Moja Irlandia - Paulina Maćkowska - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 370 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Moja Irlandia - Paulina Maćkowska

 

Trzydziestoletnia Maria przylatuje do Irlandii Północnej do pracującego tam narzeczonego. Kobieta zachwycona jest pięknem zielonej wyspy. Na pozór nic jej nie brakuje – ma piękny dom, kochającego mężczyznę u boku, mnóstwo czasu wolnego… czemu więc po kilku upojnych miesiącach czuje się tak źle? Czego jej brakuje? Czy na obcej ziemi odnajdzie siebie?

 

Moja Irlandia” to książka dla wszystkich kobiet, która pokazuje, jak czasem jeden niewielki krok może wszystko zmienić. Warto marzyć i szukać siebie, ponieważ tylko wtedy odnajdziemy szczęście i spełnienie.

 

 

Paulina Maćkowska (ur.29.08.1975r.) z wykształcenia jest psychologiem. Pracuje z osobami chorymi psychicznie. Prywatnie mama ośmioletniej Oliwii i czteroletniej Wiktorii. W trakcie urlopu wychowawczego przez kilka lat mieszkała z rodziną w Irlandii Północnej. Właśnie wtedy napisała Moją Irlandię. Interesuje ją wszystko, co ludzkie, kruche, piękne, ale i momentami brzydkie, mizerne. W zgiełku, pędzie współczesnego świata stara się odnaleźć siebie, poczuć, co jest dla niej najważniejsze. Zawsze podąża za marzeniami. Bo jej zdaniem tylko tak warto żyć.

 

Opinie o ebooku Moja Irlandia - Paulina Maćkowska

Fragment ebooka Moja Irlandia - Paulina Maćkowska




Strona redakcyjna


CZĘŚĆ I

Wszędzie czuła się nie na miejscu. Całe życie uciekała lub, jak kto woli, goniła za czymś. Nagle w jednej chwili zdała sobie sprawę, że jej działania nie miały sensu. To nie sytuacje ją męczyły, to nie od ludzi starała się uciec, ale od siebie. Problemy pojawiały się zawsze mimo realizacji kolejnych celów, bo brała ze sobą swojego największego wroga – samą siebie.

„No tak – pomyślała – to świetnie, teraz już wiem, dlaczego nie czuję się dobrze, ale co dalej?”.

W jakimś głupim piśmie przeczytała poradę „mądrej” pani psycholog: „Należy pokochać siebie”. Wspaniale, tylko jak to zrobić? Maria odgarnęła włosy i spojrzała przez okno. Poczuła, że znów ucieka. Tym razem miejscem docelowym stała się Irlandia. Wróg na pokładzie. Czy teraz zdoła wygrać?

1

Maria miała już dość tej koszmarnej podróży. Czuła się zmęczona i kompletnie roztrzęsiona. Pierwszy raz leciała samolotem, i w dodatku całkiem sama. Rano nie mogła zjeść śniadania, w samolocie również zamówiła ­wyłącznie kawę. Wydawało się jej, że dzień ciągnie się w nieskończoność, a było tylko trochę po drugiej.

Wróciła myślami do dzisiejszego ranka. Jak na złość wszystko układało się nie po jej myśli. Najpierw całą noc przewracała się z boku na bok, by potem zasnąć nad ranem. Jak można się domyślić, nie usłyszała budzika. Na szczęście zadzwoniła siostra Michała, że już do niej jedzie, by odebrać klucze do ich kawalerki. Maria była kompletnie nieprzytomna. Przespanie czasu zaplanowanej pobudki całkowicie wytrąciło ją z równowagi. Potem było już tylko gorzej. Z obłędem w oczach biegała po pustym mieszkaniu. Nie mogła skoncentrować się na niczym konkretnym. Zaczynała się ubierać, by po chwili w panice dopakować walizkę. W końcu po około pół godzinie była mniej więcej gotowa. Wystarczyło jedynie uwolnić się z objęć Ani i wsiąść do taksówki. Okazało się, że to jeszcze nie koniec kłopotów. Liczyła, że dojedzie na lotnisko bez większych problemów w około trzydzieści minut. Tymczasem już kilka przecznic za domem zauważyła gigantyczny korek. Maria była załamana, taksówkarz jeszcze dobił ją uwagą, że w godzinach szczytu powinna wyjść co najmniej godzinę wcześniej, jak chciała zdążyć na czas. Na szczęście mimo kąśliwych uwag okazało się, że świetnie znał swoje miasto. Jechał jakimiś małymi, osiedlowymi uliczkami i tylko co jakiś czas przecinał zatłoczone ulice. Dzięki temu na lotnisko przyjechała w samą porę.

Teraz siedziała w samolocie i zaczynała się nudzić. Nie chciało się jej czytać, z nerwów nie mogła jeść. „Byle do końca podróży” – pomyślała sobie. Lot trwał już około dwóch godzin, więc jeszcze tylko trzydzieści minut i wreszcie niepokojąca ją podróż się skończy. Zostanie jeszcze odprawa, odbiór bagażu, a potem rozpocznie nowe życie. Myśląc o czekającej ją wizycie na belfaskim ­lotnisku, poczuła skurcz w żołądku. Jak sobie poradzi? Czy będzie wiedziała, co mówią do niej pracownicy lotniska? Czy się w tym wszystkim nie pogubi? Czuła narastającą panikę. Przypomniała sobie radę koleżanki: „Idź za innymi z twojego samolotu i będzie dobrze”. Po prostu tak zrobi, przecież nie ona jedna słabo zna język. Inni sobie radzą, więc czemu nie ona. Czuła, że zaczyna panikować. „Tylko spokojnie – pouczała siebie. – To nie jest sytuacja bez wyjścia, poradzisz sobie, a teraz po prostu przestań o tym myśleć”.

Poprawiła się w fotelu. Miała dość siedzenia prawie bez ruchu. Gdy się denerwowała, wolała działać, coś robić, a tu musiała grzecznie siedzieć. Jeszcze raz poprawiła włosy i przypomniała sobie, że nie zdążyła zrobić makijażu. Po chwili znalazła w torbie podkład, tusz i błyszczyk. Szybko wykonała delikatny makijaż, podkreślając rzęsy i wyrównując koloryt skóry. Na koniec pociągnęła usta błyszczykiem i spojrzała w lusterko. Mimo prawie nieprzespanej nocy wyglądała dobrze. Jej długie, proste, jasne włosy okalały szczupłą twarz. Zielone oczy z ciekawością wpatrywały się w lusterko. Jej blada, prawie przezroczysta skóra ślicznie kontrastowała z czerwonymi, błyszczącymi ustami. Mimo swoich trzydziestu lat wyglądała dużo młodziej, co zawsze napawało ją dumą. Po chwili odłożyła wszystko do torby i zaczęła kolejny już raz przyglądać się pasażerom. Znudzone twarze, dowcipnisie, mądralińscy. Przed sobą zobaczyła kobietę z dwójką dzieci. Starszy chłopczyk wyglądał na około siedem lat. Siedział obok matki i coś malował. Kobieta trzymała na kolanach mocno już znudzoną podróżą roczną dziewczynkę. Ta wierciła się i robiła wszystko, by wyrwać się z objęć matki. Kobieta próbowała zająć ją zabawką, ale bezskutecznie. Widać było, że jest już zmęczona i coraz bardziej irytuje ją zachowanie dzieci. Maria miała przez chwilę ochotę uśmiechnąć się do małej i zagadać, ale w porę zrezygnowała. O, co to, to nie! Wie, jak by się skończyło. Dzieci zawsze ją uwielbiały, zupełnie nie wiedzieć czemu. Wystarczyło, że tylko zwróciła na nie uwagę i już nie mogła się od nich uwolnić. Czasem było to miłe, ale przeważnie strasznie męczące. Nie, teraz przy całej nerwowej sytuacji nie potrzebuje zajmowania się dziećmi. Pomyślała, że pewnie lecą odwiedzić tatusia. Ciekawe, czy ta mała w ogóle go pamięta. To smutne, jak ludzie czasem muszą sobie komplikować życie, aby przetrwać.

Przeniosła wzrok w głąb samolotu. Jakiś biznesmen z laptopem, gruchająca parka, kilka śpiących lub czytających osób, kobieta w zaawansowanej ciąży. Czyż to nie śmieszne, że ona, Maria, ma trzydzieści lat i po raz pierwszy leci samolotem, a tu proszę, taki mały człowieczek, jeszcze sam na własne oczy nie zobaczył świata i już mknie w przestworzach. Jak świat się zmienia!

Poprawiła się w fotelu, odłożyła książkę do torby. Miała już dość czytania, kawa dawno się skończyła, a obserwacja pasażerów zaczęła ją męczyć. Może powinna iść do toalety. Nie, za dużo zamieszania, wytrzyma. W końcu podano komunikat, aby zapiąć pasy. Nareszcie zaczęła się procedura przygotowawcza do lądowania. Maria sięgnęła po gumę, zapięła pasy, już była gotowa. Zdała sobie sprawę, że trzęsą się jej ręce. Bała się odprawy, odbioru bagażu, życia w nieznanym miejscu, wszystkiego. Czy dobrze zrobiła, przylatując tutaj do Michała? Wiedziała, że to tylko na rok, ale czy ten okres nie przekreśli jej kariery naukowej? A co jeśli on będzie chciał zostać dłużej? Miała takie ambitne plany, zostać po obronie na uczelni i robić doktorat, a jednocześnie zatrudnić się i zdobywać doświadczenie jako psycholog w szpitalu psychiatrycznym. Kiedy marzenia już po trochu się urzeczywistniały, Michał dostał świetną ofertę pracy. Wszystko byłoby super, wyższe stanowisko, możliwość rozwoju, świetna pensja, gdyby nie jedno – miejsce pracy. Belfast. Obydwoje ­wiedzieli, że albo pojadą razem, albo wcale, a Michałowi strasznie zależało na tej ofercie. Chciał się sprawdzić. Miał nadzieję, że doświadczenie zdobyte w Irlandii po powrocie do Polski zaprocentuje lepszymi perspektywami. Maria zgodziła się odłożyć wszystkie swoje sprawy i dołączyć do niego po obronie. Pocieszała się w głębi duszy, że to zaledwie rok. Poza tym zawsze chciała zobaczyć tę tajemniczą wyspę, czyli krainę dzikiej roślinności, skalnych klifów, siedzibę druidów i leśnych wróżek. Sam Belfast też ją ciekawił, ale ze zgoła innych, nie tak romantycznych powodów. Jeszcze nie tak dawno, bo do 2007 roku, było to miasto prawie nieodwiedzane przez turystów. Czytała o nim jedynie w kilku książkach kryminalnych dotyczących IRA. Czasem słyszała jakieś wzmianki o zamieszkach na ulicach Belfastu w programach informacyjnych. Nigdy nie przyszłoby jej do głowy, że będzie siedzieć w samolocie lecącym do tego miasta i już za kilka dni zacznie chodzić ulicami i znajdzie się w miejscach, o których czytała. Samolotem nieznacznie zatrzęsło, wyjrzała przez okienko. Już było widać ląd, a więc to prawda. Po kilku minutach wylądowali na lotnisku w Belfaście.

Odprawa przebiegała nadspodziewanie sprawnie i już po dwudziestu minutach, pchając wózek, weszła do poczekalni. Czekało tu mnóstwo ludzi. Jedni coś krzyczeli, nawoływali bliskich, inni śmiali się i całowali. Kilka osób z obojętnymi minami trzymało tabliczki. A gdzie Michał? Rozejrzała się jeszcze raz po sali. W końcu go zobaczyła. Stał oparty o ścianę i uśmiechał się tym swoim uśmiechem, który kiedyś od razu pokochała. Był ubrany w czarne dość obcisłe spodnie (takie, jakie najbardziej lubiła) i bluzkę z czarnego płótna. Miał krótko przystrzyżone, ciemne włosy. Nic się nie zmienił. To jej Michał. Nie widzieli się trzy miesiące. Gdy wyjechał, przez pierwsze dni wszystko, nawet najprostsze rzeczy, wydawały się jej niezmiernie trudne. Nigdzie nie mogła znaleźć sobie miejsca, spała w jego piżamie, po jego stronie łóżka. Piła z jego kubka. Jednak z upływem czasu przyzwyczaiła się do pustego mieszkania, całkowitej wolności i decyzyjności. Nawet zaniepokoiło ją, że tak mało tęskniła. Czyżby tak naprawdę go nie kochała? Wszystko wydawało się tak skomplikowane. Czy jemu brakowało jej? Czy jeszcze ją kocha i chce z nią być? Przed jego wyjazdem nie układało się im najlepiej. Jak to będzie? Pchnęła energicznie wózek w jego stronę. Nie wiedziała, jak nagle znalazła się w jego ramionach zasypywana tysiącami pocałunków. Czuła jedynie ciepło jego ust i zapach zmysłowej wody kolońskiej. Poczuła, że jej podróż dobiegła końca, wątpliwości odeszły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Czuła, że jest we właściwym miejscu.

Wyszli z sali przylotów na zewnątrz. Mimo że było wczesne popołudnie, Marii wydało się, że zbliża się wieczór. Niebo zasłaniały chmury, więc świat tonął w mroku. Musiało niedawno padać, bo chodniki były jeszcze mokre. Odetchnęła głęboko. Powietrze przepełnione było zapachem wiosennego deszczu, tak świeże i rozkoszne, że wydawało się to niemożliwe w mieście. Wyczuwała w nim jeszcze coś, a mianowicie zapach koszonej trawy i ujmującą woń, której pochodzenia nie umiała określić. Może to wróżki lub irlandzkie skrzaty rozsiewają takie zapachy, by godnie przyjąć gości na swojej pięknej wyspie.

Wolnym krokiem doszli do parkingu. Nie rozmawiali. Było im dobrze, nie potrzebowali słów. A może po prostu nie wiedzieli, co powiedzieć? Jak w kilku słowach oddać to, co odczuwali? Jak opisać kłębiące się w ich głowach wątpliwości, nadzieje, tęsknoty? Obserwowała, jak Michał z łatwością pchał przed sobą wózek z bagażem, z którym ona jeszcze kilka minut temu strasznie się siłowała. Następnie zajął się umieszczaniem walizki w bagażniku, gdy tymczasem Maria oglądała ich nowe autko. Michał wcześniej dużo jej o nim opowiadał. Boże błogosław ­Internet! Maria nie lubiła komputerów, długo pisała swoje prace na maszynie. W końcu musiała dać za wygraną i kupiła swój pierwszy komputer. Używała go jednak tylko wtedy, gdy musiała, czyli głównie do pisania prac lub znalezienia jakichś ważnych informacji na zajęcia. Dopiero gdy Michał wyjechał, komputer okazał się najtańszym i najwygodniejszym sposobem komunikacji. Całymi nocami przesiadywali, szepcąc sobie czułe słówka, opowiadając, jak im minął dzień, co udało się załatwić. W rozmowach omijali tematy, które mogłyby ich poróżnić. Nie mó­­wili o rzeczach trudnych, naprawdę ważnych, jakby ­czuli, że na odległość nie będą umieli ich rozwiązać. Jakby bali się, że ich związek stał się zbyt kruchy, aby na razie wystawiać go na próbę. Maria opowiadała mu o zbliżającej się obronie, zakupach i przygotowaniach do przylotu. Michał mówił o kupnie samochodu i wynajętym dla nich domu z widokiem na plażę. Zapewniał, że auto zrobi na niej oszałamiające wrażenie. Było dość drogie jak na tutejsze warunki, ale na pewno warte swojej ceny.

Na razie, stojąc na parkingu przy lotnisku, Maria oglądała mały, zgrabny samochodzik. Po chwili Michał dołączył do niej, raz jeszcze opowiadając, jak udało się go kupić. Samochód spodobał się jej. Wcześniej nigdy nie słyszała o marce Daihatsu. Michał zapewniał, że w Irlandii jest ona bardzo popularna i na pewno nie będą mieli problemu z częściami. Autko miało kolor dojrzałych wiśni, było niezbyt duże, ale pojemne. Od razu je polubiła. Ku jej zaskoczeniu kierownica znajdowała się po prawej stronie. Po krótkiej chwili przypomniała sobie, że przecież w Irlandii Północnej, tak jak w Anglii, obowiązuje ruch lewostronny. Jak dobrze, że to nie ona musi prowadzić.

Maria usadowiła się wygodnie i zapięła pasy. Uśmiechnęła się do Michała i prawie natychmiast ruszyli. Najpierw jechali autostradą. Po obu stronach drogi rozciągały się pola i gdzieniegdzie stały pojedyncze domy. W oddali widać było skąpane w chmurach góry. Po pewnym czasie wjechali do Belfastu i ruszyli w stronę Holywood – miejscowości, w której mieli zamieszkać. Droga okazała się niezwykle malownicza. Wszędzie kwitły magnolie i drzewka owocowe. Trawa była tak soczyście zielona jak w Polsce na początku lata. Wszędzie były klomby pełne żonkili, tulipanów i hiacyntów. Gdzieniegdzie widać było jeszcze krokusy. Mijali wiele pięknych domów otoczonych kolorowymi od kwiatów ogrodami. Po około kwadransie jazdy skręcili w lewo i samochód zatrzymał się przy parkanie ostatniego z szeregu domów. Byli na miejscu. Maria wysiadła, rozglądając się ciekawie dookoła.

Dom wyglądał przepięknie; dokładnie tak, jak opisywał go Michał. Był to jednopiętrowy budynek z dużymi oknami. Miał bielone ściany, a okiennice, drzwi oraz niektóre elementy budynku były wykończone ciemnym drewnem. Sprawiało to przytulne wrażenie. Maria od razu pokochała to miejsce. Kiedy Michał otwierał bramę i parkował samochód, poszła zobaczyć, co znajdowało się na końcu drogi. Jej oczom ukazała się piaszczysta plaża, zmieniająca się z prawej strony w skalną skarpę. Przed nią rozciągała się spokojna tafla zatoki. Maria odetchnęła głęboko morskim powietrzem przepełnionym zapachem soli i wodorostów. Mewy pokrzykiwały, wiał dość mocny, zimny wiatr. Było przepięknie. Stała jak zaczarowana. Nie słyszała nadchodzącego Michała. Nagle poczuła jego ciepłe ręce na swojej talii. Przytulił się do jej pleców i szepnął do ucha:

– Chodź do domu, z okna też jest piękny widok, a ty cała się trzęsiesz z zimna.

Miał rację. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że szczęka zębami. Jej sukienka i śliczny szal nie były odpowiednim strojem na tę pogodę. Zawrócili w kierunku domu. Przed bramą na posesję odwróciła się do chłopaka, wspięła na palce i pocałowała go w czoło:

– Dziękuję ci, dziękuję za wszystko.

Było coś mistycznego w tej chwili, chciała ją zatrzymać na wieki. „Dla takich momentów warto żyć” – pomyślała i przekroczyła furtkę. Przez chwilę kusiło ją, by obejrzeć od razu ogród, ale szybko zrezygnowała z tej myśli. Idąc szybkim krokiem, weszli do domu. Było jej naprawdę zimno, więc ogród musi poczekać do jutra. Zaczęła się rozbierać, gdy tymczasem Michał przyniósł jej swój gruby sweter. Założyła go z wdzięcznością. Porządnie zmarzła, była zła na siebie. Dlaczego nie wzięła ciepłych rzeczy? Założyła, że w Irlandii będzie taka sama pogoda jak w Polsce i nie przyszło jej nawet do głowy, by na wszelki wypadek wziąć sweter. A trzeba przyznać, że w tym roku wiosna w kraju była wyjątkowo piękna, pogodna i ciepła. „Och, jak tu zimno, mokro i pochmurno” – pomyślała naburmuszona. Po chwili przestała ją zajmować pogoda i z ciekawością zaczęła się rozglądać po ich nowym lokum.

Dom w środku wyglądał równie pięknie i okazale jak z zewnątrz. Maria pomyślała, że może jest trochę za elegancki i nowoczesny. Gdy podzieliła się tym spostrzeżeniem z Michałem, ten trochę się naburmuszył, co ją tylko rozbawiło. Ze śmiechem stwierdziła, że jakoś się do tego przyzwyczai. Z przestronnego holu przeszli bezpośrednio do living roomu. Maria od razu zwróciła uwagę na ścianę naprzeciwko wejścia. Właściwie było to wielkie okno. Rozciągał się z niego przepiękny widok na morze i plażę. Pod nim, na wysokości około pięćdziesięciu centymetrów nad podłogą, znajdował się drewniany stelaż. Podobnie jak okno, zajmował całą długość ściany. Leżało na nim mnóstwo kolorowych poduch. Maria stwierdziła, że będzie to wspaniałe miejsce do odpoczynku. Wyobraziła sobie, jak siedzi tu z parującą filiżanką kawy i patrzy na morze. Po prostu raj.

W głębi pokoju stał niski szklany stoliczek do kawy, a obok niego skórzana, kremowa sofa i dwa fotele do kompletu. Na przeciwległej ścianie znajdował się ­oprawiony w ramę z jasnego drewna, najprawdziwszy kominek. Nie mogła uwierzyć w swoje szczęście.

– Michaś, widzisz? O Boże, w ogóle się nie spodziewałam. Dom jest piękny! Spełniło się moje marzenie! – krzycząc, skakała i klaskała w ręce jak mała dziewczynka, która dostała upragnioną lalkę.

Michał trochę zdezorientowany patrzył na nią pytającymi oczami. Nie rozumiał, o co jej chodzi, aż w końcu dotarło do niego, o czym mówi. Uśmiechnął się zadowolony.

– Wiedziałem, że będziesz zachwycona. Nie mówiłem ci wcześniej, bo chciałem ci zrobić niespodziankę.

– I udało ci się, jaka jestem szczęśliwa! Najprawdziwszy kominek, z ogniem i tańczącymi iskierkami. Michał, ja zawsze o czymś takim marzyłam. Proszę, rozpal w nim natychmiast, dobrze?

Spojrzała na niego błagalnie. Ten wiedząc, że nie ma wyjścia, zaczął szykować drewno i podpałkę. Udając, że jest niezadowolony, rzucił przez ramię:

– Jeśli już mam to zrobić, to ty w tym czasie obejrzyj resztę domu.

Tak naprawdę był zachwycony, że udało mu się sprawić jej przyjemność. Choć byli parą od pięciu lat i prawie tyle samo mieszkali razem, Maria ciągle go zaskakiwała. Nigdy nie umiał zgadnąć, co może sprawić jej ogromną radość, a co doprowadzić do rozpaczy. Jak dla niego jej nastroje zmieniały się za szybko i miały zbyt duże natężenie. Jak się cieszyła, to aż promieniała, a gdy coś ją martwiło, cała pogrążała się w rozpaczy. Kochał w niej tę nieprzewidywalność, była taka ludzka i słodka. Teraz z zadowoleniem patrzył na jej rozpromienioną twarz. Wyglądała ślicznie i delikatnie.

Z entuzjazmem przypatrywała się każdej wykonywanej przez niego czynności. Wszystko ją ciekawiło: jak ułożył drewno, jakiej podpałki użył i tak dalej. Michał cierpliwie jej wszystko tłumaczył. Gdy w końcu ogień się rozpalił, odwrócił się do niej i z naganą w głosie stwierdził:

– Była umowa czy nie?

Zmarszczył groźnie brwi.

– Ja rozpalam, a ty oglądasz mieszkanie – powiedział zdenerwowany. – Od razu się odśwież i siadamy do jedzenia. Umieram z głodu.

Maria pochyliła się nad nim i pocałowała w czoło. Uwielbiał to. Poczuł słodki zapach jej perfum i aksamit ukochanych ust.

– Ja też jestem śmiertelnie głodna, już idę, tatuśku – odpowiedziała i śmiejąc się, wróciła do oglądania domu.

Living room łączył się z nowocześnie urządzonym aneksem kuchennym. Była tam ogromna lodówka z zamrażarką, zmywarka i – co ją zdziwiło – pralka. Michał wytłumaczył, że tak jest w większości domów w Irlandii Północnej. Pralka stoi w kuchni lub w specjalnym osobnym pomieszczeniu gospodarczym. W domu znajdowały się jeszcze trzy sypialnie i pokój do pracy, w którym stał komputer oraz regały z książkami. Gdy już zajrzała do wszystkich pomieszczeń, postanowiła wziąć gorącą kąpiel. W tym czasie Michał miał podgrzać przygotowaną wcześniej kolację.

Łazienka była przestronnym, jasnym pomieszczeniem z dużym, nieprzezroczystym oknem. Tak jak cały dom była pomalowana na biało i beżowo. Maria podeszła do wanny i odkręciła wodę. Przez dłuższą chwilę leciała tylko zimna, by po chwili zmienić się w ukrop. Dużo później Maria dowiedziała się, że i tak mieli wiele szczęścia, gdyż dom, który wynajęli, był stosunkowo nowy. Mieli przynajmniej jeden kran. W wielu starszych domach w łazienkach były zamontowane oddzielne krany: na ciepłą i na zimną wodę. Nawet w umywalkach. Istny koszmar. Jedyną metodą, by się nie poparzyć lub nie myć rąk w lodowatej wodzie było nalanie wody do zlewu.

Teraz jednak stała w swojej łazience i ze zniecierpliwieniem starała się wyregulować temperaturę wody. Zajęło jej to sporo czasu. Kiedy w końcu się udało, z zaintere­sowaniem rozejrzała się po pomieszczeniu. Cała łazienka oprócz sufitu pokryta była białymi, matowymi kaflami. Nad wanną znajdowała się półka z jasnego drewna. Na niej Michał poukładał płyny do kąpieli, szampony i żele. W trzech szklanych słojach z fantazyjnymi zamknięciami znajdowała się sól do kąpieli, kulki z olejkami w środku i kolorowe płatki mydlane. Maria uśmiechnęła się na ten widok. Wiedziała, że Michał nie lubił długich kąpieli – preferował prysznic. Te akcesoria kupił specjalnie dla niej. Przez chwilę stała niezdecydowana. W końcu wybrała śliczną, czerwoną kulkę. Przez chwilę patrzyła, jak ta wirowała w wannie poruszana strumieniem wody. Następnie przeniosła wzrok na przeciwległą ścianę. Stała tam dwukomorowa umywalka umieszczona w szafce wykonanej – tak jak wszystko tutaj – z jasnego drewna. Obok niej znajdowała się duża szafa. Maria uchyliła jedne z drzwiczek i zobaczyła przed sobą rzędy równiutko ułożonych ręczników w kolorach bieli, beżu i ciemnego brązu. Poniżej na półce leżały piżamy Michała. Tu też było zostawione puste miejsce na jej bieliznę. Całości wystroju dopełniało ogromne lustro w cienkiej, drewnianej oprawie. Zajmowało prawie całą ścianę. Maria zobaczyła swoje odbicie i przyjaźnie uśmiechnęła się do niego. Dziewczyna w lustrze wyglądała na zmęczoną, ale szczęśliwą. Czy tak jest naprawdę, czy udaje? Jeszcze wczoraj nie chciała tu przyjechać, myślała, czy nie zrezygnować, a teraz? Poczuła, że wszystko się zmieniło. Nie wiedziała, jak będzie później, lecz w tym momencie była szczęśliwa i nie chciała tego popsuć. „Powinnaś cieszyć się chwilą, nie martw się o jutro” – przekonywała samą siebie.

Raz jeszcze uśmiechnęła się promiennie. Następnie ustawiła swoje nieliczne kosmetyki i powoli ­zaczęła zdejmować ubranie, które umieściła w wiklinowym koszu na brudną bieliznę. Czuła, że już najwyższy czas na kąpiel. Zamoczyła ostrożnie nogę. Poczuła rozchodzące się milutkie ciepło. Woda była nieco za gorąca, ale wiedziała, że już za chwilę jej ciało przyzwyczai się do niej. Uwielbiała gorące kąpiele, czuła się wtedy taka bezpieczna. Zanurzyła się cała. Po aromatycznej kulce nie zostało ani śladu. Jedynie na powierzchni wody unosiły się tłuste oczka olejku. To cudownie, nie będzie musiała używać balsamu. Podniosła rękę do nosa i powąchała ją. Skóra pachniała leciutko różami. Leżała przez jakiś czas w wodzie, rozkoszując się kąpielą, gdy poczuła, że burczy jej w brzuchu. No tak, przecież dzisiaj prawie nic nie jadła. Głód wygnał ją z wanny, wytarła ciało puchatym, miłym ręcznikiem i zarzuciła na ramiona kremowy, gruby szlafrok, sięgający jej do kostek. Michał kupił go wcześniej i zostawił na wieszaku w łazience. Razem z nim w komplecie były jeszcze skarpeto-kapcie o tej samej barwie, które teraz wsunęła na stopy. Wyglądała w nich śmiesznie, ale były bardzo ciepłe. Maria jeszcze raz popatrzyła na siebie w lustrze, zaczęła robić śmieszne minki: „No i jak, staruszko, może w końcu będzie ci cieplutko?”.

Była okropnym zmarzluchem, a dom mimo włączonego ogrzewania okazał się dość chłodny. Z relacji Michała wynikało, że panował w nim nieprzyjemny chłód, szczególnie ciągnęło od podłóg. Wypuściła wodę z wanny i powiesiła ręcznik, aby wysechł. Była gotowa do uczty. Gdy tylko przekroczyła drzwi łazienki, poczuła smakowite zapachy czosnku i ziół. Idąc za zapachem, weszła do living roomu. Słysząc jej kroki, Michał odwrócił się z uśmiechem, po czym znowu zajął się mieszaniem w garnku drewnianą łyżką. Maria wiedziała, że lubił dla nich gotować i był naprawdę świetnym kucharzem. Na samą myśl o przepysznej kolacji ślina napłynęła do jej ust.

– Długo jeszcze? – spytała zniecierpliwiona.

Michał uśmiechnął się do siebie, a może do parującej, apetycznie pachnącej potrawy i aksamitnym głosem odpowiedział:

– Jeszcze chwileczkę, aleś ty niecierpliwa, kochanie. Może w tym czasie wybierzesz jakąś muzyczkę?

Stwierdziła, że to świetny pomysł. Podeszła do półki i zaczęła przeglądać kompakty. Były tu zgromadzone wszystkie płyty Michała i jej, jakie do tej pory ­kupili. Z zadowoleniem stwierdziła, że jest to spora kolekcja. Wybrała jedną z płyt Vollenweidera. Uwielbiała ją za zmysłowość i tajemniczość. Idealnie pasowała do tej zaczarowanej wyspy, wieczornej plaży, piasku i klifów. Wyjrzała przez okno. Było już ciemno, wiatr szalał, a po plaży spacerował ktoś z psem.

Michał postawił parujący garnek na stole.

– No, kochana, wcinamy.

Maria podeszła do dużego, prostokątnego stołu, który jakby odgradzał kuchnię od salonu. Był wykonany z jasnego drewna, tak jak cztery krzesła i pozostałe meble w domu. Wcześniej Michał przykrył go białym obrusem. Na nim ułożone były dwie czarne serwety, na których stały białe talerze i leżały sztućce. Obok postawił kieliszki na wino cięte z grubego szkła. Takie lubiła najbardziej. Gdzieniegdzie ustawione były małe świeczniki, rzucające tajemnicze cienie. Maria przysunęła krzesło bliżej stołu i z niecierpliwością czekała, aż Michał nałoży jej porcję przepięknie pachnącego makaronu ze szpinakiem i serem blue stilton. Makaron rozpływał się w ustach i mile rozgrzewał. Ser nadawał całości ostrzejszy smak, dało się wyczuć aromat ziół i niebieskiej pleśni. Maria jadła go po raz pierwszy i musiała przyznać, że był wyborny. Posiłek popijali pysznym, białym winem, którego wcześniej nie znała. Zgodnie stwierdzili, że należy zapamiętać markę i nazwę, bo jest wyborne. Przez pewien czas jedli w milczeniu. Gdy zaspokoili pierwszy głód, Maria ­poczuła, że jej ciało zaczyna płonąć namiętnością. Mięś­nie się napięły, a jej kobiecość zwilgotniała. Pod wpływem tego nagłego przypływu namiętności wstała i podeszła do Michała. Ten, widząc jej płonące oczy i uniesienie, nic nie mówiąc, odstawił talerz na bok i przytulił ją mocno do siebie. Zaczęli się namiętnie całować, spragnieni swoich ust i dotyku dłoni. Maria odsunęła się od jego rozpalonego ciała. Usiadła okrakiem, obejmując go udami. Szlafrok częściowo zsunął się z jej ramion, odsłaniając łono i nogi. Uśmiechając się zalotnie, zaczęła muskać jego włosy. W tym samym czasie jej ręce pracowały przy zamku spodni. Następnie szybkimi ruchami pozbyła się jego koszuli, odkrywając przepięknie wyrzeźbiony tors. Przez chwilę w skupieniu patrzyła na jego ciało. Był naprawdę piękny i tylko jej. Ręka wodziła po jego szyi, ramionach, schodząc coraz niżej. Michał poddał się jej całkowicie, był podniecony równie mocno jak ona. Co chwila do jej uszu dochodziło rozkoszne mruczenie. Poczuła, że jej szlafrok całkiem spadł z ramion, a Michał gładzi jej sterczące piersi. To rozpaliło ich ostatecznie. Maria zsunęła się ze stołu i ustami delikatnie muskała jego męskość, próbowała go językiem. Z coraz większą pasją, z coraz większym pożądaniem ich taniec miłości trwał. W końcu zsunęła się na jego kolana. Poczuła się wypełniona po brzegi, czuła błogie ciepło i wzrastające napięcie. Zaczęła energicznie się poruszać, taniec miłości był gwałtowny, jakby chcieli nasycić się sobą w jednej chwili, połączyć natychmiast. Kiedy Maria była bliska spełnienia, na moment zwolniła. Zaczęli powoli muskać się ustami, aby za chwilę z jeszcze większą pasją szczytować. Było jej tak dobrze, że nadal siedziała na Michale przytulona do jego spoconej i jeszcze szybko poruszającej się piersi. On czule przytulił ją i pocałował włosy. Pokój wypełniała muzyka Vollenweidera. Mimo płonącego w kominku ognia poczuła nagły chłód. Delikatnie zsunęła się z jego kolan i narzuciła na ramiona szlafrok. Michał dolał im wina i zaczął z niej żartować. Czuli się bardzo szczęśliwi. Przenieśli się bliżej kominka. Drewno prawie się już wypaliło, więc Michał dołożył kilka polan. Najpierw języki ognia delikatnie okalały drewno, by za chwilę rozpalić się z całą mocą. Maria wpatrywała się w ten taniec ognia z zachwytem. Czuła się tak bezpieczna jak chyba nigdy przedtem. Jeszcze długo w nocy siedzieli, rozmawiając o przeszłości, teraźniejszości i czekającej ich przyszłości. Maria zdała sobie sprawę, że od dawna nie pamiętała takich szczerych rozmów, może na początku ich związku. Niestety, od dawna ograniczali się do powierzchownych stwierdzeń i szybkiego seksu. Tak naprawdę nie wiedziała, co Michał myśli, jakie ma zdanie na wiele tematów, które wykraczały poza bieżące sprawy. Pomyślała, że teraz to się zmieni. Wierzyła, że otrzymali od losu jeszcze jedną szansę. Oby tylko jej nie zmarnowali. „Panie Boże, pomóż” – mówiła do siebie w myślach.

W końcu postanowili pójść spać. Zostawili na stole resztki jedzenia i brudne naczynia. Zgodnie stwierdzili, że sprzątanie będzie musiało poczekać do jutra. W sypialni mimo ogarniającego zmęczenia przywarli do siebie. Kochali się ponownie, ale z mniejszą pasją, powoli, delektując się swoimi ciałami. Potem Maria zasnęła wtulona w jego ramię.

2

Na wyspie przebywała około tygodnia. Obudziła się o świcie. Nie miała pojęcia, która jest godzina, ale nie chciało się jej tego sprawdzić. Przez chwilę leżała spokojnie. Następnie przekręciła się na drugi bok, przytulając się do pleców Michała. Panował półmrok. Opatuliła się szczelnie kołdrą, gdyż w pokoju było dość ­chłodno. Mimo że zbliżał się już koniec kwietnia i ogrzewali dom, wciąż czuła zimno. Generalnie od przyjazdu nigdy nie było jej ciepło – może jedynie w trakcie kąpieli. Po ­chwili Maria zaczęła się zastanawiać, ile właściwie dni już tu jest. Pięć, sześć, a może więcej? Zupełnie straciła rachubę czasu. I nic dziwnego. Na jej twarzy pojawił się wstydliwy uśmiech, przecież wszystkie dni były podobne jeden do drugiego...

Przez kilka pierwszych dni pobytu w Irlandii nie wychodzili z domu. Jedyną wyprawą była wycieczka do ogrodu, gdyż Maria koniecznie chciała go obejrzeć. Nie chcąc tracić czasu na ubieranie się, zarzucili na gołe ciała szlafroki, a ona w korytarzu złapała jeszcze swoją wełnianą chustę. Na dworze szalał wiatr. Nie było zbyt pogodnie. Za to ogród wyglądał wspaniale. Rosło w nim kilka drzew owocowych, które pięknie kwitły o tej porze roku. Gdzieniegdzie żółciły się żonkile. Resztę ogrodu pokrywała trawa. Poza tym krótkim spacerem całe dni spędzali w łóżku. Okres ten był mieszaniną seksu, rozmów, wspólnych kąpieli i posiłków robionych naprędce, aby jak najszybciej wrócić do łóżka. Maria czuła, jak na nowo rozkwita, była szczęśliwa. Nie sądziła, że jeszcze mogą się tak zatracić i nie móc nasycić sobą. Cieszyło ją to, ale równocześnie bała się, że bańka pryśnie i niespodziewanie obudzi się z przepięknego snu. Przed wyjazdem Michała nie układało się im najlepiej. Coraz mniej rozmawiali, a jeśli już, to tylko na temat pracy, jej studiów czy zajęć w świetlicy terapeutycznej. Zastana­wiali się, na co starczy pieniędzy i ile trzeba będzie odłożyć na następny miesiąc. Ciągle mieli do siebie jakieś pretensje. Awantury wybuchały o każdą błahostkę. A potem następowała cisza, która była jeszcze gorsza. Nie cierpiała tego, wolała, by krzyczał, zwymyślał ją, lecz on pozostawał obojętny. To raniło ją jeszcze mocniej, zabierało godność. Czuła, że jest nikim, skoro tak ważna w jej życiu osoba nie zwraca na nią uwagi. Czuła, że gaśnie. Wiele razy myślała o odejściu, ale ciągle brakowało jej odwagi. Wciąż się łudziła, że coś się zmieni. Przecież nadal kochała Michała. Gdy dostał propozycję pracy w Irlandii, wstąpiła w nią nadzieja. Pomyślała, że będą mieli czas na zastanowienie się nad wspólnym życiem. Wiedziała, że jeśli tego nie zrobią, to wcześniej czy później się rozstaną. Czuła widmo śmierci ich związku.

Po podjęciu decyzji przez kilka następnych miesięcy życie przyśpieszyło. Wszystko kręciło się wokół wyjazdu. Nie było czasu na kłótnie, częściej się kochali, mając świadomość niedalekiej rozłąki. Stali się bardziej ­czuli i wyrozumiali na wzajemne słabości. Załatwiali ważne sprawy, ustalali plany na przyszłość. Zdecydowali, że Maria zostanie w Polsce do obrony pracy magisterskiej, a potem dołączy do niego. Do czasu jej przylotu Michał miał mieszkać w mieszkaniu wynajętym dla niego przez firmę i w tym czasie szukać czegoś dla nich obojga. Natomiast ona przez ten okres miała pozostać w kawalerce, którą Michał dostał od rodziców. Było to małe mieszkanko, ale jak dla nich wystarczające. Urządzili je wspólnie, wkładając w nie mnóstwo pracy i serca. Maria uwielbiała to miejsce. To był jej mały azyl, wyspa szczęśliwości, do której chętnie wracała, aby nabrać sił. Ustalili, że po wyjeździe Marii zamieszka tam siostra Michała, która właśnie dostała się na resocjalizację i przyjechała do Warszawy. Obecnie mieszkała z koleżanką, więc ucieszyła ją perspektywa swojego gniazdka. Wszystko zostało mniej więcej ustalone i zanim się obejrzeli, już odprowadzała ukochanego na lotnisko. Pierwsze dni po rozstaniu były dla niej koszmarem. Tak bardzo brakowało jej obecności Michała, nawet głupich rozmów, dotyku dłoni. Poczuła się samotna, opuszczona, pusta. Zdała sobie sprawę, że jest jak dziecko, które nie wie, co ma robić. Wszystko, każda nawet najprostsza decyzja, ­zależało od niej i to ją przerażało. Ta sytuacja uświadomiła jej, jak bardzo w codziennych sprawach polegała na Michale. Bez niego czuła się wykastrowana, niepełna. Zdała sobie sprawę, że przez cały czas trwania ich związku był jej życiową podporą i to stwierdzenie ją przeraziło. Zawsze myślała o sobie jak o dojrzałej, młodej, inteligentnej osobie, a tu odkryła, że to nieprawda. Któregoś dnia, stojąc przed lustrem, zobaczyła siebie taką, jaką była naprawdę. Nie wszystko jej się spodobało, ale o dziwo, ogólna ocena była pozytywna. Poczuła, że musi zwalczyć swoje słabości, nauczyć się niezależności. Stanęła wyprostowana i głęboko nabrała powietrza w płuca. Szykowała się do walki. W ich dotychczasowym życiu Michał zajmował się wszystkimi sprawami w banku, prowadził i sprawdzał konta, planował wszelkie wydatki, opłacał rachunki. Teraz musiała wszystkiego nauczyć się sama. To, co najpierw napawało ją strachem, zaczęło po pewnym czasie przynosić radość i zadowolenie. Tak wiele potrafiła teraz zrobić. Nie tylko sama prowadziła konto, ale umiała zmienić żarówkę, założyć rolety, wbić gwóźdź. Zaczęła wychodzić z koleżankami do pubów i na zakupy. Poczuła, że gdzieś odnajduje cząstkę siebie, która była schowana w pudełku z napisem: „Ty sobie nie poradzisz, ja zrobię to lepiej”. Poczuła się panią świata i nagle zdała sobie sprawę, że czas jej wylotu zbliżał się ogromnymi krokami. Rozważała nawet możliwość odwołania wszystkiego. Tęskniła za Michałem, ale chciała jeszcze się nacieszyć odkrytą nową sobą. Ostatecznie nie zrobiła tego. Michał wynajął już dom, kupił samochód. Jego siostra liczyła dni, kiedy będzie mogła się wprowadzić do ich kawalerki. Maria obroniła się celująco, została magistrem psychologii klinicznej i od dwóch tygodni nie pracowała już w świetlicy terapeutycznej. Wszystko było gotowe – jak więc się wycofać? Wszystko układało się zgodnie z planem, choć czasem zastanawiała się, kto go opracował. Czy ona sama naprawdę chciała tego wyjazdu? Wiedziała jedno, a mianowicie, że da im szansę. Jeśli jednak im się nie uda, wówczas na pewno odejdzie.

Teraz, gdy myślała o tych dylematach wtulona w Michała, wydawały się jej tak odległe, jak gdyby dotyczyły kogoś innego. Jak w ogóle mogła myśleć, by zrezygnować z przylotu? Ktoś tam na górze dał im jeszcze jedną szansę. Czuła się teraz wspaniale. Kochała i czuła, że ją też ktoś kocha. Co jednak się stanie, gdy Michał wróci do pracy, a ona całe dni będzie spędzać samotnie? Poruszyła się zniecierpliwiona. „Nie myśl o tym” – ofuknęła siebie. Po co martwić się na zapas? Na razie mieli przed sobą jeszcze ponad dwa tygodnie urlopu. Po co więc myśleć o tym, co będzie potem? Maria czuła, że chce być tu i teraz, że pragnie chłonąć każdą chwilę. Przewróciła się na drugi bok. Która może być godzina? Jak długo nie śpi, rozpamiętując przeszłość? Może powinna spróbować jeszcze zasnąć? Lekko wsparła się na łokciu i ponad śpiącym Michałem zerknęła na stolik przy łóżku. Zegar wskazywał czwartą rano. O Boże, nie pamięta, by kiedyś obudziła się o tak wczesnej porze. Czyżby się starzała? To niesamowite – tak wcześnie, chyba powinna jeszcze trochę pospać. Wtuliła się ponownie w plecy Michała. Ten spał w najlepsze, co jakiś czas pochrapując.

Maria zaczęła wsłuchiwać się w odgłosy za oknem. Świat budził się do życia. Wstawał nowy dzień, a wraz z nim ptaki. Jak pięknie śpiewały! Było ich tak wiele i tak różnych, że Marii zdawało się, jakby wszystkie ptaki żyjące na wyspie przyleciały pod jej okno, aby zaśpiewać poranny koncert. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie przeżyła. Mieszkała w zanieczyszczonej Warszawie, ale nawet z wakacji czy z częstych pobytów na działce za Warszawą nie miała takich wspomnień. Tu wszystko było jakby zwielokrotnione. Leżała cichutko oczarowana tą chwilą. Czuła jakby brała udział w jakimś misterium. Słuchała w skupieniu, aż, nie wiedząc kiedy, pogrążyła się we śnie. Śnił się jej ogród, w którym spotkała ślicznego, wielobarwnego ptaka. Odwrócił główkę w jej stronę i przyglądał się jej małymi, brązowymi oczkami. Nagle zerwał się z gałęzi i zaczął lecieć prosto na nią, krzycząc. Nie mogła rozpoznać słów, ptak był coraz bliżej i bliżej. Zaraz roztrzaska jej głowę. Poczuła oblepiający ją strach.

– Maria, kochanie, Maria, obudź się, to tylko sen. Co się dzieje? Kochanie, już wszystko dobrze – zaczął dochodzić do niej niewyraźny głos Michała. Z każdą chwilą słyszała go coraz lepiej. A więc to był tylko sen? To był tylko koszmarny sen? Czuła, że cała lepi się od potu. Po jej twarzy spływały ostatnie łzy. Otworzyła oczy i ujrzała przed sobą zatroskaną twarz Michała. Nie wiedząc, co jeszcze mógłby zrobić, wyciągnął rękę i pogłaskał ją po głowie.

– To tylko ci się śniło. No, już dobrze. To tylko zły sen.

Spojrzał jej w oczy i jeszcze raz spokojnie powiedział:

– To tylko sen, słyszysz?

Kiwnęła głową, że tak, choć cały czas drżała na całym ciele. Czuła jakieś wewnętrzne zimno i ogarniający ją śliskimi łapskami lęk przed czymś nieokreślonym.

– Co ci się śniło?

Słowa Michała były dla niej łącznikiem z realnym światem, ratunkiem, by skupić się na rozmowie.

– Kolorowy ptak.

– Kolorowy ptak? – pytał, nie rozumiejąc. – I tak cię to ruszyło?

Poczuła, że lęk powoli łagodził uścisk, już nie dusił jej aż do utraty tchu. Nie wiedziała jednak, dlaczego sen aż tak ją przeraził. Nie umiała tego zrozumieć sama, a tym bardziej wytłumaczyć tego Michałowi.

– Bo patrzył na mnie tak jakoś dziwnie, a potem zaczął lecieć na mnie, jakby chciał roztrzaskać mnie na kawałki. Proszę, nie rozmawiajmy już o tym.

Maria uśmiechnęła się słabo, choć nadal była zdenerwowana. Sen był głupi, ale niezwykle realny. Dodatkowo świadomość, że została przyłapana na słabości, pogarszała jej samopoczucie. Za wszelką cenę chciała przestać myśleć o swoim koszmarze.

– Co będziemy dziś robić, zostajemy w łóżku? – spytała niby od niechcenia, starając się nadać swojemu głosowi nutkę beztroski. Michał uśmiechnął się i położył na plecach. Cieszyło go, że niebezpieczeństwo zostało tak szybko zażegnane. Nigdy nie wiedział, co ma zrobić, jak się zachować w takich sytuacjach. Kochał Marię, ale była tak inna od niego. Często nie rozumiał jej i nie umiał z nią postępować.

– Seks przez cały dzień? Nie mam nic przeciwko temu. – Uśmiechnął się figlarnie. – Ale pomyślałem, że może jednak chciałabyś zobaczyć coś więcej niż mnie. Mój urlop niedługo się skończy, potem będę miał mniej czasu. No i chyba nie ma już nic w lodówce.

– Czyli zaczyna się szara rzeczywistość – odpowiedziała ze śmiechem, wtulając się w jego rozgrzane ciało. – No dobrze, niech i tak będzie, ale najpierw muszę naładować akumulatory.

Gdy to mówiła, jej ręce przesuwały się delikatnie po jego ciele. Usta zaczęły szukać ust. Kochali się spokojnie, jeszcze jakby w półśnie. Następnie Michał wziął ją w ramiona:

– Wracając do naszej rozmowy, którą tak brutalnie przerwałaś...

– Och, przepraszam, ty mój męczenniku – zaśmiała się Maria i pocałowała go w szyję.

– Raczej nie miałem na myśli powrotu do szarej rzeczy­wistości. Proponuję zrobić jakieś zakupy, byśmy nie padli z głodu. Po drodze możemy wstąpić do Ikei, chciałaś coś tam kupić, obok jest kwiaciarnia. Na mieście zjemy obiad i oczywiście potem wrócimy do łóżka. Co ty na to?

– Świetny plan – ucieszyła się Maria. Nie mogła się już doczekać prac w ogrodzie. Brakowało jej również wiklinowych koszyczków do łazienki.

Po pewnym czasie wstali i wzięli prysznic. Kiedy Mi­­chał się ubierał, Maria wklepała w twarz krem i zrobiła lekki makijaż. Na co dzień używała jedynie podkładu, tuszu i błyszczyka. Czasem malowała oczy cieniami. Dziś jej się nie chciało. Przeczesała włosy szczotką. Były już bardzo długie, sięgały jej do talii. Lubiła je, były zawsze tak puszyste i miłe w dotyku. Następnie jeszcze w szlafroku poszła do garderoby przy sypialni, aby wybrać coś do ubrania. Przez jakiś czas stała przed szafą, nie mogąc się na nic zdecydować. Chciała wyglądać ładnie, ale przede wszystkim miało być jej ciepło i wygodnie. W końcu zdecydowała się na szarą sukienkę z grubo tkanego lnu. Pod nią włożyła czarną bawełnianą bluzkę z długim rękawem. Obydwie miały dekolt w łódeczkę, który odsłaniał jej piękną, szczupłą szyję. Maria wybrała delikatny naszyjnik i kolczyki ze srebra. Postanowiła narzucić na ramiona stalowoszary szal, który świetnie komponował się z całym strojem. Miał ją ochronić przed chłodnym, zimnym wiatrem. Następnie dołączyła do Michała, który zaczął przygotowywać śniadanie.

– Co dziś jemy?

– Niewielki wybór. Zostało kilka jajek i czerstwa bułka. Zrobię jajecznicę – odpowiedział, uśmiechając się do niej. Patrzył ukradkiem na tę drobną kobietę. Wydawała mu się krucha, delikatna i piękna. Czasem aż się bał, że jeśli mocniej ją złapie, ona zniknie. Maria, nie zdając sobie sprawy z wrażenia, jakie wywołała, przez chwilę bawiła się szalem, po czym zdecydowała:

– To ja zaparzę kawę, pijesz?

– Tak, proszę.

Otworzyła szafkę, a następnie wyjęła puszkę z kawą. Odmierzyła odpowiednią ilość i wsypała do ekspresu. Dolała wody i już za chwilę po kuchni rozszedł się wspaniały aromat. Zawsze uwielbiała zapach kawy. Już jako dziecko wdychała go namiętnie, nie mogąc się doczekać, kiedy dorośnie i rodzice po raz pierwszy dadzą jej spróbować tego napoju bogów. Z rozbawieniem przypomniała sobie, że kiedy w końcu doczekała się tej chwili, napój nie zrobił na niej wrażenia. Była mocno rozczarowana. Przez długie lata ograniczała się tylko do wąchania kawy, aż kiedyś na jakimś spotkaniu znów się jej napiła i wtedy zakochała się w tym cudzie natury bez pamięci. Od tego momentu nie wyobrażała sobie dnia bez kochanej kawy z mlekiem.

Po chwili czarny napój parował w dzbanku, jajecznica była gotowa. Maria wlała do dzbanuszka mleko i za­­częli jeść. Smakowało jej wszystko, nawet czerstwa bułka. Była bardzo głodna. Jedząc, co jakiś czas wyglądała przez okno. Zapowiadała się piękna pogoda, słońce oświetlało plażę i morze. Mewy spokojnie unosiły się nad wodą, co jakiś czas pokrzykując do siebie radośnie. Plaża była pusta. Poza ptasimi nawoływaniami wszędzie panował spokój i cisza. Tafla wody była prawie płaska, co znaczyło, że wiał jedynie słaby wietrzyk. Przyroda jakby odpoczywała po kilku dniach zawiei i ulewnych deszczy.

Miała ogromną ochotę przespacerować się brzegiem, ale wiedziała, że mają inne plany. Posprzątali szybko po śniadaniu, Maria wstawiła naczynia do zmywarki. Następnie w korytarzu włożyła czarne buty do kostek, które wykonano na wzór glanów, tyle że z delikatnej skórki. Była gotowa. Kiedy już chciała wyjść, Michał ją zatrzymał.

– Ubierz kurtkę przeciwdeszczową.

– Po co? Jest pięknie! Nawet nie wieje za mocno – zdziwiła się Maria.

Zirytowało ją, że Michał traktuje ją jak dziecko. Sama wiedziała, jak się ubrać! Nikt, nawet on, nie będzie jej pouczał. Michał brnął jednak dalej.

– Wiem, że jest słonecznie, ale, kotku, to nic tutaj nie znaczy. Mieszkamy w Irlandii, za chwilę pogoda może się zmienić i zacznie padać. Musisz się do tego przyzwyczaić i zawsze nosić ze sobą kurtkę przeciwdeszczową lub parasol.

Maria była wściekła, miała dość jego mądrzenia się. Złapała kurtkę i ostentacyjnie wepchnęła ją na samo dno torby.

– Zadowolony?

– A i owszem, kochanie, zobaczysz, jeszcze mi podziękujesz – odparł niezrażony.

– Na pewno nie – mruknęła pod nosem.

Wyszli na zewnątrz. Oślepiło ich wiosenne słońce. Maria sięgnęła do torby po okulary przeciwsłoneczne.

– To gdzie jedziemy? Do Belfastu?

– Tak, ale nie do samego centrum. Najpierw zahaczymy o B & Q, a potem pojedziemy do Ikei. Co ty na to?

– OK, mnie tam wszystko jedno – odpowiedziała nadal naburmuszona.

Jednak gdy tylko ruszyli, zapomniała, że jest niezadowolona i obrażona. Piękne krajobrazy za oknem pochłonęły ją całkowicie. W oddali widać było szczyty gór we mgle. Przez nią przebijały się promienie słońca, rzucając refleksy świetlne na okolicę. Poniżej zieleniły się drzewa, kwitły krzewy, a rabatki były pełne wiosennych kwiatków. Po około dwudziestu minutach doje­chali do B & Q. Tam kupili donice, ziemię i kwiaty. Maria chciała ustawić je przed domem. W ogrodzie poza kilkoma owocowymi drzewkami rosła tylko trawa. Wiedziała, że wynajmują dom, więc nie może kopać ani zanadto zmieniać wyglądu ogrodu, dlatego wpadła na pomysł z donicami. Gdy będą opuszczać dom, zabiorą je ze sobą i po kłopocie. A do tego czasu będzie mogła cieszyć się kwiatami. Zawsze marzyła, że kiedyś będzie miała ogródek, w którym posadzi przepiękne rośliny. Będzie mogła je pielić i cieszyć się ich pięknem. Następnie znalazła gumowe rękawice, szpachelkę i inne narzędzia przydatne do pracy w ogrodzie. Michał od razu chciał jechać do Ikei, ale Maria uparła się, że kwiatom może zaszkodzić długie czekanie w samochodzie i wymusiła na nim powrót do domu. Po przeniesieniu zakupów pod drzewo tak, aby rośliny były w cieniu, ruszyli w dalszą drogę.

W Ikei kupili wiklinowe koszyki do łazienki oraz śliczne szklane wazony. Były proste, wykonane z grubego szkła i zachwyciły Marię. Do nich dobrała dziesięć małych świeczników w tym samym stylu. Na miejscu zjedli obiad. Michał zamówił kotleciki mielone z frytkami. Maria zdecydowała się również na frytki, lecz do nich wzięła smażoną rybę, o nazwie duck [1]. Do tego zamówiła talerz sałatek dla obojga. Jednak do samego końca nie była pewna, czy na pewno zamówiła rybę. Michał wprawdzie upierał się, że tak, ale dlaczego nazywała się kaczka? Okazało się, że miał rację, a ryba smakowała wyśmienicie. Po obiedzie napili się kawy i ruszyli w dalszą drogę. Wstąpili do Mace, zrobić zakupy spożywcze.

Marii spieszyło się do domu, by jak najszybciej zająć się kwiatami. Po powrocie założyła swój czarny dres, na niego narzuciła kamizelkę ortalionową w tym samym kolorze. Ponieważ po południu zaczęło mocniej wiać, założyła na głowę chustkę. Tak ubrana zabrała się do sadzenia. Pracowała całe popołudnie. Posadziła wszystkie rośliny, następnie po kilka razy przestawiała doniczki, aż w końcu była zadowolona z efektu. Podczas podlewania niebo nagle zasnuło się ciemnymi chmurami i zaczął padać deszcz. Ta nagła zmiana pogody zdziwiła Marię, ale na szczęście nie przeszkodziła jej w pracy. To, co zaplanowała na dziś, udało się jej zrobić, a jeszcze kwiaty ­zostaną ­dodatkowo lepiej podlane. Brudna i zmęczona wróciła do domu. W przedpokoju zostawiła gumowe rękawiczki, które wcześniej umyła na zewnątrz pod kranem. Michał zza komputera rzucił uwagę, że jednak nie mylił się co do pogody, i to Maria nie miała racji. Tym razem nie udało się mu jej sprowokować. Była za bardzo zadowolona z siebie, aby przejąć się głupimi uwagami.

– Michał, wezmę kąpiel i już wracam.

– OK, ja też już kończę, chciałem tylko coś sprawdzić do pracy.

– Na urlopie? – zdziwiła się Maria, ale nie skomentowała tego głośno.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.