Moje lata na Downing Street - Margaret Thatcher - ebook
Wydawca: Dream Music Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Moje lata na Downing Street ebook

Margaret Thatcher

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Moje lata na Downing Street - Margaret Thatcher

Pierwsza część autobiografii Margaret Thatcher opisująca okres jej rządów jako premier Wielkiej Brytanii.

Żaden współczesny premier nie próbował zmienić Wielkiej Brytanii i jej miejsca w świecie równie radykalnie jak Margaret Thatcher. W książce „Moje lata na Downing Street” Żelazna Dama odtwarza swój czas u steru władzy, uzasadnia własne przekonania i zdradza metody, jakimi starała się wcielić je w życie.

Brutalnie szczera w ocenie współpracowników; frapująca jako niewyczerpane źródło wiedzy o najdramatyczniejszych momentach swoich rządów – wojnie o Falklandy, strajkach górniczych, zamachu w Brighton, aferze Westland czy wreszcie trzech kolejnych zwycięstwach wyborczych. Margaret Thatcher daje w tej książce fascynujące świadectwo determinacji i namiętności przeplatających się w cieniu polityki.

 

"Książka, którą powinien przeczytać każdy, kto jest zainteresowany współczesną polityką"
(Norman Tebbit / Daily Mail)

Odwaga i niezwykła intuicja - bezcenne przymioty; dzięki nim Margaret Thatcher odcisnęła swe piętno na dziejach świata. To samo można powiedzieć o jej książce
"Moje lata na Downing Street". (Bernard Ingham / Daily Express)

Opinie o ebooku Moje lata na Downing Street - Margaret Thatcher

Fragment ebooka Moje lata na Downing Street - Margaret Thatcher










Tytuł oryginału: The Downing Street Years

Redaktor prowadzący: Jaga Miłkowska

Tłumaczenie: Anna Kościukiewicz, Katarzyna Michalska, Joanna Pacuła

Korekta: Bogusława Jędrasik

Originally published in the English language by HarperCollins Publishers Ltd. under the title The Downing Street Years © Margaret Thatcher 2012

Copyright © for Polish edition by Dream Books (A division of Dream Music Ltd.), Warsaw 2012

Skład: LIMA

ISBN: 978-83-934595-4-4 (e-book)

Dream Music Sp. z o.o.
ul. Wspólna 50 lok. 9
00-687 Warszawa
Tel./faks: +48-22-4035713
info@dreammusic.pl
www.dreammusic.pl

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.
virtualo.eu


To jedna z najniezwyklejszych karier politycznych naszych czasów. MARGARET THATCHER jako pierwsza kobieta stanęła na czele wielkiej zachodniej demokracji. Trzy razy pod rząd wygrała wybory powszechne i przez ponad jedenaście lat, od roku 1979 do 1990, sprawowała urząd premiera, ustanawiając tym samym rekord w historii XX wieku.

Fascynującej podróży od prowincjonalnego dzieciństwa w Grantham w hrabstwie Lincoln, gdzie urodziła się w roku 1925, do drzwi przy ulicy Downing Street 10 poświęcona jest jej pierwsza wspomnieniowa książka The Path to Power (Droga do władzy).


Mojemu mężowi i rodzinie,
bez których miłości i zachęty
nigdy nie zostałabym premierem.
Oraz wszystkim bez wyjątku
pracownikom Downing Street i Chequers,
których niewzruszone wsparcie
miało [dla mnie]
życiodajne znaczenie
w tych trudnych latach.


Podziękowania

W pracy nad tą książką pomagało mi bardzo wielu ludzi. Niektórych z nich nie mogę wymienić, gdyż nadal są członkami służby cywilnej, innych wolno mi wspomnieć i chętnie z tej możliwości skorzystam. Jest jednak ktoś szczególny, komu muszę podziękować w specjalny sposób.

Rządowi urzędnicy, którzy przygotowują grunt pod spotkania na szczycie, znani są w politycznym żargonie pod nazwą „Szerpowie”, przez analogię do himalajskich przewodników towarzyszących zdobywcom Mount Everestu. W odniesieniu do mojego przedsięwzięcia, czyli napisania tej książki, funkcję takiego „Szerpy” pełnił Robin Harris. To on penetrował przepaści oficjalnych dokumentów, aby potwierdzić lub prostować moje wspomnienia; on pewnym krokiem przeprowadzał mnie przez śnieżne zadymki na pograniczu faktów i interpretacji; on sprawił, że wyprawa osiągnęła cel możliwie najkrótszą drogą, w uporządkowanym szyku, a nawet z zachowaniem pewnej elegancji. Bez jego porad i pomocy na każdym etapie wejście na szczyt byłoby co najmniej wątpliwe.

Nie wędrowaliśmy jednak sami. Od czasu do czasu doganiał nas na nartach John O’Sullivan, aby wyostrzyć argumenty, skrócić narrację i dodać wspomnieniom dynamiki opowieści. Bez jego udziału napisanie tej książki zajęłoby znacznie więcej czasu, podobnie zresztą jak czytanie.

Innym niezbędnym członkiem ekipy był Chris Collins, nasz aprowizator, czyli researcher – drobiazgowy, niestrudzony, pełen poświęcenia, a do tego jeszcze obdarzony bezcennym obiektywizmem akademickiego historyka. Debbie Fletcher przepisała – a później przepisywała jeszcze wielokrotniestale ewoluujący rękopis z wielką wprawą i niezmąconą pogodą ducha. Tessa Gaisman z właściwą sobie mieszanką dobrego smaku i zdrowego rozsądku przyczyniła się do wyboru fotografii. Carolyn Selman pomogła nam w ułożeniu komunikatów i wycinków prasowych w taki sposób, aby dało się z nich korzystać. Mam ogromny dług wdzięczności wobec wszystkich członków mojej wspomnieniowej ekipy. Nasza wspólna praca była ciężka, ale przyjemna, wymagająca, ale satysfakcjonująca.

A jednym z najprzyjemniejszych aspektów pisania wspomnień jest możliwość powrotu do starych dobrych czasów razem z dobrymi przyjaciółmi. Korzystałam zatem obficie ze wspomnień i refleksji wielu ludzi, którzy w ten czy inny sposób mieli swój udział w przedstawianej tu historii. Cynthia Crawford, sir Charles Powell, sir Alan Walters i John Whittingdale MP zasługują w tym miejscu na szczególną wdzięczność za okazaną mi bezcenną pomoc. W konkretnych sprawach mogłam również liczyć na innych kompetentnych i życzliwych doradców, takich jak: profesor Tim Congdon, Andrew Dunlop, lord Griffiths of Fforestfach, George Guise, Rt. Hon. the Hon. Archie Hamilton MP, sir John Hoskyns, sir Bernard Ingham, dr Sheila Lawlor, John Mills, Rt. Hon. sir Peter Morrison, Ferdinand Mount, Lord Parkinson of Carnforth, Caroline Ryder, Stephen Sherbourne, sir Kenneth Stowe, Lady Wakeham i lord Wolfson of Sunningdale.

Po przejrzeniu na potrzeby tej książki stosu oficjalnych dokumentów mogłam po raz kolejny uznać je za fascynujące, ale i niewystarczające: w istocie rzeczy to właśnie ich niezwykła suchość utwierdziła mnie w zasadności spisania moich wspomnień. Pewne historie trzeba przeżyć, żeby o nich opowiadać. To powiedziawszy, muszę jednak podkreślić, że ja, nigdy nieprowadząca dziennika, byłabym zgubiona bez dokumentów. Mam więc tym większy dług wdzięczności wobec sir Robina Butlera i personelu Cabinet Office [Urzędu Rady Ministrów] za sprawność i uczynność, z jaką udostępnili mi archiwa z okresu mojej administracji.

Moi wydawcy z HarperCollins postępowali, jak przystało na wydawców, zostawiając autorce swobodę, ale dbając o jakość jej pracy i przestrzeganie terminów. Od strony praktycznej Eddie Bell służył mi za niezawodnego i wnikliwego przewodnika, a Stuart Proffitt z pasją wyplewiał z tej książki chwasty żargonu, zawiłości i niejasności. Obydwóm jestem wdzięczna za ich ciężką pracę.

Końcowe słowa podziękowania chciałabym skierować do Juliana Seymoura, który prowadzi moje biuro: bez niego i jego personelu ta opowieść po prostu nie mogłaby powstać.

MARGARET THATCHER

Czerwiec 1993


Wstęp

„Za – 311 głosów. Przeciw – 310”. Zanim jeszcze ogłoszono wyniki, wiedzieliśmy, siedząc w ławach opozycji, że laburzystowski rząd Jima Callaghana stracił poparcie parlamentu i będzie musiał podać się do dymisji.

Kiedy powraca czwórka posłów, aby odczytać ostateczną liczbę głosów zebranych w westybulach, oczy wszystkich kierują się ku przewodniczącemu Izby Gmin. Pilnie wypatrują miejsca, jakie zajmie ta czwórka względem przewodniczącego. Wskaże im ono bowiem partię, która wygrała głosowanie. W tym wypadku dwóch torysów stanęło po lewej ręce przewodniczącego, w miejscu zajmowanym zwykle przez laburzystowskich posłów, czuwających nad dyscypliną swej partii. Na ten widok w ławach konserwatystów rozległy się okrzyki euforii i śmiechy, a galerie dla widzów, pełne wówczas naszych zwolenników, trzęsły się niemal od nieustających, choć nie do końca stosownych, wiwatów. Denis, który śledził ogłaszanie wyniku z opozycyjnej ławy, krzyczał: „Hurra!” i został – całkiem słusznie – upomniany przez straż parlamentarną. Nad całą wrzawą górował tubalny głos Spencera Le Marchanta, znanego z wielkiego upodobania do szampana, posła torysów z okręgu High Peak. Swym potężnym głosem obwieszczał on ostateczny rezultat – pierwszą porażkę rządu brytyjskiego od ponad pięćdziesięciu lat.

Zdawaliśmy sobie sprawę, że wszystko rozstrzygnie się różnicą zaledwie kilku głosów. Jednak w momencie gdy posłowie kolejno wchodzili i wychodzili, trudno było przewidzieć, czyj głos okaże się decydujący. Wypatrywałam więc osób, których obecność mogła przesądzić o wyniku. Laburzyści z kolei wytrwale obstawiali garstkę niezależnych posłów, w nadziei że ich głosy zapewnią im zwycięstwo. Wreszcie okazało się, że rozstrzygający będzie głos pewnego nieuchwytnego Irlandczyka – Franka Maguire’a. Gdy dotarł on do pałacu Westminster, wśród laburzystowskich ministrów zapanowało niezwykłe ożywienie. W izbie aż huczało od niekończących się pogłosek, a przedłużające się oczekiwanie na jego decyzję stawało się doprawdy nieznośne. Mój kolega partyjny odpowiedzialny za dyscyplinę, podzielił się ze mną swymi przewidywaniami. Nic nie odpowiedziałam, próbując przybrać nieprzenikniony wyraz twarzy, aczkolwiek bez większego powodzenia. Usłyszawszy o pojawieniu się pana Maguire’a, niektórzy z laburzystowskich posłów uśmiechali się szeroko już niemal pewni zwycięstwa. Jednak Maguire przybył tylko po to, aby oświadczyć, iż wstrzymuje się od głosu. I tak oto 28 marca 1979 roku upadł laburzystowski rząd Jima Callaghana – miejmy nadzieję, ostatni w naszej historii rząd Partii Pracy.

Uroczystości pogrzebowe były krótkie i niemal pozbawione emocji. Pan Callaghan powiedział Izbie, że w tej sytuacji ogłosi powszechne wybory, a parlament zostanie rozwiązany. Zabierając głos w imieniu opozycji, zapewniłam, że będziemy współpracować, aby mogło to nastąpić jak najszybciej. Wówczas uczucie euforii, towarzyszące dotychczas wszystkim posłom, ustąpiło miejsca lekkiemu rozczarowaniu. Obydwie strony czuły bowiem, że Izba Gmin przestała na razie znajdować się w centrum wydarzeń i odtąd zasadnicze decyzje w sprawach władzy i zasad jej sprawowania zapadną gdzie indziej. Wstałam, by udać się do mojego biura na spotkanie „gabinetu cieni”, zaś Willie Whitelaw, który często wcześniej niż ja sama potrafił odgadnąć mój nastrój, otoczył mnie ramieniem, dodając otuchy.

Posiedzenie „gabinetu” było krótkie i rzeczowe, gdyż chodziło nam głównie o to, aby uniemożliwić wciąż jeszcze rządzącym laburzystom uchwalenie jakichkolwiek parlamentarnych decyzji. Szczególnie zależało nam na tym, by nie dopuścić do żadnych zmian w budżecie, z wyjątkiem może sfery podatków, gdzie pewne zmiany wydawały się konieczne ze względu na utrzymanie równowagi finansowej państwa. Postanowiliśmy, że przejmując władzę, zrealizujemy wcześniejszą obietnicę rządu Partii Pracy zwiększenia emerytur i rent w takim wymiarze, jaki zapowiedział premier w swym ostatnim wystąpieniu. Zdecydowaliśmy się też na przeprowadzenie wyborów już 26 kwietnia, wiedząc, że laburzyści będą dążyli do wydłużenia tego terminu, aby zyskać czas na odbudowanie morale swej partii. (Ostatecznie musieliśmy się zgodzić na 3 maja). Wznieśliśmy toast i rozeszliśmy się.

Jadąc z Denisem do naszego domu przy Flood Street w Chelsea, rozmyślałam o zbliżającej się walce. Oczywiście, cały wysiłek spoczywał na naszych barkach i jeśli tylko nie wydarzy się nic nieoczekiwanego, powinniśmy sobie poradzić. Porażka rządu w debacie nad wotum nieufności oznaczała poważną porażkę całego lewego skrzydła. Straciło ono poparcie nie tylko opinii publicznej, ale również parlamentu. „Zima goryczy”1, ideologiczne podziały wewnątrz rządu, jego niemożność wpływania na własnych sojuszników z ruchu związkowego i nieodparte wrażenie, że socjalistom zabrakło już energii i pomysłów – wszystko to tworzyło dekadencką atmosferę wokół zbliżającej się kampanii wyborczej.

Partia Konserwatywna nie marnowała czasu w ławach opozycji, a przeciwnie, w pełni wykorzystała go na wypracowanie nowych metod ożywienia gospodarki i ducha brytyjskiego narodu. Nie tylko stworzyliśmy wnikliwy program polityki przyszłego rządu, ale nauczyliśmy się też, jak w sposób prosty i zrozumiały informować społeczeństwo o skomplikowanych i często niejasnych posunięciach ministrów. Dowodziliśmy tego zresztą niejednokrotnie w ciągu ostatnich czterech lat, zatem przy odrobinie szczęścia nasz program nie powinien razić zbytnim radykalizmem, a odwoływać się jedynie do zdrowego rozsądku. Zrozumiałe więc, że w tej kwestii nie żywiłam większych obaw.

Jednakże przyszłość, czekająca nas po zwycięskich wyborach, nie jawiła się zbyt optymistycznie. Ostatnie sto lat w historii Wielkiej Brytanii upłynęło pod znakiem szczególnie dotkliwych ciosów i porażek, które w rezultacie powaliły ten kraj na łopatki. Począwszy od lat osiemdziesiątych XIX wieku, nasza potęga przemysłowa stopniowo słabła w obliczu amerykańskiej, a następnie niemieckiej konkurencji. Trzeba przyznać, że ten powolny upadek był nieunikniony, a pod pewnym względem nawet pożądany. Jako pionier rewolucji przemysłowej Wielka Brytania zdecydowanie wyprzedzała konkurujące z nią kraje, nic więc dziwnego, że przewaga, jaką cieszyła się na starcie, musiała zacząć maleć, szczególnie gdy do wyścigu przystąpiły państwa dysponujące większymi bogactwami naturalnymi i potencjałem ludzkim. Z drugiej strony jednak ich dynamiczny wzrost oznaczał rozwój potężnych rynków zbytu dla Wielkiej Brytanii oraz spowodował zaciekłą konkurencję na rynkach krajowych i zagranicznych; przykładem może być tu Cesarstwo Niemieckie, które w 1914 roku było drugim co do wielkości rynkiem eksportowym Wielkiej Brytanii. Zatem, jak widać, owa rywalizacja gospodarcza miała również i swoje dobre strony.

Wielka Brytania nie potrafiła skutecznie stawić czoła tej sytuacji. Inwestowaliśmy mniej, nie dbaliśmy o poziom wykształcenia naszego społeczeństwa, a przedsiębiorcom pozwalaliśmy łączyć się w różnego rodzaju kartele, które ograniczały konkurencję i przyczyniały się do zmniejszenia wydajności pracy. Uważnym obserwatorom udało się dostrzec te niepokojące tendencje już na początku naszego stulecia. Torysowski rząd Arthura Balfoura, będący u władzy w latach 1902-1905, zreformował szkolnictwo, udoskonalił formy szkolenia pracowników i promował badania naukowe. Posunięcia te były odpowiedzią na ogólnokrajowe dążenie do zwiększenia wydajności pracy. Jednak wszelkie próby ożywienia brytyjskiej gospodarki napotykały wewnętrzny opór społeczeństwa, który wynikał z głębokiego przeświadczenia Brytyjczyków, iż są oni narodem zwycięzców oraz z poczucia bezpieczeństwa, jakie gwarantowały im zamorskie lokaty kapitału (w 1914 r. stanowiące 186 proc. Produktu Krajowego brutto). Wiara w magię imperium, które powiększając się nieprzerwanie do 1919 roku, musiało coraz większe środki przeznaczać na obronę, przy jednoczesnym spadku wpływów do skarbca, tylko pogarszała sytuację. Ciężar dwóch wojen światowych sprawił, że Wielka Brytania, która zbudziła się rankiem 1945 roku, wydawała się krajem niemal zupełnie pozbawionym sił.

Jednak wraz z dojściem do władzy laburzystowskiego rządu, na czele którego stanął Atlee, rozpoczęła się trwająca ponad trzydzieści lat próba powstrzymywania tego upadku i przywracania kraju do życia. Bez względu na to, czy stosowane metody nazwiemy socjalistycznymi, socjaldemokratycznymi, ugodowymi czy też uznającymi priorytet państwa, w rzeczywistości sprowadzały się one do biurokratycznej i scentralizowanej polityki opartej na interwencjonizmie. I tak już nadto rozbudowany w swej administracji i kompetencjach rząd brytyjski zaczął szybko ingerować we wszystkie sfery życia swoich obywateli. Nałożył wysokie podatki zarówno na płace, dochody przedsiębiorstw, większość towarów i usług, jak również na transfer majątku. Głębokie zmiany miały objąć: rolnictwo, przemysł i naukę. Jednakże na szczeblu makroekonomicznym zarządzanie gospodarką opierało się na fiskalnej manipulacji zgodnej z założeniami Keynesa, zaś na szczeblu mikroekonomicznym polegało ono na przyznawaniu licznych subwencji deficytowym regionom i gałęziom przemysłu. W celu zyskania jeszcze większej kontroli nad gospodarką kraju rząd nacjonalizował przemysł bądź to bezpośrednio – poprzez przejęcie prawa własności, bądź pośrednio – tworząc przepisy, które ograniczały swobodę decyzji prywatnych przedsiębiorców i uzależniały ich od rządu. (Jak wyraził to Arthur Shenfield, różnica między sektorem prywatnym a publicznym polega na tym, że sektor prywatny jest kontrolowany przez rząd, zaś sektor publiczny nie podlega żadnej kontroli). Obywatelom zaś oferował powszechną ochronę socjalną. Każdy, kto popadł w ubóstwo, stracił pracę, posiadał liczną rodzinę, osiągnął wiek emerytalny, miał nieszczęśliwy wypadek, chorował czy też pokłócił się z rodziną, mógł liczyć na finansowe wsparcie. I chociaż byli tacy, którzy woleli polegać na własnych dochodach lub pomocy rodziny i przyjaciół, rząd nie ustawał w wysiłkach i prowadził kolejne kampanie uświadamiające, jakąż to cnotą jest zdanie się na łaskę państwa.

Douglas Jay – były minister w rządzie laburzystów – tak daleko posuniętą politykę interwencyjną państwa tłumaczył tym, iż „koła rządzące doprawdy lepiej od zwykłych ludzi wiedzą, co dla nich najlepsze”. Bezstronni i chłodni urzędnicy, dzięki dostępowi do najpewniejszych i najświeższych informacji, jawili się jako lepiej przygotowani do przewidywania złożonych problemów gospodarczych niż niewidzialne siły tak zwanego wolnego rynku. Partia laburzystów nie tylko otwarcie popierała taką filozofię, ale wręcz chlubiła się swymi strategiami planowania, odgórnej kontroli, rozbudowanych regulacji prawnych i subwencji. Zgodnie z jej wizją przyszłości, Wielka Brytania miała stać się krajem socjaldemokratycznym – czymś w rodzaju alternatywy wobec wschodnioeuropejskiego kolektywizmu i amerykańskiego kapitalizmu. Laburzyści konsekwentnie też realizowali założenia zmierzające w kierunku rozszerzania kompetencji rządu, choć nie tak szybko, jak życzyliby sobie skrajni socjaliści.

Partia torysów natomiast prezentowała stanowisko raczej ambiwalentne. Na forum publicznym i parlamentarnym torysi, co prawda, sprzeciwiali się polityce laburzystów, głosząc doktrynę wolnego handlu, lecz robili to z niewielkim przekonaniem. Niemal każde powojenne zwycięstwo zawdzięczali wyświechtanych sloganom typu: „Wielka Brytania silna i wolna” czy „Więcej wolności”, lecz ich faktyczne posunięcia polityczne przypominały po prostu długi i obfitujący w wiele postojów marsz ku lewicy, którego nawet nie próbowali powstrzymać. Prywatyzacja? Przecież Carlisle State Pubs zostały sprzedane za bezcen. Podatki? Przepisy? Subwencje? Cóż z tego, iż usiłowali je ograniczyć wraz z dojściem do władzy, skoro i tak stopniowo powracały w miarę jak rząd torysowski zaczął tracić siły. Pa ństwo opiekuńcze? Szczyciliśmy się tym, że wydajemy więcej niż laburzyści, zamiast nakłaniać ludzi, aby poprzez samodzielność właśnie dążyli do wolności. W wyniku takiej zachowawczej postawy polityka lat powojennych stała się, jak zauważył mój kolega Keith Joseph, jakby „kołem zapadkowym” socjalistów. Laburzyści pchnęli Wielką Brytanię ku centralizmowi, torysi zaś nie wykazywali żadnej inicjatywy. W ten sposób kolejnemu rządowi laburzystów udało się skierować nasz kraj jeszcze bardziej na lewo. Torysi zdołali, co prawda, powstrzymać laburzystów, lecz nigdy nie byli w stanie ich pokonać.

W rzeczywistości porównanie Keitha okazało się zbyt łagodne. Po obiecującym starcie rząd Teda Heatha, w którym obojgu nam powierzono pewne funkcje, niemal wprowadził w życie najbardziej radykalną formę socjalizmu, jaką kiedykolwiek zaproponował brytyjski rząd. Wspomniany projekt zakładał państwową kontrolę cen i dywidend oraz nadzór nad polityką gospodarczą ze strony specjalnie do tego celu powołanego organu. W zamian za zgodę związków na politykę dochodową rząd zgodził się, aby razem z nim organ ten współtworzył Kongres Związków Zawodowych i Konfederacja Przemysłu Brytyjskiego. Przed katastrofą ocalił nas jedynie konserwatyzm i podejrzliwość Kongresu Związków Zawodowych, który zapewne nigdy nie przypuszczał, iż jego „wróg klasowy” poddałby się bez walki.

Żaden system rządów nie podlegał bardziej rzetelnej i długotrwałej próbie niż demokratyczny socjalizm w Wielkiej Brytanii. Niestety, pod każdym względem okazał się on przykrą porażką. Zamiast przeciwdziałać powolnemu upadkowi gospodarki, niewytrzymującej przemysłowej konkurencji ze światem, brytyjski socjalizm skutecznie przyczyniał się do jego przyspieszenia. Zostawaliśmy coraz bardziej w tyle, aż w końcu powszechnie zaczęto nas uznawać za „najbardziej chorego człowieka Europy”. Trwało to aż do 1979 roku. Na tle ogólnego wzrostu zamożności Zachodu nasza pogarszająca się sytuacja gospodarcza nie była jednakże wyraźnie zauważalna. Podobnie bowiem jak i inni, korzystaliśmy z długotrwałej ekspansji gospodarczej zachodniego świata, której przewodziły Stany Zjednoczone. I chociaż czerpaliśmy nie najmniejsze korzyści, to jednak inne kraje – Niemcy, Francja, Włochy czy Dania – potrafiły wykorzystać je w daleko większym stopniu. Zaś wraz z nieubłaganym nadejściem lat siedemdziesiątych rozpoczął się już zdecydowany proces upadku naszej gospodarki.

Stymulacja popytu na pieniądz w latach pięćdziesiątych przyczyniła się do wzrostu realnej produkcji i spadku bezrobocia, ale że odbyło się to bez wcześniejszej minimalnej podwyżki cen, to w efekcie doprowadziła do wysokiej inflacji, zapaści gospodarczej i bezrobocia. Subwencje państwowe i bezpośrednie inwestycje otrzymywały nierentowne gałęzie przemysłu oraz przedsiębiorstwa o niskich dochodach kapitałowych. Prawa, które na początku stulecia miały za zadanie ochraniać związki zawodowe, teraz były powszechnie nadużywane do obrony przywilejów związkowych i utrzymywania zbędnego zatrudnienia. Wykorzystywano je bez skrupułów, by wspierać strajki oraz wymuszać na pracownikach, aby wstępowali do związków i, często wbrew rozsądkowi, uczestniczyli w akcjach protestacyjnych. Beztroska, z jaką rząd rozdawał różnego rodzaju zasiłki, sprawiła, iż ludzie stali się nieuczciwi i bezradni. Stracili bowiem bodźce do pracy, chcąc raczej próżnować i oszukiwać, niż samodzielnie zmagać się z własnymi problemami. Ostateczne złudzenie, że interwencjonizm państwowy przywróci społeczeństwu poczucie solidarności i harmonii – że pomoże stworzyć „jeden naród”, jak głosili torysi – prysło wraz z nadejściem „zimy goryczy”, kiedy to przedsiębiorcy pogrzebowi odmówili wykonywania usług, pikiety strajkowe uniemożliwiały dowiezienie ciężko chorych do szpitala, a dominującym nastrojem wśród społeczeństwa była niepohamowana nienawiść i niczym nieumotywowana wrogość. Sięgnięcie po socjalizm jako antidotum na chorobę drążącą Wielką Brytanię przypominało więc doprawdy leczenie leukemii pijawkami.

Potrzebowaliśmy kompletnie innego podejścia, i to nie tylko ze względu na sytuację wewnętrzną, ale również i międzynarodową. Beznadziejny stan naszej gospodarki powodował, że Wielka Brytania traciła wpływy także poza swymi granicami, co potwierdziła chociażby klęska wyprawy sueskiej w 1956 roku. O jej niepowodzeniu zdecydowało głównie to, iż byliśmy słabi politycznie i gospodarczo, nie zaś militarnie, gdyż rząd wycofał swoje niezwyciężone wojska ze strefy Kanału Sueskiego przede wszystkim w wyniku „gwałtownej wyprzedaży funta”, inspirowanej przez rząd amerykański. Bez względu jednak na kulisy tej porażki utkwiła ona niezmiernie głęboko w duszy Brytyjczyków i wypaczyła nasz pogląd na rolę Wielkiej Brytanii w świecie.

Rozwinęliśmy w sobie coś w rodzaju syndromu sueskiego, dawniej upajaliśmy się naszą silą, obecnie zaś wyolbrzymialiśmy naszą niemoc. Mimo iż odnosiliśmy sukcesy militarne i dyplomatyczne, to przechodziły one bez echa, z góry bowiem uważano je za mało znaczące, a więc niegodne uwagi. Doskonałym przykładem może być tu zwycięstwo na Borneo, które nie tylko ocaliło niezależność dawnych kolonii brytyjskich, chroniąc je przed indonezyjskim przewrotem, ale przyczyniło się również do obalenia wrogo nastawionego wobec Zachodu dyktatora Sukarno i korzystnej dla nas zmiany układu sił w Azji. Jednak to porażki zdawały się być tym, na co wszyscy czekali. Skwapliwie wykorzystywano każde niepowodzenie, upatrując w nim widocznych oznak upadku Wielkiej Brytanii. Fiasko takich przedsięwzięć, jak odwrót z Zatoki w 1970 roku – którego zresztą można było uniknąć, gdyby dokonano trafnej oceny sytuacji – czy groteskowa „inwazja” Harolda Wilsona na Anquillę w marcu 1969 roku (w tym wypadku właściwszym określeniem zdaje się być „interwencja policyjna”) postrzegano jako rzeczywisty dowód na spadek znaczenia Wielkiej Brytanii na arenie międzynarodowej. Prawda – a mianowicie fakt, iż Wielka Brytania jest potęgą średniej wielkości, co zawdzięcza względom historycznym, zręcznej dyplomacji i doskonałym siłom zbrojnym – potęgą znacznie osłabioną wskutek upadku gospodarczego – ta prawda wydawała się zbyt niezwykła, aby nawet ludzie światli mogli ją pojąć. O wiele łatwiej przychodziło im pogodzić się z myślą o własnej słabości, niż przyjąć jakiekolwiek słowa pociechy.

Było to tym bardziej niebezpieczne, że w tym samym czasie – w drugiej połowie lat siedemdziesiątych – Stany Zjednoczone przeżywały podobny kryzys po klęsce w Wietnamie. W rzeczywistości ich „syndrom wietnamski” okazał się, być może, daleko bardziej wyniszczający od naszego „syndromu sueskiego”, a to ze względu na przeświadczenie Amerykanów o niesłuszności jakiejkolwiek interwencji poza granicami własnego kraju. Ameryka więc, na szczęście, nie powinna ingerować zbrojnie, gdyż fakt ten wywarłby wielce szkodliwy wpływ na moralność obywateli, najuboższych tego świata czy rewolucyjne prądy historii. Nie mogąc poradzić sobie z takimi psychicznymi zahamowaniami narodu i, co gorsza, również kongresmanów, dwaj prezydenci przyglądali się bezsilnie, jak Związek Radziecki i wspierane przez niego marionetkowe rządy siłą zdobywały władzę i wpływy w Afganistanie, południowej Afryce i Ameryce Środkowej. W Europie zaś poczynał sobie jeszcze śmielej, o czym świadczyło konsekwentne rozmieszczanie pocisków zaczepnych na terenach wschodnich krajów satelickich oraz ciągłe rozbudowywanie sił konwencjonalnych, które swym poziomem znacznie przewyższały siły NATO. Nie należy też zapominać, że kraj ten usilnie pracował nad stworzeniem floty o zasięgu globalnym.

Już po upadku komunizmu, chcąc usprawiedliwić „pokojową politykę” z czasów zimnej wojny, ukuto teorię, iż pod koniec lat siedemdziesiątych Związek Radziecki nie mógł stanowić większego zagrożenia, skoro był stosunkowo słaby pod koniec lat osiemdziesiątych, po całym dziesięcioleciu wzmożonej aktywności gospodarczej i militarnej. Po pierwsze, teoria ta razi niekonsekwencją logiczną, jak bowiem można stawiać skutek przed przyczyną. Po drugie, cała historia Związku Radzieckiego, począwszy od roku 1917, a na ostatnich latach kończąc, także ukazuje bezpodstawność takiej argumentacji. Związek Radziecki był potężnym państwem, lecz ze względów politycznych i ekonomicznych celowo doprowadził się na skraj gospodarczej przepaści. Nigdy jednak nie zaniedbywał sektora zbrojeniowego, gdzie właściwie koncentrował wszystkie dostępne środki, a uzyskane w ten sposób wpływy polityczne wykorzystywał, aby wymuszać od innych, groźbą bądź siłą, większe środki finansowe. Od drżącego o pokój Zachodu w okresach „odwilży” wyłudzał subwencjonowane kredyty, natomiast kiedy następowało „ochłodzenie” stosunków, podporządkowywał sobie coraz to nowe terytoria. I tak oto w drugiej połowie lat siedemdziesiątych Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i nasi europejscy sojusznicy stanęli w obliczu radzieckiego zagrożenia – poważnego jak nigdy dotąd. Niestety, nie byliśmy wystarczająco silni ani psychicznie, ani militarnie, a już w najmniejszym stopniu ekonomicznie, aby z powodzeniem stawić mu czoło.

W obliczu tak dramatycznej sytuacji, na którą złożył się wspomniany już długotrwały upadek gospodarczy, wyniszczające skutki socjalizmu i rosnące niebezpieczeństwo ze strony Sowietów – z pewnością każdy nowy premier mógł żywić pewne obawy.

Także i ja, tego pamiętnego wieczora, gdy jechaliśmy do domu przy Flood Street, powinnam była odczuwać większy lęk wobec przejęcia takiej spuścizny. Być może, gdybym potrafiła wówczas przewidzieć cały ten kalejdoskop wydarzeń, jakie miały spotkać mnie w ciągu jedenastu opisywanych w tym tomie lat, patrzyłabym w przyszłość z większym niepokojem. Lecz wtedy, przewrotnie niemal, wszystkie te wyzwania napawały mnie doprawdy szczerą radością. Tak wiele razy przecież rozmyślaliśmy, pisaliśmy i dyskutowaliśmy o gnębiących nasz kraj problemach, że teraz – jeśli tylko wszystko dobrze się potoczy w ciągu najbliższych kilku tygodni – będziemy mieli wreszcie szansę, aby zaproponować własne rozwiązania.

To poczucie radości zawdzięczałam też po części moim rodakom, z którymi miałam możliwość spotykać się w ciągu tych czterech lat jako przywódczyni opozycji. Jakże różnili się oni od obrazu, który malowała statystyka. Byli bez porównania bardziej energiczni, samodzielni, niespokojni o los kraju, a także bardziej zdecydowani niż wielu mych kolegów partyjnych, by poprzeć najdrastyczniejsze nawet próby powstrzymania tego upadku. Wierzyłam, że byłoby rzeczą haniebną, gdybyśmy nie dotrzymali naszych obietnic i zarzucili radykalny konserwatyzm, zamiast uparcie przeć naprzód, nie zważając na zaciekłe ataki socjalistów. Czułam, podobnie jak i Jim Callaghan później w trakcie kampanii, iż w politycznej świadomości Brytyjczyków zaszła głęboka zmiana. Boleśnie zawiedli się na socjalizmie. Trwający trzydzieści lat eksperyment wyraźnie się nie powiódł, dlatego też nie wahali się dłużej, aby spróbować innych rozwiązań. Ta głęboka zmiana stała się naszym politycznym mandatem.

Muszę się tu przyznać, że istniało jednak coś jeszcze – coś niezwykle osobistego – co również dawało mi radość i siłę. Chatham świetnie kiedyś zauważył: „Wiem, że mogę ocalić ten kraj i że nikt inny tego nie potrafi”. Byłoby zarozumialstwem z mojej strony, gdybym porównywała się do Chathama, lecz nie byłabym do końca szczera, nie przyznając, iż w głębi duszy żywiłam podobne przekonanie.

Moje doświadczenia życiowe oraz środowisko, z jakiego się wywodziłam, były dosyć nietypowe jak na konserwatywnego premiera. Nie miałam w sobie tego uczucia nieograniczonego wręcz szacunku dla wszystkiego i wszystkich, jak też nie onieśmielało mnie w tak dużym stopniu ryzyko zmian. Moi starsi koledzy, zdobywający polityczne doświadczenia w czasie kryzysu ekonomicznego lat trzydziestych, postrzegali swe szanse polityczne dość pesymistycznie. Stąd i łatwiej, być może, było im zaakceptować Partię Pracy i liderów związkowych jako prawdziwych wyrazicieli pragnień narodu. Ja nie potrzebowałam pośrednika, który w moim imieniu miałby zwracać się do ludzi, mówiących przecież tym samym językiem. Ja ich znałam, wiedliśmy bowiem takie same życie i przeżywaliśmy podobne problemy. Czułam, że w nadchodzącej walce okaże się to moim największym atutem.

Dorastałam w domu, który nie był ani biedny, ani bogaty. Musieliśmy oszczędzać codziennie, aby od czasu do czasu móc nacieszyć się niewielkim luksusem. Często mówi się, że doświadczenie mojego ojca jako kupca wpłynęło zasadniczo na ukształtowanie się mojej filozofii ekonomicznej. Sądzę, że to prawda, trzeba jednakże pamiętać, że jego filozofia nie sprowadzała się jedynie do prostej zasady, iż pod koniec tygodnia dochody powinny choć odrobinę przewyższać wydatki. Mój ojciec był człowiekiem zarówno praktyki, jak i teorii. Na swój sklep patrzył z pewną dozą romantyzmu; czuł się częścią tej wielkiej rodziny dawnych kupców, którzy rozproszeni po najdalszych zakątkach świata zabiegali o to, aby rodzina z Grantham miała na swym stole ryż z Indii, kawę z Kenii, cukier z Indii Zachodnich i przyprawy z pięciu kontynentów. Zanim jeszcze przeczytałam dzieła któregokolwiek z wielkich ekonomistów liberalizmu, to właśnie z ksiąg rachunkowych mojego ojca nauczyłam się, że wolny rynek jest jak delikatny system nerwowy – błyskawicznie reaguje na sygnały i wydarzenia z całego świata, by zaspokajać ciągle zmieniające się potrzeby ludzi różnych narodowości, różnych klas społecznych i różnych wyznań. Państwo, które dysponuje znacznie mniejszym zasobem pewnych informacji, jest jak owe „niewidzialne siły” – błądzi w ciemności i bardziej utrudnia, niż usprawnia funkcjonowanie rynku. Historia gospodarcza Wielkiej Brytanii przez następne czterdzieści lat dostarczyła aż nadto dowodów na prawdziwość ekonomicznych obserwacji mojego ojca. Dzięki nim bardzo wcześnie uzmysłowiłam sobie, jakich środków i metod powinno się użyć, aby dźwignąć z upadku naszą zrujnowaną przez socjalizm gospodarkę.

Moje życie, podobnie zresztą jak i życie większości ludzi na tej planecie, zmieniło się radykalnie wskutek drugiej wojny światowej. I choć w moim wypadku można mówić raczej o przemianie intelektualnej, bo okres ten spędziłam najpierw w szkole, a następnie na uniwersytecie, to wpłynęła ona znacząco na mój sposób patrzenia na wiele spraw. Porażka polityki ustępstw nauczyła mnie, że bezwzględnie powinniśmy przeciwstawiać się agresji. Pozostawało jednak pytanie o sposób, w jaki mielibyśmy to czynić. Ostateczne zwycięstwo aliantów udowodniło, iż narody muszą współpracować w obronie ogólnie przyjętych zasad, bez względu na to, czy chcą w ten sposób przeciwstawić się złu, czy też osiągnąć pewne konkretne korzyści. Stwierdzenie to może brzmieć jak szumny frazes, jednak gdy politycznym przywódcom brakuje odwagi i dalekowzroczności, a narodom poczucia lojalności wobec własnego państwa, wówczas staje się ono głęboko prawdziwe. Przecież słabe narody nigdy nie mogłyby skutecznie się przeciwstawić Hitlerowi; co więcej, narody rzeczywiście słabe nawet nie usiłowały stawić mu czoła. W przeciwieństwie do niektórych powojennych mężów stanu Europy wydarzenia drugiej wojny światowej utwierdziły mnie w przekonaniu, że doprawdy nie należy obawiać się państwa narodowego. Zawsze bowiem byłam zdania, iż wyłącznie silne państwa narodowe są w stanie zbudować skuteczny internacjonalizm. To one w razie zagrożenia międzynarodowego ładu mogą liczyć na lojalność swych obywateli. Jeżeli będą dążyły do wyparcia tego narodowego elementu, z pewnością zakończy się to ich upadkiem, gdyż nie będzie nikogo, kto poczuwałby się do ponoszenia najmniejszych ofiar w imię obrony swego kraju. Taka forma internacjonalizmu stanie się niczym więcej jak tylko własną karykaturą, gdzie królować będzie wieczna dyskusja i załamywanie rąk.

Pod koniec wojny nie miałam jeszcze całkowitej pewności co do trafności mych wniosków. W trwałe przekonania przerodziły się one dopiero na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych, kiedy okazało się, że instytucje takie jak NATO, będące symbolem współpracy silnych państw narodowych, skuteczniej radzą sobie z odpieraniem sowieckiego zagrożenia niż, na przykład, ONZ, która reprezentowała pozornie bardziej ambitny, lecz w praktyce mniej skuteczny internacjonalizm. W 1979 roku najwięcej niepokoju budził we mnie fakt, iż NATO w daleko niewystarczającym stopniu radziło sobie z kolejnym sowieckim zagrożeniem, ponieważ większość krajów członkowskich, w tym Wielka Brytania, cierpiało na zauważalne osłabienie swojego morale. Aby powstrzymać Związek Radziecki, musieliśmy przede wszystkim je odbudować i poprzeć oczywiście siłą militarną.

Pamiętałam już podobne załamanie się wiary w narodzie. Było to na samym początku mej działalności politycznej, kiedy to jako młoda konserwatystka występowałam przeciw laburzystowskiemu rządowi z okresu 1945-1951. Czasy trudów i niewygody zawsze wspominamy z uczuciem nostalgii, stąd też najbardziej nawet upokarzające poświęcenie, do jakiego zmusiła nas bieda, po latach nie wydaje się nam tak straszne. Widziany z perspektywy dżentelmena socjalisty, siedzącego w Whitehall lub wysoko postawionego torysa, socjalizm może mieć w sobie pewną szlachetność: jednakowe wyrzeczenia, sprawiedliwe podziały, wspólny trud. Natomiast widziany z perspektywy zwykłego człowieka jawił się zupełnie inaczej. W praktyce bowiem sprawiedliwe podziały zawsze okazywały się zadziwiająco małe. Zatem komuś należało powierzyć egzekwowanie owej sprawiedliwości; komuś innemu dopilnowanie, czy aby ta sprawiedliwość nie staje się formą uprzywilejowania, jaką jest na przykład handel czarnorynkowy czy „spod lady”; ktoś wreszcie powinien też uważnie przyglądać się pozostałym dwóm, aby administrowanie sprawiedliwością skończyło się naprawdę sprawiedliwym podziałem. Taki system sprzyja jedynie atmosferze zazdrości i plotek. Każdy, kto przeżył niedostatek – kto wciąż pamięta czasy taniej mielonki, reglamentowanych ubrań, całej tej nieżyczliwości i licznych udręk – zgodzi się, że nie upłynęły one pod znakiem idealizmu i równości. I gdy tylko pojawiły się pierwsze znaki odchodzenia od reglamentacji, obywatele przyjęli je z niezmierną ulgą.

Szczególnie wyraźnie pamiętam atmosferę polityczną tamtych lat. Przez cały ten czas trwały niezwykle intensywne prace nad kompletną rekonstrukcją filozofii naszej partii. Kluczową rolę w intelektualnym ożywieniu torysów odegrał Rab Butler i Departament Badań Partii Konserwatywnej, ale głębokie przeobrażenia zachodziły także u samych podstaw. Tutaj najwięcej inspiracji dostarczały nam publikacje tego rodzaju, co „Our New Masters” – antysocjalistyczna satyra Colma Brogana, bezlitośnie obnażająca słabości socjalistów, lub też znakomita książka Hayeka „Road to Serfdom”, którą dedykował on „socjalistom wszystkich partii”. Pozycje te dostarczały konkretnych i jasnych argumentów przeciw socjalizmowi, pokazując, jak proponowane przez nich teorie ekonomiczne nie przystają do smutnej wówczas i pełnej niedostatków rzeczywistości. Dzięki zawartej w nich zjadliwej krytyce przeróżnych szaleństw socjalistów nabieraliśmy coraz większego przekonania, że w ostatecznym rozrachunku nasi przeciwnicy nie mogą wygrać. Posiadanie takiej wiary jest w polityce niezbędne; ona to bowiem pomaga nam zapomnieć o dawnych porażkach i kieruje nasze myśli ku zwycięstwu. W czasie ponurych lat rządów socjalistów, które przypadały na lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte, wiara ta dodawała mi optymizmu i sił w walce o wolny handel i niezależność jednostki.

Do Izby Gmin zostałam wybrana w 1959 roku jako posłanka z okręgu Finchley, następnie zaś sprawowałam różne funkcje kolejno u Harolda Macmillana, Aleca Douglasa-Home’a i Teda Heatha. Początki mojej ministerialnej kariery dawały mi wiele radości. Z przejęciem uczyłam się zwyczajów Whitehall oraz poznawałam szczegóły polityki emerytalnej. Już wtedy jednak moją uwagę zwróciła osobliwa niekonsekwencja w zachowaniu mych kolegów. To, co mówili, i to, co robili, zdawało się egzystować w dwóch diametralnie różnych światach. I nie w tym rzecz, że kogoś świadomie oszukiwali. Wręcz przeciwnie, wyróżniali się bowiem prawością. Lecz chociaż z łatwością przychodziło im mówić o wolnym handlu, antysocjalizmie i interesie narodowy, to sposób, w jaki kierowali rządem, zdradzał, iż mają zasadniczo inne poglądy o roli, jaką państwo powinno odgrywać w kraju i za granicą. Ich retoryka pełna była niezwykle ogólnych haseł – na przykład wolność. Wiedzieli, iż nie można o nich nie wspomnieć, gdyż są zawsze pożądane. W swych działaniach z kolei pozwalali się krępować podobnie ogólnym założeniom, których, ich zdaniem, nie dało się uniknąć, takich jak równość.

Na samym początku jako młoda i niedoświadczona minister musiałam się z tym pogodzić. Potem, kiedy przeszliśmy do opozycji po porażkach roku 1964 i 1966, wspólnie z Tedem Heathem zaangażowałam się w rekonstrukcję naszej polityki partyjnej, która już wówczas zdradzała pewne elementy tego, co po latach nazwano thatcheryzmem. To właśnie radykalnie konserwatywny program pozwolił wygrać wybory 1970 roku Selsdończykowi2. Lecz nawrócenie się partii na jej własną filozofię okazało się, niestety, krótkotrwałe. Po dwóch latach zmagań, by wprowadzić ją w życie, rząd Heatha nieoczekiwanie zmienił kurs i wszedł na drogę korporatywizmu, interwencjonizmu i reflacji. Miałam, oczywiście, wątpliwości, aczkolwiek będąc po raz pierwszy ministrem wchodzącym w skład Gabinetu, poświęciłam się zasadniczo problemom mojego własnego resortu (edukacji), zaś pozostałe obowiązki pozostawiłam starszym kolegom. Mimo to nie mogłam opanować rosnącego niepokoju i rozdrażnienia, jakie powodowała ta sytuacja. Może dlatego wcześniej od innych zdałam sobie sprawę, iż rozwiązania przyjęte w drodze ustępstw wobec trudnej politycznie rzeczywistości bynajmniej nie prowadzą do sukcesu. I tak, dajmy na to, polityka kształtowania dochodów, wraz z ograniczeniem niezależności jednostki, niezmiennie poprzedzała gwałtowny wzrost cen. A było to zaledwie jedno z wielu stosowanych wówczas rozwiązań. Niestety, niemal wszystkie one, choć tak zagorzale zalecane przez „praktyków” na gruncie pragmatycznym, okazały się w rezultacie wysoce niepraktyczne. W żadnym stopniu jednak nie osłabiało to ich entuzjazmu; mało tego, reakcją Teda Heatha na porażkę rządu w kwestii polityki dochodowej w wyborach 1974 roku było zaproponowanie przy następnych wyborach jeszcze ambitniejszej koncepcji polityki interwencyjnej.

Pewnego razu, kiedy zastanawiałam się nad tym paradoksem, Keith Joseph uczynił spostrzeżenie, które głęboko zapadło mi w pamięć. Stwierdził mianowicie, że dopiero niedawno stał się konserwatystą, mając tu na myśli fakt, iż przez pierwsze dwadzieścia lat swej kariery politycznej – bardzo udanej, nawiasem mówiąc – czuł się umiarkowanym fabianinem. Zdałam sobie wówczas sprawę ze szczerości słów Keitha, ale i z tego, że mój przypadek był odrobinę inny. Ja bowiem zawsze instynktownie czułam się konserwatystką, choć nie potrafiłam wtedy jeszcze w pełni skonkretyzować tych odczuć w formie spójnych zasad czy wytycznych polityki rządu. Jednak im szybciej złudzenia praktycznych polityków pryskały w zderzeniu z rzeczywistością, tym poważniejsza stawała się konieczność stworzenia w końcu takiego realnego programu. Aby doprowadzić do jego urzeczywistnienia, Keith i ja założyliśmy Centrum Badań nad Linią Programową Partii.

Z pomocą Keitha jeszcze dobitniej zrozumiałam, że to, co zdawało się jedynie proceduralnym sporem, dotyczącym wzajemnej relacji pomiędzy rezerwą budżetową a poziomem cen, leżało właściwie u podstaw dyskusji nad rolą rządu w wolnym społeczeństwie. Przede wszystkim powinna się ona ograniczać do zapewnienia obywatelom i przedsiębiorstwom szeroko pojętej stabilności – począwszy od stabilności władzy, poprzez stabilność zasad prawa, na stabilności ekonomicznej, gwarantowanej przez silny pieniądz, skończywszy – po to, by bez przeszkód mogli oni realizować swe marzenia i ambicje. Musimy raz na zawsze przestać mówić ludziom, jakie powinni mieć ambicje i jak trzeba je realizować. Przecież to zależy od nich. Chociaż wnioski, do których doszłam, dokładnie odpowiadały moim wcześniejszym odczuciom i doświadczeniom, byłam jednak świadoma faktu, iż niewielu mych kolegów z „gabinetu cieni” i Izby Gmin widziało sprawy w ten sposób. Wiedziałam więc, że będę musiała działać bardzo ostrożnie, aby przekonać ich, co trzeba zrobić i dlaczego.

Lata spędzone w opozycji niejednokrotnie przynosiły wiele rozczarowań, ale też i dzięki nim miałam dość czasu na przeanalizowanie, czy punkty programowe, jakie opracowaliśmy dla naszego rządu, dostatecznie odzwierciedlały moje priorytety i czy aby na pewno zostały dopracowane w każdym szczególe. Zarys naszej polityki przedstawiliśmy w dwóch publikacjach: „The Right Approach” z 1976 roku oraz, rok później, w „The Right Approach to the Economy”. Początkowo zamierzaliśmy kontynuować wydawanie takich regularnych biuletynów prezentujących stanowisko partii wobec zasadniczych zagadnień politycznych, lecz w końcu porzuciliśmy ten pomysł na rzecz osobistych wystąpień. Zanim jednak do nich doszło, całe lata spędziliśmy na intensywnej pracy w grupach programowych, którym zwykle przewodniczył odpowiedni w danym czasie minister w „gabinecie cieni”. Jego wnioski trafiały następnie do Konsultacyjnej Komisji Lidera, taką bowiem oficjalną nazwę nosił „gabinet cieni”, gdzie dalej je dyskutowano, modyfikowano i wreszcie odrzucano lub aprobowano.

W owym czasie nieustannie powracałam do trzech zasadniczych kwestii. Po pierwsze, wszystko, co planowaliśmy, musiało się mieścić w ramach ogólnej strategii odwracania gospodarczego upadku Wielkiej Brytanii. Bez tego nie istniała żadna nadzieja na powodzenie naszych dalszych wysiłków. Następnie należało sporządzić szczególnie staranny kosztorys wszelkich naszych projektów, aby odrzucić te, które będą wykraczały poza przyjęty plan wydatków publicznych. Geoffrey Howe i jego bardzo zdolny zespół Ministerstwa Skarbu w „gabinecie cieni” przeanalizował każdy szczegół, by tego dopilnować. I wreszcie, musieliśmy ciągle podkreślać, że choć czeka nas długa i wyczerpująca droga, byliśmy zdecydowani doprowadzić do fundamentalnej zmiany dotychczasowej polityki. Pragnęliśmy raz jeszcze zacząć wszystko od nowa, nie zaś kontynuować stare porządki.

Tak więc znów zwracałam się do Partii Konserwatywnej, żeby zawierzyła idei wolności i wolnego rynku oraz ograniczonemu w swych kompetencjach rządowi i silnej armii. Byłam pewna, że naszej partii uda się zjednoczyć wokół tego programu w okresie kampanii wyborczej, lecz w tych trudnych latach, poprzedzających zwycięstwo, musiałam włożyć bardzo wiele trudu w to, aby tym razem konserwatywnemu rządowi nie zabrakło odwagi i siły. Gdybyśmy zawiedli, mogliśmy już nigdy nie mieć takiej szansy.

Takie oto myśli zaprzątały mnie, gdy jechaliśmy na Flood Street, i jeszcze później, podczas małej uroczystości rodzinnej, którą urządziliśmy w domu, zanim udaliśmy się na spoczynek. Moją ostatnią refleksją tamtego pamiętnego wieczora była myśl, iż kości zostały rzucone. Zrobiliśmy wszystko, aby rzetelnie przygotować się do wyborów i późniejszego objęcia rządów. Gdyby oceniać wysiłek, jaki w to włożyliśmy, wygralibyśmy na pewno. Jednak człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi. Być może zasługiwaliśmy na zwycięstwo, lecz nie do nas należało ogłaszanie werdyktu. Nie wiedzieć czemu, była to pokrzepiająca myśl. Spałam więc dobrze.


1 Tak określono zimę 1978, kiedy to zostały stłumione strajki sektora publicznego; określenie zapożyczone z Ryszarda III Szekspira. (Przyp. aut.).

2 Termin ten wymyślił Harold Wilson, a pochodzi on od nazwy hotelu (Selsdon Park Hotel), w którym konserwatywny gabinet cieni przygotował swój radykalny program wyborczy w 1970 roku. (Przyp. aut.).


ROZDZIAŁ IMieszkanie nad sklepem

Pierwsze dni i pierwsze decyzje

W DRODZE DO PAŁACU

O zwycięstwie dowiedzieliśmy się wczesnym rankiem 4 maja, lecz dopiero po południu udało nam się zdobyć tak bardzo nam potrzebną większość w parlamencie, jak się później okazało – czterdzieści cztery mandaty. Następny rząd utworzą już konserwatyści.

W ciągu długich godzin, spędzonych w siedzibie Partii Konserwatywnej, w oczekiwaniu na ostateczny wynik towarzyszyło mi wielu przyjaciół. Prócz nerwowego wyczekiwania, pamiętam niezwykłe poczucie osamotnienia, które ogarnęło mnie w chwili, gdy odebrałam telefon z wezwaniem do Pałacu Buckingham. Bardzo mi zależało, by zachować wymogi etykiety w najdrobniejszych szczegółach; to niewiarygodne, do jakiego stopnia w chwilach naprawdę ważnych człowiek koncentruje się na czymś, co, gdy spojrzeć trzeźwo, wydaje się niczym więcej, jak tylko zwykłą błahostką. Wciąż jednak miałam w pamięci opowieści o żenujących incydentach, towarzyszących odejściu któregoś z premierów i przejęciu urzędu przez jego następcę; przykładem może tu być koniec urzędowania na Downing Street 10 Teda Heatha. Teraz żal mi było Jamesa Callaghana, który nieco wcześniej w dumnej, ale i wielkodusznej przemowie zapowiadał swe niewątpliwe zwycięstwo. Bez względu na dzielące nas nieporozumienia, zarówno te przeszłe, jak i przypuszczalnie przyszłe, uważałam go za patriotę, zawsze działającego w trosce o interes Wielkiej Brytanii, za człowieka, któremu największych zmartwień przysparzała własna partia.

Telefon zadzwonił około 14.45. Wyszłam z siedziby partii, przeciskając się przez tłumy naszych zwolenników i wsiadłam do samochodu, który zawiózł Denisa i mnie do Pałacu – po raz ostatni jako przywódcę opozycji.

Na ogół premierzy tylko raz są wzywani na audiencję, podczas której królowa udziela pełnomocnictwa do sformowania nowego rządu. Pełnomocnictwo takie jest nadal ważne, gdy wybory wygrywa urzędujący premier, w związku z tym przez wszystkie lata, kiedy sprawowałam tę funkcję, nie było potrzeby, by je odnawiać. Audiencje u królowej odbywają się w ścisłej tajemnicy. Poufność takich rozmów jest istotna do prawidłowego funkcjonowania rządu oraz przestrzegania prawa. Miałam spotykać się z Jej Wysokością raz w tygodniu, przeważnie we wtorki, gdy królowa przebywała w Londynie, a niekiedy gdzie indziej, kiedy rodzina królewska odwiedzała Windsor albo Balmoral.

Pozwolę sobie zwrócić uwagę na dwie ważne kwestie, dotyczące owych audiencji. Kto wyobraża sobie, że takie spotkania to zwykła formalność, sprowadzająca się jedynie do zabawy w towarzyskie subtelności, jest w błędzie. Miały one bowiem bardzo rzeczowy charakter, a królowa w pełni wykorzystywała nieprzeciętną znajomość aktualnych zagadnień politycznych i swe bogate doświadczenie. I chociaż prasa nie potrafiła oprzeć się pokusie, by nie sugerować, iż między Pałacem a Downing Street istnieją niezgodności, szczególnie w sprawach dotyczących państw Wspólnoty Brytyjskiej, moim zdaniem, stosunek królowej do prac rządu był zawsze bez zarzutu. To zrozumiałe, że w tych okolicznościach historyjki o sporach między „dwiema potężnymi kobietami” były zbyt sensacyjne, by z nich zrezygnować. W czasie gdy sprawowałam urząd, napisano prawdopodobnie więcej nonsensów o tak zwanym czynniku kobiecym niż o czymkolwiek innym. Niezmiennie pytano mnie, jak się czuję jako kobieta premier. Odpowiadałam wówczas: – Nie wiem, nigdy nie byłam mężczyzną.

Po audiencji sir Philip Moore, sekretarz królowej, poprowadził mnie do swej kancelarii tak zwanymi schodami premiera.

Zastałam tam mojego głównego osobistego sekretarza Kena Stowe’a gotowego, by towarzyszyć mi na Downing Street. Ken przyjechał do pałacu razem z rezygnującym z funkcji Jamesem Callaghanem zaledwie godzinę wcześniej. Pracownicy administracji państwowej wiedzieli już wówczas sporo o założeniach naszej polityki, ponieważ zwykle uważnie czytają program opozycji, mając na względzie możliwie szybkie przygotowanie programu ustawodawczego dla nowego rządu. Oczywiście, jak się niebawem dowiedziałam, niektórym ze starszych rangą pracownikom potrzeba było czegoś więcej niż sumienne przestudiowanie naszego programu i wysłuchanie kilku przemówień, by w pełni pojąć zmiany, jakich stanowczo zamierzaliśmy dokonać. Musiałam także przyjąć, że budowanie pomyślnych stosunków z zespołem, takich, które wykraczałyby poza czysto służbowy szacunek i przekształciły się we wzajemne zaufanie, wymaga czasu. Jednak absolutny profesjonalizm brytyjskiej administracji, dzięki któremu rządy następują po sobie przy minimalnym zaburzeniu panującego porządku i maksymalnej sprawności, jest czymś, czego kraje o innych systemach mogą nam niewątpliwie pozazdrościć.

Denis i ja opuściliśmy Pałac Buckingham samochodem tradycyjnie należącym do premiera, zaś mój poprzedni samochód przeszedł na własność pana Callaghana. Gdy przejeżdżaliśmy przez bramy Pałacu, Denis zauważył, że tym razem straże mi zasalutowały. W owych spokojnych czasach, zanim musiano zaostrzyć środki bezpieczeństwa w obawie przed groźbą terroryzmu, rzesze sympatyków i zwiedzających, liczni dziennikarze oraz ekipy telewizyjne czekały na nas na Downing Street. Tłumy zalegały aż do Whitehall. Idąc w stronę oczekujących ludzi, miałam dość czasu, by powtórzyć sobie w myśli to, co zamierzałam im powiedzieć. Gdy odwróciliśmy się do kamer i dziennikarzy, okrzyki i wiwaty stały się tak ogłuszające, że nikt nie słyszał, co mówiłam. Na szczęście mikrofony pochwyciły moje słowa i dzięki temu mogły one zabrzmieć w radiu i telewizji. Przytoczyłam cytat ze słynnej modlitwy, przypisywanej świętemu Franciszkowi z Asyżu, zaczynającej się od słów: „Gdzie panuje niezgoda, nieśmy pojednanie”. Później wybór ten spotkał się z wieloma złośliwymi komentarzami, gdyż nie pamiętano już dalszego ciągu modlitwy. Święty Franciszek modlił się nie tylko o pokój: „Gdzie ludzie błądzą, nieśmy prawdę – mówił dalej – gdzie panuje zwątpienie, nieśmy wiarę. A gdzie rozpacz, nieśmy nadzieję”. Zwątpienie zaś, rozpacz i błędne sądy były silnie zakorzenione w brytyjskim społeczeństwie, czego wyraźnie dowiódł okres tak zwanej zimy goryczy. Pokonanie ich nie byłoby możliwe bez konieczności przełamywania pewnego oporu.

DOWNING STREET 10

Gdy weszliśmy do środka, powitał nas cały personel. Jestem przekonana, że w czasach, gdy nie istniała jeszcze telewizja, były pewne praktyczne powody, aby takie uroczyste powitanie się odbyło. Każdy bowiem powinien rozpoznawać premiera, zarówno ze względów bezpieczeństwa, jak i po to, by premierowi i jego otoczeniu sprawnie świadczyć przeróżne usługi. Prawdą też jest, że na Downing Street panuje niemal rodzinna atmosfera. Liczba stałych pracowników jest stosunkowo nieduża – waha się między siedemdziesięcioma a osiemdziesięcioma osobami. Ze względu na zmianowy system pracy nie wszyscy są obecni w tym samym czasie. W skład tej grupy wchodzi personel Prywatnej Kancelarii łącznie z dyżurującymi urzędnikami, dzięki którym „dziesiątka”1 może funkcjonować całą dobę; Biuro Prasowe, gdzie o każdej porze ktoś pracuje, urzędniczki, które obsługują sekretariat i panują nad wszelką papierkową pracą; archiwiści od tajnych akt, utrzymujący porządek wśród ogromnej liczby dokumentów; pracownicy działu parlamentarnego, zajmujący się zapytaniami poselskimi, oświadczeniami oraz debatami parlamentarnymi; dział korespondencji, otrzymujący tygodniowo cztery do siedmiu tysięcy listów; działy dbające o stosunki państwo – Kościół, czuwający nad nadawaniem tytułów. Biuro Polityczne i Sekcja Programowa; posłańcy i wszyscy, którzy dbają, by całej tej ogromnej rodzinie nie zabrakło kawy ani herbaty oraz – przede wszystkim – informacji ze świata. Sprawne funkcjonowanie „dziesiątki” jest osiągnięciem wymagającym od ludzi wyjątkowych umiejętności i poświęcenia, szczególnie gdy porówna się te stosunkowo szczupłe środki i skromne warunki z – na przykład – Białym Domem, zatrudniającym czterystu pracowników, lub siedzibą kanclerza Niemiec – pięciuset.

Zasadniczą rolę w sprawnym kierowaniu rządem odgrywają osobiści sekretarze premiera, z głównym sekretarzem na czele. Są najważniejszym ogniwem w kontaktach między premierem a resztą Whitehall. I ciąży na nich naprawdę wielka odpowiedzialność. Miałam szczęście przez te wszystkie lata pracować ze wspaniałymi głównymi sekretarzami. Specjalnością pozostałych były ekonomia lub sprawy zagraniczne. Oni również szybko zdobywali umiejętności formułowania wniosków, nabierali kompetencji i pewnej znajomości moich poglądów. Te zalety sprawiały, że bez wahania mogłam na nich polegać. Bernard Ingham, mój sekretarz prasowy, który objął funkcję pięć miesięcy po tym, jak zostałam premierem, był równie niezbędnym członkiem naszego zespołu. Mówiono mi, że zapatrywania Bernarda nosiły znamiona laburzyzmu, a nie polityki konserwatystów, lecz już przy pierwszym spotkaniu poczułam sympatię do tego obdarzonego szczerością i uporem, pełnego poczucia humoru Yorkshireczyka. Ogromną zaletą Bernarda była absolutna prawość. Sam będąc uczciwym człowiekiem, równie wiele wymagał od innych. I nigdy mnie nie zawiódł.

Pod „dziesiątką” zawsze było wiele pracy, lecz nigdy mi to nie przeszkadzało. Pracowałam tak intensywnie, że sen stawał się luksusem. Z biegiem lat nauczyłam się radzić sobie, śpiąc mniej więcej cztery godziny na dobę. Także Prywatna Kancelaria wielokrotnie czynna była do jedenastej w nocy. Było nas tak niewielu, że nie mieliśmy możliwości, by to, co jest do zrobienia, po prostu położyć na biurko komu innemu. Taka atmosfera pomaga stworzyć wyjątkowo szczęśliwy zespół, ale także działający wprost przerażająco profesjonalnie. Ludzie pracują pod ogromną presją i nie ma czasu na błahostki. Cały wysiłek trzeba włożyć w wykonanie pracy. Wzajemny szacunek i przyjacielskie stosunki często są rezultatem tego typu współpracy. Właśnie ta cecha, charakterystyczna dla pracy pod „dziesiątką”, kształtuje zarówno stosunek ludzi do siebie nawzajem, jak i do premiera, któremu bezpośrednio bądź pośrednio wszyscy w jakiś sposób służą. Wiwaty i oklaski, towarzyszące przyjazdowi nowego premiera są, być może, formalnością, ugruntowaną przez tradycję. Lecz łzy i żal, gdy odjeżdża ustępujący premier, są zwykle szczere.

Naturalnie, bywałam pod „dziesiątką” jako minister edukacji w rządzie Teda Heatha w latach 1970-74, a nawet wcześniej, kiedy sprawowałam funkcję wiceministra emerytur i ubezpieczeń społecznych w rządach Harolda Macmillana i Aleca Douglasa-Home’a. Wiedziałam więc, że ten budynek jest znacznie większy, niż wydaje się z zewnątrz, bo w gruncie rzeczy składa się z dwóch części, jednej stojącej za drugą, połączonych korytarzami i dodatkowym skrzydłem. Lecz choć znane mi były pokój przyjęć i Sala Obrad, w reszcie pomieszczeń nie bardzo się orientowałam.

MIESZKANIE NAD SKLEPEM

„Dziesiątka” to więcej niż biuro; w założeniu ma być domem dla premiera. Nigdy nie wątpiłam, że po odejściu Callaghanów wprowadzę się do niewielkiego mieszkania na samej górze. Dyktowały to względy praktyczne, jak i również moje upodobanie do pracy do późna w nocy. Gdy sięgnę pamięcią do czasów, kiedy jako młoda dziewczyna mieszkałam w Grantham, przypominam sobie, że po prostu lubiłam mieszkać nad sklepem. Mogłam wyprowadzić się z domu na Flood Street, gdzie przez ostatnie dziesięć lat mieszkała moja rodzina, dopiero na początku czerwca. Od tamtej pory aż do listopada 1990 roku to Downing Street i „Chequers”2 były centrum mojego życia osobistego i zawodowego.

Mieszkanie pod „dziesiątką” wkrótce stało się moim schronieniem przed światem, choć zdarzało się, że i tam załatwialiśmy wiele pilnych spraw. Znajdowało się pod samym dachem. Była to jednak jego zaleta, bowiem spacer po schodach to jedyna forma ruchu, jaka była mi dana. Miałam tam mnóstwo szafek, a także pokój gospodarczy, w którym można było upchnąć różne rzeczy, choćby stosy książek i papierów, gdy mieli zjawić się goście. Postanowiliśmy z Denisem, że nie będziemy mieć stałej pomocy domowej, mieszkającej z nami na Downing Street. Żadna gospodyni absolutnie nie poradziłaby sobie z tak nieregularnym rytmem dnia. Gdy miałam wolną chwilę, szłam na górę, żeby zjeść lunch – sałatkę albo jajko z grzanką. Jednak zwykle mijała dziesiąta lub nawet jedenasta wieczorem, gdy mogłam przygotować coś do jedzenia, podczas gdy Denis nalewał mi drinka przed snem. Poznaliśmy wówczas wszystkie możliwe sposoby przyrządzania jajek i sera, z lodówki zaś zawsze było co skubnąć. Zamrażarkę mieliśmy dobrze zaopatrzoną. Kuchenka mikrofalowa, kiedy się już pojawiła, okazywała się nieoceniona, gdy trzeba było natychmiast podać kolację, zwłaszcza jeżeli do późna pracowaliśmy nad jakimś przemówieniem, oświadczeniem, nad decyzjami, które trzeba było podjąć w sprawie Falklandów albo nalotu na Libię lub też nad rezolucją Rady Bezpieczeństwa ONZ. W takich przypadkach korzystaliśmy z niedużej jadalni, sąsiadującej z jeszcze mniejszą kuchnią. Zaś sekretarze z Biura Politycznego, które nie jest utrzymywane przez podatników, zawsze byli gotowi służyć pomocą.

Niezależnie od tego, czy byłam premierem, czy też nie, nigdy nie zapominałam, że jestem także posłem z okręgu Finchley. W istocie nigdy nie chciałam o tym zapomnieć. Comiesięczne dyżury, które pełniłam w moim okręgu wyborczym, i korespondencja, którą pod „dziesiątką” zajmował się mój sekretarz Roy Robilliard (także sekretarz Aireya Neave’a aż do jego śmierci), pozwalały mi na bieżąco utrzymywać kontakt z ludźmi. Zawsze też korzystałam z dobrodziejstwa, jakim jest posiadanie pierwszorzędnego przedstawiciela na okręg wyborczy i bardzo pomocnego przewodniczącego okręgu, co – jak każdy poseł wie – jest ogromnie ważne. Nie zapominałam także o innych obowiązkach, wynikających z funkcji posła, między innymi patronując północnolondyńskiemu hospicjum.

Na pewno nie byłabym premierem przez ponad jedenaście lat, gdyby nie Denis. Jako silna osobowość, miał zdecydowane poglądy na temat tego, co należy, a czego nie należy robić. Był źródłem trafnych komentarzy i przenikliwych rad. I okazywał przy tym dużo rozsądku, konsekwentnie bowiem odmawiając udzielania wywiadów, zachowywał je dla mnie, zamiast raczej podzielić się nimi ze światem. Nigdy nie miał sekretarza ani doradcy do spraw kontaktów z mediami, natomiast własnoręcznie odpowiadał na trzydzieści do pięćdziesięciu listów tygodniowo. Wraz z pojawieniem się w „Private Eye”3 listów z nagłówkiem „Drogi Billu” stał się chyba ulubionym korespondentem niemal połowy obywateli tego kraju. Denis podzielał moją fascynację polityką – to oczywiście dzięki niej spotkaliśmy się po raz pierwszy – ale miał również inne zainteresowania, głównie sport. Pasjonował się rugby, kiedyś nawet był sędzią w tej dyscyplinie. Był też zaangażowany w akcje charytatywne, działał jako członek Fundacji Wspierania Sportu oraz klubu Lord’s Taverners4. Wygłaszał wiele przemówień na swoje ulubione, apolityczne, tematy. To, które według mnie najlepiej oddawało jego charakter i przekonania, dotyczyło sportu i etyki, i zawierało te właśnie dwie linijki: „Z pragnieniem zwycięstwa rodzi się większość z nas. Wola zwycięstwa jest kwestią treningu. Sposób zaś, w jaki zwycięstwo się odnosi, jest kwestią honoru”. Denis był głęboko zainteresowany wszystkim, co dotyczy obronności, i gdyby pozwolono mu wybierać, zostałby w wojsku pod koniec wojny. Jednak nagła śmierć ojca nie pozostawiła mu innej możliwości, jak tylko wrócić do domu i poprowadzić rodzinny interes – firmę chemiczno-farbiarską. Cieszę się, że tak się stało, bowiem jego doświadczenie zawodowe okazało się dla mnie nieocenione. Nie tylko znał się na stronie naukowej takiej działalności (to coś, co nas zawsze łączyło), ale i był doskonałym znawcą rachunkowości. Nic nie umknęło jego oku fachowca. Potrafił przewidzieć kłopoty na długo przed innymi. Jego znajomość przemysłu naftowego dała mi możliwość uzyskania profesjonalnej konsultacji, kiedy w roku 1979 świat przeżył drugi nagły wzrost cen ropy. Dzięki niemu i wielu naszym przyjaciołom nigdy nie traciłam orientacji w sprawach przemysłu i handlu.

Być premierem, znaczy walczyć samotnie. I w pewnym sensie dobrze, że tak jest: w tłumie przecież nie można być przywódcą. Jednak mając przy sobie Denisa, nigdy nie byłam samotna. Cóż to za człowiek. Cóż za mąż. I przyjaciel.

W SERCU DOWNING STREET

Pod pewnymi względami mieszkanie na Downing Street jest domem niezwykłym. Portrety, popiersia i rzeźby poprzedników zewsząd przypominają każdemu nowo przybyłemu, że oto wstępuje w nurt niemal dwustupięćdziesięcioletniej tradycji. Premier może skorzystać ze sposobności, by wywrzeć wpływ na styl „dziesiątki”. Wystawiłam więc własną kolekcję porcelany, którą z biegiem lat stale wzbogacałam. Sprowadziłam także ze swojego gabinetu w Izbie Gmin imponujący portret Churchilla. Od tej pory spoglądał z wyższością na zebranych w niedużym holu, czekających, by wkroczyć do Sali Obrad. Wcześniej miejsce to wyglądało jak kiepski klub na Pall Mail, z ciężkimi, podniszczonymi meblami, obitymi skórą. Radykalnie zmieniłam atmosferę, ustawiając tam szafki na książki, stoły i krzesła, przyniesione z innej części budynku. Możliwe, że w samej Sali Obrad w przyszłości dojdzie do niejednego kryzysu, lecz nie jest to powód, by oczekujący na spotkanie mieli czuć się dodatkowo zgnębieni I chociaż dopiero po jakichś dziesięciu latach udało mi się dokonać najważniejszych zmian, już od początku próbowałam sprawić, by pokoje wyglądały na odrobinę bardziej zamieszkane. Wystrój oficjalnych pomieszczeń był raczej ubogi i kiedy tam przybyliśmy, „dziesiątka” przypominała „umeblowany dom do wynajęcia”, którym, w pewnym sensie, rzeczywiście była. Brakowało nam sreber, więc za każdym razem, kiedy urządzaliśmy uroczystą kolację, firma dostawcza musiała przywozić je ze sobą. Jednakże lord Brownlow, który mieszkał tuż za Grantham, pożyczył mi srebra ze swojej kolekcji w Beltonh House; swoim blaskiem odmieniły naszą jadalnię. Szczególnie jeden przedmiot miał dla mnie ogromne znaczenie – szkatułka zawierająca dokument nadania honorowego obywatelstwa miasta Grantham, którego burmistrzem był zarówno poprzedni lord Brownlow, jak i później mój ojciec.

Ogrodnicy z parku St. Jamesa dostarczali nam kwiaty. Otrzymywałam je też od przyjaciół i sympatyków, a w ostatnich dniach mojego urzędowania na Downing Street korytarze „dziesiątki” mogły z powodzeniem konkurować z wystawą kwiatową w Chelsea. Na własny koszt zmieniłam też tapetę w gabinecie. Nieciekawa, szałwiowozielona adamaszkowa tapeta o wypukłym, miękkim wzorze została zdarta i zastąpiona kremową w pasy, która stanowiła dużo lepsze tło dla kilku pięknych obrazów. Uważałam, że na Downing Street powinny znaleźć się prace zarówno współczesnych angielskich malarzy i rzeźbiarzy, jak i dawnych mistrzów. Gdy byłam ministrem edukacji, poznałam Henry’ego Moore’a, którego dzieła szczerze podziwiałam. Fundacja Moore’a wypożyczyła „dziesiątce” jedną z jego mniejszych rzeźb, która mieściła się idealnie w niszy w głównym holu. Za rzeźbą wisiał zawsze rysunek Moore’a, wymieniany co trzy miesiące. Jednym z moich ulubionych był ten, przedstawiający ludzi śpiących w londyńskim metrze podczas nalotów niemieckich. Zdawałam sobie sprawę, że jestem pierwszym naukowcem, który został premierem, oraz pierwszą kobietą na tym stanowisku. Dlatego też w małej jadalni, gdzie często spotykałam się z gośćmi i partyjnymi kolegami na nieoficjalnym lunchu, kazałam umieścić portrety i popiersia niektórych naszych sławnych uczonych. Byłam zdania, że przybywającym na Downing Street zagranicznym gościom należy pokazać choćby cząstkę brytyjskiego dziedzictwa kulturowego. Gdy rozpoczynałam urzędowanie, wszystkie obrazy, wiszące w głównej jadalni, były reprodukcjami. Wkrótce więc na ich miejscu pojawiły się inne. Pożyczono mi, na przykład, obraz przedstawiający Jerzego II, który przekazał dom na Downing Street 10 sir Robertowi Walpole’owi, pierwszemu premierowi. Podczas wizyt zagranicznych szybko odkryłam, że duża część naszych ambasad posiada wspaniałe dzieła sztuki, które w ogromnym stopniu pomagają kształtować opinię o naszym kraju. Chciałam, aby Downing Street wywierało podobne, imponujące wrażenie na zagranicznych gościach. Wiedziałam, że w muzeach znajduje się mnóstwo doskonałych prac angielskiego malarstwa, które nie znalazły miejsca w salonach wystawowych. Wypożyczyłam więc kilku turnerów, jednego raeburna i kilka obrazów z galerii Dulwich. One właśnie znalazły się w Białym Salonie i głównym pokoju przyjęć. Zdobyłam także kilka wyśmienitych portretów bohaterów narodowych, które w szczególny sposób pozwalają odczuć ciągłość historii Wielkiej Brytanii. Przypominam sobie, jak kiedyś prezydent Giscard d’Estaing przypatrywał się dwóm portretom wiszącym w jadalni: jeden przedstawiał młodego Nelsona, drugi zaś – Wellingtona. Zwrócił wtedy uwagę na ironię tej sytuacji. Odrzekłam, iż nie mniejszą ironią jest to, że podczas wizyty w Paryżu oglądam portrety Napoleona. Teraz, z perspektywy czasu widzę, że nie było to najlepsze porównanie. Napoleon bowiem przegrał.

Jednak tamtego pierwszego wieczoru mogłam jedynie zwiedzić najważniejsze pomieszczenia. Po czym wreszcie weszłam do Sali Obrad, gdzie powitały mnie znajome twarze, a wśród nich moja córka Carol. Był tam Richard Ryder, który pełnił funkcję sekretarza politycznego odpowiedzialnego za moje kontakty z Partią Konserwatywną w terenie, a także David Wolfson (obecnie lord Wolfson), mój szef sztabu, który zawsze potrafił wykorzystać swój urok osobisty i doświadczenie w biznesie, aby poradzić sobie z problemami zarządzania „dziesiątką”. Były też Caroline Stephens (później Caroline Ryder), która została sekretarką czuwającą nad moim rozkładem zajęć, Alison Ward (później Alison Wakeham), moja sekretarka na okręg wyborczy i Cynthia Crawford – wszystkim nam znana jako „Crawfie” – która była moją osobistą sekretarką i została przy mnie aż do dzisiaj. Nie traciliśmy czasu na pogawędki. Wszyscy z niecierpliwością czekali na decyzje personalne. Mnie zaprzątała dokładnie taka sama myśl: sformowanie Gabinetu.

POWSTAWANIE RZĄDU

Konstruowanie Gabinetu jest dla premiera sprawą ogromnej wagi. Stwarza bowiem możliwość kontrolowania jego późniejszych działań. Nie każdy ma świadomość, jak duże są ograniczenia wpływające na wybór członków Gabinetu. Formalnie wszyscy ministrowie muszą należeć albo do Izby Gmin, albo do Izby Lordów. W Izbie Lordów zaś nie powinno znaleźć się więcej niż trzech członków rządu, stąd konieczność ograniczenia liczby potencjalnych kandydatów do urzędu. Poza tym trzeba pilnować, żeby cały kraj był należycie reprezentowany. Każdy region, który zostanie pominięty, natychmiast wyrazi swoje niezadowolenie. Należy wziąć przy tym pod uwagę rozmaitość opinii wewnątrz partii. Mimo to prasa oczekuje, że skład rządu – około dwudziestu dwóch ministrów – zostanie ustalony, a lista opublikowana w ciągu doby, w innym razie bowiem sugeruje się, że to niechybna oznaka kryzysu politycznego. Moi przyjaciele z Ameryki, a także z innych krajów, często są zdumieni tempem, w jakim formowane są brytyjskie rządy, a ich skład podawany do wiadomości. Nie sądzę więc, by owego dnia ktokolwiek z nas był spokojny, zwłaszcza że okazał się on wyjątkowo długi. (Poprzedniej nocy również spałam tylko parę godzin). Jako nowo przybyły premier otrzymałam rutynowy instruktaż dotyczący ochrony. Potem poszłam na górę, do gabinetu, w którym w ciągu nadchodzących lat miałam spędzić tak wiele godzin. Towarzyszył mi Willie Whitelaw i nasz nowy główny „Bicz”5. Zaczęliśmy rozpatrywać różne kandydatury i z wolna ta najbardziej zadziwiająca układanka jęła nabierać kształtów. Podczas gdy Willie, Michael Jopling i ja omawialiśmy kwestię mianowania członków Gabinetu, Ken Stowe usiłował skontaktować się z tymi osobami i umówić je na spotkanie następnego dnia. O 8.30 zrobiliśmy przerwę na posiłek. Wiedząc, że pod „dziesiątką” nie ma bufetu, ludzie z mojego sztabu przynieśli dania z chińskiej restauracji. Do kolacji w dużej jadalni siedliśmy wszyscy – około piętnastu osób. To był chyba ostatni raz, kiedy, jako premier, jadłam tego typu danie.

Zdawałam sobie sprawę, że najcięższa batalia toczyć się będzie w dziedzinie polityki gospodarczej. Zadbałam więc o to, żeby ministrami kluczowych działów gospodarki zostali ludzie, którzy całym sercem wierzą w naszą strategię Do tej pory Geoffrey Howe miał ustaloną pozycję jako główny rzecznik konserwatystów w sprawach gospodarki. Geoffrey był regularnie zapędzany w kozi róg podczas debat przez Denisa Healeya. Jednak dzięki dogłębnej znajomości spraw, które przedstawiał, zdolności do uporządkowania argumentów i wykorzystania rad, otrzymywanych z różnych źródeł, udowodnił, że pod zwodniczo łagodnym wyglądem kryją się cechy czyniące go doskonałym kandydatem na kanclerza skarbu. Na jego barki miało wkrótce spaść wiele najtrudniejszych decyzji. Nigdy jednak nie cofnął się ani o krok. Moim zdaniem tamte lata były najlepszym okresem w jego politycznej karierze.

Gdy w 1975 roku zostałam liderem partii, myślałam o tym, czy nie mianować Keitha Josepha kanclerzem skarbu „gabinetu cieni”. Keith zrobił więcej niż ktokolwiek inny, aby wyjaśnić w swych przemówieniach i artykułach, jakie nieprawidłowości zaszły w funkcjonowaniu brytyjskiej gospodarki i w jaki sposób można tę gospodarkę przekształcić. Jest na pewno jedną z najtęższych głów w naszych sferach politycznych, a przy tym człowiekiem o nietuzinkowym umyśle, takim, dzięki któremu można zrozumieć, co miał na myśli Burkę, gdy pisał, że polityka jest „filozofią przełożoną na czyny”. Jego wyjątkowość polega także na czym innym: łączy on w sobie pokorę, otwartość umysłu i wierność niepodważalnym zasadom. Jest głęboko i prawdziwie wrażliwy na ludzkie nieszczęście. Chociaż nie wątpił w słuszność decyzji, które mieliśmy podjąć, wiedział, że w ich efekcie upadną nierentowne przedsiębiorstwa, a zbędni pracownicy powiększą rzesze bezrobotnych. Dbał o tych, których te zmiany dotknęły, dużo bardziej niż nasi, niejako z urzędu pełni współczucia, oponenci. Lecz takie połączenie cech osobistych może przysporzyć trudności, gdy jest się w samym centrum życia politycznego, zgiełku, który muszą znosić przede wszystkim ministrowie skarbu. Tak więc Keith przejął Ministerstwo Przemysłu, gdzie wykonał zadanie najwyższej wagi – zrobił rzecz nieosiągalną dla kogokolwiek innego – zmienił całą filozofię do tej pory kształtującą działania ministerstwa. Keith zawsze był – i jest nadal – człowiekiem w polityce mi najbliższym.

Zastępcą kanclerza skarbu mianowałam Johna Biffena. Dotąd, występując z ramienia opozycji, był genialnym wyrazicielem strategii gospodarczych, w które osobiście wierzyłam, a jeszcze wcześniej śmiało krytykował zwrot o sto osiemdziesiąt stopni, wykonany przez ekipę Heatha. Jednak ze żmudnym zadaniem, jakim było kontrolowanie wydatków państwowych, nie radził sobie tak dobrzejak oczekiwałam. Funkcja lidera Izby Gmin, którą później sprawował, wymagająca cech, takich jak głęboka wrażliwość polityczna, pogoda ducha i pewien specyficzny styl bycia była dla niego dużo odpowiedniejsza. John Nott został ministrem handlu. Jego także wyróżniało doskonałe zrozumienie i duże zaangażowanie w naszą strategię kontroli monetarnej, wprowadzenia niższych podatków i wolnej przedsiębiorczości. Johna jednak można porównać do mieszaniny złota, ruchliwej, szybkiej rtęci i pewnej ilości zwykłego żużlu. Nikt nie był lepszy od niego, gdy należało przeanalizować sytuację i zaproponować właściwe działania. Ale, być może, nużyło go trzymanie się raz obranej linii; mimo wcześniejszych ustaleń później zawsze miał wątpliwości. Mając przy sobie Goeffreya i Keitha, którzy pomogli mi poprowadzić rząd, wiedząc, że mogę liczyć na lojalność ze strony Williego i innych, wierzyłam, iż możemy przeforsować naszą strategię gospodarczą. Skuteczna działalność w opozycji oraz udana kampania wyborcza przekonała nas, że warto rozważnie utrzymać ciągłość między „gabinetem cieni” a stanowiskami przyznanymi w rządzie. Willie Whitelaw został więc ministrem spraw wewnętrznych i sprawując ten urząd, a nawet później jako lider Izby Lordów udzielał mi i całemu rządowi wnikliwych rad płynących z przebogatego doświadczenia. Często dziwiono się, że tak dobrze nam się razem pracuje, zważywszy na naszą rywalizację o przywództwo w partii i różne poglądy na gospodarkę. Willie jednak to wielki człowiek – zarówno z wyglądu, jak i osobowości. Pragnął sukcesu rządu, który, co z miejsca zaakceptował, będzie stosować się do mojej koncepcji. Gdy raz ślubował lojalność, nigdy się z tego przyrzeczenia nie wycofał. Wspierał mnie wytrwale, gdy miałam rację i, co ważniejsze, gdy jej nie miałam. Był niezastąpionym wicepremierem – piastowany przez niego urząd nie ma, co prawda, prawnej racji bytu, ale jest wyraźną oznaką politycznej rangi – i czynnikiem koniecznym, bo pomagającym rządowi utrzymywać kurs. Czułam jednak potrzebę zmian na stanowiskach parlamentarnych i ministerialnych. Siejącemu grozę Christopherowi Soamsowi wyznaczyłam więc funkcję lidera Izby Lordów. Christopher był osobą niezależną, w istocie wprost niewiarygodnie niezależną, i dlatego bardziej nadającą się do wystąpień solowych – czy jako ambasador w Paryżu, czy też jako ostatni gubernator Rodezji – niż do harmonijnej współpracy w zespole. Peter Carrington, który umiejętnie przewodniczył Izbie Lordów, będąc w opozycji, został ministrem spraw zagranicznych. Jego niezrównane doświadczenie w polityce zagranicznej z całą pewnością czyniło go odpowiednią osobą na tym stanowisku. Peter posiadał ogromną swadę i zdolność natychmiastowego rozpoznawania głównych argumentów w każdym sporze; potrafił wyrazić swój pogląd w sposób dość sarkastyczny. Czasami nie zgadzaliśmy się, ale nigdy nie angażowaliśmy w spory negatywnych emocji. Razem działaliśmy efektywnie, po części dlatego, że Peter zawsze potrafił powiedzieć jakiemuś wyjątkowo opornemu ministrowi spraw zagranicznych, że niezależnie od tego, co on sam sądzi na temat danej propozycji, jego premier i tak w żadnym razie jej nie zaakceptuje. Zwykle metoda ta okazywała się przekonująca. Zależało mi jednak, żeby choć jeden przedstawiciel ministra spraw zagranicznych miał solidne przygotowanie ekonomiczne i rozsądne poglądy na politykę gospodarczą. Za moją namową Peter wprowadził do ministerstwa Nicka Ridleya.

Obsada dwóch innych stanowisk sprowokowała więcej komentarzy. Poprosiłam Petera Walkera, ku jego zaskoczeniu, by został ministrem rolnictwa. Peter nigdy nie robił tajemnicy z tego, że jest wrogiem mojej strategii gospodarczej. Był jednak twardy i miał zdolność perswazji, a to bezcenne przymioty, gdy trzeba radzić sobie z oczywistymi absurdami polityki rolnej Wspólnoty Europejskiej. Jego członkostwo w rządzie udowodniło, że byłam przygotowana, by w nowym Gabinecie połączyć wszelkie nurty myśli konserwatywnej. Przydzielenie właśnie jemu tego stanowiska świadczyło też, że nie zamierzałam narażać na szwank zasadniczej linii naszej polityki gospodarczej.

Ta tendencja nie była, zdaje się, tak bardzo widoczna, gdy postanowiłam zatrzymać Jima Priora jako ministra pracy. Wrócę jeszcze później do sprawy rozbieżności poglądów między Jimem a resztą członków partii w okresie działalności w opozycji. Od tamtej pory jednak trwał ożywiony spór na temat reformy związków zawodowych. Wszyscy zgadzaliśmy się, że związki zawodowe zdobyły zbyt duże wpływy i przywileje. Doszliśmy również do wniosku, że tę sprawę trzeba załatwiać krok po kroku. Ale gdy nadszedł czas na podjęcie konkretnych przedsięwzięć, nastąpił ogromny rozdźwięk dotyczący tego, w jakim tempie i jak daleko można się posunąć. Mimo to nie wątpiłam, że Jim Prior był nam potrzebny. W kraju, a także w Partii Konserwatywnej panowało wciąż przekonanie, że nie można rządzić Wielką Brytanią bez cichej zgody związków zawodowych. Miało jeszcze upłynąć kilka lat, nim ta reguła przestała być oczywista. Gdybyśmy już na początku zasygnalizowali, że planujemy reformę związków zawodowych na dużą skalę, i to przy ich sprzeciwie, podważyłoby to zaufanie pokładane w rządzie, a być może nawet okazało się wyzwaniem, którego nie bylibyśmy jeszcze gotowi podjąć. Jim był uosobieniem rozsądku, cechującego naszą partię. Wypracował dobre stosunki z wieloma przywódcami ruchu związkowego, których jednak praktyczne znaczenie, jak się zdaje, przecenił. Ale był doświadczonym politykiem i człowiekiem o silnej osobowości, i te cechy z ogromnym skutkiem wykorzystał w Irlandii Północnej.

Według prawa tylko dwadzieścia dwie osoby mogą otrzymywać pensje ministerialne. Moja decyzja, by mianować ministra spraw zagranicznych zasiadającego w Izbie Lordów, oznaczała, że musieliśmy też mieć dodatkowego zastępcę ministra spraw zagranicznych, aby mógł go reprezentować w Izbie Gmin. Członkowie Izby Gmin nie lubią widzieć w Gabinecie zbyt wielu członków Izby Lordów. Godzą się oczywiście z tym, że lider Izby Lordów i lord kanclerz (w tym wypadku wybitny i obdarzony dużym temperamentem Quintin Hailsham) oraz – ewentualnie – trzeci lord, bez wątpienia odpowiedni do danej funkcji, muszą znaleźć się w Gabinecie. Żądają jednak, by w Izbie Gmin był parlamentarny minister (Junior Minister), który może odpowiadać na pytania w imieniu każdego szefa resortu, a który jednocześnie ma status para. Na to stanowisko wyznaczyłam lana Gilmoura. (Podobne ustalenia były konieczne także później, kiedy do rządu wszedł David Young; najpierw w Ministerstwie Pracy, później w Ministerstwie Przemysłu i Handlu, Ian pozostał w Ministerstwie Spraw Zagranicznych przez dwa lata. Okazywał mi tę samą lojalność, będąc posłem, co sprawując funkcję w rządzie).

Bardzo zależało mi, aby w rządzie znalazł się Angus Maude; chciałam skorzystać z jego wieloletniego doświadczenia politycznego, zdrowych poglądów i ciętego dowcipu. Prowadziłby Biuro Informacyjne Rządu. Pod koniec dnia brakowało nam jednego miejsca. W rezultacie Norman Fowler, jako minister transportu, nie mógł zostać oficjalnym członkiem Gabinetu, choć był obecny na wszystkich naszych spotkaniach.

Około jedenastej wieczorem skład Gabinetu był gotowy, a lista już zaakceptowana przez królową. Poszłam na górę, żeby podziękować ludziom siedzącym przy telefonach, którzy, ustalając spotkania na następny dzień, na pewno nie mogli narzekać na brak pracy. Potem odwieziono mnie do domu. W sobotę rozmawiałam po kolei z przyszłymi ministrami. Obyło się bez problemów. Ci, którzy nadal nie byli członkami Królewskiej Rady Przybocznej6, zostali zaprzysiężeni w Pałacu Buckingham. Po południu członkowie Gabinetu zostali mianowani, a ich nazwiska ujawniono prasie. Dzięki temu każdy nowy minister podczas weekendu mógł opracować dyspozycje dla swojego resortu, aby wprowadzić w życie założenia programowe. W istocie było na to odrobinę więcej czasu niż zazwyczaj, ponieważ w poniedziałek wypadał dzień ustawowo wolny od pracy.

OBSADA POZOSTAŁYCH STANOWISK

W sobotę w nocy zakończyliśmy układać listę parlamentarnych ministrów; z niektórymi z nich spotkałam się, a do innych zatelefonowałam już w niedzielę. Wielu z nich weszło później w skład rządu, między innymi: Cecil Parkinson, Norman Tebbit, Nick Ridley i John Wakeham. Ministrowie zawsze szukają najlepszych zastępców; naprawdę dobry zespół ministerialny jest niezwykle ważny, by utrzymywać polityczną kontrolę nad pracami resortu rządowego. Należało obsadzić około sześćdziesięciu stanowisk. Mimo to pełny skład rządu został ustalony i podany do wiadomości w ciągu czterdziestu ośmiu godzin od mojego pojawienia się na Downing Street.

Moja ostatnia i najlepsza decyzja personalna to zaproponowanie Ianowi Gowowi funkcji mojego prywatnego sekretarza. Jego osobowość, poczucie lojalności, wnikliwość i nieodparte poczucie humoru miały pomóc nam przetrwać wiele trudnych chwil. Jako parlamentarzysta był obdarzony dużym instynktem politycznym, fascynowało go też wszystko, co dotyczyło Izby Gmin. W rozmowie prywatnej potrafił każdego wciągnąć w sprawy polityczne i sprawić, aby czuł, że jego wkład pracy jest naprawdę istotny. Jego publiczne wystąpienia były pełne humoru – przy czym on niezmiennie zachowywał kamienną twarz – co obie strony, i rządową, i opozycyjną przyprawiało o łzy śmiechu. Pozostaliśmy bliskimi przyjaciółmi nawet po rezygnacji lana, którą złożył, kierując się zasadami, gdy doszło do podpisania porozumienia angielsko-irlandzkiego. Stojąc na stanowisku skrajnego unionizmu, Ian był mu przeciwny. Zamordowanie go przez IRA w 1990 roku było niepowetowaną stratą.

Poniedziałek, jak już wspomniałam, był dniem wolnym do pracy. Przyjechałam jednak na Downing Street i skorzystałam z okazji, aby dokonać obsady kilku nieministerialnych stanowisk. Johna Hoskynsa mianowałam szefem Sekcji Programowej. W przeszłości zajmował się biznesem i komputerami, lecz poza doświadczeniem w tej dziedzinie posiadał ogromną zdolność analizy i gdy jeszcze byliśmy w opozycji, pomagał sformułować naszą strategię gospodarczą. Propagował teorię, że okres upadku był ostateczną przyczyną wielu problemów gospodarczych Wielkiej Brytanii. Będąc w rządzie, nieustannie zmuszał ministrów, aby odnosili poszczególne problemy do całości naszej strategii, której zadaniem było ten upadek odwrócić. Zawsze sprowadzał nas na właściwy kurs.

Tego samego dnia spotkałam się z Kennethem Berrillem, szefem Sztabu Analiz Strategicznych, zwanego też Radą Ekspertów. Sztab został pierwotnie powołany przez Teda Heatha jako organ doradczy rządu, zajmujący się wyznaczeniem polityki długofalowej. Było to jeszcze w czasach, gdy istniało mniej pozarządowych organów tego typu, nie tak wielu profesjonalnych doradców w samym rządzie oraz szeroko rozpowszechniony pogląd, że najważniejsze bieżące problemy można rozwiązać za pomocą specjalistycznej, fachowej analizy. Jednak rząd o zdecydowanej orientacji stanowił niechybnie niezbyt wygodne otoczenie dla organu o charakterze technokratycznym. Beznamiętne spekulacje Rady Ekspertów, gdy przeciekły do prasy, posądzanych o ich autorstwo ministrów stawiały w kłopotliwej sytuacji. Świat się zmienił, a sztab nie umiał zmienić się wraz z nim. Z tych, jak również z innych powodów sądzę, że moja późniejsza decyzja o jego zlikwidowaniu była słuszna i prawdopodobnie nieunikniona. Muszę powiedzieć, że nigdy nie odczułam jego braku.

Poprosiłam także sir Dereka Raynera o powołanie tak zwanego Biura Kontroli Wydatków Rządowych, by zaradzić jakoś marnotrawstwu i nieskutecznym działaniom rządu. Derek również był dobrym biznesmenem, pracującym dla firmy, która według powszechnej opinii była moją ulubioną, czyli dla Marks and Spencer. Oboje uważaliśmy, że w polityce ocenia się sprawność działań ministerstwa według tego, ile się w nie wkłada, a w biznesie – wartość transakcji po tym, ile się na niej zyskuje. Byliśmy przekonani, że istnieje potrzeba przeniesienia niektórych postaw ze świata biznesu do kół rządowych. Jednak żadne z nas nie wyobrażało sobie nawet, jakie okaże się to trudne.

Spotkałam się również z sir Richardem O’Brienem w kwestii, która świetnie ilustruje niezwykły zakres tematyczny spraw przewijających się przez moje biurko w ciągu owych pierwszych dni. Sir Richard był nie tylko przewodniczącym pozarządowej komisji do spraw zatrudnienia, nadzorującej państwowe programy szkoleniowe, ale także prezesem komisji, której zadaniem jest doradzanie premierowi w sprawie mianowania nowego arcybiskupa Canterbury. (Donald Coggan podał do wiadomości, że zamierza odejść i w związku z tym trzeba było do końca roku znaleźć następcę). Poinformował mnie o pracach komisji i w przybliżeniu określił czas, w jakim będzie ona mogła zarekomendować kandydatów na arcybiskupa. W perspektywie moich późniejszych stosunków z hierarchią kościelną mogłabym sobie życzyć, by sir Richard połączył oba stanowiska i wykorzystał je w celu stworzenia porządnego programu szkoleniowego dla biskupów.

Jednak natychmiastowej troski wymagały przede wszystkim gospodarka i finanse państwa. Sir John Hunt, sekretarz Gabinetu, budził zaufanie gdyż sprawiał wrażenie osoby spokojnej i kompetentnej, co też całkowicie się potwierdziło. Przygotował krótki raport na temat najpilniejszych zagadnień, takich jak płace sektora państwowego i rozmiary pożyczek oraz finansowania sektora publicznego. Sporządził listę najbliższych spotkań z szefami innych rządów. Każde z tych zadań wymagało podjęcia szybkich decyzji. Owego poniedziałkowego popołudnia ostatnie spotkanie odbyłam z Geoffreyem Howe’em, aby przedyskutować jego przyszły budżet. Tamtego wieczoru – rzecz zupełnie niezwykła – udało mi się wrócić na Flood Street i zjeść kolację z rodziną, co nie znaczyło, że miałam przerwę w pracy. Musiałam jeszcze przeczytać stos dokumentów na wszelkie tematy, jakie tylko można sobie wyobrazić. A może tak mi się wydawało. Zaczęła się bowiem nieprzerwana powódź czerwonych teczek, zawierających dokumenty, które wymagają aprobaty premiera – do trzech każdego wieczora i cztery podczas weekendu. Mimo wszystko zabrałam się do pracy z zapałem. Nigdy nowemu rządowi, posiadającemu niedawno uzyskany mandat wyborczy, nie zdarzy się już taka okazja, by odcisnąć swe piętno na sprawach państwowych. A ja byłam zdecydowana tę okazję wykorzystać.

PIERWSZE DECYZJE

We wtorek o 14.30 odbyło się pierwsze posiedzenie rządu. Można powiedzieć, że było to spotkanie nieformalne, bowiem sekretariat Gabinetu nie przygotował porządku obrad i nie sporządzono też protokołu posiedzenia. (Wnioski zostały później zanotowane na pierwszym „formalnym” spotkaniu, odbywającym się zwyczajowo w czwartki rano). Ministrowie zdali sprawę z sytuacji w swych resortach i z postępu przygotowań do najbliższych prac legislacyjnych. Bezzwłocznie przystąpiliśmy do realizacji obietnicy zawartej w naszym programie, że zadbamy, by zarówno policja, jak i wojsko były odpowiednio wynagradzane. Wskutek upadku morale w policji, znacznie zmniejszonego naboru nowej kadry i pogłosek o możliwości strajku rząd laburzystowski powołał komitet do spraw uposażenia w policji, któremu przewodniczył sędzia Edmund Davies. Komitet wypracował formułę, aby utrzymać te płace na równym poziomie z innymi. My zaś zdecydowaliśmy, że należy przyspieszyć realizację propozycji podwyższenia płac, co było zaplanowane na 1 listopada. Postanowienie zostało więc ogłoszone następnego dnia, w środę. Zdecydowaliśmy także, że pełna pensja wojskowa w wysokości proponowanej przez ostatni raport komisji ds. płac w siłach zbrojnych powinna zostać wypłacona w całości od 1 kwietnia.

Na tamtym pierwszym, nieformalnym spotkaniu, rozpoczęliśmy bolesny, ale konieczny proces okrajania sektora państwowego. Nastąpiło to po latach, kiedy przyjmowano, iż powinien on rozwijać się kosztem sektora prywatnego. Tak więc natychmiast zamroziliśmy przydzielanie etatów w administracji państwowej (choć później miało się to nieco zmienić i zostały wyznaczone konkretne sfery podlegające redukcji). Zaczęliśmy też przyglądać się bliżej formom nadzoru narzuconym samorządom lokalnym przez administrację centralną. W tej kwestii również zostaliśmy w swoim czasie zmuszeni do zaostrzenia kontroli finansowej, w miarę jak niezdolność czy też niechęć władz lokalnych do sprawnego wykonywania usług komunalnych stawała się coraz bardziej widoczna.

Jednakże płace i ceny były teraz najbardziej niecierpiącą zwłoki kwestią, podobnie jak i przez wszystkie wcześniejsze lata, naznaczone trudnościami ekonomicznymi. Komisja do spraw kontroli poziomu płac profesora Hugh Clegga została powołana przez rząd laburzystowski po to, żeby przekupić pracowników sektora państwowego, obiecując im podwyżki płac w razie wygrania wyborów. Była ona nie lada kłopotem, a dawała się wszystkim we znaki tym bardziej, im bliżej było do obiecywanych podwyżek.

Ważne były też negocjacje płacowe w państwowych gałęziach przemysłu. Doszliśmy do wniosku, że ministrowie, władni w tej sprawie, powinni zdystansować się od nich najbardziej jak to możliwe. Nasz plan zakładał zastosowanie niezbędnej dyscypliny finansowej, tak aby później pozwolić kierownictwu konkretnych zakładów oraz związkom zawodowym podjąć odpowiednie decyzje na własną rękę. Jednak aby go zrealizować, potrzebny był także postęp w dziedzinach pokrewnych – zwiększenie konkurencji, przeprowadzenie prywatyzacji i reformy związkowej – zanim w ogóle efekty staną się dostrzegalne.

Konieczna była też gruntowna przebudowa systemu kontroli cen, wykorzystującego takie środki interwencyjne jak działania komisji ds. kontroli cen, naciski ze strony rządu oraz subsydia. Nie mieliśmy złudzeń: wzrost cen był symptomem inflacji, a nie jej przyczyną. Inflacja jest zjawiskiem monetarnym, którego zahamowanie wymaga również dyscypliny monetarnej. Jej sztuczne powstrzymywanie jedynie powoduje obniżenie inwestycji i zachwianie zysków – jedno i drugie jest zbyt mizerne, aby państwo mogło uzyskać dobrą kondycję gospodarczą – a przy tym sprawia, że w całym kraju przedsiębiorcy nagminnie zawyżają koszty, co pociąga za sobą wzrost cen.

Na obydwu spotkaniach Gabinetu zakończyłam swe wystąpienie, podkreślając potrzebę zbiorowej odpowiedzialności i przestrzegania zasady poufności w pracach rządu. Oświadczyłam, że nie zamierzam prowadzić dziennika, zawierającego szczegóły z posiedzeń Gabinetu, i że mam nadzieję, iż inni pójdą za moim przykładem. Jest to na pewno niedogodne dla autorów pamiętników, stanowi jednak jedyną rozsądną regułę, obowiązującą przy sprawowaniu władzy. Mimo to, ostrzeżenie, mające zapobiec przeciekom, musiałam powtarzać wiele razy.

Choć nie minął jeszcze tydzień, odkąd objęliśmy rządy, musieliśmy określić treść pierwszego przemówienia królowej. W dużej mierze było to zadanie komisji do spraw przemów królewskich i przyszłych działań ustawodawczych pod przewodnictwem Williego Whitelawa, który miał podpowiedzieć rządowi, jakie akty ustawodawcze należy wymienić w tymże przemówieniu. Szczęście sprzyjało nam o tyle, że zobowiązania przyjęte w naszym programie były określone wyraźnie, w związku z czym wystąpienie królowej nie wymagało z naszej strony niemal żadnego wysiłku.

W gorącym okresie formowania rządu zdawałam sobie jednak sprawę, że nie wolno mi zaniedbywać szeregowych posłów. Mając za sobą dwadzieścia lat spędzonych w Izbie Gmin, przetrwawszy sześć kolejnych kadencji parlamentu, zdążyłam zauważyć, jak nieoczekiwanie mogą pojawić się problemy, a interes Izby Gmin może być narażony na niebezpieczeństwo. Tak więc we wtorek wieczorem, zanim jeszcze parlament się zebrał, zaprosiłam przewodniczącego i członków Komitetu 19227 na spotkanie, aby uczcić nasze zwycięstwo i omówić prace najbliższego posiedzenia parlamentu. Nazwa – zwykle skracana do „dwudziestkidwójki” – upamiętnia wydarzenia tamtego roku, kiedy posłowie konserwatywni zmusili koalicyjny rząd Lloyda George’a do ustąpienia i tym przyczynili się do rozpisania powszechnych wyborów oraz, w konsekwencji, do powrotu administracji konserwatystów z premierem Bonarem Lawem. Fakt ten powinien przypomnieć wszystkim, którzy są skłonni w to wątpić, jak ważna dla rządu jest „dwudziestkadwójka”. Nawet w mniej burzliwych czasach obszerny program ustawodawczy jest możliwy jedynie przy rzetelnym porozumieniu między Downing Street, „dwudziestkądwójką”, główną siedzibą „Biczów” a liderem Izby Gmin.

W środę, 9 maja, nowy parlament zebrał się, by dokonać wyboru przewodniczącego Izby Gmin. W poprzednim parlamencie był nim George Thomas, były minister w rządzie laburzystowskim, i on też został jednogłośnie wybrany na następną kadencję. Mój szacunek dla George’a Thomasa, już wówczas duży, z biegiem lat miał jeszcze wzrosnąć. Był on głęboko wierzącym chrześcijaninem, człowiekiem bezprzykładnie uczciwym, co jako przewodniczącemu nadawało mu pewien niezwykły autorytet. Jednakże mnie podczas wygłaszania przemówienia gratulacyjnego nie dawała spokoju inna myśl – musiałam pamiętać, by nie zwracać się do Jima Callaghana per „panie premierze”.

WIZYTA HELMUTA SCHMIDTA

Następnego dnia członkowie parlamentu zebrali się, żeby złożyć przysięgę. Lecz czwartek był dniem ważnym nie tylko ze względu na tę uroczystość (inne wydarzenie jakoś zagubiło się wówczas w ogólnym natłoku zajęć – urodziny Denisa). Owego dnia także Helmut Schmidt, kanclerz Republiki Federalnej Niemiec, przybył do Londynu z oficjalną wizytą, pierwotnie zaplanowaną z rządem Partii Pracy; był pierwszym przywódcą obcego państwa, z którym spotkałam się już jako premier.

Owszem, toczyła się dyskusja, czy w ogóle powinno dojść do tej wizyty; zdecydowanie byłam zdania, że powinno. Poznałam pana Schmidta, będąc w opozycji i już po niedługim czasie miałam dla niego największy szacunek. Dogłębnie rozumiał zagadnienia gospodarki międzynarodowej i z czasem mieliśmy odkryć, że w tej kwestii, mimo że uważał się za socjalistę, łączyły nas bardzo zbliżone poglądy. W gruncie rzeczy dużo lepiej niż niektórzy brytyjscy konserwatyści pojmował znaczenie rygoryzmu finansowego – potrzebę kontrolowania podaży pieniądza i ograniczania wydatków publicznych oraz pożyczek, tak aby umożliwić rozwój sektorowi prywatnemu. Jednakże trzeba mu było wyraźnie oświadczyć, że chociaż Wielka Brytania chce odgrywać aktywną i wpływową rolę w EWG, nie nastąpi to dopóty, dopóki nie zostanie rozwiązany problem naszego skandalicznie nieproporcjonalnego udziału w budżecie Wspólnoty Europejskiej. Nie widziałam powodu, dla którego mielibyśmy ukrywać nasze poglądy za dyplomatycznymi uprzejmościami. Chciałam przekonać Helmuta Schmidta o zasadności naszego stanowiska i naszej ogromnej determinacji właśnie dlatego, że Niemcy Zachodnie miały poważne wpływy w ramach EWG. Tak więc wykorzystywałam każdą okazję, by jasno przedstawić mu nasze zapatrywania.

Przemówienie, które wygłosiłam w czwartek wieczorem podczas kolacji na cześć kanclerza, było pierwszą sposobnością, aby określić moje nowe stanowisko wobec EWG. Już na wstępie odrzuciłam przekonanie, że jest coś „nieeuropejskiego” w żądaniu, aby rozstrzygnięto kwestię niesprawiedliwości. Fragment, który szczególnie przyciągnął uwagę prasy, brzmiał: „Niektórzy ludzie w tym kraju sugerują, że ja i mój rząd będziemy w EWG »naiwnym partnerem«. W razie gdyby takie pogłoski przypadkiem do pana dotarły, panie kanclerzu, gdyby przyniosły je jaskółki ze Smith Square8, Belgrave Square lub z jeszcze innego miejsca, mogę z czystym sumieniem radzić panu, aby puszczał je pan mimo uszu (jak to zrobili moi koledzy partyjni już dawno temu!). Zamierzam być bardzo rozważna, orzekając, gdzie leży interes Wielkiej Brytanii i stanowczo stanę w jego obronie”.

Następnego dnia na wspólnej konferencji prasowej, z uwagi na to, że Helmut Schmidt był socjalistą i zawsze zwracał się do pana Callaghana po imieniu, zapytano nas o nasze osobiste stosunki. Kiedy podkreśliłam podobieństwa łączące naszą politykę, pan Schmidt zaoponował: „Pani premier, proszę, niech nie posuwa się pani zbyt daleko i nie psuje mi stosunków z moją własną partią!”.

PRACOWITY WEEKEND

W sobotę poleciałam do Szkocji, aby wystąpić na Konferencji Szkockiej Partii Konserwatywnej, co zawsze robiłam z przyjemnością. W przeciwieństwie do angielskich konserwatystów Szkoci przyzwyczajeni są do tego, że stanowią partię mniejszości, a przy tym mają przeciwko sobie pełne uprzedzeń szkockie media. Trudne warunki obdarzyły tamtejszych konserwatystów entuzjazmem i wolą walki, które podziwiam, i które także sprawiają, że są oni życzliwymi i otwartymi słuchaczami. Niektórym czołowym szkockim torysom, choć tacy znajdują się w zdecydowanej mniejszości, wciąż marzyło się uzyskanie większej niezależności, lecz my, pozostali, mieliśmy poważne wątpliwości co do tego, jak może to wpłynąć na przyszłość Zjednoczonego Królestwa. Potwierdzając naszą decyzję o uchyleniu Laburzystowskiej Ustawy dla Szkocji, wskazałam fakt, że zamierzamy zainicjować rozmowy z udziałem wszystkich partii „mające na celu zbliżenie rządu do narodu”. Spełniliśmy tę obietnicę, ograniczając rozmiary aparatu administracyjnego, zamiast tworzyć nowe instytucje.

Jednak główna myśl mojego wystąpienia była celowo pesymistyczna; dotyczyła Wielkiej Brytanii jako całości. Tego samego dnia ogłoszono wskaźnik inflacji wynoszący 10,1 proc. Wiadomo było, że będzie on nadal wzrastać. Oto, co wtedy powiedziałam: „Negatywne skutki inflacji wciąż dają o sobie znać. Czeka nas długa droga, zanim uda się przywrócić wartość pieniądza; Skarb Państwa w momencie gdy przejęliśmy władzę, przewidywał, że inflacja wykazuje tendencję wzrostową. Upłynie jeszcze dużo czasu, nim przedsięwzięte przez nas środki dadzą rezultaty. Nie wolno nam nie doceniać ogromu zadania, które nas czeka. Jednak niewiele można osiągnąć bez uzdrowienia pieniądza. To podstawa także zdrowego rządu”.

Ponieważ trudności gospodarcze i polityczne miały narastać w nadchodzących miesiącach, nikt nie mógł powiedzieć, że wcześniej nie padło ostrzeżenie.

Wróciliśmy do bazy RAF-u w Northolt i stamtąd, samochodem, pojechaliśmy do Chequers, gdzie spędziłam pierwszy weekend jako premier. Nie sądzę, żeby komuś udało się spędzić dłuższy czas w tym miejscu i nie docenić jego uroku. Od czasów Davida Lloyda George’a, pierwszego premiera, który zajmował tę rezydencję, uznawano, że osoby sprawujące tę funkcję nie muszą mieć własnych wiejskich posiadłości. Dlatego też dar lorda Lee dla narodu, w postaci jego domu na wsi, w którym premierzy mogli korzystać z wypoczynku, wyznaczył początek nowej ery w równej mierze co każda ustawa przełomowa dla procesu rozwoju demokracji.

Kiedy pojawiłam się tam jako premier, zarządcą majątku była Vera Thomas, która znała i kochała każdy idealnie wypolerowany mebel, każde płótno, każdy lśniący, srebrny drobiazg. Chequers to dom w stylu elżbietańskim, lecz z biegiem czasu został w dużym stopniu przebudowany. W centrum znajduje się duży holi – niegdyś dziedziniec – odbudowany pod koniec zeszłego stulecia. Zimą pali się w nim w kominku, co sprawia, że lekki zapach gryzącego dymu da się wyczuć w każdym pokoju.

Dzięki hojności Waltera Annenberga, ambasadora Stanów Zjednoczonych w Wielkiej Brytanii w latach 1969-74, Chequers posiada także kryty basen. Jednak w czasie, kiedy ja tam przyjeżdżałam, korzystaliśmy z niego tylko w lecie. Wcześniej dowiedziałam się, że jego ogrzewanie kosztuje pięć tysięcy funtów rocznie. Oszczędzając tę sumę, mogliśmy więcej wydać na niekończące się drobne naprawy. Być może najważniejszą rzeczą, jaką tam zrobiłam, było wyczyszczenie boazerii w stylu elżbietańskim w jadalni i wielkim salonie. Gdy zniknęły warstwy lakieru i brudu, ukazały się przepiękne intarsje, które przez wiele lat nie oglądały światła dziennego.

Towarzystwo, które zebrało się przy niedzielnym lunchu, zaledwie dziesięć dni po wyborach, było typowe dla weekendów spędzanych w Chequers. Była tam moja rodzina: Denis, Carol, Mark. Keith Joseph, Geoffrey i Elspeth Howe’owie, państwo Pymowie oraz Quintin Hailsham niejako reprezentowali Gabinet. Peter Thorneycroft i Alistair McAlpine przyjechali z głównej siedziby partii. Pan McAlpine, jako skarbnik Partii Konserwatywnej, był chyba najlepszym specjalistą od gromadzenia funduszy, a przy tym jednym z moich najbliższych i najlojalniejszych przyjaciół. David Wolfson, Brian Cartledge (mój osobisty sekretarz) z żonami oraz nasi przyjaciele, sir John i lady Tilneyowie, dopełniali towarzystwa.

Wciąż jeszcze byliśmy w nastroju, by świętować zwycięstwo, z dala od urzędowej atmosfery Downing Street. Wykonaliśmy już wstępne zadanie – nowy rząd był gotowy do działania. Nadal łączyło nas poczucie koleżeństwa, które z pewnością wkrótce osłabią nieuniknione spory i rozbieżności opinii w łonie rządu. Lunch upłynął nam w beztroskiej i przyjacielskiej atmosferze. Być może daliśmy przykład czegoś, co później jeden z krytyków miał określić jako „burżuazyjny triumfalizm”.

Mimo wszystko mieliśmy świadomość, że czeka nas jeszcze długa droga. Jak zwykł mawiać mój ojciec: „Łatwo jest zacząć coś robić z zapałem. Trudniej, by chęci do końca zostały”.

O siódmej wieczorem wróciliśmy z Denisem do Londynu, aby rozpocząć drugi, pełny tydzień urzędowania. Już czekała na mnie masa pracy. Napływało mnóstwo dokumentów do podpisu. Pamiętam, jak kiedyś Harold Macmillan powiedział grupce młodych, entuzjastycznych posłów – a wśród nich najbardziej entuzjastyczna była Margaret Thatcher – że premierzy, nie kierując własnym resortem, mają dużo wolnego czasu na czytanie. Polecał szczególnie Disraeliego i Trollope’a. Nieraz nachodziła mnie myśl, czy aby nie żartował.


1 Downing Street 10, siedziba premiera.

2 Chequers – rezydencja wypoczynkowa premiera Wielkiej Brytanii.

3 Kontrowersyjne pismo satyryczne.

4 Elitarny klub sportowy.

5 Michael Jopling. Chief Whip („Główny Bicz”), poseł pilnujący obecności na sesjach i udziału w głosowaniach, dbający o zachowanie procedury parlamentarnej. (Przyp. aut.).

6 Królewska Rada Przyboczna jest jedną z najstarszych instytucji politycznych Wielkiej Brytanii; jej członkami są główni doradcy królewscy oraz, zgodnie z obyczajem, wszyscy ministrowie wchodzący w skład Gabinetu. Posiedzenia Rady – zwykle zaledwie kilku ministrów zbiera się w obecności królowej – są obecnie czystą formalnością, lecz przysięga składana przez nowych członków umacnia ich w zobowiązaniu dochowania tajemnicy w kierowaniu pracami rządu; wydanie zaś „Rozporządzeń Królewskich” jest nadal ważną procedurą przy uchwalaniu ustaw niewymagających aprobaty parlamentu. (Przyp. aut.).

7 W skład Komitetu 1922 wchodzą wszyscy członkowie parlamentu należący do Partii Konserwatywnej (wyjąwszy tych piastujących funkcje państwowe). Podczas posiedzeń komisji i jej podkomisji zostają przedyskutowane różne opinie i kierunki polityki, a prywatni sekretarze i nasi „Bicze” informują o rezultatach działań ministrów. Komitet 1922 ma także decydujący głos przy wyborze przewodniczącego Izby Gmin, gdy u władzy znajdzie się Partia Konserwatywna. (Przyp. aut.).

8 Na Smith Square mieści się oczywiście główna siedziba Partii Konserwatywnej, na Belgrave Square zaś – Ambasada Niemiec. (Przyp. aut.).


ROZDZIAŁ II Zapowiedź zmian

Polityka wewnętrzna w czasie pierwszych sześciu miesięcy – do końca 1979 roku

Przejście od euforii zwycięstwa wyborczego do problemów brytyjskiej gospodarki można by przyrównać do przebudzenia rankiem po całonocnej zabawie. Inflacja rosła coraz szybciej, płace w sektorze publicznym wymknęły się spod kontroli, przewidywane wydatki publiczne wzrastały, natomiast prognozy dotyczące dochodu narodowego wyglądały coraz mizerniej. Dodatkowo, problemy wewnętrzne kraju pogłębiały się wskutek wzrostu cen ropy, który był przyczyną ogólnoświatowej recesji.

W tych okolicznościach bardzo kuszące byłoby wycofanie się na pozycje obronne. Moglibyśmy przyjąć politykę fałszywej rozwagi: nie obniżyć podatku dochodowego, kiedy wiadomo było, że dochód narodowy zmniejszy się, nie znosić kontroli cen, gdy inflacja już zaczęła przyspieszać, nie redukować sum przeznaczonych na dofinansowanie przemysłu w obliczu wzbierającej recesji, i wreszcie, nie ograniczać sektora państwowego, w sytuacji gdy sektor prywatny był jeszcze zbyt słaby, by stworzyć nowe miejsca pracy. I rzeczywiście, wszystkie te niekorzystne czynniki ekonomiczne spowolniły tempo, w jakim spodziewaliśmy się uzdrowić Wielką Brytanię. Byłam jednak pewna, że wobec takich przeciwności musieliśmy zdwoić wysiłki. Jeśli kiedykolwiek mieliśmy podźwignąć gospodarkę z upadku, powinniśmy znacznie zwiększyć tempo reform.

PIERWSZE PRZEMÓWIENIE KRÓLOWEJ

Pierwszą okazją, która nam się nadarzyła, by unaocznić zarówno naszym zwolennikom, jak i przeciwnikom, że trudności nas nie odstraszą, było wystąpienie królowej. Pierwsza mowa tronowa królowej, w której prezentuje ona parlamentowi stanowisko swojego rządu, określa linię polityki, obraną przez ten rząd na cały okres urzędowania. Jeśli wówczas nie skorzysta on z okazji, by wyznaczyć nowy, radykalny kurs, prawdopodobnie taka szansa już nie będzie mu dana. Wszyscy wokół zaś zdają sobie sprawę, że pod śmiałą, ożywczą retoryką kryje się jedynie rutynowe działanie. Ja jednak byłam zdecydowana wyraźnie zasygnalizować zbliżające się zmiany.

Już pod koniec debaty nad wystąpieniem królowej wiadomo było, że Izba Gmin może oczekiwać poważnego programu; jego zadaniem będzie położenie kresu socjalizmowi, danie obywatelom większych możliwości wyboru i znaczne rozszerzenie zakresu własności prywatnej. Zapowiedzieliśmy działania ustawodawcze zmierzające do ograniczenia kompetencji laburzystowskiej Rady do spraw Przedsiębiorstw Państwowych oraz rozpoczęcie procesu prywatyzacji państwowych przedsiębiorstw w celu przekazania ich majątku sektorowi prywatnemu. Chcieliśmy dać mieszkańcom osiedli komunalnych prawo wykupu swoich domów po obniżonej cenie, z możliwością uzyskania stuprocentowej hipoteki. Zaplanowaliśmy także częściowe zniesienie kontroli państwowej nad nowym, prywatnym budownictwem czynszowym. Dziesięciolecia restrykcyjnej kontroli dawały coraz mniejsze szanse tym, którzy chcieli wynajmować mieszkania, a tym samym wpłynęły hamująco na mobilność siły roboczej i postęp gospodarczy. Zamierzaliśmy anulować laburzystowską Ustawę o Państwowej Własności Ziemi, która powodowała znacjonalizowanie dochodów będących efektem rozwoju gospodarczego i sprawiła, że brakowało ziemi, a jej ceny poszły znacznie w górę. Zlikwidowaliśmy obowiązek nałożony na władze lokalne, by przekształcić licea o wysokim poziomie w zwyczajne szkoły średnie, zapoczątkowaliśmy Program Wspierania Szkół, który umożliwiał uzdolnionym dzieciom z uboższych rodzin naukę w szkołach prywatnych. Był to pierwszy z, mam nadzieję, licznych kroków mających zapewnić możliwość samokształcenia dzieciom pochodzącym z takich rodzin, jak moja. I wreszcie, chcieliśmy ukrócić korupcję i marnotrawstwo widoczne w działalności samorządowych przedsiębiorstw robót publicznych, zwykle kontrolowanych przez socjalistów.

W moim wystąpieniu podczas debaty, bezpośrednio po przemówieniu królowej, dwie kwestie szczególnie przyciągnęły uwagę słuchaczy: zniesienie kontroli cen i obietnica reformy związków zawodowych. Większość spodziewała się, że w jakiejś formie utrzymamy kontrolę cen, przynajmniej czasowo. Przecież prawna regulacja cen, płac i dywidend zawsze była jednym z środków, za pomocą których, w większości krajów zachodnich, rządy usiłują rozszerzyć swą władzę i wpływy. W ten sposób chcą złagodzić inflacyjne efekty własnej nieodpowiedzialnej polityki finansowej.

Istniały jednak dowody, zebrane przez Konfederację Przemysłu Brytyjskiego, że choć kontrola cen miała minimalny wpływ na poziom inflacji, to z pewnością działała destrukcyjnie na dochodowość przemysłu oraz na efektywność inwestycji. Jedna z pierwszych dyskusji, jakie przeprowadziliśmy z komisją do spraw strategii ekonomicznej rządu, której przewodniczyłam – dotyczyła kwestii, czy powinniśmy upierać się przy szybszej i całkowitej likwidacji komisji ds. kontroli cen. Niektórzy ministrowie dowodzili, że skoro inflacja rośnie coraz szybciej, winę za mający nastąpić wzrost cen będzie się przypisywać zniesieniu komisji, a tym samym odpowiedzialność poniesie rząd. Argument ten nie był bezpodstawny. Lecz John Nott, minister handlu, pragnął działać szybko i miał rację. Ponieważ ceny już teraz rosły gwałtownie, coraz trudniej byłoby zlikwidować komisję. Być może nasi oponenci dopiero w dniu, kiedy ogłosiliśmy jej likwidację, po raz pierwszy zdali sobie sprawę, że rząd nie tylko deklaruje zaangażowanie w politykę wolnego rynku, ale dowodzi to czynami.

W tym samym czasie podaliśmy do wiadomości publicznej decyzję o wzmocnieniu kompetencji dyrektora naczelnego Rady Handlowej oraz komisji ds. monopolu i fuzji, aby przeciwdziałać monopolistycznej polityce cenowej, włączając w to ceny dyktowane przez przemysł państwowy.

Zależało mi również, aby wykorzystać wystąpienie podczas debaty, by ostatecznie potwierdzić nasz zamiar przeprowadzenia reformy związkowej. Metoda, za którą opowiadał się Jim Prior, zakładała konsultacje ze związkami zawodowymi przed wprowadzeniem w życie stosunkowo ograniczonej reformy prawa związkowego, proponowanej przez nas jeszcze w czasach opozycji. Uważałam jednak, że zasadniczą sprawą było udowodnienie, że nie zamierzamy rezygnować, wycofać się z zamiaru przeprowadzenia fundamentalnych zmian. Początkowo, w przemówieniu królowej, wysunęliśmy trzy propozycje reform. Po pierwsze, prawo do pikietowania – tak poważnie nadużywane podczas strajków ubiegłej zimy, jak również w poprzednich latach – zostanie ściśle ograniczone do pikiet organizowanych podczas sporu z własnym pracodawcą oraz w swoim miejscu pracy; w ten sposób pikiety przeprowadzane przez pracowników poza ich zakładem staną się nielegalne. Po drugie, byliśmy zdecydowani zmienić prawo, zgodnie z którym pracownicy byli zmuszani, by wstąpić do związku, jeśli chcieli dostać bądź utrzymać pracę. Ocenia się, że w owym czasie dotyczyło ono około pięciu milionów osób. Zaś osoby, które utraciły pracę wskutek tej regulacji, w przyszłości muszą mieć prawo do odpowiedniej rekompensaty. Po trzecie, powinna istnieć możliwość wykorzystania funduszy publicznych do finansowania kart pocztowych do głosowania w wyborach związkowych oraz przy podejmowaniu innych ważnych dla związku decyzji. Chcieliśmy w ten sposób położyć kres głosowaniu przez podniesienie rąk – szczególnie zaś skończyć ze słynną formą głosowania, kiedy to robotnicy rzucają pracę i na miejscu decydują, czy strajkować, czy nie, a także z oszukiwaniem, zastraszaniem, ingerencją w wyniki głosowań, które to zjawiska wiązały się z „demokracją związkową”.

Z perspektywy wydaje się niezwykłe, że taki w zasadzie skromny program został przez większość przywódców związkowych oraz przez laburzystów odebrany jako frontalny atak na ruch związkowy. W rzeczywistości już wkrótce musieliśmy ponownie zająć się kwestią reform w tej dziedzinie. Z biegiem czasu przywódcy związkowi oraz Partia Pracy coraz wyraźniej pojmowali, że nie tylko dysponujemy ogromnym poparciem społecznym, ale że wspiera naszą politykę również większość związkowców, jako że ich rodziny ucierpiały wskutek strajków. Okazało się więc, iż to my potrafiliśmy dobrze wyczuć nastroje społeczne.

Tak więc z pierwszego ważnego przemówienia, które wygłosiłam już jako premier, wyszłam bez szwanku. Obecnie premierzy nieczęsto występują w Izbie Gmin. A przecież najważniejsze są takie wystąpienia, definiujące program legislacyjny rządu, odpowiadające na wnioski o udzielenie rządowi nagany, jak również oświadczenia wygłaszane po spotkaniach na szczycie oraz debatach mających miejsce w wypadku zaistnienia napięć w sytuacji międzynarodowej. To właśnie może być jeden z powodów – poza moralną porażką, czyli przegranymi wyborami i w efekcie koniecznością odejścia z urzędu – dla których premierowi trudno jest stać się liderem opozycji. Wtedy bowiem trzeba częściej występować publicznie, choć niewątpliwie wystarczy wówczas mniejsze przygotowanie. Z całą pewnością Jim Callaghan, który nigdy wcześniej nie przewodniczył swojej partii jako opozycjonista, czuł się w takiej roli niezręcznie. Nie było więc dla mnie zaskoczeniem, kiedy w październiku 1980 zrezygnował z funkcji, której sprawowanie znacznie utrudniało mu lewe skrzydło jego własnej partii.

Jednakże to interpelacje do premiera, zajmujące określony czas w każdy wtorek i czwartek, są prawdziwym sprawdzianem jego autorytetu w Izbie Gmin, stosunków z własną partią, orientacji w realizowanej polityce i znajomości faktów ją usprawiedliwiających. Nigdzie na świecie głowa państwa nie musi stawiać czoła tak regularnym naciskom, a wielu przywódców za wszelką cenę stara się ich unikać. Żadnego z nich – jak często nie omieszkałam zauważyć podczas spotkań na szczycie – nie jest tak łatwo rozliczyć jak brytyjskiego premiera.

Zawsze bardzo starannie przygotowywałam się do wtorkowych i czwartkowych interpelacji. Jeden z osobistych sekretarzy, mój sekretarz polityczny i sekretarz prywatny robili wraz ze mną przegląd wszelkich możliwych kwestii, mogących pojawić się bez zapowiedzi. Działo się tak dlatego, że pytania, przewidziane w programie, dotyczyły tylko oficjalnych zajęć premiera, zaplanowanych na dany dzień. Rzeczywisty problem stwarza jednak pytanie dodatkowe, mogące odnosić się zarówno do trudności, z jakimi boryka się lokalny szpital, jak i ważnych zagadnień międzynarodowych czy do statystyki przestępczości. Naturalnie, każdy resort miał za zadanie dostarczyć informacje i umieć wyjaśnić kwestie, które wówczas mogą wyniknąć. Był to zatem dobry sprawdzian gotowości i skuteczności działania danego ministra: czy materiały zostały dostarczone zbyt późno – jeżeli w ogóle – czy były dokładne, czy nieprzydatne, zrozumiałe, czy może naszpikowane fachowym żargonem. Zdarzało się, oceniając według powyższych kryteriów, że efekty pracy resortów były czasem mizerne. Mimo to podczas tych zwyczajowych, jakże hałaśliwych dyskusji, powoli zaczynałam czuć się coraz pewniej. Czasami nawet sprawiały mi one przyjemność.

BUDŻET NA ROK 1979

Kolejnym progiem, który musieliśmy pokonać, realizując program rządowy, był budżet. Powszechnie znano nasze stanowisko w tej sprawie. Ścisła kontrola podaży pieniądza była konieczna, by obniżyć inflację. Cięcia wydatków publicznych oraz pożyczek rządu były potrzebne, aby zdjąć ciężar z sektora prywatnego wnoszącego główny wkład w tworzenie bogactwa narodowego. Niższy podatek dochodowy oraz przej ście od opodatkowania zarobków do opodatkowania obrotu towarów są czynnikami stymulującymi rozwój gospodarczy. Jednakże na przeszkodzie realizacji tych ogólnych celów stała wciąż pogarszająca się sytuacja ekonomiczna w kraju i za granicą. Wskaźnik stopy inflacji w Wielkiej Brytanii w momencie, gdy przejęliśmy władzę, sięgał 10 proc. i nadal wzrastał (wskaźnik trzymiesięczny to aż 13 proc.). Fakt ten odzwierciedlał brak dyscypliny finansowej w ciągu ostatnich lat rządów laburzystowskich, kiedy to zniesiono ograniczenia nałożone na politykę rządu przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy w 1976 roku. W tym samym czasie nastąpiła również eksplozja płac, bowiem silne grupy związkowe w najmniejszym stopniu nie brały pod uwagę szczątkowej już laburzystowskiej polityki kształtowania dochodów. Na międzynarodowym rynku ceny ropy zaczęły błyskawicznie iść w górę i już wtedy były o 30 proc. wyższe niż sześć miesięcy wcześniej, a to wskutek ciągłego braku stabilizacji politycznej w Iranie po upadku szacha w 1978 roku. Bezsprzecznie miało to zgubny wpływ na gospodarkę międzynarodową.

Wzrost cen ropy spowodował presję inflacyjną na całym świecie, a także wywarł nieoczekiwany i, przynajmniej na krótką metę, destrukcyjny wpływ na gospodarkę krajową, ponieważ funt szterling stawał się petrowalutą, tzn. zyskiwał na wartości proporcjonalnie do wzrostu cen ropy. Siła tej waluty wynikała również z innych czynników. Po wyborach bowiem nastąpił okres większego zaufania do gospodarki brytyjskiej. Realizowaliśmy także restrykcyjną politykę monetarną, wymagającą wysokich stóp procentowych (stopy procentowe musiały pójść w górę o dwa punkty procentowe wraz z zatwierdzeniem budżetu), a to z kolei przyciągało obcy kapitał. W efekcie wartość funta szterlinga bezustannie rosła.

Sądzę, że byliśmy najprawdopodobniej lepiej niż jakakolwiek wcześniejsza opozycja przygotowani, by podejmować konieczne decyzje gospodarcze. Każdego roku przeprowadzaliśmy na własne potrzeby badanie wydatków publicznych, chcąc stwierdzić, gdzie możliwe jest dokonanie pewnych cięć i próbując je oszacować. A także dzięki grupie ministrów gabinetu cieni i doradców, których głównym inicjatorem był John Hoskyns, opracowaliśmy sposób połączenia wszystkich kierunków naszych działań, aby osiągnąć cel nadrzędny, jakim jest odwrócenie upadku gospodarczego Wielkiej Brytanii. Mimo wszystko jednak żadne, choćby najdokładniejsze przygotowanie, nie mogło zmienić ani przykrych faktów, dotyczących finansów państwa, ani też budżetowych kalkulacji. Dwie rozstrzygające dyskusje w sprawie budżetu na rok 1979 odbyły się między mną a kanclerzem skarbu 22 i 24 maja. Geoffrey Howe jasno wykazał, że aby nastąpiło obniżenie maksymalnej stawki podatku dochodowego do 60 proc. (z 83 proc.), stawki podstawowej do 30 proc. (z 33 proc.) oraz zapotrzebowania kredytowego sektora państwowego (PSBR)1 do około 8 miliardów funtów (była to, jak sądziliśmy, kwota, którą mogliśmy wyłożyć i na którą było nas stać), wymagane będzie podniesienie obydwu stawek VAT – ośmio– i dwunasto– i półprocentowej – do ujednoliconej stawki 15 proc. (Stawka zerowa na żywność i inne podstawowe produkty miała zostać niezmieniona). Naturalnie, obawiałam się, że tak raptowne przejście od opodatkowania bezpośredniego do pośredniego spowoduje wzrost Indeksu Cen Detalicznych o około cztery punkty procentowe. Oznaczałoby to zdecydowane i ostateczne podwyższenie cen (nie byłoby to jednak posunięcie „inflacyjne” w ścisłym tego słowa znaczeniu, czyli takie, które pociąga za sobą nieprzerwany wzrost cen). Prócz tego w rezultacie indeks, według którego ocenia się poziom stopy życiowej ludności i do którego zdecydowanie zbyt często dostosowuje się żądania płacowe, miał podwoić się w ciągu pierwszego roku naszych rządów2.

Niepokoił mnie też fakt, że zbyt wiele proponowanych cięć w wydatkach publicznych wiązało się z wyższymi opłatami za publiczne usługi państwowe. One także wywrą przecież podobny wpływ na indeks. Na pierwszym spotkaniu z Geoffreyem w sprawie budżetu przypomniałam, że Rab Butler, będąc kanclerzem skarbu, w 1951 roku wprowadził cięcia podatkowe stopniowo. Być może powinniśmy zrobić to samo? Geoffrey jednak obstawał przy swoim. Rozstaliśmy się więc, aby głębiej przemyśleć tę kwestię.

Na drugim spotkaniu postanowiliśmy kontynuować dyskusję. Obniżenie podatku dochodowego było sprawą zasadniczą, nawet jeśli trzeba będzie zapłacić za to podniesieniem podatku VAT. Decydujące było, że tak kontrowersyjnego podwyższenia opodatkowania pośredniego można dokonać jedynie na początku kadencji parlamentu, natychmiast po uzyskaniu mandatu. Gdybyśmy czekali, mając nadzieję, że albo wzrost gospodarczy, albo redukcja wydatków publicznych pomoże nam osiągnąć cel, moglibyśmy nigdy nie doprowadzić do zmiany strukturalnej, koniecznej, by wzmóc bodźce gospodarcze. Musimy ustalić kierunek naszej strategii na samym początku i śmiało ją realizować. Pod koniec owego drugiego spotkania ostatecznie określiliśmy kształt budżetu, który Geoffrey Howe podał do wiadomości 12 czerwca.

Powszechnie zgadzano się, że budżet ten był zwiastunem dramatycznych reform, twierdził tak nawet opozycyjny w stosunku do nas tygodnik „The Guardian”, który określił go jako „najbardziej ryzykowne, politycznie i ekonomicznie, przedsięwzięcie w powojennej historii parlamentarnej”. Główne punkty budżetu były zgodne z ustaleniami poczynionymi podczas spotkań pod koniec maja: obniżka stawki podstawowej podatku dochodowego z 33 proc. do 30 proc. (w tym najwyższa stawka zostaje zmniejszona z 83 proc. do 60 proc.), zwiększenie ulg podatkowych o 9 proc. powyżej poziomu inflacji, wprowadzenie nowej, ujednoliconej stawki podatku VAT w wysokości 15 proc.

Jednakże oprócz obcięcia podatku dochodowego byliśmy także w stanie ograniczyć bądź wręcz zlikwidować kontrolę państwa w innych dziedzinach życia gospodarczego kraju. Kontrola płac, cen oraz dywidend już stała się przeszłością. Certyfikaty przemysłowe, pozwolenia na budowę biur oraz wiele rozmaitych okólników i zbędnych przepisów planowania przestrzennego zostały więc zmodyfikowane lub zlikwidowane. (W 1980 roku drugi budżet Geoffreya Howe’a miał zapoczątkować powstanie specjalnych stref przedsiębiorczości, gdzie firmy korzystałyby z okresowych zwolnień podatkowych i zwolnienia z lokalnego podatku majątkowego, co powoduje wzrost inwestycji i wpływa na tworzenie nowych miejsc pracy w regionach zaniedbanych gospodarczo). Lecz największą, osobistą przyjemność sprawiła mi likwidacja ograniczeń w obrocie dewizami, to znaczy zniesienie rozbudowanych restrykcji prawnych dotyczących liczby obcej waluty, którą mogą nabyć obywatele brytyjscy. Zostały one wprowadzone jako „środek doraźny” na początku drugiej wojny światowej, a utrzymywane przez kolejne rządy przede wszystkim w nadziei zwiększenia inwestycji przemysłowych w Wielkiej Brytanii oraz powstrzymania presji na funta szterlinga. Obecnie bezspornie udowodniono, że ograniczenia te nie służyły już dłużej żadnemu z tych celów (nawet jeśli kiedykolwiek spełniały funkcję, jakiej się po nich spodziewano). Teraz, gdy funt zaczął zwyżkować, a gospodarka kraju poczęła czerpać korzyści z wydobycia ropy na Morzu Północnym, z pewnością nadszedł czas, by znieść owe ograniczenia całkowicie. Zostały więc zlikwidowane w trzech etapach, (tymczasowo zachowano ograniczenia w stosunku do Rodezji). Sama ustawa o ograniczeniach pozostała w Księdze Ustaw aż do 1987, jednak w praktyce już nie obowiązywała. Jej koniec nie tylko zwiększył wolność jednostki i swobodę działania przedsiębiorstw, ale i stymulował zagraniczne inwestycje w Wielkiej Brytanii oraz inwestycje brytyjskie za granicą, co w rezultacie dało nieocenione źródło dochodów, które prawdopodobnie nie wyczerpie się, nawet gdy skończą się złoża ropy na Morzu Północnym.

Jednak nie każdy kapitalista mógł pochwalić się tak silną wiarą w kapitalizm jak ja. Pamiętam, że jeszcze w czasach opozycji, kiedy spotkaliśmy się z najlepszymi ekspertami od finansów z londyńskiego City, byli oni wyraźnie zaskoczeni tym, że chcę doprowadzić do uwolnienia ich rynku. „Nie tak szybko!” – próbowali mnie powstrzymywać. Brak ograniczeń w obrocie dewizami i rzeczywistość, w której to rynek, a nie rząd decyduje o ruchu kapitału, wprawiły ich w poważne zaniepokojenie. Wtedy bowiem mogło się okazać, że muszą podjąć ryzyko.

W trakcie obrad nad budżetem wciąż wracał do nas problem wzrostu poziomu płac w sektorze państwowym. Ograniczyliśmy więc swobodę manewru na tym polu. Chłodna, jeśli nie wręcz odrażająca kalkulacja polityczna sprawiła, że podczas kampanii wyborczej zobowiązaliśmy się uszanować decyzje komisji Clegga w sprawie roszczeń, które już zostały jej formalnie przedstawione do rozpatrzenia. Problem polegał teraz na tym, czy odesłać do komisji Clegga niezałatwione roszczenia nieocenionych jeszcze grup zawodowych, czy też poszukać innego rozwiązania.

Było dla mnie jasne, że w perspektywie istnieją tylko dwa kryteria, które można stosować do poziomu płac zarówno w sektorze państwowym, jak i prywatnym. Pierwsze z nich to realne możliwości finansowe; ostatecznie to podatnik i ten, kto uiszcza podatek komunalny, dźwigają ciężar płac sektora państwowego, więc jeśli przekroczy on pewne granice, ucierpi gospodarka kraju. Drugim kryterium jest nabór pracowników: płace muszą być odpowiednio wysokie, by przyciągać i zachęcać do pozostania na stanowisku osoby uzdolnione i wysoko wykwalifikowane. Jednakże cały biurokratyczny aparat utworzony z myślą o osiągnięciu „porównywalności” płac w sektorze prywatnym i państwowym – nie tylko komisja Clegga, ale też Wydział ds. Płac Administracji Państwowej i inne tego typu organa – jedynie gmatwały te proste kryteria.

Postanowiliśmy przedłożyć komisji dane, potwierdzające konieczność utrzymania budżetów dla poszczególnych ministerstw w rozsądnych granicach oraz wyjaśnić, jaki będzie to miało wpływ na poziom płac w sektorze państwowym. Zdecydowaliśmy też na razie utrzymać komisję i odsyłać do niej nowe roszczenia, w miarę jak będą się pojawiać. Sądziliśmy wówczas, że komisja będzie ustanawiać niższe wynagrodzenia od tych, jakie musieliby dopuścić ministrowie. Okazało się jednak, że było to bardzo optymistyczne założenie, tak więc w rezultacie nie doceniliśmy, ile komisja Clegga będzie kosztować budżet państwa.

Z perspektywy mogę stwierdzić, że popełniliśmy błąd. Nawet wtedy bowiem sygnały ostrzegawcze były wyraźne. Geoffrey Howe uważał, że jeśli uwzględnimy wypłacenie dodatków do pensji, by zapobiec groźbom przerwania pracy przez pracowników, przeciętna płaca może z powodzeniem znaleźć się co najmniej dwa lub trzy punkty procentowe wyżej, niż zakładano w czerwcowej prognozie gospodarczej. W końcu dopiero w sierpniu 1980 roku wiadomo było, że komisja Clegga zostanie rozwiązana, skoro tylko upora się z aktualnymi zadaniami. Ostatni raport złożyła w marcu 1981 roku. Faktem jednak było, iż rosnące roszczenia płacowe sektora państwowego spowodowane przez inflację, silne związki zawodowe oraz zbyt duże rozmiary samego sektora państwowego to zjawiska, których nie można zahamować, a cóż dopiero odwrócić w jednej chwili.

Bez względu na doraźne trudności byłam zdecydowana przynajmniej rozpocząć przygotowania do długofalowej reformy samego rządu. Jeśli mieliśmy stworzyć warunki, by ludzki talent został wykorzystany do zakładania prywatnych firm, będących źródłem bogactwa narodowego, musieliśmy nieodwołalnie zredukować zatrudnienie w sektorze publicznym. Od wczesnych lat 60. sektor ten stale się rozrastał, a to w wyniku coraz większej liczby tam zatrudnionych3. W przeciwieństwie do sektora prywatnego sektor publiczny wykazywał tendencję do poszerzania się w czasie recesji, utrzymując przy tym swe rozmiary w okresach wzrostu gospodarczego. Krótko mówiąc, był chroniony przed działaniem normalnych, surowych praw ekonomii.

Znalazło to również odzwierciedlenie w rozmiarach administracji państwowej. W 1961 roku liczba zatrudnionych sięgnęła najniższego poziomu w okresie powojennym, tj. 640 000 osób, zaś w 1979 roku wynosiła już 732 000. Tę tendencję trzeba było koniecznie odwrócić. Jak już zauważyłam, w ciągu kilku dni od przejęcia urzędu zamroziliśmy przydzielanie etatów. Wówczas kolejne ministerstwa zaczęły podawać przeróżne, bardzo pomysłowe powody, wykazujące, że to zarządzenie nie powinno ich dotyczyć. Jednak jeden po drugim zostały one odrzucone. 13 maja 1980 roku mogłam już przedłożyć Izbie Gmin długoterminowy plan redukcji liczby pracowników administracji państwowej. Już wówczas spadła ona do 705 000. Zakładaliśmy, że w ciągu czterech następnych lat zmniejszymy ją do 630 000. Ponieważ około 80 000 osób każdego roku odchodziło z administracji z powodu wieku lub wskutek dobrowolnej rezygnacji, wydawało się prawdopodobne, że osiągniemy cel bez przymusowych zwolnień. I rzeczywiście tak się stało.

Naturalnym następstwem tych posunięć była więc konieczność odpowiedniego wynagrodzenia wyróżniających się pracowników. Trudności, towarzyszące wprowadzeniu stawek płacowych, uzależnionych od zasług, okazały się przeogromne. Udało nam się osiągnąć w tej sprawie postęp, jednakże trwało to kilka lat i wymagało uporu i wytrwałości.

Również na samym początku poważnie zainteresowałam się obsadzaniem wyższych stanowisk w administracji państwowej, ponieważ osoby na tych stanowiskach wpływają na morale oraz skuteczność działań całego resortu. Postanowiłam zmienić sposób myślenia, świetnym przykładem którego we wczesnych latach siedemdziesiątych była wypowiedź przypisywana ówczesnemu szefowi administracji państwowej; że w najlepszym wypadku Brytyjczycy mogą już tylko oczekiwać „przepisowego zarządzania państwem w stanie upadku”. Taka postawa zdradzała niskie mniemanie zarówno o kraju, jak i o aparacie państwowym, a także stanowiła groźbę, że rzadkie talenty nie zostaną właściwie wykorzystane.

Niezmiernie zaimponowały mi zdolności i energia pracowników mojej Prywatnej Kancelarii w „dziesiątce”. Zwykle z kandydatami na osobistego sekretarza rozmawiam osobiście. Ci, którzy się u mnie zjawiali, to najinteligentniejsi młodzi ludzie w całej administracji, ambitni, bardzo podnieceni faktem, że będą w centrum wydarzeń, tam, gdzie podejmuje się decyzje na szczeblu rządowym. Chciałam, aby właśnie ludzie tego kalibru, o żywych umysłach, tacy, którym zależy na dobrym funkcjonowaniu aparatu państwowego, zajmowali wyższe stanowiska w ministerstwach. W czasie mojego urzędowania wiele osób pełniących wcześniej funkcję mojego sekretarza kierowało później resortami. Jednak przy wszystkich tego typu decyzjach rozstrzygające były uzdolnienia, przedsiębiorczość i entuzjazm; przynależność polityczna nie była przeze mnie brana pod uwagę.

Z biegiem lat do administracji wkradły się pewne szkodliwe praktyki i poglądy. Musiałam, na przykład, pokonywać rosnące w siłę związki zawodowe administracji państwowej (które na dodatek z roku na rok były coraz bardziej upolitycznione). Dążenie, by wprowadzić nowe, skuteczniejsze metody pracy – takie jak zastosowanie systemów komputerowych – było blokowane właśnie przez związki zawodowe. W przypadku resortów takich jak zdrowia czy ubezpieczeń społecznych, gdzie istniała konieczność szybkiego gromadzenia danych, by wypłacać świadczenia, podobne postępowanie było naprawdę haniebne. Wreszcie udało nam się przezwyciężyć i ten opór. Jednak ten sam problem pojawił się również na najwyższych szczeblach; niektórzy dyrektorzy departamentów uważali się głównie za doradców w sprawach strategii, zapominając, że są także odpowiedzialni za sprawne kierowanie podległymi resortami.

Aby się przekonać, jak wygląda sytuacja, postanowiłam odwiedzić najważniejsze resorty rządowe, spotkać się z jak największą liczbą pracowników i omówić metody, za pomocą których radzą sobie z priorytetowymi zadaniami. We wrześniu 1979 roku, na przykład, przeprowadziłam bardzo owocną rozmowę z pracownikami Ministerstwa Zdrowia i Ubezpieczeń Społecznych. Podniosłam pilną kwestię wykorzystania nadwyżki ziemi będącej w posiadaniu sektora publicznego. Moim zdaniem, jeżeli szpitale mają ziemię, która nie jest im potrzebna, powinny ją sprzedać, a dochód przeznaczyć na podniesienie poziomu opieki medycznej. Były oczywiście argumenty za i przeciw temu rozwiązaniu, lecz pojawił się jeden argument, szczególnie symptomatyczny dla wszystkich negatywnych zmian, które zaszły w mentalności; że nie będzie to sprawiedliwe w stosunku do innych szpitali, które nie miały tyle szczęścia i nie posiadają żadnych niewykorzystanych terenów. Najwyraźniej czekała nas jeszcze długa droga, zanim wszystkie środki, które ma do dyspozycji służba zdrowia, zostaną skutecznie wykorzystane dla dobra pacjentów. Jednak tamta dyskusja posiała ziarno, które potem miało przynieść owoce w postaci reform Griffithsa4 obejmujących zarządzanie państwową służbą zdrowia, jeszcze później zaś w postaci wewnętrznych reform służby zdrowia w 1990 roku.

Na podobnej zasadzie 11 stycznia następnego roku odwiedziłam Departament Administracji Państwowej. Było to doświadczenie, które wiele mnie nauczyło, a nawet upewniło w dotychczasowym działaniu. Departament powstał w 1968 roku, po wydaniu raportu komisji Fultona, biorąc na siebie odpowiedzialność za zarządzanie administracją państwową i regulacją płac. Oprócz organu państwowego, jakim były Wydziały Skarbu Państwa ds. Płac i Zarządzania, powstała komisja administracji państwowej oraz nowo utworzony organ szkoleniowy administracji państwowej. Departament zatrudniał pięć tysięcy osób, jego szefem był sir Ian Bancroft. Mimo że jako premier miałam zwierzchnią władzę nad administracją państwową, obowiązki te wykonywał zawsze minister stanu, Departamentowi Administracji Państwowej zaś wciąż brakowało w Whitehall wiarygodności i władzy.

Nie działo się tak bez powodu. Kiedy się tam wybrałam, potwierdziło się wiele moich najgorszych przeczuć co do administracji państwowej. Spotkałam się tam z uzdolnionymi, pracowitymi ludźmi, którzy usiłowali kierować i nadzorować działania administracji państwowej w resortach, o których wiedzieli niewiele i w sferze polityki rządu, o której byli jeszcze słabiej poinformowani. A ponieważ pracownicy ministerstw byli świadomi niedociągnięć w pracy departamentu, prawie nie zważali na zalecenia, które od niego otrzymywali. Jedynym pytaniem, jakie zrodziło się w moim umyśle po owej wizycie, było, czy jego obowiązków nie należy przydzielić ponownie Ministerstwu Skarbu lub sekretariatowi rządu.

Moje wizyty w ministerstwach nie mogły jednak trwać tak długo, jak bym sobie życzyła. Istniały też pewne ograniczenia sprawiające, że nie mogłam się dowiedzieć absolutnie wszystkiego, szczególnie że starsi rangą pracownicy administracji czuli się skrępowani i nie byli w stanie mówić swobodnie w obecności ministrów. W rezultacie, omówiwszy sprawy z sir Ianem Bancroftem i zamieniwszy parę słów z kolegami z rządu, we wtorek 6 maja 1980 roku zaprosiłam dyrektorów departamentów na kolację do „dziesiątki”. Przy stole w jadalni zasiadło wówczas dwudziestu trzech dyrektorów, Robin Ibbs (szef Centralnego Sztabu Programowego Partii Konserwatywnej), Clive Whitmore, mój główny osobisty sekretarz David Wolfson i ja.

Było to jedno z bardziej przygnębiających spotkań, jakie odbyłam w ciągu całego okresu moich rządów. Lubię szczere, otwarte dyskusje, nawet starcia wynikające z różnic charakterów i poglądów, lecz tak potężna dawka narzekań i negatywnego myślenia, jaką zaserwowano mi owego wieczoru, wystarczyła, by osłabić wszelkie moje chęci powtórzenia tego rodzaju spotkania. Kolacja ta odbyła się na kilka dni przed przedstawieniem Izbie Gmin programu cięć w administracji państwowej, i to przypuszczalnie było podstawą do narzekań, że ministrowie wpłynęli negatywnie na „morale” pracowników.

Przede wszystkim jednak czułam, że za tym wszystkim kryje się opór przed zmianami. Lecz przekonanie, że administrację państwową może ominąć fala reform, prowadzących do transformacji instytucji prywatnych i publicznych w Wielkiej Brytanii w ciągu najbliższego dziesięciolecia, było zupełnie bezpodstawne. Ja osobiście wolałam nawet chaotyczne przeciwdziałanie upadkowi niż płynące z wygodnictwa przystosowanie się do istniejących warunków. Wiedziałam też, że ci najzdolniejsi spośród młodszego pokolenia pracowników administracji w pełni się ze mną zgadzają. Zgadzali się również, by oddać im sprawiedliwość, niektórzy dyrektorzy departamentów. Byli tak samo przerażeni jak ja i w konsekwencji zamknęli się w swoich skorupach. Wówczas zdałam sobie jasno sprawę z tego, że jedynie zachęcając do działania poszczególne jednostki, nie zaś usiłując zmienić postawę pracowników en bloc, można osiągnąć postęp. I taka też była metoda, którą zastosowałam5.

WYDATKI PUBLICZNE

Taka metoda działania wymaga jednak wielu lat. My zaś, w drugiej połowie 1979 roku mieliśmy do czynienia z różnorakimi kryzysami z tygodnia na tydzień, szczególnie gdy przyjrzeliśmy się danym dotyczącym wydatków publicznych i wzrostu zadłużenia rządu na tle postępującej recesji, która coraz szybciej ogarniała gospodarkę międzynarodową. Pierwszym więc zadaniem, przed którym stanęliśmy, było maksymalnie jak największe zredukowanie wydatków na bieżący rok budżetowy 1979-80. Zazwyczaj rząd podejmuje decyzje o wydatkach publicznych latem i jesienią poprzedniego roku, podaje je zaś do wiadomości w listopadzie. Chociaż minęło już kilka miesięcy od początku roku budżetowego, musieliśmy przeanalizować i nieco zmienić program wydatków państwowych odziedziczony po rządzie laburzystowskim. Nasz nowy program wydatków mieliśmy ogłosić wraz z budżetem. Możliwość dokonania cięć była ograniczona po części z tej właśnie przyczyny, po części z powodu naszych obietnic wyborczych, a także dlatego że niektóre zmiany, jakie chcieliśmy wprowadzić, wymagały działań ustawodawczych.

Przyrzekliśmy, że zwiększymy środki na obronę, policję, sądownictwo i więziennictwo, a nie zredukujemy wydatków na państwową służbę zdrowia. Podjęliśmy także zobowiązanie, aby zwiększyć emerytury i inne świadczenia z tytułu ubezpieczeń społecznych według poziomu cen oraz przeprowadzić w tym roku obiecaną przez laburzystów podwyżkę rent i emerytur. Mogliśmy, co prawda, wziąć pieniądze z rezerwy budżetowej, ale nawet jeśli byłoby co brać, musielibyśmy oprzeć się roszczeniom resortów rządowych, a to niełatwe. Innym sposobem było utrzymanie w ryzach rozmiarów wydatków państwowych, zachowując dotychczasowe limity pieniężne, mimo że inflacja wzrosła od czasu, gdy zostały one ustanowione przez poprzedni rząd. Lecz to rozwiązanie z kolei oznaczałoby, że nie wolno nam ustąpić żądaniom płacowym ze strony sektora publicznego – znów sprawa niełatwa. Być może dochody z prywatyzacji pomogą nam zrównoważyć budżet państwa. Ale chociaż państwowe udziały w British Petroleum można sprzedać natychmiast, sprzedaż majątku, będącego w posiadaniu państwa, na dużą skalę wymagałaby znów działań ustawodawczych. Większość wysiłku, jaki włożyliśmy w opracowanie programu redukcji wydatków publicznych, będąc jeszcze w opozycji, została zaprzepaszczona wskutek istniejących ograniczeń, a najbardziej szkodliwym z nich była szczodrość profesora Clegga. Krótko mówiąc, najwyraźniej zostaliśmy pozbawieni swobody ruchu.

Chciałam jednak, abyśmy zaczęli działać tak energicznie, jak to tylko będzie możliwe. Miałam wrażenie, że pierwsze propozycje Ministerstwa Skarbu, dotyczące ograniczenia wydatków w bieżącym roku budżetowym 1979-80, nie szły zbyt daleko. Nie minęły nawet dwa tygodnie od objęcia przeze mnie urzędu, kiedy spotkałam się z urzędnikami Ministerstwa Skarbu i bardzo wyraźnie im to powiedziałam.

W konsekwencji więc John Biffen – wcześniej, niż planowano – przedstawi! poprawione propozycje, zakładające redukcję dalszych pięciuset milionów, ja zaś wyjaśniłam kolegom partyjnym, że tylko tyle możemy zrobić.

W rezultacie wraz z zatwierdzeniem budżetu Geoffreya mogliśmy oczekiwać trzyipółmiliardowych oszczędności. Próbowaliśmy zaoszczędzić także na dotowaniu przemysłu, szczególnie na dotacjach wspierających regiony słabe gospodarczo, na energetyce oraz wstrzymując planowane wydatki na zakup terenów pod inwestycje przedsiębiorstw, a także wstrzymując inwestycje publiczne.

Zdecydowaliśmy również podnieść opłaty za leki, pozostające na tym samym poziomie od ośmiu lat, w ciągu których ceny wzrosły dwa i pół raza. (Przy czym szeroki zakres zwolnień od tych opłat miał być utrzymany). Początkowo nie w ten sposób chcieliśmy dokonać oszczędności na budżecie Ministerstwa Zdrowia i Ubezpieczeń Społecznych. Wcześniej zastanawialiśmy się bowiem nad przedłużeniem „dni oczekiwania”, czyli dni, które muszą upłynąć podczas choroby, zanim pacjent ma prawo pobrać zasiłek chorobowy lub zasiłek dla bezrobotnych, z trzech do sześciu. Postanowiliśmy nie spieszyć się z wprowadzeniem tej zmiany, lecz mimo to propozycja ta zdołała przedostać się do prasy za sprawą jednego z wielu przecieków, które nieustannie miały dokuczać nam podczas dyskusji nad wydatkami publicznymi.

Zaledwie zdołaliśmy zatwierdzić oszczędności na bieżący rok 1979-80, a już stanęliśmy przed problemem, jak zaplanować wydatki państwowe na okres 1980-81 i na kolejne lata. W lipcu 1979, kiedy rodziły się kluczowe decyzje, przeprowadziliśmy w gronie ministrów kilka szczególnie trudnych i burzliwych dyskusji na ten temat. Nasz cel nie zmienił się od czasów opozycji – chcieliśmy sprowadzić wydatki publiczne do realnego poziomu z lat 1977-78. Mieliśmy nadzieję dokonać tego w latach 1982-83. Jednak mimo cięć, które przeprowadziliśmy, wydatki publiczne już groziły wymknięciem się spod kontroli. To z kolei wywarłoby poważny wpływ na potrzeby kredytowe sektora państwowego, a tym samym na stopy procentowe, w perspektywie na podatki, a w końcu na nasz cały program.

Niemniej – lub być może, właśnie z tego powodu – niektórzy ministrowie ostro sprzeciwiali się redukcji wydatków. Zwano ich mięczakami, gdyż tak bardzo nie zgadzali się z naszą strategią gospodarczą, że niemal gotowi byli zrezygnować z funkcji6. Odzywały się głosy, że ze względu na zaistniałe fakty strategia jest niemożliwa do realizacji; i rzeczywiście, dla tych, którzy nie słyszeli jeszcze, że Keynes nie żyje, perspektywa zredukowania wydatków i ograniczenia pożyczek rządowych, w sytuacji gdy świat, a my wraz z nim – popada w recesję, była niewątpliwie zatrważająca.

Inni z kolei podawali sto i jeden powodów, dla których dane ograniczenie w ogóle nie wchodzi w rachubę. Ministerstwo Obrony na przykład twierdziło, że nie będzie w stanie osiągnąć nienaruszalnego celu, jakim jest trzyprocentowy wzrost wydatków w skali roku. Ministerstwo Oświaty i Nauki natomiast nie będzie mogło zrobić żadnych oszczędności w tak krótkim czasie mimo zmniejszającej się liczby uczniów. Ministerstwo Pracy zaś będzie zmuszone poszukać środków, aby zaradzić rosnącemu bezrobociu. Ze względu na taką opozycję poleciłam wąskiej grupie najważniejszych ministrów przedyskutować propozycje ograniczenia wydatków wewnątrz resortów i zdać rządowi sprawę z wyniku rozmów.

Osobą, która z podziwu godnym uporem pozostała nieczuła na wszelkie naciski, był Geoffrey Howe. Nieco później, pod koniec lipca, dokładnie wyjaśnił ministrom, jakie będą konsekwencje nieprzyjęcia redukcji w kwocie 6,5 miliarda funtów, którą proponował. Położył także kres pewnym nieporozumieniom. Ministrowie bowiem muszą zrozumieć, że nie odzieramy ich całkowicie z funduszy, ale jedynie zmniejszamy tempo wzrostu wydatków zaplanowanych przez laburzystów i rekompensujemy inne, coraz większe wydatki, które wskutek pogłębiającej się recesji stały się niemal nieuniknione.

Wcześniej podane do wiadomości plany laburzystów zakładały zwiększenie wydatków w latach 1979-80 o około dwa do trzech procent powyżej poziomu z lat 1978-79, zaś w 1980-81 o około 5 proc., opierając się na ewidentnie błędnym założeniu, że wzrost gospodarczy będzie wynosić 2 do 3 proc. rocznie. Laburzyści nie byli w tym przekonaniu odosobnieni. Ministerstwo Skarbu swego czasu opracowywało niesamowity wykres zwany jeżozwierzem, na którym prognozy wzrostu gospodarczego w kolejnych projektach białej księgi, dotyczących wydatków publicznych, zawsze szły zdecydowanie w górę, przypominając właśnie kolce jeżozwierza, podczas gdy linia wskazująca rzeczywisty poziom wzrostu gospodarczego uparcie wznosiła się tylko minimalnie. Była to prosta, graficzna ilustracja zbyt optymistycznych założeń, na których rok po roku opierały się do tej pory programy wydatków publicznych. Ja postanowiłam, że nie dodam do niej już żadnych kolców.

Plany laburzystów na lata 1980-81 pociągały za sobą wydatek dalszych 5 miliardów, które chciano uzyskać z nieistniejącego wzrostu gospodarczego. Ponadto, efekty takich mylnych kalkulacji pogarszał jeszcze wskaźnik wzrostu płac w sektorze państwowym, mający, według przewidywań, osiągnąć 18 proc., co kosztowałoby dodatkowe 4,5 miliarda. Aby zrównoważyć ciężar narastających zobowiązań, musieliśmy dokonać poważnych cięć. Byliśmy zmuszeni zredukować wydatki na lata 1980-81 o 6,5 miliarda tylko po to, aby utrzymać zapotrzebowanie kredytowe sektora państwowego w tym roku na poziomie 9 miliardów. Cyfra ta sama w sobie już była zbyt duża. Lecz „mięczaki” nadal sprzeciwiały się redukcjom, zarówno otwarcie występując na posiedzeniach rządu, jak i anonimowo, przez nieprzyzwoite przecieki do „Guardiana”.

Dopiero pod koniec lipca rząd zdobył się na podjęcie koniecznych decyzji. Ostatecznie postanowienia w ogromnym stopniu przedostały się do prasy, lecz mimo to zdecydowaliśmy, że najrozsądniej będzie poczekać do jesieni i dopiero wtedy ujawnić wszystkie dane w oficjalnym oświadczeniu.

W ciągu tych pierwszych trzech miesięcy podjęliśmy kilka naprawdę trudnych decyzji, jednak był to dopiero początek.

Latem sytuacja gospodarcza jeszcze się pogorszyła. Gdy w sierpniu wróciłam z Lusaki, ze swojej pierwszej konferencji na szczycie Brytyjskiej Wspólnoty Narodów, Geoffrey Howe przedłożył mi ogólną ocenę gospodarki, którą słusznie określił jako „mało optymistyczną”. Bezrobocie prawdopodobnie zacznie wzrastać wraz z pogłębieniem się ogólnoświatowej recesji. Inflacja nabiera większego tempa. Konkurencyjność Wielkiej Brytanii maleje, w miarę jak drogi funt oraz wysokie koszty plac tworzą coraz silniejszą presję oddziałującą na przemysł. Bardzo niepokoił nas wpływ wzrostu płac na bezrobocie oraz upadłość firm. Stwierdziłam, że powinniśmy zebrać i podać do wiadomości publicznej informacje o wyjątkowo wysokich wynagrodzeniach, które powodują zawyżenie kosztów produkcji danego towaru, a w konsekwencji zmniejszenie popytu oraz spadek liczby miejsc pracy.

We wrześniu wróciliśmy do kwestii wydatków publicznych. Nie tylko musieliśmy ogłosić postanowienia podjęte w lipcu, ale także ujawnić nasze plany na nadchodzące lata, aż do roku 1983-84. Oznaczało to konieczność większych oszczędności. Zdecydowaliśmy się jeszcze raz spróbować ukrócić marnotrawstwo oraz ograniczyć liczbę zatrudnionych w administracji państwowej. Uzgodniliśmy także, że trzeba zdecydowanie podnieść ceny elektryczności i gazu (sztucznie utrzymywane na niskim poziomie przez rząd laburzystowski). Decyzja ta weszłaby w życie w październiku 1980 roku. Cena elektryczności miała wzrosnąć o 5 proc., gazu zaś o 10 proc. powyżej poziomu inflacji.

Biała Księga w sprawie wydatków państwowych na lata 1980-81 została, zgodnie z zamierzeniem, podana do wiadomości 1 listopada. Plany te ujęły naszą obietnicę zwiększenia środków na obronę, policję, sądownictwo i więziennictwo oraz ubezpieczenia społeczne (odzwierciedlając rekordowy w tamtym roku wzrost rent i emerytur), zakładały również utrzymanie całkowitej sumy wydatków na lata 1980-81 na poziomie z lat 1979-80. Pomimo faktu, że zmniejszenie kwoty proponowanej przez laburzystów o około 3,5 miliarda zostało otwarcie skrytykowane jako drakońskie posunięcie, tak naprawdę redukcja nie była jeszcze dość duża. Wydawało się to oczywiste nie tylko dla mnie, ale i dla rynków finansowych, już zaniepokojonych nadmiernym wzrostem wpływu pieniądza do obiegu.

Wydawało się, że jeśli chodzi o tę kwestię, również poruszamy się jakby windą jadącą w dół. 5 listopada spotkał się ze mną Geoffrey Howe. Podaż pieniądza była więcej niż wystarczająca, głównie dlatego, że zapotrzebowanie kredytowe sektora państwowego oraz rozmiar pożyczek przyznawanych przez banki były większe, niż oczekiwano, między innymi z powodu strajków, które opóźniły opłacenie rachunków telefonicznych i uiszczenie płatności VAT. Przedsiębiorstwa brały pożyczki, by sfinansować realizację porozumień płacowych, na które nie było ich stać. Stopy procentowe poza Wielką Brytanią już zaczynały iść w górę. Wydatki publiczne zaś, tak jak podejrzewałam, okazały się zbyt duże dla rynków finansowych. Stanęliśmy więc przed groźbą kryzysu finansowego. Prawdopodobnie w czasach Denisa Healeya w takiej sytuacji pojawiłby się pakiet fiskalny lub „minibudżet”. Bez wahania odrzuciliśmy takie rozwiązanie. Podwyższenie stopy procentowej lub zmniejszenie wydatków publicznych, nie zaś rozdrabnianie się nad regulowaniem popytu poprzez obciążenie fiskalne – oto właściwa reakcja.

W związku z tym 15 listopada podnieśliśmy minimalną stopę procentową kredytów do 17 proc. (Według Indeksu Cen Detalicznych, inflacja w owym czasie kształtowała się na poziomie 17,4 proc.). Poinformowaliśmy wówczas także o innych krokach, które zostaną podjęte, by zrównoważyć wydatki i zadłużenie rządu.

Oczywiście, opozycji trafiła się wielka gratka, teraz bowiem mogła atakować naszą strategię jako wyjątkowo niefortunną i niekompetentnie przeprowadzoną. Istotą sprawy nie było to, iż nasza strategia była sama w sobie niewłaściwa, ale że musieliśmy jeszcze zrealizować ją w każdym szczególe i zacząć ściślej kontrolować wydatki publiczne oraz pożyczki. To z kolei, poprzez wyższe stopy procentowe, zwiększało presję na sektor prywatny. Przed takim skutkiem ostrzegał Keith Joseph jeszcze w czasach opozycji, podczas wykładu na uniwersytecie Stockton w 1976 roku, później opublikowanym w formie broszury „Monetaryzm to nie wszystko”. Stwierdzał w nim: „Prawdą jest, że wiele mówi się o ograniczeniu wydatków publicznych, lecz do tej pory są to niemal wyłącznie słowa bez pokrycia. Bowiem wprowadzanie takich ograniczeń, jak się okazało, sprowadza się jedynie do manipulowania cyframi… Lecz podczas gdy cięcia w wydatkach publicznych rzadko naprawdę dochodzą do skutku, to ograniczenia narzucane sektorowi prywatnemu są jak najbardziej prawdziwe. Podnosi się stopę procentową, ogranicza rozmiar pożyczek bankowych, podwyższa podatki i stosuje inne przestarzałe środki deflacyjne. Tak więc sektor prywatny ponosi karę za rozrzutność sektora państwowego”.

Wiedziałam, że musimy wyrwać się z tego błędnego koła. Musieliśmy podjąć dalsze próby okrojenia wydatków publicznych oraz pożyczek rządowych – bez względu na trudności – ponieważ w przeciwnym wypadku prywatna przedsiębiorczość będzie obarczona przytłaczającym ciężarem skutkiem rozrzutności sektora państwowego. Doszliśmy więc z Geoffreyem do wniosku, że nie mamy innego wyjścia, jak tylko wprowadzić dalsze obostrzenia w wydatkach publicznych w roku rozliczeniowym 1980-81 i w latach następnych.

Najpierw mnie, później wąskiej grupie ministrów, a wreszcie całemu Gabinetowi Geoffrey przedstawił projekt redukcji wydatków o dodatkowy miliard w roku 1980-81 i o dwa miliardy każdego następnego roku. Sądząc po tym, jak gwałtownie ministrowie bronili budżetów swych resortów, wiedziałam, że ta propozycja przysporzy nam kłopotów. Lecz z drugiej strony miałam świadomość, iż większość członków partii pragnie, aby nasza strategia odniosła sukces. Tak więc postanowiłam przedstawić im mój plan.

12 października, w Blackpool, na Konferencji Partii Konserwatywnej powiedziałam: „To z waszych podatków opłacane są wydatki publiczne. Rząd nie dysponuje własnymi funduszami, są tylko pieniądze podatników”.

Tuż przed podniesieniem stóp procentowych, zaplanowanym na listopad, skorzystałam z okazji, jaką był bankiet u burmistrza Londynu, aby potwierdzić, że będziemy kontynuować naszą politykę monetarną w walce z inflacją: „Podejmiemy wszelkie konieczne środki, aby zahamować wzrost podaży pieniądza w obiegu. Ten rząd, w przeciwieństwie do tak wielu swych poprzedników, stawi czoło realiom ekonomicznym”.

Wyraźnie zapowiedziałam, że powtórnie przypuścimy atak na zbyt wielkie wydatki publiczne.

Dobrą okazją, aby bezpośrednio zaapelować o poparcie dla polityki rządowej, są także zawsze przemówienia lidera partii adresowane do Komitetu 1922.

W czwartek, 13 grudnia, powiedziałam „dwudziestcedwójce”, że musimy „jeszcze raz spróbować obciąć wydatki”, co zostało dobrze przyjęte. W niecały miesiąc później zgodziłam się na wywiad z Brianem Waldenem dla programu „Weekend World”, gdzie stwierdziłam, że „gdyby udało nam się zmniejszyć wydatki o miliard, byłabym zupełnie zadowolona”. I atmosfera wkrótce stała się bardziej sprzyjająca, aby znów przeciwstawić się trwonieniu pieniędzy.

24 stycznia 1980 roku na spotkaniu Gabinetu wróciliśmy do kwestii wydatków na 1980-81 oraz na dalsze lata aż do 1983-84. Wysokie ceny ropy, przewidywany na nadchodzący rok niemal zerowy wzrost gospodarczy w krajach uprzemysłowionych oraz strajk w przemyśle stalowym, przyczyniający się do zwiększenia deficytu, stanowiły raczej ponure tło dla naszych rozważań. Wiedziałam, że najbliższe dwa lata będą przełomowe. W tym czasie musimy podjąć konieczne działania antyinflacyjne oraz okroić wydatki publiczne, później, w miarę postępującego wzrostu, znów będziemy mogli zrobić krok w kierunku obniżenia podatków i stóp procentowych. Jednak „mięczaki” ostro zaatakowały naszą linię postępowania oraz teoretyczne założenia naszej strategii. Twierdzono, na przykład, że w czasie trwania recesji powinno się pozwolić, aby zadłużenie sektora państwowego wzrosło. Odpowiedzieliśmy na to, że zupełnie inaczej jest w sytuacji, gdy ono od początku było zbyt wysokie – a to przecież spadek po rządzie laburzystowskim, który podczas swej kadencji podwoił dług państwowy. Każdy z ministrów bronił, oczywiście, swojego resortu. Jim Prior przekonująco dowodził konieczności kontynuowania specjalnych środków stymulujących zatrudnienie7. Zgodziliśmy się na to, ale postanowiliśmy jeszcze raz przyjrzeć się szybko rosnącemu budżetowi ubezpieczeń społecznych.

Tydzień później Gabinet podjął dyskusję na nowo i tym razem skupił się nad ubezpieczeniami społecznymi8. Zarówno ze względu na wydatki państwowe, a także aby rozwiązać problem, którego istotą jest pytanie: „po co pracować?” (chodzi tu o brak motywacji do pracy wynikający z małej różnicy między dochodami z pracy a dochodami z zasiłku), ustaliliśmy, że opodatkujemy krótkoterminowe świadczenia socjalne najszybciej jak to będzie możliwe. Tymczasem postanowiliśmy zredukować te świadczenia – zasiłki dla bezrobotnych, chorobowe, powypadkowe, macierzyńskie, inwalidzkie – o 5 proc. Tak zwany dodatek do zasiłku zależny od wysokości pobieranej wcześniej pensji (płatny razem z niektórymi świadczeniami krótkoterminowymi), miał być obniżony od stycznia 1981 roku, zniesiony zaś w styczniu 1982. Zdecydowaliśmy się też rozpocząć działania legislacyjne, aby załatwić drażliwą kwestię dodatkowych świadczeń dla rodzin strajkujących. Zasiłki te nie tylko drogo kosztowały, ale też, w razie sporów, przechylały szalę na niekorzyść pracodawców i odpowiedzialnych przywódców związkowych. W przyszłości przy określaniu wysokości zasiłku będzie obowiązywać założenie, że 12 funtów tygodniowo zostaje wypłacone albo z prywatnych pieniędzy strajkującego, albo z funduszy strajkowych związku. Ostatecznie przyjęliśmy, że zaoszczędzimy na budownictwie i wydatkach Agencji Własności Rządowej oraz podwyższając opłaty za leki na recepty do 1 funta.

Kiedy Geoffrey Howe ogłosił swój drugi budżet 26 marca 1980 roku, mógł przy okazji oznajmić, że znaleźliśmy 900 milionów dalszych oszczędności na 1980-81 (choć ich część została pochłonięta przez rezerwę budżetową). Przy ówczesnych cenach oznaczało to ponad 5 miliardów mniej, niż planowali wydać laburzyści. W tych warunkach było to niewiarygodne osiągnięcie, jednocześnie jednak bardzo niepewne. W miarę jak gospodarka pogrąża się w recesji, na pewno będą napływać wciąż nowe – niektóre trudne do odrzucenia – żądania zwiększenia wydatków publicznych na takie programy jak ubezpieczenia społeczne oraz przynoszące straty państwowe gałęzie przemysłu. W raporcie, który napisał dla mnie w czerwcu 1979 roku John Hoskyns, użył pamiętnego zdania o rządach „próbujących rozbić namiot pośrodku osuwiska”. Gdy przy stale pogarszających się prognozach wkraczaliśmy w lata 1980-81, mając przed sobą okres zmagań z wydatkami publicznymi, słyszałam, jak płótno się napina, a ziemia osuwa w dół. Druga połowa roku 1979, choć zdominowana przez politykę gospodarczą oraz intensywną działalność dyplomatyczną, była także okresem, kiedy trosk przysparzał nam terroryzm. Zaledwie dwa tygodnie minęły od objęcia przeze mnie urzędu, gdy wygłosiłam mowę podczas mszy dla uczczenia pamięci Aireya Neave’a. Niebawem zaś terroryści z IRA zadali kolejny cios, który wstrząsnął światem. O zamordowaniu lorda Mountbattena oraz zabiciu osiemnastu brytyjskich żołnierzy dowiedziałam się, będąc w Chequers, w poniedziałek 27 sierpnia. Lord Mountbatten zginął wskutek eksplozji na pokładzie swego jachtu niedaleko wybrzeża przy Mullaghmore, w hrabstwie Sligo. Zginęło też trzech członków jego załogi, a trzech innych zostało rannych.

Przeprowadzony z jeszcze większym lekceważeniem norm cywilizowanego świata zamach na naszych żołnierzy bardziej nawet zasługuje na potępienie. Osiemnastu zginęło, pięciu zaś zostało rannych w podwójnej eksplozji wyzwolonej za pomocą zdalnie sterowanych urządzeń, w Narrow Water, w okolicach Warrenpoint, w pobliżu Newry, blisko granicy z Republiką Irlandii. Terroryści zdetonowali pierwszą bombę, a żeby zdetonować drugą, poczekali, aż na ratunek swoim kolegom ruszą helikopterem pozostali żołnierze. Pośród zabitych wskutek drugiej eksplozji znalazł się dowódca szkockiego regimentu.

Słowa zawsze są niewystarczające, by potępić tak skandaliczny akt. Natychmiast postanowiłam udać się do Irlandii Północnej i pokazać wojsku, policji oraz ludności cywilnej, że zdaję sobie sprawę z rozmiarów tragedii oraz dowieść naszej determinacji, by przeciwstawić się terroryzmowi. Wróciwszy z Chequers do Londynu, zostałam tam jeden dzień, by dać czas na uporanie się z bezpośrednimi skutkami zamachu, sama zaś odbyłam dwa spotkania, podczas których omówiliśmy wymogi bezpieczeństwa dla Irlandii Północnej. Tamtego wieczoru osobiście napisałam do rodzin zabitych żołnierzy; takie listy na pewno nie należą do łatwych. Niestety, w czasie, kiedy sprawowałam swój urząd, miało ich być znacznie więcej.

Poleciałam do Ulsteru w środę rano. Ze względów bezpieczeństwa ta wizyta nie została wcześniej zapowiedziana w prasie. Najpierw udałam się do szpitala Musgrave Park w Belfaście, żeby porozmawiać z rannymi, później odwiedziłam burmistrza Belfastu w ratuszu. Nalegałam, by spotkać się z mieszkańcami miasta, a ponieważ najlepszym sposobem, aby to zrobić, jest przej ść się przez centrum handlowe Belfastu, właśnie tam się udałam. Nigdy nie zapomnę przyjęcia, jakie mi zgotowano. Szczególnie wzruszające jest, gdy życzą nam sukcesu ludzie pogrążeni w cierpieniu. Nie bardzo wtedy wiadomo, jak się zachować. Jednak wówczas nabrałam przekonania, którego nigdy nie byłam zmuszona zmieniać, że ludność Ulsteru nie ugnie się przed przemocą.

Po lunchu w towarzystwie żołnierzy z Trzeciej Brygady wysłuchałam raportu o sytuacji w Irlandii Północnej, po czym wsiadłam do helikoptera ubrana w strój maskujący, jaki noszą kobiety służące w Wojskach Obrony Ulsteru i poleciałam na południe hrabstwa Armagh. Zanim biegiem wróciłam do helikoptera, obejrzałam zniszczoną przez bomby bazę RUC w Crossmaglen, będącą najczęstszym celem ataków w całej Irlandii Północnej. Nikomu nie wolno przebywać na tym terenie przez dłuższy czas – to zbyt niebezpieczne.

Ostatnią wizytę podczas pobytu w Irlandii Północnej złożyłam w koszarach w Gough, w bazie Królewskiej Policji Ulsteru w Armagh, po czym o szóstej wieczorem wróciłam do Anglii. Naprawdę trudno jest przekazać, jak wielką odwagą cechują się ludzie z sił bezpieczeństwa, których zadaniem jest chronić nas wszystkich przed terroryzmem. Szczególnie członkowie Wojsk Obrony Ulsteru wypełniający swój żołnierski obowiązek, mieszkając tam, gdzie oni i ich rodziny są stale narażeni na niebezpieczeństwo, wyróżniają się trzeźwym, niewołającym o oklaski heroizmem, którego nigdy nie przestałam podziwiać.

Po moim powrocie do Londynu wznowiliśmy dyskusję nad niecierpiącą zwłoki kwestią bezpieczeństwa. Stanęliśmy przed dwoma zasadniczymi problemami: jak usprawnić kierowanie i koordynację działań na rzecz bezpieczeństwa w Irlandii Północnej, a także, w jaki sposób skłonić Republikę Irlandii do ściślejszej współpracy w sprawach bezpieczeństwa. Doszliśmy do wniosku, że trudności ze skoordynowaniem tajnych informacji zebranych przez Wojska Obrony Ulsteru najlepiej będzie pokonać przez ustanowienie nowego centralnego urzędu ds. kontroli bezpieczeństwa. Jeśli chodzi o drugi problem, uzgodniliśmy, że poruszę tę kwestię w rozmowie z premierem Irlandii, Jackiem Lynchem podczas jego krótkiej wizyty z okazji pogrzebu lorda Mountbattena.

Tak więc w środę 5 września zaprosiliśmy do „dziesiątki” pana Lyncha oraz jego ministrów na jednodniowe rozmowy. Pierwsze spotkanie odbyli premierzy tete-a-tete, po czym o czwartej po południu dołączyli do nas nasi ministrowie i urzędnicy.

Pan Lynch nie miał absolutnie żadnych własnych propozycji. Kiedy podkreśliłam, jak ważne jest dokonanie ekstradycji terrorystów z republiki, stwierdził, że będzie to bardzo trudne ze względu na irlandzką konstytucję. Zauważył, że według prawa irlandzkiego terroryści mogą być sądzeni w Republice Irlandii za przestępstwa popełnione na terytorium Zjednoczonego Królestwa. Poprosiłam więc, aby oficerowie Wojsk Obrony Ulsteru – których obowiązkiem byłoby zgromadzenie dowodów na potrzeby dochodzenia sądowego – mogli uczestniczyć w przesłuchaniach osób podejrzanych o przynależność do organizacji terrorystycznej w republice. Powiedział, że „przemyślą” tę propozycję. Wiedziałam, co to oznaczało – nie zrobią nic. Zapytałam też, czy możliwe jest rozszerzenie dotychczasowych ustaleń, według których nasze helikoptery mogą przelatywać przez granicę przekraczaną przez terrorystów w tę i z powrotem, kiedy im się żywnie podoba. Powiedział, że tę kwestię również przemyślą. Starałam się dążyć do bardziej efektywnego związku zarówno między Wojskami Obrony Ulsteru a Gardą, jak i między wojskami brytyjskimi i irlandzkimi. Reakcja była ta sama. W pewnym momencie byłam już tak poirytowana, że zapytałam, czy rząd Irlandii jest skłonny podjąć jakiekolwiek działania? Strona irlandzka zgodziła się w efekcie na kolejne spotkanie na szczeblu ministerialnym, lecz towarzyszył temu zgubny w skutkach brak politycznej woli, by przedsięwziąć radykalne środki. Byłam rozczarowana, choć niezupełnie zaskoczona. Mimo wszystko jednak postanowiłam nadal wywierać naciski na republikę. Nie mogłam zapomnieć o tym, że do chwili, kiedy odbyłam wizytę w Irlandii Północnej, na skutek zamachów terrorystycznych zginęły 1152 osoby cywilne oraz 543 żołnierzy.

Wykorzystując fakt, że zamachy wywoływały ogromne oburzenie w Stanach Zjednoczonych, nie omieszkaliśmy poinformować tamtejszej opinii publicznej o prawdziwych warunkach życia w Ulsterze. Ekstremiści irlandzcy, którym udało się otoczyć terroryzm aurą romantyzmu, z której odziera go dopiero ponura rzeczywistość, manipulują uczuciami i poczuciem lojalności milionów przyzwoitych Amerykanów irlandzkiego pochodzenia. W efekcie bezustannie napływa stamtąd pomoc w postaci broni i środków finansowych, aby IRA mogła kontynuować swą kampanię, podczas gdy my w 1979 roku znaleźliśmy się w absurdalnej sytuacji, kiedy to zakup 3000 rewolwerów dla Wojsk Ochrony Ulsteru został wstrzymany przy okazji rewizji polityki w Departamencie Stanu wskutek nacisków ze strony lobby irlandzkich republikanów w Kongresie.

Ponownie odwiedziłam Irlandię Północną w Wigilię Bożego Narodzenia. Tym razem spotkałam się zarówno z pracownikami więziennictwa, jak i z przedstawicielami sił bezpieczeństwa. Strażnicy więzienni bowiem również są narażeni na bardzo poważne niebezpieczeństwo i często pracują w zatrważających warunkach. Poza tym, od marca 1978 roku, wciąż musieli radzić sobie z konsekwencjami „brudnego protestu”9, w którym brało udział ponad 350 więzionych terrorystów żądających przywilejów oraz „specjalnego statusu”. W ciągu ubiegłych czterech lat zostało tam zamordowanych siedemnastu strażników, w tym siedmiu w ostatnich trzech miesiącach. W świetle tych wydarzeń problemy życia politycznego wydawały się trywialne.


1 PSBR – Public Sector Borrowing Requirement – (potrzeby kredytowe sektora państwowego) – różnica między wydatkami a przychodami rządu, łącznie z wydatkami władz lokalnych.

2 Aby wyraźniej pokazać, jaki był realny wpływ polityki rządowej na stopę życiową, od 17 sierpnia 1979 zaczęliśmy wydawać nowy Indeks Cen i Podatków, podający łącznie rozmiar zmian podatkowych oraz wahań w cenach detalicznych. Dla tych, którzy utrzymują się z wypracowanych dochodów, a to przecież zdecydowana większość społeczeństwa, stanowił on lepszy wskaźnik zmian kosztów prowadzenia gospodarstwa domowego niż Indeks Cen Detalicznych. Jednak przy negocjacji płac to sytuacja poszczególnych przedsiębiorstw powinna determinować wysokość ewentualnych podwyżek. (Przyp. aut.).

3 Odsetek siły roboczej zatrudnionej w sektorze państwowym rósł nieubłaganie od 24 proc. w 1961 do niemal 30 proc., w czasie gdy przejęliśmy rządy. Do roku 1990 dzięki prywatyzacji i innym zastosowanym środkom udało nam się sprowadzić go do poziomu niższego niż w 1961 r. (Przyp. aut.).

4 Raport Griffithsa z 1983 r. stanowił podstawę do wprowadzenia metody powszechnego zarządzania w służbie zdrowia, bez której dalsze reformy nie byłyby możliwe do przeprowadzenia. (Przyp. aut.).

5 Dopiero pod koniec moich rządów zaangażowaliśmy się w radykalne reformy administracji państwowej, które były zawarte w programie o nazwie „Krok po kroku”. Według niego duża część administracyjnych – w odróżnieniu od strategicznych – działań resortów rządowych zostaje przeniesiona na agencje obsadzone przez pracowników administracji i kierowane przez dyrektorów wykonawczych, wybieranych drogą otwartego konkursu. Agencje takie funkcjonują w ramach ustalonych przez resorty, ale nie podlegają z ich strony szczegółowej kontroli. Jakość metod zarządzania wewnątrz administracji państwowej powinna więc znacznie się polepszyć. (Przyp. aut.).

6 „Mięczak”, ang. „wet” – w brytyjskich szkołach prywatnych tak określano słabych i zastraszonych chłopców. Przeciwnicy rządowej polityki gospodarczej we wczesnych latach osiemdziesiątych zostali określeni tym mianem przez swych oponentów, ponieważ jawili się oni jako ludzie cofający się przed podjęciem trudnych i drastycznych kroków. Jak to często dzieje się z politycznymi etykietami (dla porównania: nazwa „torysi” początkowo oznaczała irlandzkich bandytów politycznych), „mięczak” został zaakceptowany przez przeciwników naszej strategii gospodarczej, którzy z kolei jej zwolenników ochrzcili mianem „twardzieli”. (Przyp. aut.).

7 Była to cała gama środków działania, odziedziczonych po rządzie laburzystowskim, które zmodyfikowaliśmy na różne sposoby, a między innymi program pracy dla młodzieży, metody popierające kształcenie zawodowe, programy umożliwiające przekwalifikowanie się, pomoc dla małych firm oraz rekompensata dla zatrudnionych czasowo lub na krótki okres. (Przyp. aut.).

8 Patrick Jenkin oznajmił już w czerwcu 1979 roku, że skończymy z ustawowym obowiązkiem rewaloryzowania długoterminowych świadczeń według poziomu cen lub plac, w zależności od tego, który z nich jest wyższy; odtąd więc podwyżki miały następować, opierając się na poziomie cen. (Przyp. aut.).

9 Rezultaty tych protestów oraz nasza reakcja na strajki głodowe zostały omówione w rozdziale 14. (Przyp. aut.).


ROZDZIAŁ III W wirze wydarzeń

Polityka zagraniczna w ciągu pierwszych osiemnastu miesięcy rządów

WIELKA BRYTANIA A WSPÓLNOTA EUROPEJSKA

Jeszcze zanim zostałam premierem, odbyłam wiele podróży dyplomatycznych; odwiedziłam między innymi: Związek Radziecki, Stany Zjednoczone, Niemcy, Izrael i Australię. Sprawiały mi one sporo radości, gdyż czekało mnie dużo interesujących spotkań, wypełnionych owocną pracą i miałam też czas na czytanie. Zupełnie inaczej wyglądają wizyty premiera, w otoczeniu profesjonalnego zespołu doradców, z napiętym planem spotkań. Wszystkie one dotyczą najwyższego szczebla.

Oswajanie się z tą nową rolą nie było dla mnie łatwe, głównie dlatego iż niemal natychmiast po objęciu urzędu musiałam zmierzyć się z problemem olbrzymiego wkładu Wielkiej Brytanii w finansowanie budżetu Wspólnoty Europejskiej. Rozwiązanie tej kwestii wymagało nieustępliwych targów, przy jednoczesnej świadomości naszej bardzo niekorzystnej pozycji oraz użycia taktyk dyplomatycznych, które wielu uważało za wielce niedyplomatyczne. Od samego początku dało się zauważyć, iż nasz wkład do budżetu nie był jedynym źródłem ówczesnych sporów ze Wspólnotą. Szybko zrozumiałam, że różniliśmy się też zasadniczo w poglądach w sprawie przyszłości Europy.

Krótko po tym, jak objęłam urząd premiera, odbyły się wybory bezpośrednie do Parlamentu Europejskiego. (W tamtych czasach parlament powszechnie nazywano Zgromadzeniem Europejskim, co, być może, trafniej oddaje jego ograniczoną rolę). W trakcie kampanii wygłosiłam przemówienie, w którym dobitnie przedstawiłam moją wizję Wspólnoty jako siły dążącej do niezależności: „Wierzymy w niezależną Europę, nie w Europę zunifikowaną. Jeżeli będzie się dążyło do zniesienia tych podstawowych różnic w obrębie poszczególnych państw członkowskich, zuboży to całą Wspólnotę…”. I dalej: „Nalegamy, aby instytucje Wspólnoty Europejskiej były kierowane w taki sposób, aby nie ograniczało to wolności jednostki na całym kontynencie. Nie można pozwolić, by instytucje te uległy zwyrodnieniu i stały się narzędziami biurokracji. Gdy kiedykolwiek pojawi się taka groźba, powinno poddać się je krytyce i przywrócić równowagę”.

Jednak w łonie Wspólnoty zawsze dominowały odmienne tendencje – interwencjonizm, protekcjonizm i federalizm. Dopiero z biegiem lat kontrast tych dwóch stanowisk uwidocznił się jeszcze wyraźniej, lecz zawsze pewne wydarzenia i posunięcia Wspólnoty zdradzały, że te różnice istnieją. Zdawałam sobie z tego sprawę.

Byłam świadoma także i innej cechy Wspólnoty, która rzucała się w oczy od początku jej istnienia i wpływała na kierunek jej rozwoju, ograniczając tym samym możliwość wpływu Wielkiej Brytanii na bieg wydarzeń. Mam tu na myśli ścisłą więź pomiędzy Francją a Niemcami. Chociaż więź ta mogła w dużej mierze wynikać z zażyłości stosunków między prezydentem Giscardem d’Estaing a kanclerzem Kohlem, to wydaje się, iż była ona raczej rezultatem uwarunkowań historycznych i świadomości trwałych korzyści politycznych, jakie można dzięki niej zyskać. Przez długi czas bowiem Francja obawiała się potęgi Niemiec i miała nadzieję, że dzięki swej wybitnej galickiej inteligencji zdoła pokierować tą potęgą wedle własnych zamierzeń. Niemcy zaś, choć i tak mogły poszczycić się znacznie większym wkładem finansowym i ekonomicznym w interesy Wspólnoty niż pozostałe kraje, liczyły ze swej strony, że dzięki tej przyjaźni wzrosną ich wpływy oraz prestiż międzynarodowy. Oś francusko-niemiecka była zatem czynnikiem, który należało mieć na uwadze, dlatego powrócę do niego jeszcze później.

POSIEDZENIE RADY EUROPY W STRASBURGU

Moje pierwsze posiedzenie Rady Europy odbyło się w Strasburgu między 21 a 22 czerwca 1979 roku. Gospodarzem rozmów była Francja. Na miejsce spotkania wybrano Strasburg, w uznaniu nowego znaczenia Parlamentu Europejskiego (który dwie trzecie ze swych sesji odbywa właśnie tam) po wyborach, w których konserwatyści zdobyli 60 z 78 miejsc przysługujących Wielkiej Brytanii.

Sądziłam, że z naszych wcześniejszych rozmów kanclerz Schmidt odniósł wystarczająco silne wrażenie, iż nie zamierzam spocząć, dopóki nie wywalczę poważnego zmniejszenia brytyjskiego wkładu do budżetu Wspólnoty Miałam też nadzieję, że przekazał on tę wiadomość prezydentowi Giscardowi d’Estaing, który miał przewodniczyć szczytowi. Obydwaj panowie pełnili wcześniej funkcje ministrów finansów, nie powinni więc dziwić się stanowisku Wielkiej Brytanii. (Nie mogłam nie zauważyć, że rozmawiali ze sobą po angielsku, lecz taktownie nie komentowałam tego).

Historia naszego problemu budżetowego nie jest zbyt długa, lecz jej konkretne szczegóły są niezmiernie skomplikowane. W czasie negocjacji, dotyczących przystąpienia Wielkiej Brytanii do Wspólnoty, otrzymaliśmy zapewnienie (jak nieustannie przypominałam pozostałym krajom członkowskim), że: „Jeśli w łonie obecnej lub rozszerzonej Wspólnoty wyniknie sytuacja nie do zaakceptowania, jej aktualni członkowie będą żądali, aby instytucje (Wspólnoty) znalazły bezstronne, sprawiedliwe rozwiązania”.

Powodem, dla którego takie zapewnienie okazywało się konieczne, był unikatowy system handlu Wielkiej Brytanii. To on właśnie sprawiał, że budżet Wspólnoty miał zapewnione z naszej strony wysokie wpływy netto, tak wysokie, że sytuacja była rzeczywiście nie do zaakceptowania. W przeciwieństwie do pozostałych członków tradycyjnie już więcej importowaliśmy – głównie artykuły żywnościowe – z krajów nienależących do Wspólnoty. Oznaczało to, iż jej budżet powiększał się o pieniądze z opłat celnych, jakie w związku z tym musieliśmy uiszczać. Zyskane w ten sposób środki budżetowe Wspólnota przeznaczała natomiast na wspieranie rolników w ramach Wspólnej Polityki Rolnej. Gdy objęliśmy rządy, ponad 70 proc. funduszy z budżetu przyznawano właśnie temu programowi. Niestety, zawsze był on realizowany nieudolnie i do dzisiaj przynosi straty. Dumping tych nadwyżek poza krajami Wspólnoty prowadzi do zachwiania światowego rynku artykułów spożywczych i zagraża istnieniu wolnego handlu pomiędzy głównymi gospodarkami. Brytyjska gospodarka jest w mniejszym stopniu zależna od rolnictwa niż większość innych krajów Wspólnoty, a nasze gospodarstwa są generalnie większe i bardziej wydajne niż gospodarstwa Francji czy Niemiec. W konsekwencji otrzymujemy mniejsze, niż te kraje, wsparcie w postaci subsydiów. W przeszłości rekompensowano to Wielkiej Brytanii przyznawaniem większej liczby nierolniczych programów Wspólnoty (takich jak fundusze regionalne i socjalne), lecz rozwój tych programów został ograniczony za sprawą potężnego w Europie lobby rolniczego oraz międzynarodowej recesji.

Poprzedni rząd laburzystów podjął wielką grę renegocjowania pierwotnych warunków wejścia Wielkiej Brytanii do Wspólnoty. W 1975 roku stworzono Mechanizm Finansowy, którego celem miała być zmiana tych niekorzystnych ustaleń budżetowych: nigdy nie został on jednak uruchomiony, i nigdy nie będzie, dopóki nie nastąpi zmiana warunków, na jakie wcześniej się zgodziliśmy. W rezultacie nie istniała żadna poważna umowa, dająca nam realne prawo wyegzekwowania owych zmian od naszych europejskich partnerów.

Jeszcze jedna kwestia znacznie pogarszała sytuację: w porównaniu ze swymi sąsiadami brytyjski potencjał gospodarczy nieustannie słabł. I choć dysponowaliśmy zasobami ropy na Morzu Północnym, to do 1979 roku Wielka Brytania pod względem gospodarki stała się jednym z najgorzej prosperujących państw Wspólnoty, co potwierdzało siódme miejsce w Europie pod względem Produktu Krajowego Brutto przypadającego na głowę mieszkańca. Pomimo tak trudnego położenia, w dalszym ciągu oczekiwano, abyśmy do budżetu Wspólnoty wnosili największy wkład finansowy.

Zatem od samego początku moim celem stało się ograniczenie szkód i wypaczeń poczynionych za sprawą Wspólnej Polityki Rolnej, jak również zmiana struktury wydatków Wspólnoty, tak aby przystawały one do rzeczywistości. Na owym spotkaniu rady w Strasburgu szczególnie zabiegałam o dwie sprawy: jak najszybsze wniesienie pod obrady kwestii budżetowej i zyskanie akceptacji dla naszych dążeń do zmian w tym zakresie (szczegóły jednak zamierzaliśmy zostawić na później) oraz uzyskanie zdecydowanej zgody pozostałych szefów rządów na to, iż na następnym spotkaniu rady w Dublinie Komisja Europejska przedłoży konkretne już propozycje rozwiązania tego problemu.

Od samego początku starałam się robić wszystko, aby umocnić nasze „europejskie wierzytelności”. Konserwatyści byli mile widziani w Strasburgu, gdyż w przeciwieństwie do laburzystów uważano nas za bardzo proeuropejskich. Podkreślałam to niejednokrotnie, zwracając jednocześnie uwagę na fakt, że choć nie byliśmy skłonni przyłączyć się do Mechanizmu Kursu Wymiennego w ramach wprowadzenia Europejskiego Systemu Monetarnego, to jednak „braliśmy pod uwagę” wymianę pewnej części naszych rezerw w Banku Anglii na wspólną walutę europejską ECU. Celowo użyłam wtedy tego wyrażenia, nie chciałam bowiem urazić Izby Gmin, która nie została jeszcze poinformowana o mojej decyzji. Wiedziałam, że kanclerz Schmidt oczekiwał, abyśmy włączyli szterlinga do „europejskiego węża walutowego”; jednak już wtedy miałam co do tego wątpliwości, których z czasem zresztą wciąż przybywało. W każdym razie ówczesne przedstawienie naszych planów względem „wymiany” ECU nie spotkało się z wyraźną reakcją ze strony pozostałych: jak to zwykle bywa w przypadku takich uroczystych stwierdzeń, zostało ono zwyczajnie przyjęte do wiadomości, a potem zapomniane.

Jeśli sprawa budżetu miała być potraktowana tak, jak sobie tego życzyłam, należało wspomnieć o niej zaraz pierwszego dnia. Urzędnicy, przygotowujący wstępną wersję komunikatu końcowego, pracują bowiem nad nim zwykle w nocy po to, aby był gotowy do dyskusji następnego ranka. Wszelkie niezbędne instrukcje muszą zatem otrzymać przed końcem pierwszego dnia obrad. Nie było to łatwe. Podczas lunchu rozmawiałam o tej sprawie z prezydentem Giscardem d’Estaing i byłam niemal pewna, że kwestię budżetową będziemy mogli poruszyć odpowiednio wcześnie. Potem, wąskimi i pełnymi uroku uliczkami Strasburga, udaliśmy się w kierunku hotelu de Ville. Zewsząd emanowała niezwykle ciepła i serdeczna atmosfera.

Kiedy podjęliśmy obrady, szybko stało się jasne, że prezydent Giscard d’Estaing nie zamierza odchodzić od ustalonego wcześniej porządku posiedzenia, bez względu na to, co nie tak dawno dawał mi do zrozumienia. Dysponując wszystkimi potrzebnymi informacjami, wzięłam więc aktywny udział w dyskusji na temat energii i gospodarki światowej. Zwróciłam uwagę na fakt, iż, aby przetrwać problemy gospodarcze, Wielka Brytania nie cofnęła się przed najtrudniejszymi decyzjami, i że dokonujemy właśnie ogromnych cięć w wydatkach publicznych. Na dwadzieścia minut przed siódmą wieczorem postanowiliśmy utrzymać import ropy w latach 1980-85 przez kraje Wspólnoty na poziomie nie wyższym niż w roku 1978. Wyraziliśmy powszechną aprobatę dla konieczności rozwijania energetyki jądrowej. I wreszcie zobowiązaliśmy się nie ustawać w walce z inflacją. Niestety, przypuszczam, że zgodziliśmy się też w sprawie „konwergencji” aktywności gospodarczej poszczególnych krajów członkowskich (klasyczny przykład tzw. eurożargonu). Tak więc omówiliśmy prawie wszystkie możliwe problemy oprócz jednego, na którym zależało mi najbardziej – brytyjskiego wkładu do budżetu Wspólnoty.

Na szczęście ostrzeżono mnie, co zwykle dzieje się w takich sytuacjach. Prezydent Giscard d’Estaing zaproponował, że, skoro robi się coraz później i czas już na kolację, sprawę budżetu przesuniemy na dzień następny. Spytał również, czy premier Zjednoczonego Królestwa wyraża zgodę. I tak oto, na swej pierwszej Radzie Europy musiałam powiedzieć „nie”. Jak się potem okazało, późna pora prawdopodobnie działała na moją korzyść: znacznie szybciej bowiem dochodzi się do trafnych wniosków, gdy czas goni, a głowę coraz natrętniej zaprzątają myśli o francuskiej wykwintnej kuchni i wyśmienitym winie. Przedstawiłam fakty, a były one niewątpliwie wymowne. Zgodzono się zawrzeć w protokole instrukcję dla komisji, aby na następne posiedzenie przygotowała propozycje rozstrzygnięcia tej sprawy. Potem, odrobinę spóźnieni, udaliśmy się na obiad. Spory zawsze dobrze wpływają na apetyt.

Zwyczajem było, że szefowie rządów i prezydent komisji jadali razem, a ministrowie spraw zagranicznych tworzyli osobną grupę. Dyskutowano wówczas przede wszystkim o problemach międzynarodowych. Jednym z najbardziej zajmujących w tym czasie tematów była tragiczna sytuacja rozbitków wietnamskich, co bezpośrednio dotyczyło też i Wielkiej Brytanii, oraz kwestia Rodezji. Ciekawe, że już wtedy mówiliśmy o wciąż aktualnym problemie japońskiej równowagi handlowej.

Posiedzenie rady w Strasburgu miało jeden wymierny efekt: w końcu udało nam się sprawić, że kwestia obciążenia Wielkiej Brytanii tak niesprawiedliwie wysokimi kosztami finansowania budżetu Wspólnoty stanęła na porządku dziennym. Ponadto zauważyłam, iż wywarłam korzystne wrażenie, nie dając łatwo za wygraną i, jak się z czasem okazało, była to trafna obserwacja. W Strasburgu też usłyszałam przypadkowo coś, co sprawiło mi niezwykłą radość; pewien zagraniczny wysoko postawiony urzędnik zauważył: „Wielka Brytania wróciła”.

SZCZYT G7 W TOKIO

Do wielu zagadnień poruszanych w Strasburgu wróciliśmy na spotkaniu w znacznie znamienitszym gronie siedmiu najbardziej uprzemysłowionych państw świata (Grupa Siedmiu lub w skrócie G7), na szczycie w Tokio. Natychmiast po skończeniu raportu z rady w Strasburgu dla Izby Gmin odlecieliśmy do Japonii. Wiedziałam, że ceny ropy i ich wpływ na gospodarkę znów zdominują porządek obrad. Byłam dobrze przygotowana. Do swej dyspozycji miałam przecież całą wiedzę Denisa na temat przemysłu naftowego oraz szczegółowe raporty ekspertów, które przedstawili mi podczas lunchu w Chequers. Znali ten biznes od podszewki w przeciwieństwie do niektórych polityków, wykazujących się doprawdy niewielką praktyczną znajomością rynku naftowego, przekonanych, iż poprzez nakreślanie planów i celów spowodują ograniczenie zużycia ropy.

W drodze do Tokio skorzystałam z nadarzającej się okazji, aby przedyskutować także i inne, równie ważne sprawy. Staraliśmy się o otrzymanie zgody od Związku Radzieckiego na przelot nad jego terytorium, gdyż dzięki temu nasza podróż trwałaby krócej. I tak oto w celu uzupełnienia paliwa wylądowaliśmy w Moskwie, gdzie nieoczekiwanie wyszedł mi na spotkanie rosyjski premier Aleksiej Kosygin, który specjalnie z tej okazji przerwał swoje spotkanie z premierami krajów komunistycznych. Ku mojemu zdziwieniu poinformował nas, że w holu lotniska czeka na nas obiad. Związek Radziecki zawsze cechowała wspaniałomyślna gościnność wobec ważnych gości: istniały tam dwa światy, jeden dla obcych dygnitarzy i elity partyjnej, pełen różnorakich luksusów, i drugi dla zwykłych ludzi, którzy musieli zadowolić się resztkami.

Wkrótce okazało się, co było powodem tak specjalnego traktowania. Rosjanie pragnęli dowiedzieć się czegoś więcej o „Żelaznej Damie” – jak ochrzciła mnie ich oficjalna agencja prasowa TASS, po przemówieniu jakie wygłosiłam w 1976 roku, jeszcze jako liderka opozycji.

W stosunkach Wschód-Zachód okres ten można by nazwać ciszą przed gwałtowną burzą polityczną. Od kilku lat, pod przykrywką odprężenia, Sowieci i ich komunistyczne marionetki podążali drogą polityki skrywanej agresji, podczas gdy Zachód nadal tkwił w uśpieniu. W Tokio miałam otrzymać jeszcze dalsze dowody na to, jak głęboko administracja Cartera wierzyła w dobrą wolę Związku Radzieckiego. I chociaż Porozumienie w Sprawie Ograniczenia Zbrojeń Strategicznych (SALT II) podpisano zaledwie kilka dni temu, i mówiono już nawet o SALT III, to miało się to zmienić, gdyż za sześć miesięcy nastąpiła sowiecka inwazja na Afganistan.

Oprócz kwestii obronnych najbardziej drażliwą sprawą, o której chciałam mówić z panem Kosyginem, był dramat setek tysięcy wietnamskich rozbitków. Przerażające prześladowania polityczne zmusiły tych łudzi do sprzedania wszystkiego, co posiadali, opuszczenia swych domów i podjęcia ryzykownej próby ucieczki na zatłoczonych i niebezpiecznych łodziach. W tym rejonie znajdowało się sporo jednostek naszej floty handlowej, naturalnie więc, aby ocalić tych nieszczęsnych uciekinierów przed piractwem i katastrofą, nasze statki brały ich na pokład. Na morzu panuje reguła, że rozbitkowie mogą bezpiecznie wylądować w pierwszym porcie, do którego zawija statek. Jednakże często się zdarzało, iż państwa – Singapur, Malezja czy Tajwan – odmawiały przyjęcia rozbitków, dopóki nie wyraziliśmy zgody na ich wjazd do Wielkiej Brytanii. Ponieważ sami nie uporaliśmy się jeszcze z licznymi problemami socjalno-ekonomicznymi, będącymi skutkami wcześniejszych masowych imigracji, nic więc dziwnego, że niechętnie się na to godziliśmy. Co prawda, w Tajwanie rozbitkowie otrzymywali pomoc medyczną i jedzenie, lecz nie wolno im było zejść na ląd. Nie chcieli też zostać w Kantonie; nie mogli już znieść komunizmu. Oznaczało to, iż Hongkong był jedynym miejscem, skąd mieli nadzieję dostać się dalej, do Stanów Zjednoczonych lub innych krajów zachodnich. Komuniści, oczywiście, doskonale zdawali sobie sprawę, że ten zalew imigracji stanowi dla Zachodu nie lada kłopot, mieli też niewątpliwie nadzieję, iż problem ten przyczyni się do destabilizacji sytuacji pozostałych krajów w regionie.

W rozmowie z Kosyginem zauważyłam, że Wietnam jest krajem komunistycznym i bliskim sojusznikiem Związku Radzieckiego, dlatego też Rosjanie dysponują tam zapewne znacznymi wpływami. To, co się tam działo – kontynuowałam – przynosiło nie tylko wstyd wietnamskiemu reżimowi, ale też i całemu światu komunistycznemu. Spytałam, czy nie mógłby jakoś zaradzić tej sytuacji. Na to rosyjski premier odpowiedział: „No cóż – to przecież narkomani i przestępcy…”. Widać było, iż nie zamierza ciągnąć dalej tej rozmowy. „Co? – zaatakowałam – cały milion? Czy komunizm jest doprawdy aż tak zły, że ludzie muszą brać narkotyki i kraść, aby żyć?”. Rosyjski premier natychmiast zmienił temat. Wnioskując jednak z nerwowych spojrzeń, jakie wymieniali między sobą nie tylko jego urzędnicy, ale też i moi, w pełni zrozumiał moje stanowisko. Nie byłam w stanie powstrzymać tej fali uciekinierów, lecz mogłam chociaż otwarcie zakwestionować kłamstwa, za pomocą których komuniści usprawiedliwiali swoje prześladowania. Po godzinie i czterdziestu minutach wróciliśmy do samolotu, by kontynuować lot do Tokio. Do tej sprawy powróciłam później na forum Narodów Zjednoczonych – była ona zbyt złożona, by móc ją rozwiązać bez wsparcia ze strony innych państw.

Konieczność uczestniczenia w wielu międzynarodowych szczytach sprawia, że życie premiera różni się obecnie znacznie od życia w czasach Anthony’ego Edena, Harolda Macmillana czy Aleca Douglasa-Home’a. W czasach opozycji odnosiłam się dość sceptycznie do znaczenia tego rodzaju spotkań. Będąc w rządzie natomiast, ciągle martwiłam się, iż wyjazdy pochłaniają zbyt wiele czasu i energii, szczególnie kiedy było tyle do zrobienia w kraju: w ciągu zaledwie kilku miesięcy sprawowania mojego urzędu byłam w Strasburgu, by reprezentować Wielką Brytanię na forum Wspólnoty Europejskiej, odwiedziłam Tokio, aby tam z kolei przedstawić stanowisko Wielkiej Brytanii wobec szerokich problemów międzynarodowych, i wkrótce czekała mnie podróż do Lusaki na spotkanie przywódców krajów należących do Brytyjskiej Wspólnoty Narodów.

Szczyt G7 narodził się z międzynarodowej akcji próbującej zaradzić kryzysowi ekonomicznemu połowy lat siedemdziesiątych. Pierwsze spotkanie odbyło się w 1975 roku we francuskim mieście Rambouillet. Od tamtego czasu z każdym rokiem uczestniczyło w nich coraz więcej osób i formalizowała się procedura spotkań, co, niestety, nie wpłynęło znacząco na ich efektywność. Najlepiej wszystkie wady i zalety tych zjazdów podsumował kanclerz Schmidt. Jego zdaniem szczyty G7 pomogły Zachodowi uniknąć, jak to określił, polityki „partykularnych interesów” – konkurencyjnej dewaluacji i protekcjonizmu, które poczyniły tyle szkód w latach trzydziestych. Z drugiej jednak strony uważał, iż zbyt często ulegano tam pokusie składania pięknie brzmiących, lecz niemożliwych do spełnienia zobowiązań. Zgadzałam się z tą opinią. Wiele państw poddawało się takiej presji, w wyniku czego zwykle słyszeliśmy uroczyste i ambitne zarazem obietnice, choć nikt nie traktował ich poważnie.

Jednak szczyt w Tokio, za sprawą błyskawicznie rosnącej ceny ropy, zyskał szczególną wagę. Dokładnie w tym samym czasie Organizacja Krajów Eksportujących Ropę Naftową (OPEC, kartel skupiający największych producentów ropy) odbywała spotkanie ze swymi głównymi odbiorcami. Kiedy byliśmy w Tokio, cena saudyjskiej ropy wzrosła z 14,54 dolara do 18 dolarów za baryłkę, zaś ceny surowców ropopochodnych nadal rosły. Tak więc rozmowy obracały się zasadniczo wokół problemu ograniczenia zależności Zachodu od ropy i ustalenia konkretnego harmonogramu realizacji tego celu. Zdawałam sobie sprawę, że najlepszym sposobem na zmniejszenie zużycia ropy jest pozwolić działać mechanizmom cenowym. Jeśli tego nie zrobimy, istniało niebezpieczeństwo, że wiele krajów, mając nadzieję zdławienia inflacji i bezrobocia, będzie próbowało łagodzić wyższe ceny nafty, drukując pieniądze, co oczywiście prowadzi bezpośrednio do inflacji. Na podstawie naszych własnych doświadczeń wiedzieliśmy, że inflacja jedynie zwiększa bezrobocie, zamiast mu zapobiegać, ale nie każdy jeszcze zdawał się to rozumieć.

Poprzedni szczyt odbywał się w Bonn w 1978 roku, kiedy w modzie była doktryna „precyzyjnie wyważonych potrzeb”. Powszechnie oczekiwano, że Niemcy odegrają wtedy rolę takiej lokomotywy postępu ekonomicznego – jak nazywano to w ówczesnym żargonie – wyciągającej świat z recesji. Jak zauważył kanclerz Schmidt w Tokio, głównym skutkiem takiej polityki był wzrost niemieckiej inflacji: Niemcy nie zamierzały znów pójść tą drogą. Na szczyt w Bonn zjechali przywódcy, którzy w tym gronie spotykali się niezmiennie od wielu lat, nic więc dziwnego, że ciągle jeszcze wierzono w moc lekarstw mających pomagać na wszystko. W Tokio natomiast do tego grona dołączyło trzech nowych polityków: japoński premier i przewodniczący konferencji – pan Ohira, premier Kanady – Joe Clark oraz ja. Poza mną największymi zwolennikami gospodarki wolnorynkowej byli Helmut Schmidt i, najzagorzalszy z nas wszystkich, hrabia Otto von Lambsdorff, będący jego ministrem finansów.

Na lotnisku w Tokio natychmiast otoczył mnie olbrzymi tłum dziennikarzy (w ówczesnych szczytach uczestniczyło około dwóch tysięcy reporterów, teraz nawet i więcej). Z ciekawością przyglądali się temu nadzwyczajnemu zjawisku i precedensowi w historii polityki – kobiecie premierowi. Pamiętam, że było niezwykle upalnie i wilgotno, a ochrona nie odstępowała nas na krok. Cieszyłam się, kiedy wreszcie dotarliśmy do hotelu, gdzie przebywała większość delegatów, z wyjątkiem prezydenta Stanów Zjednoczonych. Wkrótce udałam się do ambasady amerykańskiej, by spotkać się z prezydentem Carterem. Wspólnie omówiliśmy nasze stanowiska wobec zagadnień, jakich należało się spodziewać podczas szczytu, przede wszystkim dość złożony i mający też duże znaczenie polityczne dla Ameryki problem zużycia energii. Pod koniec spotkania dołączyła do nas pani Carter wraz z córką Amy. Pomimo krytyki prasy Carterowie doprawdy cieszyli się, że Amy jest z nimi – pomyślałam, iż nie był to wcale zły pomysł.

Muszę przyznać, że bardzo lubiłam Jimmy’ego Cartera. Był on głęboko wierzącym chrześcijaninem i bezsprzecznie człowiekiem wielkiej uczciwości. Cechowały go nieprzeciętna inteligencja i, co niezmiernie rzadkie u polityków, znajomość zagadnień naukowych oraz metod, jakimi się one rządzą. Jednak w zdobyciu urzędu prezydenckiego, bardziej niż trafność jego ocen politycznych, które przekonywałyby Amerykanów, pomogła mu afera Watergate.

Jego analiza ówczesnej rzeczywistości była bowiem pod wieloma względami błędna. Nie panował w pełni nad gospodarką, kiedy więc tylko na horyzoncie pojawiały się problemy, skłaniał się ku powziętym naprędce i bezskutecznym rozwiązaniom interwencjonistycznym. Jego decyzja o opodatkowaniu dodatkowych dochodów i objęciu kontrolą cen energii, zamiast zaradzić podwyżkom cen ropy dokonywanym przez OPEC, doprowadziła jedynie do kolejek na stacjach benzynowych. W zakresie polityki zagranicznej Carter znajdował się pod przemożnym wpływem doktryn, głoszonych z upodobaniem przez Partię Demokratów, że zagrożenie komunistyczne jest wielce wyolbrzymione, a amerykańskie wspieranie prawicowych dyktatorów niemal karygodne. Wskutek tego takie wydarzenia jak sowiecka inwazja na Afganistan czy wzięcie przez Iran amerykańskich dyplomatów jako zakładników zaskoczyły go i wprawiły w zakłopotanie zarazem. Nie miał on żadnej konkretnej wizji przyszłości Ameryki, dlatego też w obliczu przeciwności wzywał do surowych ograniczeń, które nie tylko nie zadowalały, ale wręcz wydawały się obce Amerykanom.

Poza niedoskonałością swej polityki w pewnym sensie nie wydawał się też najlepiej predysponowany do roli prezydenta, cierpiąc prawdziwe katusze w obliczu podjęcia ważkiej decyzji. Często niepotrzebnie zagłębiał się w szczegóły. Najgorsze jednak, że łamał on żelazną regułę Napoleona, iż generałowie powinni mieć zawsze szczęście. Całą jego prezydenturę prześladował iście paskudny pech, począwszy od OPEC, na Afganistanie skończywszy. Niestety, dowodziło to niezbicie, że sama uczciwość i pracowitość nie wystarczą, by stać na czele wielkiego narodu. Muszę jednak raz jeszcze podkreślić, że doprawdy lubiłam Jimmy’ego Cartera; był moim dobrym przyjacielem i przyjacielem Wielkiej Brytanii. Może gdyby objął władzę w innych okolicznościach niż okres pozimno wojenny, jego umiejętności mogłyby wówczas okazać się bardziej przydatne.

Tego wieczoru europejscy członkowie szczytu spotkali się na kolacji, której gospodarzem był prezydent Giscard d’Estaing. Oczywiście, poczyniliśmy wszystkie stosowne uzgodnienia na spotkaniu krajów Wspólnoty w Strasburgu. Teraz zamierzaliśmy się zastanowić, jak zostaną one przyjęte przez pozostałe państwa uczestniczące w szczycie.

Następnego ranka, po niemożliwych, niestety, do uniknięcia zdjęciach, w Sali Konferencyjnej na drugim piętrze pałacu Akasaka rozpoczęła się wreszcie pierwsza sesja. Wszyscy delegaci zasiedli w porządku alfabetycznym przy długim stole; taki porządek był dla nas zawsze korzystny, gdyż dzięki niemu siedzieliśmy obok Stanów Zjednoczonych. Kolejność, w jakiej przybywali poszczególni przywódcy, odzwierciedlała wymogi dość zaskakującej procedury, albowiem głowy państw przybywały dopiero po szefach rządów, i to w kolejności odpowiadającej liczbie lat sprawowania swego urzędu. Takie rozstrzygnięcie kwestii organizacyjnej najistotniejsze było dla Francuzów. Natomiast najmniejszą wagę przywiązywali do niej Amerykanie: prawdę mówiąc, ani Jimmy Carter, ani też Ronald Reagan w ogóle nie zaprzątali sobie nią głowy. Jako że swe miejsca zajmowaliśmy jako jedni z pierwszych, zawsze zastanawialiśmy się, któż tym razem przybędzie ostatni.

Spotkanie jak zwykle rozpoczęło się od przemówień, które wygłaszali poszczególni szefowie rządów. Podczas pierwszej sesji kanclerz Schmidt przemawiał przede mną, natomiast w drugiej bezpośrednio po mnie. Okazało się, że obydwoje podkreślamy te same punkty – wagę walki z inflacją oraz decydującą rolę mechanizmu cenowego w ograniczaniu zużycia ropy. Moje uwagi w tym względzie zostały dobrze przyjęte – i to nie tylko przez Niemców, jak powiedział nam później hrabia Lambsdorff. Zgadzaliśmy się wtedy z Niemcami jak nigdy dotąd. W swym przemówieniu stwierdziłam, iż wiele z naszych obecnych problemów wynika z podążania drogą wytyczoną przez Keynesa i jego polityki deficytowego finansowania wydatków publicznych, gdy tymczasem, aby pokonać inflację, należało raczej kontrolować podaż pieniądza. Po utrzymanych w podobnym tonie wystąpieniach pana Ohiry i kanclerza Schmidta usłyszeliśmy zdumiewającą mowę prezydenta Giscarda, w której żarliwie bronił lorda Keynesa i zdecydowanie odrzucał filozofię wolnorynkową jako zbyt deflacyjną. Pan Andreotti – wieloletni premier Włoch – popierał francuski punkt widzenia. Był to wymowny przykład na to, jak poważne różnice dzieliły Wspólnotę.

Wystąpienie to odsłoniło też szczegóły osobowości prezydenta Giscarda d’Estaing i premiera Andreottiego. Nie mogę powiedzieć, abym żywiła ciepłe uczucia wobec prezydenta Giscarda d’Estaing. Miałam też nieodparte wrażenie, iż to samo czuł on w stosunku do mnie. Z jednej strony trochę mnie to dziwiło, gdyż nigdy nie potrafiłam oprzeć się francuskiemu urokowi, a prezydent Giscard d’Estaing był mimo wszystko człowiekiem wielkiej prawości. Jednakże niezwykle trudno prowadziło się z nim rozmowę, miał bowiem zwyczaj posługiwania się frazami perfekcyjnie wycyzelowanej prozy, nie znosząc jednocześnie, gdy mu się przerywało. Do tego różniliśmy się jeszcze w naszych poglądach: mimo iż posiadał maniery arystokraty, myślał jak technokrata. Politykę postrzegał jako elitarny sport, w którym obywatele są raczej widzami niż uczestnikami. Można by mu to nawet wybaczyć, gdyby technokraci naprawdę byli chłodnymi, wyrafinowanymi strażnikami stojącymi ponad namiętnościami i interesami nas wszystkich.

Z premierem Andreottim rozumiałam się równie źle, jak z francuskim prezydentem. Ten najwyraźniej niezastąpiony polityk i członek wielu włoskich rządów, reprezentował podejście do polityki, które było mi jeszcze bardziej obce niż filozofia Giscarda d’Estaing. Zdawał się mieć prawdziwą awersję do wszelkich zasad, żywił nawet przekonanie, iż człowiek z zasadami z góry skazany jest na pośmiewisko. Na politykę patrzył podobnie jak osiemnastowieczny generał na wojnę: wiele skomplikowanych i potężnych w swym zasięgu manewrów, niczym z placu defilad, wykonywanych przez armie, które nawet nie rozpoczęły ze sobą walki, a oceniając swe siły, już ogłaszały zwycięstwo, kapitulację czy ugodę, po to, aby zająć się zasadniczą sprawą, czyli dzieleniem łupów. Niewykluczone, że we włoskim systemie rządów bardziej liczy się talent ubijania politycznych interesów niż polityczna uczciwość, choć trzeba przyznać, iż posiadanie tej umiejętności należało do dobrego tonu również w kręgach Wspólnoty. Jednak mnie takie metody napełniały pewnym niesmakiem.

Pomimo całej swej gościnności Japończycy nie poradzili sobie w pełni z przewodniczeniem obradom. W pewnym momencie posiedzenia przez wzgląd na urzędników – tak zwanych Szerpów – zmuszona byłam poprosić o uściślenie, które z dwóch wersji komunikatów końcowych aktualnie omawiamy. Kiedy gościliśmy tego wieczoru na bankiecie wydanym przez cesarza Japonii, Szerpowie rozpoczynali dopiero swą pracę. Około drugiej w nocy, wciąż jeszcze w sukni wieczorowej, zajrzałam do urzędników przygotowujących ostateczne oświadczenie, chcąc zobaczyć, jak posuwa się ich praca. Zastałam ich przy nanoszeniu we wcześniejszej wersji dokumentu poprawek i uzupełnień, będących owocem ostatniej debaty oraz zaznaczaniu miejsc, które będzie trzeba poddać jutrzejszej dyskusji. Miałam nadzieję, że okaże się ona tak profesjonalna jak praca naszych Szerpów.

Nazajutrz raz jeszcze spotkaliśmy się w pałacu Akasaka, aby przeanalizować komunikat końcowy. Zawsze jest to nudny i pracochłonny proces. Wynikło pewne nieporozumienie pomiędzy Amerykanami i Europejczykami co do roku wyjściowego, od którego będą obowiązywały nasze ustalenia odnośnie ograniczenia importu ropy. Najbardziej wymowna jednak była dla mnie dyskusja dotycząca japońskich uzgodnień w tej kwestii. Niemal do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy doradcy pana Ohiry zgodzą się, by podał on jakąś datę, czy też nie. Ponieważ byłam przekonana, że bez względu na to, co ogłosimy, rynek i tak sam zadecyduje o ograniczeniu zużycia ropy, cała ta dyskusja wydawała mi się akademicka. Kiedy Japończycy ogłosili w końcu swoje dane, nikt już nie wiedział, co one właściwie przedstawiają i czy w ogóle odnoszą się do dyskutowanego zmniejszenia importu ropy. Niemniej prezydent Carter ciepło im pogratulował.

Tak więc ogłoszono komunikat końcowy i – jak zwykle – odbyła się konferencja prasowa. Najważniejsza decyzja, jaką podjęto, nie miała jednak wiele wspólnego z kontrolą zużycia ropy. Oświadczono mianowicie, że pomimo skłonności kilku rządów uczestniczących w szczycie nie zamierzamy wpaść w pułapkę, usiłując osiągnąć skoordynowaną reflację popytu. Był to pomyślny znak na przyszłość.

Z Tokio poleciałam do Canberry, gdzie dotarłam następnego ranka. Była to już moja trzecia wizyta w Australii. Miała trwać bardzo krótko. Nadarzała się też sposobność, aby odwiedzić moją córkę Carol, która pracowała tam jako dziennikarka. Jednak głównym celem mojej wizyty było odwiedzenie Malcolma Frasera, premiera Australii. Zrelacjonowałam mu przebieg szczytu w Tokio, następnie zaś dyskutowaliśmy o zbliżającej się Konferencji Brytyjskiej Wspólnoty Narodów w Lusace, na której głównym tematem miała być niewątpliwie sytuacja w Rodezji. Przez najbliższe osiem miesięcy Rodezja pochłaniała gros mojego czasu.

POROZUMIENIE Z RODEZJĄ

Począwszy od ogłoszenia przez lana Smitha w 1965 roku Unilateralnej Deklaracji Niepodległości, Rodezja stała się bolesnym problemem kolejnych brytyjskich rządów i źródłem nieprzerwanych kłopotów. Szczególne trudności sprawiała konserwatystom, których spora część wierzyła, iż sankcje ekonomiczne nałożone na ten nielegalny reżim zamiast efektów przynoszą tylko szkody, dlatego też, gdy jak co roku nadszedł czas ich odnowienia, nalegali na głosowanie przeciw nim. Zarówno konserwatyści, jak i laburzyści od dawna dążyli do osiągnięcia porozumienia z Rodezją na drodze tak zwanych sześciu zasad. Ich głównym celem było określenie warunków przejęcia władzy przez czarną większość przy jednoczesnym utrzymaniu praw białej mniejszości i zapewnieniu prawdziwej demokracji, opartej na prawie, a nie dyskryminacji rasowej. I chociaż liderzy obydwu partii zgadzali się w sprawie obrony tej drogi rozwiązania problemu rodezyjskiego, to, niestety, nie podzielali jej ich zwolennicy.

Wybory w kwietniu 1979 roku diametralnie zmieniły całą sytuację. Na mocy nowej konstytucji, opracowanej w wyniku „wewnętrznego porozumienia” z łanem Smithem, biskup Muzorewa został głową rządu czarnej większości. Głosowało na niego 64 proc. czarnego elektoratu. W wyborach nie uczestniczyły, oczywiście, partie Frontu Patriotycznego – partyzanci Roberta Mugabe i Joshuy Nkomo. Były konserwatywny minister ds. kolonii – wicehrabia Boyd z Merton – który uczestniczył w tych wyborach jako obserwator, w rozmowie ze mną, wówczas jeszcze liderką opozycji, potwierdził, że wybory zostały przeprowadzone zgodnie z prawem. Powszechnie zatem uważano, że wszystkie z sześciu zasad zostały spełnione i oczekiwano, że jak tylko przejmiemy władzę, uznamy nowy rząd.

Zdawałam sobie jednak sprawę, że Rodezyjczycy potrzebują pokoju i równowagi nade wszystko. Lecz cały czas trwała wojna, uparcie prowadzona przez partyzantów, która zmuszała rząd białej mniejszości do ustępstw. Należało ją zakończyć. Aby przywrócić pokój, musieliśmy albo zdobyć międzynarodowe poparcie dla nowego reżimu, albo też doprowadzić do zmian, które takie poparcie by mu zyskały.

Sprawą pierwszorzędnej wagi była zmiana nastawienia państw sąsiadujących z Rodezją. Koniecznie musieliśmy uzyskać ich aprobatę. Wysłaliśmy lorda Harlecha, jeszcze jednego dawnego konserwatywnego ministra i byłego ambasadora w Waszyngtonie, aby przeprowadził rozmowy z prezydentami Zambii, Tanzanii, Botswany, Malawi i Angoli. Odwiedził także Mozambik i Nigerię. Na tym etapie wydarzeń nie chciałam się zgodzić, aby w ogóle rozmawiał z przywódcami Frontu Patriotycznego – panami Mugabe i Nkomo. Okrucieństwo, jakiego dopuszczali się ich partyzanci, napawało każdego bezgranicznym oburzeniem, dlatego też nie zamierzałam prowadzić jakichkolwiek pertraktacji z terrorystami w kraju i za granicą. Jednakże rzeczywistość okazała się daleko bardziej przykra i musiałam się z nią zmierzyć. Według opinii Petera Carringtona zdobycie możliwie jak najszerszego poparcia dla rodezyjskiego reżimu było niezbędne, jako że kraj ten zasadniczo wpływał na sytuację w całej Afryce Południowej. Jak się niebawem okazało, miał absolutną rację.

Wobec tego lord Harlech spotkał się z przywódcami Patriotycznego Frontu, jak również z biskupem Muzorewą i innymi. Jego misja przynajmniej uświadomiła nam, jak wiele przeszkód stoi na drodze do zakończenia wojny. W lipcu Organizacja Jedności Afrykańskiej udzieliła poparcia Patriotycznemu Frontowi jako jedynemu legalnemu i autentycznemu przedstawicielowi narodu Zimbabwe. Nigeria, z którą Wielką Brytanię łączyły poważne więzy ekonomiczne, była niezwykle wrogo usposobiona wobec rządu Muzorewy. Państwa Czarnej Afryki w rządzie biskupa Muzorewy uparcie widziały kontynuację rządów białej mniejszości. Fakt, iż postawa taka szkodziła zmianom, jakie osiągnięto dzięki „wewnętrznemu porozumieniu”, bynajmniej nie wpływał na zmianę ich stosunku wobec Rodezji.

Chociaż nie zamierzaliśmy podążać drogą wspólnej polityki anglo-ame-rykańskiej uprawianej przez laburzystów, która prowadziła donikąd, to jednak postawa Stanów Zjednoczonych była dla nas ogromnie ważna. Prezydent Carter znajdował się pod silną presją polityczną ze strony czarnych Amerykanów i liberałów. Jego administracja musiała wkrótce zadecydować, czy rząd biskupa Muzorewy wypełnił warunki narzucone przez Kongres, gdyż bez tego uznanie go przez Stany Zjednoczone i zniesienie sankcji nie było możliwe. Zachodziło wielkie prawdopodobieństwo, iż nowy rząd Rodezji nie spełniał tych warunków.

Jednakże istniały jeszcze inne rozwiązania. Po pierwsze, prawie każdy uważał, że Wielka Brytania była odpowiedzialna za rozstrzygnięcie tego problemu, i, nawet jeśli rodziło to wiele zarzutów pod naszym adresem, to z drugiej strony dawało nam względnie wolną rękę, pod warunkiem że wiedzieliśmy, jaki zrobić z tego użytek. Po drugie, nie tylko Rodezyjczycy, ale i wszystkie strony konfliktu odczuwały już niezmierne znużenie tą sytuacją.

Dla sąsiednich państw afrykańskich tolerowanie z konieczności u siebie dwóch dobrze wyszkolonych i skutecznych partyzanckich armii stanowiło realne zagrożenie, było kosztowne i przyczyniało się do wzniecania niepokojów. Mówiło się, że siły Nkomo w Zambii przewyższały liczebnie armię zambijską. Wszyscy pragnęli porozumienia, lecz jak je osiągnąć?

Naszą jedyną szansą przełamania tego impasu była nadchodząca Konferencja Brytyjskiej Wspólnoty Narodów w Lusace. Po raz pierwszy spotkanie to odbywało się w Afryce. Zambia sąsiadowała z rodezyjską strefą wojny. Była też ze wszystkich stron otoczona lądem, wskutek czego królowa, która tradycyjnie, jako głowa Wspólnoty Narodów jest obecna w pierwszych dniach spotkania (choć go nie otwiera ani w nim nie uczestniczy), nie mogła skorzystać z królewskiego jachtu „Brytania”. Istniały też znaczne obawy o bezpieczeństwo Jej Królewskiej Mości, o czym czułam się w obowiązku poinformować. Moim zdaniem nie było jednak powodu, dla którego nie powinna kontynuować swojej wizyty, co też przekazałam jej na krótko przed rozpoczęciem afrykańskiej podróży. Tak więc królowa przybyła do Lusaki, gdzie spotkało ją wspaniałe powitanie. W przeciwieństwie do mnie cieszyła się tu wielką popularnością. Utwierdziła mnie w tym napastliwa i pełna pretensji konferencja prasowa, zwołana bez uprzedzenia w poniedziałek, 30 lipca, późnym wieczorem, kiedy ledwie zdążyłam dotrzeć do Lusaki.

Długi lot wykorzystaliśmy na uzgodnienie konkretnych stanowisk. Towarzyszył mi doskonały zespół doradców i, oczywiście, doskonały minister spraw zagranicznych, z którym miałam żywą wymianę zdań, gdy określił naszą misję jako „próbę łagodzenia szkód”. Wyrażenia tego – jak mu powiedziałam – nigdy dotąd nie słyszałam. Zapewniłam, że chcę, abyśmy zrobili znacznie więcej niż tylko to. Wspólnie udało nam się w końcu osiągnąć cel.

Zgodnie z naszą strategią całą odpowiedzialność za doprowadzenie do porozumienia postanowiliśmy wziąć na siebie. Naszym głównym zadaniem w Lusace było przekonanie przywódców krajów Wspólnoty Narodów, aby to zaakceptowali i przyznali, że problem rodezyjski nie leży w gestii Wspólnoty Narodów jako takiej. W celu doprowadzenia do takiego obrotu sprawy musieliśmy wyjaśnić, iż nie cofniemy się przed przejęciem władzy w Rodezji i rozpisaniem nowych wyborów. Uważaliśmy też, że konieczne będzie dokonanie znaczących zmian w obecnej konstytucji Rodezji, jeśli rząd, wybrany w drodze nowych wyborów, miał otrzymać akceptację opinii międzynarodowej Aby dokonać zmian konstytucyjnych, należało powołać coś na kształt konferencji konstytucyjnej, w skład której weszliby przedstawiciele wszystkich stron. Jednak o tym miał zadecydować dopiero przebieg spotkania w Lusace.

Moje przybycie do Zambii zbiegło się z oświadczeniem Nigerii o znacjonalizowaniu udziałów aktywów nigeryjskiego majątku w koncernie naftowym British Petroleum. Nie zważając na ten niezbyt zachęcający początek, dzień poprzedzający rozpoczęcie konferencji spędziłam na nieoficjalnych rozmowach z innymi głowami państw. Frekwencja była bardzo wysoka: w spotkaniu uczestniczyło 27 szefów rządów, a każdy z 39 pełnoprawnych członków Wspólnoty Narodów przysłał swego przedstawiciela. Naszym gospodarzem był prezydent Kenneth Kaunda. Obrady rozpoczęły się od sesji zamkniętej, na której przemówienie inaugurujące, poświęcone aktualnym wydarzeniom międzynarodowym, jedno z najlepszych na całej konferencji, wygłosił premier Singapuru, Lee Kuan Yew. Jednak często najważniejsze ustalenia podejmuje się na tak zwanych obrzeżach, że użyję żargonu dyplomatycznego, większych spotkań. Premier Sri Lanki, na przykład, spytał mnie, czy w ramach pomocy dla krajów zamorskich mógłby liczyć na wsparcie przez Wielką Brytanię budowy gigantycznej tamy Victoria Dam w jego kraju. Swą zgodę potwierdziłam na pocztówce – niewątpliwie jednej z najdroższych, jaką kiedykolwiek napisałam.

Absolutny priorytet miała sytuacja w Rodezji. W wystąpieniu otwierającym środowe obrady zauważyłam, że „z największą uwagą wysłuchamy wszystkiego, co zostanie powiedziane na tym spotkaniu w Lusace”. W piątek, podczas zamkniętej sesji poświęconej Rodezji, mogłam zdradzić więcej szczegółów. Powiedziałam między innymi, że każdy powinien uświadomić sobie, jak wiele się zmieniło w wyniku wyboru biskupa Muzorewy, nawet jeśli „są tacy, którzy wierzą, iż świat powinien po prostu traktować (go), jak gdyby był panem Smithem”. Zwróciłam uwagę, że, aby znaleźć wyjście z tej sytuacji, przeprowadziliśmy rozległe konsultacje międzynarodowe I na ich podstawie – kontynuowałam – doszliśmy do wniosku, iż „konstytucja, która umożliwiła biskupowi Muzorewie dojście do władzy, jest pod pewnymi względami wadliwa”, zwłaszcza w punkcie, dzięki któremu biała mniejszość blokowała wszelkie niepożądane zmiany konstytucyjne. Zauważyliśmy także, iż nasi konsultanci krytycznie ocenili strukturę i zasięg władzy różnych rządowych komisji, i dodałam, iż „niedopuszczalne jest, aby rząd Rodezji nie miał należytej kontroli nad wyborem pewnych newralgicznych stanowisk”. Wszyscy uznali, że Patriotyczny Front powinien powrócić i wziąć czynny udział w życiu politycznym. Generalnie, byliśmy zdumieni, widząc powszechne przekonanie, że każde rozwiązanie powinno zyskać polityczną aprobatę Wielkiej Brytanii jako odpowiedzialnej potęgi kolonialnej.

Dokonałam podsumowania naszych zamierzeń: „Brytyjski rząd całkowicie popiera autentyczne prawo czarnej większości do rządów w Rodezji… Zgadzamy się, że naszym celem powinno być przywrócenie niepodległości, która będzie opierać się na konstytucji porównywalnej z konstytucjami innych legalnie istniejących państw. Jak najszybciej przedstawimy nasze propozycje wszystkim stronom konfliktu, wzywając je jednocześnie do zaprzestania działań wojennych i wejścia na drogę porozumienia”.

Z debatą w kwestii Afryki Południowej zgodzono się wstrzymać do piątku po to, aby bezpośrednio po jej zakończeniu szefowie poszczególnych rządów mogli udać się na weekendowy wypoczynek i przemyśleć tam swoje decyzje w sprawie przyszłości Rodezji. Do mnie należało zdobycie poparcia przywódców najbardziej wpływowych w tym gronie. Utworzyliśmy niewielką grupę, w skład której, oprócz mnie oraz Petera Carringtona, weszli także: (obecnie sir) Sonny Rampall, sekretarz generalny Wspólnoty Narodów Kaunda, prezydent Tanzanii Nyerere, panowie Fraser i Manley – premierzy Australii i Jamajki oraz przedstawiciel Nigerii Adefope. Sir Anthony Duff, również będący w mym zespole, dokonywał wstępnego opracowania głównych punktów porozumienia. Praca szła nadspodziewanie gładko aż do samego końca. Spotkanie zakończyliśmy z powodzeniem wczesnym popołudniem w sobotę. Teraz pozostało już tylko zaprezentować i omówić na poniedziałkowej konferencji prasowej pełną wersję porozumienia. Jednakże w sobotę rano Malcolm Fraser uznał za właściwe poinformowanie o tym prasy australijskiej. Ten krok spowodował przedsięwzięcie pewnych błyskawicznych i niekonwencjonalnych posunięć.

Tego wieczoru wszyscy uczestniczyliśmy w mszy Wspólnoty Narodów w katedrze w Lusace, gdzie mieliśmy przyjemność wysłuchać długiego i polemicznego kazania arcybiskupa. Wiedziałam już, iż prasa znała zasadniczą treść postanowień. Sonny Rampall siedział w ławce obok mnie; miał czytać pierwszą lekcję, ja drugą. Kiedy skończył, pokazałam mu notatkę od Petera Carringtona dotyczącą decyzji Frasera, w której sugerował, że, w porozumieniu z sekretarzem generalnym, powinniśmy teraz poinformować brytyjską prasę o stanie wydarzeń. Gdy czytałam drugą lekcję, na odwrocie mojej kartki z treścią hymnu pan Randall zaproponował zupełnie inne rozwiązanie. Zgodnie z nim wszystkich szefów rządu należało zaprosić na wieczorne barbecue w rezydencji konferencyjnej Malcolma Frasera, gdzie można by zorganizować spotkanie i natychmiast ogłosić komunikat końcowy. Moim zdaniem był to doprawdy doskonały pomysł. Zgodziłam się zadzwonić do Kennetha Kaundy zaraz po zakończeniu mszy, aby uprzedzić go o naszych zamiarach. I w ten sposób doszło do tego spotkania. Po godzinie pojawiły się już niezwykle uszczypliwe komentarze. Nie byłam zadowolona z pośpiechu Malcolma Frasera, ale na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Prawdę powiedziawszy, odczuwaliśmy szczerą ulgę, że udało nam się rozwiązać ten problem w przyjazny sposób i tym samym zakończyć obrady dzień wcześniej.

Do domu wróciłam w środę rano. Byłam naprawdę zadowolona z tego, co osiągnęliśmy. Ogromnie dużo zawdzięczałam Peterowi Carringtonowi i Tony’emu Duffowi. Wielu uważało, iż nie uda nam się powrócić z Lusaki z zadowalającym porozumieniem. Udowodniliśmy, że byli w błędzie. Przy okazji pokazaliśmy też zambijskiej prasie, jak bardzo się myliła: tak silnie uwierzyła we wszystko, co głosiła na mój temat propaganda, że musiał to być dla niej prawdziwy szok, gdy zobaczyła, iż ma do czynienia z żywą istotą, a nie kartonową kukłą, uchodzącą za symbol kolonialnej władzy. Nie miałam złudzeń co do ogromu czekającej nas jeszcze pracy: nigdy nie było łatwo prowadzić Rodezji drogą niepodległości, prawa i równowagi. Jednak po Lusace uwierzyłam, iż jest to możliwe i że dzięki dobrej woli Afrykańczyków, których udało nam się pozyskać, nasze plany się powiodą.

We wrześniu Wielka Brytania zwołała w Londynie konferencję konstytucyjną, w której wzięły udział zainteresowane strony. Wielokrotnie podkreślano, że celem spotkania w Lancaster House nie jest prowadzenie rozmów, lecz osiągnięcie konkretnego porozumienia. Peter Carrington ułożył porządek obrad w taki sposób, aby najtrudniejsze problemy pojawiły się na końcu, nie kolidując w ten sposób z głównym przedmiotem naszych obrad, jakim była nowa konstytucja. Dopiero po niej mieliśmy zająć się ustaleniami tymczasowymi, na koniec zaś zostawiliśmy kwestię zawieszenia broni. Zakładaliśmy, że im dłużej będzie trwała konferencja, tym mniej będzie ewentualnych chętnych do poniesienia odpowiedzialności za jej zerwanie. Nasza rola polegała na przedkładaniu ostatecznych propozycji w każdej fazie rozmów oraz obligowaniu zainteresowanych stron, aby się do nich ustosunkowały, nawet jeśli te propozycje nie spełniały ich oczekiwań. W celu uzyskania zadowalającego kompromisu musieliśmy na tym etapie wywierać bezpośrednie bądź pośrednie naciski na obydwie strony. Peter Carrington z wielką zręcznością przewodniczył konferencji i wziął na siebie obowiązek czuwania nad jej codziennym przebiegiem. Moja rola sprowadzała się do działań na zewnątrz. Przywódcy państw „przyfrontowych” przyjechali do Londynu osobiście lub też przysłali wysokich komisarzy. Prezydent Mozambiku Machel szczególnie pomógł nam wpłynąć na Roberta Mugabe. Wiele też zawdzięczaliśmy innemu silnemu zwolennikowi pana Mugabe – prezydentowi Nyerere – na którego cześć także wydałam obiad. Niepokoił się on, czy uda się połączyć trzy odrębne armie – dwie partyzanckie i jedną rodezyjską – w jedną całość; istotnie zadanie to przypadło potem brytyjskiej armii. Gdyby nie wsparcie prezydentów krajów „przyfrontowych” oraz innych państw Wspólnoty Narodów doprawdy nie zdołalibyśmy przeforsować wielu z propozycji, z którymi wystąpiliśmy wówczas w Lancaster House.

Po zakończeniu konferencji wszyscy trzej rywale, biskup Muzorewa, Robert Mugabe i Joshua Nkomo, odwiedzili mnie na Downing Street. Rozmawialiśmy na górze w moim gabinecie. Widać było, że myślami wybiegają w przyszłość. Miałam też wrażenie, iż każdy z nich oczekiwał, że zwycięży. Być może i dobrze, że tak się stało.

Najbardziej drażliwa kwestia dotyczyła postanowień tymczasowych: było sprawą oczywistą, iż Wielka Brytania, zarówno ze względów prawnych, jak i praktycznych, musiała przejąć władzę w Rodezji, jednak na czas możliwie najkrótszy. 15 listopada przedstawiliśmy projekt, który zakładał mianowanie gubernatora oraz zniesienie sankcji z chwilą jego przybycia do Rodezji. Christopher Soames zgodził się przyjąć to stanowisko. Chociaż było to ryzykowne i wzbudziło wówczas wiele krytyki, zdecydowaliśmy się wysłać go jako gubernatora do Salisbury już 12 grudnia, czyli jeszcze przed akceptacją przez Front Patriotyczny propozycji przerwania ognia. Wiedzieliśmy jednak, że nie wolno nam zwlekać. Co więcej, Christopher był idealnym kandydatem na to stanowisko: nie tylko cieszył się autorytetem jako minister wchodzący w skład Gabinetu i dysponował bogatym doświadczeniem dyplomatycznym, lecz wraz ze swą żoną Mary doskonale sobie radził w takich delikatnych i trudnych sytuacjach. Pod wpływem silnych nacisków ze strony Stanów Zjednoczonych i państw „przyfrontowych” 17 grudnia Front Patriotyczny zgodził się w końcu na zawieszenie broni, a 21 grudnia parafowano porozumienie. W święta Bożego Narodzenia zadzwoniłam do Soamesów, by złożyć im życzenia i dowiedzieć się, jaka sytuacja panuje w Salisbury. Powiedzieli, że wszystko w porządku, choć zdarzyło się kilka drastycznych przypadków naruszenia rozejmu oraz prób zastraszenia ze strony zwolenników pana Mugabe.

Wynik wyborów jest dobrze znany. Ku wielkiemu zdziwieniu partia Roberta Mugabe odniosła przytłaczające zwycięstwo. W ten sposób 18 kwietnia Rodezja, teraz już jako Republika Zimbabwe, zyskała wreszcie niepodległość.

Smucił mnie fakt, że Rodezja-Zimbabwe stała się w rezultacie państwem marksistowskim na kontynencie, gdzie i tak było już zbyt wiele nieudolnych marksistowskich rządów, niepotrafiących wykorzystać potencjału swego kraju. Niestety, rzeczywistość polityczna i militarna wyraźnie sprzyjała przywódcom partyzanckim. Rząd, jaki reprezentował biskup Muzorewa, a którego nie chciał uznać świat, nigdy nie zapewniłby Rodezyjczykom pokoju, a tego potrzebowali najbardziej. Z brytyjskiego punktu widzenia porozumienie to przynosiło olbrzymie korzyści. Dzięki ostatecznemu rozwiązaniu problemu rodezyjskiego pokazaliśmy, że w dalszym ciągu posiadamy konkretny wpływ na rozwój wydarzeń w krajach Wspólnoty Narodów, przede wszystkim w Afryce, takich jak palący problem przyszłości Namibii oraz, bardziej skomplikowany, pokojowej zmiany sytuacji politycznej w Afryce Południowej. Wielka Brytania udowodniła, iż proponując uczciwe rozwiązania i używając skutecznej dyplomacji, potrafi poradzić sobie z najbardziej nierozstrzygalnymi sporami, jakie pozostały po jej kolonialnej przeszłości.

POROZUMIENIE BUDŻETOWE ZE WSPÓLNOTĄ EUROPEJSKĄ

Jeszcze w trakcie konferencji w Lancaster House nieustannie powracałam myślami do dręczącego nas problemu, jak wynegocjować znaczne zmniejszenie brytyjskiego wkładu netto w finansowanie budżetu Wspólnoty Europejskiej. Zapadły już konkretne ustalenia co do wysokości tego wkładu, nie sposób zatem było nie zdawać sobie sprawy ze skali problemu w przyszłości. Także i Komisja Europejska przygotowała w tej sprawie raport, który wskazywał, iż, zgodnie z wcześniej ustalonymi zasadami Wspólnoty możliwe będzie osiągnięcie tu „wyraźnego bilansu” pomiędzy brytyjskimi wydatkami z tego tytułu a wpływami. Były zatem powody do optymizmu, lecz znając rzeczywistość, nie miałam złudzeń, iż bez trudu zdołamy osiągnąć porozumienie. Brytyjscy urzędnicy zasygnalizowali prowadzącym kolejne obrady moje obawy odnośnie proceduralnych przepychanek, jakie miały miejsce ostatnim razem w Strasburgu, i w moim imieniu wyrazili nadzieję, iż tym razem kwestia budżetu zostanie poddana dyskusji wcześniej.

Kraje członkowskie Wspólnoty wiedziały już wtedy, że nie żartujemy 18 października 1979 roku wygłosiłam w Luksemburgu wykład upamiętniający Winstona Churchilla, który, jak zawsze przy takich okazjach, traktuje głównie o sprawach międzynarodowych. Ostrzegałam: „Co do tego muszę mieć absolutną pewność. Wielka Brytania nie może zaakceptować obecnego rozwiązania w sprawie budżetu. Jest ono jawnie niesprawiedliwe i politycznie nieuzasadnione: nie mogę odgrywać wspaniałomyślnej cioci wobec Wspólnoty, podczas gdy mój własny elektorat nakłaniam do wyrzeczeń we wszystkich możliwych sferach – zdrowia, edukacji, opieki socjalnej i innych”.

Korzystaliśmy też z każdej nadarzającej się okazji, by zyskać szersze zrozumienie dla meritum naszej sprawy. Pod koniec października w Bonn odbyłam rozmowy z Helmutem Schmidtem, natomiast 19 i 20 listopada uczestniczyłam w dwudniowym szczycie angielsko-francuskim, który odbywał się w Londynie. Zarówno Niemcy, jak i Francuzi nie mieli więc wątpliwości, że twardo będziemy walczyć o swoje.

W okresie przygotowań do posiedzenia Rady w Dublinie skrupulatnie przeanalizowaliśmy wszelkie dostępne środki, za pomocą których moglibyśmy wywrzeć nacisk na Wspólnotę. Christopher Soames, mający wielkie doświadczenie w zwyczajach i fortelach Europejczyków, przysłał mi notę, z której wynikało, że Wspólnota nigdy jeszcze nie wsławiła się podjęciem niepomyślnej decyzji bez uprzednich długotrwałych sporów. Nie powinnam się zatem zbytnio obawiać, czy dysponuję wystarczającymi atutami, bowiem tak poważny kraj jak Wielka Brytania, gdyby tylko zechciał, mógłby skutecznie rozbić Wspólnotę. Nie zapomniałam o tej radzie. Natychmiast rozważyliśmy cofnięcie brytyjskich wpłat do budżetu Wspólnoty. Trzeba przyznać, iż ze względów politycznych i prawnych tego typu rozwiązanie dawało małe szanse na pomyślne rozstrzygnięcie naszego problemu. Niemniej wierzyłam, że taka ewentualność zaniepokoi Wspólnotę, gdyż również zdawała sobie sprawę z konieczności osiągnięcia porozumienia. Innym naszym atutem była możliwość niewyrażenia zgody na wzrost cen artykułów rolnych, na czym szczególnie zależało rządom Francji i Niemiec, a to z powodu nadchodzących wyborów. Mieliśmy też silniejszą pozycję moralną, gdyż Francja złamała prawo Wspólnoty Europejskiej, utrudniając import brytyjskiej baraniny. Europejski Sąd Sprawiedliwości wydał wyrok dla Francji niekorzystny. Trzeba przyznać jednak, że we Wspólnocie moralność niewiele znaczy.

Posiedzenie Rady Europy w Dublinie pod koniec listopada, której przewodnictwo objęła Irlandia, przebiegało zdecydowanie pod znakiem kwestii budżetowej. Ze względu na niebezpieczeństwo ataków IRA na czas pobytu umieszczono mnie we wspaniałej samotni Zamku Dublińskiego, w przeszłości będącego siedzibą brytyjskich władców. Irlandzka prasa z lubością przypominała fakt, iż korzystałam z tego samego łoża, w którym sypiała królowa Wiktoria w 1897 roku, choć w odróżnieniu od niej posiadałam w pokoju przenośny prysznic. Doprawdy nie mogłam narzekać na brak troski. Gościnność była chyba najjaśniejszym punktem tej wizyty, kontrastując aż nadto wyraźnie z niewiarygodnie wrogą atmosferą spotkań. Spodziewałam się czegoś w tym rodzaju. Do Dublina zabrałam ze sobą mój nowy kostium. Zwykle z radością włożyłabym coś nowego na tak ważną okazję, ale wtedy dobrze się zastanowiłam: nie chciałam bowiem ryzykować, aby kojarzył mi się z niedobrymi wspomnieniami. Nie była to jednak jedyna rozważna decyzja, jaką podjęłam w Dublinie. Inną, o wiele większej wagi, było wyraźne i równie kategoryczne niż w Strasburgu, powiedzenie Wspólnocie „nie”.

Uroczyste otwarcie Rady odbyło się w dość przyjaznej atmosferze w Phoenix Park, oficjalnej rezydencji prezydenta Irlandii, gdzie również gościliśmy na lunchu. Po zakończeniu części oficjalnej wróciliśmy do Zamku Dublińskiego i zabraliśmy się do pracy. W przemówieniu otwierającym posiedzenie jeszcze dokładniej niż w Strasburgu przedstawiłam wszystkie fakty dotyczące naszej sprawy, zaś niektórym z nich poświęciłam więcej uwagi w trakcie ożywionej debaty. Nie mogliśmy doj ść do porozumienia w sprawie konkretnych liczb, gdyż wiązało się to z kolejnym trudnym i skomplikowanym problemem – jak mianowicie skalkulować poszczególnym państwom bilans zysków i strat, będących skutkiem działania Wspólnej Polityki Rolnej. Jakkolwiek byśmy jednak liczyli, nie ulegało wątpliwości, że wkład budżetowy Wielkiej Brytanii był ogromny i, jeśli nie uda się go zmniejszyć, pozostanie największy ze wszystkich krajów Wspólnoty. Nie chodziło nam o to, by czerpać głównie korzyści (choć były i takie opinie w Wielkiej Brytanii); przeciwnie, prosiliśmy jedynie o „zrównoważony bilans”. Było nie do przyjęcia, aby w czasie gdy w kraju sami dokonywaliśmy cięć w wydatkach publicznych, oczekiwać od nas płacenia ponad miliarda funtów rocznie do budżetu Wspólnoty. Zwróciłam uwagę na nasze zaangażowanie w sprawy Wspólnoty i chęć uniknięcia kryzysu oraz zapewniłam, że jeśli problem ten nie zostanie rozwiązany, Wspólnota będzie musiała się z nim liczyć.

Przedłożyliśmy własne propozycje finansowania budżetu. Jednakże komisja sięgnęła po swoje rozwiązania, które na początek byłam gotowa zaakceptować. Po pierwsze, proponowała, aby przenieść główny ciężar wydatków Wspólnoty z rolnictwa na programy strukturalne i inwestycyjne. Problem tkwił w tym, że zajęłoby to zbyt wiele czasu, jeśli w ogóle inicjatywa ta zostałaby zrealizowana. Po drugie, w celu zwiększenia naszych zysków komisja zakładała finansowanie konkretnych brytyjskich przedsięwzięć. Tutaj z kolei trudność leżała po prostu w znalezieniu wystarczającej liczby odpowiednich projektów. W końcu przecież, jeśli chodzi o wkład budżetowy, Mechanizm Finansowy z 1975 roku jak dotąd nie doprowadził do ograniczenia naszych wpłat. Gdyby został on zreformowany zgodnie z założeniami komisji, to, co prawda, pomógłby zmniejszyć brytyjskie obciążenie na rzecz Wspólnoty, lecz wciąż w niewystarczającym stopniu. Nasz wkład w dalszym ciągu wynosiłby tyle samo co Niemiec i o wiele więcej niż Francji. Potrzebowaliśmy daleko bardziej radykalnego rozwiązania.

Zwróciłam wtedy uwagę na jeszcze jedną, dość istotną sprawę. Powiedziałam, iż „ustalenia (muszą) obowiązywać tak długo, jak istnieje problem”. Z końcem obrad rady nabierałam coraz większego przekonania, że nie możemy prowadzić ze sobą tych batalii każdego roku tylko po to, by dochodzić do tego… co zdrowy rozsądek i sprawiedliwość nakazywały od samego początku.

Wkrótce stało się jasne, że nie jestem w stanie sprawić, aby inni szefowie rządów sądzili podobnie. Niektórzy z nich, na przykład premier Holandii. Dies van Agt, wykazywali się rozsądkiem, o większości jednak nie można tego powiedzieć. Miałam przeczucie, że postanowili mnie sprawdzić i zobaczyć, czy będę chciała i umiała się im przeciwstawić. Była to dość bezwstydna praktyka: postanowili zatrzymać tyle naszych pieniędzy, ile się tylko da. Na zakończenie posiedzenia zaoferowano Wielkiej Brytanii refundację tylko 350 milionów, zakładając, że wkład netto wyniesie 650 milionów. Było to zbyt mało i nie miałam zamiaru przyjąć takiej propozycji. Zgodziłam się na zwołanie następnego posiedzenia rady, aby dalej dyskutować nad tą kwestią, jednak po tym, co zobaczyłam i usłyszałam w Dublinie, nie byłam optymistycznie nastawiona. Dla mnie ta sprawa oznaczała więcej niż tylko bezwzględne targowanie się o pieniądze, co było nieuniknione. Nie zamierzałam akceptować postawy, która zakłada, że sprawiedliwość jako taka wyraźnie nie jest brana pod uwagę przy podejmowaniu decyzji. Byłam najzupełniej szczera, mówiąc, że Wielka Brytania nie prosi o więcej, niż się jej należy. Równie prawdziwy był mój gniew, kiedy taka propozycja została przyjęta z cyniczną obojętnością.

Właśnie zastanawiając się nad z gruntu nieangielskim sposobem myślenia, którego dowód dala Wspólnota – i wówczas, i w późniejszym okresie – natrafiłam na następujące wersy z „Norman and Saxon” Kiplinga w starym, podniszczonym zbiorku wierszy mojego ulubionego poety. Normandzki baron, właściciel ogromnych posiadłości, ostrzega swego syna przed naszymi angielskimi przodkami, Anglosasami, tymi słowy: „Ów Sakson różni się od nas – Normanów. Bynajmniej nie słynie z grzeczności. O niczym nie mówi poważnie prócz prawdy i sprawiedliwości. Gdy stoi jak swoi pośród pól, wzrokiem ponurym cię bada i mruczy pod nosem! – Tak się nie godzi. Mój synu nie drażnij Saksona. Taka jest moja rada”.

Na konferencji prasowej po posiedzeniu rady zaciekle broniłam naszego stanowiska. Powiedziałam, że pozostałe państwa nie powinny były oczekiwać, że zgodzę się na przyjęcie ich warunków, postępując według zasady „lepszy rydz niż nic”. Nie zamierzałam też godzić się z charakterystycznymi dla języka Wspólnoty sformułowaniami typu „własne środki”. Nie przepraszając za to, co mówię, nadal twierdziłam, że rozmawiamy o pieniądzach należących do Wielkiej Brytanii, nie do Europy. Oto co wówczas powiedziałam: „Mówię o naszych pieniądzach, niczyich innych: powinna nastąpić refundacja naszego wkładu, tak aby przychody Wielkiej Brytanii zrównać ze średnim poziomem przychodów wewnątrz Wspólnoty”.

Większość szefów rządów była oburzona. Artykuły w irlandzkiej prasie były wręcz jadowite. Jedna z gazet brytyjskich określiła moje wystąpienie na konferencji prasowej jako „brawurowe”, choć artykuły z pierwszych stron były bardziej krytyczne. Najlepszy jednak, moim zdaniem, komentarz pochodził z „Le Figaro”: „Oskarżyć panią Thatcher o to, że chce storpedować Wspólnotę Europejską, ponieważ broni interesów własnego kraju z ogromnym samozaparciem, znaczy wątpić w jej głębsze intencje, podobnie jak wątpiono w intencje de Gaulle’a, gdy chodziło o interes Francji”.

Podobało mi się to porównanie. Wykorzystaliśmy czas między spotkaniem w Dublinie a następnym posiedzeniem Rady Europejskiej, aby promować naszą sprawę, zarówno publicznie, jak i drogą dyplomatyczną. 29 i 30 stycznia odbyłam rozmowy z premierem Włoch, a późniejszym prezydentem Francesco Cossigą. Miałam już do czynienia z panem Cossigą w 1979, kiedy na Sardynii porwano rodzinę Schildów, pochodzącą z mojego okręgu wyborczego. Przekonałam się, że jest bardzo kompetentny i głęboko zainteresowany sprawą. To także człowiek z zasadami, czego dowiódł, rezygnując wcześniej z funkcji ministra spraw wewnętrznych po zamordowaniu lidera Chrześcijańskich Demokratów, Aldo Moro. Włoska polityka i włoscy politycy raczej nie spotykają się z dużym zrozumieniem ani nie znajdują poparcia wśród Brytyjczyków, a faktycznie nawet wśród samych Włochów, ja zaś muszę przyznać, że i mnie nie jest obce uczucie pewnego rozczarowania. Lecz Francesco Cossiga sam był sceptyczny wobec włoskich praktyk politycznych. Można powiedzieć, że był niemal politykiem niezależnym. Podczas negocjacji zawsze grał uczciwie, można było mu zaufać, że dotrzyma danego słowa, tak jak dotrzymał obietnicy w sprawie rozmieszczenia pocisków Cruise we Włoszech. Był przy tym przekonanym anglofilem i wielkim miłośnikiem „rewolucji wspaniałej” roku 1688, uważanej za narodziny prawdziwej polityki liberalnej. Cieszyłam się więc, że to właśnie pan Cossiga miał być gospodarzem następnego posiedzenia Rady Europejskiej.

25 lutego do Londynu przyjechał z kolejną wizytą Helmut Schmidt. Podczas rozmów skoncentrowaliśmy się na kwestii naszego wkładu budżetowego oraz na dążeniu Niemiec, aby funt szterling znalazł się w Mechanizmie Kursu Wymiennego. W przeciwieństwie do zazwyczaj mylnych doniesień prasowych rozmowy te były korzystne dla obu stron i przebiegały w miłej atmosferze. 27 i 28 marca w Londynie odbył się angielsko-niemiecki szczyt. Jeszcze raz starałam się podkreślić, jak ważna jest dla nas kwestia wkładu do budżetu. Wkrótce zaś dowiedziałam się, iż Helmut Schmidt wcześniej już poinformował przedstawicieli pozostałych rządów państw Wspólnoty, że jeśli nie znajdzie się rozwiązanie tego problemu, istnieje niebezpieczeństwo wstrzymania przez Wielką Brytanię wpłat do budżetu. Udało mi się więc wywrzeć pożądany efekt. Posiedzenie rady, zaplanowane na 31 marca i 1 kwietnia, musiało zostać przełożone z powodu kryzysu politycznego we Włoszech (dość częste zjawisko), my jednak nalegaliśmy na zwołanie posiedzenia jeszcze przed końcem kwietnia. W rezultacie miało się ono odbyć w niedzielę i poniedziałek, 27 i 28 kwietnia, w Luksemburgu.

Wskutek postawy, jaką Wspólnota przyjęła w stosunku do tego problemu, opinia publiczna w Wielkiej Brytanii stała się wyraźnie bardziej bezkompromisowa. Pojawiło się zwłaszcza wiele spekulacji na temat ewentualnego wstrzymania wpłat, co bynajmniej mnie nie zmartwiło, choć publicznie starałam się być ostrożna w wypowiedziach. 25 lutego w „Panoramie” powiedziałam, że możemy rozważyć wstrzymanie wpłat, aczkolwiek bardzo niechętnie, bo oznaczałoby to działanie wbrew prawu Wspólnoty. 10 marca wystąpiłam także we francuskiej telewizji, gdzie powiedziałam: „Nie oczekiwałabym, aby Francja wnosiła największy wkład budżetowy, gdyby jej dochody kształtowały się poniżej średniego poziomu dochodów we Wspólnocie (…). Mogę wszystkich zapewnić, że w takiej sytuacji wasi wybitni francuscy politycy pierwsi złożyliby skargę”.

W wywiadzie udzielonym „Die Welt” powiedziałam: „Zrobimy wszystko, co leży w naszej mocy, by nie dopuścić do kryzysu. Trzeba jednak zdać sobie sprawę, że dalej tak być nie może”.

Atmosfera na posiedzeniu w Luksemburgu okazała się dużo przyjemniejsza niż w Dublinie. Byłam wówczas nastawiona optymistycznie. Z rozmowy, przeprowadzonej przeze mnie wcześniej z panem Cossigą, który z kolei porozumiał się z prezydentem Giscardem d’Estaing, wynikało początkowo, że Francja była gotowa ustalić limit naszego wkładu na okres kilku lat, niezależnie od globalnego przyrostu dochodów w budżecie Wspólnoty, przy czym wielkość wkładu budżetowego podlegałaby rewizji pod koniec tego okresu. To byłby pewien krok naprzód. Jednakże przy bliższej obserwacji stało się jasne, że to Francja tak naprawdę chciała przeforsować decyzje w kwestiach najdelikatniejszych politycznie – ceny produktów rolnych w ramach Wspólnej Polityki Rolnej, prawa do połowu ryb i sprzedaży baraniny – zanim zostanie ustalony kształt budżetu. Wreszcie postanowiono, że podczas weekendu odbędą się równolegle spotkania ministrów rolnictwa oraz grupy urzędników pracujących nad budżetem.

W efekcie nie udało nam się już omówić budżetu na pierwszej sesji. W istocie dopiero po kolacji i zwyczajowych przy takich okazjach konwersacjach przy stole uzyskałam zgodę, aby specjalnie wyznaczona grupa podjęła jeszcze tego wieczoru konkretne negocjacje. Sprzeciwiali się temu głównie Francuzi. Propozycje przedstawione przez nich były dużo mniej pomocne niż wcześniejsze sugestie prezydenta Giscarda d’Estaing. Tymczasem ministrowie rolnictwa pozostałych państw Wspólnoty doszli do porozumienia w sprawie pakietu propozycji, według których miano podnieść ceny artykułów rolnych, ponownie zwiększając proporcjonalnie wydatki z budżetu Wspólnoty przeznaczone na rolnictwo (w przeciwieństwie do propozycji wysuwanych w Dublinie) oraz całkowicie ustępując Francji w kwestii handlu baraniną, a było to, z grubsza biorąc wszystko, co Francuzi chcieli osiągnąć. Te wyraźnie dla nas niekorzystne postanowienia miały być ostatecznie zrównoważone przez ofertę, która ustalała limit naszego udziału netto na około 325 milionów funtów, ale tylko na rok 1980. Według kolejnej propozycji nasz wkład do budżetu miał zostać zmniejszony do około 550 milionów funtów także w 1981.

Moją pierwszą reakcją było stwierdzenie, że to nadal za mało. Lecz przede wszystkim nie zamierzałam zawierać porozumienia tylko na dwa lata. Helmut Schmidt, Roy Jenkins (przewodniczący komisji) nalegali, bym się zgodziła, lecz ja nie chciałam za rok stawać przed tym samym problemem i znosić atmosferę, która mu towarzyszyła. Tak więc odrzuciłam tę ofertę. Ponadto wstępny komunikat był dla nas nie do przyjęcia, ponieważ powtarzał starą regułę, że „środki własne Wspólnoty przeznaczone są na finansowanie jej działań; nie są one wkładem wniesionym przez państwa członkowskie”. Nie nawiązywał on także do zapewnień, których nam udzielono, w momencie gdy przystąpiliśmy do Wspólnoty, a mianowicie, że zostaną podjęte odpowiednie kroki jeśli tylko zaistnieje sytuacja nie do zaakceptowania”.

Najczęstszą reakcją na decyzję podjętą przeze mnie w Luksemburgu było niedowierzanie; w niektórych kręgach ostatnią rzeczą, jakiej spodziewano się po brytyjskim premierze, była tak bezwstydnie jawna obrona interesów Wielkiej Brytanii. Zauważyłam jednak, że była wyraźna różnica między reakcją niektórych gazet – zdecydowanie wrogą – a pełną poparcia reakcją ze strony Izby Gmin i całego kraju.

W rzeczywistości byliśmy bliżsi porozumienia, niż powszechnie sądzono. Uczyniliśmy ogromny postęp w sprawie zgody na znaczne obniżenie naszego wkładu do budżetu. Zadanie, które było jeszcze przed nami, to uzyskanie gwarancji, że redukcja ta będzie obowiązywać przez pierwsze dwa lata, oraz że Wspólnota bierze na siebie rzetelne zobowiązanie utrzymania jej w mocy również w roku następnym. Mieliśmy w ręku kilka silnych atutów, za pomocą których mogliśmy wywierać nacisk, aby ten cel osiągnąć. Francji coraz bardziej zależało, by zabezpieczyć swe interesy w Radzie ds. Rolnictwa. Mówiło się nawet o możliwości nieuwzględnienia brytyjskiego weta poprzez unieważnienie tak zwanego kompromisu luksemburskiego z 1966, do którego doszło, aby zadowolić de Gaulle’a (było to raczej porozumienie niż formalna umowa posiadająca moc prawną, umożliwiająca każdemu z państw zablokowanie decyzji podjętej większością głosów, jeśli zagrażała ona interesom narodowym danego państwa). Taka właśnie sytuacja miała miejsce podczas posiedzenia Rady ds. Rolnictwa w maju 1982 roku, w czasie trwania wojny o Falklandy. Jednakże w owej sytuacji byłoby to niebezpieczne posunięcie, zwłaszcza że Francja, jak się okazało, naruszyła prawo Wspólnoty w kwestii importu baraniny. Także Niemcy z radością przyjęłyby wyższe ceny produktów rolnych. Najważniejsze jednak było to, że, jak sądziliśmy, Wspólnota prawdopodobnie osiągnie limit środków pieniężnych w 1982 roku. Fakt, że wciąż uparcie trwoniła fundusze, powoli odbijał się na budżecie, zaś większy dopływ środków był możliwy tylko za zgodą Wielkiej Brytanii. Tak więc, w ostatecznym rozrachunku, negocjowaliśmy z silnej pozycji.

Wkrótce stało się jasne, że posiedzenie luksemburskie, po ostrych starciach, które miały miejsce w Dublinie, odniosło spodziewany efekt. Mimo że mówiono, iż propozycja luksemburska została teraz „wycofana”, wyraźne było powszechne dążenie, by rozstrzygnąć kwestię budżetu, zanim w czerwcu odbędzie się w Wenecji następne posiedzenie Rady Europy w pełnym składzie. Wydawało się, że najprostszym sposobem, by do tego doprowadzić, jest spotkanie ministrów spraw zagranicznych wszystkich państw członkowskich.

Peter Carrington, otrzymawszy ode mnie pełnomocnictwo, w czwartek 29 maja poleciał wraz z Ianem Gilmourem do Brukseli. Po osiemnastogodzinnym posiedzeniu wrócili z propozycją porozumienia, ich zdaniem, możliwą do przyjęcia. Przyjechali do Chequers w porze lunchu, w piątek, aby natychmiast zdać mi relację ze spotkania.

Moja pierwsza reakcja była daleka od przychylnej. Projekt ten przewidywał, że nasz wkład do budżetu na rok 1980 będzie wyższy, niż projektowano w Luksemburgu. Z danych, które pokazał mi Peter, wynikało, że według nowego pakietu będziemy płacić mniej w 1981 roku, choć do pewnego stopnia był to efekt zręcznego żonglowania cyframi, odzwierciedlający różne założenia dotyczące rozmiarów budżetu na ten rok. Mimo to jednak propozycja brukselska miała jedną potężną zaletę: dawała rozwiązanie mające obowiązywać przez trzy lata. Obiecano nam, że około półrocza 1981 roku problem budżetu znów zostanie poddany rewizji, jeśli zaś do tego nie dojdzie (a tak właśnie się stało), komisja złoży odpowiednie propozycje zgodne ze strategią przyjętą na lata 1980-81, a wówczas Rada wprowadzi je w życie.

Inne elementy pakietu brukselskiego dotyczące rolnictwa, rybołówstwa oraz cen baraniny były mniej lub bardziej możliwe do przyjęcia. Musieliśmy zaakceptować pięcioprocentowy wzrost cen produktów rolnych. Zasadniczo, porozumienie to oznaczało zwrot dwóch trzecich naszego wkładu netto, a tym samym stanowiło olbrzymi postęp w porównaniu z sytuacją, którą ten rząd odziedziczył po swych poprzednikach. Dlatego też zdecydowałam się przyjąć tę propozycję.

KRYZYS NA ŚRODKOWYM WSCHODZIE

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.