Mój przyjaciel Michael - Cascio, Frank - ebook
Wydawca: Akcent Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 461 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mój przyjaciel Michael - Cascio, Frank

Frank Cascio pisze w przedmowie do swojej książki o Michaelu Jacksonie: Kiedy się spotkaliśmy w 1985 roku, miałem 5 lat. Stał się dla mnie kimś w rodzaju ojca, czasami starszego brata, dobrego kumpla i mentora. Niewiele brakowało do moich osiemnastych urodzin, gdy zacząłem dla niego pracować w charakterze asystenta. Dwa lata później zostałem jego menedżerem. Byłem pomysłodawcą specjalnego programu telewizyjnego, który uhonorował trzydziestolecie jego kariery w show-biznesie...

Frank Cascio, biznesmen i producent – kompetentny zarówno w dziedzinie finansów, jak i w sferze muzyki rozrywkowej – zaprzyjaźnił się z Michaelem Jacksonem w 1984 roku, gdy był zaledwie kilkuletnim chłopcem. Gdy skończył osiemnaście lat, Jackson zatrudnił go jako osobistego asystenta, a z czasem awansował na swojego menedżera.

Cascio wyprodukował film The Michael Jackson Interview: The Footage You Were Never Meant to See („Wywiad z Michaelem Jacksonem: materiał, który nie miał ujrzeć światła dziennego”), był także konsultantem i jednym z producentów materiału Michael Jackson’s Private Home Movies („Filmy z prywatnej kolekcji Michaela Jacksona”), który w 2003 roku wyemitowała stacja telewizyjna Fox. Cascio dzieli swój czas pomiędzy Nowy Jork i Europę, zwłaszcza Niemcy i Włochy, w których czuje się jak w domu.

Frank Cascio był bliskim przyjacielem Jacksona przez ponad 25 lat. W książce My Friend Michael („Mój przyjaciel Michael”) Cascio prezentuje głęboko osobisty, „zakulisowy” wizerunek gwiazdora. Pełen nigdy wcześniej nie przytaczanych historyjek i intymnych szczegółów, nieprzemilczający niczego My Friend Michael to najbardziej poruszający portret „króla popu”, jaki kiedykolwiek powstał. Autorowi udało się przedstawić ikonę amerykańskiej muzyki pop w sposób rzetelny i zarazem pełen miłości; jest to jednocześnie zapis niezwykłej przyjaźni, która przetrwała – Cascio towarzyszył Jacksonowi w chwilach tryumfu i porażki, trwał przy nim, gdy Michael był niekwestionowanym królem sceny, i wówczas, gdy był obiektem niewybrednych ataków.

Frank Cascio zdradzi nam tysiące nigdy wcześniej niepublikowanych szczegółów z życia gwiazdy popu, opowie nam o Michaelu, jakiego nie znamy, o tym, co lubił, a czego nie, o jego przyjaźniach i fascynacjach, o pobycie w ośrodku odwykowym, zdradzi nam tajemnice jego obydwu małżeństw, opowie, jak Madonna usiłowała go uwieść i dlaczego pokłócił się z Liz Taylor, o atakach płaczu, gdy traktowano go jak kuriozum, o kulisach tras koncertowych, o tym, jak u księcia Alawaleeda grał z Jacksonem w ping-ponga na złotym stole, jak w szkockim zamku zobaczyli ducha kobiety w białej sukni, o Jacksonie – Piotrusiu Panu – i jego marzeniach, żeby być wiecznie młodym, o skrytym uczuciu, jakim darzył księżną Dianę, a także przytoczy wiele anegdot i pokaże nigdy niepublikowane zdjęcia Jacksona.

W książce pojawią się także: Mariah Carey, Andrea Bocelli, Marlon Brando, Chris Tucker, Britney Spears, Slash, Boyz II Men, Cindy Crawford, Prince, Tatum O`Neal i wiele innych znanych osobistości.

Opinie o ebooku Mój przyjaciel Michael - Cascio, Frank

Fragment ebooka Mój przyjaciel Michael - Cascio, Frank







Prolog

PODCZAS JAZDY CIEMNYMI ULICZKAMI miasteczka Castelbuono we Włoszech wreszcie włączyłem telefon komórkowy. Na ekranie zaczęły pojawiać się SMS-y, napływały tak szybko, że nie nadążałem z ich odczytywaniem. Stale powtarzały się pytania: „Czy to prawda?” i „Jak się czujesz?”.

Wiadomości było coraz więcej – przychodziły słowa niedowierzania i troski. Nie miałem pojęcia, o czym ci wszyscy ludzie piszą, ale czułem, że musiało wydarzyć się coś złego.

W Castelbuono, skąd pochodzi moja rodzina, wiele osób ma dwa domy – jeden blisko pracy, a drugi, letni, w górach, gdzie uprawia się warzywa i sadzi drzewka figowe. Wieczór spędziłem w takim właśnie domku należącym do właściciela wynajmowanego przeze mnie mieszkania. Zaprosił mnie na przyjęcie, które organizował dla sześciu czy siedmiu osób. Byłem gościem honorowym – w Castelbuono powrót z Nowego Jorku jest wystarczającym powodem do ciepłego i serdecznego przyjęcia.

Był 25 czerwca 2009 roku. Przy stole siedziało kilka osób. Jak przystało na porządną włoską kolację, jedzenia, wina i grappy było aż nadto. Podczas przyjęcia wyłączyłem telefon – przez znaczną część życia byłem jego niewolnikiem, dlatego z czasem cieszyły mnie chwile, kiedy dobre maniery wymagały, aby o nim zapomnieć. Wraz z pozostałymi gośćmi bawiliśmy się aż do późnego wieczoru. W końcu pożegnaliśmy się z gospodarzem i około północy z kilkorgiem przyjaciół ruszyliśmy za samochodem mojego kuzyna Dario do wynajmowanego w mieście domu.

Kiedy odbierałem kolejne wiadomości, pojazd prowadzony przez Dario nagle gwałtownie skręcił na pobocze i się zatrzymał. Wtedy wiedziałem już, że to, czego domyślałem się z treści SMS-ów, jest prawdą. Wyhamowałem tuż za nim.

– Michael nie żyje! Michael nie żyje! – krzyczał Dario, biegnąc w stronę mojego samochodu.

Wysiadłem z auta i zacząłem iść ulicą – bez żadnego planu, bez celu. Oniemiałem. Byłem w szoku.

Nie wiem, ile czasu minęło, nim w końcu wybrałem numer jednego z najbardziej zaufanych współpracowników Michaela – kobiety, którą w tej książce będę nazywał Karen Smith. Myśli kłębiły mi się w głowie. Czy to jeden z planów Michaela? Żart przeznaczony dla prasy albo dość chory sposób, by wykręcić się od koncertów?

Niestety, Karen potwierdziła, że to, o czym mówiono, jest prawdą. Obydwoje płakaliśmy do słuchawki. Nie mówiliśmy wiele, po prostu szlochaliśmy.

Szedłem przed siebie. Przyjaciele wciąż czekali w samochodzie. Mój kuzyn biegł za mną, wołając:

– Frank, wsiadaj do auta. Wracaj, Frank.

Ale ja wolałem być sam.

– Spotkamy się w domu – krzyknąłem, oddalając się. – Teraz muszę pobyć w samotności.

Zostałem sam. W tę późną letnią noc snułem się wybrukowanymi uliczkami miasta. Michael, który był dla mnie jak ojciec, nauczyciel, brat, przyjaciel… Michael, który tak długo stanowił centrum mojego świata… Michael Jackson umarł.

Poznałem go, gdy miałem pięć lat. Wkrótce stał się bliskim przyjacielem mojej rodziny. Odwiedzał nas w New Jersey, obchodził z nami Boże Narodzenie. Jako dziecko wielokrotnie – sam albo z bliskimi – spędzałem wakacje w Neverlandzie. Kiedy mieliśmy po kilkanaście lat, ja i mój brat Eddie towarzyszyliśmy Michaelowi podczas trasy „Dangerous”. Dorastałem z Michaelem jako nauczycielem i przyjacielem. W wieku osiemnastu lat zacząłem dla niego pracować: najpierw jako asystent, później jako osobisty menedżer. Szczerze mówiąc, nigdy nie ustaliliśmy obowiązującej nazwy mojego stanowiska – jednak zawsze było ono „osobiste”.

Pomagałem w pracy twórczej nad programem telewizyjnym przygotowywanym z okazji trzydziestej rocznicy jego obecności w show-biznesie. Towarzyszyłem mu podczas nagrywania płyty „Invincible”. A kiedy po raz drugi fałszywie oskarżono go o molestowanie dziecka, prokurator uznał, że miałem spiskować z Michaelem, jednak nie postawił mi zarzutów. Presji związanej z procesem sądowym mogłaby nie przetrwać niejedna przyjaźń. Ale ja byłem z Michaelem przez niemal całe moje życie – czyli przez ponad dwadzieścia pięć lat. Razem przeżywaliśmy jego wzloty i upadki, wspólnie walczyliśmy i radowaliśmy się – zawsze pozostawałem jego bliskim przyjacielem i powiernikiem.

Znajomość z Michaelem była zarówno zwyczajnym, jak i niezwykłym doświadczeniem. Prawie od samego początku („prawie” – bo kiedy go poznałem, miałem tylko pięć lat) wiedziałem, że jest kimś wyjątkowym, wizjonerem. Gdy wchodził do pokoju, urzekał wszystkich obecnych. Wielu jest na świecie ludzi wyjątkowych, ale Michael miał w sobie tak ogromną magię, jakby był wybrańcem naznaczonym przez Boga. Gdzie tylko się pojawiał, wzbudzał emocje – podczas koncertów, w Neverlandzie, w czasie nocnych przygód w odległych miastach. Zapewniał rozrywkę rzeszom ludzi, mnie zaś fascynował.

Jednocześnie był zwyczajną, normalną osobą. Zawsze doceniałem spędzone z nim chwile, ale nigdy nie traktowałem go jak supergwiazdora. Był przyjacielem, członkiem mojej rodziny. Wiedziałem, że dzięki niemu nie jes­tem taki jak inni – moich zajęć nie dało się porównać do niczego, czym interesowali się moi znajomi. Chociaż zdawałem sobie sprawę, że moje życie nie jest zwyczajne, tak naprawdę innego nie znałem.

Kiedy dotarła do mnie wiadomość o śmierci mojego przyjaciela, nieprzypadkowo odsunąłem się od znajomych i rodziny. Od samego początku istotę moich relacji z Michaelem zachowywałem dla siebie; jego sława wymagała dyskrecji. Kiedy byłem dzieckiem, wystarczyło, bym po prostu się dostosował. Żyłem w dwóch światach: w domu w New Jersey, gdzie chodziłem do szkoły i grałem w futbol, a czasem pracowałem jako kelner lub kucharz w restauracjach mojej rodziny, oraz w świecie Michaela, pełnym przygód i wspólnie spędzanego czasu. Te sfery nigdy się nie przenikały. Starałem się je oddzielać.

Kiedy zacząłem pracować dla Michaela, przenios­łem się całym sobą do tego zaufanego świata, a reszta mojego życia zeszła na dalszy plan. Nie opowiadałem o tym, co dzieje się w pracy, o codziennych zajęciach Michaela ani o trudnych momentach fałszywych oskarżeń i szalonym spektaklu medialnym czy też o chwilach pełnych radości, kiedy pomagał dzieciom i tworzył muzykę.

Oczywiście życie w jego świecie było wyjątkową i niecodzienną szansą, dlatego pragnąłem w nim zostać. Chociaż nie zdawałem sobie z tego sprawy, owa dyskrecja wywierała na mnie wpływ. Od najmłodszych lat uczyłem się, by nie z każdym rozmawiać otwarcie. Wszystko zatrzymywałem dla siebie i starałem się powściągać większość swoich reakcji i emocji. Nigdy nie byłem całkowicie szczery czy nieskrępowany. Nie twierdzę, że kłamałem – z wyjątkiem sytuacji, kiedy już podczas pracy dla Michaela opowiadałem nowo poznanym osobom, że jestem domokrążcą Tupperware, i zachwalałem rzekomo sprzedawane produkty; albo gdy wymyślałem, że moja rodzina pochodzi ze Szwajcarii i działam w branży producentów czekolady. Moim najbardziej zaufanym przyjaciołom i bliskim zawsze mówiłem prawdę, ale gdy chodziło o Michaela, uważnie dobierałem słowa. Obaj byliśmy osobami prywatnymi. Nie chciałem zwracać na siebie uwagi. Nie chciałem, by ludzie – z uwagi na nasze relacje – postrzegali mnie inaczej. A już na pewno nie chciałem być źródłem plotek o Michaelu. I tak powtarzano ich zbyt wiele. W rozmowie siłą rzeczy zawsze coś ujawniasz. Wciąż trudno mi się zdobyć na swobodne wypowiedzi – zawsze sobie powtarzam: pomyśl raz jeszcze, nim coś powiesz.

Przez lata naszej przyjaźni Michael odgrywał w moim życiu wiele ról. Był moim drugim ojcem, nauczycielem, bratem, przyjacielem, dzieckiem. Patrzę na siebie i widzę, jak nasze wspólne doświadczenia wpłynęły na to, kim i jaki jestem – w dobrym i złym sensie. Michael był najlepszym nauczycielem na świecie – zarówno dla mnie, jak i dla wielu swoich fanów. Na początku byłem jak gąbka, zgadzałem się ze wszystkimi jego myślami i przekonaniami oraz podpisywałem się pod każdym pomysłem. Nauczyłem się od niego tolerancji, lojalności i prawdomówności.

Kiedy dorosłem, nasza znajomość stała się głębsza i zacząłem wyraźniej dostrzegać, że Michael nie jest doskonały. Stałem się poniekąd jego obrońcą i pomagałem mu w najtrudniejszych chwilach. Byłem z nim, kiedy potrzebował przyjaciela – rozmawialiśmy, prowadziliśmy burze mózgów i dopracowywaliśmy przeróżne pomysły. Po prostu spędzaliśmy razem czas. Wiedział, że może mi zaufać.

Wolny czas w Neverlandzie – jego fantastycznym domu, parku rozrywki, zoo i miejscu, gdzie mógł się uk­ryć przed światem, które rozciągało się na 2700 akrach w okolicach Santa Barbara – spędzaliśmy na odpoczy­nku i relaksie. Niekiedy proponował, byśmy po prostu załatwili jakieś filmy, zostali w domu i „pognili” (Michael miał szczególne upodobanie do szczeniackich żartów dotyczących zapachu ciała).

– Chodź, Frank. Wejdźmy na tę górę – powiedział przed zachodem słońca w jeden z takich dni.

Neverland leży w dolinie Santa Ynez. Posiadłość otaczają wzniesienia. Najwyższe z nich Michael nazwał – na cześć swojej matki – Górą Katherine. Na ranczu niezliczone ścieżki prowadzą ku szczytom, skąd można podziwiać niesamowity widok zachodzącego słońca. Pojechaliśmy wózkiem golfowym jedną z takich dróg. Patrzyliśmy, jak słońce znika za górami, rzucając na nie fioletowy cień. Właśnie wtedy zrozumiałem słowa o „purpurowym majestacie gór” z pieśni „America The Beautiful”.

Czasem nad ranczem przelatywały śmigłowce i ktoś próbował robić zdjęcia. Raz czy dwa zauważono nas, więc staraliśmy się ukryć za drzewami. Ale w tamtej chwili czas się zatrzymał. Michael był w refleksyjnym nastroju, mówił o plotkach i oskarżeniach, którymi go dręczono. Uważał je zarówno za zabawne, jak i za smutne. Na początku powiedział, że jego zdaniem nie musi się przed nikim tłumaczyć. Ale później zmienił ton swojej wypowiedzi.

– Jeśli tylko ludzie wiedzieliby, jaki naprawdę jestem, zrozumieliby mnie – powiedział głosem, w którym nadzieja mieszała się z frustracją. Siedzieliśmy chwilę w ciszy, obaj pogrążeni w marzeniach – pragnęliśmy znaleźć sposób i zrobić coś, by inni naprawdę zrozumieli, kim jest i jak żyje.

Gdy rozważam niełatwe położenie Michaela, często myślę o tamtej nocy. Ludzie boją się albo są onieśmieleni tym, czego nie rozumieją. Większość z nas prowadzi konwencjonalne życie. Podążamy bezpieczną, wygodną, łatwą do zaszufladkowania ścieżką. Nietrudno znaleźć osoby, których codzienność jest podobna do wybranej przez nas. W przypadku Michaela nie byłoby to możliwe. Od samego początku – najpierw z rodziną, a później sam – wyznaczał dla siebie niepowtarzalną ścieżkę. Był niewinny jak dziecko, ale jednocześnie miał złożoną osobowość. Ludziom trudno było go poznać, ponieważ nigdy wcześniej nie widzieli kogoś takiego, i bardzo prawdopodobne jest, że nikogo takiego już nie spotkają.

Kiedy życie Michaela tak nagle i niespodziewanie się skończyło, wciąż pozostawał niezrozumiany. Supergwiazdor Michael Jackson – Król Popu – zostanie zapamiętany na długi, długi czas. Jego twórczość – jako testament głębokiego i silnego związku z milionami ludzi – przetrwa. Ale jakimś sposobem w tym wszystkim zagubił się sam człowiek, przyćmiony przez własną legendę.

Ta książka jest właśnie o Michaelu Jacksonie – człowieku. O mentorze, który nauczył mnie, jak tworzyć mapę myśli. O przyjacielu, który uwielbiał karmić zwierzęta łakociami. O żartownisiu i mistrzu maskarady, który potrafił udawać, że jest księdzem przykutym do wózka inwalidzkiego. O filantropie, który w życiu prywatnym starał się być tak samo dobroduszny i wspaniałomyślny jak publicznie. Piszę o osobie. Chcę, by Michaela zaczęto postrzegać tak, jak ja go widziałem, by zrozumiano go i zaakceptowano z całą jego niezdarnością, miłością, ambicją i tym niedoskonałym pięknem, które tak kochałem.

Mam ogromną nadzieję, że podczas lektury tej książki będziecie potrafili choć na chwilę porzucić myślenie o wszystkich skandalach, plotkach, okrutnych żartach, które były częścią jego codzienności, i zechcecie poznać go takim, jakim ja go widzę. To nasza historia. Opowieść o dorastaniu z facetem, który – tak się akurat złożyło – był najbardziej rozpoznawalną postacią na świecie. Wszystko zaczęło się zwyczajnie; później nasza relacja ewoluowała, bo przecież obaj dorastaliśmy i się zmienialiśmy. Bywało, że ta przyjaźń chwiała się w posadach, kiedy niesprzyjające okoliczności czy inni ludzie stawali między nami… Ale – co najważniejsze – przetrwaliśmy to razem. Michael był wyjątkowym człowiekiem i chciał przekazać światu coś wielkiego. Teraz ja chcę się nim podzielić z Wami.



Część pierwsza

APPLEHEAD I JEGO KLUB




Rozdział I

Nowy przyjaciel

WKRÓTCE MIAŁEM SKOŃCZYĆ PIĘĆ LAT. W pewien zimny jesienny dzień siedziałem w rodzinnym salonie, bawiąc się malutkim modelem limuzyny. Miałem bzika na jej punkcie – jak każde kilkuletnie dziecko, które ma swoją ulubioną zabawkę. Kiedy ojciec powiedział, że tego dnia zabiera mnie ze sobą do pracy, ponieważ chce przedstawić mnie swojemu przyjacielowi, myślałem tylko o tym, by nie wypuścić tego samochodziku ze swojej małej rączki. Nigdy wcześniej nie słyszałem o Michaelu Jacksonie, zatem kiedy tata wymienił jego nazwisko, zupełnie nie zrobiło to na mnie wrażenia. Po prostu cieszyłem się, że wyjdę z domu, i byłem dumny, mogąc towarzyszyć ojcu w pracy. Oczywiście pod warunkiem że będę miał ze sobą swoją limuzynę.

Rzecz jasna, nie miałem jeszcze pojęcia, jak ważne dla mnie okaże się to spotkanie – był to punkt zwrotny mojego życia. Z jakichś powodów wciąż doskonale pamiętam ten dzień, łącznie z tym, co miałem na sobie: granatowe spodnie, niebieski sweter, muszkę i eleganckie brązowe buciki z dziurkami z przodu. Wiem, nie jest to typowy strój dla pięciolatka – a na pewno niemodny od co najmniej stu lat. Zawsze nienagannie się ubierałem – mój ojciec pochodził z Włoch, światowej stolicy mody. Miałem krótkie, proste włosy. Byłem schludnym, eleganckim dzieckiem, które kochało swój mały samochodzik.

W tamtym czasie tata pracował w Helmsley Palace na Manhattanie. Był to ekskluzywny, pięciogwiazdkowy hotel, w którym zatrzymywała się sama śmietanka towarzyska. Ojciec zarządzał apartamentami – również tymi urządzonymi na najwyższych piętrach budynku, które rezerwowano dla najważniejszych gości. Dla mnie hotel był zawsze magicznym miejscem. Być może przez niecodzienną energię ludzi, których można było tam spotkać – każdy z nich pojawiał się tam w innym niezwykłym celu. Wtedy jeszcze nie potrafiłem zrozumieć wszystkiego, co się tam działo, ale czułem podniecenie unoszące się w powietrzu. Do dziś pamiętam zapach lobby i uczucie ekscytacji, jakie we mnie wywoływał. Uwielbiam hotele.

Razem z ojcem pojechaliśmy windą na górę i skierowaliśmy się do pokoju gościnnego. Tam powitał nas – jak się później dowiedziałem – Bill Bray, w tamtym czasie menedżer i szef ochrony Michaela Jacksona. Bill był dla Michaela autorytetem. Pracowali razem jeszcze od czasów, kiedy Michael nagrywał dla Motown, i przez wiele lat Bray był jego zaufanym doradcą.

Był to wysoki Afroamerykanin z brodą. Tamtego dnia miał na głowie fedorę. Na jego karku zauważyłem sporo zmarszczek. Sprawiał wrażenie prostego człowieka. W kolejnych latach często widywałem, jak Michael skrada się za nim i przedrzeźnia jego ciężki chód.

Bray serdecznie przywitał mojego ojca – odniosłem wrażenie, że są zaprzyjaźnieni – po czym zaprowadził nas do pokoju. W środku było nieskazitelnie czysto, jakby nikt tam nie mieszkał. Dziś, kiedy wiem sporo o przyzwyczajeniach Michaela, jest dla mnie jasne, że w tamtym czasie nie korzystał z tego apartamentu: wynajął go specjalnie na nasze spotkanie, ponieważ nie znał nas wystarczająco dobrze, by zaprosić do własnego pokoju. Chociaż często nawiązywał relacje z innymi, zawsze starał się chronić swoją prywatność.

Michael wstał z fotela i przywitał się z nami. Według mnie wyglądał całkiem zwyczajnie. Kiedy mamy pięć lat, jedyną różnicą, jaką zauważamy między ludźmi, jest to, czy ktoś jest dorosłym, dużym dzieckiem czy maluchem takim jak my.

– Witaj, Jokerze. Przyszli do ciebie Dominic z synem – powiedział Bill.

Dopiero później zrozumiałem, dlaczego nazywał Michaela „Jokerem” – dlatego że ten zawsze żartował z innych. Michael szeroko się do mnie uśmiechnął, zdjął okulary przeciwsłoneczne i uścisnął moją dłoń. Miał wtedy dwadzieścia siedem lat, był artystą cenionym na całym świecie, a jego ostatni album „Thriller” bił rekordy sprzedaży – również i dziś, kiedy piszę tę książkę, jest to najlepiej sprzedająca się płyta wszech czasów.

Po pierwszych uprzejmościach Bill wyszedł, a ja, mój ojciec i Michael zostaliśmy w tym dość pustym pokoju i zaczęliśmy rozmawiać.

– Masz wspaniałego ojca – powiedział Michael.

W ciągu kolejnych lat powtarzał to jeszcze wielokrotnie i wiem, że właśnie dzięki wrażeniu, które zrobił na nim mój tata, chciał poznać resztę naszej rodziny. W towarzystwie mojego ojca nie sposób nie czuć się swobodnie. Jest człowiekiem, który wprost promienieje szczerością i uczciwością.

Później zaczęliśmy rozmawiać o kreskówkach. Powiedziałem, że lubię Popeye’a, a następnie opowiadałem o Garbage Pail Kids – razem z braćmi zbieraliśmy poświęcone im karty, którymi wymienialiśmy się z kolegami. Michael wiedział, jak rozmawiać z dziećmi – szczerze interesował się moim małym światem. Od razu go polubiłem – pamiętam, że swoją zabawkową limuzyną jeździłem po jego głowie, ramionach i w dół po rękach. Wziął ode mnie samochodzik i uniósł go nad moją głową, wydając odgłosy lecącego samolotu.

– Kim chcesz zostać, kiedy dorośniesz? – zapytał.

– Chcę być jak Donald Trump. Tylko z większą fortuną – odpowiedziałem.

– Dasz wiarę? – zapytał ze śmiechem mój ojciec.

– Donald Trump wcale nie jest aż tak bogaty – powiedział Michael.

Tato później zapytał, czy może nam zrobić wspólne zdjęcie – mnie i Michaelowi. Wdrapałem się na kolana nowego przyjaciela i objąłem go. Uśmiechnąłem się, a ojciec uwiecznił ten moment.

Tak właśnie wyglądało moje pierwsze spotkanie z Michaelem. Po latach pokazywał ludziom zdjęcie, które wtedy zrobiliśmy, pytając:

– Uwierzycie, że to Frank?

Na tym ujęciu widać beztroskę – nasze uśmiechy, czarny lok na środku jego czoła. Dopiero patrząc wstecz, widzę, jak wielkie rzeczy zapowiadała.

Tamtego dnia spędziliśmy z Michaelem około godziny. Gdy nas żegnał, powiedział, że zadzwoni, kiedy następnym razem będzie w Nowym Jorku, i ma nadzieję, że znów będzie mógł się z nami spotkać.

W samochodzie, w drodze powrotnej do domu w New Jersey, ojciec oderwał się od kierownicy, spojrzał na mnie i rzekł:

– Nie masz pojęcia, kogo właśnie poznałeś.

DO PIERWSZEGO SPOTKANIA Z MICHAELEM doszło dzięki temu, że szanował mojego ojca: kiedy tylko zatrzymywał się w Palace, tata zawsze był do jego usług. Na tym polegała jego rola w hotelu i był w tym dobry. Upewniał się, że Michael ma do dyspozycji swój ulubiony apartament. Jeśli gość prosił o ułożenie w nim parkietu do tańca, ojciec się tym zajmował. Kiedyś w Palace zatrzymał się Gregory Peck, a Michael chciał go poznać, więc tata zaaranżował spotkanie. Nadzorował ochronę, kiedy Michael opuszczał hotel i do niego wracał. Spełniał nawet najdrobniejsze prośby, takie jak zachcianki kulinarne. Dyskretnie robił, co w jego mocy, by Michael miał wszystko, czego potrzebował lub pragnął.

Michael wiedział, że za tym wszystkim stoi właśnie mój tata, i w końcu powiedział Brayowi, że pragnie poznać pana Cascio. Bill zorganizował spotkanie. Gdy ojciec lepiej poznał Michaela, stwierdził, że jest on niesamowicie ciepłym i skromnym człowiekiem o dużym wdzięku. Jestem pewny, że tata robił wszystko, by Michael czuł się jak w domu, a jednocześnie pokazywał, że nie ma dla niego znaczenia to, iż przebywa z tak znaną postacią. Nie był zafascynowany gwiazdami filmu czy estrady. Ojciec przyciągał do siebie ludzi swoją szczerością. Całym sobą pokazywał, że w każdym widzi człowieka. Słuchał i nie oceniał oraz służył pomocą, niczego nie żądając w zamian.

W swoim świecie Michael nie spotykał się często z takim traktowaniem, dlatego z czasem zaczął odnosić się do mojego ojca jak do przyjaciela. Jego życzenia różniły się od tych, które miały inne gwiazdy. Chciał rozmawiać z moim tatą. Chciał go poznać jako człowieka. Ojciec nie szukał takich relacji ze znanymi gośćmi hotelu, w którym pracował. To Michael zapoczątkował tę przyjaźń i chociaż ojcu to schlebiało, to nie nadmiernie. Znajomość się rozwijała i z czasem przemieniła się w – jak się okazało – trwającą całe życie przyjaźń opartą na lojalności i zaufaniu.

Oczywiście dla mnie jako pięciolatka spotkanie z Michaelem nie było szczególnym wydarzeniem. Nie miałem pojęcia, kim jest. Nie wiedziałem, czym jest „Thriller”, moonwalk albo The Jackson 5, i gdyby ktoś opowiedział mi o tych wszystkich rzeczach, zupełnie nie miałoby to dla mnie znaczenia. Nieszczególnie interesowałem się telewizją czy muzyką, z wyjątkiem tej, której mama słuchała w samochodzie. Byłem normalnym – może poza tym, że lubiłem nosić muszkę – przedszkolakiem z New Jersey. Razem z przyjacielem, Markiem Delvecchio, budowaliśmy przy drodze forty i z pistoletów na wodę strzelaliśmy do przejeżdżających samochodów. Uwielbiałem grać w piłkę nożną, bawić się w lesie, wspinać na drzewa i zawsze wracałem do domu brudny. Wolałem spędzać czas na dworze. Byłem szczęśliwy i swobodny.

Lubiłem każdą nowo poznaną osobę, jeśli tylko przejawiała zainteresowanie moim hobby. Nie kierowałem się uprzedzeniami, nie osądzałem. Michael był sporo starszym ode mnie przyjacielem ojca, ale kiedy się do mnie zwracał, nie mówił jak dorosły. Rozmawiał ze mną jak z kumplem. Bawiliśmy się razem i ta trwająca dłuższy czas zabawa stała się solidną podstawą naszej późniejszej przyjaźni.

Dwa lub trzy tygodnie później tata znów zabrał mnie, mojego młodszego brata Eddiego i naszą ciężarną mamę do hotelu na spotkanie z Michaelem. Widziałem go zatem tylko dwa razy, nim pewnej nocy, leżąc już w łóżku w naszym domu w Hawthorne w New Jersey, usłyszałem dzwonek do drzwi. Mieszkaliśmy w niewielkim domu w małym miasteczku. Dzieliliśmy z bratem pokój, w którym stały dwa łóżka, a między nimi nocny stolik. Pamiętam, jak zastanawiałem się, kto może dzwonić w środku nocy. Usłyszałem, że ktoś otwiera boczne drzwi, a kilka chwil później w naszej sypialni pojawili się rodzice, którzy przyszli nas obudzić. Byli z nimi dwaj mężczyźni. Jednym z nich był Bill Bray, a drugim – Michael Jackson.

Nocne odwiedziny były dla nas rzadkim i ekscytującym wydarzeniem. Wyskoczyliśmy z łóżek, by się przywitać, a później wyciągnąłem naszą imponującą kolekcję figurek Cabbage Patch i kart Garbage Pail Kids, by pokazać je Michaelowi. Następnie rodzice poprosili nas, byśmy zaprezentowali, co potrafimy zagrać na pianinie. Dość niechętnie, ale w końcu zagrałem melodię z „Gwiezdnych wojen” i „Dla Elizy.” Mój brat, Eddie, który – chociaż miał zaledwie trzy lata – już wtedy był bardziej muzykalny niż ja, zagrał temat z filmu „Rydwany ognia”. Michael był zachwycony.

Zapewne przesadą byłoby, gdybym powiedział, że w tak młodym wieku zauważyłem, iż Michael jest niezwykły i różni się od innych dorosłych, których znałem. Ale kiedy pojawił się u nas następnym razem, obdarowałem go – według mnie – wspaniałym prezentem, jednym z moich największych skarbów: kolekcją kart Garbage Pail Kids. Początkowo nie chciał ich wziąć. Mówił:

– Nie, nie mogę przyjąć twoich kart!

Ale widziałem, jak bardzo podoba mu się moja kolekcja, i nalegałem:

– Ależ możesz. Chcę, żebyś je miał.

Był to pierwszy prezent, jaki podarowałem Michaelowi, i wiem, że trzymał go przez całe życie (w swojej zagraconej szafie w Neverlandzie).

Od tamtej pory Michael odwiedzał nas regularnie. Był wtedy z The Jacksons w trasie, podczas której promowali album „Victory”. Często zatem bywał w Nowym Jorku, a przy okazji każdej wizyty spotykał się z nami. Dlaczego to robił? Dlaczego najbardziej zapracowany człowiek w branży rozrywkowej zaczął spędzać czas z naszą pozornie zwyczajną rodziną? Myślę, że dla niego byliśmy tym, czego – przy całej sławie – nie miał i czego być może mu brakowało. Dzięki przyjaźni z nami mógł uciec na zielone przedmieścia New Jersey i przynajmniej przez krótką chwilę prowadzić normalne życie ze zwykłą rodziną.

Spędzanie czasu wśród dzieci, zainteresowanie zabawkami i kreskówkami nie miało dla Michaela żadnego podtekstu seksualnego. Gdy przebywał z dzieciakami, mógł być sobą. Całe życie spędził w blasku fleszy, przez co większość ludzi postrzegała go tylko przez pryzmat gwiazdy. Ale dla najmłodszych nie miało znaczenia, kim jest. Dla mnie na pewno nie.

Podczas tamtego tournée Jacksonowie zagrali trzy koncerty na stadionie drużyny New York Giants – rodzice zabrali mnie i Eddiego na wszystkie. Na początku pierwszego koncertu, kiedy Michael zaczął śpiewać, spojrzałem na ojca i zapytałem:

– Czy to ten sam Michael Jackson, który nas odwiedza?

W tym momencie po raz pierwszy naprawdę dotarło do mnie, że w tym człowieku, który tak jak ja uwielbia filmy animowane, Cabbage Patch Kids i zabawki w ogóle, jest coś niezwykłego. Na scenie stawał się kimś innym. Nie był naszym przyjacielem Michaelem. Był supergwiaz­dorem.

Moi rodzice – a zwłaszcza mama – rzadko wyrażali zgodę, by późnymi wieczorami tak mały chłopiec jak ja spędzał długie godziny poza łóżkiem. Ale nie co dzień dostaje się bilety z najlepszymi miejscówkami na koncert Michaela Jacksona, więc chcieli, byśmy razem z Eddiem zbierali jak najwięcej wspomnień. Być może Michael był największą gwiazdą na świecie i możliwe, że czuli się wyjątkowo, utrzymując z nim osobiste relacje, ale w kwestiach decyzji rodzicielskich na pewno nie miało to większego znaczenia. Nie olśniewał ich blask jego sławy. Jasne – znajomość z nim i wspólne spędzanie czasu były czymś wspaniałym i ważnym. Ale koncerty i wiele innych chwil, jakie później z nim spędzaliśmy, były po prostu doświadczeniami, którymi moi rodzice dzielili się z kimś, kogo kochali. Ojciec nie uważał, że Michael jest kimś wyjątkowym ze względu na sławę czy gwiazdorstwo. Urzekło go, że właśnie ten Michael – megagwiazdor ze świata rozrywki – prawdziwie zaprzyjaźnił się z naszą rodziną. Moja mama jest osobą o wielkim sercu i kiedy poznała Michaela, także i jego zaczęła otaczać matczyną opieką – tak jak miała w zwyczaju wobec każdego ukochanego i zaufanego przyjaciela. Zawsze mógł na nią liczyć, zwłaszcza w późniejszych latach, kiedy czuła, że potrzebuje jej wsparcia i lojalności.

Rodzice prowadzili aktywne życie towarzyskie. Drzwi ich domu były zawsze otwarte i ktokolwiek przez nie wchodził, zastawał ciepło i dobre słowo. Po prostu tacy byli. Mój ojciec, Dominic Cascio, dorastał na południu Włoch. Mieszkał między Palermo a Castelbuono, małym miasteczkiem, o którym pisałem wcześniej. To niezwykłe miejsce, gdzie ludzie nie dążą do zdobycia majątku i doceniają rzeczy ważniejsze w życiu. Miłość, rodzina, religia, jedzenie – to wartości, które mają znaczenie w Castelbuono. Wiem, że ten opis wygląda trochę jak scena z jednego z tych schematycznych filmów o jedzeniu i romansie w słonecznej, malowniczej Toskanii, ale tam naprawdę tak jest. Rodzina mojej mamy również pochodzi z Castelbuono, choć ona sama urodziła się w Staten Island.

Kiedy dorastałem, na naszych niedzielnych kolacjach zawsze pojawiało się więcej gości niż członków (i tak wciąż powiększającej się) rodziny. Jeszcze nim mama urodziła całą piątkę dzieci, często gotowała dla niemal dwudziestu osób. Nasz dom w New Jersey był jak hotel: zawsze ktoś się pojawiał, zostawał na kolację, na kilka dni, tygodni, a nawet miesięcy. Nic dziwnego, że ojciec tak dobrze radził sobie w Helmsley Palace – naszym Cascio Palace zarządzał od lat. Rodzice dbali o więzi rodzinne i to oni organizowali spotkania, które zwykle oznaczały wspólne posiłki. Rodzina była dla nich priorytetem i w takim duchu wychowywali swoje dzieci.

Myślę, że Michael od razu zrozumiał, jakimi są ludźmi. Już wcześniej czuł się swobodnie w obecności mojego ojca, a kiedy poznał resztę rodziny, musiał zdać sobie sprawę z tego, że w zasadzie byliśmy serdecznymi, szczerymi ludźmi, którzy nie mają ukrytych intencji czy motywów, a po prostu żyją swoim szczęśliwym życiem. On nigdy nie był dla nas Michaelem Jacksonem supergwiazdorem – tylko w taki sposób potrafię sobie wytłumaczyć, dlaczego pokochał naszą rodzinę. Rodzice nawet nie nauczyli nas myślenia w takich kategoriach. Zdawaliśmy sobie sprawę z talentu i sukcesów Michaela, szanowaliśmy je oraz rozumieliśmy, czego od niego wymagały. Dlatego też przyzwyczailiśmy się do jego wyjątkowego terminarza, skomplikowanych przedsięwzięć logistycznych. Szczerze mówiąc, dla mnie liczyło się tylko to, że był dorosłym, który lubi Cabbage Patch Kids i kreskówki. Co tam sława – dla mnie to było ważniejsze.

PRZEZ KILKA KOLEJNYCH LAT tak właśnie wyglądała moja znajomość z Michaelem. Późno w nocy rozlegał się dzwonek do drzwi i obaj z Eddiem wiedzieliśmy, że to on. Zrywaliśmy się z łóżek, zbiegaliśmy na dół, żeby się przywitać, i pokazywaliśmy wszystkie nowe zabawki i sztuczki, których się nauczyliśmy – cała rodzina mówiła jednocześnie, witając go jak ukochanego krewnego z daleka, który przybył spóźnionym lotem.

Nigdy nie byłem śpiochem. Przez wiele nocy snułem się po domu, podglądając rodziców i odkrywając ciemne tajemnice świata dorosłych. Ale równie często dopadał mnie głęboki sen. Musiało to być jednej z takich nocy, kiedy nie usłyszałem dzwonka do drzwi. Zamiast tego, gdy otworzyłem oczy, zobaczyłem szympansa, który wydawał dziwne dźwięki, nachylając się nad moją głową. Ze spokojem i opanowaniem, które do dziś mnie dziwią, patrząc jak małpa wskakuje do łóżka Eddiego, by również jego obudzić, pomyślałem, że to sen. Później zorientowałem się, że w naszym małym pokoju zebrali się Michael, Bill Bray, moi rodzice oraz mężczyzna, który okazał się Bobem Dunnem, treserem szympansa. Było już po północy, a małpą, która zaczepiała mojego brata, był legendarny Bubbles – ulubiony zwierzak Michaela.

Kiedy Michael stawał się stałą częścią mojego życia, dowiadywałem się co nieco o nim i jego muzyce. Zaraz po tym, jak go poznałem, powiedziałem pani Whise, wychowawczyni w przedszkolu:

– Umiem grać na pianinie. Zagram pani „Thriller”.

Uderzałem w klawisze, przekonany, że naprawdę potrafię grać, a moja interpretacja zrobi wrażenie na pozostałych dzieciach. Ale pani Whise powiedziała tylko:

– Odejdź od tego pianina, jeszcze je zepsujesz.

Jakiś rok później, kiedy chodziłem do pierwszej lub drugiej klasy, miałem przynieść do szkoły przedmiot, który ma dla mnie ogromne znaczenie, pokazać go klasie i opowiedzieć o nim. Nie miałem pojęcia, co ze sobą wziąć, w końcu mama zasugerowała, bym zabrał zdjęcie z Michaelem. Chociaż wciąż traktowałem go jak przyjaciela, powoli zdawałem sobie sprawę, że dla innych jest kimś więcej – człowiekiem, którego występ w świetle reflektorów na stadionie Gigantów nagradzali gromkimi oklaskami. Zabrałem więc do szkoły zdjęcie, które zrobiono nam podczas pierwszego spotkania.

Kolega przede mną opowiadał klasie o swojej maskotce. Powiedział, jak ma na imię jego miś i dlaczego jest dla niego tak ważny. (Wybaczcie, nie pamiętam już szczegółów). Później przyszła moja kolej. Podniosłem się i powiedziałem:

– Przyniosłem ze sobą zdjęcie, na którym jestem z Michaelem. To mój przyjaciel. Jest piosenkarzem i artystą.

Moja nauczycielka, kobieta po pięćdziesiątce, zawołała mnie do siebie i poprosiła o pokazanie zdjęcia, które trzymałem w ręce. Spojrzała na nie zdziwiona.

– To prawdziwe zdjęcie? – zapytała.

– Tak, jest prawdziwe – odpowiedziałem.

Odwróciła się do klasy i wyjaśniła:

– Dzieci, to jest Michael Jackson. Jest bardzo, bardzo popularnym piosenkarzem.

Poczułem ogromną dumę, chociaż nie do końca rozumiałem dlaczego.

KIEDY MICHAEL ZATRZYMYWAŁ SIĘ U NAS, jednym z jego ulubionych zajęć było pomaganie mojej mamie w porządkach. Uwielbiał odkurzać. Opowiadał nam, że jako dziecko razem z rodzeństwem śpiewali podczas sprzątania. Jeden z braci śpiewał pierwszą zwrotkę, kolejny dalszą część, a trzeci wchodził z refrenem albo, jak nazywał go Michael, wpadającym w ucho „haczykiem” piosenki. Później ktoś śpiewał drugą zwrotkę, a następny – mostek. Powiedział, że właśnie w taki sposób i w takich okolicznościach wymyślali całkiem dobre melodie. A przynajmniej tak zapamiętałem tę opowieść… Zawsze podejrzewałem jednak, że dzięki tej historyjce chciał sprytnie zachęcić mnie i Eddiego do pomocy.

Mama zwykle słała nasze łóżka i sprzątała pokój. Pod tym względem byliśmy trochę rozpieszczeni. Ale Michael nieustannie namawiał nas, byśmy jej pomagali.

– Nawet nie wiecie, jak wspaniałą macie mamę – powtarzał. – Pewnego dnia to docenicie.

Michael powiedział, że nasza matka, Connie, przypomina mu jego własną, Katherine. Nigdy nie zapomnę, kiedy pewnego dnia zdenerwowałem się na mamę i nakrzyczałem na nią. Michael ostro mnie upomniał, mówiąc:

– Nigdy nie odnoś się do matki w taki sposób, nigdy. Oddałaby za ciebie życie. Matkę trzeba szanować.

Jako Włoch doskonale wiedziałem, że należy jej się szacunek. Ale ponieważ to Michael mnie upomniał, te słowa miały dla mnie szczególne znaczenie i wziąłem je sobie do serca.

Poza ciepłem i czułym sercem mojej matki Michael uwielbiał jej kuchnię. Przy okazji każdej wizyty w naszym domu błagał ją o przygotowanie na obiad indyka z purée, z nadzieniem w środku, ze słodkimi ziemniakami i sosem żurawinowym. Ubóstwiał ten sos. A na deser zawsze było ciasto brzoskwiniowe – Michael opowiadał o nim z takim przejęciem, jakby była to co najmniej rzecz święta.

Wuj Aldo razem z moim ojcem prowadzili restaurację o nazwie Aldo’s. Zabieraliśmy tam Michaela i jedliśmy w osobnej sali, gdzie bez gapiów mógł czuć się swobodnie i próbować serwowanych mu potraw.

Niezależnie od tego, czy jedliśmy w domu, czy w Aldo’s, w obecności Michaela czułem się całkowicie naturalnie. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że tak naprawdę żadne z nas nigdy z nikim o nim nie rozmawiało. Kochaliśmy go i jednocześnie zawsze chroniliśmy.

Był jednym z nas.


Rozdział II

Ranczo

W PIERWSZYCH LATACH MOJEJ NAUKI W SZKOLE Michael był stałym – często niezapowiedzianym – gościem w naszym domu w Hawthorne.

W 1987 skończyłem siedem lat, a on wydał swoją siódmą płytę, „Bad”. Jeszcze przed premierą przesłał nam jej kopię. Później byliśmy na jego koncercie i całą rodziną oglądaliśmy w MTV premierę klipu „Man In The Mirror” (w czasach świetności stacji, kiedy nieprzerwanie nadawano w niej teledyski, widziałem go jeszcze milion razy).

Sprzedano ponad trzydzieści milionów egzemplarzy „Bad” – płyta odniosła międzynarodowy sukces. Michael miał u stóp cały świat.

Przez kilka kolejnych lat podczas naszych spotkań dzielił się z nami piosenkami, nad którymi akurat pracował. Pytał o nasze zdanie i prezentował nowe style muzyczne, z którymi eksperymentował. Byłem zaskoczony, kiedy po czterech latach w naszej skrzynce pocztowej znaleźliśmy jego nową płytę – „Dangerous” – i nie było na niej kilku piosenek, które wcześniej słyszeliśmy. Moim zdaniem brakowało m.in. utworów „Turning Me Off” i „Superfly Sister” (ten drugi trafił do albumu „Blood On The Dance Floor”). „Dangerous” osiągała jeszcze lepsze wyniki sprzedaży niż „Bad”. Michael łączył swoich fanów na całym świecie, a ja coraz więcej dowiadywałem się o jego muzyce. Ale moi znajomi w większości nie znali Michaela Jacksona – wciąż byliśmy w wieku, w którym zazwyczaj przejmuje się gusta muzyczne rodziców. A rodzice moich przyjaciół nie słuchali jego płyt. Zupełnie inaczej było w moim domu – tu Michael był członkiem rodziny i byłem dumny z każdego jego sukcesu.

W roku 1993 moja znajomość z nim nabrała nowego wymiaru. Wtedy po raz pierwszy zaprosił naszą rodzinę do swojego domu – na ranczo Neverland.

Od lat wiedzieliśmy, że Michael w Kalifornii buduje rezydencję. Często, nadzorując aktualnie prowadzone prace, mówił:

– Musicie przyjechać do Neverlandu. Jest tam kino, zoo i kilka karuzeli. Nie ma za to żadnych zasad. Możecie robić to, na co tylko macie ochotę. Tutaj można zwyczajnie się odprężyć i być sobą.

Nie miałem pojęcia, co zastanę na miejscu. Rzeczywistość przerosła moją wyobraźnię. Miałem dwanaście lat, kiedy wiosną po raz pierwszy pojechaliśmy do Neverlandu. Do tego czasu na świat przyszli już wszyscy moi bracia i siostra. I tak ja, Eddie, Dominic, maleńki Aldo, Marie Nicole oraz kuzynostwo – Danielle i Aldo – wraz z moimi rodzicami ruszyliśmy do Neverlandu. Często organizowaliśmy wycieczki rodzinne – również w tak dużym gronie, ze wszystkimi dziećmi – ponieważ rodzice lubili odwiedzać krewnych we Włoszech. Tym razem jednak po raz pierwszy udawaliśmy się do Kalifornii. Nie wiedziałem, co mnie tam czeka, Michael powiedział, że ma u siebie diabelski młyn, dlatego w swojej dziecinnej naiwności już podczas lądowania samolotu wypatrywałem karuzeli na płycie lotniska. Dopiero później okazało się, że czeka nas jeszcze ponad dwugodzinna podróż w okolice Santa Barbara.

W Los Angeles spędziliśmy dzień w odwiedzanym przez turystów Universal Studios. Następnego ranka wielką czarną limuzyną Michaela zawieziono nas do Neverlandu. Jako dorosły doskonale poznałem tę drogę, jednak wtedy pokonanie trasy trwało w moim odczuciu całą wieczność. Wszyscy (poza niemowlęciem Aldo) wierciliśmy się we wnętrzu tego wspaniałego samochodu jak złapane do słoika robaczki świętojańskie.

Wjazdu do Neverlandu strzegli ochroniarze. Kierowca powiedział tylko:

– Jest ze mną rodzina Cascio.

Po tych słowach brama się otworzyła.

Podróż z Los Angeles była dla dzieciaków wystarczająco trudną próbą, ale na terenie posiadłości przejechaliśmy jeszcze spory kawałek, nim dotarliśmy do domu. W każdym razie byliśmy już w Neverlandzie – i naprawdę był to zupełnie inny świat. W tle dała się słyszeć muzyka klasyczna, która przeplatała się z melodiami z filmów Disneya – „Piotrusia Pana”, „Pięknej i bestii”. Rosły tu rozłożyste platany, kwitły kwiaty, tryskały fontanny. Widzieliśmy też mnóstwo zakątków najpiękniejszych w całej Ameryce. Droga zakręcała przy stacji kolejki po prawej stronie i jeziorze po lewej. W różnych miejscach stały wykonane z brązu figurki bawiących się dzieci, a posiadłość ze wszystkich stron otaczały góry. Był to niesamowity widok. Neverland był najbardziej zaczarowanym miejscem, jakie kiedykolwiek widziałem. I nadal jest.

Wejście do domu stylizowanego na rezydencję z epoki Tudorów zdobiły rzeźby i obrazy. Na lśniącej drewnianej podłodze ułożono wielkie czerwone dywany. Zarządzający domem menedżer, Gail, prowadził nas po schodach obok skrzydła, w którym mieszkał Michael, i przez korytarz aż do salonu.

– Pan Jackson przyjdzie lada moment, by państwa powitać – oświadczył.

Kilka minut później pojawił się Michael.

– Witajcie w Neverlandzie – powiedział zupełnie zwyczajnie. A później dodał: – Czujcie się jak w domu. – W podobnych słowach i zwykle w takim samym tonie witał wszystkich gości.

Poszliśmy do jadalni, gdzie podano nam lunch. Podczas wspólnego posiłku opowiadaliśmy o tym, co wydarzyło się od naszego ostatniego spotkania. Po jedzeniu Michael oprowadził nas po posiadłości. Widzieliśmy zwierzęta w zoo, jechaliśmy kolejką i zaliczyliśmy przejażdżkę na diabelskim młynie. Wszystko na ranczu było perfekcyjnie zorganizowane i przemyślane. Pracowali tu zarówno opiekunowie zwierząt, jak i operatorzy karuzeli, a każdy pojawiał się dokładnie wtedy, kiedy akurat był potrzebny – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Karuzele w Neverlandzie dostarczały świetnej zabawy, ale większe wrażenie zrobiło na mnie zoo. Wizyta w prywatnym ogrodzie zoologicznym to niezwykłe przeżycie. Michael zatrudniał kilku specjalistów, którzy opiekowali się zwierzętami: jeden odpowiadał za gady, inny za niedźwiedzie, lwy i małpy, kolejny zaś za żyrafy i słonie itd. Pokazywali nam zwierzęta, pozwalali je karmić i opowiadali o ich nawykach. W terrarium mieszkały anakondy, tarantule, jadowite kobry, grzechotniki, piranie i krokodyle. Te ostatnie karmiono tylko raz w tygodniu – dostawały świeże kurczaki w całości. Żyraf było cztery lub pięć. Tak samo jak w przypadku koni Michael miał na nie uczulenie i nim którejś dotknął, zażywał lekarstwo. Osobiście uwielbiałem głaskać żyrafy, których oddech z bliska – sam nie wiem dlaczego – pachniał miętą.

Moimi ulubieńcami były szympansy i orangutany. Zawsze widywałem je całkowicie ubrane – w pieluchach, koszulkach i ogrodniczkach. Z jakiegoś powodu małpy miały bzika na punkcie szczegółów. Gdy pewnego dnia miałem pękniętą skórę na palcu, szympans od razu to zauważył. Później przyglądał się temu miejscu, dotykał i całował. Małpy piły przez słomkę soki z kartonów, a ich ulubionymi słodyczami były cukierki Jujubes i Nerds. Z uwagą oglądały każdy, zanim włożyły go do buzi. Nie mogę przysiąc, że słodycze to najbardziej pożywna i polecana karma dla któregokolwiek z tych zwierząt, ale mogę zaświadczyć, że małe niedźwiadki uwielbiały Skittlesy. Lizały kraty, prosząc o więcej. Słonie za to ogromnie lubiły napoje gazowane i żelki Starbursts. Mówi się, że zwierzętom smakują te same rzeczy, które lubią ich właściciele – te w Neverlandzie lubiły to co Michael.

Droga prowadząca do kina, również mieszczącego się na ranczu, była wyjątkowo elegancka. Odwiedzający to miejsce przechadzali się po wybrukowanym chodniku, mijając pięknie oświetloną fontannę z tańczącą wodą, w tle zaś – tak samo, jak w całym Neverlandzie – rozbrzmiewała wspaniała muzyka. Po przejściu przez dwoje dwuskrzydłowych drzwi goście docierali do holu, gdzie po lewej stronie ich oczom ukazywał się ekran z animowanymi postaciami z „Pinokia”, które dla Michaela przygotowali pracownicy wytwórni Disneya. Wśród kreskówkowych bohaterów był również sam Michael – rzeczywistych rozmiarów i ubrany jak w klipie do „Smooth Criminal”. W krótkim skeczu pojawiającym się na ekranie było słychać głos: „Zobacz, to Michael!”, po czym animowana postać ożywała i zaczynała tańczyć moonwalk.

Po prawej stronie – naprzeciw Pinokia i Michaela – można było zobaczyć, także mechanicznego, wielkiego złego wilka z „Czerwonego Kapturka”. Na wprost zaś stała lada z wszystkimi rodzajami słodyczy, jakie tylko istnieją. Były też maszyny do lodów i popcornu oraz zapas napojów. W domu w New Jersey mieliśmy z rodzeństwem szczęście, jeśli pozwalano nam w niedzielne popołudnia przez kilka godzin korzystać z automatu do lodów – było to dla nas święto. Tutaj stanowiło to zaledwie jeden mały szczegół wspaniałego i spełnionego marzenia.

Do kina wchodziło się po czerwonym dywanie. Na sali zamontowano około setki pluszowych foteli. Podczas kolejnych wizyt w Neverlandzie zabieraliśmy na seanse filmowe ubranego orangutana. Graveyard – bo tak się wabił – siadał między mną a Michaelem, wcinając popcorn i popijając własny napój gazowany. W kinie urządzono również dwie sypialnie – jedną po każdej stronie – by w razie potrzeby film można było oglądać z wygodnego łóżka, które było także przystosowane do potrzeb chorych. Na przestrzeni lat, kiedy oglądaliśmy coś do późna, wiele razy zostawałem tam do rana.

Neverland może i był magicznym miejscem, ale wizyta tam i tak nie zmieniła mojego zdania o Michaelu. W swoim domu był równie skromnym człowiekiem jak u nas. Nie utożsamiałem splendoru jego posiadłości z bogactwem czy potęgą. Już wcześniej widziałem Michaela podczas koncertów, gdzie jego przemiana w supergwiazdę robiła na mnie dużo większe wrażenie.

Możliwe, że właśnie podczas tej wizyty – a z całą pewnością podczas jednej z pierwszych – w czasie przejażdżki wózkiem golfowym Michael zaczął opowiadać, że pewnego dnia Neverland stanie się takim miejscem, jak Graceland Elvisa. Naśladując głos przewodnika wycieczek, recytował:

– Po prawej znajduje się fort, w którym toczono bitwy na balony z wodą. W tym miejscu Michael wygrał wiele walk…

– Kiedy chcesz zrealizować ten pomysł? – zapytałem.

– Plany są już gotowe – odpowiedział. – Ale to miejsce zostanie otwarte dopiero po mojej śmierci.

PODCZAS TEJ PIERWSZEJ WIZYTY spędziliśmy w Neverlandzie trzy lub cztery dni. Mieszkaliśmy w tak zwanych kwaterach gościnnych – czyli w utrzymanym w stylu rancza domu podzielonym na cztery osobne mieszkania. Apartamenty urządzono prosto, ale z elegancją – podłogi i meble wykonano z drewna, a wszystkie łóżka miały białą pościel. W łazienkach można było znaleźć mydełka z logo Neverlandu: chłopcem na księżycu. (Studio filmowe DreamWorks ma dziś podobny znak firmowy, jednak Michael zaprojektował swojego księżycowego chłopca na wiele lat przed powstaniem wytwórni. Możliwe zatem, że to wizyta na ranczu zainspirowała Stevena Spielberga, autora znaku studia). W pokoju zarezerwowanym zwykle dla Elizabeth Taylor stało ogromne łóżko. Jeśli dobrze pamiętam, podczas pierwszego pobytu w Neverlandzie mieszkaliśmy z bratem w Bungalowie Numer Dwa, gdzie stały dwa dwuosobowe łóżka. Później rzadko zatrzymywałem się w domku gościnnym, ponieważ w czasie kolejnych wizyt mieszkałem już w domu głównym – tam gdzie Michael.

Rankiem kucharze przygotowywali dla nas na śniadanie, co tylko chcieliśmy, i albo przynosili nam jedzenie do pokojów, albo podawali w kuchni. Obsługa była do naszej dyspozycji przez całą dobę. Na terenie posiadłości płynęły liczne strumyki. W tle nieustannie było słychać muzykę. Poruszając się po ranczu, używaliśmy wózków golfowych – jeździliśmy nimi z kina do parku rozrywki i do zoo.

Moi rodzice pokochali Neverland. Ojciec porównał pobyt tam z „przekraczaniem bram nieba”, mówił, że to miejsce wydobywa młodość i niewinność, które kryją się w każdym z gości. Zadowolony, z cygarem w ustach, przechadzał się po posiadłości. W międzyczasie mama, która zazwyczaj była jedną z tych niesamowitych kobiet pracujących od rana do wieczora, w końcu mogła odpocząć. Neverland był jedynym miejscem, w którym mogła się odprężyć i zrelaksować – w tym celu szczególne upodobała sobie kino. Od czasu do czasu rodzice brali nawet udział w naszych bitwach na balony z wodą.

W ciągu dnia wszyscy chodzili własnymi ścieżkami, ale każdego wieczoru zasiadaliśmy do wielkiej rodzinnej kolacji. Pewnego razu podano nam ją w tipi. Michael urządził małą indiańską wioskę z wigwamami i wielkim ogniskiem. Siedzieliśmy na ziemi okryci kocami, rozmawialiśmy i grzaliśmy się przy palenisku. Tak dobrze się bawiliśmy, że podczas każdej z kolejnych wizyt przynajmniej raz jedliśmy kolację w tym miejscu.

Inną ulubioną tradycją były poranne podróże balonem. Z jakiegoś powodu – zapewne związanego z pogodą – musieliśmy wtedy wstawać o świcie. Wciąż zaspani, ale podekscytowani, jechaliśmy w ustalone miejsce i wsiadaliśmy do unoszonego przez balon kosza. Wznosiliśmy się wysoko ponad Neverland i podziwialiśmy z góry piękne widoki.

Razem z Eddiem większość czasu na ranczu spędzaliśmy z Michaelem. W Neverlandzie każdy gość mógł się cieszyć całkowitą wolnością i być sobą. Nie ma jednak wątpliwości, że możliwość poznawania tego miejsca wraz z jego twórcą – obok niego i z jego perspektywy – jeszcze potęgowała magię. Chcieliśmy spędzać z nim czas. To on był duszą tego miejsca.

W „Piotrusiu Panu” Nibylandia jest miejscem, gdzie dzieci nigdy nie dorastają. Mały Michael żył w świecie dorosłych – pracował już w wieku pięciu lat. Jeździł w trasy koncertowe. Nie był panem swojego czasu. Kiedy słyszał głosy bawiących się dzieci, najbardziej na świecie pragnął się do nich przyłączyć – ale nie było mu wolno. Już jako dorosły, jak sam mówił, powrócił do dzieciństwa, którego nigdy nie miał.

– Mam dziesięć lat. Nigdy nie chcę dorosnąć – mawiał.

Jasne, dorastanie jest częścią życia, ale on chciał na nowo odkrywać najlepsze chwile z utraconych lat chłopięcych i je zatrzymywać. Uwielbiał samą myśl o tym, by niewinność, radość i wolność trwały wiecznie. Neverland był miejscem, w którym maluchy cieszyły się swobodą, a każdy gość mógł zapomnieć o swoich zmartwieniach i znów stać się dzieckiem. Kiedy tylko przekroczyłeś bramy tej magicznej krainy, zapominałeś o świecie na zewnątrz.

Każdy szczegół posiadłości został zaprojektowany przez gospodarza, a praca nad udoskonalaniem Neverlandu ciągle trwała. Michael był wizjonerem, czasem jego idee były wręcz szalone. Kiedy tylko przychodził mu do głowy jakiś pomysł, bez wahania wprowadzał go w życie. Jeżeli zapragnął domków na drzewie, planował ich konstrukcję. Jeśli zamarzyła mu się wyspa z flamingami, których widok cieszyłby gości, tworzył ją i sprowadzał ptaki.

W późniejszych latach, kiedy byliśmy na ranczu sami, przechadzając się po posiadłości, doglądaliśmy każdego szczegółu. Czasem zaglądaliśmy do domków gościnnych i jeżeli Michaelowi coś się nie podobało, zmieniał to. Przesuwał zegar o pięć centymetrów w lewo, tak by znalazł się w odpowiednim miejscu. Przestawiał meble. Wszystko musiało być schludnie urządzone. Uwielbiał świeżo zerwane kwiaty. Przemieszczając się po posiadłości, przez krótkofalówkę zgłaszał: „Potrzebujemy tutaj więcej kwiatów. I muzyka troszkę głośniej, proszę” albo po prostu mówił zarządzającemu domem, że nie słyszy śpiewu ptaków, które zwykle nieustannie ćwierkały swoje melodie. Neverland był urzeczywistnioną fantazją. Michael doskonale wiedział, jak ma wyglądać i gdzie powinien się znajdować każdy element. Był artystą i perfekcjonistą we wszystkim, co robił.

Zbudował Neverland, by dzielić się nim z innymi, a zwłaszcza z dziećmi. Ranczo stało się miejscem pub­licznym, odwiedzanym przez wycieczki szkolne, wychowanków sierocińców, którzy przeżywali tam magiczne chwile. Każdy moment wizyty, od samego przekroczenia bram posiadłości, był zaplanowany. Pracownicy ustawiali się w rządku na schodach, witając przybyłych gości. Podczas śniadań oczom wszystkich nagle ukazywały się przechodzące pod oknem słonie – z Gypsym na czele. Michael dostał go w prezencie od Elizabeth Taylor. Innym razem była to spacerująca lama.

Tamta podróż do Neverlandu jeszcze bardziej zbliżyła nas do Michaela. Do tej pory był przyjacielem rodziny, a jego niezapowiedziane wizyty zawsze nas cieszyły. Teraz, kiedy był u siebie, dowiedzieliśmy się, jaki jest naprawdę. Neverland był ucieleśnieniem serca i duszy Michaela. Czuliśmy się wyróżnieni i szczęśliwi, mogąc towarzyszyć mu w jego domu. Gdy wsiadaliśmy do limuzyny i ruszaliśmy w długą drogę na lotnisko, nawet nie potrafiliśmy sobie wyobrazić, że pewnego dnia na tę piękną posiadłość padnie cień.

Nic w tym dziwnego, że kiedy raz zasmakowałem życia w Neverlandzie, myślałem tylko o tym, by znów się tam znaleźć. Ale czekały mnie ważne wyzwania – w tym ukończenie siódmej klasy. Dopiero kiedy zbliżały się wakacje, rodzice w końcu zdecydowali, że razem z Eddiem możemy tam wrócić – tym razem sami, i to na tydzień lub dwa. Na lotnisku w Los Angeles czekał na nas kierowca Gary, który trzymał w ręku tabliczkę z napisem „Cascio”.

– Pan Jackson już na was czeka – powiedział i spytał jeszcze, czy nie jesteśmy głodni. Zaproponował, że możemy zatrzymać się po drodze i coś zjeść. Nie pamiętam już, czy mieliśmy na coś ochotę. Tak czy inaczej – odmówiliśmy. Chcieliśmy jak najszybciej zobaczyć się z Michaelem.

Akurat na ten wieczór w 1993 roku zaplanowano ceremonię rozdania nagród American Music Awards, a Michael miał zostać wyróżniony pierwszą w dziejach statuetką dla międzynarodowego artysty. Dlatego zamiast na ranczo Gary zawiózł nas do tajnego apartamentu Michaela w dzielnicy Century City, zwanego „Kryjówką”.

Był to trzypiętrowy apartament będący miniaturą Neverlandu. Jeden poziom zajmowały gry wideo, Michael miał też własne automaty. Na ścianach wisiały zdjęcia jego ulubionych bohaterów – postaci z serialu „Three Stooges”, Charliego Chaplina, Laurela i Hardy’ego – oraz rysunki z filmów Disneya. Oczywiście wszędzie rozbrzmiewała muzyka. Niezależnie od tego, gdzie był, Michael uwielbiał jej słuchać.

Kiedy zobaczył nas w końcu po długiej rozłące, sprawiał wrażenie, jakby było mu przykro, że akurat tego wieczoru, kiedy przyjechaliśmy, musi odebrać nagrodę. Powiedział, że nie chce zostawiać nas tylko z ochroniarzami, dlatego zaprosił do towarzystwa swojego kuzyna (a tak przy okazji: każdego, kto był mu bliski, Michael nazywał kuzynem albo dalszym krewnym, jakby pragnął być otoczony przez jedną wielką rodzinę). Był to Jordy Chandler – chłopak mniej więcej w moim wieku.

Przywitaliśmy się, wydawał się miły. Nie był to pierwszy raz, kiedy Michael przedstawiał mi inne dziecko. Podobnie jak my Chandlerowie również przyjaźnili się z Michaelem, ale tylko nas nazywał swoją „drugą rodziną”. My, Cascio, sami stanowiliśmy sporą familię i z ogromną radością przyjmowaliśmy do niej przyjaciół Michaela. Dla każdego znajdowaliśmy miejsce. Z mojej perspektywy Jordy i jego rodzina wydawali się miłymi i zwyczajnymi ludźmi.

Tamtego wieczoru, przed samym wyjściem, Michael zapytał mnie:

– Jak myślisz, Applehead, co powinienem dziś włożyć?

Wcześniej obejrzeliśmy odcinek „Three Stooges”, w któ­rym jeden z bohaterów – Curly albo Moe – nazwał kogoś „Applehead”. Od tamtego czasu przezywaliśmy się tak wzajemnie i nazywaliśmy tak innych. Każdy był dla nas Appleheadem. Stworzyliśmy Klub Appleheadów.

Zajrzałem do szafy Michaela i wyjąłem z niej biały podkoszulek z dekoltem w szpic, czarne spodnie, buty i marynarkę, którą miał na sobie podczas sesji promującej klip „Remember the Time”. Kiedy wychodził z mieszkania, ubrany we wszystko to, co dla niego wybrałem, promieniałem z radości. Nie zmienił ani jednej rzeczy.

Po wyjściu Michaela Eddie, Jordy i ja sami musieliśmy zorganizować sobie rozrywkę, co było dość łatwym zadaniem, jeśli wziąć pod uwagę wszystko, z czego mogliśmy korzystać. Polubiłem się z Jordym – interesował się nauką i zagadkami, co mi imponowało. W końcu przestaliśmy grać na automatach i wyszliśmy na balkon, skąd balonami z wodą rzucaliśmy w zaparkowane na dole samochody. Przez chwilę świetnie się bawiliśmy. Później Jordy wyciągnął procę. Nie wiem, co do niej włożył, ale na pewno nie był to balon z wodą, ponieważ zanim zdążyłem zareagować, jego pocisk – czymkolwiek był – trafił w szybę jednego z aut i ją roztrzaskał.

Oj. Zniknęliśmy z pola widzenia i zakradliśmy się z powrotem do mieszkania. O tym, co się wydarzyło, nie powiedzieliśmy ochroniarzom. Biedny Jordy był zrozpaczony. Podobnie jak ja i Eddie był żądny przygód, uwielbiał się bawić i nie szukał kłopotów. Chodził tam i z powrotem, bał się, że za chwilę pojawi się policja, martwił się, że Michael będzie zły. Trząsł się ze strachu. Próbowałem go uspokoić.

– Spokojnie, nie martw się. To nic takiego i nikt nie będzie na ciebie zły – powiedziałem.

W końcu poszedł do łazienki i obmył twarz. Kiedy wrócił, postanowiliśmy pograć w gry wideo – dla przerażonego nastolatka były lekiem na całe zło.

Po powrocie Michaela powiedzieliśmy mu, co się stało. Sądziłem, że tak należy.

– Nic wam nie jest? Żaden z was nie został ranny? – zapytał Michael.

Odpowiedzieliśmy, że z nami wszystko w porządku, jednak nie mieliśmy tej pewności co do samochodu. Nie złościł się.

– Chodźcie, zobaczmy, czy samochód jeszcze tam stoi. Jeśli tak, opowiemy właścicielowi, co się stało, i spróbujemy wymienić szybę – powiedział.

Wyszliśmy na balkon, ale pojazdu już dawno tam nie było i żaden z nas więcej nie usłyszał nic na jego temat. Tamtej nocy razem z bratem i Jordym położyliśmy się w śpiworach rozłożonych na podłodze, oglądaliśmy filmy, aż w końcu zasnęliśmy. Poza strzelaniem z procy Jordy wydawał się sympatycznym chłopcem, podobnym do mnie. W jego relacjach z Michaelem nie zauważyłem niczego niezwykłego ani niepokojącego.

Następnego dnia Michael zabrał nas razem z Jordym, jego matką June oraz siostrą do Disneylandu. Nigdy wcześniej tam nie byłem, a do tego teraz – dzięki naszemu sławnemu przewodnikowi – traktowano nas jak gości specjalnych. Bez żadnych kolejek mogliśmy korzystać z każdej atrakcji.

Oczywiście wszyscy w parku rozpoznawali Michaela, a on nie próbował ukryć swojej tożsamości. W zasadzie był ubrany tak jak zwykle: miał okulary przeciwsłoneczne, kapelusz na głowie, czerwoną sztruksową koszulę, czarne spodnie i mokasyny. Nosił się tak niemal codziennie. Gdy poznaliśmy się lepiej, żartowałem z niego, kiedy się ubierał. Stał wtedy przed szafą, która wyglądała jak ocean czerwonych koszul i czarnych spodni, mówiąc:

– Hmm, sam nie wiem, co powinienem dzisiaj włożyć. Mmm, może czarne spodnie i czerwoną koszulę? I dla odmiany założę jeszcze kapelusz.

– Hej, mam pomysł. Może zaszalejesz dziś i ubierzesz się w coś zupełnie innego? – odpowiadałem. A później wyciągałem… czerwoną koszulę i czarne spodnie, nieco inne od tych, jakie zazwyczaj nosił.

Tak czy inaczej w Disneylandzie ochroniarze ciasno nas otoczyli, ponieważ ludzie szaleli, gdy widzieli Michaela – prosili go o autografy i wspólne zdjęcia. Kilka razy musieliśmy przemieszczać się samochodem między poszczególnymi karuzelami i korzystać z tylnych wejść, aby uniknąć zgiełku powodowanego przez fanów. Dopiero wtedy zaczynałem rozumieć, jak świat traktował Michaela. Nie przejmowałem się tym zbytnio. Wydawało się to częścią jego pracy – po prostu publicznie on właśnie taki był.

Pod koniec dnia wyjechaliśmy białą limuzyną, ale jeśli któryś z nas myślał, że zabawa się skończyła, był w błędzie. W drodze powrotnej stoczyliśmy zaciętą walkę, a naszą amunicją była guma w sprayu. W końcu musieliśmy otworzyć okno, ponieważ w samochodzie było jej zdecydowanie za dużo. W tamtym czasie nie uważałem, by zachowanie Michaela było nietypowe jak na dorosłego. Odkąd go znałem, zawsze taki był i – może właśnie dlatego – nie zwykłem określać precyzyjnych granic między zachowaniem dorosłych i dzieci. Nawet teraz niekiedy zachowuję się jak dzieciak. Wszyscy czasem tak robimy – i nie powinniśmy tego zmieniać.

Tamtego wieczoru Michael zabrał nas na ranczo. W samochodzie zawsze włączał jakieś filmy, ale podczas tej podróży byliśmy zbyt pochłonięci rozmową, więc zupełnie nie zwracaliśmy uwagi na to, co dzieje się w tle. Ten dzień wszystkich nas do siebie zbliżył. Było dla mnie jasne, że Jordy i Chandlerowie uwielbiają Michaela tak samo jak my, Cascio. Byli dla niego jak krewni i miałem wrażenie, że pod tym względem mieliśmy ze sobą coś wspólnego. Nie byłem zazdrosny – to nie leży w mojej naturze. W rzeczywistości ucieszyłem się, że mam za towarzysza chłopaka, na którym żadnego wrażenia nie robi moja znajomość z Michaelem.

Miałem w pamięci poprzednią podróż do Neverlandu, dlatego wiedziałem, że miną długie godziny, nim dotrzemy na ranczo. Tym razem na miejsce przybyliśmy już nocą – przywitał nas widok pięknie oświetlonych drzew i stawów. W tle jak zawsze pobrzmiewała muzyka. Zapewne pusta o tej porze kolejka sapała radośnie jak zwykle. Kolacja czekała już na stole.

Ponieważ przyjechaliśmy bez rodziców, poprosiliśmy Michaela, by pozwolił nam spać w jego pokoju. Dokładnie tak samo zachowalibyśmy się, gdybyśmy mieli nocować u naszych rówieśników, a uważaliśmy go za jednego z nich. Oczywiście wiedzieliśmy, że jest dorosły, ale dla nas był najlepszym przyjacielem. Owszem – trochę jak dzieciak, ale taki z niesamowitą mocą i możliwościami. W końcu na podwórku miał własne wesołe miasteczko, a to chyba o czymś świadczy. Chcieliśmy spędzać z nim czas, a on nie potrafił odmówić ani nam, ani nikomu, na kim mu zależało.

Razem z Michaelem i Eddiem rozmawialiśmy do późna w nocy. Leżeliśmy na podłodze przed kominkiem, przeglądaliśmy czasopisma, a Michael opowiadał nam o plotkach ze świata sław. Mówił, jak Eddie Murphy zaprosił go na kolację, oraz o Madonnie, która chciała go uwieść. Mając na względzie nasz młody wiek, delikatnie starał się wyjaśnić, że Madonna zaprosiła go do swojego pokoju hotelowego, unikając takich słów, jak „uwodzenie”.

– Poprosiła mnie, bym towarzyszył jej w sypialni – powiedział i ukrył twarz w dłoniach. – Byłem tak bardzo nieśmiały, że nie miałem pojęcia, co powinienem zrobić – wyznał.

– Trzeba było się zgodzić. Sam oddałbym wszystko za jedną noc z Madonną – powiedziałem.

Już w młodym wieku szalałem za dziewczynami. Michael wręcz przeciwnie. Nie był przyzwyczajony do sytuacji, w których, w chwili romantycznego uniesienia, emocje biorą górę. Nie był homoseksualistą. Z całą pewnością pociągały go kobiety. Wystarczy tylko przyjrzeć się jego ruchom w tańcu, by dostrzec, jak bardzo sam był seksowny. Ale czuł się skrępowany.

Częściowo te opory wynikały z jego dziecięcych doświadczeń w trasach koncertowych. Tamtej nocy opowiedział nam, jak już w wieku pięciu lat jeździł z braćmi na koncerty. Czasem przed The Jackson 5 na scenie odbywały się przedstawienia burleski. Obserwując je zza kulis, często widział, jak mężczyźni wulgarnie traktują kobiety. Po występach razem z Randym chowali się pod łóżkiem, kiedy starsi bracia przyprowadzali dziewczyny do pokoju. Kiedy tylko Michael zaczynał chichotać, Jermaine wyciągał ich z kryjówki i wyrzucał za drzwi. Wcześniej jednak Michael zdążył się już nasłuchać i napa­trzeć więcej, niż powinien jako kilkuletni dzieciak.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com