´ słuz˙by tyło´w. Im mniej tych tyłowco´w i im mniej wioda? z˙ycie pasoz˙yto´w, tym naro´d i wojsko sa? zdrowsze, tym morale jest wyz˙sze. Oto´z˙ trzeba przyznac´, z˙e Komenda Legiono´w wraz z NKN zawszyła wojsko polskie nadzwyczaj skutecznie. Przez pewien czas obawiałem sie?, z˙e ilos´c´ oficero´w „tyłowych" i politycznych obron´co´w Komendy Legiono´w przewyz˙szy liczbe? z˙ołnierzy frontowych. Jest to chyba ideał pasoz˙ytniczy. Z tym zjawiskiem jednak, powtarzam, mielis´my do czynienia dopiero po´z´niej.

Gdym rozwaz˙ał nasz stan uzbrojenia, gdym rozmys´lał o egzaminie, kto´ry mielis´my złoz˙yc´ — a egzaminem dla z˙ołnierzy zawsze jest bo´j — mo´wiłem sobie stale: „Ostroz˙nie, ostroz˙nie, jeszcze raz ostroz˙nie z ogniem. Nie ba?dz´ dzieckiem i nie puszczaj cugli swojej fantazji!" Lecz wszystko, co było we mnie charakterem, wola?, duma? i ambicja?, burzyło sie? zawsze przeciwko takim kunktatorskim, „rozsa?dnym" mys´lom. Zreszta?, zdaniem moim, nie było wyjs´cia. Is´c´ na egzamin bojowy było, nie przecze?, przedsie?wzie?ciem nadzwyczaj niebezpiecznym, ale tylko ryzykuja?c to, ryzykuja?c duz˙o, moz˙na było wygrac´ to, co przede wszystkim wygrac´ nalez˙ało: zaufanie do siebie i szacunek z˙ołnierski u otoczenia. Tak tez˙ i z pocza?tku poste?powałem: stawiałem zawsze bardzo duz˙o na karte?. Marsz na Kielce, zdaniem moim, nalez˙ał do najs´mielszych akcji wojennych. Do takich s´miałych pro´b zdania egzaminu nalez˙a? ro´wniez˙ kilkudniowe boje pod Nowym Korczynem i Opatowcem, boje pamie?tne pewno dla wszystkich z˙ołnierzy, kto´rzy byli pod moja? komenda?. Po innych cie?z˙kich bitwach, kto´res´my w cia?gu wojny przebyli juz˙ jako starzy, zcyniczniali z˙ołnierze, wydaja? sie? boje nasze nad Wisła? fraszka? i zabawka? dziecinna?. S´miem jednak twierdzic´, z˙e wydaja? mi sie? one, gdy o nich wspominam, s´mielszymi niz˙ inne, bo były pierwszymi, toczonymi w warunkach technicznie cie?z˙kich, a moralnie trudnych, zwłaszcza wobec o´wczesnej przegranej wojsk austriackich.

W Kielcach odbywała sie? cie?z˙ka, trudna praca organizacyjna. Strzelec ze Zwia?zko´w i Druz˙yn Strzeleckich, zatem na trzy czwarte cywil, przerabiał sie? na z˙ołnierza. Obok tego szła praca zagospodarowania oddziału. Wie?c zakładalis´my warsztaty wszelkiego rodzaju, formowalis´my tabory itd. Poza tym dokonywałem w Kielcach, jako pierwszym wie?kszym mies´cie Kro´lestwa, pro´by politycznego zwia?zania ludnos´ci z nami. Kielce, jednym słowem, były baza? strzelecka?, skoro Krako´w, niestety, nia? w owe czasy prawie nie był. Stamta?d przyszli ludzie, no i pierwsza licha bron´ — reszta musiała byc´ stworzona własnymi siłami.

Wobec tego nic dziwnego, z˙e Kielce miały dla mnie pierwszorze?dne znaczenie wojenne, tak jak kaz˙da podstawa wojny dla wojska. A tymczasem juz˙ po tygodniu spokojnego naszego pobytu w Kielcach miasto stało sie? pełne dziwnych pogłosek, alarmuja?cych wszystko co z˙yło. Opowiadano wie?c o dziesia?tkach tysie?cy jazdy rosyjskiej, kto´ra idzie z Warszawy na Kielce i Krako´w. Wymieniano nawet generała Miszczenke? jako wodza masy kawalerii wyrzuconej przez Rosjan na lewy brzeg Wisły z kierunkiem marszu na Krako´w, no i naturalnie z rozkazem zniszczenia przede wszystkim Kielc, a w Kielcach specjalnie mnie i moich strzelco´w. Te alarmuja?ce pogłoski niepokoiły nie tylko nas, lecz i niewielka? załoge? austriacka? i niemiecka?, kto´ra stała w Kielcach. Wies´ci te dochodziły do Krakowa, ska?d zaro´wno władze wojskowe jak i politycy od opieki nad Legionami raz po raz zapytywali Kielce, czy aby te alarmy nie sa? prawdziwe. Do mnie wpadał cia?gle z tymi niepokoja?cymi wiadomos´ciami podpułkownik pruski dowodza?cy załoga? niemiecka?. Był to ska?dina?d bardzo porza?dny człowiek i z˙ołnierz — nazwisko jego wyszło mi z pamie?ci, słyszałem, z˙e jakoby poległ potem pod Warszawa. Powiedziałem mu, z˙e biore? na siebie odpowiedzialnos´c´ za bezpieczen´stwo kieleckiego garnizonu i re?cze?, z˙e niespodzianie napadnie?ci nie be?dziemy.

Wielka? jest zaiste zasługa? Beliny i mego biura wywiadowczego, złoz˙onego prawie wyła?cznie z kobiet, z˙e mogłem wo´wczas posiadac´ dane o nieprzyjacielu. Opasałem wywiadami szerokie po´łkole dokoła Kielc, tak z˙e istotnie byłem spokojny. Belina dokazywał po prostu cudo´w. Biedni ułani! Na siodłach zdatnych do spacero´w, nie wytrenowani do dłuz˙szych marszo´w zajez˙dz˙ali konie, siedzenia zbijali na kotlety; uzbrojeni w długie, niezdatne do konnej słuz˙by karabiny, do krwi rozdzierali sobie plecy, a jednak wytrwale odbywali patrolowanie, robia?c niekiedy po 60—80 kilometro´w dziennie w ro´z˙nych kierunkach. Jeszcze bardziej ofiarnie pełniły słuz˙be? kobiety. Na furmankach tłukły sie? one samotnie po wszystkich drogach, zataczaja?c kre?gi znacznie obszerniejsze niz˙ jazda, bo sie?gaja?ce do Warszawy, Piotrkowa i De?blina. Na podstawie moich danych uspokajałem mego Niemca. Na razie nie było sie? czego obawiac´. Nad Pilica?, na po´łnocy, jeden pułk dragono´w starał sie? dowies´c´, z˙e jest nie pułkiem, a co najmniej korpusem jazdy. Kawaleria rosyjska była wprawdzie szeroko rozrzucona? nad Pilica?, robiła wywiady na południe i wscho´d, ale wywiad mo´j napotykał cia?gle jeden tylko i ten sam pułk.

Sam wie?c byłem spokojny, ale uspokoic´ swego otoczenia nie mogłem. Te głupie pogłoski o masach kawalerii robiły swoje. Przypuszczam, z˙e były rozmys´lnie puszczane, a z˙e ludnos´c´ składała sie? z Z˙ydo´w i Polako´w — nacji wype?dzaja?cych bardzo starannie z głowy wszystko, co pachnie wojna?, a zatem ludzi niezwykle łatwowiernych i poddaja?cych sie? strachowi — wie?c nerwowy stan otoczenia udzielał sie? niewielkiej załodze Kielc. Ba, sie?gał dalej az˙ do bram Krakowa. Lecz wkro´tce sytuacja zacze?ła sie? pogarszac´. Austriacy przegrali walne bitwy pod Lwowem. Armia Dankla i grupa Kummera zostały w cze?s´ci rozbite, w cze?s´ci zmuszone do szybkiego odwrotu z Lubelszczyzny. Teraz zaczynało byc´ istotnie ciepło. Na naszym lewym brzegu Wisły pierwsze dane o pogorszeniu sytuacji otrzymałem od swych wywiadowczyn´ az˙ spod Radomia, gdzie operował generał Nowikow. Było to jeszcze daleko od nas, ale jednak zaczynało wzbudzac´ istotny niepoko´j.

Miałem wo´wczas zamiar przyja?c´ pierwsza? bitwe? pod Kielcami. Liczyłem, z˙e be?de? miał przed soba? kawalerie? rosyjska?, a ta, po moich dos´wiadczeniach z pochodu na Kielce, nie wzbudzała we mnie szacunku. Szło mi zas´ o to, aby nawet w wypadku, gdybym miał opus´cic´ Kielce, nie pozostawic´ po sobie wraz˙enia, z˙e jestes´my jakby dalszym cia?giem „uciekiniero´w" z 63 roku. Cofna?c´ sie? moz˙emy, lecz wtedy, gdy pierwsza? obrona? wykaz˙emy, z˙e bic´ sie? potrafimy, a przy cofaniu sie? umiemy nalez˙ycie ze?by pokazac´. Tam wie?c, koło Kielc, wybierałem sobie plac pierwszej wie?kszej bitwy. Nie sa?dzonym jednak mi było miec´ boju pod tym miastem. Moz˙e byc´, z˙e sie? stało i dobrze, gdyz˙ Kielce same unikne?ły cie?z˙kiej kary i zemsty. Dota?d jednak z˙al mi, z˙em nie zatrzymał sie? przy swojej pierwszej decyzji i uległ okolicznos´ciom. Okolicznos´ci zas´ były naste?puja?ce.

Pewnego dnia przyszedł do mnie podpułkownik pruski z depesza?, z˙e wojsko niemieckie nazajutrz wychodzi z Kielc, my zas´ be?dziemy odwiezieni koleja? do Krakowa, czy pod Krako´w, prosi wie?c, abym sie? do tego wyjazdu przygotował. Os´wiadczyłem mu, z˙e moz˙e on wychodzic´ z Kielc, doka?d mu sie? podoba, ja zas´ zostane? w mies´cie, dopo´ki nieprzyjaciel nie zmusi mnie do cofnie?cia sie? z niego. Nazajutrz rano zawiadomił mnie, z˙e rozkaz wymarszu cofnie?to i z˙e zostaje na razie i on, prosi jednak, abym wzmocnił swoje wywiady, bo on ze swymi landszturmami, złoz˙onymi z ludzi w dosyc´ podz˙yłym wieku, nie jest w stanie prowadzic´ na szeroka? skale? wywiado´w dokoła miasta.

Przez dwa dni był spoko´j, lecz wieczorem dosyc´ po´z´nym dnia drugiego przyszedł do mnie znowu komendant pruski ze swym adiutantem, przynosza?c mi tym razem i depesze? do mnie z Krakowa, od Komendy Legiono´w. Telegram brzmiał, z˙e mam razem z Prusakami i Austriakami wymaszerowac´ nazajutrz rano z Kielc w kierunku Staszowa, rekruto´w zas´ mam odesłac´ nazajutrz, rannym pocia?giem, do Krakowa. Podpułkownik pruski dodał, z˙e to nie jest cofanie sie?, lecz odwrotnie: idziemy w kierunku nieprzyjaciela, kto´ry sie? ukazał koło Staszowa, liczy wie?c, z˙e nie zechce? odmo´wic´ mu pomocy. Cie?z˙ko mi było istotnie odmawiac´ w tym wypadku. Przed dwoma dniami mowa była jedynie o cofaniu sie? do Krakowa, teraz o marszu w kierunku nieprzyjaciela. Odpowiedziałem, z˙e sie? namys´le?, i umo´wiłem sie?, z˙e jez˙eli po´jdziemy razem, to wymarsz nasta?pi raniutko, o s´wicie, ze zbio´rka? u rozdwojenia szosy krakowskiej i chmielnickiej. Po jego odejs´ciu spe?dziłem bardzo przykra? godzine?, namys´laja?c sie?, co mam uczynic´.

Dobrze było mo´wic´ kaz˙demu Austriakowi czy Prusakowi, z˙e wychodzi z Kielc za kilka godzin. Z˙aden z nich niczym nie był z miastem zwia?zany, kaz˙dy otrzymywał wszystko, co mu potrzeba, czy z Berlina, czy z Wiednia. Było im zupełnie oboje?tnym, czy to, co wyciskaja? z miejscowej ludnos´ci, biora? z Kielc czy z innego miasta. Z˙aden z nich ro´wniez˙ uczuciowo nie miał nic wspo´lnego z miastem. Dla mnie była to operacja i trudna, i bolesna. Trudna dlatego, z˙e w Kielcach załoz˙one zostały wszelkie warsztaty: krawieckie, szewskie, rymarskie, tu pod wzgle?dem wyekwipowania była moja baza, juz˙ do pewnego stopnia zorganizowana, i rozstac´ sie? z nia? było niełatwo bez zmarnowania włoz˙onej pracy i materiału. Tu tez˙ rozpocze?ła sie? wcale niez´le praca organizowania nowych formacji wojskowych. Wreszcie wzgle?dnie wielka ilos´c´ oso´b w Kielcach zaangaz˙owała sie? w stosunki z nami. Opus´cic´ ich bez pomocy znaczyło wydac´ ich na zemste? nieprzyjaciela. Nie mogłem przecie miec´ takiego stosunku do pracy jak komendant Legiono´w, kto´ry, dowiedziawszy sie? od stoja?cego na warcie z˙ołnierza, ze jest moim rekrutem z Je?drzejowa, pogroził mu palcem, dodaja?c: „Poczekaj, poczekaj! Przyjda? Moskale, to cie? powiesza?!" Zostac´ jednak w Kielcach było bardzo trudno, powiedziałbym wie?cej — było niemoz˙liwe. Pod wzgle?dem technicznym bylis´my bardzo s´mieszna? organizacja? jak na rok 1914. Jez˙eli w pierwszej chwili zgodziłem sie? na pro´be? wymarszu z werndlami, to teraz odczuwałem wyraz´nie, z˙e jestem w celach bardzo dziwacznych jak gdyby szantaz˙owany przezbrojeniem nas w normalna? bron´ repetierowa?. Szło o poddanie sie? komus´ bez zastrzez˙en´. Lecz gdy rozwaz˙ałem pytanie, komu włas´ciwie mam byc´ poddany, nie mogłem znalez´c´ odpowiedzi dla samego siebie. Nie mogłem zdac´ sobie z tego sprawy, gdyz˙ szantaz˙ prowadzony był z dwo´ch, z˙e tak powiem, stron: ze strony NKN — czyli organizacji polskiej, i ze strony austriackich oficero´w Sztabu, spomie?dzy kto´rych kaz˙dy mo´wił co innego. Jeden udawał patriote? polskiego, chca?cego razem ze mna? konspirowac´ przeciw Austriakom, tak z˙e wydawał mi sie? agentem-prowokatorem, drugi ze wzruszeniem ramion mo´wił o wszelkich pro´bach NKN, trzeci z˙a?dał po prostu poddania sie? NKN, groz˙a?c rozbrojeniem nawet z werndlo´w itd. Wygla?dało mi to tak, z˙e z jednej strony lekcewaz˙ono nas zupełnie — na co byłem w pierwszych chwilach wojny przygotowany — z drugiej zas´ strony szukano zrobienia jakiegos´ niezrozumiałego dla mnie geszeftu czy kariery kosztem naszym i naszej sko´ry. Nieraz zastanawiałem sie?, czy ro´z˙ni panowie z NKN i oficerowie Sztabu, z kto´rymi miałem do czynienia, odpowiadali przed jaka?s´ władza? przełoz˙ona? za swoje poste?powanie w stosunku do nas. W kaz˙dym razie pewnikiem dla mnie było, z˙e jes´li ich obietnice i szantaz˙e sa? czynione dla jednego i tego samego celu, to niedostatecznie sie? umo´wiono przedtem, nim rozpocze?to rozmowe? ze mna?. Przez cały o´w czas miałem wraz˙enie, z˙e mam do czynienia raczej z jakims´ osobistym interesem tych wszystkich pano´w, kto´rzy nie czuli sie? zobowia?zani do mo´wienia prawdy swojej władzy. Jakims´ niewyraz´nym na razie celem, o ile zrozumiec´ mogłem wtedy, była che?c´ odebrania mnie i moim strzelcom moz˙liwie duz˙o z tej samodzielnos´ci, kto´ra? dawała mi pierwsza umowa z Austria?. Chciano narzucic´ nam zewne?trzne cechy austriackie, poddac´ nas rozkazom nieledwie pierwszego lepszego drobnego oficera czy nawet agenta szpiegowskiego. Gło´wnym momentem szantaz˙u było uzbrojenie, tym pro´bowano stale wydobyc´ ze mnie zgode? na coraz nowe, co z cze?s´cia? jazdy i z dwoma batalionami piechoty zostane? jeszcze po´ł dnia w Kielcach. Przez ten czas ewakuuje? Kielce z wszystkiego, co zostac´ tam nie moz˙e, i z tego, co mogłoby pas´c´ ofiara? zemsty nieprzyjaciela. Potem pomaszeruje? ro´wniez˙ ku Wis´le, stanowia?c, z˙e tak powiem, straz˙ tylna?. Ta straz˙ tylna, wbrew wszelkim zasadom, miała byc´ przecia?z˙ona do niemoz˙liwos´ci mno´stwem taboro´w wszelkiego rodzaju.

Decyzja ta duz˙o mnie kosztowała. Tak było cie?z˙ko rozstawac´ sie? z praca?, kto´ra i ładnie juz˙ tu sie? rozpoczynała, i była jedyna? nadzieja? na samodzielna? przyszłos´c´ wojskowa?. Galicja była jedynie odskocznia?, egzamin trzeba było złoz˙yc´ nie gdzie indziej jak w Kro´lestwie. Ale trudno — decyzja została powzie?ta i tejz˙e nocy zostały wydane odpowiednie rozkazy. Niekto´re oddziały, rozesłane na wywiady i ochrone?, trzeba było s´cia?gac´ az˙ spod Kon´skich.

O s´wicie wie?kszos´c´ mego oddziału z Sosnkowskim odmaszerowała w strone? Chmielnika. Całe przedpołudnie byłem zaje?ty bolesna? operacja? ewakuacji Kielc. Na szcze?s´cie, pocia?g ewakuacyjny istotnie przyszedł, moz˙na wie?c było duz˙a? cze?s´c´ wyprawic´ koleja?, inaczej moja ariergarda wygla?dałaby raczej na jaka?s´ cze?s´c´ we?dro´wki narodo´w niz˙ na wojsko. Dowo´dca pocia?gu prosił, bym nie wymaszerowywał z miasta, dopo´ki pocia?g nie odjedzie. Pros´ba była zupełnie naturalna. W Kielcach pro´cz moich dwo´ch bataliono´w i garstki beliniako´w nie było juz˙ wojska, a pogłoski, coraz bardziej alarmuja?ce, przychodziły raz po raz. Sam otrzymałem pewna? wiadomos´c´, z˙e kawaleria rosyjska zbliz˙a sie? od strony Radomia i Kon´skich. Jeszcze chwile? walczyłem z soba?, czy nie doczekac´ chociaz˙by pierwszych patroli i ostrzelac´ plac pod Kielcami. Nie! Odrzuciłem raz jeszcze te? najprzyjemniejsza? dla mnie decyzje?. A tymczasem z˙egnałem sie? z Kielcami, z pałacem byłym biskupim, ogrodem, powiem wprost: z najpie?kniejsza? i najserdeczniej kochana? praca?, i... czego jeszcze nie wiedziałem — z najmilszym, bo najsamodzielniejszym, okresem wojny. Pocia?g nie odchodził o zamierzonym czasie, chwile poz˙egnania przecia?gały sie?. Dopiero pod wieczo´r tabor i oddział s´cia?gna?ł sie? na droge? do Chmielnika. Zdecydowałem zanocowac´ w Morawicy. Nieprzyjaciela pod Kielcami jeszcze nie było.

Marsz nasz był łatwy, kro´tki i, przy wieczornym chłodzie, nie nuz˙a?cy. Dokuczał troche? kurz. Gdym jechał konno gdzies´ na kon´cu kolumny, zastanawiałem sie?, jak to na wojnie inaczej sie? marsze odbywaja? niz˙ na szkolnych c´wiczeniach. Szlis´my marszem niby ubezpieczonym. Strzec musiałem specjalnie swej lewej flanki, ska?d oczekiwałem nieprzyjaciela. Szczego´lnie zabawnie wygla?dało to ubezpieczenie, gdys´my weszli w korytarz maja?cy po obu stronach duz˙e parcele les´ne, oddalone od drogi o jakie pie?c´set—osiemset kroko´w. Wobec duz˙ego taboru kolumna nasza marszowa była niezmiernie długa?, cia?gne?ła sie? co najmniej po´łtora, jes´li nie całe dwa kilometry. Gdybym chciał byc´ tak ostroz˙nym, jak to nakazuja? szkolne regulaminy, nie doszedłbym po prostu dnia tego do Morawicy i zame?czyłbym wojsko patrolowaniem tak trudnego do przejrzenia terenu. Ograniczyłem sie? zas´ do wysłania na lewo, poza las, paru konnych patroli, reszta maszerowała spokojnie kolumna? po drodze. Pro´bowałem ustanowic´ jakis´ zwia?zek pomie?dzy kolumna? a boczna? osłona?, ale ani razu nie udało mi sie? tego zrobic´. Przestrzen´ wobec laso´w była bardzo duz˙a, a ludzi uz˙ytych do osłony bardzo mało. Maszerowało sie? zatem raczej pod osłona? boska? niz˙ przy istotnym ubezpieczeniu wojskowym.

W Morawicy miałem bardzo miły nocleg we dworze. Niespodziewanie spotkałem tam pania? M. z dziec´mi, z˙one? jednego z moich przyjacio´ł, u kto´rego dziesia?tki razy nocowałem w Kijowie podczas swoich nielegalnych we?dro´wek po pan´stwie cara. Dzieci, z˙e tak powiem, rosły w moich oczach. Miałem bardzo przyjemna? chwile?. Tamz˙e w nocy otrzymałem raport od Sosnkowskiego, kto´ry mi donosił o nadzwyczajnie ucia?z˙liwym marszu do Lisowa, gdzie stane?li na noc. Wyznaczono im, naturalnie, biwak w polu, gdy uprzywilejowani, to znaczy Austriacy i Niemcy, zaje?li kwatery we wsi. Nazajutrz ro´wnie gwałtownym marszem miano podsuna?c´ sie? pod Staszo´w. Poz˙ałowałem, z˙em nie zostawił przy sobie jeszcze jednego batalionu — mieliby chłopcy daleko lepszy wypoczynek. Niestety, musiałem wyznaczyc´ na naste?pny dzien´ marsz ro´wnie gwałtowny, az˙eby zbliz˙yc´ sie? do maszeruja?cego przede mna? oddziału, kto´ry mo´gł juz˙ zgodnie z tym, co mi mo´wił pruski podpułkownik, wejs´c´ pod Staszowem w prawdopodobny kontakt z nieprzyjacielem. Nakazałem wie?c wymarsz bardzo wczesny. Wiedziałem, z˙e nie be?dzie on łatwy. Nie mielis´my kuchen polowych, kto´re zawczasu przygotowałyby s´niadanie dla ludzi, a w drodze podczas marszu na to, by zjes´c´ obiad, musielis´my znowu sobie radzic´ gotuja?c po chatach, co zabierało i duz˙o czasu, i wymagało pracy wielu ludzi. Nie było jednak rady, wie?c rozkazy wydałem ostre, nakazuja?c absolutna? punktualnos´c´.

Marsz istotnie był bardzo cie?z˙ki. Jeszcze na razie o porannym chłodzie szło sie? bardzo raz´nie. W Lisowie zastałem wie?ksza? cze?s´c´ taboru Sosnkowskiego, kto´ra jeszcze nie odmaszerowała. Była to gars´c´ chorych i słabych, dla kto´rych doktor szukał furmanek. Tu opowiedziano mi zabawna? scene? podczas nocy na biwaku pod Lisowem. Strzelcy rozpalili ognie i, zebrawszy sie? koło ognisk, rozpocze?li cho´ralny s´piew. Wywołało to niepoko´j u nocuja?cych w chatach Austriako´w i Niemco´w. Przybiegł jakis´ oficer z poleceniem, by zgaszono ognie i zaprzestano s´piewu; lasy sa? jakoby pełne kozako´w i ten hałas goto´w ich s´cia?gna?c´ do Lisowa. Sosnkowski oburzony odpowiedział, z˙e noc jest chłodna, jemu nie wyznaczono ani jednej chaty, wie?c musi pozwolic´ palic´ ognie, a co do tego, z˙e „die Stschelzen singen", co ma sprowadzic´ kozako´w, to i on, i strzelcy bardzo by sie? ucieszyli, gdyby istotnie przyszli kozacy, mieliby przyzwoity bo´j, a nie spe?dzanie bezsennej nocy pod gołym niebem i zazdroszczenie kolegom ich noclegu w ciepłych chatach. Pozostawiono biednym strzelcom wobec tego swobode? palenia ognisk i s´piewania. Odta?d przez dłuz˙szy czas przysłowiem było w całym moim oddziale okres´lenie ,,die Stschelzen singen".

Z tego opowiadania wywnioskowałem, z˙e jednak cia?głe gawe?dy o niezliczonym mrowiu kozako´w ukrytych po lasach robia? swoje: czynia? ludzi nerwowymi. W tym samym Lisowie i mnie opowiadano przy szklance herbaty, kto´ra? tam zda?z˙yłem przełkna?c´, o tych kozakach kre?ca?cych sie? w lasach okolicznych. Nie zwro´ciłem na to uwagi i nie zwie?kszyłem osłony swego marszu. Cos´ niecos´ w tych opowiadaniach było jednak prawdy, bo gdym wyszedł z laso´w lisowskich na otwarte pola pod Chmielnikiem, to na prawo na wzgo´rzach ukazywali sie? konni, jada?cy w kierunku juz˙ od Chmielnika. Ale byli to poszczego´lni jez´dz´cy, kto´rzy, rzecz prosta, nie odwaz˙yliby sie? zaczepic´ kolumny. Nie spostrzegłem nawet jakiegos´ zdenerwowania u chłopco´w, sam zas´ spokojnie zatrzymałem cały oddział w Chmielniku na dłuz˙szy odpoczynek obiadowy. Nie moge? jednak nie przyznac´, z˙e sam byłem troche? niespokojny. Gdym przeszedł przez rynek, zawalony po prostu wozami tak, iz˙ przecisna?c´ sie? było trudno, gdym zobaczył swoich chłopco´w łaz˙a?cych po miasteczku w poszukiwaniu prowianto´w, papieroso´w i tym podobnych rzeczy, pomys´lałem, z˙e jeden szwadron, maja?cy odwage? rzucenia sie? w ciasne uliczki miasteczka, narobiłby tu szalonego bigosu. Placo´wki dookoła były wystawione, ale chłopcy uzbrojeni w werndle z trudnos´cia? zatrzymaliby s´miało ida?ca? naprzo´d jazde?.

Nieraz podczas wojny miałem do czynienia z podobnymi przypuszczeniami co do działan´ nieprzyjaciela. Nigdy włas´ciwie człowiek na wojnie nie jest zupełnie pewny, zawsze sa? moz˙liwos´ci dla nieprzyjaciela szkodzenia i zrobienia jakiejs´ mniejszej lub wie?kszej przykros´ci. Zawsze w takich wypadkach przychodza? do głowy ro´z˙ne s´rodki zapobiegawcze i zawsze odbywałem z soba? kro´tka? walke? z powodu mys´li o tym zapobieganiu. Kaz˙dy taki s´rodek opłacic´ trzeba przeciez˙ mniejsza? czy wie?ksza? praca? i wydatkiem nerwowym z˙ołnierza. Widziałem podczas wojny tak cze?sto brak oszcze?dnos´ci pod tym wzgle?dem i lekkomys´lne marnowanie pracy i nerwo´w z˙ołnierskich dla spokoju pana dowo´dcy. Dlatego doprawdy rad jestem, z˙em od pocza?tku wojny zawsze wychodził zwycie?sko z walk z ta? pokusa? zapobiegania wszystkim moz˙liwym niespodziankom. Rozstrzygałem prawie zawsze na korzys´c´ nerwo´w z˙ołnierza, na niekorzys´c´ swoich własnych. Brałem niepoko´j na siebie i wolałem przez˙yc´ kilka chwil przykrych i denerwuja?cych niz˙ zrzucic´ z siebie brzemie? tego niepokoju kosztem odpoczynku i spokoju moich z˙ołnierzy. Po´z´niej, gdy byłem juz˙ pewien i siebie, i swoich oficero´w, i z˙ołnierzy, z˙e damy sobie rade?, byłem w takich chwilach o wiele spokojniejszy i nie kosztowały one mnie tak duz˙o, ale na pocza?tku wojny, gdy tej pewnos´ci nie miałem jeszcze, nieraz odbywałem z soba? cie?z˙ka? i przykra? walke?. Zewne?trznie wyraz˙ało sie? to zawsze w zwie?kszonej ilos´ci wypalonych papieroso´w i zacie?tym milczeniu.

W Lisowie posta?piłem zgodnie z moja? metoda?. Upewniłem sie? tylko, czy placo´wki istotnie rozstawione, kazałem zmniejszyc´, o ile moz˙nos´ci, ilos´c´ z˙ołnierzy wło´cza?cych sie? za zakupami w miasteczku i poszedłem na herbate?.

Z Chmielnika ruszylis´my w kierunku Staszowa. Droga zrobiła sie? znacznie cie?z˙sza. Przedtem maszerowalis´my szosa?, teraz wpadlis´my na droge?, kto´ra moz˙e niegdys´ była szosa?, ale dzis´ była pełna piaszczystych wybojo´w. Upał nie ustawał. Kolumna i wozy szły w obłokach kurzu, kurzu tak ge?stego, z˙e ludzie nikli po prostu w tych tumanach, staja?c sie? coraz bardziej podobnymi do jakichs´ Murzyno´w. Paliło szalone pragnienie, je?zyk przysychał do podniebienia, a suchos´c´ czuło sie? gdzies´ w okolicy z˙oła?dka. Musiałem coraz cze?s´ciej przystawac´, a przy przemarszu przez wsie pozwalac´ na dłuz˙sze odpoczynki dla nabrania wody. Kolumna sie? rozcia?gała i pełzła w tumanach kurzu leniwie i ospale. Zamilkły s´piewy, coraz wie?cej chłopco´w siadało przy drodze dla chwilowego odpoczynku. Z kaz˙dego batalionu kilku oficero´w i lekarz zbierali tych biednych osłabłych chłopako´w, zache?caja?c ich do nabrania siły i pocieszaja?c, z˙e ot tam, za ta? go´rka? lub laskiem, juz˙ koniec marszu i odpoczynek.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.